Na dywaniku w Mińsku

Nie cichnie burza po skandalicznym komunikacie IPN z ostatniego poniedziałku, w którym Romualda Rajsa, zabójcę obywateli Polski wyznania prawosławnego, przedstawiono jako bohatera walki o wolną ojczyznę. Z publikacji instytutu musiał tłumaczyć się polski ambasador w Mińsku, a placówka IPN w Białymstoku, która prowadziła śledztwo w sprawie „Burego”, odcina się od zawartych w niej wniosków.

Informacje o postawie białostockiego IPN pojawiły się na profilu „Kpt. Romuald Rajs „Bury” – nie mój bohater”, prowadzonym przez radnego Bielska Podlaskiego i działacza mniejszości białoruskiej Tomasza Sulimę. Regularnie przypomina on o przebiegu rajdu oddziału Rajsa przez prawosławne wsie w regionie Bielska i Hajnówki, a także przygląda się, jak postać „Burego” jest eksploatowana w polityce historycznej (czy, jak kto woli, zwykłej propagandzie). Tym razem przedstawił reakcję pracownika białostockiego oddziału IPN, naczelnika Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, na poniedziałkowy komunikat IPN podważający wcześniejsze publikacje Instytutu w tej sprawie.
– Centrala IPN publikując komunikat nie informowała nas i nie konsultowała go. Jedynym obowiązującym postanowieniem w tej sprawie pozostają wyniki śledztwa prowadzonego przez prok. Dariusza Olszewskiego oraz orzeczenie Sądu Okręgowego w Białymstoku – powiedział prokurator Janusz Romańczuk.
Przypomnijmy, że prokurator Olszewski prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa mieszkańców Zaleszan, Zań i Szpaków oraz morderstwa na porwanych wcześniej wozakach dokonanego w lesie koło Puchał Starych przez trzy lata. Rozmawiał z żyjącymi jeszcze świadkami, poznawał relacje zarówno mieszkańców napadniętych wsi, jak i żołnierzy „Burego”, studiował dokumenty. Wniosek, iż w powiecie bialskim doszło do zbrodni o znamionach ludobójstwa, do morderstw motywowanych m.in. uprzedzeniami narodowościowymi i religijnymi, sformułował na bardzo solidnych podstawach. W poniedziałkowym komunikacie IPN podważono go bez konsultacji z osobami, które uczestniczyły w tamtym śledztwie. Jako „nowe badania” przedstawiono natomiast dociekania historyków o prawicowych lub skrajnie prawicowych sympatiach, którzy nie kwestionują zebranych wiadomości o mordach oddziału „Burego”. Przekonują jednak, że zbrodni o znamionach ludobójstwa nie było, bo… „Bury” spalił tylko pięć wiosek. Na to sformułowanie z oburzeniem zareagowało także ministerstwo spraw zagranicznych Białorusi. – Naszą szczególną troskę wywołał otwarty cynizm niektórych polskich „badaczy”, na ustaleniach których opiera się komunikat IPN – powiedział Anatol Hłaz, sekretarz prasowy MSZ w Mińsku. Do ministerstwa wezwany został polski ambasador Artur Michalski.

Szopki pana ministra

Czwartek piętnastego marca 2019 roku. Sejm RP. Politykę zagraniczną rządu kierowanego przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego prezentuje pan minister Jacek Czaputowicz.

