Kandydaci na kandydatów

Przeprowadzenie wyborów w maju równoznaczne będzie z wyeliminowaniem z konkurencji wszystkich mniej popularnych kandydatów. Komu grozi nokaut?

W mediach obecni są Duda, Kidawa-Błońska, Biedroń, Kosiniak-Kamysz, Bosak, Hołownia i Jakubiak. A co z resztą polityków, którzy zarejestrowali w PKW swoje komitety? Dotarliśmy do kandydatów pozbawionych możliwości prowadzenia kampanii. Wszyscy domagają się pilnego przesunięcia terminu głosowania…
Wróg Unii Europejskiej
Stanisław Żółtek od lat jest jednym z filarów ruchu konserwatywno-liberalnego. Ekonomiczny kapitalista był w przeszłości prezesem kultowej w wielu kręgach Unii Polityki Realnej (dawna partia Korwin-Mikkego – przyp. aut.). Obecnie działa jako prezes Kongresu Nowej Prawicy i udziela się w ruchu Polexit. Eurosceptyczna organizacja wystawiła go jako kandydata w zbliżających się wyborach.
Lider KNP, jako jeden z niewielu przedstawicieli prawicy, przeciwny jest zorganizowaniu głosowania na początku maja. W rozmowie z nami nie zostawił na rządzących suchej nitki i oskarżył ich o lekceważący stosunek do życia obywateli.
– Już dotychczasowa organizacja wyborów (zbieranie podpisów, składanie przez komitety wyborcze kandydatów do komisji wyborczych) spowoduje zapewne zarażenie tysięcy i śmierć dziesiątek ludzi. Dalsza organizacja to śmierć następnych grup – wyjaśnił nam reprezentant PolExit.
– A samo głosowanie tylko dla uzyskania politycznego celu, to zbrodnia, a Kaczyński, Morawiecki i Duda mieliby na rękach krew Polaków. Choć część zła już się stała – ostro ocenił przewodniczący Żółtek.
Kandydat podkreślił również, że jego kampania nie może przebiegać w normalny sposób. Powodem jest zarówno koronawirus, jak i ograniczenia finansowe.
– Poza prezentacją swoich poglądów w internecie i w darmowym czasie antenowym nie ma innej możliwości prowadzenia kampanii: ani konwencje, ani spotkania, ani wiece, ani plakatowanie. Nie mam też możliwości pokazania się na bilbordach, bo to mogą tylko partie mające dotacje – przyznał wyraziście prawicowy polityk.
Nasz rozmówca nie ukrywa przy tym, że to właśnie radykalizm w kwestii podejścia do integracji europejskiej wyróżnia go spośród ogółu kandydatów.
– Jako jedyny chcę bezwarunkowego wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Część kandydatów to apologeci UE. Część (Duda, Bosak) stoi w rozkroku: czyli „Unia zła, trzeba coś zmienić, ale tak naprawdę to pozostajemy w Unii”. Ja wiem, że nic już nie można zmienić, a działania UE są nakierowane na zrobienie z Polski kolonii (surowce, siła robocza) dla Niemiec i Francji i zrobienie z nas pariasów Europy. Będę żądał referendum w sprawie wyjścia Polski z Unii Europejskiej – skonkludował.
Centrowy narodowiec
Romuald Starosielec już w latach 80. zaangażował się w działalność opozycyjnych wydawnictw drugiego obiegu. Po przemianach ustrojowych przez kilka lat działał w Zjednoczeniu Chrześcijańsko-Narodowym i zasiadał we władzach tego stronnictwa. Od pewnego czasu wyga narodowców przewodzi ugrupowaniu Jedność Narodu.
W rozmowie z nami kandydat udzielił poparcia idei przesunięcia wyborów. Równocześnie przyznał, że już samo zbieranie list poparcia było problematyczne. Zwolennicy zwyczajnie bali się opuścić mieszkania i wysłać paczki z podpisami pod jego kandydaturą. Również poczta miała trudności z prawidłowym działaniem. W tej sytuacji prowadzenie kampanii wyborczej stoi pod dużym znakiem zapytania.
– Przekaz medialny nastawiony jest na koronawirusa. Tylko urzędujący prezydent ma możliwość podróżowania i pokazywania jak „walczy z epidemią”. Jakakolwiek krytyka poczynań prezydenta spotyka się z potępieniem; on sam przedstawiany jest jako rycerz walczący z wirusem. Inni się nie liczą. To nie jest normalne… – zauważył.
Przedstawiciel opozycji jest niezwykle krytyczny wobec obozu PiS. W jego opinii ugrupowanie to jest absolutnie wodzowskie i podporządkowane woli Jarosława Kaczyńskiego. Nasz rozmówca uważa, że taka formuła rządów się wyczerpała i to właśnie on jest kandydatem zdolnym do wzniesienia się ponad podziałami.
– Nie oceniam się ani jako konserwatysta, ani liberał. Nie jestem ani prawicą, ani lewicą. Te podziały nie mają zastosowania i zaciemniają obraz tego, kto kim jest. Nam potrzebna jest elementarna jedność w najważniejszych dla wspólnoty sprawach. Nikt nie rozmawia na poważne tematy ustrojowe, gospodarcze, naukowo-badawcze. Klasa polityczna nie dorosła jeszcze do wyzwań czasów, w jakich funkcjonujemy. Obowiązująca formuła rządów partyjno-wodzowskich jest dla mnie nie do przyjęcia, jest przejawem patologii systemu – podsumował Starosielec.
Fan hawajskiej
Przedsiębiorca Paweł Tanajno działał w PO, Ruchu Palikota i planktonowej Demokracji Bezpośredniej. W 2015 r. wystartował w wyborach prezydenckich, zajmując w nich ostatnie, 11. miejsce (niespełna 30 tys. głosów). Ponownie spróbował sił w rywalizacji o tytuł mera miasta stołecznego jako pełnomocnik KWW Odkorkujemy Warszawę. Podczas kampanii obiecywał dowożenie mieszkańcom pizzy hawajskiej. Pomysł się nie przyjął, bo zaufało mu tylko 0,42% wyborców.
W tych wyborach fan hawajskiego przysmaku postawił na postulaty wolnorynkowe. Zapytany przez nas o sens głosowania w maju odpowiedział krótko.
– Nie obchodzi mnie to. W tej chwili najważniejszą sprawą jest uratowanie polskiej gospodarki, przedsiębiorstw i miejsc pracy. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy – stwierdził aktywista. – Nie interesuje mnie też prowadzenie kampanii. Czekam, aż PKW mnie zarejestruje, jeżeli mnie zarejestruje, to prawdopodobnie zrezygnuje.
Sam Tanajno nie ukrywa, że jest najoryginalniejszym kandydatem, jak sam przyznaje „nie żyje na koszt podatników, nie zajmuje się notorycznymi kłamstwami i ma honor”.
Przyjaciel o. Rydzyka
Profesor Mirosław Piotrowski przez trzy kadencje reprezentował prawicę w Parlamencie Europejskim. W 2018 r. pokłócił się z PiS-owcami i założył katolicki Ruch Prawdziwa Europa – Europa Christi (RPE). Nieoficjalnie mówi się, że twór jest nowym politycznym eksperymentem redemptorysty z Torunia. Sam prof. Piotrowski prowadzi wykłady w niesławnej Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej; współpracuje też z niemal wszystkimi kierowanymi przez o. Rydzyka mediami (Telewizja Trwam, „Nasz Dziennik” i niezawodne Radio Maryja).
Walczący o rechrystianizację Starego Kontynentu kandydat pozostał dla nas nieuchwytny. Udało nam się za to skontaktować z wiceprzewodniczącym RPE, Krzysztofem Kawęckim, który w rozmowie z nami zasugerował, że wybory trzeba przełożyć na bardziej odległy termin.
– Mamy do czynienia z naruszeniem czynnego prawa wyborczego. Część osób, w trosce o zdrowie, nie pójdzie na wybory, podobnie postąpią osoby przebywające w kwarantannie. Również bierne prawo wyborcze nie zostało potraktowane poważnie, bo kampania wszystkich kandydatów ograniczona została na skutek epidemii, jak i rozporządzeń ministra zdrowia – powiedział współpracownik Piotrowskiego.
Spółdzielca
Przywódca Unii Pracy, Waldemar Witkowski, jest ostatnim z omawianych przez nas kandydatów. Od lat związany ze spółdzielczością, społecznik, były wicewojewoda wielkopolski swój główny atut widzi w nowoczesnym i progresywnym programie.
– Mój życiorys i moje doświadczenia pokazują, że realizuję program lewicowy, program ekologiczny. W mojej spółdzielni wszyscy zatrudnieni pracują realizując 35-godzinny tydzień pracy, kobiety i mężczyźni zarabiają tyle samo. W latach 90. zlikwidowałem wszystkie kotłownie węglowe i zastąpiłem je ekologicznymi źródłami ciepła. Jako wiceprzewodniczący Sejmiku Województwa Wielkopolskiego doprowadziłem też do wprowadzenia w Wielkopolsce uchwały antysmogowej: to jest rzeczywiście postępowy program. Pod hasłem lewicowość nie mogą kryć się tylko puste frazesy, trzeba je realizować. I ja to konsekwentnie robię – powiedział.
Socjaldemokrata domaga się m.in. skrócenia czasu pracy do siedmiu godzin dziennie, zacieśnienia relacji z UE, redukcji smogu i większych nakładów na ochronę środowiska. Żądaniem szefa UP jest też przełożenie wyborów.
– W trosce o dobro rodaków głosowanie nie powinno się odbyć, nawet jeśli będzie ono korespondencyjne. Mamy teraz czas, aby porozumieć się i wspólnie przesunąć wybory na później. Jak zostanie to zrealizowane, to już odrębny temat. Może 10. rocznica niepotrzebnej śmierci wielu wartościowych Polaków pod Smoleńskiem jest dobrą datą, żeby siąść do stołu ponad podziałami politycznymi – przyznał.
Polityk na zakończenie rozmowy odniósł się do tego, że przeprowadzenie wyborów jest zwyczajnie niemożliwe, ze względów czysto technicznych.
– Te wybory są organizowane na siłę… Prezes Kaczyński żyje jak w skorupie i nie widzi codziennych zagrożeń, nie widzi kolejek przed pocztami i sklepami. Przeprowadzenie wyborów nie jest możliwe, bo przecież ktoś je musi obsłużyć.

