Już liczą medale na igrzyskach

O 339 kompletów medali w rozpoczynających się 23 lipca letnich igrzyskach w Tokio powalczy ponad 11 tysięcy sportowców w 37 dyscyplinach. Według ekspertów najwięcej medali zdobędą Amerykanie – co najmniej 110, w tym 40 złotych. Polskim sportowcom wróży się lepszy wynik niż pięć lat temu w Rio de Janeiro, gdzie zdobyli 11 medali.

Na igrzyskach w Tokio Polskę reprezentować będzie 215 sportowców. Medalowe szanse w naszej ekipie przyznaje się drużynie siatkarzy, która w 2014 i 2018 roku zdobyła mistrzostwo świata. Ekipa prowadzona przez belgijskiego trenera Vitala Heynena trafiła do grupy A i o awans do 1/4 finału powalczy z Japończykami, Włochami, Kanadyjczykami, Wenezuelczykami i Irańczykami. Wśród faworytów do medali wymieni się także siatkarzy plażowych – Grzegorz Fijałka i Michała Bryla. Amerykańska agencja prasowa Associated Press, która przewiduje, że polscy sportowcy zdobędą w Tokio co najmniej 22 olimpijskie krążki, a wśród pewniaków do złota wymienia właśnie siatkarzy.
Medalowe szanse eksperci przyznają też dużej grupie naszych lekkoatletów. W rzucie młotem o miejsca na podium powalczą Paweł Fajdek, Wojciech Nowicki, Anita Włodarczyk i Joanna Fiodorow, w skoku o tyczce Piotr Lisek, w sztafecie kobiet 4×400 m Justyna Święty-Ersetic, Iga Baumgart-Witan, Natalia Kaczmarek, Małgorzata Hołub-Kowalik, Dominika Baćmaga, Kinga Gacka, Anna Kiełbasińska, Kornelia Lesiewicz, w biegu na 1500 metrów Marcin Lewandowski i Kamila Lićwinko w skoku wzwyż, Marcina Krukowskiego i Marii Andrejczyk w rzucie oszczepem. W innych dyscyplinach sportu walkę o medale zapowiadają: Marta Walczykiewicz, Karolina Naja i Anna Puławska (kajakarstwo), Daria Pikulik Mateusz Rudyk (kolarstwo torowe), Joanna Łochowska (podnoszenie ciężarów), Piotr Myszka i Zofia Klepacka (windsurfing), Aleksandra Kowalczuk (taekwondo kategoria +67 kg), Tadeusz Michalik (zapasy kategoria 97 kg), Iga Świątek i Hubert Hurkacz.
Igrzyska Olimpijskie to nie tylko wielkie emocje, związane z rywalizacją i radość zwycięzców, ale jednocześnie ludzkie dramaty i wielcy nieobecni. Na sportowej imprezie w stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni zabraknie wielu reprezentantów Polski, którzy szykowali się do niej przez długie miesiące. W Tokio nie zjawi się między innymi Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka, która za sprawą problemów zdrowotnych nie awansowała do finału biegu na 400 metrów na mistrzostwach Polski. A to oznacza, że droga na Igrzyska Olimpijskie pozostaje dla niej zamknięta – pierwszy raz od wielu lat. Poważnym osłabieniem reprezentacji Polski będzie brak Karoliny Kołeczek, która miała walczyć o finał biegu na 100 metrów przez płotki. Powodem również były problemy zdrowotne. W tegorocznych zmaganiach nie wystartuje też Adam Kszczot, który uznał, że jego obecna forma nie pozwala na walkę o medale. W Tokio nie zobaczymy również biegaczki średniodystansowej Sofii Ennaoui i sprinterki Ewy Swobody – obie nie zdołały wyleczyć na czas kontuzji.

48 godzin sport

Tenisowa szóstka na igrzyska
Do sześciu osób powiększyła się kadra polskich tenisistów na igrzyska olimpijskie w Tokio. W ostatniej chwili dzięki rezygnacji jednego z wyżej notowanych w rankingu zawodników do ekipy biało-czerwonych dołączył Kamil Majchrzak. Wcześniej prawo startu w olimpijskich zmaganiach zapewnili sobie Iga Świątek, Magda Linette, Alicja Rosolska, Hubert Hurkacz i Łukasz Kubot.