Profesor nauk społecznych. Z autentycznie autentycznym naukowym dorobkiem. Pomimo tego dorobku mianowany został ministrem spraw zagranicznych w styczniu ubiegłego roku decyzją pana prezesa
Kaczyńskiego.
Bo pan prezes miał taki kaprys. Uznał jego nominację za swój „eksperyment”.
Minął rok i pan minister Czaputowicz musi zdać coroczny polityczny egzamin. Musi zaprezentować kierunki polskiej polityki zagranicznej, chociaż nie on – i nie jego resort – jest jej autorem.
Bo przecież najważniejsze decyzje o aktualnej polskiej polityce zagranicznej zapadają nie w MSZ, lecz w Kwaterze Głównej pana prezesa Kaczyńskiego. Tej przy warszawskiej ulicy Nowogrodzkiej.
Bo przecież o relacjach z USA, najważniejszym obecnie sojusznikiem zagranicznym, decyduje obecnie nie MSZ, ale Ministerstwo Obrony Narodowej. Krajowi „siłownicy”, używając rosyjskiej nomenklatury.
Zresztą rządzące obecnie elity PiS nie widzą potrzeby, aby polska polityka zagraniczna powstawała w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Przecież polityka zagraniczna jest przez pana prezesa Kaczyńskiego uważana za politykę drugorzędną.
A w tym roku jest w kierownictwie PiS traktowana jako element kampanii wyborczej.
Ale raz do roku pan minister spraw zagranicznych musi do Sejmu przyjechać i taki polityczny egzamin zdać przed parlamentem musi.
I jak każdy rezolutny student musi wybrać odpowiednią taktykę. Zwłaszcza, że wie, iż słuchać go będzie kilku egzaminatorów na raz. Przychylnych mu w większości. A w takim przypadku sprytny student mówi długo, wszystko co wie, niekoniecznie na temat, i koniecznie odpowiednio modulując głosem.
I tak pan minister mówił, mówił, mówił.
Pomimo długiego słowotoku niewiele konkretnego powiedział. Zwłaszcza, że długiej listy ostatnich zagranicznych porażek zręcznie nie wymienił.
Na pewno wszystkim jego słuchaczom na zawsze w pamięci zostanie informacja, że w efekcie zmasowanej akcji polskich służb dyplomatycznych krakowskie szopki zostały wpisane do światowego dziedzictwa kultury.
To niewątpliwie wielki i niekwestionowany sukces polskiej dyplomacji w roku Stulecia Odzyskania przez Polskę Niepodległości.
Reszta ministerialnego wystąpienia zostanie zapewne szybko zapomniana.
Zresztą o jego randze i znaczeniu dobitnie zaświadczył pan prezes Jarosław Kaczyński. Był nieobecny w czasie wystąpienia swego ministra.
Olał, po studencku mówiąc, dorobek umysłowy swojego „eksperymentu”.
Podobnie zachował się pan minister Czaputowicz. W czasie kiedy panie posłanki i panowie posłowie wyrażali swe opinie o jego wystawieniu, on nakazał zwołać konferencję prasową.
Aby podyktować prorządowym dziennikarzom co mają prorządowym wyborcom przekazać.
Czas na zadawane pytania panu ministrowi skrócono do minimum.
Zbliżał się przecież czas obiadu.
Najważniejsze jednak, że z tymi szopkami udało się. Jest to autentyczny i wymierny sukces godny polskiej dyplomacji.
Na miarę Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

Wyskok ku spirali zbrojeń

…i wyskok Czaputowicza.

Świat wydaje na zbrojenia (oficjalnie-na „cele obronne”) prawie 2 bln dol. rocznie To ogromna suma,która w dużej mierze jest marnowana,a mogłaby być przeznaczana na rozwiązanie głównych problemów globalnych (głód i niedożywienie,brak stałego dostępu do zdrowej wody pitnej, wyzwania klimatyczne oraz migracyjno-uchodźcze itd.). Największy udział mają w tym niezmiennie Stany Zjednoczone-ponad 700 mld dol. w obecnym budżecie, co oznacza więcej niż pozostałe państwa z pierwszej dziesiątki razem wzięte- Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Francja, Indie, Wielka Brytania, Japonia, Niemcy i Korea Płd.
Równocześnie słynny, symboliczny „Zegar Zagłady” pokazujący zwłaszcza stopień zagrożenia nuklearnego, wymyślony w 1947 r. przez naukowców z Uniwersytetu Chicagowskiego, wskazuje obecnie dwie minuty do północy, która oznacza zagładę ludzkości. Tak blisko wskazówki zegara były dotąd jedynie w 1953 r.
Obecnie tylko 9 państw dysponuje bronią atomową – USA, Rosja, Chiny, Francja,Wielka Brytania, Indie, Pakistan, Izrael i – od pewnego czasu – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Jednakże tylko dwa pierwsze mocarstwa mają możliwość tzw. drugiego uderzenia nuklearnego. Dlatego też rzeczą kluczową dla wyeliminowania tych największych zagrożeń są porozumienia o ograniczeniu, kontroli i redukcji zbrojeń strategicznych między Moskwą a Waszyngtonem..Było ich do tej pory sporo, m.in. SALT I (1972 r.), SALT II (1979 r.), START I (1991 r.) i START II (1993 r.). Nie bez znaczenia był również układ INF z 1987 r.,podpisany w Waszyngtonie przez Reagana i Gorbaczowa dotyczący produkcji,przechowywania oraz likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego zasięgu, tzn. od 500 do 5500 km.
Przez szereg lat nie było zastrzeżeń odnośnie do wykonywania jego zapisów,ale administracja Trumpa zarzuciła władzom na Kremlu,iż Rosja weszła w posiadanie nowych pocisków manewrujących SSC-8, co narusza porozumienie INF. Mimo rozmów dwustronnych na szczeblu wiceministrów spraw zagranicznych,prowadzonych m.in.-co ciekawe- w Pekinie, nie udało się wyjaśnić tej kwestii,a w rezultacie 2 lutego USA i Rosja zawiesiły na 6 miesięcy jego stosowanie. Grozi to niewątpliwie m.in. nowym wyścigiem zbrojeń w i tak napiętej sytuacji międzynarodowej.
W tej materii pojawił się niestety przykry wątek polski. Otóż szef naszego MSZ-u Jacek Czaputowicz, który w ciągu roku swego urzędowania, miał szereg wypowiedzi kontrowersyjnych,a czasem wprost nieodpowiedzialnych (np. nazwanie Francji „krajem upadłym”,czy uznanie Tuska za reprezentanta niemieckich interesów w Radzie Europejskiej), posunął się o krok dalej. W wywiadzie dla „Der Spiegel” opowiedział się za rozmieszczeniem broni nuklearnej na terytorium naszego kraju. To co najmniej WYSKOK dyplomatyczny-szkodliwy i bez wyobraźni. Tak postępują POLITYCZNI HUNWEJBINI, bez konsultacji wewnętrznych oraz międzynarodowych..To by przecież musiało oznaczać duży wzrost zagrożenia dla Polski, biorąc m.in. pod uwagę spodziewaną reakcję Moskwy.
Na szczęście sekretarz generalny NATO Stoltenberg zaprzeczył, iż istnieją plany rozmieszczenia nowych głowic nuklearnych w Europie. Co więcej- sekretarz stanu USA Mike Pompeo zadeklarował, iż Stany Zjednoczone są gotowe do negocjacji z Rosją w sprawie kontroli zbrojeń. Istnieją zatem realne szanse na to,że Układ INF będzie- po pewnych modyfikacjach- dalej obowiązywał!