W cieniu wirusa

Od kilku tygodni żyjemy w cieniu koronawirusa! Wszystkie siły polityczne, parlamentarne i pozaparlamentarne deklarują chęć walki z pandemią. Na czele stanął rząd ze swoim zapleczem politycznym, a przynajmniej tak twierdzi. Wypowiada się także pan prezydent, a jednocześnie kandydat w nadchodzących wyborach, w sprawach ważnych i takich, które nie są jego prerogatywą. W tle toczy się kampania wyborcza, o czym nie daje nam zapomnieć pan Kaczyński, a czyni to swoim zwyczajem „bez trybu”.

Rząd wprowadził stan epidemiczny, a następnie rozszerzył zakres zastosowanych środków do stanu epidemii. W walce z zarazą to konieczność. Jeżeli chcemy ograniczyć skalę rozprzestrzeniania się wirusa, musimy stosować się do zaleceń służb medycznych, WHO i władz sanitarnych.
Wystrychnięci?
Rząd wprowadził stan epidemiczny, a następnie stan epidemii za zgodą partii opozycyjnych, a także senatu. Wszyscy mamy świadomość, że zastosowane rozwiązania prawne znacznie ograniczają nasze prawa obywatelskie, szczególnie w sferze komunikacji społecznej. Może zgoda opozycji na to rozwiązanie była zbyt pochopna, żeby nie powiedzieć naiwna? Czy nie można było korzystać z istniejącego ustawodawstwa dotyczącego chorób zakaźnych? Taką opinię prezentowali niektórzy eksperci we wczesnej fazie epidemii. A na koniec czy ogłoszenie stanu klęski lub nadzwyczajnego natychmiast po stwierdzeniu zagrożenia epidemicznego nie byłoby dla nas obywateli mniejszym złem?
Czy obecne rozwiązania budzą wątpliwości? Niestety tak. Zjednoczona prawica nie jest w stanie powstrzymać się od wykorzystywania obecnej sytuacji do swoich politycznych celów. Przykładem może być krypto kampania pana kandydata Dudy, kiedy pozostali kandydaci nie tylko nie mogą takiej kampanii prowadzić, ale nawet zbierać podpisów.
Rodem z Chin
Metoda walki z pandemią, którą zastosowaliśmy, przypomina rozwiązania chińskie. Izolowanie ognisk choroby, maksymalne ograniczenie bliskiego kontaktu (zamknięte kina teatry, galerie parki itp.) Mainstreamowe media promują hasło „pozostań w domu”.
Wydaje się, że metoda jest skuteczna, a nasze społeczeństwo w obliczu kryzysu okazuje się odpowiedzialne i zdyscyplinowane. Jednak Polska to nie Chiny. Mamy inny ustrój, dysponujemy znacznie mniejszymi środkami. W państwach, w których społeczeństwo wykazuje się mniejszym stopniem zdyscyplinowania (Włochy, Francja), jest nawykłe do wysokiego stopnia niezależności i jest bardzo niezależne, zawodzi.
Na ocenę skuteczności może także mieć wpływ gęstości badań. W Polsce prowadzi się ich relatywnie do innych państw mniej. Wiemy, że wiele zakażeń ma charakter bezobjawowych lub o przebiegu łagodnym. Nie wykluczam, że teza o znacznie większej ilości zakażeń niż deklarowana nie jest tylko „defetyzmem” rozsiewany przez opozycje.
Niektóre państwa szukają innej drogi. Próbują chronić tylko środowiska szczególnie zagrożone, osoby chore i w podeszłym wieku. Pozostali mogą funkcjonować bez szczególnych ograniczeń. Niestety nasza wiedza o koronawirusie jest zbyt mała. Nie wiadomo czy zakażenie daje jakąś odporność po wyzdrowieniu? Czy w statystycznie przeważającej ilości wypadków wirus skutkuje grypą lub nie ma objawów i skutków ubocznych? Pokaże to dopiero przyszłość. Niestety wiedzę tą zdobędziemy kosztem zdrowia i życia.
Ileż można?
Stan epidemii ograniczający nasze prawa obywatelskie i działalność gospodarczą nie może trwać wiecznie. Jest kilka powodów. Po pewnym czasie doprowadzi on do zapaści gospodarczej, której nie będzie można opanować. Społeczeństwo po pewnym czasie oswoi się z zagrożeniem. Zacznie zwyciężać naturalna potrzeba interakcji, bo „Człowiek jest istotą społeczną”, zauważył to już Arystoteles. Nastąpi rozluźnienie dyscypliny. Czy do tego czasu uda się uporać z wirusem?
Problemy gospodarcze już teraz są dotkliwe dla wielu z nas. Nie pracuje wiele jednostek gospodarczych, więc nie zarabia. Zaczynają się zwolnienia z pracy.
Nasza gospodarka bazuje głównie na małych i średnich przedsiębiorstwach, konsumpcji wewnętrznej i eksporcie. W obliczu zbliżającego się kryzysu rząd zdecydował się na uchwalenie „Tarczy antykryzysowej”. Na tą decyzję miał ogromny wpływ nacisk środowisk pracowniczych, związków zawodowych i partii lewicowych. Zagrożone czują się środowiska przedsiębiorców wraz z politykami neoliberalnymi.
„Tarcza” jest zbiorem ustaw niepozbawionym wad, ale należy ją uchwalić i wdrażać możliwie szybko. Na jej Korektę przyjdzie czas.
Niestety Zjednoczona Prawica nie mogła się powstrzymać od wrzucenia kilku uchwał niezwiązanych z gospodarką. Zmiana ordynacji wyborczej umożliwiająca głosowanie zdalne osobom po sześćdziesiątce i objętym kwarantanną posłuży organizacji wyborów 10 maja, Rozszerzenie uprawnień prokuratora zbliża nas do standardów państwa policyjnego, a prawo do usuwania członka RDS (powołanego przez prezydenta) przez premiera ogranicza niezależność dialogu społecznego.
Czemu tak się dzieje?
Część opozycji w ramach „duopolowych” awantur, a obserwujemy je od paru lat, zarzuca PiS-owi brak patriotyzmu i bezideowość.
To nieprawda.
PIS ma ideę i wizję państwa, którą realizuje z żelazną konsekwencją. PiS jest partią patriotyczną, tylko ten patriotyzm karmi się ksenofobią i nacjonalizmem.
Państwo PiS to państwo demokracji fasadowej z autorytarną władzą, sprawnym aparatem przemocy i krypto cenzurą, państwo konserwatywne i sklerykalizowane. Gdzie mogła się narodzić taka szalona wizja? Jest taki polityk. Wierzy w swoją nieomylność, uważa, że społeczeństwo tak naprawdę nie wie, co dla niego dobre, ale się dowie.
Pierwsza tura
Dotrzymanie daty wyborów jest potrzebne PiS-owi, bo daje Dudzie zwycięstwo w pierwszej turze (sondażowe 60 proc. ) a przesunięte wybory, które odbędą się w czasie, kiedy kryzys ekonomiczny osiągnie bardzo wysoki poziom, zostaną przegrane. Możemy nie wierzyć w sondaże, ale 10 maja do urn uda się żelazny elektorat, jest zdeterminowany i zagłosuje. Elektronicznie zagłosują 60 plus. To 9 milionów wyborców, wielu z nich to emeryci, kryzys ekonomiczny dotknie ich w niewielkim stopniu, to beneficjenci 13 emerytury. Na kogo będą głosować?
Właśnie, dlatego uważam, że opozycja zdradza pewien infantylizm. Twierdzi, że wybory 10 maja się nie odbędą, bo to niemożliwe, nieodpowiedzialne i bez sensu a poza tym niezdrowe. PiS realizuje ideę, nie postępuje logicznie ani moralnie, i do takich wyborów może doprowadzić przy pomocy Klubów Gazety Polskiej swojego elektoratu i „terytorialsów” w komisjach. Nie ma dolnej granicy frekwencji wyborczej. 20 proc. Wyborców też może wykreować prezydenta. Liczy się wynik.
Opowieści o porozumieniach ponad podziałami, konstytucji itp. są chyba naiwne. Głosowanie za lub przeciw zmanipulowanej „tarczy” ma niewielkie znaczenie
Czas się ogarnąć.
Dowodem na groteskowość sytuacji niech będzie przykład Pani Kidawy-Błońskiej, która miała się wypowiedzieć o wyższości konstytucji nad życiem, za co została skrytykowana, a to przecież PIS twierdzi, że wyborów, które mogą skutkować utratą życia, nie można przesunąć, bo zapis w konstytucji. Zamiast krytykować panią marszałek, doceńmy jej talent „kasandryczno-profetyczny”.
W powyższym felietonie postawiłem kilka pytań. Przykro mi, nie mam na nie odpowiedzi. Wiem tylko, że my wszyscy powinniśmy się zastanowić nad naszymi decyzjami, bo to społeczeństwo, tak naprawdę ma rolę sprawczą. Za dojście do władzy dyktatorów i kacyków za ich niecne czyny w połowie odpowiadają ich wyborcy, więc jak będzie im źle, to ja ich żałować nie zamierzam.

