SPD zrywa z chadecją?

Znajdująca się w najgłębszym kryzysie w powojennej historii niemiecka socjaldemokracja wybrała nowe władze. Przewodniczącymi będą Saskia Esken i Norbert Walter-Borjans. Elekcja wywołała niepokój w stolicy republiki federalnej, bowiem nowe szefostwo podczas kampanii wyrażało sceptycyzm wobec kontynuacji koalicji z CDU.

Udział w tzw. Wielkiej Koalicji wykańcza SPD. Partia traci na wiarygodności jako alternatywa dla rządów prawicy, bo od 6 lat trwa z nią w sojuszu wymuszonym przez parlamentarny pat, pojawiający się po kolejnych wyborach. W efekcie partia jest postrzegana jako emanacja establishmentu i traciła swoich wyborców, głownie na rzecz Zielonych i Die Linke. W ostatnich sondażach SPD może liczyć na zaledwie 13-14 proc.
Wybór nowego kierownictwa był też głosowaniem za zmianą kursu. Esken powiedziała telewizji Phoenix, że 6 grudnia zjazd partii zadecyduje o kontynuacji koalicji z chadekami.
O koniecznych zmianach mówił też Walter-Borjans, który skupił się na pryncypiach programowych, stawiając akcent na takich sprawach jak ochrona klimatu. W tej dziedzinie jego zdaniem są potrzebne są bardziej ambitne postanowienia, niż te, które do tej pory zapadły na spotkaniach Wielkiej Koalicji. Reakcja Berlina była natychmiastowa. Politycy obu partii chadeckich – CDU i CSU – wezwali nowych przewodniczących SPD do podtrzymania umowy koalicyjnej. – Decydująca kwestia to dobrze rządzić – podkreślił sekretarz generalny CDU, Paul Ziemiak. – Do tego mamy dobrą podstawę, jest nią umowa koalicyjna zawarta między SPD a CDU/CSU. Pod tym względem nic się nie zmieniło – dodał.
Do grona zwolenników koalicji dołączyła też Niemiecka Konfederacja Związków Zawodowych (DGB) wezwała socjaldemokratów do kontynuacji rządów wielkiej koalicji. „Saskia Esken i Norbert Walter-Borjans powinni jak najlepiej wesprzeć rząd w drugiej połowie jego kadencji, aby zrealizować jeszcze resztę projektów zapisanych w umowie koalicyjnej” – powiedział szef DGB, Reiner Hoffmann, w wywiadzie dla „Bild am Sonntag”.
Die Linke apelowała z kolei do SPD, by w przyszłości zawierała mądrzejsze sojusze. – Nasz kraj potrzebuje zmiany społeczno-gospodarczej, a to jest możliwe tylko poprzez sojusze na lewo od chadecji – zaznaczyła przewodnicząca lewicowej partii Katja Kipping. – Do tego potrzeba energicznej SPD i silnej Die Linke.
Będąca deputowaną do Bundestagu Esken i były minister finansów Nadrenii Północnej-Westfalii Walter-Borjans otrzymali 53,06 procent głosów.

Po czterech latach wracamy do Sejmu!

To już pewne jak śmierć i podatki: SLD wraca do Sejmu! Przez cztery lata Polacy przekonali się, że parlament bez lewicy jest ułomny. Z trybuny sejmowej nie ma kto upomnieć się o prawa kobiet, świecką szkołę, równe traktowanie wszystkich obywateli, zniesienie finansowych przywilejów kościoła i kleru.

Nie ma kto bronić Dąbrowszczaków, dorobku Polski Ludowej, bezprawnie pozbawianych honoru, emerytur i rent funkcjonariuszy policji i służb specjalnych PRL oraz ich rodzin. To się zmieni w nowej kadencji.
Niewiadomą jest tylko liczba lewicowych posłów: 50, 60, a może więcej. Wszystko jest w rękach wyborców. Oczywiście tylko tych, którzy pójdą głosować. Profrekwencyjne apele polityków są dość obłudne. Naprawdę każde ugrupowanie chce, żeby do urn poszedł masowo tylko jego elektorat. Katoprawica wręcz modli się, żeby inni, a zwłaszcza lewicowcy zostali w domu. Dlatego apeluję nie tylko do zwolenników SLD, Wiosny, Lewicy Razem, PPS, Strajku Kobiet, Inicjatywy Feministycznej, Koalicji Ateistycznej, Kongresu Świeckości, KOD, ale do wszystkich, którzy chcą spokojnie, bezpiecznie żyć w demokratycznym, świeckim państwie: Głosujcie na listę nr 3. Nie ma obawy, że będzie to głos stracony. Teraz Zandberg, jako lider Lewicy, w znakomitym stylu wygrywa debaty dla nas.
Reszta startujących do Sejmu komitetów to mniej lub bardziej skrajna prawica. Niczego nie zmienia przypięcie kilku lewicowych kwiatków do Schetynowego kożucha. Platforma do świeckiego państwa ma tak samo negatywny stosunek jak PiS, bo z pochodzenia i poglądów też jest przykościelna. Cierpi, że kaczyści przytulili już prawie cały Episkopat Polski i nadzieję odbić część biskupów, wystawiając na listach KO dawnych, prominentnych, katolickich polityków PiS: Kowala, Poncyliusza i wyjątkowego klęcznika – Ujazdowskiego.
Złudzeń nie zostawia nowa twarz KO, rzekoma kandydatka na premierkę Małgorzata Kidawa-Błońska, bo kocha wszystkich, kleru nie wyłączając. Nie chce podpisać lewicowego Paktu dla kobiet, bo Platformie bardzo pasuje uchwalona pod naciskiem Kościoła restrykcyjna, łamiąca prawa człowieka ustawa antyaborcyjna. O opodatkowaniu oraz likwidacji przywilejów Kościoła i kleru w ogóle nie chce słyszeć ani Schetyna, ani Kidawa-Błońska. Chcieli koalicji z PSL, bo to ta sama, dziewiętnastowieczna, biskupobojna mentalność. Nawet jakiejkolwiek dyskusji w kwestiach światopoglądowych boją się jak diabeł święconej wody.
Tylko Lewica ma w programie świeckie państwo, którego chce 64 proc. Polaków. Główne punkty deklerykalizacji Polski to:
• likwidacja przywilejów podatkowych Kościoła, w tym Funduszu Kościelnego,
• kasy fiskalne dla księży,
• wycofanie lekcji religii ze szkół,
• zniesienie klauzuli sumienia,
• zeświecczenie ceremoniału państwowego,
• liberalizacja ustawy antyaborcyjnej,
• obowiązkowa edukacja seksualna w szkołach,
• refundacja antykoncepcji,
• ustawa o związkach partnerskich.
13 października skierujmy Polskę na właściwe tory: sprawiedliwości społecznej, demokracji, świeckości, równości, praworządności, przestrzegania konstytucji… wystarczy zagłosować na listę nr 3.

Wykorzystać brak koalicji

Wyborcy Lewicy, wyborcy SLD wracajcie – neoliberałowie to nie jest dobre miejsce dla lokowania uczuć.

