Razem w przedpokoju SLD?

Czy działacze i działaczki Lewicy Razem wystartują do Sejmu z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej? Chociaż taki scenariusz wydawać się mógłby kompletnie egzotyczny, to jednak jeszcze dwa dni temu był przedmiotem zupełnie poważnej dyskusji i głosowania na forum Rady Krajowej Razem. Ostatecznie przepadł zaledwie pięcioma głosami.
Spekulacje o tym, czy wyborcy w Polsce doczekają się w końcu lewicowej koalicji z udziałem wszystkich podmiotów deklarujących poglądy socjaldemokratyczne, socjalistyczne czy też ogólnikowo progresywne, nie ustają. Czy SLD (zgodnie z wolą większości swojego aktywu) wyląduje znowu w koalicji z neoliberałami, czy jednak dogada się z Razem? Co będzie z Wiosną? Czy porozumienie Razem z Ruchem Sprawiedliwości Społecznej i Unią Pracy będzie jeszcze kontynuowane w praktyce? Jak dowiedział się Portal Strajk, w Lewicy Razem (taką pełną nazwę przyjęli w tym roku karminowi socjaldemokraci) bardzo poważnie rozważany był jeszcze jeden scenariusz. Chodziło o start członkiń i członków Razem wprost z list SLD, nie w formie koalicyjnej. Jak powiedział Portalowi Strajk jeden z członków Rady Krajowej Razem, pomysł bardzo podobał się trójce najbardziej rozpoznawalnych działaczy partii.
– W dużej mierze pomysł był forsowany przez triumwirat Zawiszę, Zandberga i Koniecznego, bo wiadomo, że jedynki, które oni chcieliby dostać, byłyby spokojnie do dogadania (nie tak, jak np. z Wiosną). Myślę, że prawica partyjna też pozytywnie oceniała taką opcję – powiedział nam aktywista. Ostatecznie z takiego planu działania nic jednak nie wyszło, gdyż na forum Rady Krajowej większość była jednak za wykluczeniem wspomnianego scenariusza. Start z list SLD jako propozycję w negocjacjach dopuszczało 15 osób, 20 miało zdanie przeciwne.
Osobną kwestią jest sam stan negocjacji Razem-SLD. Z informacji Portalu Strajk wynika, że rozmowy w istocie nie są prowadzone. – To niczym serial który ma już za dużo odcinków – powiedział nam inny aktywista zasiadający w Radzie Krajowej. – Razem jest dla SLD planem awaryjnym, w przypadku, gdyby PO wysłało ich na księżyc. Ale koalicji nie chcą, bo boją się ośmioprocentowego progu. Według działaczy Lewicy Razem, z którymi rozmawialiśmy, porozumienia z PO chciałaby także… Unia Pracy, niedawny koalicjant ich partii. Tyle, że trudno sobie wyobrazić, by zdobyła uznanie Grzegorza Schetyny. Co do Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, jego lider jest „otwarty na różne opcje”, ale start z Razem to nadal dla niego wariant optymalny. A co z Wiosną, której lider w wywiadzie dla OKO.press zapewniał 7 lipca, że „rozmawia cały czas” nie tylko z Włodzimierzem Czarzastym, ale też z Adrianem Zandbergiem? Nasi rozmówcy z Razem reagują kategorycznie: to nieprawda. – Były jakieś kurtuazyjne rozmowy z Gawkowskim, ale to było dawno temu. Głównie po to chyba, żeby móc o tym mówić w mediach. Na takiej samej zasadzie można powiedzieć, że Wiosna rozmawiała z KOD-em czy Obywatelami RP. To jakieś żarty – podsumowuje jeden z członków Rady Krajowej.

Na wsi PSL już praktycznie się nie liczy

„PSL żyje trochę w matriksie i cały czas uważa, że jest partią chłopską, podczas gdy na wsi PSL od dawna nie odgrywa już żadnej roli” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego.

JUSTYNA KOĆ: W najnowszym sondażu zjednoczona opozycja dostaje 37 proc., a PiS 40. Czy opozycja dogania rządzące ugrupowanie, a może sondażom nie można wierzyć?
MIROSŁAW OCZKOŚ: Trzeba zobaczyć trend, bo to jest ważniejsze, niż sam jednorazowy wynik. Ostatnie sondaże przy wyborach do PE nie odbiegały specjalnie od realnego wyniku. To pierwszy sondaż, który wyraźnie pokazuje, że zjednoczona opozycja zbliża się do Zjednoczonej Prawicy. Pytanie, czy następne sondaże potwierdzą ten wynik. Jest też wewnętrzny sondaż Platformy, który pokazuje, że gdy pójdą sami, to dostaną 31 proc., a zjednoczeni – 38 proc. Działa tu prosta zasada, że mniej znaczy więcej.
Im mniej ugrupowań po jednej stronie, tym lepszy wynik i nie bez powodu prezes Kaczyński poszedł do wyborów jako Zjednoczona Prawica.
Po wyborach do PE opozycja nie potrafiła zdyskontować wyniku jako sukcesu, tylko wszyscy pokazywali, jak bardzo przegrali, a jak wiadomo szklanka jest albo do połowy pusta, albo pełna. Skoro sama opozycja mówi, że nie najlepiej jej poszło, to reszta też tak uważa. Może nie należało mówić, jak Robert Biedroń w dniu wyborów, kiedy zrobił wynik dwucyfrowy, tylko z przecinkiem na środku, i dostał euforii na scenie. To jest przesada w druga stronę, ale takie samobiczowanie się niczemu nie służy. To była przegrana, a nie klęska. To nie był nokaut, tylko wygrana na punkty i to w pierwszej połowie.

Koalicjanci powinni uspokoić szeregi?
PSL czmychnął jeszcze w wieczór wyborczy, chociaż nie oszukujmy się, ich wynik to nie klęska, tylko zachowany stan posiadania. Wynik SLD to wygrana, tym bardziej, że wybrała takich polityków, jak Cimoszewicz, który w ogóle nie prowadził kampanii.

Jak ocenia pan zachowanie PSL? Partia na granicy progu wyborczego zachowuje się jak hegemon na scenie politycznej, który dyktuje warunki.
Myślę, że jest coś, czego nie wiemy.
Prawdopodobnie PSL prowadzi rozległe rozmowy i z Platform i z PiS-em.
To jest łakoma sytuacja dla tej partii, bo PSL dostał mocno po głowie od swoich tradycyjnych wyborców, że popiera “zboczenia” i atak na Kościół, i myśli, że teraz takie działanie im się opłaci. Tymczasem PSL żyje trochę w matriksie i cały czas uważa, że jest partią chłopską, podczas gdy na wsi PSL od dawna nie odgrywa już żadnej roli. Wcześniej wygryzła ich Samoobrona, a teraz PiS, który ma pozorną ofertę dla rolników w stylu “krowa plus” czy “kura plus”. Rolnicy w to wchodzą, licząc przede wszystkim na 500 Plus. Myślę, że gdyby PSL poszedł samodzielnie, to poniósłby sromotną klęskę. Oczywiście ludowcy mogą kalkulować, że jeżeli w najbliższych wyborach dostaną 5-6 proc., to wejdą w koalicję z PiS-em, bo w polityce nie ma rzeczy niemożliwych.
Z drugiej strony to może być wysoka licytacja, aby Grzegorz Schetyna się złamał i odprawił posłów SLD-owskich. Tylko wtedy blok lewicowy w zasadzie nie istnieje, bo nie wierzę w dogadanie się Biedronia z Czarzastym i Zandbergiem. To polityczne science-fiction, a wtedy PiS-owi już tyko pozostaje otwieranie szampanów. Pamiętajmy też o ciśnieniu, jakie ma Grzegorz Schetyna w Platformie, która już się posunęła dla koalicjantów.
Podsumowując, sytuacja opozycji nie jest łatwa, tym bardziej, że do wyborów zostało około 100 dni. Najgorsze, że nie widać końca tych rozmów. Teraz już powinny być układane listy, a tu się okazuje, że w zasadzie nie ma się jak dogadać. PSL licytuje bardzo wysoko i mam wrażenie, że Władysław Kosiniak-Kamysz położył głowę na szafocie i teraz tylko pozostało czekać, aż ta gilotyna spadnie.