Konferencja po nic

Inicjatywa zorganizowania w Warszawie konferencji bliskowschodniej przynosi swoje owoce. To znaczy nie przynosi.

Inicjatywa pojawiła się z zaskoczenia. Od razu wywołała gniewną reakcję Iranu, który ją odczytał – jakże by inaczej – jako zakamuflowany, i to dość powierzchownie, ruch Waszyngtonu, aby wymanewrować Teheran, który na spotkanie nie został zaproszony. Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Javad Zarif nazwał konferencję „desperackim anty-irańskim cyrkiem”. Trudno zresztą, aby zareagował inaczej po słowach swojego polskiego odpowiednika Jacka Czaputowicza, który stwierdził: „Nie zaprosiliśmy przedstawicieli Iranu, bo to uniemożliwiłoby normalne obrady. Irańczycy używają języka, który jest trudny do zaakceptowania”.

Po pierwszej, bardzo ostrej reakcji, wezwaniu do irańskiego MSZ chargé d’affaires polskiej ambasady w Teheranie i zapowiedzi irańskiej placówki w Warszawie o wstrzymaniu wydawania wiz polskim obywatelom (wycofanej później przez irański MSZ) sytuacja uległa lekkiemu uspokojeniu. Wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji Jacka Czaputowicza oraz wizyta na konsultacjach na szczeblu wiceministra (Polskę reprezentował Maciej Lang, stronę irańską – jego odpowiednik Sejed Abbas Arakczi) przywróciły stan, w którym Warszawa i Teheran jeszcze ze sobą rozmawiają. Minister Lang, poza spotkaniem z ministrem Arkaczim wykonał serię pojednawczych posunięć związanych z odwiedzaniem miejsc związanych z uczeniem pomocy, jakiej udzielił Iran polskim uchodźcom z ZSRR, ale komunikat polskiego MSZ w odniesieniu do aktualnej, merytorycznej kości niezgody jest wszakże bardzo enigmatyczny: „wiceministrowie omówili cele i oczekiwania wobec tego wydarzenia” – czytamy w nim.

Nad zaplanowaną za mniej niż miesiąc – 13-14 lutego – konferencją i tak nie przestaje unosić się atmosfera nadchodzącego fiaska. Nie pojawi się na nim szefowa dyplomacji UE Federica Mogherini, a zatem kluczowy partner będzie reprezentowany na poziomie co najwyżej obserwacyjnym, reprezentowany przed delegację na niskim szczeblu. Mogherini zasłoniła się zaplanowanym od roku udziałem w szczycie Unii Afrykańskiej w Addis Abebie i wizytami w krajach Rogu Afryki. Z jednej strony to wymówka wygodna, ale też pokazująca beztroskę, z jaką współorganizatorzy konferencji – czyli Warszawa i Waszyngton – odnieśli się do tego projektu, bo gdy z taką inicjatywą się występuje i ma ona być inicjatywą poważną, to wypada zatroszczyć się o to, czy główni partnerzy będą chętni wziąć udział. I zrobić to trzeba zanim termin zostanie ogłoszony. Bo nie przybiegają na dźwięk gwizdka.

A w przypadku UE, jej dystansowanie się ma przecież i drugie dno, gdyż w sprawach Bliskiego Wschodu i Iranu Bruksela ma własne opinie, jak działać i są one bardzo odmienne od amerykańskich. Tak w kwestii Jerozolimy, Syrii czy to podtrzymania funkcjonowania paktu nuklearnego zawartego przez grupę P5+1 z Iranem pomimo wycofania się z niego Stanów Zjednoczonych i równoczesnych gróźb sankcji wobec pozostałych sygnatariuszy, jeśli nie podporządkują się konfrontacyjnej koncepcji Donalda Trumpa.

Wcześniej udziału w konferencji odmówiła Rosja, uznając że byłoby to bezcelowe.

