Nowy premier, nowe protesty

Nowego premiera Iraku, wybranego po blisko pół roku politycznego klinczu, powitały antyrządowe demonstracje.
Mustafa al-Kadimi, były szef irackich służb specjalnych, a jeszcze wcześniej działacz emigracyjnej antysaddamowskiej opozycji, dziennikarz i obywatel brytyjski, z wielkim trudem skompletował gabinet – przed nim zrezygnowało dwóch innych kandydatów na premiera, czując, że kierowanie w obecnej sytuacji Irakiem ma wiele wspólnego z misją samobójczą. Krajem, który zniszczony kolejnymi wojnami i pozbawiony w wielu regionach absolutnie podstawowej infrastruktury, przzz całą jesień i początek 2020 r. wstrząsały protesty społeczne. Ludzie, głównie młodzi, domagali się, by cała klasa polityczna odeszła, skoro do tej pory była zdolna głównie do przejadania zysków z ropy naftowej, nie będąc w stanie zagwarantować społeczeństwu minimalnego standardu życia. Uliczne obozowiska i demonstracje trwały niemal nieprzerwanie do połowy marca, gdy z powodu pandemii koronawirusa ogłoszono w Iraku stan wyjątkowy i zlikwidowano zgromadzenia.
Al-Kadimi jako premier po raz drugi okazuje się ostatnią nadzieją irackiej skompromitowanej elity. Jako szef Irackiej Narodowej Służby Wywiadowczej (od czerwca 2016 r.) on właśnie koordynował akcje inwigilowania, zastraszania i fizycznego atakowania protestujących. M.in. za sprawą tych działań protesty nie wykreowały liderów – przyczyniła się do tego i niechęć demonstrantów do organizowania się w partie, i założenie, że wyróżniający się trybuni ludowi zostaliby szybko porwani i „zneutralizowani” przez irackie służby. Teraz al-Kadimi jako premier przekonuje, że z represjami koniec. W pierwszym wystąpieniu jako szef rządu obiecał zwolnienie z więzień osób aresztowanych za udział w protestach i wypłacenie odszkodowań rodzinom 550 śmiertelnych ofiar pacyfikowania demonstracji.
Dla elity irackiej znaczenie ma również fakt, że na swoim poprzednim stanowisku al-Kadimi kontaktował się i z przedstawicielami Arabii Saudyjskiej, i ludźmi z Iranu, ma też ciągle pewne kontakty na Zachodzie. Do tego obiecał zachować system podziału stanowisk rządowych według klucza religijno-etnicznego, który konserwuje pozycję określonych klanów i ułatwia wprowadzanie do polityki swoich ludzi. Innymi słowy: skorumpowani politycy liczą na to, że nowy premier utrzyma ich źródła dochodu, w tym mechanizmy korupcyjne, przekona regionalne mocarstwa, by po cichu dzieliły się wpływami w Iraku zamiast krwawo grać o wszystko, a wściekły lud – spacyfikuje.
Lud zdaje się przy tym nieźle rozumieć, że znów rządzący chcą go oszukać. Wczoraj i dziś mimo epidemicznych zakazów na bagdadzki plac Tahrir wyszli zdesperowani bezrobotni i inni ubodzy mieszkańcy miasta. Kilkaset, a potem nawet kilka tysięcy osób miotało oskarżenia pod adresem polityków, żądało natychmiastowego spełnienia pierwszych obietnic al-Kadimiego i dawało do zrozumienia, że chcą prawdziwej zmiany, która umożliwi im godne życie.

Kwarantanna znaczy bezrobocie i solidarność

Wolontariusze w Bagdadzie dystrybuują ryż, cukier, soczewicę, sklepikarze wieszają kartki „za darmo dla potrzebujących”. W kraju bogatym w ropę jedna piąta populacji żyje poniżej progu ubóstwa, a bezrobocie pogłębiło się znacznie od czasu wprowadzenie kwarantanny i godziny policyjnej. Ludziom została solidarność i nieskrywana radość z wycofywania się wojsk imperium amerykańskiego.

Oficjalnie w Iraku z powodu koronawirusa zmarło 56 osób, a ok. 800 jest zarażonych. Główne trudności przynosi kwarantanna, która trwa już od trzech tygodni, i spadek światowych cen ropy, jedyne źródło dewiz. Cała masa robotników pozostaje bez pracy – dziś jedynie funkcjonariusze publiczni i pracownicy kilku sektorowych wyjątków dostają pensje. Ludzie wyprzedają sprzęty domowe, nawet telefony, by pomóc rodzinom pozbawionym wszelkich dochodów.
Do maja nawet połowa ludności popadnie w biedę żywnościową – przewidują rządowi specjaliści. Państwo ciągle dystrybuuje kartki na żywność, lecz te przydziały są bardzo daleko od zaspokojenia minimalnych potrzeb. Do tego premier Adnan Zurfi dopuszcza pozbawienie wypłat funkcjonariuszy państwa, „jeśli zajdzie taka potrzeba”, gdyż rząd chce poświęcić dostępne fundusze na import żywności – zbóż i mięsa. Inwazja amerykańska i długa wojna pozostawiły infrastrukturę w opłakanym stanie. W szpitalach brak łóżek, lekarzy i lekarstw.
Póki co, solidarność czyni cuda. Ludzie organizują zbiórki i rozdawanie żywności zastępując słabe państwo. „Dziś musimy pomagać ubogim, by Bóg oszczędził nam choroby” – głoszą w meczetach. Wczoraj mieszkańcy stolicy i innych miast cieszyli się z wycofania się Amerykanów i ich wasali z kolejnej bazy wojskowej – Habbanija na zachodzie kraju. USA chciałyby zostawić sobie jednak wielką bazę w prowincji Al-Anbar (gdzie stacjonują m.in. Polacy) i jeszcze jedną-dwie bazy na północy kraju, co wywołało wspólną deklarację niemal wszystkich irackich grup zbrojnych, że siłą zmuszą okupantów do opuszczenia kraju. Ludzie uważają USA za przekleństwo Iraku, przyczynę nieszczęść kraju.

Syryjski kocioł

Rywale Zachodu, Iran i Rosja są dziś głównymi potęgami biorącymi udział w grze o wpływy w syryjskim kotle. W walce z organizacjami terrorystycznymi mają interesy zbieżne. Dalsze cele w Syrii – już niekoniecznie.