Ogary poszły w las

Można powiedzieć, że kampania prezydencka ruszyła, tylko lasów jakby mniej. A i przy zbliżaniu się do nich kandydaci powinni zachować ostrożność, zwłaszcza ci, mogący uchodzić za dzika. Niestety naszym myśliwym wszystko się z dzikiem kojarzy.
Wszyscy bawią się w historię albo historia bawi się nami. Nasi Politycy starają się bardzo, by Polska jak najbardziej przypominała te sanacyjną. Co prawda Prezydenta wybierają wszyscy Polacy, to znaczy wszyscy głosujący Polacy, a nie jak przed wojną Parlament. Pardon Zgromadzenie elektorów. Taki model zresztą pierwszemu prezesowi wszystkich prezesów pewnie najbardziej by się podobał. Ale na razie Prezydenta wybierają Polacy. Jak już zauważałem wybierają ci, którzy głosują. Wybierają spośród tych, którzy kandydują.
Co prawda wszyscy pełnoletni Polacy są elektorami, ale wielu zależy, by na zdanie elektorów wpłynąć. Od telewizji publiczno-narodowej i radia począwszy. Choć w sumie radio możemy sobie darować, niedługo prawie nikt go (tego publicznego) nie będzie słuchał, przynajmniej z tych którzy mają telewizję i są w stanie wyjść z domu.
Telewizja narodowa to potęga. Ktoś powiedział, że gdyby w III Rzeszy telewizja był powszechna to Niemcy nigdy by się nie dowiedzieli że przegrali wojnę. Nasza telewizja tez w gruncie rzeczy dba bardziej o to, by telewidzowie za dużo się nie dowiedzieli.
Ciekawe wnioski można wyciągnąć np. z sondażu opinii na temat sporu dotyczącego niezależności sędziów. Okazuje się, że to jaką kto ogląda (najczęściej) telewizję, wpływa na jego opinie nie mniej niż preferencje polityczne jakie posiada.
Spośród elektoratów partii politycznych niemal wszyscy wyborcy opozycji stoją po stronie niezależności sędziów. Tylko wyborcy PiS uważają, że to rząd ma rację i to w stosunku 45% do 20%. Co ciekawe podobnie jest wśród tych, którzy twierdzą, że nie brali udziału w wyborach – 42 do 30.
Natomiast jeszcze ciekawiej się robi, gdy przyjrzymy się audytoriom programów informacyjnych głównych stacji telewizyjnych. O ile widzowie Wiadomości raczej zdecydowanie wspierają racje rządu (39 proc.), widzowie Faktów TVN i Wydarzeń Polsatu równo tylko w 16 proc. . Różnica jest jedynie w niezdecydowanych oraz popierających racje sędziów odpowiednio 32 i 51 dla widzów TVN oraz 22 i 59 dla widzów Polsatu. Co ciekawe poparcie dla racji sędziów jest istotnie większe wśród widzów Polsatu. Może dlatego, że Polsat jest najbardziej popularny wśród wyborców lewicy a ci z kolei są najbardziej ze wszystkich ugrupowań krytyczni wobec działań PiS.
A co na to Kandydaci ? Robert Biedroń przewodzi w krytyce rządu, co raczej nikogo nie zdziwi. Platforma była ostatnio zajęta sobą ale nowo wybrany lider, Borys Budka zadeklarował, że wszyscy którzy teraz łamią prawo zostaną ukarani (w domyśle politycy PiS). Jak będzie, może się przekonamy, wspomnienia w tej sprawie nie są najlepsze, ponieważ PO odpuściła w 2007 stawianie przed Trybunałem Stanu polityków PiS (z ZEROZERO Ziobrą włącznie) a ostateczny finał spraw karnych dopadł tylko Mariusza Kamińskiego i jego zastępcę w CBA Macieja Wąsika. A w zasadzie nie dopadł, bo przed prawomocnym wyrokiem spłynęła na nich łaska Prezydenta. Po ewentualnym oddaniu władzy przez PiS stanie przed specjalistami od prawa konstytucyjnego ciekawy problem – czy Prezydent może ułaskawić sam siebie, bo idę o zakład, że takie ułaskawienie Andrzej Duda, ze swoim podpisem, nosi ze sobą wszędzie razem z dowodem osobistym.
No cóż. Kandydaci nie ogłosili jeszcze swoich programów ale jeśli ktoś naprawdę chce być PiS spotkała za ich czyny zgodna z prawem sprawiedliwość powinien głosować na kandydata lewicy. Nie ma innego wyjścia.
I tylko on dopuszcza możliwość wypowiedzenia konkordatu. A bez tego nie będzie powrotu Polski do teraźniejszości.

Bigos tygodniowy

„Panie Duda (…) jest pan złym człowiekiem, marnym prezydentem, ziejącym nienawiścią w imię swoich politycznych i partyjnych, doraźnych i partyjnych celów. Szkodzi Pan Polsce” – napisał sędzia Jarosław Ochocki z Poznania. Nic dodać nic ująć. Chociaż do dodania byłoby sporo o tej żałosnej figurze, jaką jest adresat twettu.

Reakcje polskich polityków i mediów na „rewelacje historyczne” ogłaszane przez Kreml przypominają OBŁĘD i jedną z jego cech, tzw. fiksację, polegającą na obsesyjnej koncentracji na jednym motywie, wątku, oraz na perseweracji, czyli na obsesyjnym jego powtarzaniu. Wiem co mówię, jako psycholog kliniczny z pierwszego, przedpotopowego co prawda wykształcenia, ale to i owo z zamierzchłych czasów zapamiętałem. Żeby jednak nie zadrażniać, nazwę to łagodnie grą w „pomidor”. Znacie? Znacie. Kreml o polskim antysemityzmie i współpracy obozu sanacyjnego z III Rzeszą, a oni (polscy politycy i media), że Polska była ofiarą II wojny światowej. Ano, była, była ofiarą, ale i współpraca była i antysemityzm był. Kreml przypomniał o – nieoficjalnym – udziale Polski w monachijskim podziale Hitler-Mussolini-Chamberlain-Daladier, a oni (polscy politycy i media) na to: „Polska była ofiarą II wojny światowej”. Ano była, była, ale Zaolzie od Hitlera wzięła, acz do wybuchu wojny się nie przyczyniła. Teraz znów Kreml przypomniał, że niektóre oddziały Armii Krajowej mordowały Żydów i Ukraińców. Polska na to: „Byliśmy ofiarą II wojny światowej, napadli na nas Hitler i Stalin”. Ano napadli, napadli, ale że są dokumenty świadczące o zbrodniach niektórych oddziałów AK, to też prawda. A gdzie są te dokumenty? W tym także osławiona wypowiedź z raportu Lipskiego, której wszystko się zaczęło? Otóż ów raport Lipskiego z 20 września 1938 roku, w którym relacjonował rozmowę z Hitlerem, znajduje się jako jak najbardziej oficjalny dokument w jak najbardziej oficjalnym zbiorze o nazwie „Polskie Dokumenty Dyplomatyczne”. Zatkało, kakało? – jak mawia pewien przebrzydły pisior. No nie, oni (politycy i media) dalej z uporem: „Polska była…” i tak dalej. Pomidor.

Senat odrzucił ustawę kagańcową o sędziach. Radość nie będzie długa, bo PiS to odkręci w Sejmie, a Adrian Dewot Ministrant (ADM) to klepnie. Nie jest to jednak bez znaczenia, bo daje efekt demonstracji: sygnał dla Unii Europejskiej, żeby nas nie odpuszczała, żeby się nie zniechęcała, bo w Polsce obóz opozycji demokratycznej jest – mimo wszystko – skoro odwojował z rąk PiS Senat. Marszałek Tomasz Grodzki, przeciw któremu PiS skoncentrował wszystkie siły propagandowe powiedział, że ta walka ma charakter cywilizacyjny.

A propos Adriana: spocony, z wytrzeszczonymi oczami i tzw. groźną miną (przypomina to jednego z sygnatariuszy paktu monachijskiego, lokatora Palazzo Venezia) nadymał się jak balon, warczał, wydzierał się w Zwoleniu, że nie będą nam czegoś tam dyktowali w obcych językach. Gdy obce języki zaczynają być traktowane w retoryce jako coś złego czy podejrzanego, to znaczy, że zaczyna ona – retoryka – przyjmować cechy, powiedzmy delikatnie, nazizujące. Nie żartuję ani trochę. Poza tym jak zwykle onanizował się swoim urzędem („ja jako prezydent Rzeczypospolitej”, „jestem prezydentem Rzeczypospolitej” itp.). Mam nadzieję, że już za pół roku będę mógł go słuchać w trybie „jaja kobyły” czyli „Ja jako były prezydent Rzeczypospolitej”
Wydzieranie się, podniesiony, drżący z wściekłości głos w ogóle charakteryzował ekspresję pisiorskich deputowanych podczas zeszłotygodniowej debaty w Brukseli. Drżącym, podniesionym od furii głosem darła się Szydło, darła się Kempa, wydzierał się Jaki, wydzierał się Brudziński. Nawet Zalewska próbowała się wydrzeć, ale warunki wokalne jej to uniemożliwiły.

Ziobro, jak wiadomo, za mądry nie jest, a tylko ma w głowie parę wodną pod silnym ciśnieniem. I jako taki dokonał, pewnie mimowolnie, autodemaskacji intencji swoich i swojej kamaryli. Stwierdził oto w Senacie, że jak opozycja wygra wybory, to se będzie mogła wybrać „swoich sędziów, Tuleyę, Żurka, Łączewskiego i tym podobnych”. To jest właśnie to, co potocznie, czyli upraszczająco zwykło się określać, jako freudystyczne, mimowolne ujawnienie skrytych instynktów i impulsów. Oni naprawdę nie chcą niezależnych sądów i niezawisłych sędziów, tylko zbudować korpus sędziów „swoich”, politycznych.