Co ciekawe, o ile amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo opowiadając o zaplanowanej konferencji nie wątpi w jej sukces, wyliczając listy krajów, które otrzymały zaproszenia, mniejszy entuzjazm wykazuje minister Czaputowicz. „Chcemy rozpocząć pewien proces, powołać grupy robocze, które zajmą się takimi kwestiami jak walka z terroryzmem, sytuacja uchodźców, pomoc humanitarna czy przeciwdziałanie zagrożeniom w cyberprzestrzeni. To są bardzo złożone problemy, więc nie spodziewam się, aby udało się już w Warszawie uzgodnić jakąś strategię. Raczej ograniczymy się do wniosków ministra Pompeo i moich” — powiedział minister. Pytanie tylko, że skoro celem konferencji jest „ograniczenie się do wniosków Pompeo i moich”, czyli by mniej eufemistycznie na to popatrzeć „Pompeo i Trumpa” – po co jest ta konferencja? I odpowiedź jest na to pytanie prosta: po to żeby się odbyła. I dała Pompeo do ręki jakieś dodatkowe karty. Choć, biorąc pod uwagę, jak inicjatywę odbierają partnerzy, których głos się liczy – będa to najprawdopodobniej blotki.

Bigos tygodniowy

Powiedzieć, że Adrian Niezłomny podpisał ustawę cofającą deformę Sądu Najwyższego, ale się nie cieszył, to nic nie powiedzieć. Z wściekłości i mściwości przetrzymał do ostatniej minuty moment złożenia podpisu czyli de facto moment wypicia piwa, które sam nawarzył. Jednak po podpisaniu nie zdzierżył i dostał ataku histerycznej, infantylnej agresji. Wykipiała z niego złość i upokorzenie. Krzyczał o „bezkarnej kaście” i „anarchii” sędziów. Wydzierał się, pretensjonalnie modulował głos, robił miny, przewracał oczami. Zachował się, jak to on, jak infantylny, histeryczny, katolicki maminsynek. Na koniec wydał dyspozycję, by najdłużej jak to możliwe zwlekać z publikacją ustawy. Zuch, mołodiec!

 

***

Strzeż się księdza, bo może być przyczyną wielu groźnych chorób. Do niezliczonych szkodliwych i niebezpiecznych przedmiotów, substancji itp. dołączyli księża. Wszyscy pamiętamy rozmaite ostrzeżenia, a to, że „zapałki w ręku dziecka to pożar”, a to tabliczki z trupią główką i napisem „baczność, urządzenie elektryczne”, a to że należy myć ręce przed posiłkiem i po wyjściu z toalety, a to, że należy chronić się przed ogniskami chorobotwórczych bakterii, starannie myć owoce i warzywa przed spożyciem, strzec się przed chorobami wenerycznymi i a to, że nie wolno przewozić środkami komunikacji publicznej substancji żrących, toksycznych, śmierdzących oraz przedmiotów odrażających. Okazuje się, że także kontakt z księdzem „może być przyczyną wielu groźnych chorób”, a osobie ukąszonej przez księdza może grozić „seria bolesnych zastrzyków”. Jeśli kto ma życzenie, można by to porównać do nazistowskich afiszy antysemickich o „wszach i tyfusie plamistym”. Do listy niebezpieczeństw dołączą księża diecezji płockiej, bo wszedł w życie specjalny kodeks biskupa Piotra Libery dotyczący pracy z nieletnimi. Zapracowali Wielebni na ten godny status. Gratulacje i powinszowania! Ale, ale, te przepisy sanitarne powinny wejść w życie w całej Polsce, bo kapłani przecież są równi wobec prawa.

 

***

Aliści, jeszcze nie ostygł film „Kler” i instrukcja Libery, a tu już klechy bezczelnie otworzyli mordy, zamiast skorzystać z okazji i trzymać je zamknięte szczelnie na kłódkę. I tak Głódź gdański wziął w obronę doszczętnie zdemoralizowanego prałata Jankowskiego, a Nycz warszawski obrażał się z powodu braku całkowitego zakazu aborcji. Im naprawdę się wydaje, że są jeszcze moralnymi autorytetami. „Kleru” na nich nie ma – obłudników. Natomiast w błazeńskim wywiadzie dla Polsat News, abp poznański Gądecki objawił dobre samopoczucie i po porównaniu filmu „Kler” do nazistowskiego „Żyda Süssa” stwierdził, że „film ten nie będzie miał wpływu na praktyki religijne Polaków, bo przywiązanie do nich jest oczywiste”. Biedny błazen chyba niczego nie czyta w tej swojej wieży z kości słoniowej. Nie wie, że polskie młode pokolenie jest światowym czempionem w tempie laicyzacji, czyli jego przywiązanie do religii gwałtownie topnieje, a poparcie dla prawa do wolnej aborcji do 12 tygodnia zwiększyło się z 18 procent na początku 2016 roku, po „czarnym proteście” wzrosło do 42 procent, a teraz zwiększyło się do 69 procent. Niech Gądecki podziękuje za to swoim sojusznikom, Kai Godek i Ordo Iuris.