Medale młodych lekkoatletów
Pia Skrzyszowska została młodzieżową mistrzynią Europy w biegu na 100 metrów przez płotki z czasem 12,77 s. To drugi złoty medal naszych lekkoatletów w tej imprezie. Wcześniej krążek z najcenniejszego kruszcu wywalczyła Adrianna Sułek w siedmioboju. Ponadto Kinga Królik zdobyła srebro w biegu na 3000 m z przeszkodami, a brąz do tego dorobku dorzuciła Klaudia Wojtunik w biegu na 100 m przez płotki. Dla Skrzyszowskiej i Wojtunik wyniki uzyskane w rozgrywanych w Tallinie MME 2021 to rekordy życiowe.

Czerczesow uniósł się honorem
Rosyjskie media donoszą, że zwolniony z posady selekcjonera piłkarskiej reprezentacji tego kraju Stanisław Czerczesow zrezygnował z odszkodowania za zerwanie przez federację kontraktu. Ekipa „Sbornej” kompletnie zawiodła w Euro 2021/20, zajmując w grupie ostatnie miejsce za Finlandią, Danią i Belgią, ale dopiero w miniony piątek pojawiła się oficjalna informacja, że Czerczesow został zdymisjonowany. Co ciekawe, selekcjoner miał kontrakt do końca 2022 roku, a rocznie zarabiał 2,5 mln euro, zatem należało mu się jeszcze grubo ponad cztery miliony euro. Rosyjskie media donoszą, że szkoleniowiec jednak z tych pieniędzy zrezygnował. Czerczesow, znany w Polsce z pracy w Legii Warszawa, był trenerem rosyjskiej reprezentacji od 2016 roku. W 2018 doprowadził drużynę do ćwierćfinału mistrzostw świata.

Sześć polskich ekip LE 2021/22
Przed rokiem Polska miała tylko dwóch przedstawicieli w Lidze Europy w piłce ręcznej – Wisłę Płock i Perłę Lublin. W tym sezonie chętnych klubów jest więcej. Z męskich drużyn prawo występu ma wicemistrz kraju Orlen Wisła Płock, brązowy medalista Azoty Puławy i finalista Pucharu Polski Grupa Azoty Tarnów. O dodatkowe miejsce w rozgrywkach wnioskował czwarty w ekstraklasieszczypiornistów Górnik Zabrze. W Lidze Europejskiej kobiet zagrają mistrzynie kraju Zagłębie Lubin i brązowe medalistki MKS Perła Lublin. Z udziału zrezygnował KPR Gminy Kobierzyce.

Powrót Szkota do Lecha
Szkot Barry Douglas został piłkarzem Lecha Poznań. Podpisał z klubem dwuletni kontrakt. 31-letni obrońca ostatnio występował w angielskim Blackburn Rovers FC, w którym w minionym sezonie rozegrał 30 meczów w tamtejszej Championship (drugi poziom rozgrywkowy). Douglas w latach 2013-2016 występował w barwach Lecha, dla niego jest to zatem powrót do ekipy „Kolejorza” po pięcioletniej przerwie.

Rekord Polski na 1500 metrów
Marcin Lewandowski w rozegranym w miniony weekend w Monako mityngu Diamentowej Ligi ustanowił rekord Polski w biegu na 1500 m, uzyskując czas 3:30.42. Ten rezultat zapewnił mu jednak tylko szósta lokatę. O sporym pechu może mówić Maria Andrejczyk. Nasza oszczepniczka uzyskała wynik 63,63 m, ale w dogrywce z udziałem trzech najlepszych zawodniczek w konkursie przegrała z Czeszką Barborą Spotakovą. W biegu na 800 m Patryk Dobek z wynikiem 1:44.28 zajął szóste miejsce.

