Nareszcie

Po raz pierwszy od wielu lat polska lewica pójdzie do wyborów parlamentarnych w jednym bloku.

Możecie zapytać, szanowni Czytelnicy i szanowne Czytelniczki: dlaczego tak późno? Od poprzedniej – nieudanej – próby jednoczenia lewicy w 2015 roku upłynęły cztery lata. Tymczasem nowy projekt powstaje zaledwie na trzy miesiące przed wyborami. Stało się tak, gdyż każde z ugrupowań nowej koalicji wybrało w przeszłości inną polityczną drogę. Decyzja o połączeniu sił mogła zapaść dopiero wtedy, gdy każda z tych trzech dróg okazała się ślepą uliczką.
Trzy drogi lewicy
Partia Razem od początku istnienia postawiła na samodzielność. Uważając, że najcenniejszym jej walorem będzie brak bagażu doświadczeń z przeszłości, szczególnie tych negatywnych. Nie wierzono, że można współpracować z politykami i polityczkami starszego pokolenia, z ludźmi lewicy czasów PRL-u. Złośliwi nazywali partię Zandberga partią „Osobno”. Ostatnie wybory europejskie dramatycznie zweryfikowały drogę polityczną partii Razem. Mimo że w eurowyborach Razem wystartowało w koalicji o nazwie Lewica Razem, wynik wyborczy całej koalicji nie przekroczył 2 procent.
Robert Biedroń, tworząc w lutym tego roku partię Wiosna, „śnił o potędze”. Pamiętamy, jak w przedwyborczych wystąpieniach meblował przyszły rząd. Widząc siebie w roli premiera. Wybory europejskie sprowadziły Biedronia na ziemię. Uzyskane 6 procent poparcia i trzech przedstawicieli Wiosny w Parlamencie Europejskim to oczywiście bardzo dobry rezultat. Biorąc pod uwagę zaledwie trzymiesięczny staż Wiosny na scenie politycznej. Ale zdecydowanie za mało, by Polską rządzić.
Sojusz Lewicy Demokratycznej postawił z kolei na zjednoczenie całej opozycji. Mając świadomość, że tylko w ten sposób można stworzyć siłę polityczną zdolną do stawienia czoła rządzącemu Prawu i Sprawiedliwości. Zresztą wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego potwierdził słuszność tej koncepcji. Sam Sojusz osiągnął bardzo dobry rezultat, uzyskując 5 mandatów. Ale również wynik całej Koalicji Europejskiej – mimo że słabszy od wyniku PiS-u – sugerował sensowność kontynuowania drogi jednoczenia demokratycznej opozycji. Niestety dla liderów PSL i PO ważniejsze okazały się wewnątrzpartyjne rozgrywki niż dążenie do odebrania władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu. Szkoda.
Lepiej późno niż wcale – zakończmy ten temat. Najważniejsze, że czekanie w przedwyborczym przedpokoju wreszcie się skończyło.

Koniec „dobrej zmiany”

Nie liczmy na to, że wspólny start lewicy spotka się z aplauzem politycznej konkurencji. Silna lewica może odbierać głosy Prawu i Sprawiedliwości. Tak! Zwłaszcza wśród tych grup wyborców, do których szeroki strumień transferów finansowych nie był kierowany. A więc ludzi starszych, emerytów i rencistów. Poza rzuconym ochłapem trzynastej emerytury, w ich życiu niewiele się zmieniło. A w wielu wypadkach – wobec rosnących cen żywności – sytuacja osób i rodzin najsłabszych ekonomicznie pogorszyła się.
Dane opublikowane niedawno przez GUS szokują. Po kilku latach systematycznych spadków, w 2018 roku wzrósł w Polsce poziom ubóstwa. I to we wszystkich grupach społeczno-ekonomicznych: pracowników, rolników, przedsiębiorców, emerytów i rencistów. Poziom skrajnego ubóstwa, określanego mianem minimum egzystencji, wzrósł w ciągu ostatniego roku aż o 25 proc. Równie wysoki poziom skrajnego ubóstwa GUS notował ostatni raz dziesięć lat temu, w 2009 roku. Czas rzekomych sukcesów „dobrej zmiany” dobiega końca.
Nie liczmy również na przychylność Koalicji Obywatelskiej. Którą Adrian Zandberg słusznie określił jako koalicję Grzegorza ze Schetyną. Szef PO postawił sobie za zadanie nie pokonanie Jarosława Kaczyńskiego, ale pokonanie i zdominowanie swoich niedawnych koalicjantów z Koalicji Europejskiej. Będzie najpewniej przekonywał o rzekomo straconych głosach wyborców, którzy chcieliby głosować na PSL lub na koalicję lewicową. Wykorzystując przy okazji obecność Barbary Nowackiej do tworzenia złudnego wrażenia, że interesy lewicy reprezentuje On.
Tak więc w nadchodzącej kampanii wyborczej lewica będzie musiała zmierzyć się z atakami nie tylko Prawa i Sprawiedliwości. Niestety, pewnie również ze strony Koalicji Europejskiej. Partie POPiS-u nie zaakceptują powstania trzeciej siły, mogącej w przyszłości zagrozić prawicowemu duopolowi. A jak zachowa się w tej sytuacji „czwarta władza”? Czyli media.

Grillowanie

Tak zwane „grillowanie” członków tworzącej się koalicji już się rozpoczęło. TVN24 postanowiło sprawdzić, co Adrian Zandberg w przeszłości mówił o SLD. Za chwilę inna stacja przypomni wypowiedź Roberta Biedronia o „leśnych dziadkach”. Z archiwów dziennikarze wygrzebią barwny obrazek, na którym Marcelina Zawisza z partii Razem nie chce podać ręki przewodniczącemu SLD. I tak dalej. W dzisiejszych czasach mediów elektronicznych i internetu – tak jak w przyrodzie – nic nie ginie. A stara zasada „dziel i rządź” nie straciła na aktualności. Mając świadomość, że lewica może podbierać elektorat głosujący dotychczas na PiS, szczególną determinacją w dzieleniu lewicowych koalicjantów wykaże się telewizja Kurskiego. Tak przewiduję.
Nie dać się sprowokować. Mówić jednym, wspólnym głosem. To możliwe. Choć faktycznie w przeszłości różnie bywało. Ale któż z nas, z ręką na sercu, może zapewnić. Że nigdy nie powiedział paru słów za dużo. W rodzinie. W pracy. I w polityce – również. Najlepszą odpowiedzią dla szukających różnic wśród lewicowych koalicjantów będzie wspólny program.