 

***

Szef MSZ Czaputowicz pozazdrościł poprzednikowi Waszczykowskiemu głupawych wybryków i nazwał Francję „chorym człowiekiem Europy ciągnącym ją w dół”, przeciwstawiając jej pisowską Polskę jako „jasny punkt na mapie Europy ciągnący ją w górę”. To prawda, że Francja nie jest dziś jako kraj w zbyt dobrej formie, ale chciałbym, żebyśmy tu nad Wisłą byli już tak chorzy jak Francja. To – mimo wszystkich kłopotów – cywilizacja ciągle z innej niż Polska półki. Konie kują, a megalomańska żaba podstawia nogę.

 

***

Bracia Karnowscy to prawdziwi ekscentrycy. Widać też, że to i owo przeczytali z klasycznej literatury. Wyraźnie z „Folwarku zwierzęcego” Orwella zaczerpnęli ideę, która przyświeca formule ich nagrody dla „Człowieka wolności”. Tak jak u Orwella aparat represji nazywał się Ministerstwem Miłości, a aparat kłamliwej propagandy – Ministerstwem Prawdy, tak w roku 2016 tytułem „Człowieka Wolności” uhonorowali nagrodą „Sieci” prezesa PiS, w 2017 – Przyłębską, a w 2018 – ministra kultury Glińskiego. Jednak nie tylko ekscentryzm powoduje Karnowskimi. Oni wiedzą za Karolem Marksem, że „wolność jest uświadomioną koniecznością”.

 

***

Cokolwiek dziwny wyrok w sprawie niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” wydał krakowski sąd. Emocjonalną konfuzję i gorycz bogu ducha winnego, bardzo sędziwego kombatanta AK, który podał do sądu twórców serialu, można zrozumieć. Pokazano tam bowiem akowców jako antysemitów, a on antysemitą się nie czuje i pewnie nie jest. Jednak istnieją udokumentowane świadectwa, że postawy antysemickie w polskim podziemiu niepodległościowym w okresie okupacji, w tym tak licznej organizacji, jaką była AK, występowały. Świadczy o tym choćby sprawa mordu na ludziach akowskiego Biura Informacji Prasowej, Makowieckiego i Widerszala w czerwcu 1944 roku. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z fabularnym serialem, z fikcyjną, zmyśloną akcją, w której uprawnione są rozmaite ujęcia, uogólnienia czy uszczegółowienia zgodne z ideą artystyczną utworu. Równie dobrze można by bowiem podawać do sądu twórców „Stawki większej niż życie” za to, że postać hauptsturmführera Hermanna Brunnera stawia gestapo w świetle bardziej negatywnym niż na to zasługiwało, względnie że jest jako esesman pokazany zbyt sympatycznie, a autorów „Czterech pancernych i psa” oskarżać o pokazywanie sowieckich wrogów jako ciepłych sojuszników.

 

***

Nie po raz pierwszy ujawniają się tzw. „murzyńskie” cechy części narodu polskiego, przy czym „murzyńskość” należy tu rozumieć w aspekcie mentalnym, a nie koloru skóry. To archaiczna mentalność, która nakazywała kiedyś oszukiwanym plemionom afrykańskim przyjmowanie w dobrej wierze paciorków od białych kolonizatorów. Ten sam mechanizm powodował tymi, którzy przed laty, za rządu PO-PSL, uwierzyli złoty deszcz od arabskiego inwestora. Jeszcze wcześniej katolicki naród porzucił katolickich nudziarzy politycznych, Wałęsę i Mazowieckiego i uwierzył w syreni śpiew cudotwórcy z Peru, Stanisława Tymińskiego. Potem wierzył w rozmaitych stadionowych uzdrowicieli. Teraz ta naiwna „murzyńskość” (przepraszam wszystkich inteligentnych czarnoskórych) kazała poważnym, jak można by przypuszczać, działaczom i funkcjonariuszom z KS Wisła Kraków uwierzyć, jak w dobroczynną wartość ofiarowanych paciorków, w uczciwe intencje jakiegoś azjatyckiego kombinatora na milę cuchnącego szachrajem i kryjącego wizerunek jak przestępca w sądzie. Również niedawny pisowski ekspres z prądem w Sejmie i Senacie, to już przewidywalna i nudna nowa świecka tradycja.

 

***

I tak miałem nie wpuścić do mieszkania klechy łażącego po tzw. kolędzie, czyli za świeżą kasą na nowy rok, ale gdy zobaczyłem na klatce schodowej dwóch małoletnich (góra lat dziesięć) ministrantów-niewolników, pozostawionych przez niego bez opieki i wyczekujących na swojego pryncypała, właśnie obchodzącego lokale za kasą, nie wpuściłem go tym bardziej. Zastanawiam się od lat, czy w dobie czyhających na młodych ludzi(także tych ubranych w bielutkie komże) niebezpieczeństwa jest jakiś sens w ich narażania na niewłaściwe zachowania ze strony niektórych przedstawicieli naszego ultrakatolickiego społeczeństwa? Czy w ogóle jest jakiś sens aby klesze towarzyszyła (przed domem wiernego-wiernej) taka obstawa?