Górnik chwali się Podolskim
Na prezentację Lukasa Podolskiego na stadionie przy ul. Roosevelta przyszło 9 tys. kibiców, co w polskich warunkach jest niewątpliwie rekordem. 36-letni napastnik, 130-krotny reprezentant Niemiec i mistrz świata z 2014 roku, grę w Górniku Zabrze będzie łączył obowiązkami wynikającymi z podpisanej wcześniej umowy ze stacją telewizyjną RTL, w której ma być jurorem w programie „Mam Talent” oraz pojawiać się w innych jej audycjach rozrywkowych i sportowych. Władze zabrzańskiego klubu porozumiały się w tej sprawie z Ekstraklasą SA i terminarz gier zabrzańskiego zespołu zostanie dostosowany tak, aby Podolski mógł połączyć gry w piłkę z pozostałymi zajęciami.

Shapovalov nie chce do Tokio
Półfinalista tegorocznego Wimbledonu Denis Shapovalov zrezygnował ze startu w igrzyskach olimpijskich. Kanadyjczyk jako powód podał obostrzenia związane z pandemią, bo nie chce znowu zamykać się tzw. bańce. Turniej olimpijski w tenisie odbędzie się w dniach 24 lipca – 1 sierpnia. Już wcześniej z udziału w imprezie odmówili m.in. Amerykanka Serena Williams, Hiszpan Rafael Nadal i Australijczyk Nick Kyrgios.

Odprysk korupcyjnej afery
Zbigniew D., były właściciel piłkarskiego klubu Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski został skazany w grudniu 2020 roku za udział w ustawianiu meczów z Amicą Wronki (2004, 2005) i Zagłębiem Lubin w ramach Pucharu Polski (2005) na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na rok i 80 tys. złotych grzywny (plus 10 tys. zł kosztów sądowych), złożył apelację od skazującego wyroku. Informację o tym podał blog pilkarskamafia.blogspot.com, podając, iż złożona przez Zbigniew D. apelacja wpłynęła do Sądu Okręgowego w Poznaniu, ale terminu jej rozpatrzenia jeszcze nie ustalono.

Sukces polskich deblistów
Szymon Walków i Jan Zieliński zostali w sobotę triumfatorami turnieju ATP Challenger Tour na kortach ziemnych w Brunszwiku z pulą nagród 67 tys. euro. Polacy w drodze do finału wygrali cztery spotkania, a w meczu o tytuł zmierzyli się z najwyżej rozstawionym w imprezie Chorwatami Ivanem i Matejem Sabanovami i zwyciężyli 6:4, 4:6, 10-4. Dzięki temu zdobyli po 90 punktów do rankingu deblowego. Dla naszych deblistów to drugi wspólny tytuł rangi ATP Challenger Tour w obecnym sezonie. Wcześniej wygrali turniej w Splicie.

Rekord świata w pchnięciu kulą

Amerykanin Ryan Crouser, mistrz olimpijski z Rio de Janeiro, wynikiem 23,37 ustanowił nowy rekord świata w pchnięciu kulą. Dokonał tego podczas krajowych eliminacji olimpijskich w Eugene. Wcześniej najlepszy rezultat wynosił 23,12 m i od 1990 roku należał do innego amerykańskiego kulomiota Randy’ego Barnesa.