Senyszyn i Zandberg

Byłem w ubiegłym tygodniu, wraz z Maciejem Koniecznym z partii Razem, gościem programu Polsat News. Prowadzący zadał pytanie: jak wyobrażamy sobie obecność w jednej koalicji Joanny Senyszyn i Adriana Zandberga. Zadziwiające pytanie. Bo gdy popatrzymy nie na PESEL polityczki SLD i polityka Razem (o ageizmie czyli dyskryminacji ze względu na wiek pisałem niedawno na łamach Trybuny), a na poglądy polityczne – to ich obecność we wspólnej koalicji jest czymś oczywistym. W sprawach świeckiego państwa, w walce o prawa kobiet – Senyszyn, Zandberg i Biedroń mówią jednym głosem. Zresztą nie tylko w tych sprawach.
Najsilniejszą stroną i spoiwem powstającej koalicji lewicowej jest zgodność programów tworzących ją partii. Nawet propagandzistom Kurskiego trudno będzie wbić klin i próbować rozbijać koalicję, wynajdując różnice w programach koalicjantów. Zarówno jeśli chodzi o problematykę społeczną, jak i światopoglądową.
Osobiście kamień spadł mi z serca. Kibicowałem wielkiej koalicji „wszystkich ze wszystkimi”. Widząc w niej optymalną konfigurację umożliwiającą odsunięcie PiS-u od władzy. Ale jednocześnie zżymałem się na myśl, że lewica będzie musiała uzgadniać wspólny program z liberalną i antypracowniczą Platformą Obywatelską i z klerykalnym Polskim Stronnictwem Ludowym.

Pięć czy osiem

Pierwszym problemem, z którym zderzy się nowa koalicja, będzie formuła startu. Wybór pomiędzy sercem i rozumem – jak w dawnej reklamie. Serce podpowiada, by do wyborów poszła szeroka koalicja polskiej lewicy. A wszyscy jej uczestnicy pojawili się na listach wyborczych z wysoko niesionymi sztandarami własnych partii. Głęboko przy tym wierząc, że 8‑procentowy próg wyborczy nie okaże się przeszkodą. Bo sondaże dają…
W 2015 roku sondaże też były obiecujące. Politycy i polityczki Sojuszu Lewicy Demokratycznej szczególnie dobrze zapamiętali tamte przegrane przez lewicę wybory. Co prawda teraz sytuacja jest inna. Nie będzie, tak jak wówczas, dwóch list wyborczych lewicy. Ale rozum podpowiada, że 5-procentowy próg wyborczy z pewnością byłby bezpieczniejszym rozwiązaniem. Wówczas kandydaci koalicji musieliby startować z listy wyborczej jednej z partii wchodzącej w skład koalicji.
Decyzja o formule startu zostanie wkrótce podjęta wspólnie przez koalicjantów.

Jedynki, dwójki, trójki

Druga rafa, to oczywiście listy wyborcze. Startując osobno, każda partia ma komplet miejsc „dla swoich”. Jedynek. Dwójek. Trójek. Takie partykularne myślenie zwyciężyło w Polskim Stronnictwie Ludowym i w Platformie Obywatelskiej. I stało się jednym w ważniejszych powodów rozpadu Koalicji Europejskiej. W przypadku PSL-u to patrzenie na wybory wyłącznie pod kątem interesu własnej partii może zakończyć się wyeliminowaniem ludowców z polityki sejmowej. Ale to ich problem.
Myślę, że wszyscy politycy i polityczki koalicji lewicowej mają tę świadomość. Że po zadeklarowanym w ubiegły czwartek przez trzech liderów zamiarze wspólnego startu – nie ma odwrotu. Klamka zapadła. I jednym z kolejnych kroków tworzenia koalicji będzie podział miejsc na wspólnej liście wyborczej. Zresztą zarówno Biedroń, Zandberg jak i Czarzasty nie mają złudzeń – samodzielny start każdego z ugrupowań byłby wyłącznie walką o przekroczenie progu wyborczego.

Trzech tenorów

Pisałem nie tak dawno o „lewarowaniu lewicy”. Przewidując, że wspólny start SLD z partią Grzegorza Schetyny może okazać się dla lewicy korzystny. Pomagając w odbudowaniu pozycji tejże lewicy na scenie politycznej. Wobec rozpadu Koalicji Europejskiej, ten plan oczywiście spalił na panewce. Co pozostało?
Pamiętam jak po rozpadzie AWS-u, w objazd po kraju ruszyło „trzech tenorów” prawicy: Tusk, Olechowski i Płażyński. Mało kto przypuszczał, że to był początek rządzącej później przez osiem lat Platformy Obywatelskiej. Trudno dzisiaj przewidywać, jak potoczą się losy lewicowej koalicji zawiązanej przez Czarzastego, Zandberga i Biedronia (trochę brakuje w tym towarzystwie żeńskiego „sopranu”). Bo powstanie wspólnej reprezentacji, to dopiero pierwszy kamień milowy nowej polskiej lewicy.

Kamienie milowe

Drugim kamieniem milowym będzie powrót posłanek i posłów lewicy do Sejmu – po czteroletniej absencji. Kolejnym – wspólny klub parlamentarny. By koalicja nie okazała się wyłącznie trampoliną na Wiejską dla polityków i polityczek poszczególnych partii.
A potem? Myślę, że ciąg dalszy nastąpi… Jednoczenia lewicy.

Do pracy, towarzysze!

Widać Koalicja Obywatelska pogodziła się z wygraną PiS w październikowych wyborach parlamentarnych. Zamiast tworzenia szerokiej koalicji anty PiSowskiej, która miała szansę odsunąć PiS od władzy, wybrała ona strategię tworzenia własnego, przyszłego, zapewne opozycyjnego klubu parlamentarnego.
Na pewno na wybór takiej decyzji wpłynęła postawa PSL. Ludowcy jako pierwsi pogodzili się z kolejną wygraną PiS. I zaczęli pozycjonować się jako ewentualny, przyszły koalicjant partii pana prezesa Kaczyńskiego.
Mają już ludowcy tradycje współpracy z nim. W 1989 roku to Jarosław Kaczyński rozbił sejmową koalicję PZPR- ZSL- SD, co umożliwiło powstanie rządu Tadeusza Mazowieckiego.
Strategię tworzenia Koalicji Obywatelskiej ale bez lewicy propagandziści KO tłumacza wolą swych członków. „Dołów partyjnych”, czyli regionalnych działaczy.
Oni mieli licznie i usilnie protestować przeciwko koalicji z lewicą. Zwłaszcza z SLD. Oni mieli protestować przeciwko wspólnym listom z takimi działaczami SLD jak Joanna Senyszyn, Marek Dyduch czy Jerzy Jaskiernia.
Przez ostatnie lata słyszałem z ust liderów obecnej Koalicji Obywatelskiej, że dalsze rządy PiS to kres polskiej demokracji parlamentarno- gabinetowej. Koniec „państwa prawa”. Ustanowienie w Polsce dyktatury podobnej do istniejącej już na Węgrzech.
A teraz okazuje się, że obywatele z Koalicji Obywatelskiej wolą likwidację „państwa prawa”, wolą „Budapeszt w Warszawie” od współpracy z SLD i innymi partiami lewicowymi.
Chociaż SLD jest ugrupowaniem proeuropejskim, jest ugrupowaniem które nigdy nie psuło demokratycznego systemu.
Okazuje się jednak, że aktyw Koalicji Obywatelskiej woli Antoniego Macierewicza, Beatę Mazurek i Ryszarda Terleckiego od Joanny Senyszyn, Marka Dyducha i Jerzego Jaskierni.
Cóż mamy wolny kraj. Oni mają wolny wybór.
Tak to liderzy KO i PSL nie pozostawili liderom lewicy wyboru.
Teraz liderzy lewicy muszą stworzyć jedną, maksymalnie pojemną lewicową listę wyborczą.
Będzie to możliwe, jeśli liczni liderzy licznych, niestety niekiedy nielicznych, ugrupowań nie pohamują swoich ambicji na rzecz wspólnego interesu lewicy polskiej. Czyli powrotu lewicy do parlamentu.
Lewica polska musi być obecna w polskim Sejmie i Senacie, bo bez niej Sejm i Senat są nieme.
Zatem wszyscy lewicowcy w Polsce łączcie się !
Mamy swoje, podobne programy.
Mamy aktywistów kompetentnych do pracy w Sejmie i Senacie.
Zapomnijmy o dawnych sporach i urazach!
Stwórzmy jedną lewicową listę!
Dość hamletyzowania, dość mazgajenia!
Do pracy, towarzysze!