Nie minęły echa wyborów do Parlamentu Europejskiego z maja tego roku, a kończymy kolejną kampanię wyborczą; tym razem do parlamentu krajowego. Bez cienia wątpliwości można powiedzieć, że fundamentem do sprawnego tworzenia list wyborczych i realizacji kampanii wyborczej zawsze jest wygrana w wyborach poprzedzających.
Tym samym Prawo i Sprawiedliwość jako pierwsza partia przedstawiła liderów list w poszczególnych okręgach wyborczych i najszybciej ruszyła z kampanią. Inaczej niestety było po stronie opozycji z uwagi na polityczny rozkrok PO.
Tu niestety skrajną nieodpowiedzialnością i brakiem wizjonerstwa wykazała się właśnie Platforma Obywatelska, a właściwie jej kierownictwo, które zdaje się walkowerem oddało projekt Koalicji Europejskiej i to już po chwili od ruszenia sił odśrodkowych zapoczątkowanych przez Władysława Kosiniaka-Kamysza z PSL. Wystraszony tym obrotem spraw Grzegorz Schetyna podjął decyzję o odsunięciu lewicy i Sojuszu Lewicy Demokratycznej z list Koalicji Europejskiej. Najdziwniejszym, wręcz zdumiewającym faktem jest to, że jeszcze w maju 2019 roku a nawet 2-3 tygodnie po wyborach europejskich to właśnie nikt inny jak Grzegorz Schetyna i jego zaplecze zapowiadali, że są zwolennikami jak najszerszego frontu.
Co ciekawe największą odpowiedzialnością za kraj, stan polskiej demokracji, ale także dużą wiarygodnością wykazał się właśnie Sojusz Lewicy Demokratycznej który w referendum zapytał 21 000 swoich członkiń i członków o to w jakiej formule ma iść SLD do wyborów parlamentarnych? Przytłaczająca większością głosów członkowie SLD stwierdzili, że chcą wielkiej koalicji. Po takiej informacji przedłożonej Schetynie; Włodzimierz Czarzasty był wielokrotnie zwodzony przez lidera Platformy Obywatelskiej. Trwało to niestety zbyt długo. Dopiero przy wyznaczaniu ultimatum czasowego przez Czarzastego; w wyniku naporu dołów Platformy Obywatelskiej; SLD zostało odrzucone z wizji wielkiej koalicji.
Patrząc na przyszłość polskiej demokracji stało się dobrze. Na naszych oczach odradza się wreszcie lewica z prawdziwego zdarzenia na fundamencie Sojuszu Lewicy Demokratycznej, mając paradoksalnie jako ojca chrzestnego Schetynę.
To właśnie Grzegorz Schetyna, który zaniepokojony decyzją partyjnych dołów niechcących pójść razem z lewicą na jednych listach wyborczych; pomimo potencjalnego sukcesu woleli wybrać czubek własnego nosa i mieć pewność wyboru określonych osób na listach Koalicji Obywatelskiej.
Dziś bez cienia wątpliwości można już powiedzieć że pójście w trzech blokach i jest ryzykownym przedsięwzięciem, które może doprowadzić do sytuacji w której Prawo i Sprawiedliwość wygra kolejne wybory i będzie rządzić nami przez kolejne 4 lata. Za tą sytuację biorą wyłącznie odpowiedzialność PO i PSL.
Jakie są z tego wnioski? Po pierwsze brak wiarygodności neoliberałów z Platformy Obywatelskiej, którzy są w stanie w ciągu dwóch tygodni o 180 stopni odwrócić sytuację polityczną.
I właśnie dlatego wyborcy powinni postawić na wiarygodność i świeżość kandydatów Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Po drugie zagubienie Polskiego Stronnictwa Ludowego może spowodować ryzykowne ruchy po tej stronie sceny politycznej – dość ekstremalne włączając to na przykład koalicję z Kukiz 15.
Po trzecie dzięki takiemu obrotowi sprawy dochodzi do zjednoczenia się lewicy i takich nazwisk jak Czarzasty, Biedroń i Zandberg. Ci trzej tenorzy mogą stanowić poważne odświeżenie polskiej sceny politycznej. Dziś sondaże nawet te najbardziej krytyczne wskazują nawet na 13% poparcia.
Na koniec warto odnotować przykre dla polskiej demokracji wydarzenia.
W ostatnich tygodniach obserwowaliśmy jednak swego rodzaju słabość zachowania wielu polityków PO i próbę kupczenia nazwiskami kojarzonymi z lewicą w celu jej ostatecznej marginalizacji. W moim przekonaniu tym razem ta operacja się nie powiodła z paru powodów. Platforma Obywatelska odrzucając SLD straciła jakąkolwiek wiarygodność. Przewodniczący Schetyna postanowił uprawiać partyzantkę polityczną zamiast iść do wyborów z otwartą przyłbicą.
Dziś właściwie już wiem dlaczego PO przegrywa wybory. Po prostu delikatnie mówiąc dotrzymywanie słowa nie jest najmocniejszą stroną tej formacji. Przykra a wręcz przygnębiająca to konstatacja partii która przez 8 lat rządziła Polską.
Czas na lepsze propozycje i wiarygodność w polityce. Czas na powrót równowagi i obecność lewicy w Parlamencie. Pozdrawiam Was Wszystkich i do zobaczenia!

PKP=PSL Ważny tunajt

Internety ostatnio wygrywa nius o historii, jak to jeden człowiek wykupił wszystkie bilety na trasie Warszawa-Radom, zapłacił za nie 6 koła, żeby po chwili je zwrócić i stracić na procederze 15 proc. odstępnego. Zrobił to po to, aby unaocznić skomplikowany i anachroniczny system rezygnowania z przejazdu i zwrotu należności jaki stosują Polskiej Koleje Państwowe po dziś dzień, mimo że mamy już XXI wiek. Jako żywo, przypomina mi to sytuację na polskiej scenie politycznej.

Koleś wydał swoje ciężko zarobione pieniądze, żeby, po pierwsze, było o nim głośno, a fejmu jak wiadomo wycenić nie sposób, a po drugie, ale dużo mniej istotne w całym zamieszaniu, żeby obnażyć niedzisiejszość i starodawność w spółce PKP. Cóż, żeby osiągnąć ten drugi cel, nie trzeba wcale wykupywać całego pociągu i robić cyrków z oddawaniem biletów do kasy, które kasjer, jeden po drugim, musi osobno ostemplować czerwonym tuszem, skatalogować i odznaczyć w systemie. Wystarczy kupić jeden bilet na pociąg, najlepiej pospieszny lub osobowy, udać się na dworzec i czekać. Ten raczej się spóźni. 5 minut, 10, 20. Jak się spóźni ponad godzinę, to można się domagać zwrotu za procent z biletu, a jak jest zima, to kolej zafunduje darmową herbatę. Wiem, bo parę razy zdarzyło mi się czekać na dworcu w mróz. Czy to jednak słota czy pogoda, czekając na opóźniony pociąg z kolejowych szczekaczek usłyszeć można zawsze to samo: że pociąg jest opóźniony, opóźnienie może ulec zmianie, za opóźnienie przepraszamy. W XXI wieku. Sypie mi się plan dnia. Odwołują mi koncert, spóźniam się na spotkanie biznesowe, a tym jest po prostu przykro i bardzo przepraszają. Mi ucieka żywa gotówka sprzed nosa, a jaśniepanu jest zwyczajnie po ludzku przykro. I to mi musi wystarczyć. Tyle mi też starcza za ilustrację, gdzie się znajduje polska kolej tu i teraz.
A gdzie się znajduje PSL? No właśnie, analogia między PSL a PKP jest w mojej ocenie bardzo uzasadniona. Partia Kosiniaka-Kamysza chce być nowoczesna i progresywna. Jednocześnie konserwatywna i narodowa. To jak kolej polska: chce być jak teżewe, ale jednocześnie nie chce tracić starych, nasmolonych podkładów i przerdzewiałych drezyn oraz mechanizmów zarządzania, rodem z późnej komuny. Chce PSL przyciągnąć młodych, ale jednocześnie bazuje na starych sprawdzonych działaczach. To też jak na kolei: niby się zmieniamy i otwieramy na nowoczesność w domu i zagrodzie, ale tylko tam, gdzie nam się to podoba. Jak się odbije ciut od głównej magistrali, dworcowy syf jaki był, tak i jest. Składy jak się spóźniały, tak się spóźniają. Innymi słowy: robi PSL i PKP w swoim mniemaniu dużo, żeby iść z czasem, postępem i osiągnieciami, ale ciągle w pościgu za nowoczesnością przeszkadza jej stary, komuszy ogon, który, mimo szczerych chęci, spowalnia gwiaździsty marsz.
PSL zaprezentowało niedawno liderów swoich list. Liderów Koalicji Polskiej, cokolwiek to znaczy. Nie powiem, zawiódł się zapewne ten, kto liczył na nołnejmy; przeważają przechrzty z PO oraz sprawdzeni w boju towarzysze. Ale istnieje poważna szansa, że nawet z takimi nazwiskami na przedzie, wagonik PSL-u do Sejmu się nie dostanie. I ja na to mówię: bardzo dobrze.
Pamiętacie Państwo zapewne, jak ongiś Waldemar Pawlak z rozbrajającą szczerością odpowiedział: „Nasz koalicjant”, na pytanie, kto zostanie zwycięzcą parlamentarnych wyborów. To oddaje wszystko na temat mentalu i celów działania tej partii. Te wszystkie bajdurzenia o partii chłopskiej, która chce łączyć dziś wieś z miastem, proszę Was, kto w to uwierzy? PSL było mocne siłą swoich terenów i ludzi stamtąd. To nadal najliczniejsza polska partia, która działa jak karne wojsko. Przynajmniej działała do czasu, do kiedy na wieś wszedł z impetem PiS i dał ludziom gotówkę, a nie paplaninę. Wojsko musi mieć co miesiąc regularny żołd, wikt i opierunek. Jak się o wojsko nie dba, to się rozbisurmania i idzie w rozsypkę.
Chłop polski wie, która ręka go karmi i która go powiezie ku szczęśliwości, i na pewno nie jest to miękka i wypielęgnowana dłoń doktora Kosiniaka. Co gorsza, wie to sam młody doktor Kosiniak. Robi więc co może, żeby ustrzelić trochę głosów w dużych miastach, ustawiając weń byłych platformianych tuzów, i licząc, który to już raz, na to, że wieś da mu jeszcze jedną, jedyną szansą. Ale wieś powie mu: takiego wała, jak Polska cała. Z czym do ludzi, z jakim programem? Co takiego chce zaoferować ludziom PSL? Czym chce się odróżnić od Schetyny? Brakiem poparcia dla małżeństw jednopłciowych? Czy oni naprawdę są na tyle próżni, że sądzą, że kogoś to na wsi w ogóle ruszy? Byliśta, towarzystwo z PSL-u tyle lat u cycka, mieliście wystarczająco dużo czasu, żeby znaleźć jakiś pomysł na siebie, a znajdywaliście w polu tylko kąkol i zbutwiałe kartofle, których już nawet świnie nie chciały jeść. I przyjdzie za to kara. A później będzie tylko płacz i zgrzytanie zębów. Na wsi PSL zastąpi PiS. Nie od razu, ale od tych wyborów, pomalutku, stopniowo, plasterek po plasterku. Tyle się więc będzie musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Opozycja nie jest bez szans