Ryan Crouser od początku sezonu na otwartych stadionach sygnalizował mistrzowską formę. Przed zawodami kwalifikacyjnymi amerykańskiej reprezentacji w Eugene wystartował na mityngu w Tucson i uzyskał najlepszy w tym roku wynik na świecie – 23,01 m. Był to trzeci rezultat w historii lekkiej atletyki – dalej od niego pchali kulę jedynie rekordzista świata Randy Barnes (23,12 m) oraz kulomiot z Niemieckiej Republiki Demokratycznej Ulf Timmermann (23,06 m). Ale ich osiągnięcia od dawna są mocno podważane, bo wobec obu kulomiotów były uzasadnione podejrzenia o stosowanie dopingu. A Barnes został dożywotnio zdyskwalifikowany za stosowanie niedozwolonego dopingu. W jego przypadku nie postąpiono jednak tak, jak ze słynnym kanadyjskim sprinterem Benem Johnsonem, którego rekordy świata na 100 m wymazano zaraz po tym, jak został złapany na dopingu i przyznał się do jego stosowania. „Big Ben” stracił też zdobyte medale. Barnesa taki despekt nie spotkał, bo amerykańska federacja lekkoatletyczna trzy dekady temu twardo broniła swoich mistrzów nawet w sytuacjach, gdy zostali przyłapani na gorącym uczynku. A Barnesa złapano dwukrotnie – pierwszy raz zdarzyło się to w sierpniu 1990 roku, prawie trzy miesiące po ustanowieniu fenomenalnego rekordu świata. Dokonał tego dokładnie 20 maja 1990 roku na zawodach w Westwood, gdzie uzyskał odległość 23,12 m. Barnes poprawił wtedy wynik Timmermanna z maja 1988 roku o sześć centymetrów. Ale podczas kontroli antydopingowej na mityngu w Malmoe w organizmie amerykańskiego kulomiota wykryto steryd anaboliczny – metyltestosteron. Został zdyskwalifikowany na 27 miesięcy i nie mógł wystartować na igrzyskach 1992 roku w Barcelonie. Wrócił do rywalizacji w 1993 roku i trzy lata później zdobyło olimpijskie złoto w Atlancie wynikiem 21,62 m. Nie przestał się jednak koksować, bo w kwietniu 1998 roku ponownie został przyłapany na stosowaniu dopingu i jako recydywista dostał za to dożywotnią dyskwalifikację.
Timmermann nie był lepszy. Podlegał jednak pod system sterowanego przez państwo dopingu na szeroką skalę. W książce „Doping Dokumente: Von Forschung zum Betrug” zamieszczono tabelę, z której wynika, że kulomiot z NRD przyjmował gigantyczne dawki sterydu anabolicznego – turinabolu. Timmermann oczywiście twardo temu zaprzecza.
Ale z jakiegoś powodu rezultaty Barnesa i Timmermanna wciąż są uznawane. World Athletics nie wymazała żadnego z tabeli rekordów i na razie konsekwentnie odrzuca żądania usunięcia wszystkich rezultatów uzyskanych przed 2005 rokiem. Niewykluczone, że działacze światowej federacji lekkoatletycznej uznali, że lepiej aż to zrobi za nich jakiś sportowiec. Długo jednak na rzutniach nie pojawiał się kulomiot zdolny osiągać rezultaty choćby zbliżone tylko do uzyskiwanych przez Barnesa i Timmermanna. Dla porównania, rekord Polski ustanowiony na otwartym stadionie przez naszego najlepszego ostatnio specjalistę w pchnięciu kulą Michała Haratyka wynosi 22,32 m.
Ryan Crouser to jednak prawdziwy fenomen. W styczniu tego roku rozprawił się z 32-letnim halowym rekordem świata, pchając kule na odległość 22,82 m. A w miniony weekend w amerykańskich kwalifikacjach olimpijskich podczas zawodów w Eugene poprawił o rekord na stadionie otwartym. Drugie miejsce zajął mistrz świata Joe Kovacs (22,34 m), a trzecie Payton Otterdahl (21,92). To zapowiedź poziomu, na jaki trzeba będzie wspiąć się w Tokio, żeby powalczyć o olimpijski medal.

Srebrne polskie sztafety

Złoto w nieolimpijskiej sztafecie 4×200 m, ale dwa srebrne medale w sztafetach 4×100 i 4×400 m. To dorobek naszych sprinterek w mistrzostwach świata w biegach sztafetowych na Stadionie Śląskim.