Grzegorz Schetyna jak mantrę powtarza, że PSL jest partią pierwszego wyboru. Czy to dobra strategia, czy zagalopował się z tym przywiązaniem do ludowców?
Uważam, że tak, bo jeżeli ktoś ciągle powtarza, że “jesteś dla mnie najważniejszy”, a ta druga osoba nie podjęła jeszcze decyzji, to dajemy jej znać, że jesteśmy gotowi na duże ustępstwa. Z punktu widzenia marketingu politycznego to jest błąd, ale to może też być takie podkreślenie wspólnej historii – PSL był w koalicji rządu Tuska przez 8 lat, teraz jest 4 lata z PO w opozycji, podczas gdy SLD jest trzymane na długim kiju czy też krótkiej smyczy.
Pamiętajmy, że Grzegorz Schetyna odniósł sukces, tworząc Koalicję Europejską i teraz może być zakładnikiem własnego sukcesu, ponieważ gdy koalicja się rozwali, to okaże się, że ten sukces już przeszedł. To może powodować presję, a polityka jak rzeka nie stoi w miejscu, tylko cały czas płynie i tak jak nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, tak nie da się wprowadzić tego samego rozwiązania politycznego.

W weekend na konwencji prezes hucznie zapowiadał “walkę z wielką ofensywą zła”, a o Polsce mówi, że powinna pozostać “wyspą wolności”. To mobilizacja elektoratu?
Tu mieliśmy dwa przemówienia: na otwarcie i zakończenie, i one się znacznie różniły. W pierwszym Kaczyńskim mobilizował swoich działaczy, aby nie odpuszczali i działali dalej, aby utrzymać pozycje. Tam wielokrotnie pojawiało się słowo “trwać”, które nie nadaje się niestety do ataku. Zatem prezes w drugim przemówieniu na zakończenie musiał dać inny sygnał i tam już ani razu nie pojawiło się to słowo, tylko “zwyciężymy”, “do przodu”. Podejrzewam, że to było dokładnie przeanalizowane przez firmy badawcze i socjologów, którzy pomagają PiS-owi, tak aby oba przemówienia razem złożyły się w porywającą całość.
Ciężko po prawie 4 latach rządu i rozdaniu wszystkiego, co było w budżecie, a także tego, czego nie było, dalej zagrzewać. Dlatego trzeba wytrwać na pozycjach i stąd ta zachowawczość.
Najbardziej zabawne w tych przemówieniach było jednak zapewnianie, że “Polska jest wyspą wolności, co kiedyś stwierdzą historycy”. Tu kłania się Margaret Thatcher, która mówiła, że jeżeli ktoś przekonuje, że jest damą, to na pewno nią nie jest. Skoro ktoś zapewnia, że jest partią wolnościową, to możemy mieć pewność, że taką nie jest.
Na pewno żadne przemówienie nie było dla poszerzenia elektoratu, bo to zło, które wydobywa się według prezesa nie wiadomo skąd, nie wzbudza lęku, bo skąd to zło. Władza uszczelnia VAT, rozdaje kolejne pieniądze, koniunktura sprzyja, rząd “wygrywa” w Europie, propaganda jest rozkręcona na najwyższym poziomie, więc raczej trudno przekonać wyborców o jakimś “strasznym złu”, które stoi u bram.

Czy pana zdaniem PiS osiągnął maksimum swoich możliwości?
Wydaje się, że z tych obszarów, która są do wzięcia, PiS nie ma już co wziąć.
Pytanie jeszcze, czy wybuchnie bomba związana z rekrutacją do liceów, bo może się tak stać, i czy wybuchnie bomba z lekarzami.
Wygląda, że PiS jako Zjednoczona Prawica osiągnął maksimum, bo nawet z tych obszarów wyborców, którzy nie zagłosują na PO, to raczej nie zagłosują na PiS. Czasem w sondażach ludzie dla świętego spokoju mówią, że zagłosują na partię rządzącą, natomiast zawsze silniejszy gracz pokazuje, że zwycięstwo ma w kieszeni. To walka psychologiczna, jak się skończy, zobaczymy.

Bigos tygodniowy

Rząd PiS zerwał de facto współpracę z UE w ramach programu „Czyste powietrze”. „Kopciuchy”, nawet jeśli będą znikać, to w tak powolnym tempie, że zdążą nas wytruć jak muchy. Polska natomiast straci fundusze. PiS dla utrzymania władzy gotów jest nas jak muchy poświęcić na ołtarzu. Podobnie jak przy „kopciuchach”, także przy węglu mać trwamy, pardon, trwać mamy. Ucieszyła się z tego górnicza „Solidarność”, jedna z najgorszych zakał tego kraju.

*****

Pod kryptonimem „repolonizacji mediów” kryje się to, co można sobie wyobrazić, że się zdarzy w przypadku, gdyby PiS ponownie zdobył niepodzielną władzę, co zresztą jest niestety wielce prawdopodobne. To czego doświadczaliśmy przez minione cztery bez mała lata, okaże się „mały piwem” w porównaniu z łaźnią, jaką PiS urządzi wtedy nam, jego oponentom. I rzecz nie w jakimś wściekłym radykalizmie PiS, ale w tym, że po tym co nabroili i wobec perspektyw konsekwencji prawnych, w tym karnych, jakie im zagrażają, mogą już tylko palić za sobą mosty.

*****

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej PiS przyjęło z dobrą miną znamionującą lekceważenie (Ryszard Terlecki: „Wszystko w porządku”), ale to jednak będzie dla nich, w dłuższej perspektywie, poważny kłopot.

*****
Wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego idący w sukurs n.p. tym, którzy w imię niechęci do LGBT odmawiają (jak w znanej sprawie drukarza, nie mylić z kornikiem) i będą odmawiać usług organizacjom elgebetowskim, może otworzyć „puszkę z Pandorą” czyli falę wzajemnych odmów ideologicznych w sferze handlu i usług. Przypomnę lekarza z Rumii, którzy zadeklarował, że nie będzie leczył pisiorów i handlowców, którzy – podobno – wypraszali ze sklepu panią Ogórek. Co do mnie, to jestem głęboko przekonany, że kwestie ideologiczne nie powinny mieć wstępu do zasad handlowych. Drukarz homofob powinien mieć psi obowiązek drukowania (oczywiście za pieniądze) ulotek LGBT, a krawiec szyjący sutanny czy ornaty, powinien je szyć bez szemrania, nawet jeśli jest antyklerykałem i czytelnikiem „Nie”.

*****
Niektórzy mawiają, że w wymiarze polityki społecznej PiS to czysta lewica. Nic podobnego. W sprawie 500 plus PiS poszło dokładnie w przeciwnym kierunku niż sugerowała to lewica socjalna właśnie. Ta bowiem proponowała wprowadzenie progu dochodowego, skierowanie strumienia pieniędzy do warstw najuboższych, do ludzi naprawdę potrzebujących. PiS właśnie skierował pieniądze bez progu dochodowego nawet na pierwsze dziecko. Czyli jeśli w bajecznie bogatej rodzinie polskich miliarderów narodzi się pierwszy dziedzic fortuny, to na niego także, na konto któregoś z rodziców, wpłynie owe 500 złotych.