„Przeniesienie ciężaru kampanii wyborczej na kwestie światopoglądowe i obyczajowe to marzenie Kaczyńskiego. On znowu chce ze swoimi wiernymi druhami podzielić Polskę na tych, którzy chcą deprawować polski naród, i tych, którzy bohatersko go bronią” – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) były szef rządu, obecnie eurodeputowany Leszek Miller.

KAMILA TERPIAŁ: Żyje pan już bardziej sprawami europejskimi czy nadal polskimi?
LESZEK MILLER: Polskimi coraz mniej, ale trudno całkowicie odciąć się od polskiej polityki. Jednym okiem i jednym uchem patrzę i słucham, co się dzieje.

Przeraziło pana to, co działo się na ulicach Białegostoku podczas Marszu Równości?
Przeraziło i wzbudziło oczekiwanie mocnej reakcji ze strony rządzących.
Spodziewałem się, że po takich wydarzeniach zobaczę panią minister spraw wewnętrznych i administracji, która na konferencji prasowej poinformuje o tym, jak ocenia działania policji, oraz potępi chuliganów i bandytów. A zaraz potem zobaczę na konferencji prasowej ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, który poinformuje o wszczęciu postępowań i także potępi te wydarzenia. Ani jednego, ani drugiego nie zauważyłem.

Minister Elżbieta Witek wystąpiła na konferencji prasowej dzień po wydarzeniach. Za późno?
W takich sytuacjach trzeba działać natychmiast. Jeżeli występuje się z taką zwłoką, to występuje podejrzenie o jakiś koniunkturalizm albo wahanie, które nie powinno mieć miejsca.

Pan jako premier jak by zareagował?
Reakcja premiera nie jest konieczna. Wystarczy reakcja odpowiednich ministrów. Spodziewałbym się także ostrego oświadczenia przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. To akurat miało miejsce, chociaż wystąpił nie ksiądz biskup, tylko rzecznik.
Jest jeszcze jedna osoba, która powinna zabrać głos – arcybiskup białostocki. Jego wcześniejsze wypowiedzi mogły ośmielać chuliganów i sprawiać wrażenie parasola ochronnego otworzonego przez kościół.

Były nawet podziękowania dla tych wszystkich, “którzy w ostatnim czasie w jakikolwiek sposób włączyli się w obronę wartości chrześcijańskich i ogólnoludzkich, chroniąc nasze miasto”. To fragment oświadczenia, które po wydarzeniach znalazło się na stronie internetowej parafii Świętej Jadwigi Królowej w Białymstoku.
Postawa Kościoła w tych sprawach nie powinna niestety nikogo zdumiewać. Oczywiste jest, że polski Kościół od lat ma tendencję wspierania wszystkich ruchów i sił politycznych, które walczą z tzw. lewactwem. Przypominam sobie dramatyczny wiersz Juliana Tuwima napisany po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza i zwrot “krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni”. Aktualne.
Polski kościół zresztą dosyć swoiście pojmuje ewangelizację. Jest to widoczne nawet w słownictwie – rycerze, hufce, miecze, przysięgi – i sugeruje czynną walkę, czyli ewangelizację za pomocą miecza. A prawdziwa nauka kościoła nie opiera się na przemocy. Ja przynajmniej tak ją rozumiem.

To, co się stało, jest winą Kościoła i rządzących?
Tak. Między państwem i Kościołem w tej sprawie jest swego rodzaju porozumienie.

Paweł Śpiewak, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego mówi, że to “początek faszyzmu, a wiemy, jaki jest koniec faszyzmu”. Zgadza się pan z taką opinią?
Jestem zwolennikiem opinii Tomasza Nałęcza, że w tej sprawie należy uważać z ciężkimi słowami. Kiedy uderzamy w dzwon na trwogę i wołamy “faszyzm!”, to kiedy on naprawdę by nadszedł, to nikt go nie usłyszy.

To jak teraz mówić o niebezpieczeństwie?
Najwięcej do powiedzenia mają przedstawiciele rządu. Na zmianę w Kościele nie liczę. To powinny być jasne sygnały świadczące o tym, że w takich sprawach nie ma żadnej tolerancji i żadnego flirtu między oficjalnymi czynnikami rządowymi a środowiskami kibolskimi, chuligańskimi czy zwykłą bandyterką.
Każdy, kto wszczyna takie zamieszki, nie może liczyć na żadną osłonę czy sympatię. Może tylko liczyć na bardzo stanowczą reakcję sił porządkowych i wymiaru sprawiedliwości. A ona była niewystarczająca.
To jeszcze cytat z ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego: „warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane, ponieważ budzą ogromny opór”.
W każdych innych okolicznościach w demokratycznym kraju premier zdymisjonowałby takiego ministra w mgnieniu oka. I taka powinna być reakcja premiera, bo wypowiada się członek rządu. Mateusz Morawiecki powinien powiedzieć wprost, że nie widzi możliwości współpracy z kimś o takich poglądach.

Wspomniał pan Tomasza Nałęcza, który w wywiadzie dla wiadomo.co przestrzegał przyjaciół z lewej strony, aby “nie próbowali ze stosunku do ludzi LGBT zrobić osi głównych polemik wyborczych, bo to jest dmuchanie w trąbę PiS-u i wielkie marzenie Kaczyńskiego”. W tym przypadku też ma rację?
Podzielam ten pogląd. Przeniesienie ciężaru kampanii wyborczej na kwestie światopoglądowe i obyczajowe to marzenie Kaczyńskiego. On znowu chce ze swoimi wiernymi druhami podzielić Polskę na tych, którzy chcą deprawować polski naród, i tych, którzy bohatersko go bronią. A to jest droga do sukcesu wyborczego.

Co powinno być główną osią kampanii po drugiej stronie?
Koncentrowanie się na tym, co doskwiera ludziom. Opozycja już o tym mówi i trafnie diagnozuje problemy – brak leków, chaos w edukacji, panoszenie się pisowskich urzędników. Trzeba mówić o tym, co ludzi denerwuje i boli.
Wybrać kilka płaszczyzn i mówić także o tym, co opozycja zrobi, jak dojdzie do władzy. To musi być powtarzane do znudzenia, aby wbiło się w pamięć i stało identyfikacją ruchów opozycyjnych.

Szkoda panu Koalicji Europejskiej? Wierzył pan, że się uda?
Wierzyłem. Wprawdzie z rozczarowaniem przyjąłem fakt, że Koalicja Europejska przegrała 7 punktami ze zjednoczoną prawicą, ale to w sumie tylko 7 punktów. Po stronie opozycyjnej nie ma dzisiaj innej formacji, która jest w stanie nawiązać równorzędną walkę z PiS-em.

Za rozpad koalicji należy winić Grzegorza Schetynę?
Nie zgadzam się z takimi zarzutami. Pierwszą cegłę z muru, który był fundamentem tej koalicji, wyjął Władysław Kosiniak-Kamysz. Winny jest ten, kto pierwszy podważył sens istnienia takiej koalicji. Grzegorz Schetyna mógł próbować zachować koalicję bez PSL-u, tylko że aparat PO bał się, że wtedy partia skręci za bardzo na lewo. Pewnie te czynniki przekonały Schetynę. Z jednej strony jest mi żal, a z drugiej dobrze, że istnieje jakiekolwiek porozumienie trzech ugrupowań lewicowych.

Nie boi się pan powtórki z 2015 roku?
Wtedy zabrakło pół punktu procentowego do przekroczenia progu wyborczego. Lewica przegrała o włos.