Jakoś ucichło wokół kościelnej pedofilii. A tymczasem kościelna walką z nią, to jawna ściema. Właśnie abepe Gądecki zatrudnił w kurii w Poznaniu księdza pedofila. A propos kościoła kat., na antenie TVPiS, w „Salonie” Karnowskich redaktor naczelny „idziemy” ksiądz Zieliński powiedział o zmarłym biskupie Stefanku, że „to był naprawdę wierzący biskup” i dobitnie to po chwili powtórzył. Aluzju poniali?

Wiotkie, androgyniczne, acz niegłupie „orlęcie-chłopięcie” („Ferdydurke” Witolda Gombrowicza), Krzyś Bosak został kandydatem Konfederacji w wyborach prezydenckich. Wygrał rywalizację z bardziej męskimi rywalami, nawet z męskim jak cholera, brodatym, testoteronowym, basowym Grzegorzem Braunem, tym co grozi „batożeniem sodomitów”. Z hipermęskim gronem, przypominającym reklamę „Mensilu”. Ostentacyjna męskość poległa. Dziwne dlaczego taki kandydat będzie reprezentował tak męską Konfederację. Czyżby Konfederacja była kobietą?

Na prezydenta ma też kandydować Jan hrabia Potocki. Uważa, że nadal jesteśmy w stanie wojny z III Rzeszą i obiecuje każdemu po 5 tysięcy złotych. Nie wyjaśnił jednak czy raz na miesiąc, rocznie, czy tylko jednorazowo.

Sterowana nienawiść

Z ust czołowych przedstawicieli rządzącej partii, jej rządu, i de facto jej prezydenta, coraz częściej słyszę przesiąknięte nienawiścią słowa i opinie o ciągle niedobitych i zagrażających narodowi komunistach, postkomunistach i w ogóle „lewakach”.

W tej kakofonii nienawiści wyróżnia się Pan Prezydent, który zawzięcie szuka komunistów wśród prawników, a zwłaszcza sędziów. Nie przeszkadza mu to jednak wręczać nominacji na sędziego Trybunału Konstytucyjnego znanemu prawnikowi i byłemu posłowi, prokuratorowi w czasach stanu wojennego.

Nieodparta potrzeba

Narasta we mnie przekonanie, że ta buńczucznie okazywana nienawiść ma podłoże czysto polityczne, staje się jednym z fundamentów modnego i zapewne potrzebnego rządzącej partii wypaczania historii i tworzenia wroga. Nienawiść do LGBT już się wyczerpuje, a powszechnie dostrzegany wróg był i jest zawsze niezbędny każdej sile politycznej, która świadomie lub podświadomie dąży do dyktatury. Zwłaszcza do dyktatury początkowo łagodnej i opakowanej pozorami demokracji. Bez wroga, na którym można koncentrować uwagę „suwerena” i którego można stopniowo niszczyć, trudno jest nawet opracowywać koncepcje dalszych „dobrych zmian”.
Moje przekonanie o strategicznej nienawiści obozu rządzącego do wszystkiego, co pachnie lewicą, ma racjonalne podstawy w bardzo długiej obserwacji naszej współczesnej historii.
Po II wojnie światowej obudziliśmy się w kraju formalnie niepodległym, ale politycznie i gospodarczo zależnym od wielkiego sąsiada – czyli wówczas ZSRR. Taki układ polityczny i geograficzny nie był naszym pomysłem, tylko trzech zwycięskich mocarstw. Jakoś znieśliśmy masową migrację części naszej ludności ze wschodu na zachód, ze Lwowa i Wilna do Wrocławia i Szczecina. To było bolesne, ale część „przesiedleńców” była nawet zadowolona z lepszych, poniemieckich mieszkań i domów. Wzięliśmy się za odbudowę miast, przemysł ponownie zaczął pracować, nie było bezrobocia.
Przez 10 pierwszych lat psuł nam humor nadmiernie aktywny aparat bezpieczeństwa zwalczający tych, którzy nie chcieli pogodzić się z trą polityczną rzeczywistością. Ten czynny opór powoli wygasał, represje stawały się łagodniejsze. W czasach gomułkowskiej odnowy po 1956 roku i w gierkowskiej dekadzie, naród w zdecydowanej większości przyzwyczajał się do istniejącej sytuacji, uczył się, pracował, z satysfakcją obserwował budowę i uruchamianie nowych przedsiębiorstw i osiedli mieszkaniowych, korzystał z przydziałów darmowych mieszkań i półdarmowych „wczasów”.
Centralnie zarządzana „gospodarka planowa” okazała się jednak niekonkurencyjna, zaczęła wpadać w kłopoty, które szybko przekształciły się w gospodarczo – polityczne objawy niezadowolenia. Podobne zjawiska wystąpiły w innych krajach zależnych od ZSRR i zakończyły się na początku lat 80-tych zmianą ustrojów, przejściem do rynkowych systemów gospodarczych i zakończeniem zależności od wielkiego sąsiada.

Kombatanci antykomunistyczni

Są w Polsce ludzie i rodziny, które w latach 1945 – 90 a zwłaszcza 1945 – 1956 były prześladowane za swoje poglądy i działania. Ktoś siedział kilka lat w więzieniu, ktoś stracił życie. Zadziwiające jednak, że te rodziny mówią i piszą najmniej o poniesionych ofiarach i nader rzadko kojarzą to z wątpliwościami, czy „państwo polskie w ogóle wtedy istniało”.
Wstydzę się, ale czasem rozbawiają mnie kurczowe poszukiwania uszlachetniającego kombatanctwa z tego okresu. Coraz częściej słyszę, że „wujek był żołnierzem wyklętym”, „ciocia roznosiła gazetki i wyrzucono ją ze studiów”. A jeszcze wcześniej „kuzynka dziadka podawała wodę rannym w warszawskim powstaniu, a kuzyn był u Andersa”. I – oczywiście – cała rodzina była antykomunistyczna, nie przyjaźniła się z tymi, którzy byli w PZPR, czyli ówcześnie rządzącej partii.
Z niezdrowej ciekawości sprawdzam czasem daty urodzenia najbardziej dzisiaj aktywnych antykomunistów. Jeśli – przykładowo – obecny Prezydent urodził się w 1972 roku, w początkach gierkowskiej dekady, to nie znajduję nigdzie informacji, że jako dziecię nieletnie był prześladowany przez „komunistów”. Jego inteligencka, krakowska rodzina mogła mieć poglądy „anty”, – ale żyło jej się nieźle. A już w III RP, w 1984 roku działał aktywnie w harcerstwie, tym tradycyjnym, bardziej bezbożnym, czyli Związku Harcerstwa Polskiego. Tego bardziej religijnego, konkurencyjnego Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej jeszcze nie było, bo powstało dopiero w 1989 roku. Kiedy pan Prezydent bezproblemowo zdał maturę, potem obronił magisterium i w końcu pracę doktorską – komuniści już nie rządzili, więc też chyba nie mogli go prześladować.
Mam więc czelność wątpić, czy deklarowana przez Pana Prezydenta nienawiść do „komunistów i postkomunistów” wynika z własnych, smutnych doświadczeń albo rodzinnych legend, czy też jest propagandową otoczką procesu zjednywania bardziej prawicowej części elektoratu.
Trochę inaczej trzeba spojrzeć na antykomunizm szeregowego, ale Najważniejszego Posła. Jarosław Kaczyński urodził się wraz ze swoim bratem, bliźniakiem, w 1949 roku, także w rodzinie inteligenckiej. Było to zaledwie 4 lata po zakończeniu wojny. Ponad 30 lat żył więc w Polsce Ludowej. Przez pewien czas był młodzieżowym celebrytą, bo w wieku 13 lat zagrali z bratem w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Studiował i obronił doktorat z prawa bez problemów, mimo, że działał aktywnie w organizacjach i ruchach studenckich, które nie lubiły „władzy ludowej”. Był „anty”, – ale wie jak się wtedy żyło w najweselszym baraku obozu, jakie były stosunki międzyludzkie. Swego antykomunizmu nie wyraża więc tak dosadnie, jak Pan Prezydent. Powiedział nawet kiedyś, że Edward Gierek też był patriotą, tylko wybrał niewłaściwą drogę polityczną. Nieśmiało oceniam, że nie jest z natury zagorzałym „lewicożercą”. Namiętnie natomiast tworzy strategie, które mają jego ugrupowanie prowadzić do kolejnych zwycięstw. I dla potrzeb tych politycznych konstrukcji świadomie, i jeszcze bardziej niż pan Prezydent, traktuje hipotetycznych komunistów bardziej, jako potrzebnego wroga, niż rzeczywiste zagrożenie.

Cele sterowanej nienawiści

Bardzo wielu działaczy i zwolenników partii rządzącej powtarza slogany o złych, antypatriotycznych komunistach tylko z dwóch przyczyn – bo tak mówią ich idole i komunizm kojarzy im się z Rosją. Czym, teoretycznie, miał być komunizm, którego w praktyce nigdzie nie było – nie bardzo się orientują. Rosji natomiast nie lubią „od małego”. Taka jest tradycja, którą wynieśli z domu. Naciskani mówią zawsze o „nożu w plecy” i o Katyniu. Ale nie mówią, bo to było dawniej i często o tym nie wiedzą – o „naszych” w Moskwie, Smoleńsku czy w Kijowie.