*****
Nie byłbym człowiekiem lewicy, gdybym nie opowiadał się po stronie ludzi najbardziej upośledzonych społecznie. Jednak moje oświeceniowe wektory wewnętrzne mówią, że tym ludziom trzeba pomagać podnieść się z nędzy i beznadziei, z zaniedbania, z lenistwa społecznego, obyczajowego, intelektualnego, a nie schlebiać ich słabościom głosząc kult przeciętności i nijakości, chwałę „zwykłych ludzi”. „Zwykłość” jest jednym ze stanów natury, nie ma w nim nic zawstydzającego, ale też nie należy czynić z niego cnoty godnej najwyższego uznania i wsparcia ze strony państwa. A PiS to właśnie robi, jednocześnie szczując z nienawiścią przeciw ludziom, którzy swoją pracą i talentami wybili się ponad mierność i którzy dzięki temu ciągną tę karawanę.

*****
PSL chlubi się 124-letnią historią istnienia. Jak na polskie zwłaszcza warunki – bardzo długą. Szkoda, że te 124 lata nie wystarczyły PSL-owi, pod żadnym kierownictwem i w żadnych okolicznościach historycznych, na wyrwanie się z postawy wiernopoddańczej wobec kleru oraz z uporczywego zerkania ku prawicy i reakcji społecznej. Ba, PSL, bywał okresami mniej reakcyjny i klerykalny niż dziś. PSL nie chce iść w koalicji z Biedroniem, który z kolei poszedł po rozum do głowy i chce się jednoczyć z blokiem anty-PiS.

*****
„Czołem panie ministrze” – tymi słowami mieli powitać współwięźniowie przybywającego do celi „Misia” Misiewicza. Nie od dziś wiadomo, że pobyt w kiciu wyostrza dowcip. Obecnie „Miś” chodzi już po wolności.

*****
Coś z „Misia”, ale tym razem nie Misiewicza, lecz Barei. Prokuratura z Chodzieży wzięła i zdobyła się na desperacką odwagę zażądania od kurii biskupiej dokumentacji w sprawie księdza-pedofila. Kuria odpowiedziała jak szatniarz z „Misia”: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”. Kuria o tyle jednak była uprzejmiejsza od szatniarza, że raczyła poinformować prokuraturę, że płaszcz jest w Watykanie.

*****
Policja odwiedziła Skibę za to, że zeszłej jesieni wyraził się publicznie słowami: „Jebać PiS”. Policja powinna zrozumieć, że są ludzie, którzy w podobnie szorstki sposób wyrażają uczucia erotyczne i pragnienie zbliżenia płciowego.

****
Jan Pospieszalski poskarżył się w „Gazecie Polskiej” na parciany poziom bożocielnej procesji, w której brał udział. Wadliwe nagłośnienie, chrapliwe mikrofony, słychać było co drugie zdanie „kazającego” księdza. Do tego uczestnicy nieprzygotowani, znający w najlepszym razie tylko pierwszą zwrotkę każdej z bożocielnych pieśni. Nie to co w kościołach zachodnich, gdzie każdy uczestnik wyposażony jest w stosowny śpiewnik. Tam wiernych jak na lekarstwo, ale za to poziom usług rzetelny, a u nas, w tej masówce, powszechne partactwo, tumiwisizm, niedbalstwo, brakoróbstwo. Prasa, radio i telewizja w Polsce Ludowej też na to ciągle pomstowały.

*****
W Lublinie PiS czyli wojewoda Czarnek i pisowscy radni działają na rzecz zakazu Parady Równości w tym mieście. Czarnek to najbardziej zideologizowany z pisowskich wojewodów, osobnik o poglądach skrajnie reakcyjnych. Województwo leży odłogiem, a pan Czarnek zajmuje się krzewieniem na siłę „wartości chrześcijańskich”. Ma przez to proces z lokalnym LGBT. Panie Czarnek, kończ waść, wstydu oszczędź!

*****
W tymże Lublinie trochę przyglądałem się obchodom 450 rocznicy Unii Lubelskiej. Czysta popkultura, pozowanie, udawanie, przebieranki, śpiewanki, na ogół dość tandetne. Ani odrobiny o myśli politycznej, która tkwiła u podstaw historycznego aliansu. Ani też grama refleksji nad dzisiejszym stanem relacji polsko-litewskich, które są chłodne, na granicy wrogości. Zatem właściwie całe te obchody były nie na temat.

Zielonym do góry

Polskie Stronnictwo Ludowe siedzi okrakiem na barykadzie i poszukuje zwycięzcy w jesiennych wyborach.
Takiego, który zapewni stronnictwu dalszy byt. Wyborców ludowcom zabrało PiS co pokazuje, że jego (PiS-u) oferta dla wsi była bardziej przekonywująca. Zresztą ten odpływ wyborców z PSL do PiS trwa od lat. Ludowcom teraz wydaje się, że to środowiska LGBT osłabiły ich pozycje w Koalicji Obywatelskiej. Może trochę tak, ale w minimalnym stopniu. Owszem czasami nieprzemyślane zachowania tych środowisk raziły bardziej konserwatywny, ale nie PiS-owski elektorat lecz nie do końca. Znaczna część wiejskiego elektoratu ulega wpływom wiejskich proboszczów, szczególnie na wschodzie kraju ale nie do końca. PiS w ostatnich wyborach wygrał także na terenach wiejskich gdzie wpływy kościoła nie są wielkie. Ponadto mieszkańcy wsi znają zalety, ale i wady swoich proboszczów. Pracując przez lata w środowisku wiejskim wiele mógłbym o tym poopowiadać. Czasami odnoszę wrażenie, że tolerowanie wad duchowieństwa usprawiedliwia grzechy parafian. …..Skoro ksiądz ma kochankę, osoba prawie półświęta to i ja czuję się rozgrzeszony z mojego, np. pijaństwa czy bicia żony.
Dzisiaj PSL widzi sprawy inaczej. Nie będzie współpracował z lewicą i chce chronić wartości chrześcijańskie. Po raz któryś z rzędu PSL zabiega o łaski duchowieństwa, bo ono, ale tylko po części ma wpływ na wyborców. Niestety duchowni mają pakt z PiS-em i przymilanie się ludowców będzie po raz któryś odrzucone. PSL, gdyby mógł, schował by się pod sutannami, ale tam już siedzą politycy PiS i nie zamierzają się posunąć. Dlatego uważam gwałtowny zwrot ludowców na prawo za mało skuteczny. Obserwuję pojedynczych ludowców zabiegających usilnie o względy kleru i epatujących wiarą, ale nie przekłada się to zaufanie u wyborców. Idąc tą drogą ludowcy złożą swoje sztandary u stóp kleru, a on ich nie przyjmie, bo woli pieniądze od PiS. I tak to się skończy.
Ludowcy ewentualnie poszliby z do wyborów razem z PO gdyby ta odsunęła na margines lewicę, w tym także SLD. To się PO i SLD nie opłaci, bo zamiana SLD na PSL znacznie uszczupliłaby elektorat koalicji. Przypuszczam, że PSL nie odniesie sukcesów startując w jakiejś, jeszcze nieokreślonej koalicji i będzie zabiegał o godne dla siebie miejsce w sojuszu z centroprawicą czyli Koalicją. Chce natomiast wywalczyć, by koalicja nie atakowała kościoła, by środowiska LGBT nie siały zgorszenia po wsiach, itp…Zgorszenia jakie wywołały doniesienia o karygodnych wybrykach księży, o ukrywaniu tego procederu przez hierarchów ludowcy milczą, bo po co drażnić i kler i parafian, którzy swoje wiedzą, ale z tym się nie wychylają i wybierają PiS, bo on daje pieniądze i dzisiaj na wsi żyje się lepiej, a jutrem nie należy się zbytnio przejmować. Przed laty wieszczyłem zmierzch PSL-u. Myliłem się. Wierzę, że i teraz jakoś sobie poradzą, ale teraz jest u nich bardzo nerwowo.

Flaczki tygodnia

Na pytanie: „Co decyduje o sukcesie filmu?, Andrzej Wajda odpowiadał zawsze: „Obsada, obsada”.