 

***

A już na koniec… Wszystkim PT Czytelnikom Bigosu tygodniowego życzę wszelkiej pomyślności w Nowym Roku i do zobaczenia na łamach naszej gazety.

Incydent gruziński

Szef MSZ Jacek Czaputowicz udał się do Tbilisi w towarzystwie ministrów z Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Wystosował też apel do Federacji Rosyjskiej o „porzucenie agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego”.

 

W 2008 roku Federacja Rosyjska podjęła decyzję o interwencji militarnej poza swoim terytorium, co wprawiło w zaskoczenie zarówno Europę, jak i Stany Zjednoczone. Konflikt o Abchazję i Osetię Południową był to krok, który pokazał brak jednomyślnej polityki UE wobec wydarzeń ma terenach spornych, gdzie zamieszkujące je mniejszości domagają się redefinicji granic.

Jak podaje geopolityka.org, „wstępne walki pięciodniowej wojny rosyjsko-gruzińskiej rozpoczęły się w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 roku. Był to gruziński ostrzał artyleryjski paramilitarnych oddziałów Osetii Południowej w Cchinwali i rejonie Dżawy”.

To tę rocznicę obchodził szef polskiej dyplomacji w Tbilisi. Z tej okazji ministerstwo opublikowało oficjalny komunikat:

„Sprzeciwiamy się wszelkim działaniom, które mają na celu ingerencję w suwerenne prawo władz w Tbilisi do wykonywania zwierzchnictwa nad terytorium Gruzji w jego granicach uznanych przez społeczność międzynarodową”.

Sęk w tym, że gdyby zbadać sytuację z sierpnia 2008 naprawdę wnikliwie, to wyjdzie na to, że obie strony konfliktu podczas tych kilku dni wojny nie respektowały trzeciej konwencji haskiej (Konwencja dotycząca rozpoczęcia kroków nieprzyjacielskich, Haga, 18 października 1907 r.).

W oświadczeniu znalazł się jednak ten płomienny apel do Rosji: „Władze RP po raz kolejny wzywają Federację Rosyjską do porzucenia agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego oraz realizacji zobowiązań, wynikających z porozumień Sarkozy-Miedwiediew”.

Przed wylotem do Gruzji na specjalnie powołanej konferencji prasowej Jacek Czaputowicz przemówił mało dyplomatycznym tonem:

– Wspólnie z gruzińskimi władzami pragniemy przypomnieć światu o tym, co wydarzyło się w sierpniu 2008 r., o pogwałceniu niepodległości Gruzji, tragedii tysięcy rodzin wypędzonych z miejsc zamieszkania, setkach zabitych i rannych.

Przypomniał też słowa Lecha Kaczyńskiego, który wówczas po raz pierwszy poczuł się w obowiązku udzielić „pomocy” potrzebującym Gruzinom i wmieszał się w konflikt.
„Wiemy świetnie – dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj – Polskę”. Słowa te, jak pokazały późniejsze wydarzenia, niestety w części okazały się prorocze i wydaje się, że są ciągle aktualne – stwierdził szef polskiego MSZ.

Polska najwyraźniej nadal czuje się w tym sporze już nawet nie tyle rozjemcą, co jedną ze stron. Nikt jednak nie widział, aby polski prezydent w te pędy biegł do Kosowa, aby pomóc im wyzwalać się spod serbskiego „jarzma”, albo zasłaniał własną piersią Katalończyków. Polska zwykle angażuje się tam, gdzie po drugiej stronie barykady stoi Rosja, czyli na Ukrainie i w Gruzji.
Powszechnie znaną zaś anegdotą, opowiadaną sobie głównie w kontekście katastrofy w Smoleńsku jest opowieść o naciskach, jakie wówczas, podczas lotu do Tbilisi, miał wywierać zmarły prezydent na pilota, kapitana Arkadiusza Protasiuka, którego powtórnie spotkał za sterami w 2010 roku. Lech Kaczyński miał powiedzieć do pilota, który odmówił lądowania ze względu na złe warunki, że to on jest zwierzchnikiem sił zbrojnych i nakazuje mu mimo wszystko wykonać polecenie. Sprawa zyskała miano „incydentu gruzińskiego”.

Przed wizytą w Izraelu

Czy w czasie rozmów ministra Jacka Czaputowicza w Tel Awiwie padnie pytanie o Rosję: „Czy przyjaciel naszych przyjaciół teraz ma być również i naszym przyjacielem”?