Zwolennicy odbitych

Przypuszczam, że sterowana przez rządzącą partię nienawiść do postkomunistów, a w rzeczywistości do wszystkich ugrupowań lewicowych ma – w założeniu – wzmocnić determinację twardego, prawicowego elektoratu i zachęcić do współpracy lub chociażby poparcia ludzi ze „środka” sceny politycznej, którzy z jakiś względów czują się „podrapani” w czasach PRL. Pan Prezydent też zapewne liczy na taki efekt w przyszłorocznych wyborach. Są to jednak – moim zdaniem – błędne nadzieje.
Jeszcze dwa lata temu PIS mógłby rzeczywiście przez pozorowany atak na lewicę zyskać trochę dodatkowych zwolenników „odbitych” ze środkowego nurtu PO, a nawet z samej lewicy. Dzisiaj już nie. Jego gwardia popełniła zbyt dużo błędów. Coraz częściej słyszę komentarze, że „prokuratura jest stronnicza i nie można pozwolić, aby sądy poszły jej śladem. Tak było i za PRL, ale robiono to mądrzej”. Albo – „ani za PRL ani za rządów Tuska nie popełniano tylu błędów kadrowych i nie traktowano posad w aparacie państwa, jako miejsca robienia osobistych i czasem lewych interesów”. „A kolejki do lekarzy specjalistów były krótsze!” Te krytyczne głosy nasilają się, mimo rozszerzenia 500+ i nowych obietnic w rodzaju 13 emerytury.
Sądzę zatem, że w majowych wyborach prezydenckich poglądy polityczne wyborców i ogólna ocena sytuacji w kraju nie będą miały tak decydującego znaczenia, jak spodziewają się sztaby wyborcze. Większej wagi nabiorą natomiast indywidualne cechy kandydatów, ich zachowanie, umiejętności nawiązywania kontaktów i sposoby autoprezentacji. To może bardziej wyrównywać szanse dotarcia do umysłów i serc wyborców. I znacznie większy wpływ może mieć fakt, czy kandydat(ka) jest mężczyzną, czy kobietą. Kłania się tu niedawny przykład Finlandii, który sztaby wyborcze powinny przeanalizować.

Wybory prezydenckie (cz. II)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Dokończenie z poprzedniego numeru.

Miejsce trzecie daje w sporcie zasadny powód do radości i dumy, zawodnik staje na podium, otrzymuje medal, co prawda brązowy, ale jednak medal. W wyborach prezydenckich tylko miejsce drugie ma znaczenie, bo daje przepustkę do finałowej rundy, a nawet stwarza szansę na zwycięstwo co udało się Lechowi Kaczyńskiemu który przecież po I turze miał dopiero wynik drugi. Przypomnijmy tylko nazwiska tych którzy zajęli trzecie miejsce (ich wyniki były już podane) 1990 Tadeusz Mazowiecki, 1995 Jacek Kuroń, 2000 Marian Krzaklewski, 2005 Andrzej Lepper, 2010 Grzegorz Napieralski, 2015 Paweł Kukiz. Z tych kandydatów najlepszy wynik procentowo i ilościowo miał Paweł Kukiz, ale najbliżej do poprzedzającego go na liście miał Tadeusz Mazowiecki. Pierwsza trójka kandydatów zawsze zgarniała od ponad 77 proc. (w 1995), do prawie 92 proc. głosów (w 2010) zostawiając pozostałym do podziału skromne resztki. Dwukrotnie tylko czwarty wynik był na poziomie wartym odnotowania. W 1990 Włodzimierz Cimoszewicz zdobył 9,21 proc. (1 514 025 głosów), a w 2005 (pod nieobecność – pamiętajmy – Cimoszewicza) Marek Borowski 10,33 proc. (1 544 642 głosy).
Od lat, przysłowiowym „języczkiem u wagi” jest PSL, tak po wyborach parlamentarnych jak i samorządowych. Warto więc ludowcom poświęcić nieco miejsca. Wyniki parlamentarne PSL nigdy nie były zbieżne z osiągnięciami ich kandydata w wyborach prezydenckich. Zawsze otrzymywał on mniej, a nawet znacznie mniej, niż jego partia w najbliższych kalendarzowo wyborach. Pierwszym kandydatem PSL-u (1990 rok) był wywodzący się z rolniczej Solidarności Roman Bartoszcze. Zajął co prawda miejsce przedostatnie, ale wobec niewielkiej stosunkowo liczby kandydatów było ono zarazem piąte, a więc to które zazwyczaj (cztery razy na sześć) kandydaci PSL zajmowali. Zdobył jednak najlepszy w wyborach prezydenckich jak dotąd wynik dla tej partii tak procentowo (7,15) jak i pod względem ilości głosów (1 176 175). Raz tylko lepsze miejsce, czwarte, zajął w 2000 Jarosław Kalinowski, lekko przekraczając milion głosów poparcia (1 047 949) co dało mu 5,95 proc. głosów. Najgorzej wypadł (w 2015) Adam Jarubas zajmując szóste miejsce i osiągając najniższy wynik z dotychczasowych to jest 1,60 proc. i 238 761 głosów. Kiedy wyborcy oddawali głosy na całą partię ludową wyniki zarówno procentowo i ilościowo były znacznie wyższe. Najlepszy wynik PSL osiągnęło w 1993 zajmując drugie miejsce (15,40 proc. i 2 124 367 głosów). Poza tą sytuacją zazwyczaj zajmowali oni czwarte lub piąte miejsce osiągając od 8,98 proc. do 5,13 proc. i od 1 805 598 do 779 875 głosów. Nieco inaczej oceniać trzeba rok 2019 z powodu powołania koalicji z resztkami ruchu Kukiz15, czego PSL (koalicji) nigdy wcześniej nie robił. Sumując – zawsze lepiej wypadała partia niż jej nominant w wyborach prezydenckich.
Czy przedstawiona analiza i zestawienia mogą mieć znaczenie dla aktualnych kalkulacji przedwyborczych? Czy mogą prowadzić do jakichkolwiek uogólnień lub formułowania reguł? Trudno powiedzieć, bo przecież każde wybory prezydenckie przynosiły różnego rodzaju zaskoczenia, niespodzianki, nieprzewidziane zdarzenia. Przypomnijmy casus Tymińskiego z 1990, przegraną będącego pewniakiem Wałęsy w 1995, druzgocący przeciwników, acz radosny nie tylko dla mnie, triumf Kwaśniewskiego w 2000, znaczącą porażkę Tuska w 2005 w II turze, gdy po pierwszej wyprzedzał o 3 proc. rywala, smoleński dramat z 2010 kładący się cieniem na listę kandydatów, czy zaskakujące zwycięstwo w obu turach „Pana Nikt” w roku 2015. Ale może właśnie dlatego warto zastanowić się jak podobnych niemiłych zdarzeń uniknąć. Radość z wywalczonego poletka normalności w Senacie nie ma zbyt mocnego fundamentu. Każdy dzień przynieść może złowrogą informację o kimś, kto w ślad za przekupnym śląskim radnym Kałużą, za nic mając swój honor i zaufanie wyborców, przejdzie na stronę „złej mocy” zadowalając się rzuconym mu ochłapkiem władzy czy suto opłaconą posadką. Chwała senatorowi Grodzkiemu, chwała innym, którzy odrzucili takie pokusy. Wybory prezydenckie albo wzmocnią i poszerzą owo senackie pole demokracji, albo niestety przedłużą na kolejne kilka lat jeszcze sejmową samo władzę prezesa, co mu pozwoli bez skrępowania i coraz głośniej podpowiadać marszałek Witek jak ta prowadzić winna obrady parlamentu.
Dość dawno już Andrzej Duda przestał mieć obawy czy prezes wystawi go do ponownej walki o urząd prezydenta. Od dawna jest pewnym i jedynym kandydatem prawicy. Od dawna, także w tej roli, objeżdża Polskę powiatową gromadząc na spotkaniach wzruszoną publiczność, której w zasadzie jest obojętne czy przyjechał do niej prezydent kraju, znany piosenkarz disco polo, ktoś prowadzący popularny teleturniej, czy prezenter telesprzedaży w regionalnej kablówce; ważne że daje to zgromadzonym pozór znalezienia się przez nich przez chwilę w wielkim świecie. A jeśli towarzyszy mu małżonka, w nie najgorzej skrojonej garsonce, wrażenie jest jeszcze większe. Raduje się więc suweren z tych wizyt, podobnie jak raduje się z otrzymywanych prezentów, które fundowane mu są z jego pieniędzy cichaczem wyciąganych z jego przecież portfela, uszczuplając jego oszczędności. Kiedy się zorientuje, że tak właśnie jest? Od początku Andrzej Duda wykazuje samodzielność adekwatną do poziomu, na jakim prezes mu ją koncesjonuje. Nikt rozsądny nie zakłada, iż może on w obszarze swych decyzji zrobić coś bez aprobaty swego szefa. Urząd prezydenta przestał kojarzyć się z samodzielnością, powagą, czy godnością. Przykre. Ale do odwrócenia możliwe.
Nie chcę wchodzić w dywagacje personalne, w oceny pojawiających się już i możliwych nowych kandydatur. Doświadczenie wskazuje, że mogą się objawić różne zaskakujące, mniej lub bardziej znane nazwiska, mniej lub bardziej nieprawdopodobne ambicje, tak że lista kandydatów niebezpiecznie się rozrośnie mącąc w głowach wyborcom i krusząc tak potrzebny wspólny front. Ktoś już forsuje publicystę i telewizyjnego celebrytę, któremu usłużne sondażownie podbijają ego, ktoś inny optuje za szefem ludowców, nie bacząc w jakie alianse był zdolny w wyborach parlamentarnych wchodzić. Na personalia za wcześnie, tym bardziej że nie o personalia mi teraz chodzi, a o ideę. Na pewno kontrkandydat urzędującego prezydenta musi zasadniczo się od niego różnić: powagą, poczuciem humoru, samodzielnością, obiektywnym poczuciem praworządności, odpowiedzialnością, a nawet wyglądem. W relacjach międzynarodowych kierować się musi racją stanu, a nie umacnianiem chwilowego i złudnego poczucia własnej wartości. Czy musi być profesorem, jak niedawno apelował na łamach Trybuny dr Gabriel Zmarzliński? Nie sądzę. Stary Bismarck miał na ten temat swoją teorię, co tytuł doktorski obecnego prezydenta może w części potwierdzać. Wystarczy że będzie od Andrzeja Dudy lepszy, a o to dość łatwo. Ale musi być ponadto skuteczniejszy i posiadać już teraz świetne zaplecze.
Wybory 2020 tym będą różniły się od poprzednich, że albo utrwalą nigdy wcześniej nie występującą, niebezpieczną dla demokracji i konstytucyjnych wolności obywatelskich, dla niezależności instytucji demokratycznych, hegemonię jednej partii; albo pozwolą na przywracanie ładu prawnego w naszym państwie. Sam wybór prezydenta z grona kandydatów opozycji i tak od razu tego nie załatwi, a jedynie proces ten pozwoli mozolnie rozpocząć, nie można bowiem złamanego prawa naprawiać kolejnym jego złamaniem. Dlatego uważam, że jedność opozycji powinna rozpocząć się już od pierwszej tury, wyrażając się we wspieraniu jednego kandydata. Rozproszenie głosów na wielu kandydatów po stronie opozycji grozi tym, że do drugiej tury może nie dojść. Walka (także programowa) między kandydatami Platformy, Lewicy czy PSL, nie dość że kosztowna, to nie osłabiać, a wzmacniać będzie Andrzeja Dudę. A na pewno pozwoli mu przejść do drugiej tury (o ile taka będzie) na pełnym rozbiegu, gdy jego rywal (rywalka!) zacznie dopiero łączyć siły i szukać wsparcia wśród partii, których kandydat do finału nie dotarł. Dziwią mnie i drażnią publicznie organizowane prawybory. Takie coś raczej toczyć się powinno w zaciszu gabinetów, gdy przedkładając argumenty i ważąc walory osobiste i spokojnie oceniając sondaże, wypracowywany powinien być konsensus w sprawie jednego kandydata (jednej kandydatki). Przy czym oczywiście rozumiem i popieram pogląd, iż własny kandydat na prezydenta każdą partię konsoliduje i umacnia jej elektorat. Ale ma to przede wszystkim sens wtedy, gdy wybory prezydenckie rozpoczynają, lub są na samym początku wyborczego maratonu. Te w 2020 zamykają zaś wyborczy kalendarz i stanowić będą albo o powrocie do normalności albo o utrwaleniu patologii. Czas na chwilę zapomnieć o oczywistych, ważnych różnicach, czas zjednoczyć się wokół jednego celu nadrzędnego i niespornego. O jednego kandydata więc apeluję, o jedną kandydatkę, o mądrość i skuteczność opozycji.