Polki w Chorzowie musiały sobie radzić sobie bez najlepszej sprinterki Ewy Swobody, a na domiar złego tuż przed startem sztafeta straciła doświadczoną Marikę Popowicz-Drapałę, lecz mimo to nasze sprinterki w składzie: Paulina Guzowska, Klaudia Adamek, Katarzyna Sokólska oraz Pia Skrzyszowska, wywalczyła srebrny medal, ulegając w finale jedynie ekipie Włoch.
Bohaterką polskiej ekipy była 22-letnia Klaudia Adamek, która w odstępie 15 minut wystąpiła w dwóch konkurencjach. Najpierw wywalczyła srebrny medal w sztafecie 4×100 m, a następnie mistrzynią świata na nietypowej konkurencji, 4×200 m, wraz z Pauliną Guzowską, Kamilą Cibą i Marleną Golą.
Ważniejsze było jednak srebro w biegu 4×100 m, bo zapewniło biało-czerwonym kwalifikację olimpijską do igrzysk w Tokio. Nasze sprinterki dołączyły tym samym do swoich koleżanek ze sztafety 4×400 m, które wcześniej zapewniły sobie prawo startu w stolicy Japonii. W finale biegu 4×400 odmłodzony skład „Aniołków Matusińskiego” zajął druga lokatę, przegrywając jedynie z Kubankami. W naszej srebrnej sztafecie pobiegły: Kornelia Lesiewicz, Małgorzata Hołub-Kowalik, Karolina Łozowska i Natalia Kaczmarek.
W sumie w piątej edycji mistrzostw świata sztafet rozegrano dziewięć konkurencji. W pięciu z nich medale zdobywali reprezentanci Polski. Biało-czerwoni byli najlepsi w nieolimpijskich biegach 2x2x400 m, w którym wystąpili Patryk Dobek i Joanna Jóźwik, a także na dystansie 4×200 m. Oprócz tego zdobyli srebrne medale w sztafecie płotkarskiej, biegu 4×100 m kobiet i 4×400 m kobiet. Po dwa złote krążki zgarnęli także Włosi i Niemcy.
Reprezentacja Polski była też najlepsza w klasyfikacji drużynowej, zdobywając 37 punktów. Drugą lokatę zajęła ekipa Włoch z dorobkiem 32 pkt.

Kara dyskwalifikacji za mało skrócona

Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) o pół roku skrócił karę dyskwalifikacji nałożoną przez WADA na amerykańskiego sprintera Christiana Colemana za unikanie przez niego obowiązkowych kontroli antydopingowych.

W październiku ubiegłego roku Coleman, mistrz świata z 2019 roku w biegu na 100 m, został zawieszony na dwa lata. Gwiazdor sprintu nie został przyłapany na dopingu. Został ukarany za to, że kontrolerzy WADA trzykrotnie, w styczniu, kwietniu i grudniu 2019 roku, nie zastali go w miejscu, w którym powinien być zgodnie z wcześniej podanymi przez siebie informacjami. Uznano to za próbę unikania kontroli antydopingowej i nałożono na lekkomyślnego lekkoatletę dyskwalifikację mającą obowiązywać do 14 maja 2022 roku. Coleman odwołał się jednak od tej decyzji do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu, licząc na to, że przed nim udowodni swoją niewinność. Osiągnął jednak połowiczny sukces, bo po rozparzeniu sprawy sędziowie CAS orzekli jedynie skrócenie dyskwalifikacji z 24 do 18 miesięcy. A to oznacza, że Coleman nie będzie mógł wystąpić w najważniejszej imprezie roku – igrzyskach olimpijskich w Tokio, a był uważany za jednego z kandydatów do złotego medalu. Do rywalizacji na bieżni będzie mógł wrócić 14 listopada.
CAS uznał, że Coleman dopuścił się naruszenia przepisów antydopingowych, ale jego stopień zaniedbania był niższy od tego, który znalazł się w zaskarżonej decyzji. Sprinter twierdził, że podczas jednej z kontroli, w grudniu 2019 roku, wyszedł z domu tylko na chwilę, po prezenty świąteczne, a zdążył wrócić w wyznaczonym przedziale czasowym (jedna godzina), natomiast kontrolerzy zeznali, że przez tę godzinę bezskutecznie czekali na niego przed jego domem.
Amerykański sprinter zapowiedział, że teraz skupi się na jak najlepszym przygotowaniu do dwóch wielkich imprez w 2022 roku – halowych mistrzostw świata w Belgradzie oraz mistrzostw świata na otwartym stadionie w Eugene. Będzie w tych zawodach bronić złotych medali na 60 m (z HMŚ w Birmingham 2018) oraz 100 m (z MŚ w Doha 2019).