Jaki cel ma PSL?

My jako SLD, ja osobiście, jesteśmy zwolennikami Koalicji Europejskiej poszerzonej o jak największą liczbę poglądów. Nasz wynik w wyborach do Parlamentu Europejskiego był dobry i zdania nie zmienię. SLD będzie ostatnią partią, która z tego projektu wyjdzie. Jeżeli nie będzie realizowany, to będziemy wskazywać winnych.
Byłem w stanie dogadać się w ramach Koalicji Europejskiej, więc zrobimy również drugi. Najpierw chciałbym usłyszeć realne argumenty, które doprowadzą do rozwalenia projektu, któremu zabrakło 7 procent, żeby wygrać. To jest jakiś absurd. Stawianie warunków, przeciąganie się, ja nie będę w tym uczestniczył. Jak się zdecyduję, to idę konsekwentnie w założoną stronę.
Jeśli PSL będzie prowadził taką politykę, to straci jeszcze więcej. 4 tygodnie temu z Władkiem Kosiniakiem-Kamyszem skakaliśmy, trzymaliśmy się za ręce i krzyczeliśmy o zjednoczonej opozycji. To było nasze największe przesłanie. Mi się wydaje, że Władkowi nie podoba się wszystko i ma jakiś cel, który właściwie nie wiem jaki jest. Polska się nie może rozwalić ze względu na to, że ktoś chce przetrwać.
Jak się psa chce walnąć, to się kija znajdzie. Odnoszę wrażenie, że prowadzone są rozmowy – choć ja nie rozmawiam, bo takie są przesłanki, jak się ustawić w przyszłości, jak patrzy PiS, ile jedynek, ile dwójek. A ja się pytam, co będzie z Polską demokracją, konstytucją, prawami obywatelskimi. Nie wolno do tego tak podchodzić. Nie zgadzam się.

Razem w przedpokoju SLD?

Czy działacze i działaczki Lewicy Razem wystartują do Sejmu z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej? Chociaż taki scenariusz wydawać się mógłby kompletnie egzotyczny, to jednak jeszcze dwa dni temu był przedmiotem zupełnie poważnej dyskusji i głosowania na forum Rady Krajowej Razem. Ostatecznie przepadł zaledwie pięcioma głosami.
Spekulacje o tym, czy wyborcy w Polsce doczekają się w końcu lewicowej koalicji z udziałem wszystkich podmiotów deklarujących poglądy socjaldemokratyczne, socjalistyczne czy też ogólnikowo progresywne, nie ustają. Czy SLD (zgodnie z wolą większości swojego aktywu) wyląduje znowu w koalicji z neoliberałami, czy jednak dogada się z Razem? Co będzie z Wiosną? Czy porozumienie Razem z Ruchem Sprawiedliwości Społecznej i Unią Pracy będzie jeszcze kontynuowane w praktyce? Jak dowiedział się Portal Strajk, w Lewicy Razem (taką pełną nazwę przyjęli w tym roku karminowi socjaldemokraci) bardzo poważnie rozważany był jeszcze jeden scenariusz. Chodziło o start członkiń i członków Razem wprost z list SLD, nie w formie koalicyjnej. Jak powiedział Portalowi Strajk jeden z członków Rady Krajowej Razem, pomysł bardzo podobał się trójce najbardziej rozpoznawalnych działaczy partii.
– W dużej mierze pomysł był forsowany przez triumwirat Zawiszę, Zandberga i Koniecznego, bo wiadomo, że jedynki, które oni chcieliby dostać, byłyby spokojnie do dogadania (nie tak, jak np. z Wiosną). Myślę, że prawica partyjna też pozytywnie oceniała taką opcję – powiedział nam aktywista. Ostatecznie z takiego planu działania nic jednak nie wyszło, gdyż na forum Rady Krajowej większość była jednak za wykluczeniem wspomnianego scenariusza. Start z list SLD jako propozycję w negocjacjach dopuszczało 15 osób, 20 miało zdanie przeciwne.
Osobną kwestią jest sam stan negocjacji Razem-SLD. Z informacji Portalu Strajk wynika, że rozmowy w istocie nie są prowadzone. – To niczym serial który ma już za dużo odcinków – powiedział nam inny aktywista zasiadający w Radzie Krajowej. – Razem jest dla SLD planem awaryjnym, w przypadku, gdyby PO wysłało ich na księżyc. Ale koalicji nie chcą, bo boją się ośmioprocentowego progu. Według działaczy Lewicy Razem, z którymi rozmawialiśmy, porozumienia z PO chciałaby także… Unia Pracy, niedawny koalicjant ich partii. Tyle, że trudno sobie wyobrazić, by zdobyła uznanie Grzegorza Schetyny. Co do Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, jego lider jest „otwarty na różne opcje”, ale start z Razem to nadal dla niego wariant optymalny. A co z Wiosną, której lider w wywiadzie dla OKO.press zapewniał 7 lipca, że „rozmawia cały czas” nie tylko z Włodzimierzem Czarzastym, ale też z Adrianem Zandbergiem? Nasi rozmówcy z Razem reagują kategorycznie: to nieprawda. – Były jakieś kurtuazyjne rozmowy z Gawkowskim, ale to było dawno temu. Głównie po to chyba, żeby móc o tym mówić w mediach. Na takiej samej zasadzie można powiedzieć, że Wiosna rozmawiała z KOD-em czy Obywatelami RP. To jakieś żarty – podsumowuje jeden z członków Rady Krajowej.

Na wsi PSL już praktycznie się nie liczy

„PSL żyje trochę w matriksie i cały czas uważa, że jest partią chłopską, podczas gdy na wsi PSL od dawna nie odgrywa już żadnej roli” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego.