Pierwszy z brzegu punkt zapalny konfliktu: syryjski port Latakia. Z początku port ten został wydzierżawiony przez Iran. Posunięcie to Rosja uważa za bezpośrednie zagrożenie dla swojej dominacji wojskowej i gospodarczej w Syrii. W prowincji Latakia Rosja jest mocna, bo właśnie tam znajduje się jej baza lotnicza Humajnim i obsługiwany przez nich port Tartus. Aby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, Iran wykorzystuje strategicznie również port Bani Jas, położony między Latakią a Tartusem.
W raporcie Asia Times z kwietnia 2019 roku Sami Moubayed, syryjski historyk i pisarza z Damaszku pisał, iż Iran mógłby „ograniczyć i ewentualnie utrudnić rosyjski nadzór i gromadzenie danych wywiadowczych, zablokować ich technologię radiowo-elektroniczną oraz zagrozić rosyjskiej obronie powietrznej, samolotom i życiu personelu wojskowego”. Przytoczył incydent z 2017 r., kiedy to irański wniosek do rządu syryjskiego o 1 000 hektarów ziemi w mieście Tartus, która miała zostać wykorzystana do budowy portu naftowo-gazowego, został „odrzucony”, faktycznie przez Rosję ze względu na bliskość tego terytorium względem rosyjskich obiektów wojskowych. Moubayed dodaje, że Rosja zadbała również o odrzucenie irańskiej prośby o 5 000 hektarów ziemi położonej w pobliżu międzynarodowego lotniska pod stolicą kraju. Jeszcze niedawno obecność irańską w Syrii starały się zablokować państwa Zatoki Perskiej – teraz wysiłki w tym celu czyni Rosja.
Federacja Rosyjska chce, aby powojenna, zwolniona z międzynarodowych sankcji Syria zintegrowała się gospodarczo z państwami arabskimi Zatoki Perskiej w ramach Rady Współpracy Zatoki Perskiej. To stoi w sprzeczności z umowami i koncesjami, które Iran pozyskał już od Damaszku. W artykule dla „Al-Monitor” w grudniu 2019 r. były szef Wydziału Handlowo-Gospodarczego Ambasady Rosji w Damaszku Igor Matwiejew zapowiedział duże inwestycje, w tym połączenie za pomocą nowej linii kolejowej syryjskiego Tartusu z wybrzeżem Zatoki Perskiej. Matwiejew dodał, że Rosja zdecydowanie zachęca RWZP i UE do inwestycji w Syrii, a jednocześnie z zadowoleniem przyjmuje wszelkie perspektywy zniesienia sankcji, które z kolei pozwoliłyby na wejście na rynek syryjski szerszemu gronu rosyjskich firm. Wspomniał również, że rosyjskie firmy działające w Syrii konkurują z Iranem o udział w odbudowie tego kraju od czasu, kiedy zostały nałożone sankcje. I choćby z tego powodu ekonomiczne interesy dzisiejszych sojuszników mogą się wkrótce całkowicie rozminąć.
Czynnik izraelski
Sprawdziły się również przewidywania, według których Rosji w 2020 r. może być bliżej do współpracy z RWZP oraz z Izraelem niż z Iranem. Od 2017 r. znacznie rozbudowane zostały rosyjskie więzi obronne i handlowe z RWPZ. Rosyjskie przychody z eksportu są zwiększane przez amerykańskie sankcje wobec irańskiego konkurenta, jakim jest Iran. Z tych samych powodów, czyli sankcji, pod koniec 2018 r. wycofały się z rynku irańskiego duże rosyjskie korporacje.
Te podjęte w odpowiednim czasie działania są bezpośrednio związane z dążeniem Rosji do tego, aby powojenna Syria przyłączyła się do swoich sąsiadów z Zatoki Perskiej, a nie do „antyimperialnego ruchu oporu” kierowanego przez Iran. Wspieranie przez Rosję Arabii Saudyjskiej w czasie, gdy Saudyjczycy zmagają się ze swoją katastrofalną wojną w Jemenie i niedawnym „ociepleniem” stosunków z Waszyngtonem, ma bezpośredni związek z odmową wsparcia Iranu w praktyce. To więcej, niż niejasna retoryka. Matwiejew uznaje próby stworzenia nieprzerwanego połączenia lądowego z Iranem przez Irak, Syrię i Liban, a także projekty gospodarcze w Syrii za główne cele potencjalnego ataku Izraela, a tym samym projekty wrogie Stanom Zjednoczonym. Idzie jednak krok dalej – sugeruje, że Rosja to wiarygodny partner, by te próby udaremnić.
W artykule opublikowanym w Arab Weekly 19 stycznia 2020 roku Moubayed przypomniał sytuację z 2018 roku, kiedy to Rosja wysłała swoją żandarmerię wojskową w pobliże granicy izraelsko-syryjskiej jako „gwarancję” dla Izraela, by rozwiać jego obawy, że kontrolowanie granicy przez samych tylko Syryjczyków pozwoli na powrót Hezbollahu. Rosyjskie Ministerstwo Obrony potwierdziło później, że rozmieszczenie nastąpiło w odpowiedzi na bezpośrednią prośbę Izraela. Charakterystyczna pycha Izraela, który to starał się zadekretować, gdzie Hezbollah ma prawo poruszać się w obrębie terytorium Syrii, została w ten sposób przyjęta spokojnie przez Rosję. Rosyjska żandarmeria wojskowa starała się zapewnić, by Hezbollah trzymał się z dala od Izraela, który odmawia sformalizowania własnych granic międzynarodowych i stale dąży do ekspansji.
Rosja przedstawia się w Syrii jako rozjemca i próbuje ukazać swoje przeciwdziałanie Iranowi jako „demilitaryzację” wrogich państw w Syrii, Moskwa niewiele zrobiła w kwestii dalszej jednostronnej agresji Izraela. Kontynuowała jednak politykę „powstrzymywania Iranu”.
Analityk Andrew Korybko zwrócił uwagę w październiku 2018 roku, że wśród finansowanych przez Kreml think tanków zaczyna powstawać konsensus co do tego, że należy ograniczyć wpływy Iranu na armię Syrii. Dalszą obecność Iranu w Syrii (kluczową dla funkcjonowania infrastruktury „ruchu oporu” opisanej szczegółowo w poprzednim artykule) określił jako kolidującą z rosyjską wizją powojennej Syrii. Przykłady zaspokajania przez Rosję żądań izraelskich wobec wojska syryjskiego pojawiły się wystarczająco szybko. Ekspert finansowanej przez państwo Rosyjskiej Rady do Spraw Międzynarodowych, Anton Mardasow, w lipcu 2019 roku opisał sytuację, która doprowadziła do usunięcia 7 lipca ze stanowiska generała Dżamila Hasana, szefa wywiadu sił powietrznych Syrii, jako konflikt interesów. Dokładniej – miesiąc wcześniej odbyło się spotkanie, w którym to pośredniczyła Rosja i któremu przewodniczył generał Hasan, pomiędzy oficerami izraelskimi i syryjskimi. Rosyjscy dowódcy byli obecni na spotkaniu i poparli izraelskie żądania przesunięcia „proirańskich bojówek” dalej od granicy izraelsko-syryjskiej oraz włączenia do armii syryjskiej 5. Korpusu Szturmowego, utworzonego w 2016 roku pod rosyjskim kierownictwem w celu włączenia byłych antyrządowych rebeliantów do syryjskiej armii. Generał Hasan zakończył to spotkanie stwierdzeniem, że to „Iran jest prawdziwym sojusznikiem Syryjczyków”. Właśnie to miało kosztować go stanowisko. Czy Damaszek podjąłby podobną decyzję, gdyby Iran i Rosja były faktycznie sprawdzonymi partnerami?
Rurociąg
Od lat znana jest teoria, że motywem pierwotnej koalicji antyasadowskiej w Syrii było zakłócenie ponadnarodowego projektu energetycznego, który miałby zakłócać ambicje geoekonomiczne potężnych graczy w regionie. Twierdzono, że gazociąg, rzekomo popierany przez Rosję, będzie dostarczał gaz ziemny z Iranu na rynek europejski po przejściu przez Irak i Syrię. Rurociąg ten, jak twierdziła teoria, ściągnął na gniew RWZP, USA i Europy, które chciały rywalizować gazociągiem dostarczającym gaz z Kataru, przez Arabię Saudyjską, Jordanię i Syrię. Iran, Irak i Syria rzeczywiście podpisały w lipcu 2011 roku umowę o budowie rurociągu o wartości 10 miliardów dolarów, a rozmowy w sprawie jej podpisania sięgają podobno 2008 roku. Al-Asad miał wybrać gazociąg irański zamiast katarskiego, który zaproponowano mu w 2009 roku, ponieważ Katar, przy wsparciu Zachodu, starał się konkurować z monopolem Rosji na europejskim rynku gazowym.
Problem polega na tym, że… nie ma dowodów na to, że rurociąg katarski był kiedykolwiek poważnie brany pod uwagę. Przeciw jego realizacji przemawiał szereg przeszkód znacznie poważniejszych, niż te, które mogły wystąpić na odcinku syryjskim. Ponadto Katar nie buduje rurociągów lądowych, opierając się na dużej flocie żeglugowej służącej do transportu gazu w postaci skroplonej (LNG). Praktyka ta wynika z historycznego sprzeciwu jedynego ziemskiego sąsiada Kataru, Arabii Saudyjskiej, wobec rurociągów transportujących gaz z Kataru. W rzeczywistości Arabia Saudyjska ma również historię (przed blokadą Kataru w czerwcu 2017 roku i odebraniem jej statusu członka RWPZ) sprzeciwiania się gazociągom katarskim w ogóle, nawet jeśli były one wykorzystywane do eksportu gazu do innych członków RWPZ, takich jak ZEA i Kuwejt.
Paula Cochrane w artykule z kwietnia 2018 roku zwrócił uwagę, że Katar od dawna jest rynkiem docelowym dla bardzo zaludnionego kontynentu azjatyckiego, a nie dla Europy, i że rurociąg Katar-Syria, który miałby dotrzeć do rynku europejskiego przez Morze Śródziemne, byłby zbyt kosztowny pod względem budowy, konserwacji i opłat tranzytowych, w porównaniu z kontynuacją transportu do Azji.
Rywalem Rosji na rynku gazu jest za to… Iran. To on w przeciwieństwie do Kataru od dawna dąży do niezakłóconego dostępu do Europy w celu eksportu rodzimego gazu. Sankcje stanowią oczywistą przeszkodę w tym zakresie, odstraszając europejskich nabywców i banki pośredniczące od udziału w transakcjach obejmujących zakup irańskiej ropy i gazu oraz uniemożliwiając Iranowi zakup nowoczesnych maszyn w celu pełnego wykorzystania jego zasobów. Faworyzuje to Rosję i jej dominację na rynku europejskim poprzez odsunięcie na bok jednego z jej głównych konkurentów. Sama Rosja uznałaby irański rurociąg za sprzeczny z jej interesami, gdyby tylko jego idea zaczęła się materializować. Jest jeszcze inny kraj, który chciałby sabotować regionalne ambicje energetyczne Iranu. Dla tego kraju możliwość powstania rurociągu łączącego Iran z Morzem Śródziemnym przez Syrię w celu eksportu gazu do Europy jest niczym innym jak czerwoną linią. Chodzi oczywiście o Izrael.
Prawdziwy przeciwnik rurociągu
Ustawa o sankcjach wobec Iranu i Libii (ILSA), opracowana przez Amerykańsko-Izraelską Komisję Spraw Publicznych (AIPAC) w 1995 r. i przyjęta przez Kongres w 1996 r., wymagała od ówczesnego prezydenta Billa Clintona nałożenia sankcji na każdą spółkę inwestującą ponad 20 mln USD w irański przemysł naftowy i gazowy.
W latach 1997 i 1998 kilka firm, od francuskiego Total po rosyjski Gazprom i amerykański Conoco, uzyskało kontrakty na prace poszukiwawcze i odwierty na terytorium Iranu. Clinton ostatecznie poddał się w tym zakresie naciskom ze strony AIPAC. Miało to miejsce także przy wielu innych okazjach, np. w 1995 r., kiedy wydał polecenie anulowania umów Conoco z Iranem na zagospodarowanie morskich pól złóż gazu. Rozwój irańskich pól gazowych z wykorzystaniem kapitału zagranicznego i wiedzy szczegółowej był warunkiem wstępnym do zdobycia zdolności tego kraju do zaspokojenia własnych potrzeb w zakresie gazu i stania się płodnym eksporterem.
W 2001 roku, ILSA zostało przedłużone na pięć lat, ponieważ AIPAC pracował nad swoim lobbingiem roztaczanym nad Kongresem. Według Andrew Killgore’a, byłego amerykańskiego dyplomaty i współtwórcy Washington Report on Middle East Affairs (WRMEA), Exxon Mobil lobbował wówczas prezydenta George’a Busha przeciwko przedłużeniu ILSA, ale nie mógł rywalizować z wpływami AIPAC. Od tego czasu nałożono wiele dodatkowych sankcji na irańską gospodarkę. A kiedy w 2015 roku osiągnięto zorientowany na biznes zachodni konsensus dyplomatyczny w sprawie umowy jądrowej (JCPOA) z Iranem w zamian za złagodzenie sankcji, izraelscy lobbyści obecni na najwyższych stanowiskach administracji w końcu wymanewrowali zerwanie umowy przez Trumpa w 2018 roku.
Stabilny Lewant z proirańskimi rządami nieuchronnie rozpocząłby poważne rozmowy na temat takiego rurociągu, a jego powstanie byłoby dla Iranu przełomem: Teheran nie musiałby już dłużej polegać na żegludze na silnie zmilitaryzowanym szlaku z Zatoki Perskiej do Morza Czerwonego i w górę Kanału Sueskiego do Morza Śródziemnego, aby dotrzeć do Europy. Z tańszym i stabilnie dostarczanym surowcem. Partnerstwo Rosja-Izrael w Syrii przestaje być w tym kontekście niezrozumiałe. Staje się wręcz naturalne.
Pomoc dla Damaszku
Wieloletnia linia kredytowa Iranu i miesięczne dostawy ropy do Damaszku miały szczególnie strategiczne znaczenie ze względu na fakt, że większość syryjskich odwiertów naftowych była okupowana albo przez USA, albo przez wspierane przez nie kurdyjskie Syryjskie Siły Demokratyczne. Kiedy pod koniec 2018 r. Stany Zjednoczone ponownie wprowadziły sankcje wobec Iranu, irańskie dostawy ropy naftowej do Syrii zaczęły być blokowane, gdy przemieszczały się przez Kanał Sueski, aby wpłynąć do Morza Śródziemnego. Linia kredytowa Iranu dla Syrii również została wstrzymana. Wkrótce Syrię dotknął kryzys paliwowy, powodując poważne niedobory benzyny, gazu i benzyny. Iran dostosował się, wysyłając ropę naftową do Syrii ciężarówkami przez Irak – jest to zdecydowanie droższy środek transportu ropy naftowej – oraz negocjując z Turcją przejście lądowe przez jej terytorium do portów śródziemnomorskich w celu wysyłki do portów syryjskich. Przekierował również statki zablokowane od strony Suezu, aby pokonać znacznie dłuższy dystans, wokół kontynentu afrykańskiego, aby wejść na Morze Śródziemne z cieśniny gibraltarskiej.
Rosja, pomimo obecności w Syrii jeszcze przed erą sankcji koncernów naftowych takich jak Stroytransgaz, a tym samym stałych dostaw rosyjskiej ropy na potrzeby operacji w Syrii, zaniedbała pomoc Damaszkowi w uporaniu się z kaleczącymi niedoborami ropy. Nie z powodu ograniczeń logistycznych. Rosja nie ponosi również żadnych dylematów, jakie Iran ma w odniesieniu do ryzykownej podróży do Syrii, ponieważ rosyjskie dostawy ropy do Syrii płyną łatwo i spokojnie przez Morze Śródziemne po przejściu przez Morze Marmara przez Cieśninę Bosfor z rosyjskich portów Morza Czarnego. Analizując sprawę w artykule z kwietnia 2019 roku, Korybko stwierdził: „Wydaje się niewytłumaczalne, że jeden z czołowych światowych eksporterów ropy naftowej i najbardziej mistrzowskich praktyków zarządzania infrastrukturą surowcową nie podarowałby swoim „sprzymierzeńcom” awaryjnych dostaw paliwa w geście humanitarnym, a przynajmniej nie sprzedałby tego, czego potrzebuje w ramach odroczenia płatności, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że od zeszłego roku jest właścicielem całej infrastruktury naftowej i gazowej kraju i regularnie wysyła do niego duże ilości ropy naftowej, aby zaspokoić ogromne zapotrzebowanie jego spragnionych paliwa sił lotniczych. Co więcej, Rosja sprzedaje nawet gaz swojemu amerykańskiemu przeciwnikowi, pomimo sankcji, jakie jej klient nałożył na ten sojuszniczy kraj, udowadniając, że „potęga dolara” jest tak samo rosyjską mantrą jak amerykańską. Dlaczego nie zrobi tego samego dla swojego syryjskiego „sojusznika” w zamian, nawet jeśli będzie to miało miejsce poprzez „umowę barterową” z Iranem? Najwyraźniej rosyjscy przywódcy celowo wstrzymują się z pomocą swojemu syryjskiemu „sojusznikowi” z powodów, które nie mają nic wspólnego z ekonomią, ale z polityką”.
Niejaką konsternację w Damaszku wywołały również poprawki konstytucyjne, jakie Rosja przygotowała dla Syrii. Projekt konstytucji pomija odniesienia do Syrii jako głównego państwa arabskiego przeciwnego syjonizmowi. To cios tyleż w tożsamość syryjskiej partii Baas, co w całą przedwojenną kulturę społeczno-polityczną Syrii, mocno antyizraelską, a zatem instynktownie proirańską. Ponadto, jak wskazuje Korybko, rosyjski projekt konstytucji zawiera klauzule dotyczące integralności terytorialnej Syrii, w tym wzmiankę o granicach Syrii, wymagającą przeprowadzenia referendum narodowego. Nie ma jednak wzmianki o okupowanych przez Izraelczyków Wzgórzach Golan, ani o mieszkających tam Syryjczykach. Referendum proponowane jest w celu osiągnięcia konsensusu w sprawie granic, po którego osiągnięciu ma zostać ogłoszona konstytucja. Czy brak wzmianki o Wzgórzach Golan sprawia, że Syria oficjalnie zrzeka się do nich praw? Z pewnością zamiary Iranu i Hezbollahu dotyczące zwrotu Wzgórz Golan byłyby również postrzegane jako naruszenie „dobrych stosunków sąsiedzkich” zawartego w projekcie konstytucji. Czy to nie idealny pretekst, by naciskać na Iran i skłaniać go, by wycofał się z Syrii?
Gdy tylko przewaga Damaszku w wojnie domowej stanie się decydująca – jeśli inne czynniki temu nie przeszkodzą – rywalizacja rosyjsko-irańska może otworzyć nową tragiczną kartę w historii udręczonego kraju.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (srtajk.eu).