Czas pokazał, że mistrz kina miał rację. Bo scenariusz filmu zawsze można, nawet w trakcie realizacji filmu, poprawić. Zdjęcia są niezwykle ważne, ale można je wzbogacić nowatorskim montażem. Podobnie muzykę aranżem, scenografię zdjęciami. I nawet reżyser filmu nie zawsze jest najważniejszy, bo w razie kryzysu twórczego można go zastąpić drugim reżyserem z ekipy. Albo awaryjnie ściągniętym nowym. „Flaczki” znają z historii kina takie przypadki.

Jedynie aktorów, zwłaszcza pierwszoplanowych, nie da się łatwo podkręcić. A w trakcie realizacji filmu skutecznie zastąpić. Wcześniej nakręcony materiał filmowy zostaje, trudno ich z niego usunąć.

Proponowana przez Wajdę recepta nie dotyczyła tylko ról pierwszoplanowych. Każdy świadomy widz wie jak ważne są role drugoplanowe. Często nagradzane na prestiżowych festiwalach filmowych. Bywają aktorzy okrzyknięci przez krytykę mistrzami drugiego planu. Charakterystyczni, szczególnie ukochani przez filmową publikę.

Realizacja filmu podobna jest do realizacji projektu politycznego.
Bo efektem produkcji filmowej jest dzieło oglądane potem w kinach i omawiane w mediach.
Efektem realizowanego w trakcie kampanii wyborczej, projektu politycznego jest klub parlamentarny kandydującego komitetu wyborczego. Oglądany potem w Sejmie i Senacie i też często omawiany w mediach.

Film znika zwykle z kin po roku eksploatacji. Klub parlamentarny ma dłuższy, bo czteroletni okres emisji.

Bywa, że produkcja filmu zostaje przerwana i trud ekipy idzie do przysłowiowego piachu. Bywa, że lista wyborczy nie przekracza progu wyborczego i kandydujący do parlamentuj tracą szansę na emisję.
Bywa też, że ambitnie zakrojony na pełnometrażowy projekt filmowy, w trakcie realizacji kończy się formą krótkometrażową.
Podobnie w polityce. Zakrojony na duży klub parlamentarny projekt polityczny może przynieść w efekcie kilkuosobowe poselskie.

I kino i parlament nie istnieją bez publiczności. Fani projektów filmowych głosują swą obecnością w salach kinowych, fani projektów politycznych w lokalach wyborczych.

„Flaczki tygodnia” nieraz pytały redaktora naczelnego „Trybuny”, byłego posła na Sejm RP, uznawanego wtedy za jednego z najbardziej pracowitych i skutecznych posłów, współtwórcę ustawy o kinematografii, czyli Piotra Gadzinowskiego, o warunki sukcesu listy wyborczej i jej klubu parlamentarnego.

I wtedy „Flaczki” zawsze słyszały receptę Wajdy. Bo każda ekipa filmowa ma scenariusz przyszłego filmu, a komitet wyborczy swój program. Oba mogą być od początku solidnie napisane i skończone. Czasem mogą być jedynie pomysłem na realizację filmową lub polityczną. Zmienianą w trakcie realizacji, dostosowywaną do falującej rzeczywistości.
Często odejście od pierwotnego scenariusza kończy się klapą filmu. Podobnie jak nierealizowanie złożonych w trakcie kampanii obietnic wyborczych przez klub parlamentarny.

Każdy film ma swojego reżysera. Każda partia swojego lidera. Każda publika, i filmowa i polityczna, lubi w nich widzieć swego „charyzmatycznego” wodza.

Nie ma precyzyjnej definicji „charyzmatyczności”. Ową „charyzmę”, podobnie jak piegi, albo się genetycznie ma, albo się nie ma.
Czasem „charyzma” wyskakuje na bladym wizerunku reżysera albo lidera politycznego w czasie ich działalności. Czasem owe piegi u reżyserów i liderów dostrzegają jedynie sprzyjające im media. Jeśli media informują o tych piegach często i intensywnie, to w końcu widzowie i wyborcy też mają podobne zwidy.

Jednak w ostatecznym rozrachunku to nie charyzmatyczne piegi są najistotniejsze. Zawsze o prawdziwym sukcesie branżach filmowych i politycznych decyduje obsada.

Ważne są oczywiście role pierwszoplanowe. Widzowi chodzą do kina aby zobaczyć swe gwiazdy. Wyborcy, zwłaszcza polscy, też kochają polityków, których od dawna znają.
Gwiazdą kampanii do Parlamentu Europejskiego okazała się pani poseł Beata Szydło. Królowa małopolskich serc. Krytycy odnotowali sukces Bartosza Arłukowicza, reprezentującego średnie pokolenie aktora sceny politycznej. I ku ich zdumieniu powrót starych mistrzów, premierów Belki, Cimoszewicza i Millera.
W przypadku premierów sprawdziła się zasada, że dawny gwiazdor, powracający po okresie nieobecności w filmie i polityce, może liczyć na renesans sympatii swego dawnego elektoratu.

Nie ma sukcesu filmu i listy wyborczej bez efektownych debiutantów. Widzowie- wyborcy lubią znanych sobie aktorów scen, ale w każdym sezonie jednocześnie tęsknią za zmianą. Za nowymi, najlepiej młodymi twarzami.
Dlatego w dobrym filmie musi być w głównej obsadzie aktorka lub aktor debiutujący. Nowość. Podobnie na liście wyborczej muszą być nowe, wielce obiecujące twarze.
Niektórzy z nich karierę swą zakończą na efektownym debiucie. Ale widzowie i obserwatorzy polityki lubią, czasem sadystycznie nieco, śledzić kariery gwiazd, które nagle rozbłysły i zaraz potem szybko zgasły.

Niezwykle istotni, a może najważniejsi, w obsadzie filmowej i klubach parlamentarnych są aktorzy drugiego planu. Rzadko dostrzegani w mediach, rzadko zapraszani do nich, ale ciężko pracujący na planie filmowym i w parlamencie. Gwiazdy co prawda strzelają bramki, ale ktoś wpierw musi im piłkę podać.

Dlatego „Flaczki” podpowiadają liderom SLD receptę Wajdy. Kiedy będą ustalać kandydatów SLD na listy wyborcze, czyli skład przyszłego klubu parlamentarnego lewicy, niech uczynią to roztropnie. Zadbają o gwiazdy, wyszukają debiutantów. Ale przede wszystkim niech pamiętają o jakości drugiego planu. Widzowie i wyborcy lubią postacie charakterystyczne. Czyli z te charakterem.

Z kim pójdzie Sojusz?

29 czerwca 2019 r. odbędzie się w SLD wewnątrzpartyjne referendum, w którym członkinie i członkowie partii zadecydują o formule startu ich partii z wyborach parlamentarnych 2019 r. – zadecydowała Rada Krajowa Sojuszu, w której wzięli udział również wszyscy przewodniczący organizacji powiatowych oraz liderzy partii i stowarzyszeń współpracujących z SLD.
Głosujący będą mieli do wyboru dwa warianty:
1. Popieram start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych w porozumieniu z innymi prodemokratycznymi partiami politycznymi.
2. Popieram samodzielny start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych.
Podczas obrad głos zabrali wszyscy eurodeputowani z rekomendacji Sojuszu: Marek Balt, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, prof. Bogusław Liberadzki oraz Leszek Miller.
Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD podczas konferencji prasowej po Radzie Krajowej Sojuszu powiedział:
Będziemy rozmawiali ze wszystkimi po demokratycznej stronie, w tym i z partią Wiosna. Jestem już umówiony z Robertem Biedroniem, z braćmi i siostrami z Partii Zielonych. Mamy również bardzo dobry i ciepły stosunek do Partii Razem. Jeżeli ktoś puka do naszych drzwi, to one będą otwarte. Najpierw jednak referendum, po nim w 3-4 dni zostaną podjęte decyzje kierunkowe. Ja wykonam to co partia przegłosuje, ale moje zdanie jest następujące Koalicja Europejska zdobyła 7 procent mniej od PiS, a więc to jest koalicja, którą warto wspierać.