JUSTYNA KOĆ: W najnowszym sondażu zjednoczona opozycja dostaje 37 proc., a PiS 40. Czy opozycja dogania rządzące ugrupowanie, a może sondażom nie można wierzyć?
MIROSŁAW OCZKOŚ: Trzeba zobaczyć trend, bo to jest ważniejsze, niż sam jednorazowy wynik. Ostatnie sondaże przy wyborach do PE nie odbiegały specjalnie od realnego wyniku. To pierwszy sondaż, który wyraźnie pokazuje, że zjednoczona opozycja zbliża się do Zjednoczonej Prawicy. Pytanie, czy następne sondaże potwierdzą ten wynik. Jest też wewnętrzny sondaż Platformy, który pokazuje, że gdy pójdą sami, to dostaną 31 proc., a zjednoczeni – 38 proc. Działa tu prosta zasada, że mniej znaczy więcej.
Im mniej ugrupowań po jednej stronie, tym lepszy wynik i nie bez powodu prezes Kaczyński poszedł do wyborów jako Zjednoczona Prawica.
Po wyborach do PE opozycja nie potrafiła zdyskontować wyniku jako sukcesu, tylko wszyscy pokazywali, jak bardzo przegrali, a jak wiadomo szklanka jest albo do połowy pusta, albo pełna. Skoro sama opozycja mówi, że nie najlepiej jej poszło, to reszta też tak uważa. Może nie należało mówić, jak Robert Biedroń w dniu wyborów, kiedy zrobił wynik dwucyfrowy, tylko z przecinkiem na środku, i dostał euforii na scenie. To jest przesada w druga stronę, ale takie samobiczowanie się niczemu nie służy. To była przegrana, a nie klęska. To nie był nokaut, tylko wygrana na punkty i to w pierwszej połowie.

Koalicjanci powinni uspokoić szeregi?
PSL czmychnął jeszcze w wieczór wyborczy, chociaż nie oszukujmy się, ich wynik to nie klęska, tylko zachowany stan posiadania. Wynik SLD to wygrana, tym bardziej, że wybrała takich polityków, jak Cimoszewicz, który w ogóle nie prowadził kampanii.

Jak ocenia pan zachowanie PSL? Partia na granicy progu wyborczego zachowuje się jak hegemon na scenie politycznej, który dyktuje warunki.
Myślę, że jest coś, czego nie wiemy.
Prawdopodobnie PSL prowadzi rozległe rozmowy i z Platform i z PiS-em.
To jest łakoma sytuacja dla tej partii, bo PSL dostał mocno po głowie od swoich tradycyjnych wyborców, że popiera “zboczenia” i atak na Kościół, i myśli, że teraz takie działanie im się opłaci. Tymczasem PSL żyje trochę w matriksie i cały czas uważa, że jest partią chłopską, podczas gdy na wsi PSL od dawna nie odgrywa już żadnej roli. Wcześniej wygryzła ich Samoobrona, a teraz PiS, który ma pozorną ofertę dla rolników w stylu “krowa plus” czy “kura plus”. Rolnicy w to wchodzą, licząc przede wszystkim na 500 Plus. Myślę, że gdyby PSL poszedł samodzielnie, to poniósłby sromotną klęskę. Oczywiście ludowcy mogą kalkulować, że jeżeli w najbliższych wyborach dostaną 5-6 proc., to wejdą w koalicję z PiS-em, bo w polityce nie ma rzeczy niemożliwych.
Z drugiej strony to może być wysoka licytacja, aby Grzegorz Schetyna się złamał i odprawił posłów SLD-owskich. Tylko wtedy blok lewicowy w zasadzie nie istnieje, bo nie wierzę w dogadanie się Biedronia z Czarzastym i Zandbergiem. To polityczne science-fiction, a wtedy PiS-owi już tyko pozostaje otwieranie szampanów. Pamiętajmy też o ciśnieniu, jakie ma Grzegorz Schetyna w Platformie, która już się posunęła dla koalicjantów.
Podsumowując, sytuacja opozycji nie jest łatwa, tym bardziej, że do wyborów zostało około 100 dni. Najgorsze, że nie widać końca tych rozmów. Teraz już powinny być układane listy, a tu się okazuje, że w zasadzie nie ma się jak dogadać. PSL licytuje bardzo wysoko i mam wrażenie, że Władysław Kosiniak-Kamysz położył głowę na szafocie i teraz tylko pozostało czekać, aż ta gilotyna spadnie.

Grzegorz Schetyna jak mantrę powtarza, że PSL jest partią pierwszego wyboru. Czy to dobra strategia, czy zagalopował się z tym przywiązaniem do ludowców?
Uważam, że tak, bo jeżeli ktoś ciągle powtarza, że “jesteś dla mnie najważniejszy”, a ta druga osoba nie podjęła jeszcze decyzji, to dajemy jej znać, że jesteśmy gotowi na duże ustępstwa. Z punktu widzenia marketingu politycznego to jest błąd, ale to może też być takie podkreślenie wspólnej historii – PSL był w koalicji rządu Tuska przez 8 lat, teraz jest 4 lata z PO w opozycji, podczas gdy SLD jest trzymane na długim kiju czy też krótkiej smyczy.
Pamiętajmy, że Grzegorz Schetyna odniósł sukces, tworząc Koalicję Europejską i teraz może być zakładnikiem własnego sukcesu, ponieważ gdy koalicja się rozwali, to okaże się, że ten sukces już przeszedł. To może powodować presję, a polityka jak rzeka nie stoi w miejscu, tylko cały czas płynie i tak jak nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, tak nie da się wprowadzić tego samego rozwiązania politycznego.

W weekend na konwencji prezes hucznie zapowiadał “walkę z wielką ofensywą zła”, a o Polsce mówi, że powinna pozostać “wyspą wolności”. To mobilizacja elektoratu?
Tu mieliśmy dwa przemówienia: na otwarcie i zakończenie, i one się znacznie różniły. W pierwszym Kaczyńskim mobilizował swoich działaczy, aby nie odpuszczali i działali dalej, aby utrzymać pozycje. Tam wielokrotnie pojawiało się słowo “trwać”, które nie nadaje się niestety do ataku. Zatem prezes w drugim przemówieniu na zakończenie musiał dać inny sygnał i tam już ani razu nie pojawiło się to słowo, tylko “zwyciężymy”, “do przodu”. Podejrzewam, że to było dokładnie przeanalizowane przez firmy badawcze i socjologów, którzy pomagają PiS-owi, tak aby oba przemówienia razem złożyły się w porywającą całość.
Ciężko po prawie 4 latach rządu i rozdaniu wszystkiego, co było w budżecie, a także tego, czego nie było, dalej zagrzewać. Dlatego trzeba wytrwać na pozycjach i stąd ta zachowawczość.
Najbardziej zabawne w tych przemówieniach było jednak zapewnianie, że “Polska jest wyspą wolności, co kiedyś stwierdzą historycy”. Tu kłania się Margaret Thatcher, która mówiła, że jeżeli ktoś przekonuje, że jest damą, to na pewno nią nie jest. Skoro ktoś zapewnia, że jest partią wolnościową, to możemy mieć pewność, że taką nie jest.
Na pewno żadne przemówienie nie było dla poszerzenia elektoratu, bo to zło, które wydobywa się według prezesa nie wiadomo skąd, nie wzbudza lęku, bo skąd to zło. Władza uszczelnia VAT, rozdaje kolejne pieniądze, koniunktura sprzyja, rząd “wygrywa” w Europie, propaganda jest rozkręcona na najwyższym poziomie, więc raczej trudno przekonać wyborców o jakimś “strasznym złu”, które stoi u bram.