Przyszły Prezydent Polski

„1. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej.
2. Prezydent czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.” Konstrukcja RP, art. 126
„Zwracam się do Narodu Polskiego – do wszystkich obywateli, którzy swą myślą i pracą tworzą nasz wspólny, społeczny i państwowy byt…
Musimy przebudować gospodarkę. Musimy ukształtować nowy, demokratyczny ład. Pragnę być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków.”gen. Wojciech Jaruzelski

Przed nami kolejne wybory, tym razem prezydenckie. Mamy w pamięci-jeszcze na świeżo wrażenia, „gorące refleksje” po wyborach parlamentarnych 13 października. O czym świadczą-ciśnie się pytanie. Po pierwsze-o nas, wyborcach. Że poparliśmy partię, która 500+ zrealizowała jako swoją obietnicę i wzmocniła ją 13 emeryturą, czym uzyskała wyborczą siłę, nie tylko w miastach ale i na wsiach. Odrzuciliśmy informacje medialne, że w 2018 r. mimo właśnie 500+ przybyło prawie 100 tys. dzieci żyjących w skrajnej biedzie. Ubóstwo wzrosło z 4,7% do 6%, do czego przyczynił się wzrost inflacji i brak waloryzacji świadczeń socjalnych. Zapomnieliśmy, nie słuchaliśmy racji ekonomistów, np. prof. Grzegorza Kołodko, proszę przypomnieć sobie rozmowy w TVP i przeczytać rozmowę z Profesorem w Przeglądzie nr 28 z 8-14.7.2019) oraz kilku polityków Lewicy, publikacje w Trybunie. Ponadto, uwierzyliśmy że koszty te pokrywa partia rządząca z własnej kasy, co jest wierutnym kłamstwem. Też nie chcemy wiedzieć, że dotacje otrzymuje ze skarbu państwa, ok.18, 5 mln zł rocznie, więc są to nasze, wyborców pieniądze. Po drugie-przywódcy, przynajmniej dwóch partii opozycyjnych, mówiąc wprost PSL i PO mieli do szkoły „pod górkę” i nie mogli pojąć podstawowych reguł z takiego przedmiotu jak matematyka. Że ma wpływ na liczenie głosów, o czym w Polsce wiadomo od 2001 r. gdy obowiązuje metoda d’Hondta. Ale nie ma się co dziwić, to zaledwie albo aż 18 lat, choć powiedzenie „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”, znane jest od 2 wieków (może przed najbliższymi wyborami politycy dowiedzą się, kto i kiedy tę mądrość powiedział). W tej matematyce, szło o zatrzymanie dalszego procesu niszczenia demokracji i gospodarki poprzez populistyczne obietnice. Bo zmiana układu sił w Sejmie skłoniłaby rząd do rozsądku i korekty. Kilka milionów wyborców nie chce zrozumieć skutków swej decyzji. Za „głupotę” zapłaci każdy z nas, gdy budżet państwa będzie musiał szukać oszczędności, by „bronić” przed inflacją, m.in. przez podwyżki podatków, różnych dostaw, usług itp. Wtedy będziemy usprawiedliwiać to „ogólną sytuacją”, wskazując na UE, nie pamiętając już swoich pozornie „trafnych wyborów” Może zastanowimy się co zrobić by ta maksyma do bólu dosadnie, nie opisywała nas po kolejnych wyborach. Spodziewam się na łamach Trybuny publikacji naukowych i publicystycznych autorytetów, dokonujących wnikliwej, wyważonej i mądrej oceny kampanii. Liczę głównie na wnioski adresowane do wyborców i politycznych partii, z myślą o wyborach prezydenckich.

Kim jest Prezydent?

Nie idzie tu o personalia, ale o kompetencje, którym zgodnie z Konstytucją powinien sprostać. Ta odpowiedź – proszę raz jeszcze przeczytać cytowany na wstępie zapis art. 126, musi, dosłownie musi opierać się na wieloaspektowej ocenie stanu dzisiejszego Polski oraz na przewidywaniu przyszłości. I to „zadanie” musi, powinien wykonać każdy z nas wyborców. Po wyborach parlamentarnych, w których wzięło udział ponad 61% Polaków uprawnionych, jest iskierka nadziei, że zaczynamy odpowiedzialnie myśleć o sobie i Polsce. Co to znaczy, ktoś zapyta. Najprostsza odpowiedź jest taka. Wybrany przez nas Sejm czy Senat podejmuje ustawy, których część nie wymaga – z mocy prawa – zgodności z prawem UE. Możemy je dowolną ilość razy zmieniać i poprawiać. Dla przykładu – przez ostatnie 4 lata rządów 70 razy zmieniano ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych; 36 razy prawo energetyczne; 24 razy prawo telekomunikacyjne. I co, komu z tego powodu wstyd? Przecież wielu spośród tych posłów wybraliśmy kolejny raz, warto się zastanowić, kto nas ośmiesza. A jeśli zdarzyło się, że złamaliśmy prawo UE np. w kwestii „reformy” sądownictwa, to mamy proces sądowy przed trybunałem Unii, co niektórzy politycy i publicyści bagatelizują, obłudnie tłumacząc „naszym prawem do wolności”, czyniąc z kilku milionów Polaków, po prostu ciemniaków. Czy choćby pod tym względem Prezydent nie powinien znać reguł, prawodawstwa UE, być – wręcz nieustępliwym strażnikiem Konstytucji? Dlaczego tak nie było – pomyślcie Państwo. Ponadto, ma Polaków, reprezentować poza granicami kraju. Na czym to „przedstawicielstwo” ma polegać, wyrażać się? Właśnie wiedzą polityczno – gospodarczą, poziomem kultury i wyobraźnią cywilizacyjną. Każdy z nas potrafi zdefiniować te pojęcia i oczekiwania.
Właśnie myślenie, refleksje – wsparte zawodową i polityczną wiedzą, życiowym doświadczeniem i wyobraźnią – w tych wyborach będą szczególnie potrzebne. Jeśli Państwo Czytelnicy zechcą zapytać o tę „szczególność potrzeby” – proszę, zwróćcie uwagę na zapis art. 126 Konstytucji, cały V rozdział. Po przeczytaniu i chwili namysłu spróbujcie – odpowiedzieć na pytanie – jakie przymioty charakteru, wiedzę i doświadczenie w zakresie teorii i praktyki funkcjonowania władzy państwowej powinien posiadać kandydat, by mógł być „gwarantem ciągłości” tej władzy. Zastanówmy się na czym umiejętność realizacji tej „gwarancji” ma polegać? Czy na posłuszeństwie wobec „szefa partii sprawującej kierowniczą rolę”, czy na toczeniu „wojenek na górze” (wielu już zapomniało), czy całkowicie innym, koncyliacyjnym modelu pełnienia roli właśnie gwaranta trójpodziału władzy i demokratycznego ładu wewnętrznego. Czy nadal o stanowisku sędziego prokuratora ma decydować „życiorys”, czyli do „robił” w PRL, stanie wojennym. Jeśli tak – obyśmy się nie zdziwili, gdy za kilka lat nowe pokolenie zapyta „co pan robił w III RP, bo teraz mamy IV RP”. Jeśli był pan sędzią, prokuratorem z nadania „tamtej władzy” – to „czas na zmiany”. Jak długo będziemy „potępiać ludzi żyjących, uczących się i pracujących w PRL”, kto wreszcie temu położy stanowczy kres? Czy blisko 20 lat życia w 3 tysiącleciu nie nauczyło nas, że na polskiej ziemi jest i powinno być miejsce dla każdego, kto tu chce uczciwie żyć i pracować? Inaczej mówiąc-„pracą tworzyć nasz wspólny, społeczny i państwowy byt”, a nowy prezydent powinien „być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków”. Sięgnijcie Państwo do Autora tych słów, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, tamtego czasu, wyciągnijmy wnioski.