Jaka koalicja?

Zbliżają się wybory do sejmu. SLD jak i inne partie rozważają różne scenariusze startu w wyborach.

Ma ona moim zdaniem trzy możliwości: start samodzielny, w koalicji lewicowej Biedronia i w koalicji z Platformą Obywatelską (koalicji wyborczej). Z punktu widzenia ideowego najlepszy byłby start samodzielny, a jeżeli chodzi o ilość zdobytych mandatów to w koalicja z Platformą Obywatelską.
Uważam jednak, że można zawrzeć takie porozumienie wyborcze, które będzie spełniało ambicje poszczególnych partii jej liderów i nie będzie wymagało od nich heroicznych decyzji. To znaczy, że wszyscy członkowie koalicji zachowają swoje wartości i swoje programy. Będzie tylko część wspólna dotycząca przywrócenia w Polsce praworządności, trójpodziału władzy i dobrych stosunków z UE. Pozostałe części programów różnych członków koalicji mogły być odmienne a nawet sprzeczne. Po wyborach członkowie koalicji wyborczej zachowają odrębność organizacyjną będą mieli własne kluby i koła poselskie oraz posłów niezależnych.
Wspólna część programu koalicji nie powinna być prostym cofnięciem ustaw PIS-u, które są sprzeczne z konstytucją i wartościami europejskimi, ale także modernizacją systemu sprawiedliwości uwzględniające dobre rozwiązania, które wprowadził PIS np.: losowanie sędziów czy wzmocnienie roli nadzorczej prokuratora generalnego wobec prokuratorów niższego szczebla. Ta wspólna część programu musi być stosunkowo szczegółowa.
Trzeba oddzielić koalicję wyborczą od koalicji rządowej. Dopiero po rozdzieleniu mandatów mogła by się tworzyć koalicja rządowa, która powinna mieć jeden spójny program. Nie wszyscy członkowie koalicji wyborczej muszą wejść do koalicji rządowej, która w swoim składzie może mieć członków spoza koalicji wyborczej.
Najtrudniejszym zadaniem będzie przygotowanie list kandydatów na posłów i senatorów. Modele konstrukcji takich list mogą być różne. Najpierw trzeba ustalić ilu kandydatów na liście będzie miał każdy z członków koalicji bo do rozdzielenia będzie tylko 460 mandatów poselskich i 100 senatorskich. Można to ustalić na przykład na: podstawie preferencji wyborczych, ilości pieniędzy przeznaczonych na cele kampanii, popularności poszczególnych kandydatów lub w wyniku negocjacji. Ponadto trzeba tak ustawić listy w poszczególnych okręgach poselskich, aby wyborcy mieli w każdym okręgu partię pierwszego lub drugiego wyboru. Jeżeli w którymś okręgu nie ma kandydata SLD to jest kandydat Razem, albo jeżeli nie ma kandydata PO to jest z Nowoczesnej. Nie ma znaczenia kto jest na pierwszym miejscu listy ogólnej ma znaczenie kto jest pierwszy z danej partii. Głosujący najpierw w większości będą szukali partii potem wybierali człowieka z tej partii. Kolejność list partyjnych na liście ogólnej może być ustawiana na przemian tak, aby każda lista partyjna była pierwsza w jednym okręgu i następnie zajmowała kolejne miejsca w następnych okręgach. W przypadku mandatów senatorskich kandydat na jedno miejsce powinien być jeden dla całej koalicji. Jego ustalenie powinno się odbyć na podstawie badań sondażowych z pośród różnych kandydatów zgłoszonych przez członków koalicji.
Warunkiem przystąpienia do koalicji wyborczej będzie:
• Zaakceptowanie wspólnej części programu,
• Umieszczenie wspólnej części programu w swoim programie
• Zobowiązanie, że każdy członek koalicji bez względu na to czy koalicja wygra wybory czy nie czy utworzy koalicję rządową będzie dążył do realizacji wspólnej części programu
• Zgoda się uczestnictwo finansowe w proporcji do swoich możliwości w kampanii wyborczej,
• Pieniądze uzyskane od budżetu za uzyskane mandaty zostaną podzielone nie w proporcji do otrzymanych mandatów ale ilości głosów,
• Pieniądze uzyskane z budżetu nie będą wypłacane członkom koalicji jednorazowo tylko proporcjonalnie do upływu czasu kadencji.
Powołanie koalicji wyborczej ma wiele zalet:
• Będzie to pierwsza w historii Polski koalicja celowa do realizacji wspólnej części programu bez względu na to czy koalicja utworzy rząd
• Koalicja może uzyskać więcej głosów niż gdyby startowały poszczególne partie samodzielnie.
• Partie zachowują swoją tożsamość i swoje programy nie musząc się zgadzać na kompromisy programowe.
• Wyborcy nie boją się głosować na małe partie z powodu tego, że ich głos zostanie stracony.
• Istnieje swoboda wyboru partii do koalicji rządowej jak i udziału w innych koalicjach rządowych.
• Mali członkowie koalicji mimo, że nie uzyskają mandatu otrzymają pieniądze w proporcji do otrzymanych głosów.
W tak zorganizowanej koalicji może się zmieścić zarówno PSL, Razem, Wiosna jak i partia Gowina oraz różne organizacje społeczne. Jeżeli powstanie koalicja wyborcza to są duże szanse, że wygra ona wybory i będzie mogła przegłosować ustawy przywracające praworządność nawet wtedy gdy nie utworzy koalicji rządowej.
Skoro w tak skonstruowanej koalicji SLD nie musi godzić się na kompromisy programowe i nie musi się obawiać że nie wejdzie do sejmu to może przedstawić atrakcyjny lewicowy program. Moim zdaniem powinien on się składać między innymi z następujących elementów:
• Propozycji zmiany konstytucji w celu wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej zamiast parlamentaryzmu i wprowadzenia euro. Zlikwidowania przywilejów kościołów, które nie mogą mieć specjalnego statusu, a powinny być zorganizowane na ogólnych zasadach jako stowarzyszenia fundacje lub spółki prawa handlowego w zależności od prowadzonej działalności.
• Należy zwiększyć ilość i jakość programów misyjnych przy mniejszych kosztach poprzez zamianę telewizji i radia publicznego na państwową oraz stworzenie funduszu programów misyjnych o które rywalizowałyby jakością i kwotą dofinansowania telewizje i radia zarówno państwowe i prywatne na takich samych zasadach.
• Wprowadzenie możliwości aborcji na żądanie.
• Zalegalizowanie związków partnerskich z możliwością adopcji dzieci.
• Całkowitej zmiany systemu socjalnego w taki sposób aby każdy kto chce z niego skorzystać osiągał co najmniej dochody na poziomie minimum socjalnego. Aby to osiągnąć trzeba przyjąć kryterium dochodowości przy udzielaniu pomocy socjalnej i wykorzystać narzędzia rynkowe do racjonalnego wydawania środków przeznaczonych na systemy socjalne.
• Działań na rzecz utworzenia wspólnej operacyjnej armii europejskiej zdolnej do obrony Unii Europejskiej przed wszystkimi zagrożeniami w zakresie działań konwencjonalnych bez pomocy USA. Z jednej strony obniży to koszty obrony (oszczędności na zakupach broni i wyposażenia, drugiej strony uwolnienie się od szantażu Stanów Zjednoczonych w dziedzinie bezpieczeństwa państw europejskich.
• Wprowadzenia podatku obrotowego zamiast CIT, zmiana PIT-u na podatek jednostawkowy o bardzo wysokiej stopie oprocentowania i wysokiej kwocie wolnej od podatku i likwidacji wszystkich ulg. Wprowadzenie podatku katastralnego przy likwidacji podatku od nieruchomości i założeniu, że suma wpływów z podatku katastralnego będzie równa sumie wpływów z podatku od nieruchomości.
Przedstawione powyżej punkty mogę rozszerzyć przedstawiając bardziej konkretne rozwiązania jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Biorąc to co wyżej napisałem, a szczególnie to że koalicja wyborcza zawarta będzie na zasadach przedstawionych opowiadam się za udziałem SLD w koalicji wyborczej.