Ale przegrała.
Te same wyzwania stoją teraz przed tą trójką. Najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, w jakiej formule wystartują. Czy będzie to koalicja, czy nie. Ale wydaje mi się, że oczekiwanie, aby na listy SLD wpisali się politycy Wiosny i Razem, jest mało realistyczne. To oznaczałoby, że zgadzają się na zatarcie swojej tożsamości.
4 lata temu Partia Razem nie weszła do koalicji, teraz Adrian Zandberg jest w środku, więc szanse na przekroczenie progu wyborczego są większe. Ale jak wiadomo, łaska wyborców na pstrym koniu jeździ.

Jest szansa, że w kampanii wyborczej opozycja nie będzie ze sobą walczyć?
Tak powinno być. Wystarczy już napaści na PO i Grzegorza Schetynę, ale także na SLD. Jest tyle spraw, na których można się koncentrować i podchodzić pozytywnie, a nie wzajemnie się atakować. Niestety, kampania wyborcza to tropik, czyli wyjątkowo gorąca atmosfera, i nie wszyscy potrafią opanować swoje języki.

Pan będzie uczestniczył w kampanii?
Będę wspierał ludzi SLD w moim okręgu wyborczym, bo oni też pomogli mi bardzo w kampanii. To jest dług wdzięczności, który mam do spłacenia.

Jest pan optymistą w sprawie wyniku wyborów?
Uważam, że szansa na pokonanie PiS-u jest. Partia rządząca ma szansę na wygranie wyborów, ale nie ma żadnej gwarancji, że tak się stanie. Jest jeszcze trochę czasu.
W polskiej polityce tydzień potrafi oznaczać miesiące gdzie indziej. Opozycja nie jest bez szans. Ma olbrzymie możliwości, które trzeba uruchomić.
Ale to wymaga pomysłu, sił i środków. Inteligentnie pomyślana kampania, przy użyciu nowoczesnych instrumentów, daje szansę. Są przykłady, w których kandydaci startowali z niskiego poziomu, a wygrywali wybory.

Jakie?
Chociażby prezydent Francji, nowy prezydent Ukrainy czy pani prezydent Słowacji…
Tylko w tych krajach ludzie mieli dosyć rządzących. A w Polsce sondaże na to nie wskazują.
To prawda. Podczas prowadzenia kampanii do PE spotykałem ludzi, którzy wprost przyznawali, że będą głosować na PiS. Ale zauważyłem, że nawet oni dostrzegają ciemne strony tych rządów, zwłaszcza w aspekcie nadużywania władzy, niekompetencji czy nieprofesjonalizmu. To nie jest im w smak, natomiast tłumaczą, że nawet jeżeli władza kradnie, to przynajmniej się dzieli. W związku z tym, dopóki się dzielą, to wyborcy będą im bardzo wiele wybaczać.

Zmieni się jeszcze przed wyborami polityka europejska PiS-u?
Myślę, że nie.
W wyborach do europarlamentu PiS wygrał w Polsce, ale przegrał w Europie.
Niewybranie Zdzisława Krasnodębskiego na wiceszefa PE czy dwukrotna porażka Beaty Szydło w walce o fotel szefa komisji, trudna sprawa z komisarzem – to nie bierze się z powietrza, ale przekonania, że do Polski są uzasadnione pretensje dotyczące nieprzestrzegania wartości europejskich i praworządności. A przedstawiciele partii, która jest podejrzewana o naruszanie podstawowych norm, nie powinni otrzymywać wysokich stanowisk. Te porażki to skutek takiego właśnie klimatu panującego w Brukseli.

W czwartek w Warszawie wizytę złożyła nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Z relacji Mateusza Morawieckiego wiemy, że podczas rozmowy nie zostały poruszone sprawy dotyczące praworządności. Wierzy pan w to?
To niemożliwe. Znamy relację pana Morawickiego, ale nie znamy relacji pani von der Leyen. Gdyby tak się stało, to byłaby pierwsza poważna wpadka nowej przewodniczącej. Ja w to nie wierzę. Przecież ma świadomość tego, czym grozi dla jej planów utworzenia nowej komisji obchodzenie tego tematu, zwłaszcza w Polsce. Podczas jej wystąpienia w PE padły bardzo poważne deklaracje.

Mowa była o unijnym komisarzu. Myśli pan, że Ursula von der Leyen przekonała Mateusza Morawieckiego do wystawienia kandydatki, a nie kandydata? PiS ma już jakiś plan?
Problem unijnego komisarza będzie bardzo trudny do rozwiązania. Jeżeli pani Ursula von der Leyen zaakceptuje najprawdopodobniej kandydatkę, a nie musi, to ta osoba i tak będzie jeszcze przesłuchiwana na komisjach parlamentarnych i to nie będzie spacer piękną uliczką. Myślę o klimacie, który tu panuje. Potem jest jeszcze głosowanie.
Zdarzyć się mogą różne rzeczy, mało przyjemne dla polskiego rządu. Dlatego premier powinien uciekać od kandydatury, która ma silne konotacje polityczne.

Była premier Beata Szydło odpada?
Zdecydowanie. Jeżeli chce zwiększyć szanse kandydatki lub kandydata, to powinien szukać nie wśród polityków, tylko na przykład zespołu ekspertów.

Polska będzie nadal izolowana w Unii?
Przede wszystkim Polsce grozi nałożenie sankcji związanych z uruchomieniem artykułu 7 i polityką orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE. Poza tym w Parlamencie Europejskim jest silna tendencja, aby doprowadzić do powiązania wysokości przekazanych środków z oceną praworządności. Teraz trwa tylko dyskusja, jak to zrobić, aby nie karać społeczeństw. Ale gdyby głosowanie odbyło się dzisiaj, to taki projekt by przeszedł.

Minął się pan już na unijnych korytarzach z Donaldem Tuskiem?
Nie widziałem się z nim, rozmawiałem telefonicznie z ludźmi z jego otoczenia.

Podejmie ryzyko powrotu do Polski?
Myślę, że uzależnia to od tego, co wydarzy się w październiku.
Gdyby opozycja odniosła sukces, to wpłynie na większą ochotę na ubieganie si o urząd prezydenta.
Ale gdyby wybory skończyły się porażką, to go zniechęci. Posłużyłbym się w tym wypadku pewną metaforą – ptak, nawet jeśli idzie, to czuje, że ma skrzydła. I Donald Tusk jest właśnie w takiej sytuacji. Nawet jak nie ma takiej determinacji, żeby wystartować, to wie, że może spróbować i ma skrzydła, które może rozwinąć.

Trzech muszkieterów

Koalicja lewicowych partii to dobra wiadomość dla polskiej demokracji. Brak lewicy doskwiera w polskim parlamencie. Jej brak widać, słychać i czuć. Ale ten związek z rozsądku to jedna wielka niewiadoma. W sposób naturalny powraca w pamięci katastrofa wyborcza sprzed czterech lat.