Czy pana zdaniem PiS osiągnął maksimum swoich możliwości?
Wydaje się, że z tych obszarów, która są do wzięcia, PiS nie ma już co wziąć.
Pytanie jeszcze, czy wybuchnie bomba związana z rekrutacją do liceów, bo może się tak stać, i czy wybuchnie bomba z lekarzami.
Wygląda, że PiS jako Zjednoczona Prawica osiągnął maksimum, bo nawet z tych obszarów wyborców, którzy nie zagłosują na PO, to raczej nie zagłosują na PiS. Czasem w sondażach ludzie dla świętego spokoju mówią, że zagłosują na partię rządzącą, natomiast zawsze silniejszy gracz pokazuje, że zwycięstwo ma w kieszeni. To walka psychologiczna, jak się skończy, zobaczymy.

Bigos tygodniowy

Rząd PiS zerwał de facto współpracę z UE w ramach programu „Czyste powietrze”. „Kopciuchy”, nawet jeśli będą znikać, to w tak powolnym tempie, że zdążą nas wytruć jak muchy. Polska natomiast straci fundusze. PiS dla utrzymania władzy gotów jest nas jak muchy poświęcić na ołtarzu. Podobnie jak przy „kopciuchach”, także przy węglu mać trwamy, pardon, trwać mamy. Ucieszyła się z tego górnicza „Solidarność”, jedna z najgorszych zakał tego kraju.

*****

Pod kryptonimem „repolonizacji mediów” kryje się to, co można sobie wyobrazić, że się zdarzy w przypadku, gdyby PiS ponownie zdobył niepodzielną władzę, co zresztą jest niestety wielce prawdopodobne. To czego doświadczaliśmy przez minione cztery bez mała lata, okaże się „mały piwem” w porównaniu z łaźnią, jaką PiS urządzi wtedy nam, jego oponentom. I rzecz nie w jakimś wściekłym radykalizmie PiS, ale w tym, że po tym co nabroili i wobec perspektyw konsekwencji prawnych, w tym karnych, jakie im zagrażają, mogą już tylko palić za sobą mosty.

*****

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej PiS przyjęło z dobrą miną znamionującą lekceważenie (Ryszard Terlecki: „Wszystko w porządku”), ale to jednak będzie dla nich, w dłuższej perspektywie, poważny kłopot.

*****
Wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego idący w sukurs n.p. tym, którzy w imię niechęci do LGBT odmawiają (jak w znanej sprawie drukarza, nie mylić z kornikiem) i będą odmawiać usług organizacjom elgebetowskim, może otworzyć „puszkę z Pandorą” czyli falę wzajemnych odmów ideologicznych w sferze handlu i usług. Przypomnę lekarza z Rumii, którzy zadeklarował, że nie będzie leczył pisiorów i handlowców, którzy – podobno – wypraszali ze sklepu panią Ogórek. Co do mnie, to jestem głęboko przekonany, że kwestie ideologiczne nie powinny mieć wstępu do zasad handlowych. Drukarz homofob powinien mieć psi obowiązek drukowania (oczywiście za pieniądze) ulotek LGBT, a krawiec szyjący sutanny czy ornaty, powinien je szyć bez szemrania, nawet jeśli jest antyklerykałem i czytelnikiem „Nie”.

*****
Niektórzy mawiają, że w wymiarze polityki społecznej PiS to czysta lewica. Nic podobnego. W sprawie 500 plus PiS poszło dokładnie w przeciwnym kierunku niż sugerowała to lewica socjalna właśnie. Ta bowiem proponowała wprowadzenie progu dochodowego, skierowanie strumienia pieniędzy do warstw najuboższych, do ludzi naprawdę potrzebujących. PiS właśnie skierował pieniądze bez progu dochodowego nawet na pierwsze dziecko. Czyli jeśli w bajecznie bogatej rodzinie polskich miliarderów narodzi się pierwszy dziedzic fortuny, to na niego także, na konto któregoś z rodziców, wpłynie owe 500 złotych.

*****
Nie byłbym człowiekiem lewicy, gdybym nie opowiadał się po stronie ludzi najbardziej upośledzonych społecznie. Jednak moje oświeceniowe wektory wewnętrzne mówią, że tym ludziom trzeba pomagać podnieść się z nędzy i beznadziei, z zaniedbania, z lenistwa społecznego, obyczajowego, intelektualnego, a nie schlebiać ich słabościom głosząc kult przeciętności i nijakości, chwałę „zwykłych ludzi”. „Zwykłość” jest jednym ze stanów natury, nie ma w nim nic zawstydzającego, ale też nie należy czynić z niego cnoty godnej najwyższego uznania i wsparcia ze strony państwa. A PiS to właśnie robi, jednocześnie szczując z nienawiścią przeciw ludziom, którzy swoją pracą i talentami wybili się ponad mierność i którzy dzięki temu ciągną tę karawanę.

*****
PSL chlubi się 124-letnią historią istnienia. Jak na polskie zwłaszcza warunki – bardzo długą. Szkoda, że te 124 lata nie wystarczyły PSL-owi, pod żadnym kierownictwem i w żadnych okolicznościach historycznych, na wyrwanie się z postawy wiernopoddańczej wobec kleru oraz z uporczywego zerkania ku prawicy i reakcji społecznej. Ba, PSL, bywał okresami mniej reakcyjny i klerykalny niż dziś. PSL nie chce iść w koalicji z Biedroniem, który z kolei poszedł po rozum do głowy i chce się jednoczyć z blokiem anty-PiS.

*****
„Czołem panie ministrze” – tymi słowami mieli powitać współwięźniowie przybywającego do celi „Misia” Misiewicza. Nie od dziś wiadomo, że pobyt w kiciu wyostrza dowcip. Obecnie „Miś” chodzi już po wolności.

*****
Coś z „Misia”, ale tym razem nie Misiewicza, lecz Barei. Prokuratura z Chodzieży wzięła i zdobyła się na desperacką odwagę zażądania od kurii biskupiej dokumentacji w sprawie księdza-pedofila. Kuria odpowiedziała jak szatniarz z „Misia”: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”. Kuria o tyle jednak była uprzejmiejsza od szatniarza, że raczyła poinformować prokuraturę, że płaszcz jest w Watykanie.

*****
Policja odwiedziła Skibę za to, że zeszłej jesieni wyraził się publicznie słowami: „Jebać PiS”. Policja powinna zrozumieć, że są ludzie, którzy w podobnie szorstki sposób wyrażają uczucia erotyczne i pragnienie zbliżenia płciowego.

****
Jan Pospieszalski poskarżył się w „Gazecie Polskiej” na parciany poziom bożocielnej procesji, w której brał udział. Wadliwe nagłośnienie, chrapliwe mikrofony, słychać było co drugie zdanie „kazającego” księdza. Do tego uczestnicy nieprzygotowani, znający w najlepszym razie tylko pierwszą zwrotkę każdej z bożocielnych pieśni. Nie to co w kościołach zachodnich, gdzie każdy uczestnik wyposażony jest w stosowny śpiewnik. Tam wiernych jak na lekarstwo, ale za to poziom usług rzetelny, a u nas, w tej masówce, powszechne partactwo, tumiwisizm, niedbalstwo, brakoróbstwo. Prasa, radio i telewizja w Polsce Ludowej też na to ciągle pomstowały.