Zagubiona lewica

Kolejne dni powyborcze odchodzą do historii a ja oczom i uszom nie wierzę przyglądając się powyborczym poczynaniom opozycji i słuchając wypowiedzi jej wielu polityków.

Zachowują się oni tak, jakbyśmy mieli do następnej kampanii przy-najmniej rok. Politycy Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej właśnie w tym momencie dyskutują nad wchłonięciem jednej partii przez drugą. SLD zrelaksowane wyborczym „sukcesem” spokojnie czeka na rozwój wydarzeń, bo liczy że na plecach koalicji być może wprowadzi do Sejmu kilku posłów. Koalicja Lewica Razem próbuje znaleźć przyczyny swojej klęski zaś Wiosna usiłuje dojść do siebie po wyborczym „kuble zimnej wody”. Szef tej partii chyba już sam nie wierzy w sukces w wyborach do Sejmu, bo pomimo wcześniejszej obietnicy składanej wyborcom nie zamierza zrezygnować z mandatu Europosła. Tylko PSL zachowuje się pragmatycznie. Wiedząc, że czasu do wyborów pozostało niewiele i nie można go trwonić na bezowocne, jałowe rozmowy rozpoczął budowanie Koalicji Polskiej. Jedno co powinien uświadomić sobie Grzegorz Schetyna, to że zbyt mocne odbicie w lewo Koalicji Europejskiej poszerzyło pole oddziaływania dla PiS-u na prawicy. Na wybory do Senatu Opozycja łącznie z Wiosną i Lewicą Razem powinna stworzyć Koalicję Obywatelsko-Samorządową (KOS), natomiast do wyborów do Sejmu opozycja powinna pójść dwoma nie konkurującymi ze sobą blokami: lewicowym i prawicowym.
Lewica nie powinna zdawać się na prawicę i liczyć, że niewielkim wysiłkiem wprowadzi kilku posłów na jej grzbiecie. Blok lewicowy powinny utworzyć wszystkie lewicowe ugrupowania, stowarzyszenia i związki zawodowe. Głównymi sygnatariuszami tego bloku powinny być między innymi SLD, Wiosna, partia Razem, Unia Pracy, Partia Nowackiej, PPS, Partia Zielonych i Związki Zawodowe. Taki blok będzie programowo spójny i czytelny dla lewicowego elektoratu. Drugi blok mogą tworzyć PO, Nowoczesna i PSL. Taka Koalicja mogłaby wrócić do źródeł i odzyskać część elektoratu przejętego przez PiS.
Stworzenie bloku lewicowego na najbliższe wybory jest możliwe o ile władze partii lewicowych i różni działacze społeczni uznają, że dobro naszej ojczyzny jest ważniejsze niż ich prywatne interesy. Przy wyniku jaki osiągnęła w minionych wyborach Wiosna stwarzają zagrożenie nieosiągnięcia progu 5%. Osiągnięcie wymaganych 3%, by wziąć subwencję, nie powinno być jedynym celem dla tej partii. Dla uzyskania tych drobnych subwencji nie można położyć bezpieczeństwa naszej Ojczyzny. Wiosna poprzez swoją arogancję i pewność siebie nie majacą odzwierciedlenia w rzeczywistości, czasem poprzez swoją infantylność i niedojrzałość polityczną w dużej mierze zaprzepaściła swoją wielką szansę jaką dało jej na starcie społeczeństwo. Wiosna przed wyborami do Parlamentu Europejskiego to piękna kwitnąca majowa jabłoń rokująca obfity jabłkowy plon. Po wyborach to ta sama jabłoń zmrożona wiosennym przymrozkiem, która daje jedynie szansę na pojedyncze, marne owoce. Teraz jedyną szansą by lewica nie ucierpiała zbyt mocno, to wspólny start. Robert Biedroń powinien szybko dojrzeć jako polityk i uwolnić się od skłonności showmańskich i megalomańskich, zrozumieć że Jego partia powinna korzystać z doświadczenia osób starszych a nie obrażać ich. Otoczenie Roberta Biedronia powinno skończyć z Jego czczeniem, licząc na to, że dzięki temu dostaną wysokie miejsce na listach i będą mogli niezależnie od swoich kompetencji zaistnieć w polityce. Konstruktywna krytyka szefa mogła Mu tylko pomóc. Lewica musi również zrozumieć, że sprawy ideologiczne są bardzo ważne dla nas ale w kampanii wyborczej nie mogą one przysłaniać spraw społeczno-gospodarczych. Trzeba wreszcie zrozumieć, że PiS tylko dla doraźnych celów rozdaje środki ale generalnie nie ma spójnej polityki społecznej. My powinniśmy to ich rozdawnictwo obudować i uzupełnić racjonalnym programem.
Panie Robercie, niech się Pan wyzwoli z obciążeń i stylu funkcjonowania w polityce wyniesionego z Ruchu Palikota. Dla swojej wiarygodności powinien Pan zrezygnować z mandatu Europosła, w przeciwnym wypadku ten fakt będzie wykorzystywany w najbliższej kampanii. Konkurenci polityczni poprzez ten fakt będą podważać Pańską wiarygodność. Następnie zacznijmy wspólnie budować nowoczesną, oddaną społeczeństwu partię lewicową, początkiem mógłby być utworzony na najbliższe wybory blok lewicowy. Panie Krzysztofie Gawkowski, oceniałem Pana jako rozsądnego dojrzałego polityka. Po wejściu do Wiosny Pańskie wazeliniarstwo, wynikające z chęci zdobycia mandatu Europosła, przekroczyło wszelkie granice. A przecież mógłby pan być głosem rozsądku w Wiośnie i zapobiec jej pójściu, w fazie końcowej kampanii do Europarlamentu „na manowce”.
Koledzy i Koleżanki z lewicy, przystąpmy wreszcie do konstruktywnych działań i zacznijmy budowanie współczesnego szerokiego bloku lewicowego na najbliższe wybory. Zrezygnujmy z dotychczasowych działań, gdy to silniejsze partie lewicy próbowały eliminować z życia politycznego mniejsze, czym doprowadzaliście lewicowy elektorat do przysłowiowej „szewskiej pasji”. Koniec z destrukcją, nastał czas tworzenia. Na zakończenie moja uwaga do kolegów z SLD. W swoich działaniach nikt z Was nie dostrzegł ważnego faktu jaki miał miejsce w ostatnich latach, gdy lewica pomału sama eliminowała się z życia politycznego, że osłabianie mniejszych ugrupowań lewicowych przez silniejsze podmioty nie powiększało im elektoratu a wręcz odwrotnie prowadziło do systematycznego jego zmniejszania się.