Prezydent z Lewicy

Szczególnie liczę na Lewicę – SLD i PPS, ich wyborców. Dlaczego tylko na nich, ktoś z przekąsem zapyta, mając na myśli „ogórkowy” eksperyment. Oczywiście, każda partia polityczna, obywatele mają prawo zgłaszać kandydata, zgodnie ze wspomnianym rozdziałem V Konstytucji. Bo poprzedniczki obu tych partii dowiodły, mają historyczne doświadczenia w odpowiedzialności za Polskę. Tak, nie pomylili się Państwo Czytelnicy – odpowiedzialność za Polskę i to najczęściej w ważnych historycznie, wręcz przełomowych momentach. Nie czas i miejsce by je opisywać. Dość wspomnieć – ostatni Prezydent PRL i pierwszy Prezydent III RP, gen. Wojciech Jaruzelski, po decyzjach ratujących głównie Solidarność przed „bratnią pomocą” w zrozumieniu przez nią ówczesnej sytuacji politycznej w Europie i pozycji Polski, co powinno być a nie było, głównie dla jej kręgów kierowniczych oczywiste i zrozumiałe. Wraz z gronem reformatorów czynił usilne starania poprzez PRON, Radę Konsultacyjną, wprowadzanie demokratycznych mechanizmów sprawowania władzy, np. trybunały, reformę gospodarczą – wreszcie Okrągły Stół, do przygotowania obywateli na konieczność dalszych reform i zmian. Do uświadomienia im tej konieczności i możliwości jej sprostania bez rozlewu krwi, metodą pokojową. Dziś dla wielu, szczególnie młodych może się to wydawać i dziwne i anachroniczne, bo przecież Polska, nasza państwowość istnieje, bez ofiar. Właśnie o tę „państwowość” szeroko, wieloaspektowo rozumianą na „dziś i jutro” idzie. Jak należy ją rozumieć w praktyce, w europejskiej i światowej rzeczywistości, dowiódł swoją 10. letnią prezydenturą Pan Aleksander Kwaśniewski, wprowadzając Polskę do polityczno-militarnego systemu bezpieczeństwa oraz systemu społeczno-gospodarczego i demokracji w krajach UE. Nam, wszystkim Polakom powinno, musi zależeć aby Polska korzystała z tych osiągnięć racjonalnie na dziś i wyobrażalnie możliwe na jutro. Tu celowo kładę akcent na wyobrażenie – jak zahamować dalszą dewastację by nie powiedzieć niszczenie już uzyskanych i wdrożonych reguł demokracji? Jeśli ktoś w tym miejscu zechce ocenić te moje wywody jako„górnolotne pustosłowie”, proszę bardzo. Tylko niech się zastanowi nad znanym już kilka razy w różnej tonacji wypowiadanym ostrzeżeniem Niemiec. Sprowadza się ono do wiązania przestrzegania zasad demokracji, prawa i praworządności przez dane państwo UE z wysokością finansowych dotacji właśnie z UE, które mogą na różne sposoby mocno uderzyć po kieszeni każdego z nas. Kto temu ostrzeżeniu nie daje wiary, niech zechce„pouczyć” się na przykładzie Wielkiej Brytanii – nie mogą doliczyć się zysków i strat z członkostwa w UE, „chcieliby zjeść ciastko i mieć ciastko”, choć nie idzie o łamanie zasad demokracji a zyski. My pamiętajmy, że Polsce daleko do potencjału ekonomicznego Anglików i pozycji w UE, a ich „kombinacje” mogą finansowo odbić się na naszych zasobach finansowych.

Profesor-Prezydent

Analiza obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej i społecznej w Polsce i Europie daje liczne sygnały do przyjęcia kilku podstawowych kryteriów wobec prezydenta Polski:
– po pierwsze: powinien być profesorem. Tak, profesorem, człowiekiem nauki o dość bogatym dorobku naukowym i zawodowym w swojej profesji. Byłaby też dobrze widziana praktyka na stanowisku państwowym, ministerialnym;
– po drugie: jednocześnie być znanym ekspertem, wprost specjalistą w „dziedzinie UE”. Właśnie Unia, z nią przecież Polska powinna wiązać swoją przyszłość, pisałem wyżej co jej zawdzięczamy. A czego oczekujemy? Obok wdrożenia obowiązujących zasad prawa i ładu demokratycznego, także zapewnienia bezpieczeństwa polityczno-militarnego. Ta sfera odpowiedzialności spoczywająca na członkostwie w NATO, wymaga innego spojrzenia. Nasze położenie geograficzne i doświadczenia przeszłości niezbicie wskazują, iż przyjaciół powinniśmy szukać blisko siebie. Po prostu być „sąsiadem potrzebnym” dla innych Warto spojrzeć na potencjały militarne i powiedzieć sobie jasno – przyszłość Polski to POKÓJ!;
– po trzecie: jest nam nieodzowny strategiczny plan przyszłości. Jeśli chcemy być krajem rozwijającym się wieloaspektowo, taki „plan” jest palącą potrzebą. Mam przekonanie, iż człowiek nauki, o szerokich horyzontach potrafi dobrać, skupić ekspertów i wskazać cele naukowych prognoz, np. w sferze: nauki i szkolnictwa, służby zdrowia, gospodarki i spraw socjalnych, praworządności, obrony i bezpieczeństwa (pokojowej współpracy).Taki przykład. Na użytek wyborczy eksponowano sprawę służby zdrowia, pokazując jakie są zaniedbania. Zapytam – czy brak lekarzy pojawił się dopiero 1-2 lata temu i nikt nie był w stanie tego przewidzieć? Proszę pokazać dziś, po wyborach jaki to program ochrony zdrowia miała i realizowała koalicja PSL – PO, co przez 4 lata zostało zmarnowane? A obecna władza – jakim to „programem zdrowia” i sukcesami w realizacji może się poszczycić? Dlaczego wyborcy są traktowani jak „bezmyślna masa”, a oczekuje się nich poparcia. Stanisław Cat-Mackiewicz jest autorem sentencji – „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nie lubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego…Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.
Państwa Czytelników zachęcam do poszukania odpowiedzi na pytanie – czy Lewica ma profesorów dających rękojmię spełnienia oczekiwań i wyzwań wobec Urzędu Prezydenta RP, trzeciej dekady XXI wieku?

Reflektor OPZZ

OPZZ i Centrum Daszyńskiego odpytują komitety wyborcze. Tym razem będzie odpowiadał Piotr Gadzinowski.

Dobrym zwyczajem kampanii wyborczej jest sprawdzenie na ile poszczególne komitety wyborcze reprezentują nasze interesy. Organizacje związkowe reprezentujące świat ludzi pracy posiadają precyzyjnie określone poglądy na kwestie płacy minimalnej, warunków pracy, prawa do zrzeszania się w związki, podatków oraz usług publicznych. Centrum im. Ignacego Daszyńskiego w ścisłej współpracy z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych przeprowadziło badanie dotyczące zbieżności programów wyborczych pięciu ogólnopolskich komitetów wyborczych z priorytetami programowymi OPZZ. Dodatkowo analiza wspomnianych dokumentów została uzupełniona o pogłębioną ankietę odnoszącą się do najważniejszych pro-pracowniczych i pro-związkowych kwestii.
W najbliższy poniedziałek 30 września o godz. 10:00 w siedzibie OPZZ przy ulicy Kopernika 36/40 w Warszawie dr Karolina Zioło-Pużuk oraz dr Bartosz Rydliński z Centrum im. Ignacego Daszyńskiego zaprezentują wyniki badań oraz odpowiedzą na pytanie, który z komitetów (Lewica – Sojusz Lewicy Demokratycznej, Koalicja Obywatelska, Konfederacja, Polskie Stronnictwo Ludowe, Prawo i Sprawiedliwość) jest najbardziej zbieżny z postulatami największej centrali związkowej w Polsce.
Po przedstawieniu wyników badania wiceprzewodniczący OPZZ dr Piotr Ostrowski poprowadzi dyskusję z kandydatami do Sejmu, którzy reprezentują ogólnopolskie komitety wyborcze.