*****
W Lublinie PiS czyli wojewoda Czarnek i pisowscy radni działają na rzecz zakazu Parady Równości w tym mieście. Czarnek to najbardziej zideologizowany z pisowskich wojewodów, osobnik o poglądach skrajnie reakcyjnych. Województwo leży odłogiem, a pan Czarnek zajmuje się krzewieniem na siłę „wartości chrześcijańskich”. Ma przez to proces z lokalnym LGBT. Panie Czarnek, kończ waść, wstydu oszczędź!

*****
W tymże Lublinie trochę przyglądałem się obchodom 450 rocznicy Unii Lubelskiej. Czysta popkultura, pozowanie, udawanie, przebieranki, śpiewanki, na ogół dość tandetne. Ani odrobiny o myśli politycznej, która tkwiła u podstaw historycznego aliansu. Ani też grama refleksji nad dzisiejszym stanem relacji polsko-litewskich, które są chłodne, na granicy wrogości. Zatem właściwie całe te obchody były nie na temat.

Zielonym do góry

Polskie Stronnictwo Ludowe siedzi okrakiem na barykadzie i poszukuje zwycięzcy w jesiennych wyborach.
Takiego, który zapewni stronnictwu dalszy byt. Wyborców ludowcom zabrało PiS co pokazuje, że jego (PiS-u) oferta dla wsi była bardziej przekonywująca. Zresztą ten odpływ wyborców z PSL do PiS trwa od lat. Ludowcom teraz wydaje się, że to środowiska LGBT osłabiły ich pozycje w Koalicji Obywatelskiej. Może trochę tak, ale w minimalnym stopniu. Owszem czasami nieprzemyślane zachowania tych środowisk raziły bardziej konserwatywny, ale nie PiS-owski elektorat lecz nie do końca. Znaczna część wiejskiego elektoratu ulega wpływom wiejskich proboszczów, szczególnie na wschodzie kraju ale nie do końca. PiS w ostatnich wyborach wygrał także na terenach wiejskich gdzie wpływy kościoła nie są wielkie. Ponadto mieszkańcy wsi znają zalety, ale i wady swoich proboszczów. Pracując przez lata w środowisku wiejskim wiele mógłbym o tym poopowiadać. Czasami odnoszę wrażenie, że tolerowanie wad duchowieństwa usprawiedliwia grzechy parafian. …..Skoro ksiądz ma kochankę, osoba prawie półświęta to i ja czuję się rozgrzeszony z mojego, np. pijaństwa czy bicia żony.
Dzisiaj PSL widzi sprawy inaczej. Nie będzie współpracował z lewicą i chce chronić wartości chrześcijańskie. Po raz któryś z rzędu PSL zabiega o łaski duchowieństwa, bo ono, ale tylko po części ma wpływ na wyborców. Niestety duchowni mają pakt z PiS-em i przymilanie się ludowców będzie po raz któryś odrzucone. PSL, gdyby mógł, schował by się pod sutannami, ale tam już siedzą politycy PiS i nie zamierzają się posunąć. Dlatego uważam gwałtowny zwrot ludowców na prawo za mało skuteczny. Obserwuję pojedynczych ludowców zabiegających usilnie o względy kleru i epatujących wiarą, ale nie przekłada się to zaufanie u wyborców. Idąc tą drogą ludowcy złożą swoje sztandary u stóp kleru, a on ich nie przyjmie, bo woli pieniądze od PiS. I tak to się skończy.
Ludowcy ewentualnie poszliby z do wyborów razem z PO gdyby ta odsunęła na margines lewicę, w tym także SLD. To się PO i SLD nie opłaci, bo zamiana SLD na PSL znacznie uszczupliłaby elektorat koalicji. Przypuszczam, że PSL nie odniesie sukcesów startując w jakiejś, jeszcze nieokreślonej koalicji i będzie zabiegał o godne dla siebie miejsce w sojuszu z centroprawicą czyli Koalicją. Chce natomiast wywalczyć, by koalicja nie atakowała kościoła, by środowiska LGBT nie siały zgorszenia po wsiach, itp…Zgorszenia jakie wywołały doniesienia o karygodnych wybrykach księży, o ukrywaniu tego procederu przez hierarchów ludowcy milczą, bo po co drażnić i kler i parafian, którzy swoje wiedzą, ale z tym się nie wychylają i wybierają PiS, bo on daje pieniądze i dzisiaj na wsi żyje się lepiej, a jutrem nie należy się zbytnio przejmować. Przed laty wieszczyłem zmierzch PSL-u. Myliłem się. Wierzę, że i teraz jakoś sobie poradzą, ale teraz jest u nich bardzo nerwowo.

Flaczki tygodnia

Na pytanie: „Co decyduje o sukcesie filmu?, Andrzej Wajda odpowiadał zawsze: „Obsada, obsada”.

Czas pokazał, że mistrz kina miał rację. Bo scenariusz filmu zawsze można, nawet w trakcie realizacji filmu, poprawić. Zdjęcia są niezwykle ważne, ale można je wzbogacić nowatorskim montażem. Podobnie muzykę aranżem, scenografię zdjęciami. I nawet reżyser filmu nie zawsze jest najważniejszy, bo w razie kryzysu twórczego można go zastąpić drugim reżyserem z ekipy. Albo awaryjnie ściągniętym nowym. „Flaczki” znają z historii kina takie przypadki.

Jedynie aktorów, zwłaszcza pierwszoplanowych, nie da się łatwo podkręcić. A w trakcie realizacji filmu skutecznie zastąpić. Wcześniej nakręcony materiał filmowy zostaje, trudno ich z niego usunąć.

Proponowana przez Wajdę recepta nie dotyczyła tylko ról pierwszoplanowych. Każdy świadomy widz wie jak ważne są role drugoplanowe. Często nagradzane na prestiżowych festiwalach filmowych. Bywają aktorzy okrzyknięci przez krytykę mistrzami drugiego planu. Charakterystyczni, szczególnie ukochani przez filmową publikę.

Realizacja filmu podobna jest do realizacji projektu politycznego.
Bo efektem produkcji filmowej jest dzieło oglądane potem w kinach i omawiane w mediach.
Efektem realizowanego w trakcie kampanii wyborczej, projektu politycznego jest klub parlamentarny kandydującego komitetu wyborczego. Oglądany potem w Sejmie i Senacie i też często omawiany w mediach.

Film znika zwykle z kin po roku eksploatacji. Klub parlamentarny ma dłuższy, bo czteroletni okres emisji.

Bywa, że produkcja filmu zostaje przerwana i trud ekipy idzie do przysłowiowego piachu. Bywa, że lista wyborczy nie przekracza progu wyborczego i kandydujący do parlamentuj tracą szansę na emisję.
Bywa też, że ambitnie zakrojony na pełnometrażowy projekt filmowy, w trakcie realizacji kończy się formą krótkometrażową.
Podobnie w polityce. Zakrojony na duży klub parlamentarny projekt polityczny może przynieść w efekcie kilkuosobowe poselskie.