Wirus szaleje po HME w Toruniu

W niemieckich i angielskich mediach pojawiły się sugestie, że zakończone przed dwoma tygodniami halowe mistrzostwa Europy w Toruniu były ogniskiem zakażeń Covid-19. Po imprezie w uczestniczących w niej reprezentacjach stwierdzono w sumie ponad 50 przypadków zakażenia koronawirusem.

Chociaż w Toruniu organizatorzy wdrożyli z porozumienia z europejską federacją lekkoatletyczną (European Athletics) najwyższe standardy bezpieczeństwa epidemicznego, to po imprezie łącznie stwierdzono ponad 50 pozytywnych wyników testów na obecność koronawirusa. Najwięcej zakażeń odnotowano w zespole Włoch (15), ale Niemcy zgłosili siedem przypadków, a Brytyjczycy dwanaście. To zły sygnał na kilka miesięcy przed igrzyskami olimpijskimi w Tokio, gdzie o wiele większa liczba sportowców zostanie skupiona na małej przestrzeni.
Brytyjska i niemiecka federacje lekkoatletyczne natychmiast obwiniły organizatorów HME 2021 o niedopełnienie procedur i poskarżyły się w tej sprawie do European Athletics, lecz ich pretensje zostały odrzucone przez władze europejskiej federacji. Tak przynajmniej twierdzi dyrektor generalny HME 2021 Krzysztof Wolsztyński. Dla przypomnienia – jeszcze przed rozpoczęciem imprezy koronawirus wykluczył z udziału w imprezie sprinterkę Ewę Swobodę, a już trakcie mistrzostw biegaczy z męskiej sztafety 4×400 metrów, którą wycofano ze startu.
Były to jednak pojedyncze przypadki w skali całych mistrzostw. Liczby poszły w górę już po zawodach. Wolsztyński zapewnia, że kilka zakażeń na 1800 osób przybyłych na HME to był margines. „Badaliśmy wszystkich regularnie, nikt bez negatywnego wyniku nie mógł dostać się do środka. Wydaliśmy na to bardzo dużo pieniędzy. W tym względzie naprawdę nic nam nie można zarzucić. My przestrzegaliśmy wszystkich zasad, ale nie mogliśmy mieć już wpływu na to, co robili lekkoatleci poza Areną Toruń, czy ktoś wychodził z hotelu czy też nie. Dobrze wiemy, że nawet przy zachowywaniu zasad można się zarazić” – przekonuje Wolsztyński. I dodaje: „Nie rozumiem pretensji. Podjęliśmy się zorganizowanie wielkiej imprezy w czasie pandemii. I to pod dachem, gdzie wirus może rozprzestrzenić się znacznie szybciej niż na świeżym powietrzu, a europejska federacja uważa, że wykonaliśmy super robotę” – zapewnia dyrektor HME.

Lekkoatletyka: Sędziowskie igraszki w Toruniu

Podczas halowych mistrzostw Europy w Toruniu ma miejsce wiele interesujących sportowych zdarzeń, ale nie brakuje też kontrowersji. Jedną z największych była sprawa dyskwalifikacji norweskiego średniodystansowca Jakoba Ingebrigtsena, któremu sędziowie najpierw odebrali złoty medal, a po proteście ekipy Norwegii przywrócili.