Błędna formuła

Oficjalnie nie wiemy jeszcze w jakiej formule pójdą SLD, Wiosna, Razem i inne podmioty polityczne. Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak powołanie koalicji wyborczej i postawienie przed sobą progu 8 proc. co jednak gwarantuje subwencję z budżetu państwa. Trudno sobie bowiem wyobrazić, aby po latach wojny jaką toczyła partia Razem, Adrian Zandberg i jego drużyna startowała z listy SLD. Podobnie jak Robert Biedroń, który jeszcze niedawno deklarował, że SLD to partia dinozaurów i zapewniał, że on sam będzie na jesieni premierem. Pieniądze w polityce są ważne, ale nie najważniejsze. To pokazały ostatnie cztery lata. Cóż bowiem z tego, iż SLD czy Twój Ruch otrzymują subwencję? Tak się PiS-u nie zatrzyma. A w przyszłym Sejmie PiS z pewnością będzie dążył do tego, aby zmienić obowiązującą Konstytucję. Inaczej bowiem partia ta nie zrealizuje swojego programu z głównym przesłaniem, czyli zmiany ustroju państwa. Trzeba być w Sejmie i miał jakiś wpływ na to co się dzieje w parlamencie.
Taką formułę, powołania komitetu wyborczego, wybrał Kukiz 15. I to wydaje się dla lewicy bezpieczniejsze z kilku powodów. Po pierwsze socjalny elektorat lewicy jest dziś przy PiS. To ten tradycyjny elektorat lewicy jest w głównej mierze beneficjentem władzy. Program 500 plus przeorał polską politykę. Dochodzą do tego kolejne, mniej lub bardziej udane programy społeczne, które forsuje partia Jarosława Kaczyńskiego. Po drugie, ostatnie wybory europejskie wykazały ogromną mobilizację nowych wyborców. Przy wysokiej frekwencji, a wszystko dziś na to wskazuje, ewentualna lewicowa koalicja będzie miała ogromny problem z przekroczeniem 8 proc. progu. Taki los spotkał w maju Konfederację, która przez kilka godzin cieszyła się z trzech mandatów a ostatecznie nie przekroczyła progu wyborczego. Duopol partyjny jest faktem i niezmiernie ciężko będzie komuś trzeciemu w polityce.
Małżeństwo z rozsądku
Na wspólnej konferencji prasowej liderzy trzech partii odmieniali słowo „miłość” przez wszystkie przypadki. Lider SLD stwierdził nawet, że „na lewicy nastąpiła wstępna gra miłosna”. Przez ostatnie lata bywało z tym jednak różnie. Partia Razem krytykowała SLD ze względu na PRL-owską tożsamość Sojuszu, zarzucając liderowi SLD, iż to partia przeszłości. Dochodziło do wielu słownych złośliwości z obu stron. Sytuacja niemal analogiczna do sporu jaką toczył SLD z Ruchem Palikota przez cztery lata. Aż w końcu, ku zdziwieniu wyborców SLD, Leszek Miller i Janusz Palikot podali sobie ręce i zapowiedzieli budowę Zjednoczonej Lewicy.
Lewicowy wyborca jest romantykiem, wierzy we wzniosłe cele, w budowę państwa opiekuńczego, ale nie lubi, gdy robi się z niego idiotę. Tak wtedy jak i wówczas lewicowa koalicję sklecono szybko i naprędce. Trzy miesiące w polityce to naprawdę niewiele czasu, aby zakopać głębokie podziały. Dochodzi do tego jeszcze Wiosna Roberta Biedronia i jego ogromne ambicje. Buńczuczne zapowiedzi o budowie wielkiej siły, burzenie muru PO-PiS i twierdzenia o byciu premierem nie brzmiały poważnie.
Wiarygodność lidera Wiosny została po tych wyborach mocno nadszarpnięta po tym, jak publicznie zapowiedział, iż po zdobyciu mandatu zaraz go odda. Nic takiego się jednak nie stało. Adrian Zandberg z kolei, przed wyborami do PE, wyznał, iż Wiosna proponowała mu jedynkę na swojej liście w zamian za milion złotych. Dziś lewicowi wyborcy mają uwierzyć, że koalicja jest zbudowana na trwałych i ideowych podstawach. Przekonanie Roberta Biedronia, które wyraził na wspólnej konferencji prasowej, iż „w Polsce lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy jest zjednoczona” nie znajduje potwierdzenia w przeszłości. Najlepszym tego przykładem był rok 2015 i wyborcza klęska, czy wcześniejsza koalicja Lewica i Demokraci. Ówczesny lider SLD Leszek Miller obwiniał za wynik wyborczy w 2015 roku Adriana Zandberga, którego partia otrzymała ponad 3,5 proc. nie dostrzegając jednak własnych błędów.

Trzy bloki

Nie byłoby w ogóle mowy o zjednoczeniu lewicy, gdyby nie decyzja Platformy Obywatelskiej. Grzegorz Schetyna bowiem, świadom, iż wybory są już w zasadzie przegrane, postanowił wzmocnić własną partią i własne zaplecze polityczne. Pójście z koalicji z SLD, niezręczne dla PO z wielu powodów, wymuszałoby posunięcia się na listach wyborczych kosztem polityków Sojuszu. Grzegorz Schetyna wziął na siebie pełną odpowiedzialność w tej kampanii wyborczej i ewentualną wygraną PiS. To on bowiem ostatecznie odpowiada za zerwanie Koalicji Europejskiej po wycofaniu się z niej PSL-u. Włodzimierz Czarzasty bowiem co rusz powtarzał, że Sojusz gotowy jest kontynuować ten projekt. I trudno mu się dziwić. Sojusz był beneficjentem wyborów europejskich zgarniając pięć mandatów. Licząc po liczbie zdobytych mandatów SLD to dziś trzecia siła polityczna w kraju. Przed wyborami do PE przekaz był prosty. Koalicja Europejska i tylko zjednoczona opozycja jest w stanie wygrać z PiS. Jeśli ten projekt się rozpadł, to nikt na opozycji nie wierzy dziś w wyborcze zwycięstwo.
Grzegorz Schetyna stał się, chcąc czy nie chcąc, ojcem chrzestnym polskiej lewicy. I nie jest to dla niego wcale komfortowa sytuacja. Stoi on dziś bowiem przed ogromnym dylematem – czy walczyć z lewicą o sprawy światopoglądowe i o elektorat kulturowy, eksponując Barbarę Nowacką, narażając się tym samym na brak wiarygodności, czy spróbować zachować resztki konserwatywnego elektoratu?
Trzy bloki jakie zobaczymy na jesieni to wymarzony scenariusz polityczny dla Prawa i Sprawiedliwości. Porządkuje to co prawda scenę polityczna i choć polskie społeczeństwo jest egalitarne, to arytmetyka wyborcza i system D’Hondta jest nieubłagana. Ten wielomiesięczny spektakl wewnątrz opozycji przypominał spory na prawicy w latach 90. i z pewnością przyczynił się do samodzielnych rządów PiS. Jeśli lewica chce przyczynić się do zatrzymania Jarosława Kaczyńskiego, to absolutnie nie może powtórzyć błędu z 2015 roku. Musi zatem zrezygnować z ambicji w postaci budżetowej subwencji. Czy lewicę na to stać?

Przepaść

Smutny dziś jestem. Dzień mam dobry, a przynajmniej miałem do teraz. Przyjechałem z kapelą do Kazimierza Dolnego. Zjadłem dobre rzeczy u miłych ludzi w knajpie i jeszcze milsze rzeczy wypiłem. Na szczęście idę dziś do roboty na nocną zmianę, także spokojnie mogłem sobie przy obiedzie pofolgować, bo przed pobraniem narzędziówki i włożeniem drelichu bąbelki odparują. W hotelu przeczytałem, że odnaleźli ciało chłopca, którego szukali od tygodnia, co raczej było do przewidzenia. Podobnie jak to, że lewica pójdzie do wyborów osobno, bo Platforma jej nie zechce. Ale żeby jedna lewica nie chciała drugiej, tego już zdzierżyć nie mogę…Ongiś Sham 69 śpiewał, że jeśli dzieciaki się zjednoczą, to nigdy już nie będą podzielone. Podobne sentencje można wyczytać na sztandarach ruchu skinheads (nie mylić z nazistami) i rudeboys: zjednoczeni jesteśmy razem, podzieleni giniemy. Naprawdę, nie trzeba zbyt rozległej, książkowej wiedzy, żeby zrozumieć sens tych prostych słów. Skoro młodzież ulicy mogła je pojąć, to czemu nie kształcony polityk. No i tu, Szanowni Państwo, okazuje się, że, idąc tropem cytatów z mojego podwórka, wieszcząc za Robertem Brylewskim, ambicja to twoja szalona religia, jeśli odpowiednio wcześniej nie założysz jej na ryj kagańca. A dalej to już bardzo prosto. Wystarczy połączyć kropki.
Włodzimierz Czarzasty czekał, czekał, spoglądał na zegarek, a Platforma, ofuknięta przez PSL, zabrała swoje zabawki i poszła na front samotnie, razem z przybocznymi, ku, mam wrażenie, Włodzimierza Czarzastego wielkiemu rozczarowaniu. Bo miast czekać na to, co zrobi PO i ustawiać się na dzień dobry w roli petenta Grzegorza Schetyny, warto było wprzódy brać się do rozmów z Biedroniem i Zandbergiem. A tak w Polskę leci komunikat, że wobec braku lepszego pomysłu na swoje własne przetrwanie, SLD dogaduje się z resztą liczącej się lewicy z konieczności, a uśmiechy do kamer wszystkich trzech liderów są cedzone przez zęby, za pomocą których chwilę po ogłoszeniu klęski wyborczej, wszyscy naraz rzucą się sobie do gardeł. Jakby tego było mało, lewica kanapowa od Palikota, Borowskiego i reszty, podnosi larum, że oni też wszak mają serca po właściwych stronach, a nikt z nimi nie chciał nawet usiąść do stołu, wobec czego obrażają się i zabierają ze sobą swoje 0,25 proc., powołując kolejny lewicowy blok, z nazwy jakby skądś znajomy. Jak było naprawdę i kto z kim do rozmów nie przystąpił-czy Czarzasty z Palikotem, czy na odwrót, dziś nie powinno to raczej już nikogo interesować. Najbardziej przykry w tym żałosnym galimatiasie jest fakt, że przed ogromnym, dziejowym niebezpieczeństwem, jakim jest wygrana PiS-u w kolejnych wyborach, a tym samym niemal pewna anihilacja myśli lewicowej z parlamentu na kolejne lata, przywódcy polskiej lewej strony zaczynają się dzielić, miast jednoczyć, a sukcesu w wyborach upatrują w Schetynie, zamiast w postępowej myśli i programie.
Może to ja jestem zbyt naiwny, albo nawet zbyt głupi kiedy myślę sobie, że skoro na czymś człowiekowi zależy bardzo, to winien usuwać z drogi wszelkie przeszkody i dążyć do celu, miast te przeszkody mnożyć i szukać dziury w całym. Jeśli, idąc tym moim, chłopskim tokiem myślenia, polskiej lewicy i jej ludziom z wierchuszki zależy na tym, żeby wejść do Sejmu, to powinni robić wszystko, żeby się ze sobą dogadać i pokazać ludziom, że są razem i nadrzędnym celem jest dla nich wizja Polski progresywnej i nowoczesnej, a przy okazji mają pomysł na to, jak do tego kraj nasz umiłowany doprowadzić (o ile mają). Tymczasem posyła się pod strzechy obraz dwóch synów z jednej matki, jednego większego, a drugiego mniejszego, którzy w obliczu rychłej śmierci seniorki żrą się jak pies z kotem o to, którego z nich mamusia bardziej za życia kochała i który ma większe prawo do nazwiska, chociaż obaj za młodu nie grzeszyli skromnością i pomyślunkiem. To nie ma się prawa udać. I się nie uda, jeśli nadal zamiast jednoczyć się i zwyciężać prawdziwych nieprzyjaciół (kolejny cytat), towarzystwo będzie robić politykę dla polityki. W imię prywaty, ambicji czy fałszywie pojętego honoru. Nie usiądę z nim do stołu, bo mnie obraził, a pamiętliwy jestem srodze i nie wybaczę. Ludzie, opamiętajcie się! Niedługo nie zostanie po Was pyłek w książce do historii, jak ktoś wreszcie nie pojmie, że wiedziecie samych siebie na szafot. Nikt po Was nie zapłacze. Nie wiem jak wy Panowie i Panie, ale jak patrzę na to jak się kłócicie i dzielicie między sobą, w tle głowy brzęczy mi sardoniczny chichot Jarosława Kaczyńskiego, który pęka ze śmiechu, gdy Was widzi.
Idąc obok siebie a nie z sobą, pokazujecie ludziom którym lewicowe ideały nadal są bliskie, że niewiele się różnicie od swoich konkurentów z PO czy z PiS. Aaaa, bo może któryś z was zapomniał: jedno i drugie indywiduum jest bowiem swoim bliźniaczym odbiciem. Tyle jest w PO lewicy co w PiS-ie i odwrotnie. Dobrze, że z musu nie idziecie z nimi już pod rękę, ale żeby nie umieć się dogadać między sobą w obliczu dni ostatnich, to już nawet nie grzech, ale wstyd.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Na lewo patrz!