 

Mam zastrzeżenia do poglądu, że oto dopiero niedawno obszar Pacyfiku stał się ważniejszy dla Stanów Zjednoczonych niż Europa. Obszar Pacyfiku stał się dla Stanów szczególnie ważny już po II wojnie światowej. O tym, że centrum zainteresowania polityki światowej przesunie się z Europy na Pacyfik pisał w Polsce bezpośrednio po wojnie katolicki myśliciel i w wizjoner Jerzy Braun. Ze znaczenia tego regionu zdawali sobie doskonale sprawę także politycy radzieccy. Co się zaś tyczy Europy Środkowej (obszar między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją), to znalazła się ona po II wojnie (z wyjątkiem Grecji i Jugosławii) za zgodą mocarstw zachodnich w sferze wpływów Związku Radzieckiego. Natomiast po upadku państwa radzieckiego, cała Europa Środkowa włączona została do Zachodu, zredukowane zostały w środkowoeuropejskim regionie pływy rosyjskie.

O wpływy w Europie Środkowej walczą obecnie: USA, Unia Europejska (w skład której wchodzi już większość państw środkowoeuropejskich), Turcja, Chiny i oczywiście Rosja, która stara się odzyskać utracone pozycje. Jeżeli chodzi o Amerykanów to ich największym zmartwieniem w Europie była od pewnego czasu i chyba jest nadal możliwość zbytniego zbliżenia Unii Europejskiej (w tym przede wszystkim Niemiec) z Rosją. Oznaczać by to mogło podział wpływów w Europie Środkowowschodniej między Niemcami a Rosją. Stąd m.in. ważność Europy Środkowej dla Stanów Zjednoczonych i amerykańskie zainteresowanie tym regionem. Pisał o tym wielokrotnie George Friedman. Stąd ponawiające się amerykańskie próby osłabienia Unii Europejskiej (z przerwą na prezydenturę B. Obamy), a szczególnie Niemiec i Francji.

Tym też tłumaczyć trzeba amerykańską obecność w Europie Środkowej: polityczną, gospodarczą i militarną – ta ostatnia ma ostrze przede wszystkim antyrosyjskie. Polityka rosyjska z kolei zmierza w zasadzie do nawiązania bliskich relacji z Unią Europejską, a szczególnie z Niemcami, jakkolwiek niektóre jej posunięcia to chęć wyłuskiwania z Unii poszczególnych państw, partii politycznych i ruchów społecznych. W sumie zarówno USA, jak i Rosja prowadzą politykę osłabiania Unii Europejskiej.

Niezależnie od zmieniających się indywidualnych politycznych preferencji kolejnych prezydentów amerykańskich, istnieją stałe interesy Stanów Zjednoczonych w różnych częściach świata, które częstym zmianom nie podlegają. Rodzi się pytanie, na ile zmieni się polityka amerykańska w Europie Środkowej po spotkaniu Trump-Putin w Helsikach. Szczyt dotyczył w dużym stopniu Bliskiego Wschodu, a, jak zauważa wielu obserwatorów, podjęte, lub zapoczątkowane tam decyzje mieć będą implikacje globalne. Stałym i podstawowym składnikiem polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie było dotąd sojusznicze poparcie dla Izraela.

W momencie kiedy Stany Zjednoczone dzielą się odpowiedzialnością za bezpieczeństwo Izraela z Rosją, wiele rzeczy się zmienia. Rosja ustanowiła w Syrii swe przyczółki, a Stany najwidoczniej nie są w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwa swemu sojusznikowi – Izraelowi. Zarówno Stany, jak i Izrael zdają sobie sprawę, że bez Rosji nie ustabilizują sytuacji w tym regionie, bo o ostatecznym uregulowaniu konfliktów w ogóle nie ma mowy.

Głównymi sojusznikami Stanów na Bliskim Wschodzie są, obok Izraela – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Trwałość tego sojuszu nie jest jednak wieczna. Stany Zjednoczone posiadają od pewnego czasu własne, olbrzymie zasoby ropy i gazu, mogą więc zrezygnować z bliskowschodniej ropy bez uszczerbku dla swego bezpieczeństwa energetycznego. W razie dalszego wycofywania się w bliżej nieokreślonej przyszłości Stanów z Bliskiego Wschodu, globalna rola Rosji będzie rosła i doczekać się możemy jeszcze entuzjastycznych komentarzy w zachodnich mediach na temat Rosji i demokratycznego porządku w tym kraju.

Sytuacją w świecie po szczycie Trump-Putin w Helsinkach oraz niepewną przyszłością polskiego bezpieczeństwa zaniepokojeni są polscy emerytowani dyplomaci, czemu dali wyraz w opublikowanym w prasie Stanowisku Konferencji Ambasadorów 20 lipca br. Stanowisko podpisane zostało przez 29 ambasadorów, w tym dwóch wybitnych dyplomatów, wykształconych jeszcze solidnie w Polsce Ludowej: Jerzego Marię Nowaka i Andrzeja Towpika. W Stanowisku czytamy pod adresem obecnego polskiego rządu m.in.: „Próby skłonienia USA ofertami finansowymi do rozszerzenia na naszym terytorium obecności wojskowej nie wpływają korzystnie na pozycję Polski w relacjach z innymi członkami NATO. Bezpieczeństwo Polski powinno uwzględniać dwa filary – USA i Europę”. Oraz: „Wysiłek społeczny przeznaczenia 2 proc. PKB na sferę obrony nie przekłada się na wzrost potencjału militarnego sił Zbrojnych RP”.