Iracka młodzież krzyczy: mamy dość!

O tym, dlaczego Irak po 2003 r. nie tylko nie zbudował demokracji, ale w dodatku systematycznie osuwał się w spiralę korupcji i przemocy, jak w zniszczonym kolejnymi konfliktami państwie rodzi się społeczeństwo obywatelskie i dlaczego trwające od jesieni protesty uliczne ciągle nie mają przywódców z Tomaszem Rydelkiem, analitykiem zajmującym się Bliskim Wschodem, autorem bloga „Puls Lewantu” i publicystą miesięcznika „Układ Sił” rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

Na początku 2020 r. uwaga całego świata zwróciła się na Irak. Zabójstwo gen. Ghasema Solejmaniego wstrząsnęło Bliskim Wschodem, posypały się pytania: czy grozi nam wojna? Na razie konflikt regionalny nie wybuchł, ale przecież takie wydarzenie nie pozostaje bez konsekwencji. Jakie one będą?
Tak naprawdę jest zbyt wcześnie, by je oceniać. Zarysowują się jednak pewne tendencje, które warto obserwować. Przede wszystkim należy pamiętać, że obok Solejmaniego zginął także Abu Mahdi al-Muhandis – blisko powiązany z Iranem wiceszef Sił Mobilizacji Ludowej (PMU), który zwłaszcza w ostatnim czasie wielokrotnie występował w obronie niezależności PMU od rządu w Bagdadzie. Jeśli Solejmani pełnił rolę irańskiego „namiestnika” w Iraku, to Muhandis był de facto jednym z liderów stronnictwa pro-irańskiego w Iraku, człowiekiem z wewnątrz, który bardzo ułatwiał Irańczykom penetrację irackiej sceny politycznej, gospodarki i sektora bezpieczeństwa. Ich śmierć pokazała ogromne podziały, jakie występują w irackim społeczeństwie co do stosunków z Iranem.
Po amerykańskim ataku iracki parlament podjął decyzję o zobowiązaniu rządu do wyrzucenia z Iraku Amerykanów. Nie zdecydował się na podobne wystąpienie pod adresem Iranu.
Tyle, że podczas tego parlamentarnego głosowania politycy z partii sunnicich i kurdyjskich zbojkotowali obrady. A nawet i szyiccy politycy nie stanowili monolitu, który jednoznacznie odpowiedziałby się po stronie Iranu. Przykładowo członkowie Sojuszu Zwycięstwa, na którego czele stoi były premier Hajdar al-Abadi w większości nie poparli rezolucji. Podobnie mieli zachować się ich koledzy z Państwa Prawa – koledzy, bo SZ i PP to dwie frakcje jednej partii Zew Islamu. Do tej pory nie jest zresztą jasne, czy rezolucja w sprawie wyrzucenia Amerykanów z Iraku, została podjęta w obecności wymaganego kworum. Niektóre relacje sugerują, że doszło do fałszerstwa ze strony Fatahu.
Zabójstwo Solejmaniego i Muhandisa zaprowadziło ogromny ferment wśród irackich elit politycznych, stworzyło realną szansę na wybuch wewnętrznych walk. Obaj zabici tworzyli duet, który zapewniał ścisłą koordynację działań między Iranem a proirańskimi frakcjami PMU. Spory między proirańskimi formacjami łagodził Muhandis. Gdy jego i Solejmaniego zabrakło, poszczególne grupy PMU zaczęły – jak się wydaje – kłaść nacisk na większą niezależność. Przykładowo Kata’ib Hezbollah zaczął grozić, że jeśli rząd nie wyrzuci Amerykanów z Iraku, to oni zrobią to siłą. Taka samowolka nie jest wcale na rękę Teheranowi, gdyż Waszyngton nie rozróżnia działań milicji na te oddolne i te inspirowane z góry. Wszystkie ich działania zostaną uznane za akty agresji ze strony Iranu.
Tak było zresztą w przypadku ataku na ambasadę USA w Bagdadzie, gdzie znaczną część napastników stanowiły osoby powiązane z Kata’ib Hezbollah, ale odwet został wzięty na Iranie. Dlatego priorytetem nowego dowódcy sił al-Kuds, gen. Esmaila Ghaaniego, będzie odzyskanie kontroli nad irackimi milicjami. Jedno koncyliacyjne spotkanie przywódców PMU już się w Iranie odbyło.
Walki wewnętrzne teraz mogłyby okazać się dla irackiej elity zabójcze. Podziały w jej łonie to jedno, a druga sprawa to ludowa rewolta przeciwko całej klasie politycznej, która trwa od jesieni. Uczestnicy ulicznych protestów nie popierają żadnej parlamentarnej frakcji, tylko żądają, by odeszli wszyscy politycy, bo wszyscy są jednakowo skorumpowani i skompromitowani.