I kino i parlament nie istnieją bez publiczności. Fani projektów filmowych głosują swą obecnością w salach kinowych, fani projektów politycznych w lokalach wyborczych.

„Flaczki tygodnia” nieraz pytały redaktora naczelnego „Trybuny”, byłego posła na Sejm RP, uznawanego wtedy za jednego z najbardziej pracowitych i skutecznych posłów, współtwórcę ustawy o kinematografii, czyli Piotra Gadzinowskiego, o warunki sukcesu listy wyborczej i jej klubu parlamentarnego.

I wtedy „Flaczki” zawsze słyszały receptę Wajdy. Bo każda ekipa filmowa ma scenariusz przyszłego filmu, a komitet wyborczy swój program. Oba mogą być od początku solidnie napisane i skończone. Czasem mogą być jedynie pomysłem na realizację filmową lub polityczną. Zmienianą w trakcie realizacji, dostosowywaną do falującej rzeczywistości.
Często odejście od pierwotnego scenariusza kończy się klapą filmu. Podobnie jak nierealizowanie złożonych w trakcie kampanii obietnic wyborczych przez klub parlamentarny.

Każdy film ma swojego reżysera. Każda partia swojego lidera. Każda publika, i filmowa i polityczna, lubi w nich widzieć swego „charyzmatycznego” wodza.

Nie ma precyzyjnej definicji „charyzmatyczności”. Ową „charyzmę”, podobnie jak piegi, albo się genetycznie ma, albo się nie ma.
Czasem „charyzma” wyskakuje na bladym wizerunku reżysera albo lidera politycznego w czasie ich działalności. Czasem owe piegi u reżyserów i liderów dostrzegają jedynie sprzyjające im media. Jeśli media informują o tych piegach często i intensywnie, to w końcu widzowie i wyborcy też mają podobne zwidy.

Jednak w ostatecznym rozrachunku to nie charyzmatyczne piegi są najistotniejsze. Zawsze o prawdziwym sukcesie branżach filmowych i politycznych decyduje obsada.

Ważne są oczywiście role pierwszoplanowe. Widzowi chodzą do kina aby zobaczyć swe gwiazdy. Wyborcy, zwłaszcza polscy, też kochają polityków, których od dawna znają.
Gwiazdą kampanii do Parlamentu Europejskiego okazała się pani poseł Beata Szydło. Królowa małopolskich serc. Krytycy odnotowali sukces Bartosza Arłukowicza, reprezentującego średnie pokolenie aktora sceny politycznej. I ku ich zdumieniu powrót starych mistrzów, premierów Belki, Cimoszewicza i Millera.
W przypadku premierów sprawdziła się zasada, że dawny gwiazdor, powracający po okresie nieobecności w filmie i polityce, może liczyć na renesans sympatii swego dawnego elektoratu.

Nie ma sukcesu filmu i listy wyborczej bez efektownych debiutantów. Widzowie- wyborcy lubią znanych sobie aktorów scen, ale w każdym sezonie jednocześnie tęsknią za zmianą. Za nowymi, najlepiej młodymi twarzami.
Dlatego w dobrym filmie musi być w głównej obsadzie aktorka lub aktor debiutujący. Nowość. Podobnie na liście wyborczej muszą być nowe, wielce obiecujące twarze.
Niektórzy z nich karierę swą zakończą na efektownym debiucie. Ale widzowie i obserwatorzy polityki lubią, czasem sadystycznie nieco, śledzić kariery gwiazd, które nagle rozbłysły i zaraz potem szybko zgasły.

Niezwykle istotni, a może najważniejsi, w obsadzie filmowej i klubach parlamentarnych są aktorzy drugiego planu. Rzadko dostrzegani w mediach, rzadko zapraszani do nich, ale ciężko pracujący na planie filmowym i w parlamencie. Gwiazdy co prawda strzelają bramki, ale ktoś wpierw musi im piłkę podać.

Dlatego „Flaczki” podpowiadają liderom SLD receptę Wajdy. Kiedy będą ustalać kandydatów SLD na listy wyborcze, czyli skład przyszłego klubu parlamentarnego lewicy, niech uczynią to roztropnie. Zadbają o gwiazdy, wyszukają debiutantów. Ale przede wszystkim niech pamiętają o jakości drugiego planu. Widzowie i wyborcy lubią postacie charakterystyczne. Czyli z te charakterem.

Z kim pójdzie Sojusz?

29 czerwca 2019 r. odbędzie się w SLD wewnątrzpartyjne referendum, w którym członkinie i członkowie partii zadecydują o formule startu ich partii z wyborach parlamentarnych 2019 r. – zadecydowała Rada Krajowa Sojuszu, w której wzięli udział również wszyscy przewodniczący organizacji powiatowych oraz liderzy partii i stowarzyszeń współpracujących z SLD.
Głosujący będą mieli do wyboru dwa warianty:
1. Popieram start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych w porozumieniu z innymi prodemokratycznymi partiami politycznymi.
2. Popieram samodzielny start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych.
Podczas obrad głos zabrali wszyscy eurodeputowani z rekomendacji Sojuszu: Marek Balt, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, prof. Bogusław Liberadzki oraz Leszek Miller.
Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD podczas konferencji prasowej po Radzie Krajowej Sojuszu powiedział:
Będziemy rozmawiali ze wszystkimi po demokratycznej stronie, w tym i z partią Wiosna. Jestem już umówiony z Robertem Biedroniem, z braćmi i siostrami z Partii Zielonych. Mamy również bardzo dobry i ciepły stosunek do Partii Razem. Jeżeli ktoś puka do naszych drzwi, to one będą otwarte. Najpierw jednak referendum, po nim w 3-4 dni zostaną podjęte decyzje kierunkowe. Ja wykonam to co partia przegłosuje, ale moje zdanie jest następujące Koalicja Europejska zdobyła 7 procent mniej od PiS, a więc to jest koalicja, którą warto wspierać.

Jaka koalicja?

Zbliżają się wybory do sejmu. SLD jak i inne partie rozważają różne scenariusze startu w wyborach.