Nasuwa się rzeczywiście pytanie na co te pieniądze są wydawane, skoro wyników brak? W najbliższym czasie dowiemy się też czy Stany Zjednoczone ustanowią swą stałą obecność na wschodniej flance NATO oraz czy sprzedadzą Polsce broń i czy zdecydują się na modernizację naszej armii. Skoro bowiem Rosja staje się, przynajmniej na Bliskim Wschodzie, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, to może należy się spodziewać, że także w polsko-rosyjskich stosunkach nastąpi era ocieplenia. Po co więc byłaby ta cała antyrosyjska narracja w poprzednich latach? Trudno przy tym uwierzyć, że poprawa stosunków amerykańsko-rosyjskich następuje tak nagle i że już wcześniej o pewnych sprawach nie rozmawiano. Przecież prezydent Trump już od początku swej prezydentury pragnął wycofać amerykańskie oddziały z Syrii!

John R. Bradley, brytyjski ekspert ds. Bliskiego Wschodu zauważył, że porozumienie USA, Rosja, Izrael w sprawie konfliktu w Syrii oznacza, że prezydent Baszszar al-Assad utrzyma się przy władzy, a Syria staje się rosyjskim protektoratem. Rząd syryjski zaoferuje gwarancje dotyczące bezpieczeństwa Izraela, a Stany Zjednoczone porzuciły wspieranych przez siebie rebeliantów w południowo-zachodniej Syrii.
Dzięki porozumieniu Rosja otrzymuje potwierdzenie swego statusu w Syrii i ciepłowodny port na wybrzeżu Morza Śródziemnego, a USA ma zamiar wycofać swe oddziały z operacji w Syrii. (John R. Bradley, „Assad is back for good In Syria – and with Trump’s Blessing”, The Spectator, 21 July 2018). Media dorzucają stale dodatkowe, potwierdzające te wieści informacje. Tak np. amerykańska gazeta Washington Post stwierdziła 27 lipca, iż nie można wykluczyć, że Donald Trump w rozmowie z Putinem zaakceptował wcześniejszą nieformalną umowę między Izraelem a Rosją. Władze Izraela zgodziły się w niej uznać jurysdykcję prezydenta Assada nad południowo-zachodnią Syrią w zamian za gwarancję Kremla, że jednostki irańskie rozlokowane będą w Syrii nie bliżej niż 80 km od granicy z Izraelem.

Inne źródło z kolei informuje, że Rosja rozmieści swą policję wojskową na Wzgórzach Golan i otworzy osiem punktów obserwacyjnych, by uniknąć możliwych prowokacji, natomiast siły irańskie w Syrii wycofają się na odległość 85 km od okupowanych przez Izrael Wzgórz Golan („Rosjanie wchodzą do Izraela, portal WGospodarcze,pl, 2 sierpnia 2018).
W Polsce, po stronie rządowej także zaobserwować można zaniepokojenie, chociaż przesłania je dyskusja polityków i publicystów na inne ważne tematy. Większość polityków i publicystów nie zauważa jak gdyby, że w świecie nastąpić może (nie twierdzę, że na pewno nastąpi) poważna zmiana sojuszy).

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz udał się natychmiast do Waszyngtonu, by zorientować się w aktualnej sytuacji. Rozmawiał w Białym Domu z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Johnem Boltonem na temat dwustronnych stosunków. Po tej rozmowie, korespondentom polskich mediów min. Czaputowicz oznajmił, że podczas planowanego spotkania prezydentów Polski i USA zapaść mogą konkretne decyzje w sprawie stałej, a nie rotacyjnej – jak obecnie – obecności wojsk amerykańskich na terytorium Polski. Jak ustaliła PAP, w ostatecznym projekcie ustawy o wydatkach na obronę narodową USA w roku bieżącym znalazła się poprawka zobowiązująca ministra obrony do poinformowania o możliwości i celowości stałego stacjonowania w Polsce amerykańskiej grupy bojowej (brygady). Minister Czaputowicz oświadczył polskim korespondentom, że został zapewniony, iż nie ma żadnych obaw co do pewności, że Stany Zjednoczone pozostają naszym sojusznikiem. („USA: Minister Czaputowicz spotkał się z Boltonem”, WGospodarce.pl, 27 lipca 2018).

Zapewne po to, by rozwiać jeszcze inne wątpliwości minister Czaputowicz w najbliższych dniach złoży wizytę w Izraelu (11-13 sierpnia). Wśród ujawnionych w prasie tematów rozmów w Izraelu brak co prawda tematyki szczytu w Helsinkach i „wojskowych Rosjan w Izraelu”, ale należy się domyślać, że padnie tam pytanie czy Rosja, „przyjaciel naszych przyjaciół zostać ma także naszym przyjacielem”.