Dlatego po pierwszym szoku w irackiej elicie politycznej nastąpiła konsolidacja. Muktada as-Sadr, który kilka tygodni wcześniej odmówił udziału w formacji nowego rządu, spotkał się ostatnio z Hadim Amirim, przywódcą pro-irańskiego Fatahu i następcą Muhandisa na stanowisku zastępcy szefa PMU. Według niepotwierdzonych informacji obaj mają pracować nad tym, aby utrzymać na stanowisku premiera Adila Abd al-Mahdiego. Tego samego, który podał się do dymisji po masakrach protestujących, do których doszło pod koniec listopada 2019 roku. Protestujący go nienawidzą, ale wybór innego kandydata okazał się praktycznie niemożliwy. Gdy Fatah zaproponował oskarżanego o korupcję gubernatora Basry Asada Ajdaniego, prezydent Salih zagroził podaniem się do dymisji.
Ostatecznie nowym premierem został Muhammad Allawi, który oficjalnie został wskazany przez prezydenta Saliha, ale nieoficjalnie wskazuje się, że być może nominacja Allawiego była inspirowana przez Muktadę as-Sadra. To on błyskawicznie udzielił poparcia Allawiemu i kazał swoim stronnikom „przywrócić porządek”, co w praktyce doprowadziło do ataków ze strony Sadrystów na protestujących.
Kim są ludzie, którzy uczestniczą w protestach w Iraku? Co ich napędza, by ciągle protestować, chociaż są rozpędzani siłą, zatrzymywani, masakrowani?
Uczestnikami są przede wszystkim osoby młode, poniżej 30. roku życia, które nie pamiętają czasów Saddama lub zachowały z tego okresu tylko małe strzępki wspomnień. To właśnie te osoby uważają się za najbardziej pokrzywdzone kryzysem gospodarczym, jaki wybuchł w Iraku w 2015 r., gdy ceny ropy na światowych rynkach załamały się. Po zabójstwie Solejmaniego protesty na chwilę osłabły, ale 10 stycznia wybuchły na nowo. Zresztą większa część demonstrantów ucieszyła się z tej śmierci – wcześniej oskarżali bowiem PMU, sterowane przez Muhandisa i Irańczyków, o atakowanie protestów. Z drugiej strony inni protestujący zachowali dużo więcej wstrzemięźliwości i nie chcieli komentować całej sytuacji, chociaż gdybym miał szacować proporcje między tymi grupami, to zaryzykowałbym, że pierwszych było jednak nieco więcej.

Jesienią, gdy media światowe zaczęły szerzej pisać o tych protestach, niezmiennie określano je przymiotnikiem „spontaniczne”, akcentowano brak przywódców. Czy po kilku miesiącach walki wyłonili się choćby lokalni liderzy?
W wielu miastach pojawiają się lokalne komitety, które próbują sterować protestami, jednak ich autorytet nie jest duży. W ten sposób ich działalność ogranicza się przede wszystkim do organizacji zaopatrzenia w żywność, transportu i leków. Członkami komitetów często zostają byli wojskowi czy lokalni aktywiści. Swój autorytet protestującym próbował narzucić Muktada as-Sadr, ale bezskutecznie, podobnie jak Iracka Partia Komunistyczna (sojusznicy Sadrystów).
Brak liderów wynika zresztą nie tyle z podziałów między protestującymi, lecz z kwestii dużo bardziej pragmatycznej. Otóż siły bezpieczeństwa i – najprawdopodobniej – członkowie PMU porywali i zastraszali lokalnych aktywistów cieszących się szacunkiem ze strony demonstrantów. Dlatego ci zaczęli rezygnować z powoływania komitetów, uznając że mogą być one zbyt łatwym celem dla sił bezpieczeństwa. W ten sposób aparat represji de facto doprowadził do zachowania oddolnego i zdecentralizowanego charakteru ruchu protestacyjnego.
Sojusz Sadrystów i komunistów wygrał poprzednie irackie wybory parlamentarne. Aspirował do reprezentowania właśnie klas niższych, bezrobotnych, wykluczonych. Dlaczego teraz autorytet as-Sadra już nie działa?
Sadr zdaje się nie liczyć już w ogóle ze zdaniem protestujących. 24 stycznia 2020 r. Sadryści zorganizowali tzw. Marsz Miliona. Do udziału w nim wezwano wszystkich Irakijczyków, jednak protestująca od listopada młodzież odrzuciła „zaproszenie”, stwierdzając, że Sadr chce podstępem przejąć kontrolę nad ruchem protestacyjnym. Ten bojkot doprowadził do tego, że Sadr rozkazał swoim ludziom wycofać się m.in. z placu Tahrir w Bagdadzie, który stanowi centrum rewolucji. To bardzo poważny ruch, bo dotychczas to właśnie głównie Sadryści odpowiadali za obronę protestów. Zastanawiam się nawet, czy tego ruchu nie można odczytywać jako zachęty dla sił bezpieczeństwa do pacyfikacji protestów.
Jak daleko trzeba się cofnąć w przeszłość, by zrozumieć przyczyny obecnego kryzysu w Iraku – do wojny 2003 r. i obalenia Saddama Husajna, czy może jeszcze dalej?
Dla zrozumienia problemów gospodarczych Iraku wystarczy cofnąć się do momentu obalenia Saddama Husajna. Jednak obecne protesty chcą nie tylko uzdrowienia sytuacji gospodarczej w kraju, ale także politycznej. I tu już powstaje wyzwanie dla badaczy, bo sama wojna 2003 r. nie tłumaczy patologicznej skali przemocy w życiu tego nękanego wyznaniowymi podziałami państwa. Ona była już wcześniej i to na skalę niespotykaną chyba w żadnym innym państwie arabskim.
Said K. Aburish w swojej biografii Saddama Husajna próbował wytłumaczyć brutalność irackiej sceny politycznej sięgając aż do czasów starożytnych, do polityki władców Babilonii, Asyrii. Osobiście wydaje mi się, że byłyby to zbyt daleko idące rozważania. Moim zdaniem, kluczem do zrozumienia współczesnego Iraku są lata, gdy ziemie te wchodziły w skład Imperium Osmańskiego oraz atmosfera, w jakiej w jakiej kształtowało się Królestwo Iraku po I wojnie światowej.
Co się wtedy stało?
Osmanowie oparli swoją władzę o lokalnych sunnitów, powierzając im stanowiska w administracji, sądownictwie czy wojsku – jednocześnie alienując szyitów. Król Fajsal I, który objął tron Królestwa Iraku w 1921 r. starał odwrócić się ten trend i zbudować nić porozumienia między sunnitami, szyitami i Kurdami, lecz bezskutecznie. Podobną porażkę poniósł reżim baasistowski.
Porażka we wciągnięciu szyitów do życia politycznego kraju sprawiła, że szyicka opozycja skupiała się przede wszystkim wokół przywódców religijnych. Przedstawiciele rodzin Hakim czy Sadr, przewodzący opozycji przeciwko Saddamowi Husajnowi na południu Iraku, byli szanowanymi duchownymi. To wyjaśnia, dlaczego, gdy w 1979 r. wybuchła irańska rewolucja, szyicka opozycja w Iraku nawiązała tak bliskie relacje ze swoimi współwyznawcami w Iranie. To z kolei zaowocowało irańskim wsparciem dla szyickich milicji walczących z „amerykańskimi okupantami” po 2003 r.
Czy tego historycznego dziedzictwa nie da się przezwyciężyć? Dlaczego system, jaki powstał w Iraku po 2003 r., powtarza najgorsze błędy poprzedników – nadal stosuje przemoc, konserwuje podziały wyznaniowe i etniczne, a do tego zwyczajnie ignoruje nędzę, w jakiej żyją obywatele?
System polityczny, jaki powstał po obaleniu Saddama Husajna, był w dużej mierze wytworem środowisk emigranckich, które opuściły Irak w latach 70. czy 80. i wróciły do kraju dopiero po 2003 r. Każdy z dotychczasowych premierów Iraku przebywał co najmniej 20 lat na politycznej emigracji. Po tych 20-30 latach ci ludzie byli całkowicie oderwani od problemów, które targały Irakiem. Stąd wzięły się różne patologiczne pomysły. System muhassasa taifa (rozdział stanowisk wg podziałów religijno-etnicznych) został wymyślony właśnie przez emigrantów politycznych w 1992 r.
A korupcja na tak horrendalną skalę? Przecież nowe elity polityczne miały budować demokrację.
Myślę, że tak ogromna skala korupcji ma swoje korzenie właśnie w tym, że Irak nigdy nie wykształcił wspólnej tożsamości narodowej. Solidarność społeczna nie kształtuje się tam na poziomie narodu, lecz raczej poszczególnych grup etniczno-religijnych, partii politycznych, czy rodzin. W konsekwencji każda z tych grup dba przede wszystkim o swój własny interes. Na szczęście zaczyna się to powoli zmieniać, czego żywym dowodem są protesty na południu Iraku.
Były premier Hajdar al-Abadi, sprawujący to stanowisko od września 2014 r. do października 2018 r., zapowiadał walkę z korupcją, ale na zapowiedziach się skończyło. Dlaczego?
Problem premiera Abadiego polegał na tym, że najbardziej skorumpowana osobą w państwie był jego poprzednik, a jednocześnie kolega z partii Zew Islamu – Nuri al-Maliki. Gdyby ludzie Abadiego ujawnili skalę korupcji Malikiego, to oznaczałoby to koniec Zewu Islamu, który stanowił przecież nie tylko zaplecze polityczne Malikiego, ale także Abadiego. Poza tym Maliki miał i ma wielu sojuszników, którzy skorzystali na jego defraudacjach i nie pozwoliliby skazać Malikiego w obawie, że ich czekałby taki sam los.
Do tego trzeba pamiętać, że rządy Abadiego przypadły na okres walki z Państwem Islamskim, do którego sukcesów rękę przyłożył zresztą sam Maliki prowadząc politykę represji wobec ludności sunnickiej. Otwarcie nowego frontu antykorupcyjnego w takiej atmosferze było niezwykle trudne. W rezultacie reformistyczne zapędy Abadiego całkowicie wyhamowały.
Teraz wojna z Państwem Islamskim jest oficjalnie skończona, kalifat odszedł do historii. Faktem jest jednak również to, że nie wszyscy jego bojownicy zginęli czy dostali się do niewoli, a religijny ekstremizm nie został wypleniony.
Na pierwsze sukcesy IS złożyło się kilka różnych czynników. Całkowicie błędna, represyjna polityka premiera Nuriego al-Malikiego wpisała się w ogólny kurs marginalizacji ludności sunnickiej po 2003 r. Debasyfikacja przeprowadzona po 2003 r. nie była sama w sobie złym pomysłem, ale wykonano go fatalnie. Większość członków partii Baas stanowili szyici, jednak to właśnie sunnici (jako częściej zajmujący wyższe stanowiska w strukturach państwowych) padli głównymi ofiarami. W efekcie np. z armii usunięto wielu zdolnych oficerów, którzy pozbawieni perspektyw zaczęli się radykalizować – część z nich dołączyła potem do IS, znacznie zwiększając zdolności operacyjne grupy. W tym samym czasie regularna iracka armia raziła niekompetencją.
Państwo Islamskie nadal jest aktywne w wielu prowincjach Iraku, zwłaszcza w okolicach Kirkuku czy na pustyni, przy granicy z Syrią. W związku ze wzmożoną obecnością sił bezpieczeństwa na tych terenach jego możliwości działania są mocno ograniczone – zwłaszcza, że armia, PMU oraz ISOF przeprowadzają cyklicznie operacje antyterrorystyczne na terenach, gdzie zostanie zauważona obecność IS. Ale to nie bitność oddziałów samozwańczego kalifatu stanowiła o zagrożeniu, lecz głoszona przez tę grupę ideologia. By tę ideologię faktycznie wykorzenić, jest tylko jeden sposób: odbudowa kraju w duchu demokratycznym i z poszanowaniem wszystkich grup etniczno-religijnych, tak żeby nikt nie czuł się już w Iraku alienowany.
Czy do władz irackich to choćby w ograniczonym stopniu dociera? A może przeważa postawa, że protesty da się przeczekać i można będzie dalej utrzymywać status quo, korzystne tylko dla wąskiej grupy?
Irackie władze nie radzą sobie nie tylko z odbudową. Nie rozwiązują też szeregu problemów lokalnych, które będą powoli dawać coraz bardziej gorzkie owoce. Południe kraju nadal jest niestabilne i nie chce zaakceptować szerokich wpływów milicji powołanych do walki z kalifatem. Do tego pozostaje pogrążone w kryzysie gospodarczym, który jest ignorowany przez rządzących.
Północ? Póki co jest „stabilna”, ale tylko dlatego, że mamy tam zwiększoną obecność sił bezpieczeństwa – znowu w znacznej mierze szyickich milicji, które zakładają swoje kwatery np. w sunnickich prowincji Anbar czy Niniwa. Może i jakoś zwiększają bezpieczeństwo na tych terenach, ale równocześnie na wielką skalę zajmują się przemytem przez syryjską granicę czy handlem narkotykami z Iranu (te od kilku lat zalewają iracki rynek), ściąganiem haraczy czy innymi szemranymi interesami. Tak nie da się utrzymać porządku na terenach sunnickich, prędzej czy później mieszkańcy znowu zaczną protestować przeciwko rządowi, tak jak w czasach Malikiego. I nie można wykluczyć, że protesty znowu zakończą się zbrojnym powstaniem i przelewem krwi.
Jeśli w czymś widzę światełko w tunelu dla Iraku, to w osłabieniu Iranu, którego władze muszą teraz skupić się na tym, by samemu przetrwać amerykańskie sankcje i wewnętrzne niepokoje. Polityka zagraniczna Teheranu, zakładająca tworzenie transnacjonalnego sojuszu szyitów, w Iraku dodawała paliwa zabójczym antagonizmom etniczno-religijnym uniemożliwiającym myślenie w kategoriach całego społeczeństwa. Sami członkowie irańskiego wywiadu (vide tzw. The Iran Cables ujawnione przez The Intercept) przyznawali, że taki kurs alienował grupy sunnickie i kurdyjskie, wobec których podejmowano zaledwie działania o drugorzędnym charakterze. I koło się zamykało…
… gdyż faworyzowani szyici uderzali w sunnitów, a ci w końcu sięgali po broń, słuchali ekstremistycznych kaznodziejów.
I tu wraz ze śmiercią Solejmaniego może faktycznie nastąpić zmiana. Skrzętnie ukrywanym faktem jest to, że gdy w 2014 r. Państwo Islamskie zajęło Mosul, Teheran był bliski odwołania go ze stanowiska dowódcy Sił al-Kuds. Członkowie irańskiego wywiadu zarzucali mu bowiem, że gdyby nie skupił się wyłącznie na kontaktach z szyickimi ugrupowaniami, nie doszłoby do całkowitej alienacji sunnitów i ich radykalizacji, a w konsekwencji sukcesów IS, które było przecież dla szyitów śmiertelnie groźne.
Gdzie w tej całej układance wpływy i działania tych, którzy obalili Saddama Husajna – Amerykanów?
To, że Iran tak łatwo spenetrował Irak w dużym stopniu nie wynikało z tego, że Irańczycy byli aż tak „sprytni”, lecz z faktu, że Amerykanie od momentu oficjalnego wycofania się z Iraku w 2011 r. przestali realnie interesować się tym, co dzieje się na irackiej scenie politycznej. Skupili się przede wszystkim na pomocy wojskowej w walce z Kalifatem. Regularne kontakty utrzymywali z irackimi Kurdami, relacje z rządem centralnym zaniedbali. W 2018 r. prezydent Trump – odwiedzając bazę Al Assad demonstracyjnie ominął Bagdad. Tak samo zrobił też Mike Pence, kiedy w listopadzie 2019 r. odwiedził Kurdystan.
Irackie protesty doprowadziły kraj na rozdroże. Wybór, jaki zostanie dokonany, może zdeterminować losy Iraku na najbliższe dziesięciolecia. Amerykanie powinni lepiej niż inne nacje zdawać sobie z tego sprawę i dlatego mam nadzieję, że zrewidują swoją politykę, może nawet zaangażują się w dialog z raczkującym społeczeństwem obywatelskim.
Jest jakaś szansa, że te protesty nie zostaną rozpędzone, ale osiągną jakiś trwały sukces?
Mam taką nadzieję. Gdyby młodemu ruchowi protestacyjnemu udało się obalić dotychczasowy „porządek” polityczny, Irak miałby w końcu szansę szybkiego rozwoju gospodarczego i społecznego.