Nie ukrywam satysfakcji. To, o czym pisałem od niemal dwóch lat zdaje się przybierać realne kształty.

Chodzi oczywiście o jasny w politycznym i społecznym przekazie udział lewicy w wyborach parlamentarnych. Nareszcie powstaje lewicowa koalicja wyborcza. Wprawdzie jest to dla SLD rozwiązanie „drugiego wyboru”, ale jestem przekonany, że w dłuższej, a może i w bardzo krótkiej perspektywie zbawienne.
Kierownictwo SLD w Warszawie zafascynowane było taktyką „przyklejania” się SLD do silniejszego. Wybory samorządowe, zwłaszcza we Wrocławiu, w kąt odesłały wszystkie inne opcje. Obowiązywało rozumowanie: udało się w wyborach samorządowych we Wrocławiu – uda się w wyborach parlamentarnych w kraju. Nie uda się – i bardzo dobrze.
Nieoczekiwanie przed polską lewicą pojawiła się unikalna szansa powrotu na arenę polityczną. Główna zasługa w tym jest udziałem partii prawicowych: PO, PiS, PSL oraz takich tuzów polskiej lewicy jak Cimoszewicz, Miller, Belka, Liberadzki, chociaż tych ostatnich z odmiennych oczywiście powodów.
Koalicja Europejska przegrała wybory do PE wyłącznie na własne życzenie. Nie prowadziła wspólnej kampanii wyborczej zadowalając się przekonaniem, że ujawnienie paru afer z udziałem PiS wystarczy do wyborów. Aż trudno mi uwierzyć, że nikt w Koalicji Europejskiej nie dostrzegł tego, że PiS do mistrzostwa opanował technikę przekuwania każdego swojego niepowodzenia, każdej afery ze swoim udziałem w sukces w oczach swojego elektoratu. Bo dla PiS tylko ten elektorat się liczy – reszta: opozycja, międzynarodowa opinia publiczna – nie mają żadnego znaczenia. Koalicja nie wykorzystała potencjału wyborczego, który wytworzyła, nie przekonała obywateli, że tworzy się oto nowa jakość na scenie politycznej.
Jedyną partią opozycyjną, która mogła ogłosić sukces był Sojusz Lewicy Demokratycznej, a to głównie za sprawą „czterech tenorów”. Sukces SLD spowodował wielką popularność w środowisku PO tezy, że nie można dopuścić do tego, aby SLD wygrywał „na plecach Platformy”. Może jeszcze Schetyna zacisnąłby zęby i zgodził się na szeroką Koalicję Obywatelską w krajowych wyborach parlamentarnych, gdyby nie przekonanie, że Koalicja tych wyborów wygrać nie zdoła. Schetyna oddał wygraną Kaczyńskiemu już na początku kampanii i powrócił do głoszonej niegdyś koncepcji przemodelowania, wspólnie z PiS, polskiego parlamentu podzielonego na dwa główne, trwałe bloki polityczne: PiS i PO.
Po przegonieniu SLD nikt nie wierzy w szczerość umizgów PO do lewicowego elektoratu. Propagując się jako zalążek bloku centro-prawicowego PSL też odciąć się musiało od lewicy, co uczyniło nadzwyczaj medialnie spektakularny. O stosunku PiS do lewicy wspominać nie trzeba. Pojawił się więc nieoczekiwanie rodzaj próżni na polskiej scenie politycznej: od hasła „lewica” odsunęli się wszyscy ci, którzy jeszcze niedawno na wyprzódy kokietowali lewicowych wyborców.
I w tej sytuacji powstaje wyborcza koalicja LEWICA. W tym układzie: SLD, Wiosna, Razem jako trzon LEWICA jest nową jakością na polskiej scenie politycznej. Znowu – jak w wyborach do Parlamentu Europejskiego – pojawia się możliwość wykorzystania efektu synergii, to jest powiększenia elektoratu ponad arytmetyczną sumę elektoratów poszczególnych koalicjantów. Koalicja powstaje i jednocześnie staje wobec olbrzymiej odpowiedzialności za przyszłość polskiej lewicy, ale także przed olbrzymią szansą. LEWICA mam moim zdaniem szansę sięgnąć nie tylko po część „lewoskrętnego” elektoratu PO, ale również PSL – jeżeli odwoła się do lewicowych tradycji ruchu ludowego. Zamiast więc wylewać gorzkie żale na PO i PSL powinna koalicja nawiązywać kontakt ze wszystkimi, którzy dostrzegają konieczność powrotu lewicy do parlamentu, a którzy nie dostrzegają takiej możliwości w dotychczasowym układzie partyjnym. Ma też szansę LEWICA zmobilizować tą część lewicowego elektoratu, który do tej pory, nie mając wiary w skuteczność, pozostawał w dniu wyborów w domu.
Aby jednak wykorzystać efekt synergii spełnione być muszą pewne warunki. Podstawowym jest ten, że koalicja LEWICA musi udowodnić, że tworzona nowa jakość polityczna nie będzie efemerydą, że będzie rozwiązaniem trwałym – przynajmniej w perspektywie najbliższej kadencji parlamentu. Stąd kwestia klubu parlamentarnego, jego kierownictwa i relacji z poszczególnymi partiami winna być szybko ustalona i ogłoszona.
Drugim warunkiem jest przekaz programowy. Na trzy miesiące przed wyborami trudno będzie prawdopodobnie o kompleksowy, wspólny, lewicowy program alternatywny dla Polski. Spodziewam się, że program koalicji LEWICA nie wykroczy poza horyzont najbliższych czterech lat. Jednakże w trakcie kampanii LEWICA musi zadeklarować podjęcie wspólnych działań na rzecz przygotowania i zaprezentowania Polakom swojej wizji społeczeństwa i państwa, w obliczu wewnętrznych i zewnętrznych wyzwań.
I trzecia wreszcie sprawa. Obecna chwila jest prawdopodobnie ostatnią, w której lewicowa koalicja ma szansę na przekroczenie zaczarowanych 8 %. Dlatego musi być jak najszersza. Nie powinna być zamknięta na żadną opcję, która uważa się za lewicową i demokratyczną. W tym kontekście niepokoić musi brak w dotychczasowej koalicji Polskiej Partii Socjalistycznej. Kto nie chce? PPS czy koalicja?
Próżnia polityczna w którą wkracza koalicja LEWICA spotyka się ze społecznym zapotrzebowaniem na autentyczną lewicę w polskim parlamencie. Tej szansy nie wolno zmarnować. Na lewo patrz!