Będzie referendum

29 czerwca 2019 r. odbędzie się w SLD wewnątrzpartyjne referendum, w którym członkinie i członkowie partii zadecydują o formule startu ich partii z wyborach parlamentarnych 2019 r. – zadecydowała Rada Krajowa Sojuszu, w której wzięli udział również wszyscy przewodniczący organizacji powiatowych oraz liderzy partii i stowarzyszeń współpracujących z SLD.
Głosujący będą mieli do wyboru dwa warianty:
1. Popieram start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych w porozumieniu z innymi prodemokratycznymi partiami politycznymi.
2. Popieram samodzielny start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych.
Podczas obrad głos zabrali wszyscy eurodeputowani z rekomendacji Sojuszu: Marek Balt, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, prof. Bogusław Liberadzki oraz Leszek Miller.
Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD podczas konferencji prasowej po Radzie Krajowej Sojuszu powiedział:
Po różnych spotkaniach gremiów partii wchodzących w skład Koalicji Europejskiej, informacje są bardziej lub mniej stabilne. U nas nikt nie nagrywał, ale przyjęliśmy podsumowanie kampanii do Parlamentu Europejskiego, a nasze wnioski przedstawimy naszym koalicjantom.
Sojusz jest z tej kampanii zadowolony, uważamy, że odpowiedzialność za to co dobre, jak i złe, spada równomiernie na wszystkich udziałowców tej koalicji, czyli na 5 partii. Kierunek w jakim poszła dyskusja na Radzie Krajowej SLD, to kontynuowanie tej Koalicji, ponieważ tworzenie jednego demokratycznego bloku jest rozsądne. Naszym obradom przysłuchiwało się 20 przedstawicieli partii i stowarzyszeń lewicowych, to nasi przyjaciele, z którymi rozmawialiśmy na temat przyszłości. Rada Krajowa SLD podjęła decyzję o zwołaniu referendum, w sprawie formuły startu partii w wyborach do Sejmu i Senatu, które odbędzie się 29 czerwca. Przypominam, iż Statut Sojuszu Lewicy Demokratycznej zakłada referendum w trzech przypadkach: wyborze przewodniczącego bądź przewodniczącej; kandydatki bądź kandydata na urząd prezydenta formuły startu w wyborach parlamentarnych.
Ja mam swoje zdanie, kierownictwo SLD ma swoje zdanie, ale ostatecznie to 23 tysiące członkiń i członków partii zadecyduje.
W momencie kiedy będziemy wiedzieli, czy idziemy sami, czy też wystartujemy w koalicji wtedy będziemy podejmowali ostateczne decyzje. Uchwała dotycząca referendum została podjęta jednomyślnie, nikt nie zagłosował przeciw lub wstrzymał się od głosu. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ uzyskanie takiego konsensusu i jedności w partii jest trudne.
Podczas obrad Rady Krajowej SLD głos zabrali wszyscy eurodeputowani Sojuszu, cała piątka będzie nam pomagała w wyborach parlamentarnych.
Powołaliśmy zespół programowy, który ma zakończyć swoją pracę do końca lipca 2019 r., w jego skład wchodzi 50% pań i 50% mężczyzn. Nasze bardzo dokładne postulaty przedstawimy naszym potencjalnym koalicjantom.
Będziemy rozmawiali ze wszystkimi po demokratycznej stronie, w tym i z partią Wiosna. Jestem już umówiony z Robertem Biedroniem, z braćmi i siostrami z Partii Zielonych. Mamy również bardzo dobry i ciepły stosunek do Partii Razem. Jeżeli ktoś puka do naszych drzwi, to one będą otwarte.
Najpierw jednak referendum, po nim w 3-4 dni zostaną podjęte decyzje kierunkowe. Ja wykonam to co partia przegłosuje, ale moje zdanie jest następujące Koalicja Europejska zdobyła 7 procent mniej od PiS, a więc to jest koalicja, którą warto wspierać.
Bardzo się cieszę, że Sojusz Lewicy Demokratycznej przeszedł rozsądnie przez ten trudny czas. Pomimo prowokujących głosów, o tym kto jest bardziej a kto mniej związany z SLD, o tym jacy posłowie pójdą do jakiej grupy politycznej w Parlamencie Europejskim, prawda jest jedna. 5 eurodeputowanych SLD wejdzie w skład Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, szefem delegacji jest prof. Bogusław Liberadzki i będzie pracował z pełnym wsparciem byłych premierów oraz skarbnika naszej delegacji pana Marka Balta.

Świeckie państwo

Zabieganie o przestrzeganie rozdziału kościoła i państwa nie ma nic wspólnego z walką z religią.

Kończy się zbiórka podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy „Świeckie państwo”. Zarejestrowany w kwietniu komitet inicjatywy ustawodawczej miał trzy miesiące czasu na zebranie 100 tysięcy podpisów pod projektem ustawy. Wkrótce projekt zostanie złożony w Sejmie, zaś marszałek Sejmu po sprawdzeniu i przeliczeniu podpisów powinien skierować go do pierwszego czytania na posiedzeniu plenarnym.
Fakt, mamy końcówkę VIII kadencji Sejmu, a posłankom i posłom pozostały zaledwie trzy posiedzenia plenarne. Gdyby projekt nie trafił pod obrady w tej kadencji Sejmu – nie przepadnie. Zwykłe projekty ustaw obowiązuje zasada dyskontynuacji – kończą swój żywot wraz z upływem kadencji. Wyjątkiem są projekty obywatelskie – nierozpatrzone w poprzedniej kadencji Sejmu, trafiają do nowowybranych parlamentarzystów. I chyba lepiej, by taki los spotkał „Świeckie państwo”.
Nikt nie ma chyba wątpliwości, jak sprawy świeckiego państwa traktuje rządząca prawica. W przyszłym Sejmie w ławach poselskich z pewnością pojawi się spora reprezentacja lewicy. A ponadto projekt „Świeckie państwo” będzie doskonałym sprawdzianem dla tych polityków i polityczek z innych partii, którzy wielokrotnie zapewniali swoich wyborców o „nie klękaniu przed biskupami”.

Zjednoczona lewica

Nie pamiętam sytuacji, w której cała lewica byłaby tak zjednoczona jak w przypadku obywatelskiego projektu „Świeckie państwo”. Obok siebie stanęli Włodzimierz Czarzasty z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Adrian Zandberg – szef partii Razem. Poparcie projektu zadeklarowali również politycy Wiosny Roberta Biedronia. Prócz partii politycznych, w projekt „Świeckie państwo” zaangażowało się kilkadziesiąt lewicowych stowarzyszeń i fundacji oraz wielu działaczy społecznych, naukowców, artystów, poetów i pisarzy.
Po tak szumnej zapowiedzi, sam projekt „Świeckie państwo” być może niektórych zaskoczy. Nie proponuje rewolucji. Nie ma w nim wodotrysków. Jest – aż do znudzenia – wyliczanką paragrafów, które należy zmienić. By zlikwidowana została niczym nieuzasadniona uprzywilejowana pozycja Kościoła w Polsce.

Tajemnice finansów

Od szeregu tygodni opinię publiczną bulwersuje skala ujawnianych przestępstw pedofilii w Kościele katolickim. A także zachowanie licznej rzeszy hierarchów, którzy w przeszłości starali się skrzętnie ukrywać te przestępstwa, również przed organami ścigania. Zresztą nie tylko w przeszłości.
W tym tygodniu media obiegła wiadomość, że kierowana przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego kuria w Poznaniu odmówiła udostępnienia prokuraturze dokumentów dotyczących księdza pedofila z Chodzieży. Nie pomógł nawet sądowy nakaz, zobowiązujący kurię do wydania dokumentacji zgromadzonej podczas postępowania kościelnego. Biskupi tłumaczą, że wszystkie dokumenty zostały wysłane do Watykanu. Lub inaczej: zostały ukryte w Watykanie, dokąd nie sięga jurysdykcja polska.
Nie, projekt „Świeckie państwo” nie porusza tematu pedofilii wśród kleru. Ma za to zobowiązać Kościół do ujawnienia innych, skrywanych od lat, tajemnic. Tajemnic finansów kościelnych!