Lewica przeciwko wojnie

Czasy, w których polska lewica była wspólnikiem amerykańskich agresorów w ich wojennych wyprawach szczęśliwie już minęły. 8 stycznia na konferencji prasowej jej przedstawiciele zaapelowali do prezydenta i rządu o przeciwstawienie się eskalującym przemoc decyzjom Waszyngtonu i wycofanie naszych żołnierzy z terytorium Iraku.

Spotkanie z dziennikarzami otworzył Maciej Konieczny, dla którego był to zapewne moment szczególny. Poseł Lewicy zaczynał działalność polityczną od protestów przeciwko wysłaniu polskich wojsk do Iraku. Był wówczas działaczem Młodych Socjalistów.

– Nie mamy wątpliwości, że w interesie Polski i świata jest deeskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nasze zdanie podziela wiele sił międzynarodowych, wiele państw europejskich, ale także wiele sił w samych Stanach Zjednoczonych – mówił Konieczny. – Jesteśmy przekonani, że rząd polski i polski prezydent powinni aktywnie działać na rzecz rozwiązań dyplomatycznych – zapewniał.

SLD ostrzega

Obok Koniecznego stał Andrzej Rozenek, poseł SLD, partii, która podjęła decyzję o udziale polskich żołnierzy w napaści na Irak. On sam był wtedy dziennikarzem, nie politykiem, jednak dziś w imieniu swojej formacji przyznał, że była to decyzja zła.

– Mówię tu do rządu Mateusza Morawieckiego: myśmy kiedyś ten straszny błąd popełnili, przy dużo bardziej stabilnej administracji rządu Stanów Zjednoczonych uwierzyliśmy w zapewnienia o broni masowego rażenia, która rzekomo miała być w Iraku, dlatego wysłaliśmy tam wtedy nasze wojska. To był błąd, za ten błąd lewica wielokrotnie przepraszała – mówił Rozenek.

Uszanować głos Irakijczyków

Maciej Gdula, poseł Lewicy zasiadający w sejmowej komisji spraw zagranicznych zaakcentował, że polskie wojska w Iraku nie mają już racji bytu, bo taka jest wola tamtejszych władz.
– To jest ważna decyzja suwerennego kraju, ze względu na tę decyzję i pod warunkiem, że władze Iraku wytrwają przy tej decyzji, my musimy pomyśleć co zrobić z naszymi żołnierzami w Iraku, oni odbywają tam misję szkoleniową. Wobec intensyfikacji napięć w tym rejonie ta misja traci stopniowo szkoleniowy charakter i dlatego – jeśli władze Iraku podtrzymają swoją decyzję dot. wycofania wojsk – my powinniśmy bardzo szybko w porozumieniu z władzami Iraku wycofać nasz kontyngent z Iraku, wycofać naszych żołnierzy do domu – powiedział Gdula.

Bezużyteczny WOT

Według Adriana Zandberga, Polska powinna wysłać jasny sygnał, że „nie ma zgody na łamanie prawa międzynarodowego” przez Stany Zjednoczone.
– Polską racją stanu jest pokój, a kolejna wojna na Bliskim Wschodzie będzie oznaczała nie tylko cierpienie i śmierć setek tysięcy ludzi, ale będzie oznaczała także dla nas w Polsce potężne problemy – powiedział poseł Razem. Na zaniedbania polskiego rządu w kwestii bezpieczeństwa zwrócił z kolei uwagę Włodzimierz Czarzasty.