Bigos tygodniowy

Nie wiem (nie ja jeden) jakie będą dalsze losy politycznego sojuszu lewicowego, który z nagła zrodził się z porozumienia Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia i Adrian Zandberga, aktualenie roboczo nazwanego Lewicą. Co prawda okoliczności jego powstania były nieco wymuszone, ale powstrzymam się od wybrzydzań, bo żadne ludzkie dzieło nie jest bez zmazy i skazy. Odczuwam jednak satysfakcję, że nie będę zmuszony okolicznościami do oddania głosu na koalicję, której liderem byłby polityk centroprawicowy, który jeszcze kilka lat temu mówił o potrzebie „konserwatywnej kotwicy”. Pojawiła się szansa na to, że po raz pierwszy od 1989 roku będę mógł oddać głos zgodny z moim wewnętrznym przekonaniem ideowym, a nie na „mniejsze zło”. Jakikolwiek wynik uzyska w wyborach koalicja SLD, Razem, Wiosny i PPS wreszcie bez niekomfortowego poczucia przykładania ręki do zgniłego kompromisu oddam głos na formację łączącą lewicowy pragmatyzm SLD, lewicowy kurs socjalny Razem, lewicowość kulturową Wiosny oraz lewicową tradycję historyczną PPS. Wreszcie mam szansę zagłosować nie według zasady „jak się nie ma co się lubi…”.
*****
W Białymstoku kibolscy bandziorzy zaatakowali Paradę Równości i rozpętali burdy, w których pobito kobiety, uczestniczki Marszu, a także poturbowali policjantkę. Władza stosuje taką taktykę, że daje wolną rękę policji w pacyfikowaniu bandyckich ekscesów (niech się chłopaki ćwiczą w robocie), ale sama nie kwapi się do wyraźnie stanowczego, oficjalnego potępiania. Witek zabrała co prawda głos, ale nie wyszła poza to oficjalnej dezaprobaty. Jeden z uczestników MR po zajściach powiedział o Polsce: „Dziki kraj”. Poprzednio określenia tego użył przed laty Miro Drzewiecki z PO, ale, że tak powiem, na inny temat.
*****
„Strefa wolna od LGBT” – tak brzmi napis na naklejce (wlepce), którą „Gazeta Polska” ma dołączyć do najbliższego wydania tygodnika. Bez entuzjazmu, jako materiał poglądowy potrzebny mi do pracy publicystycznej, ale nabywam co tydzień ten tytuł. Jednak tego akurat numeru nie nabędę, by nie współfinansować faszyzujących metod. Potępiła te nalepki ambasadorka USA w Warszawie Georgette Mosbacher. Diabli nadali PiS-owi tę babę i to jako dar od przyjaciela Trumpa. I jak tu ją krytykować? A nie mógł Donald przysłać jakiejś fundamentalistki z „pasa biblijnego” tylko „kobietę wyzwoloną” z elity nowojorskiej? Trochę próbują, ale delikatnie i nieoficjalnie (rzecznik rządu). Pozostaje im dobra mina do złej gry.
*****
Natomiast w Lublinie szef klubu radnych miejskich PiS Tomasz Pitucha przegrał proces z miejscowym działaczem LGBT. Walka o normalność w Polsce trwa.
*****
Ame(ł)ryka przysłała też nad Wisłę niejakiego Roda Dehera, religijnego blogera, który po dokonaniu inspekcji stwierdził, że „przyjechał do Polski w przekonaniu, że odwiedzi prawdziwy bastion chrześcijaństwa w Europie, jak przystało na kraj Jana Pawła Drugiego, a zastał kraj na rozdrożu, w stanie kryzysu kulturowego”, w którym za 10 lat spodziewać się można powtórzenia wariantu irlandzkiego.
*****
Profesor Jacek Raciborski przypomniał wyliczenie, według którego na obóz anty-PiS czyli Koalicja Europejska, Wiosna i Razem z jednej strony, a PiS z drugiej, uzyskały 26 maja prawie identyczną liczbę głosów czyli, że mamy do czynienia niemal z idealnym remisem. Problem w tym jak ten faktyczny remis przekuć na remis w Sejmie i Senacie.
*****
Mianem „starego iluzjonisty” określił poseł Siemoniak Kaczora. W dobrym momencie, bo na jednym z pisowskich wieców wezwał do zakończenia „wojny polsko-polskiej”. „Stary wilk” znów udaje łagodnego baranka.
*****
Afera wokół myku Kury z datą premiery filmu „Solid Gold” pokazała, że znów aktualne jest leninowskie hasło, że „kino jest najważniejszą ze sztuk”. Natomiast „symetrystyczne” porównywanie intrygi Kury z przygotowywaną premierą „Polityki” Patryka Vegi jest nieuprawnione. W tym pierwszym przypadku chodzi bowiem o wykorzystywanie filmu do prorządowej kampanii wyborczej za publiczne pieniądze, w tym drugim o prywatną produkcję filmową.
*****
Wiceprezes TVPiS Mateusz Matyszkowicz wystąpił w obronie „Wiadomości” i Holeckiej skrytykowanych za prymitywizm przekazu przez „bywszego” sojuszniczego dziennikarza Roberta Mazurka. Nie ta obrona mnie jednak zaskoczyła, lecz wygląd i przyodziewek Matyszkowicza. Kiedy zimą 2016 przybył do TVPiS z „Frondy” na stanowisko szefa TVP Kultura wyglądał jak offowy dziennikarz-chudzina, w abnegackich porteczkach, bucikach i powyciąganym sweterku, co budziło we mnie nawet pewną sympatię. Teraz pokazał się przed kamerami z twarzą jakby prosto wyjętą z pszczelego ula, odziany w okazały „gang” i krawat. Co to władza robi z ludźmi!
*****
Jakubowska Aleksandra na łamach organu Karnowskich (w polityce, sieci) z jadem nienawiści analizuje sytuację na lewicy po porozumieniu Czarzasty-Biedroń-Zandberg. Jak ta niegdysiejsza „lwica lewicy” lewicy nienawidzi, jak pokochała klimaty klerykalno-prawolskie.
*****
Co mnie uderza, to nieustanny, nieprzerwany od czterech lat, zmasowany i konsekwentny atak władzy PiS na sędziów. Żadne środowisko społeczne nie jest zwalczane z taką nienawiścią, nawet wrodzy politycy z lewakami włącznie, nawet nieprzychylne PiS media. Skąd to się bierze? Kaczyński i jego kamaryla usilnie dążą do spacyfikowania sądownictwa, które przy wszystkich swoich niedostatkach jest jedynym prawdziwym buforem między społeczeństwem a władzą. Tej roli w tym stopniu nie spełnią ani opozycyjni politycy ani nawet niezależne media, bo przeciw jednym i drugim władza może wystawić swoich polityków i swoje media. Alternatywnego sądownictwa nie stworzy.

Plan

Historia uczy, że niewielka, lecz zdeterminowana i pod sprawnym przywództwem grupa zawsze wygrywa z dużą, słabo motywowaną i źle dowodzoną masą ludzi.