Ma ona moim zdaniem trzy możliwości: start samodzielny, w koalicji lewicowej Biedronia i w koalicji z Platformą Obywatelską (koalicji wyborczej). Z punktu widzenia ideowego najlepszy byłby start samodzielny, a jeżeli chodzi o ilość zdobytych mandatów to w koalicja z Platformą Obywatelską.
Uważam jednak, że można zawrzeć takie porozumienie wyborcze, które będzie spełniało ambicje poszczególnych partii jej liderów i nie będzie wymagało od nich heroicznych decyzji. To znaczy, że wszyscy członkowie koalicji zachowają swoje wartości i swoje programy. Będzie tylko część wspólna dotycząca przywrócenia w Polsce praworządności, trójpodziału władzy i dobrych stosunków z UE. Pozostałe części programów różnych członków koalicji mogły być odmienne a nawet sprzeczne. Po wyborach członkowie koalicji wyborczej zachowają odrębność organizacyjną będą mieli własne kluby i koła poselskie oraz posłów niezależnych.
Wspólna część programu koalicji nie powinna być prostym cofnięciem ustaw PIS-u, które są sprzeczne z konstytucją i wartościami europejskimi, ale także modernizacją systemu sprawiedliwości uwzględniające dobre rozwiązania, które wprowadził PIS np.: losowanie sędziów czy wzmocnienie roli nadzorczej prokuratora generalnego wobec prokuratorów niższego szczebla. Ta wspólna część programu musi być stosunkowo szczegółowa.
Trzeba oddzielić koalicję wyborczą od koalicji rządowej. Dopiero po rozdzieleniu mandatów mogła by się tworzyć koalicja rządowa, która powinna mieć jeden spójny program. Nie wszyscy członkowie koalicji wyborczej muszą wejść do koalicji rządowej, która w swoim składzie może mieć członków spoza koalicji wyborczej.
Najtrudniejszym zadaniem będzie przygotowanie list kandydatów na posłów i senatorów. Modele konstrukcji takich list mogą być różne. Najpierw trzeba ustalić ilu kandydatów na liście będzie miał każdy z członków koalicji bo do rozdzielenia będzie tylko 460 mandatów poselskich i 100 senatorskich. Można to ustalić na przykład na: podstawie preferencji wyborczych, ilości pieniędzy przeznaczonych na cele kampanii, popularności poszczególnych kandydatów lub w wyniku negocjacji. Ponadto trzeba tak ustawić listy w poszczególnych okręgach poselskich, aby wyborcy mieli w każdym okręgu partię pierwszego lub drugiego wyboru. Jeżeli w którymś okręgu nie ma kandydata SLD to jest kandydat Razem, albo jeżeli nie ma kandydata PO to jest z Nowoczesnej. Nie ma znaczenia kto jest na pierwszym miejscu listy ogólnej ma znaczenie kto jest pierwszy z danej partii. Głosujący najpierw w większości będą szukali partii potem wybierali człowieka z tej partii. Kolejność list partyjnych na liście ogólnej może być ustawiana na przemian tak, aby każda lista partyjna była pierwsza w jednym okręgu i następnie zajmowała kolejne miejsca w następnych okręgach. W przypadku mandatów senatorskich kandydat na jedno miejsce powinien być jeden dla całej koalicji. Jego ustalenie powinno się odbyć na podstawie badań sondażowych z pośród różnych kandydatów zgłoszonych przez członków koalicji.
Warunkiem przystąpienia do koalicji wyborczej będzie:
• Zaakceptowanie wspólnej części programu,
• Umieszczenie wspólnej części programu w swoim programie
• Zobowiązanie, że każdy członek koalicji bez względu na to czy koalicja wygra wybory czy nie czy utworzy koalicję rządową będzie dążył do realizacji wspólnej części programu
• Zgoda się uczestnictwo finansowe w proporcji do swoich możliwości w kampanii wyborczej,
• Pieniądze uzyskane od budżetu za uzyskane mandaty zostaną podzielone nie w proporcji do otrzymanych mandatów ale ilości głosów,
• Pieniądze uzyskane z budżetu nie będą wypłacane członkom koalicji jednorazowo tylko proporcjonalnie do upływu czasu kadencji.
Powołanie koalicji wyborczej ma wiele zalet:
• Będzie to pierwsza w historii Polski koalicja celowa do realizacji wspólnej części programu bez względu na to czy koalicja utworzy rząd
• Koalicja może uzyskać więcej głosów niż gdyby startowały poszczególne partie samodzielnie.
• Partie zachowują swoją tożsamość i swoje programy nie musząc się zgadzać na kompromisy programowe.
• Wyborcy nie boją się głosować na małe partie z powodu tego, że ich głos zostanie stracony.
• Istnieje swoboda wyboru partii do koalicji rządowej jak i udziału w innych koalicjach rządowych.
• Mali członkowie koalicji mimo, że nie uzyskają mandatu otrzymają pieniądze w proporcji do otrzymanych głosów.
W tak zorganizowanej koalicji może się zmieścić zarówno PSL, Razem, Wiosna jak i partia Gowina oraz różne organizacje społeczne. Jeżeli powstanie koalicja wyborcza to są duże szanse, że wygra ona wybory i będzie mogła przegłosować ustawy przywracające praworządność nawet wtedy gdy nie utworzy koalicji rządowej.
Skoro w tak skonstruowanej koalicji SLD nie musi godzić się na kompromisy programowe i nie musi się obawiać że nie wejdzie do sejmu to może przedstawić atrakcyjny lewicowy program. Moim zdaniem powinien on się składać między innymi z następujących elementów:
• Propozycji zmiany konstytucji w celu wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej zamiast parlamentaryzmu i wprowadzenia euro. Zlikwidowania przywilejów kościołów, które nie mogą mieć specjalnego statusu, a powinny być zorganizowane na ogólnych zasadach jako stowarzyszenia fundacje lub spółki prawa handlowego w zależności od prowadzonej działalności.
• Należy zwiększyć ilość i jakość programów misyjnych przy mniejszych kosztach poprzez zamianę telewizji i radia publicznego na państwową oraz stworzenie funduszu programów misyjnych o które rywalizowałyby jakością i kwotą dofinansowania telewizje i radia zarówno państwowe i prywatne na takich samych zasadach.
• Wprowadzenie możliwości aborcji na żądanie.
• Zalegalizowanie związków partnerskich z możliwością adopcji dzieci.
• Całkowitej zmiany systemu socjalnego w taki sposób aby każdy kto chce z niego skorzystać osiągał co najmniej dochody na poziomie minimum socjalnego. Aby to osiągnąć trzeba przyjąć kryterium dochodowości przy udzielaniu pomocy socjalnej i wykorzystać narzędzia rynkowe do racjonalnego wydawania środków przeznaczonych na systemy socjalne.
• Działań na rzecz utworzenia wspólnej operacyjnej armii europejskiej zdolnej do obrony Unii Europejskiej przed wszystkimi zagrożeniami w zakresie działań konwencjonalnych bez pomocy USA. Z jednej strony obniży to koszty obrony (oszczędności na zakupach broni i wyposażenia, drugiej strony uwolnienie się od szantażu Stanów Zjednoczonych w dziedzinie bezpieczeństwa państw europejskich.
• Wprowadzenia podatku obrotowego zamiast CIT, zmiana PIT-u na podatek jednostawkowy o bardzo wysokiej stopie oprocentowania i wysokiej kwocie wolnej od podatku i likwidacji wszystkich ulg. Wprowadzenie podatku katastralnego przy likwidacji podatku od nieruchomości i założeniu, że suma wpływów z podatku katastralnego będzie równa sumie wpływów z podatku od nieruchomości.
Przedstawione powyżej punkty mogę rozszerzyć przedstawiając bardziej konkretne rozwiązania jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Biorąc to co wyżej napisałem, a szczególnie to że koalicja wyborcza zawarta będzie na zasadach przedstawionych opowiadam się za udziałem SLD w koalicji wyborczej.