– Na bezużyteczne Wojska Obrony Terytorialnej – narodowców biegających po lesie z karabinem ku radości Macierewicza – wydajecie więcej niż na wywiad i kontrwywiad wojskowy razem wzięte. Czyli ludzi, którzy są rzeczywiście ważni, dla naszego bezpieczeństwa – powiedział wicemarszałek Sejmu.

Niemcy wycofują wojsko z Iraku

Niemców w Iraku jest trzy razy mniej niż Polaków, lecz Bundeswehr ogłosiła dziś rano, że żołnierze niemieccy, którzy szkolili armię iracką, zgodnie z decyzją irackiego parlamentu wrócą do domu.

Część z nich zostanie przeniesiona do krajów sąsiednich – Jordanii i Kuwejtu. Szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas oświadczył, że „żaden kraj-członek koalicji anty-dżihadystowskiej nie chce zostać w Iraku, skoro nie jest pożądany”.
Maas się pomylił. Wczoraj dowództwo naczelne armii amerykańskiej wysłało co prawda list do władz irackich deklarujący wycofanie US Army z tego kraju, lecz sekretarz obrony Mark Esper wyjaśnił, że była to „pomyłka” i że wojsko pozostanie na miejscu, dopóki Irakijczycy nie zapłacą za amerykański napad na ich kraj w 2003 r. i nie zwrócą pieniędzy wydanych na późniejszą okupację. Zmieni się po prostu status prawny amerykańskiej armii w Iraku: na powrót będą to wojska okupacyjne. Naturalnie polscy żołnierze w Iraku pozostaną w służbie USA, wbrew woli Irakijczyków.
Oficjalnie w Iraku przebywa ok. 5,2 tys. amerykańskich żołnierzy w bazach lotniczych i lądowych. W ubiegłym tygodniu dołączyło do nich kilkuset komandosów, którzy mają wzmocnić ochronę największej ambasady USA na świecie – w Bagdadzie. Do tego prezydent Trump wysłał do Kuwejtu i Arabii Saudyjskiej ok. 3,5 tys. dodatkowych żołnierzy. Wczoraj w amerykańskiej bazie lotniczej Diego Garcia na Oceanie Indyjskim wylądowały bombowce B-52 z bronią jądrową na pokładzie. Baza znajduje się poza zasięgiem irańskich rakiet balistycznych.
Parlament irański poprawił tymczasem swą niedawną ustawę o zaklasyfikowaniu sił USA w Azji środkowej i na Bliskim Wschodzie jako „terrorystycznych”. Odtąd ta klasyfikacja obejmie całą armię amerykańską , łącznie z Pentagonem. Iran traktuje odtąd „reżim amerykański jako państwo wspierające terroryzm międzynarodowy”. W czasie pogrzebu zabitego w bagdadzkim zamachu gen. Solejemaniego dowódca Korpusu Strażników Rewolucji gen. Hossein Salami ostrzegł Amerykanów, że jeśli jeszcze raz uderzą „spalimy to, co tak uwielbiają”, nie precyzując jednak co miał na myśli.

Konwulsje imperium

Zamordowanie gen. Ghasema Solejmaniego to bardzo zła wiadomość na początek 2020 roku.

Dowódca jednostki specjalnej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej był legendą na całym Bliskim Wschodzie. Tworzone przez niego szyickie formacje walnie przyczyniły się do odwrócenia losów syryjskiej wojny na korzyść al-Asada i zatrzymania marszu Państwa Islamskiego w Iraku.
Zdawałoby się, bohater wojny z terroryzmem, którą USA ciągle mają na sztandarach. Donaldowi Trumpowi bliższe jest jednak dalsze podkladanie ognia pod Bliski Wschód, także w ramach wewnątrzamerykańskich rozgrywek. Skoro dławienie Iranu sankcjami nie dawało efektu, poszedł krok dalej.
Chciałoby się zwrócić uwagę na dwa aspekty, poza tymi oczywistymi, jak podwyżka cen ropy naftowej, która po wiadomości o ataku amerykańskich rakiet na bagdadzkie lotnisko obiegającej świat, idzie w górę, czy osłabieniu się dolara przy jednoczesnym wzroście ceny złota.
Czy wzrost napięcia w regionie, który i tak był jak beczka prochu. Paradoksalnie, największe ostatnio w nim wybuchy gniewu społecznego – w tych państwach, gdzie nie toczy się wojna – miały charakter klasowy, były wystąpieniami zdesperowanych bezrobotnych i biednych pracowników, a nie konfliktami etnicznymi. I ze względu na ten klasowy charakter mocno niepokoiły i polityków proamerykańskich, i Islamska Republikę Iranu, której interesy wyrażał w Iraku Solejmani (i która też niedawno takie wystąpienia u siebie tłumiła).
Jego śmierć to sygnał dla innych krajów, że można swych politycznych przeciwników zabijać choćby nawet na terytorium obcego państwa. Pod warunkiem, że reprezentuje się właściwy imperializm. Szum medialny i gromy napomnień w przypadku takich działań Rosji były zawsze ogromne ze strony Zachodu (vide Litwinienko, sprawa Skripala, a ostatnio Zelimchan Changoszwili). Ale już mniej krzyku było, gdy agenci Muhammada ibn Salmana „pokroili” w konsulacie saudyjskim w Stambule Dżamala Chaszukdżdżiego.
Jak ostro teraz zareagują politycy z Brukseli, tak czuli na przestrzeganie praw człowieka i mieszanie się w wewnętrzne sprawy innych państw? Czy ponownie pokażą się one tylko retoryczną maczugą do okładania przeciwników? Wszak Solejmani nie jest wyjątkiem. Amerykanie od wielu lat za pomocą dronów zabijają na całym świecie tych, kogo uważają za zagrożenie dla swoich interesów. Tak było na masową skalę i za Baracka Obamy, laureata pokojowej Nagrody Nobla.
A i przed epoką dronów mieli swoje metody. I jeśli teraz część lewicy zarzeka się, że nie ma czego przeżywać, bo jeden zbrodniarz zabił drugiego w ramach walki o wpływy, to niech ma na uwadze: tak samo byłoby (będzie?) i z autentycznymi ludowymi przywódcami na Bliskim Wschodzie, gdyby tacy się w toku protestów wyłonili i też zagrozili interesom imperium. No, chyba że imperium wcześniej umiejętnie zagra kartą islamskiego fundamentalizmu, by protesty rozmyły się zawczasu.
Na razie gra toczy się też o reelekcję Trumpa. I już słychać wypowiedzi licznych amerykańskich polityków – nie tytko z Partii Republikańskiej – i komentatorów, iż Ameryka jest w stanie wojny i trzeba się mobilizować wokół Prezydenta, który podjął słuszną decyzję. Podobieństwo do jedności narodu w przeddzień ataku na Afganistan czy Iraku nasuwa się samo. Głosy krytyki czy przestrogi – jak zawsze w takich wypadkach – będą piętnowane jako brak patriotyzmu, agenturę wrogą Ameryce itd.
Co do głosów polskich komentatorów w sprawie amerykańskiego ataku nie warto mówić wiele. Choć może warto wyróżnić przedstawiciela Lewicy posła Macieja Gdulę, który na Facebooku trafnie ocenił znaczenie tego zabójstwa i stwierdził, że gdyby na Bliskim Wschodzie zaczęła się nowa wojna, to Polska nie powinna brać w niej udziału. Ale znając serwilizm naszej elity wobec wszystkiego, co amerykańskie, ten głos rozsądku może zostać zignorowany.
Tak, jak mocarstwa nie wezmą pod uwagę głosu zrozpaczonych Irakijczykow, którzy na dzisiejszych protestach krzyczeli pod adresem Waszyngtonu i Teheranu: idźcie gdzie indziej ze swoją wojną! Chociaż wiedzieli dobrze, że konfrontacji mogą spodziewać się w perspektywie godzin. Imperia nie słuchają apeli zwykłych ludzi, nawet gdy to imperia słabnące. Albo padające w wyjątkowo paskudny sposób.

Irak: znienawidzony premier odszedł

Iracki parlament przyjął dymisję premiera Adila Abd al-Mahdiego, zapowiedzianą w piątek. Jego gabinet jeszcze przez trzydzieści dni będzie funkcjonował jako tymczasowy, by zajmować się tylko najbardziej palącymi sprawami. Palącą sprawą są nieustające protesty ubogich i bezrobotnych, ale tutaj iracka klasa polityczna jest bezradna.

Adila Abd al-Mahdiego ostatecznie zmiotła z fotela premiera przemoc, jakiej dopuściły się policja i wojsko w ostatni czwartek: w Bagdadzie, Nadżafie i Nasirijji zginęło co najmniej 50 demonstrantów. Ludzie nadal domagają się wymiany całej skompromitowanej do szczętu elity politycznej, która nie była w stanie ani walczyć z bezrobociem, ani zagwarantować najbardziej podstawowych usług publicznych (na południu m.in. dostępu do wody), zawłaszczała za to zyski z irackich surowców.
Teraz jednak ta sama elita będzie decydowała, kto zastąpi Abd al-Mahdiego. Uliczny ruch protestu nie wyłonił charyzmatycznych liderów, żadna też organizacja nie ma struktury ani zasobów pozwalających bezpośrednio sięgnąć po władzę. Nowego premiera powinien zaproponować największy blok parlamentarny w ciągu najbliższych 15 dni, potem parlament musi w głosowaniu, absolutną większością, poprzeć tę kandydaturę. Największa w parlamencie frakcja Naprzód (Sa’irun), której nieformalnym liderem, bez mandatu, jest Muktada as-Sadr, już ogłosiła jednak, że nikogo nie zgłosi. As-Sadr, który budował swoją popularność na występowaniu w roli rzecznika najuboższych i wykluczonych, doskonale rozumie, że jego autorytet rozpłynie się w powietrzu, jeśli teraz ktoś z jego bloku podejmie się kierowania rządem.
Nadzieje, z jakimi w maju 2018 r. głosowano na Sa’irun, sojusz partii as-Sadra oraz irackich komunistów, i tak w znacznej mierze należą już do przeszłości. Gdy w piątek na bagdadzki plac Tahrir (Wyzwolenia) dotarła wieść o planowanej dymisji Abd al-Mahdiego, demonstranci tańczyli z radości, ale i domagali się nowych wyborów, które zmiotą ze sceny politycznej wszystkie bez wyjątku dotąd aktywne partie oraz milicje szyickie popierane przez Iran.
Analitycy spodziewają się długich negocjacji i targów między parlamentarnymi frakcjami przed sformowaniem rządu. Przewaga największego bloku jest bowiem zdecydowanie zbyt mała, by samodzielnie decydować o obsadzie kluczowych stanowisk. Sa’irun będzie negocjować z blokiem Fatah, powstałym na bazie proirańskich milicji. Adil Abd al-Mahdi mógł zostać premierem właśnie dlatego, że obie frakcje zgodziły się niegdyś na jego kandydaturę, ale teraz o kompromis może być dużo trudniej, bo dla Fatah protesty uliczne są nie do zaakceptowania z uwagi na obecność antyirańskich haseł. Polityczny chaos w Iraku, rozpoczęty wraz z „wprowadzeniem demokracji”, jeszcze się pogłębi, a ci, którzy dotąd cierpieli nędzę, będą cierpieć jeszcze bardziej. Najuczciwszą pozycję zajmuje Iracka Partia Komunistyczna, niedawny koalicjant sadrystów, a dziś jedyna formacja, której przedstawiciele jako jedyni demonstracyjnie opuścili parlament, bo w pełni utożsamiają się z hasłami wykrzykiwanymi przez manifestantów.