To co się stało 18 lipca 2019 roku jest klęską obozu demokratycznego w Polsce. Szeroka koalicja partii opozycyjnych miała realną szansę na względnie łatwe zwycięstwo w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu. Odpowiedzialność za porażkę tej koncepcji spada na Grzegorza Schetynę i Władysława Kosiniaka – Kamysza.
Nie dosyć, że wyciągnęli oni złe wnioski z porażki w wyborach do Parlamentu Europejskiego, to jeszcze zmarnowali nadzieje wielu myślących, aktywnych politycznie i autentycznie zaangażowanych w sprawy Polski obywateli. Wystarczy przeczytać komentarze w Internecie, by zorientować się kogo Polacy obciążą winą za to co się stało.
Ale jest to też ogromna szansa dla szeroko rozumianej Lewicy, która może stać się nadzieję dla wielu, na pokonanie Prawa i Sprawiedliwości. Choć dziś sytuacja SLD, Wiosny i partii Razem jest bardzo trudna. I tylko od polityków lewicy zależy jaki będzie ostateczny wynik.
Dziś, używając języka wojskowego – „Sytuacja jest beznadziejna, wróg ma ogromną przewagę, cofać się nie ma dokąd. Dlatego trzeba atakować”. Politycy Lewicy są dziś zdeterminowani by udowodnić swym niedawnym koalicjantom, jak bardzo się pomylili w ocenie sytuacji politycznej i tego, czego chcą wyborcy.
Aby przekonać Polaków lewicowa koalicja potrzebuje dziś bardzo dobrej, bezkompromisowej kampanii wyborczej. To nie może wyglądać tak, jak kampania prezydencka Magdaleny Ogórek, czy wybory do Sejmu i Senatu cztery lata temu.
Na początek warto uświadomić sobie, że prawdziwym powodem porażki opozycji w wyborach do Parlamentu Europejskiego, był nie brak spójności ideowej, lecz brak porządnej kampanii. Odpowiedzialność za ten stan spada na Platformę Obywatelską, która nie liczyła się z pozostałymi partnerami. Nie warto dziś wchodzić w szczegóły. Ale trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie – Co zrobić, by jesienią 2019 roku wygrać?
Lewica będzie w tych wyborach walczyła nie o 25 procentowe poparcie, lecz realnie o wynik w przedziale – 8 – 12 procent. Każdy punkt powyżej będzie oznaczał oszałamiający sukces.
Lewicowa koalicja nie może popełnić też błędu z roku 2015, czyli nie może zarejestrować się jako „koalicja” i podnieść próg wyborczy do 8 procent. Tak na wszelki wypadek.
Musi też mieć możliwie najlepszy sztab wyborczy, który zacznie działać w ciągu najbliższego tygodnia. Chodzi o niewielką grupę ludzi, którzy mają doświadczenie w prowadzeniu takich kampanii. I którzy je w przeszłości wygrywali.
Ich zadaniem powinno być zorganizowanie nie tylko kampanii na szczeblu centralnym, ale też skutecznego wsparcia dla kandydatów w okręgach wyborczych. Nic bowiem tak nie demobilizuje jak przekonanie, że przegrana jest pewna. A wiemy, że większość osób, które znajdzie się na listach Lewicy nie zdobędzie mandatów poselskich.
Należy uniknąć sytuacji, w której kandydaci będą walczyli między sobą, a nie z przeciwnikami politycznymi. I przekonać tych, którzy nie mają szans na mandat, by poświęcili swój czas i energię dla wspólnego celu. Muszą wiedzieć, że nie są sami, że „Warszawa o nich pamięta i gotowa jest im pomóc”. Jeśli tak się stanie, oznacza to dodatkowy punkt w wyborach. Czyli bardzo dużo, pamiętając, że Lewica nie będzie walczyła o 25 – 30 procent.
Pamiętajmy, że decyzja Platformy Obywatelskiej o samodzielnym starcie w wyborach została
bardzo źle przyjęta przez osoby, które wspierały opozycję i gotowe były na nią głosować. Widać to po wpisach na forach internetowych i pod publikacjami na stronach takich jak Gazeta Wyborcza, Onet.pl, Wirtualna Polska czy Natemat. Dlatego można spodziewać się spadku poparcia dla PO w sondażach. To zjawisko dotknęło już Polskie Stronnictwo Ludowe, i pewnie tylko Władysław Kosiniak – Kamysz wierzy, że PSL łatwo przekroczy próg 5 procent. Większość obecnych posłów w to nie wierzy, lecz nie ma odwagi by się przeciwstawić.
Lewica może zyskać na tym zamieszaniu. Dlaczego? Ponieważ nie ma już nic do stracenia. I może sobie pozwolić na wszystko. Może bezpardonowo atakować Prawo i Sprawiedliwość. Może powiedzieć Polakom, że w gruncie rzeczy jest wdzięczna Grzegorzowi Schetynie, gdyż teraz nie musi już liczyć się z jego fochami.
Żyjemy w czasach, w których politycy muszą być wyraziści, pełni energii, który komunikują się z wyborcami korzystając z nowoczesnych technologii. W takich warunkach kampania staje się nieustannym atakiem na przeciwników. Rodzajem strumienia świadomości. I bynajmniej nie chodzi tu o prawdę, lecz wyłącznie o emocje.
Mało kogo interesowały kulisy negocjacji między SLD a PO w sprawie wspólnego startu w wyborach do Sejmu i Senatu, ale uwaga Włodzimierza Czarzastego , że był to „Stosunek ślimaka z meduzą” oraz pokazany przez niego „gest Kozakiewicza” został odnotowany przez wszystkie media.
Jaki ma być program wyborczy Lewicy? Wszystko sprowadza się do kilku prostych haseł – na przykład – „Nie oddamy Polski PiS-owi”, „Nie dopuścimy do tego, by Kaczyński wyprowadził nasz kraj z Unii Europejskiej”, „Nie musimy wstydzić się w Europie za nieudolną „Brochę” Szydło”, „Uczynimy Polskę naprawdę silnym i liczącym się w Europie krajem”.
O lewicowej koalicji powinno być głośno – „Zjednoczona Lewica jest czarnym koniem tych wyborów”, „Dziękujemy za poparcie i prosimy o więcej”, „ Nie chcę się wstydzić za Prawo i Sprawiedliwość, dlatego głosuję na Lewicę”.
Należy codziennie atakować polityków Prawa i Sprawiedliwości za to, że nie szanują wyroków sądowych, że poseł Pięta ma problemy z kochanką. A poseł Tarczyński z głową. Trzeba nieustannie przypominać o uczuciach Macierewicza do Misiewicza itp. Należy wręcz zasypać Polaków taką narracją, korzystając ze wszystkich dostępnych okazji.
Moim zdaniem Polska nie ma dziś większych problemów gospodarczych i dlatego ta tematyka nie zdominuje tegorocznej kampanii. Lewica powinna obiecywać, że zrobi wszystko, by pensje Polaków dorównywały tym zachodnim. Że będzie się żyło nam lepiej.
Za to będą pogłębiały się problemy edukacji i szeroko rozumianej służby zdrowia. We wrześniu dzieci i nauczyciele przekonają się czym naprawdę jest reforma edukacji.
Temat braku leków, niskich zarobków lekarzy i pielęgniarek będzie aktualny także jesienią. Zj Lewica może obiecać, że w krótkim czasie zwiększy nakłady budżetowe w tych obszarach. Jeśli chcemy mieć dobrze wykształcone młode pokolenie, to nauczyciele powinni zarabiać więcej. To samo dotyczy lekarzy, pielęgniarek i pozostałego personelu medycznego.
Skąd na to pieniądze? Wystarczy nie kraść, i być skrajnie rozrzutnym jak pisowska nomenklatura w spółkach skarbu państwa. Trzeba w kółko powtarzać – „Wam się po prostu nic nie należy” i „Nie pozwolimy, by PiS zrealizował największy i najkosztowniejszy ze swych programów – „Koryto +”.
Istotne jest też, by pamiętać – Kampania wyborcza Lewicy nie jest adresowana do zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. Ci wyborcy nas nie interesują. Kierujemy nasze przesłanie do osób rozczarowanych polityką Platformy Obywatelskiej i Grzegorza Schetyny , do ludzi, którzy stracili zaufanie do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Do tych, którzy dotychczas nie uczestniczyli w wyborach, albo zostali zniechęceni poczynaniami liderów opozycji. I oczywiście do młodych osób. To zdanie dla Roberta Biedronia i Adama Zandberga.
Kilkuosobowy zespół osób mających doświadczenie w prowadzeniu kampanii wyborczych, jest w stanie na bieżąco rozpisać zadania dla kandydatów niemal na poszczególne dni kampanii. Jest też w stanie przygotować spoty telewizyjne i radiowe.
Potrzebne też będą osoby, które zajmą się mediami społecznościowymi. Ich zadaniem będzie stworzenie wrażenia, że kampania Lewicy jest niezwykle dynamiczna i otwarta na różne pozytywne pomysły.
Jestem też pewien, że wielu intelektualistów, naukowców, pisarzy, aktorów, przedstawicieli szeroko rozumianego świata kultury może w tych wyborach zagłosować na kandydatów lewicy. Trzeba pomóc im podjąć taką decyzję.
Mam świadomość, że nie wszystko da się zrealizować, że zapewne w kampanii będą sytuacje trudne, ale wybory wygrywają ci, którzy popełnią mniej błędów. Moim zdaniem Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe już wyczerpały ich dopuszczalny limit. A to dopiero początek. Lewica nie musi iść tą drogą.