Konkordat

Istotę obywatelskiego projektu „Świeckie państwo” wyjaśnia tytuł ustawy: „O jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych”. Autorzy projektu nie starają się sięgać po działo największego kalibru: żądanie wypowiedzenia przez Polskę Konkordatu. Wychodzą z założenia, że zebranie w parlamencie większości konstytucyjnej do wykreślenia z art. 25 Konstytucji ustępu 4 („Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”) zapewne jeszcze długo będzie nieosiągalne. Powołują się za to na artykuł 22 tegoż Konkordatu, mówiący o „przyjęciu za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązującego ustawodawstwa polskiego i przepisów kościelnych”. No właśnie – ustawodawstwo polskie.
Ustawodawstwo polskie skrupulatnie określa obowiązki Polek i Polaków w zakresie finansów. Coroczne PIT-y szczegółowo informują organy skarbowe o przychodach podatników. Nawet nie mając obowiązku płacenia podatku, jak w przypadku niektórych darowizn i spadków, jesteśmy zobowiązani do składania odpowiednich informacji. Od dwóch lat przedsiębiorcy co miesiąc wysyłają do ministerstwa finansów tak zwany jednolity plik kontrolny z wyszczególnionymi wszystkimi wystawionymi i otrzymanymi fakturami. Z każdej złotówki rozliczają się fundacje i stowarzyszenia. A Kościół?
W 2009 roku poseł SLD Sławomir Kopyciński w interpelacji poselskiej pytał ministra finansów o poziom finansowania kościołów i związków wyznaniowych z budżetu państwa i budżetów samorządowych. Minister z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że… nie wie. Bo nikt tego nie zlicza. Podobną odpowiedź otrzymaliśmy w 2013 roku na interpelację poselską zawierającą pytanie o nieruchomości (również nieruchomości rolne) będące w posiadaniu kościołów. Nikt z polskich władz nie był w stanie udzielić odpowiedzi na takie pytanie.

Taca i kolęda

W roku 2014 kardynał Kazimierz Nycz oszacował roczny budżet Kościoła katolickiego na 8 miliardów złotych. Wielu ekonomistów potraktowało tę kwotę jako mocno zaniżoną. Twierdząc, że 6-8 mld zł przychodów Kościół ma z samej tacy. Seweryn Mosz w książce „Kasa Pana Boga” ocenia, że rokrocznie państwo w różny sposób dofinansowuje Kościół katolicki kwotą rzędu 14 mld zł.
Zwykle tylko w przypadku mafii zdarzało się, że miliardowe przepływy finansowe odbywały się poza wiedzą państwa. I właśnie temu obrotowi ogromnymi pieniędzmi bez jakiejkolwiek kontroli państwa ma postawić tamę ustawa „Świeckie państwo”. Nakłada ona obowiązek informacyjny dotyczący ujawnienia przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne wszelkich przychodów. Zarówno tych otrzymywanych od instytucji państwowych i publicznych, jak i od osób prywatnych. A więc Kościół musiałby zaprowadzić ewidencję przychodów z tacy, kolędy, opłat za chrzty, śluby czy pogrzeby. Aby system był transparentny, również wszystkie podmioty publiczne zostałyby zobowiązane do składania informacji dotyczących kwot przeznaczonych na finansowanie kościołów i związków wyznaniowych. Wszelkie informacje dotyczące finansów Kościoła trafiałyby w jedno miejsce – na biurko szefa Krajowej Administracji Skarbowej. I byłyby to informacje jawne.
To ważne: projekt „Świeckie państwo” nie przewiduje powszechnego opodatkowania przychodów kościelnych, szczególnie tych przeznaczonych na działalność religijną. Również przychodów z tacy czy kolędy. To racjonalne rozwiązanie. Nikt z nas nie wyobraża sobie opodatkowania pieniędzy wrzucanych do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podobnie powinny być traktowane datki wiernych w kościołach. Dzisiaj różnica polega na tym, że Owsiak rozlicza się co do grosza, a o miliardach Kościoła nie ma pojęcia nawet minister finansów.

Spekulacja ziemią

Drugim ważnym celem ustawy „Świeckie państwo” jest unormowanie działalności gospodarczej kościołów i związków wyznaniowych, także jeśli chodzi o obrót nieruchomościami. Związane z tym uprzywilejowane traktowanie Kościoła dobrze ilustruje przykład gruntów nabytych we Wrocławiu przez Mateusza Morawieckiego.
Wrocławska parafia Świętej Elżbiety otrzymała od państwa 15 hektarów ziemi rolnej. Tak stanowiło ówczesne prawo, przyznające kościołom na Ziemiach Zachodnich grunty rolne przeznaczone na działalność rolniczą parafii (pomijam fakt absurdalności takich przepisów). Proboszcz parafii natychmiast ziemię sprzedał, inkasując od Mateusza Morawieckiego 700 tys. zł. Transakcja była chyba dla Morawieckiego korzystna, bo za 15 hektarów gruntu w obrębie miasta Wrocławia zapłacił tyle co za średniej wielkości szeregówkę. Niektórzy twierdzą, że już wówczas działka, którą obracano, mogła mieć wartość 4 mln zł. Gdyby sprzedawcą był nie proboszcz, a zwykły Kowalski, skarbówka bez wątpienia zakwestionowałaby kwotę zapisaną w umowie. I naliczyłaby parafii podatek od wartości rynkowej. Niejeden Kowalski w Polsce wie, jak to wygląda.
Ustawa „Świeckie państwo” nie zabrania Kościołowi prowadzenia działalności biznesowej. Ale wszystkie dochody z działalności gospodarczej muszą być opodatkowane na zasadach ogólnych. Zaś obrót ziemią odbywać się na takich samych zasadach jak innych podmiotów.

Fundusz Kościelny

Donald Tusk zabierał się za likwidację Funduszu Kościelnego z wielkim hukiem. To wtedy padły słowa, że „nie będzie klęczał przed biskupami”. Koniec końców biskupi okazali się silniejsi od premiera polskiego rządu. Pamiętam, że przy okazji dyskusji o in-vitro wraz z innymi posłami proponowałem, aby cały Fundusz Kościelny przeznaczyć na dofinansowanie zabiegów in-vitro. Wówczas była to kwota 94 mln zł. Rządząca koalicja PO‑PSL pomysł odrzuciła.
Od czasu objęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość Fundusz Kościelny rośnie jak na drożdżach. Już w 2018 roku przekroczył 150 mln zł. Wśród celów, na które mogą być wydatkowane pieniądze z Funduszu Kościelnego znajdziemy remonty zabytkowych obiektów sakralnych, prowadzenie placówek opieki społecznej, pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i wiele innych. Ale niech nikogo nie zmyli ta lista zbożnych celów. Lwia cześć pieniędzy z Funduszu Kościelnego przeznaczana jest na finansowanie składek ZUS osób duchownych.
„Obecny system ubezpieczeń społecznych osób duchownych narusza zasadę równości ubezpieczonych wobec prawa” – piszą w uzasadnieniu autorzy ustawy „Świeckie państwo”. To zupełnie oczywiste. Któż z nas nie chciałby otrzymywać „dotacji” na płacone co miesiąc horrendalne składki ZUS. Ale póki co, takimi szczęśliwcami są tylko księża i siostry zakonne.

Tęcza i wagina

Debatę publiczną rozgrzewa tęcza wokół głowy Matki Boskiej. Słowa Leszka Jażdżewskiego o świniach taplających się w błocie. Hostia w kształcie waginy (albo odwrotnie). Nabożeństwo ekumeniczne podczas Parady Równości. Można z aprobatą podchodzić do wspomnianych happeningów. Lub z dużą rezerwą. Jedno jest pewne. Zręby świeckiego państwa budowane są gdzie indziej.
Systematycznie. Krok po kroku. Politycy. Ale również prawnicy i legislatorzy. Powinni z polskiego prawodawstwa eliminować wszystkie te zapisy, które dają Kościołowi więcej. Więcej praw. Więcej ulg. Więcej przywilejów. Winni po części są wszyscy: Unia Wolności, AWS, SLD. Ważne, by dzisiaj naprawiać tamte błędy. Odbudowując świecką Polskę.
Obywatelski projekt „Świeckie państwo” nie załatwia wielu problemów pojawiających się na styku państwa i kościoła. Ale z pewnością jest krokiem we właściwym kierunku.