W Iraku ludowy bunt trwa

Tylko jednego dnia zginęło od policyjnych kul i granatów co najmniej sześć osób. Pierwsza od amerykańskiej agresji (16 lat temu) powszechna rewolta ludowa w Iraku pozostaje najbardziej krwawa wśród innych obecnych buntów społecznych na świecie. Jednak manifestacje, strajki i kampania nieposłuszeństwa obywatelskiego rosną, zamiast gasnąć.

Ostatni bilans protestów zbliża się do 400 zabitych i przekracza 15 tys. rannych. To skutek używania przez policję ostrej amunicji i zabójczych odłamkowych granatów gazowych, metalowych, 10-razy cięższych od używanych w Europie. Manifestanci chcą dymisji rządu, a rząd nie ma innej odpowiedzi, niż kule, gdyż postanowił trwać. Trwanie rządu, z obawy o próżnię polityczną w Iraku, popierają sąsiedzi, jak Iran, i mocarstwa, jak USA.
Ministerstwo edukacji zarządziło ponowne otwarcie szkół, po dwóch miesiącach zamieszek, lecz nic z tego. Ludzie chcą całkowitego odnowienia klasy politycznej, ciągle tej samej od amerykańskiej inwazji, uznanej za przekupną i niekompetentną: brakuje prądu i wody, a dziki neoliberalizm gospodarczy powiększył biedę. Szkoły i administracja pozostają zamknięte, szczególnie na szyickim południu kraju.
Ośrodkiem ludowej kontestacji jest Plac Tahrir w Bagdadzie. Nocą i dniem wypełniony młodzieżą domagającą się walki z bezrobociem i „zmiany wszystkiego”. „Odkleimy ich od siedzeń” – na transparentach. Próby przejścia manifestantów do Zielonej Strefy po drugiej stronie Tygrysu, gdzie znajduje się dzielnica rządowa i ambasada amerykańska, kończą się zwykle masakrą.
W Nasiriji, mieście skąd wystartował obecny bunt, manifestanci opanowali pięć mostów na Eufracie i zablokowali dojazdy do pól naftowych. Podobnie w Basrze na samym południu, gdzie rano zginęły trzy osoby: najważniejsze drogi są zablokowane, jak i strategiczny port Um Kasr nad Zatoką Perską. W świętym mieście szyitów Karbala policja strzelała do tłumu, który odpowiadał butelkami z benzyną. Trwa totalny impas polityczny: rząd obiecał zmiany w konstytucji i zmianę części gabinetu, ale nawet to do tej pory nie zostało zrealizowane.

Znów głośno

Wśród punktów zapalnych, które pojawiły się na naszej planecie, wielkich ruchów ludowych, jak we Francji, Algierii, Chile czy Libanie, obywatelska rewolucja w Iraku wyróżnia się niebywałą brutalnością represji. Podobnie jak w Chile i Francji, władze irackie przeczą przemocy przeciw manifestantom, co tylko wkurza ludzi. Według źródeł medycznych, nie żyje już ponad 300 osób, a 12 tys. jest rannych. To wszystko w kilka tygodni protestów. Dla porównania, najmniej zabójczy punkt zapalny – w Boliwii – to trzy ofiary w tym samym czasie. W Iraku rząd głośno postanowił wczoraj, że będzie dalej strzelać, ale już z otwartą przyłbicą. Do tej pory kręcił, że to jacyś „nieznani snajperzy” są winni ogólnej masakry.
Stało się to w świętym mieście szyickiego południa Nadżafie, gdzie spotykali się przywódcy parlamentarnych partii i rządu, jakby pod egidą ubranego po cywilu irańskiego gen. Kassema Soleimaniego, dowódcy sił Korpusu Strażników Rewolucji od operacji zagranicznych. Gen. Soleimani dowodzi też osobiście doborową Brygadą Al-Kuds (Jerozolima), której część jest gdzieś w Syrii, niedaleko izraelskiej granicy. „Siły polityczne doszły do wniosku, że należy utrzymać na stanowisku premiera Adela Abd al-Mahdiego i zatrzymać władzę, obiecując walkę z korupcją i poprawki w Konstytucji.” Problem w tym, że manifestanci chcą zupełnie czegoś nowego. Piszą nawet nową Konstytucję, ale przede wszystkim pragną wody i pracy.

Spokojny marsz

Kilka tygodni temu ulicami Bagdadu przeszedł długi, cichy marsz mieszkańców miasta ze świecami i lampionami w dłoniach, ku pamięci zabitych w spontanicznych manifestacjach. Ale poza tym kraj się trzęsie, mniej wśród mniejszości sunnickiej i w irackiej autonomii Kurdów. To głównie szyici, to większość się buntuje, na południe od wielowyznaniowej stolicy, prawie 10 razy większej od Warszawy. Wydawałoby się, że są przyjaźni Iranowi, lecz w Karbali, najświętszym mieście wszystkich szyitów po Mekce, Medynie, Jerozolimie i Nadżafie, ktoś podpalił irański konsulat. W mieście Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, dokąd pielgrzymują też Irańczycy, doszło do ataku na Iran! Ale to dlatego, że przyczyny ruchu nie są religijne, ani nawet narodowe, tylko żywotne. Ludzie mają po dziurki w nosie rządu i całej klasy politycznej, niezależnie od tego, czy należy do frakcji amerykańskiej, czy irańskiej.
Manifestacje, niezależnie od tego, czy są pokojowe, czy nie, są atakowane najostrzejszymi środkami. Strzelano w końcu nawet do milczącego marszu ze świecami. Gdy dochodzi do rozruchów, na pierwszej linii jest młodzież. Prawie 80 proc. irackich młodych nie ma żadnego zajęcia. Tylko w tym roku, do 1 października, początku obecnych wydarzeń, 275 młodych ludzi zadało sobie śmierć z beznadziei, według miejscowego biura Komisji Praw Człowieka. Te dane są mocno niepełne, bo samobójstwa są otoczone „wstydem społecznym”, rodziny się tym nie chwalą, a władze dbają głównie o ukrycie porażek rządu. Od kilku dni rząd już nie komunikuje bilansu ofiar i aresztowanych od 1 października: nowa masakra przekroczyła liczbę samobójców. W czasie amerykańskiej okupacji najeźdźcy zorganizowali masowy rabunek lokalnych bogactw za pośrednictwem mrowia swych prywatnych spółek. Na miejscu zrobiło się dużo kanałów telewizyjnych, neoliberalizm świecił, ale nie było prądu. „Zapanowały wolność i nędza”, jak pisał wtedy New York Times.

Garbaty Irak

Struktura władzy w Iraku pozostaje post-amerykańska, korupcjogenna, więc w zasadzie każda partia parlamentarna jest zamieszania w przekupstwo i wręcz gangsterskie afery – fałszywych kontraktów i innych sposobów nielegalnego dojenia państwa. Do tego Irak wyszedł na amerykańską wolność od razu z garbem: ma już 120 miliardów dolarów długu, a Irakijczyków jest mniej więcej tylu, co Polaków. Tylko na same (skromne) emerytury potrzeba 60 miliardów rocznie, a zyski z ropy to góra 90 miliardów i nawet jeśli doliczyć inne (skromne) dochody państwa, deficyt musi być przytłaczający, ok. 45 miliardów. W sunnickich prowincjach zdemolowanych przez Państwo Islamskie, a potem przez wojnę przeciw niemu (drugie miasto Iraku Mosul jest w ruinie), oficjalne bezrobocie przekracza 40 proc. Na szyickim południu mają połowę tego, ale to nie powód do radości.

Młodzi giną więc od pocisków dostarczonych z Unii Europejskiej, tam nieużywanych przeciw cywilom: metalowych, 10-krotnie cięższych od zwykłych granatów z gazami. Są one po prostu miażdżącymi ciała gazowymi granatami wojskowymi, jakby mało było ostrej amunicji. Irak kupuje je w Bułgarii i poza Unią, w Serbii, teraz zrobił im światową reklamę. Gaz jest tylko dodatkiem, ale według lokalnych doniesień medycznych, to nie jest jakiś zwykły gaz łzawiący, lecz co najmniej częściowo bojowy. We Francji, kiedy w policyjnym gazie używanym przeciw „żółtym kamizelkom” wykryto cyjanek, rząd – choć nerwowo – zareagował, w Iraku rząd nawet nie machnął ręką. Ma inne problemy.
Wybuch z przerwą
Za początek próby rewolucji politycznej w Iraku uważa się 1 października, kiedy od kul zginęli pierwsi manifestanci, grupa bezrobotnych o różnym wykształceniu. Kilka dni wcześniej, 26 września, niewielka grupa bezrobotnych ze świeżymi dyplomami podeszła pod siedzibę premiera Adela Abd al-Mahdiego. Policja rozpędziła ich pałkami, z działek wodnych tryskał wrzątek i wszytko tonęło w gazie. Nazajutrz premier pozbawił stanowiska gen. Abd al-Wahaba al-Saadiego, dowódcy antyterrorystycznych służb specjalnych, człowieka Stanów Zjednoczonych, ale to nie powstrzymało rozwoju wydarzeń. 1 października na Plac Tahrir w Bagdadzie wyszło najpierw kilkadziesiąt osób, zanim zaczęto strzelać.