Obrońca tytułu, dwukrotny halowy mistrz Europy na 1500 m Marcin Lewandowski, podczas halowych mistrzostw naszego kontynentu w Toruniu linię mety minął na drugiej pozycji (z czasem 3:40.11), za Jakobem Ingebrigtsenem (3:37.56). Ledwie oswoił się w myślach z porażką i zaczął cieszyć ze srebrnego medalu, gruchnęła wieść, że Norweg został zdyskwalifikowany za przekroczenie toru. A to oznaczało, że Lewandowski jest złotym medalistą. Zanim jednak polski biegacz zdążył nacieszyć się tym niespodziewanym splendorem, sędziowie rozpatrzyli pozytywnie odwołanie norweskiej ekipy i cofnęli decyzję o dyskwalifikacji jednak został złotym medalistą, bo po odwołaniu złożonym przez norweską ekipę (sugerowano w nim, że Ingebrigtsen przekroczył tor w wyniku celowego zabiegnięcia mu drogi przez polskiego biegacza Michała Rozmusa) jury zawodów cofnęło dyskwalifikację Ingebrigtsena.
„Złożyliśmy protest nie w sprawie przekroczenia toru przez Norwega, ale ws. łapania przez niego za rękę i koszulkę Michała Rozmysa. Niestety nasz protest został on przez sędziów odrzucony” – przyznał wiceprezes PZLA Tomasz Majewski. Dyrektor sportowy PZLA Krzysztof Kęcki także nie krył zdziwienia tą decyzją, bo wedle niego sędziowie utrzymali werdykt uniewinniający norweskiego biegacza na przekór dowodom jego przewinienia. Sytuacja najbardziej jednak wyprowadziła z równowagi, co zrozumiałe, Marcina Lewandowskiego. „Zasadniczo jestem zadowolony ze srebrnego medalu i uważam drugie miejsce za sukces. Ingebrigtsen był lepszy, ale złamał przepisy. Zasady powinny dotyczyć wszystkich. Powiedziałem to w oczy Norwegowi. Przyznałem mu, że na bieżni był lepszy, ale są zasady, które muszą dotyczyć wszystkich. On je wczoraj naruszył i to nie jest moja opinia, tylko wszystkich sędziów. Działacze z komisji odwoławczej wiedzieli jednak swoje. To nie była kontrowersyjna sytuacja, tylko absolutnie prosta do oceny. Powinna być dyskwalifikacja i tyle. Wybrano inne rozwiązanie, ale było ono złe” – powiedział polski lekkoatleta.

Kadra Polski na halowe mistrzostwa Europy w Toruniu

Polski Związek Lekkiej Atletyki ogłosił skład reprezentacji na halowe mistrzostwa Europy, które w dniach 4-7 marca odbędą się w Toruniu. W biało-czerwonych barwach wystąpi 45 zawodniczek i zawodników. To powinna być udana impreza dla polskich lekkoatletów, bo kilku z nich ma szanse na złote medale, a kilkunastu szanse na podium.

W reprezentacji Polski nie zabraknie obrońców mistrzowskich tytułów z Glasgow, z poprzednich HME, czyli kulomiota Michała Haratyka, tyczkarza Pawła Wojciechowskiego i sprinterki Ewy Swobody. Obok doświadczonych zawodników w składzie są także wschodzące gwiazdy krajowej lekkoatletyki. Młode pokolenie reprezentować będzie m.in. rekordzistka kraju juniorek w biegu na 400 metrów 17-letnia Kornelia Lesiewicz czy 20-letnia Pia Skrzyszowska, która w tym sezonie pokonała już 60 metrów przez płotki w czasie 7,98 s.
Jak podkreśla prezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Henryk Olszewski, nasi zawodnicy prezentują ostatnio formę pozwalającą z optymizmem oczekiwać ich startów w Arenie Toruń. Biało-czerwoni przystąpią do zawodów w roli faworyta – dwie poprzednie edycje europejskiego czempionatu w hali kończyli na pozycji lidera klasyfikacji medalowej.
Jednym z wydarzeń, na które będą czekać polscy kibice będzie występ żeńskiej sztafety 4 x 400 metrów. „Aniołki Matusińskiego” w tej konkurencji wywalczyły w trzech ostatnich edycjach halowych mistrzostw brąz i dwa złote krążki (w 2017 roku w Belgradzie i dwa lata temu w Glasgow).
Toruń jest drugim polskim miastem-gospodarzem halowych mistrzostw Europy. Poprzednio zawody tej rangi gościła w naszym kraju w roku 1975. Impreza odbyła się wówczas w Katowicach.