Wynik Sojuszu na piątkę

W wyborach, jak w sporcie, najważniejszy jest wynik. SLD wprowadziło do Parlamentu Europejskiego pięciu swych reprezentantów.
Patrząc na rezultat liczbowy, to trzeci wynik w skali kraju.
I dlatego trzeba gromko pogratulować kierownictwu SLD takiego rezultatu.
Ten dobry, lecz jednocyfrowy, wynik pokazuje jednocześnie wielką różnicę poparcia społecznego pomiędzy wygranym PiS i trzecim SLD. Jedyną polską partią lewicową, która będzie miała swych reprezentantów w Parlamencie Europejskim.
Porównując tegorocznym wynik z uzyskanym podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego z 2014 roku można rzec, że SLD osiągnęła nieco lepszy rezultat.
Wtedy koalicja SLD- UP zdobyła też pięć mandatów, lecz barwy SLD reprezentowała czwórka euro deputowanych, bo Adam Gierek był z Unii Pracy.
Do końca kadencji w SLD wytrwała trójka euro deputowanych: Krystyna Łybacka, Bogusław Liberadzki i Janusz Zemke. Dziękujemy im i Adamowi Gierkowi z UP.
Ten dobry wynik kandydatów SLD został osiągnięty dzięki wspólnej wyborczej liście Koalicji Europejskiej.
Decyzja o kandydowaniu na wspólnej liście z PO i PSL była żywiołowo krytykowana przez przeróżnych „patriotów SLD”. W Internecie przewodniczący Czarzasty był regularnie obrzucany najgorszymi obelgami przez domorosłych speców od wygrywania wyborów. Zarzucano mu, że „SLD straci swą tożsamość” w efekcie mariażu wyborczego z PO.
Wynik wyborczy przeczy tym obawom.
Czy teraz ci „patrioci SLD” chociaż przeproszą przewodniczącego SLD za tamte obelgi?
Ten dobry wynik został osiągnięty dzięki dobrym, wyrazistym i popularnym wśród lewicowych wyborców kandydatom wystawionym przez SLD.
To nauczka i wskazówka na jesienne wybory parlamentarne.
Warto też pamiętać, że kilku pozostałym kandydatom SLD, Januszowi Zemke, Małgorzacie Szmajdzińskiej-Sekule, Andrzejowi Szejnie do zdobycia mandatów niewiele zabrakło.
I pewnie ten dobry wynik wyborczy został też osiągnięty, bo kandydaci SLD często i wyczerpująco prezentowali swe poglądy i programy wyborcze. Wszyscy wygrani wypowiadali się też w czasie kampanii na łamach „Trybuny”.
I obiecali naszym Czytelnikom stałą obecność na naszych łamach już jako posłowie Parlamentu Europesjkiego.

Wygranym: Markowi Baltowi, Markowi Belce, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi, Bogusławowi Liberadzkiemu i Leszkowi Millerowi serdecznie gratulujemy sukcesu wyborczego.
Dziękujemy pozostałym kandydującym. Zapewne wielu z nich wystartuje w jesiennych wyborach parlamentarnych.
Nasze łamy są dla nich otwarte.

Lewica nie zniknęła

Aktywność, wrażliwość i wiara w wyznawane wartości jest ważniejsza niż ramy organizacyjne.

 

Mimo, że na Bielanach i Żoliborzu nie funkcjonują formalnie struktury Sojuszu Lewicy Demokratycznej, to ludzie o lewicowych poglądach nie przestali tam działać – i wierzą, że mogą zmieniać na lepsze rzeczywistość swoich „małych ojczyzn”.
Na Bielanach skrzyknęła się grupa inicjatywna – Marek Keller, Halina Szerszeń, i Krzysztof Rolf – rozumiejąca, że aby dokonywać zmian, trzeba być tam, gdzie podejmowane są decyzje ważne dla mieszkańców. Dołączyli do niej inni, pragnący działać dla dobra swych społeczności. Okazało się, że jest ich wielu.

 

Skąd przychodzimy

W ten sposób powstał komitet wyborczy i we wszystkich pięciu okręgach Bielan utworzono listy wyborcze, grupujące aktywistów startujących w wyborach samorządowych pod znakiem SLD-Lewica Razem.
Powstała też lista kandydatów do Rady Warszawy z okręgu skupiającego dzielnice Bielany i Żoliborz. Można zatem powiedzieć – a jednak jesteśmy, lewica nie zniknęła, chce rozwiązywać problemy społeczne i załatwiać lokalne, acz ważne dla wszystkich sprawy.
Wśród naszych działaczy z Bielan i Żoliborza jest tylko czterech członków SLD. Wszyscy kandydaci są przeciwni upolitycznianiu samorządów, a ten pogląd podziela i SLD, wiedząc, że to nie daje nic dobrego.
Nie obowiązuje więc żadna „linia partyjna”, a programem są problemy mieszkańców – którzy powinni mieć jak największy wpływ na to, co się dzieje w naszym mieście. SLD wspiera zaś ludzi aktywnych, nieobojętnych na sprawy społeczne i los innych.

 

Kim jesteśmy

Właśnie ci ludzie – działacze z Bielan i Żoliborza, zaproszeni na listy wyborcze SLD-Lewica Razem – reprezentują cały przekrój lokalnej społeczności. Od uczniów i studentów, po fachowców z tytułem doktora.
Są wśród nas ludzie najrozmaitszych zawodów: specjaliści od spraw socjalnych, pracownicy fizyczni, architekci, handlowcy, dziennikarze, psychologowie, emerytowani policjanci, przedstawiciele służby zdrowia, byli pracownicy administracji państwowej.
Tym, co łączy wszystkich kandydatów, jest wrażliwość na sprawy społeczne i aktywność. A istnieje wiele ważnych dla mieszkańców Bielan i Żoliborza problemów, które chcemy rozwiązywać.

 

O co walczymy

Zacznijmy od poprawy dostępu do szeroko pojętej opieki medycznej, zwłaszcza lekarzy. Ułatwienie tego dostępu to zadanie samorządu, w tym przypadku Rady Warszawy, bo miasto w większości, jest organem założycielskim dla placówek służby zdrowia. Należy to robić w sposób przemyślany, wydając racjonalnie pieniądze publiczne – w oparciu o konkretne potrzeby społeczne, które dziś nie są dobrze rozpoznane przez władze samorządowe.
Tymczasem my już wiemy, że na Bielanach i Żoliborzu jest ogromne zapotrzebowanie na opiekę nad osobami w podeszłym wieku i usługi rehabilitacyjne (drastycznie niedofinansowane) oraz opiekę nad ludźmi niepełnosprawnymi, zwłaszcza intelektualnie, którzy, pozbawieni wsparcia rodziny, często nie otrzymują właściwej pomocy.
Dlatego podejmiemy wszelkie działania w celu utworzenia tzw. mieszkań chronionych będących formą pomocy społecznej, przygotowującą osoby tam przebywające, pod opieką specjalistów, do prowadzenia samodzielnego życia.
Druga sprawa to smród. Walczymy z nim nie od dziś, a działając w samorządzie będziemy robić to skuteczniej. Wprawdzie została zamknięta kompostownia MPO na Radiowie, ale okazało się, że firma „Byś” wystąpiła o zezwolenie na 1 etap rozbudowy swego, położonego jeszcze bliżej osiedli mieszkaniowych, zakładu przetwarzania odpadów – czyli właśnie kompostowni. Ma ona działać w podobny sposób jak ta zamknięta na Radiowie tylko wydajniej – w tzw. systemie dynamicznym, zapewniającym szybsze wyrzucanie odoru na zewnątrz (mimo, że można zbudować kompostownię hermetyczną). Zatem i smród – już dziś docierający aż do Słodowca – będzie jeszcze mocniejszy. Chcemy zablokować tę inwestycję. Niestety, władze wyraziły już zgodę na uruchomienie przez firmę wielkiej kruszarki betonu, która hałasuje i nadmiernie pyli. Nie można pozwolić na nieprzestrzeganie wymogów technologicznych i zanieczyszczanie środowiska! Samorząd musi temu zapobiec, zwłaszcza, że działa już u nas, także uciążliwa, asfaltownia.

 

Skończyć z samowolą

Doprowadzimy również do szybszego sporządzania szczegółowych planów zagospodarowania przestrzennego. Ich powstawanie dziś się ślimaczy, niewykluczone, że ze względu na interes tych, którzy chcą w niekontrolowany sposób zabudowywać Warszawę.
Plany zagospodarowania przestrzennego ograniczają samowolę urzędników i inwestorów. Brak planów pozwala niemal bez ograniczeń stawiać co się chce i gdzie się chce – na przykład zabudować ostatnie korytarze świeżego powietrza dla Warszawy, ze szkodą dla społeczności lokalnych oraz środowiska.
Jest to szczególnie ważne teraz, gdy uchwalono przepisy ułatwiające rozpoczynanie wszelkich inwestycji gdy nie ma planu zagospodarowania przestrzennego.
Potrzebujemy też planów budowy miejsc parkingowych, zwłaszcza w okolicach stacji metra, których mamy sześć na terenie obu naszych dzielnic.
Przykładem dotychczasowej bezradności jest choćby parking pod Placem Wilsona, którego nie można wykorzystywać, gdyż dotychczas nie zaplanowano wjazdów do niego.
Prosimy Państwa o poparcie dla naszych zamierzeń.

 

Pragniemy się Państwu przedstawić.

 

Do RADY WARSZAWY z listy nr 5 SLD-Lewica Razem kandydują:

1. Kozłowska Krystyna
2. Dryszel Andrzej
3. Żurawski Cezary
4. Cymerman Wanda
5. Szymańska Dobromiła

 

Kandydaci do RADY BIELAN z listy nr 5 SLD-Lewica Razem:

okręg nr 1
1. Keller Marek
2. Brych-Wolska Kinga
3. Walczak Hanna
4. Łukomska Dominika
5. Mroczek Grzegorz

okręg nr 2
1. Łukomska-Rostecka Jolanta
2. Wolska Aleksandra
3. Rolf Krzysztof
4. Keller Marta
5. Kuczyński Igor

okręg nr 3
1. Szerszeń Halina
2. Sąsiadek Andrzej
3. Święconek Jadwiga
4. Rostecki Krzysztof
5. Brzeska-Malik Zofia

okręg nr 4
1. Jankowska Jolanta
2. Grzelakowski Wojciech
3. Szulecka-Popowicz Elżbieta
4. Mierzwińska Ewa
5. Kowalski Andrzej

okręg nr 5
1. Antoniewicz Barbara
2. Zychowicz Milena
3. Aniołkowska Elżbieta
4. Sałata Adam
5. Rostecki Filip