Po kilku masakrach nastąpiło 18 świętych dni pielgrzymki szyitów do Karbali, tj. przestrzegania pokoju. Po nim manifestanci wrócili na ulice i place, w stolicy i na południu: nastąpiły nowe masakry – m.in. w Majsan, Karbali i Bagdadzie. Administracja w wielu miejscach nie działa, rząd wyłączył internet, co w niektórych krajach staje się stałą praktyką w wypadku buntów społecznych. Eksport ropy praktycznie stanął, jeśli nie liczyć autonomicznego, irackiego Kurdystanu, który wysyła swój towar przez Turcję. Premier el-Mahdi chciał się początkowo podać do dymisji, jak premier Hariri w Libanie, również objętym bezprecedensowym społecznym buntem. Ale wtedy swój przyjazd zapowiedział gen. Soleimani, co robi rzadko, gdyż niektórzy czyhają na jego życie.

My albo chaos

Według Irańczyków, Irak może się rozlecieć. Ich zdaniem spontaniczne manifestacje są wykorzystywane przez nieprzyjazne państwa. W tak krytycznej chwili należy umocnić władze irackie, jakie by nie były. Po dwóch stronach walczącej Syrii wybuchły wielkie społeczne pożary: to kolejne konsekwencje amerykańskiej inwazji na Irak, która się udała, jeśli miała mieć tak tragiczne dla regionu skutki. Jedyny sposób na oparcie się chaosowi to utrzymać rząd – taka jest linia obrony rządu, jak się można było spodziewać. Dlatego może strzelać, choć manifestanci nie są winni tej sytuacji.

Irak wyszedł z amerykańskiego napadu znacznie ogołocony, wojna trwała prawie 10 lat, a zaraz potem wojna z dżihadystami z organizacji przywleczonych przez Amerykanów z Afganistanu. Ciemnym Bagadadem do dziś wstrząsają wybuchy zamachów. Oprócz Amerykanów i Irańczyków, Irakiem bardzo interesuje się Turcja, Arabia Saudyjska i oczywiście Izrael, który bombardował ostatnio Irak, by eliminować jednostki proirańskie, jak w Syrii. Wszystkich uprzedził gen. Soleimani, który pojechał najpierw do świętej Karbali, do Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, duchowego przywódcy irackich szyitów. Wcześniej ajatollah Sistani wyraził swoje stanowisko w sprawie buntu społecznego, ale w tak sybillicznych słowach, że dopiero rzecznicy musieli je wyjaśniać: „Lepiej, żeby rząd nie upadał”.

Polityka i krew

Soleimani to wysłannik osobisty irańskiego ajatollaha Alego Chamenei, którego szyici z Iranu i Libanu uważają za rodzaj papieża. Generał sfotografował się niedawno w cywilu, ale tylko w towarzystwie starego ajatollaha.
Był z nimi przywódca szyitów z Libanu Hassan Nasrallah, szef stosunkowo progresywnej Partii Boga (Hezbollah). Zaraz po nim do Teheranu przyjechał Moktada Sadr, udrapowany w szaty „wycofania duchowego” (itikaf), polityczny przywódca irackich szyitów, który stracił głowę po wybuchu zamieszek. Z początku głośno ujął się za manifestantami, w wyborczych koalicjach występuje zresztą z komunistami, ale Sistani musiał go przekonać do czegoś odwrotnego. Później gen. Soleimani ułożył to ze wszystkimi w Nadżafie.
Robotnicy naftowi z Basry podjęli podobne protesty latem zeszłego roku, stłumione przez milicje proirańskie. Trzy lata temu w mieście zanotowano niemal rekord świata: + 53,9 stopni Celsjusza, spróbujcie to sobie wyobrazić. Region strajkuje, bo chce wody, a państwo nie inwestuje w infrastrukturę. W zeszłym roku udało się władzom pchnąć wodę do kranów w mieście, ale bez uruchamiania oczyszczalni. Zachorowało ponad 100 tys. osób. Gdy różne potęgi patrzą po sobie w Iraku, zwykli ludzie giną na ulicach pragnąc innego życia.

 

Majtki szefa ISIS

Azaz to lekko zakurzone miasteczko wielkości Augustowa, położone w północnej Syrii, przy granicy z prowincją Idlib i Turcją.

Ma tysiące lat, ale dało się poznać dopiero w czasie wypraw krzyżowych: wojska europejskie wygrały tam w wielką bitwę, zanim kompletnie przegrały wojnę. Potem znowu zniknęło z radarów i rzuciło się w oczy ledwo pięć lat temu, w maju 2013 r., gdy b. jeniec amerykański w Wietnamie, wtedy szeroko już znany ze swej szczęki senator John McCain, spotkał się tam z przedstawicielami „syryjskiej opozycji zbrojnej”.

Zostało z tego trochę zdjęć, a jedno z nich stało się szczególne popularne w niemejnstrimowym internecie. To to, gdzie widać McCaina na cztery lata przed śmiercią, jak spotyka się z delegacją dowódców kilku band i rozmawia właśnie z Abu Bakrem al-Bagdadim, który kilka dni temu miał zginąć we wsi ok. 60 km od Azazu, w syryjskiej prowincji Idlib, opanowanej przez Al-Kaidę, Państwo Islamskie (PI) i wiele innych ugrupowań tego rodzaju, pod wojskowym patronatem Turcji, przy jej granicy. Wojska syryjskie próbują z pomocą Rosjan wyzwolić Idlib, ale póki co dżihadyści trzymają się nieźle.

Turcja jest państwem frontowym NATO, a syryjski powiat Azaz ma wspólną granicę z Sojuszem Północnoatlantyckim. McCain mógł bezpiecznie się tam zjawić tamtej wiosny, bo przebycie pięciu kilometrów od tureckiej granicy nie trwa długo, a teren należał do zaprzyjaźnionej Al-Kaidy i tzw. Wolnej Armii Syryjskiej, szkolonej w Turcji przez oficerów NATO. Dziś została z niej tylko nazwa.

Rok wcześniej, kiedy w 2012 r. Julian Assange siedział już od miesiąca w ekwadorskiej ambasadzie, sekretarz stanu USA Hillary Clinton przekonywała w mailu ujawnionym później przez jego WikiLeaks: „obalenie Asada będzie stanowić olbrzymią korzyść dla Izraela”, w czym nie było nic szczególnego, ale zwróciło uwagę części prasy i internetu, tworząc niezdrową atmosferę. Wojna trwała w najgorsze, wiedzieli o tym uczestnicy spotkania w Azaz. McCain przekonywał swych gospodarzy (?), że Stany Zjednoczone pomogą im atakiem na Damaszek, w razie czego. Jak wiadomo, dali się podpuścić, bo zaledwie cztery miesiące później szef Hillary, prezydent Obama, odwołał wspólny z Brytyjczykami i Francuzami wielki atak na Syrię.

Na zdjęciu widać znane wówczas postacie „zbrojnej opozycji”. Z McCainem siedzą np. Mohammad Nur, rzecznik Brygady Północna Burza (Frontu An-Nusra, tj. syryjskiej Al-Kaidy), która porwała właśnie i więziła w Azaz 11 Libańczyków, jest generał brygady Salem Idriss, dowódca naczelny Wolnej Armii Syryjskiej, i Abu Musa, wtedy w Al-Kaidzie, późniejszy rzecznik PI, przyboczny al-Bagdadiego. Sam al-Bagdadi miesiąc wcześniej utworzył Państwo Islamskie w Iraku i Lewancie („w Iraku i Syrii” wg wersji ang.), słynne Da’esz (PI). Wcześniej to Państwo istniało tylko w Iraku, przekształcone z miejscowej Al-Kaidy, przywleczonej przez Amerykanów z Afganistanu w 2003 r. Oficjalne proklamowanie terytorialnego PI nastąpiło w rok po tym zdjęciu. W 2013 r. priorytetem Stanów Zjednoczonych w Syrii była zmiana rządu, a nie walka z dżihadystami, którzy go mieli obalić.

Fotografia tak wirowała w internecie, że w końcu zainteresował się nią mejnstrim: to fejk – alarmowały niektóre tygodniki w Europie i Stanach. Najpierw przekonywano, że zdjęcie nie może być prawdziwe, gdyż minęło prawie 10 lat od oficjalnej fotografii Abu Bakra zrobionej przez armię Stanów Zjednoczonych w Iraku, gdy siedział w obozie więziennym, i nie może być tak podobny, jak do postaci ze zdjęcia. Poza tym to niemożliwe, gdyż byłoby to niemoralne. Później padło ciekawsze wyjaśnienie: al-Bagdadi ze zdjęcia to celnik z Azaz o nazwisku Abu Jusef, który przyszedł z libańską ekipą telewizyjną i się przysiadł; bardzo podobny, ale to nie on. Celnika widać też na innych zdjęciach z McCainem, w gronie tych samych opozycjonistów. Wszystko jest możliwe.

Amerykanie zrobili więc wszystko, by w ich filmie o zabiciu al-Bagdadiego nie wystąpiła Turcja: śmigłowce startowały z irackiego Kurdystanu, nie zza pobliskiej granicy, gdzie mają świetną bazę. Najlepszy jest wątek majtek al-Bagdadiego, które wykradł amerykański szpieg na szczycie PI, by poprzez badanie DNA można było się upewnić, że al-Bagdadi to nie np. celnik z Azazu. Dzięki kluczowej bieliźnie wiemy, że facet ze zdjęcia nie żyje, chyba, że to celnik z miasteczka.