Kadra Polski na HME w Toruniu
Kobiety:
Katarzyna Sokólska (60 m), Ewa Swoboda (60 m), Małgorzata Hołub-Kowalik (400 m i sztafeta 4 x 400 m), Justyna Święty-Ersetic (400 m i sztafeta), Angelika Cichocka (800 m), Joanna Jóźwik (800 m), Anna Wielgosz (800 m), Martyna Galant (1500 m), Klaudia Kazimierska (1500 m), Karolina Kołeczek (60 m ppł), Pia Skrzyszowska (60 m ppł), Adrianna Szóstak (trójskok), Klaudia Kardasz (kula), Paulina Ligarska (pięciobój), Adrianna Sułek (pięciobój), Aleksandra Gaworska (sztafeta 4 x 400 m), Natalia Kaczmarek (sztafeta 4 x 400 m), Kornelia Lesiewicz (sztafeta 4 x 400 m), Joanna Linkiewicz (sztafeta 4 x 400 m).
Mężczyźni:
Dominik Kopeć (60 m), Remigiusz Olszewski (60 m), Przemysław Słowikowski (60 m), Kajetan Duszyński (400 m i sztafeta 4 x 400 m), Mateusz Borkowski (800 m), Patryk Dobek (800 m), Adam Kszczot (800 m), Adam Czerwiński (1500 m), Marcin Lewandowski (1500 m), Michał Rozmys (1500 m), Damian Czykier (60 m ppł), Krzysztof Kiljan (60 m ppł), Artur Noga (60 m ppł) Adrian Świderski (trójskok), Piotr Lisek (tyczka), Robert Sobera (tyczka), Paweł Wojciechowski (tyczka), Konrad Bukowiecki (kula), Michał Haratyk (kula), Jakub Szyszkowski (kula), Paweł Wiesiołek (siedmiobój), Dariusz Kowaluk (sztafeta 4 x 400 m), Jakub Krzewina (sztafeta 4 x 400 m), Mateusz Rzeźniczak (sztafeta 4 x 400 m), Wiktor Suwara (sztafeta 4 x 400 m), Karol Zalewski (sztafeta 4 x 400 m).

Atak na rekord świata w skoku o tyczce

Armand Duplantis triumfował w mocno obsadzonym konkursie skoku o tyczce w Rouen, uzyskując najlepszy wynik w tym roku na światowych listach. Po raz kolejny pokusił się też o atak na rekord świata.

Przed tygodniem Duplantis w Duesseldorfie uzyskał 6,01 m i tym wynikiem objął prowadzenie na światowych listach. Kilka godzin później, w Tourcoing, Renaud Lavillenie pokonał poprzeczkę zawieszoną o centymetr wyżej (6,02 m) i odebrał prowadzenie Szwedowi. Taki stan utrzymał się jednak tylko do kolejnego mityngu – w Rouen. W nim spotkali się nie tylko Duplantis i Lavillenie, ale także utytułowany Amerykanin, Sam Kendricks. Konkurs stał na bardzo wysokim poziomie, bo w sumie aż czterech zawodników było w grze po pokonaniu 5,83 m.
Gdy jednak poprzeczka powędrowała 10 centymetrów wyżej, poradziło sobie z nią tylko dwóch skoczków: Lavillenie i Chris Nilsen (wyrównał rekord życiowy). Duplantis postanowił opuścić tę wysokość i wrócił do rywalizacji na wysokości 6,03 m. Pokonał ją jako jedyny w całej stawce. Tym samym objął prowadzenie na światowych listach. Szwedzki tyczkarz postanowił zaatakować należący do niego rekord świata i jeszcze mocniej go wyśrubować, poprosił więc o ustawienie poprzeczki na wysokości 6,19 m. W trzech próbach nie zdołał jej jednak przeskoczyć, ale to dopiero początek lekkoatletycznego sezonu. Być może już w kolejnym mityngu dopnie celu.
Natomiast dwaj nasi tyczkarze, Piotr Lisek i Robert Sobera, w miniony piątek wystartowali w mityngu ISTAF Indoor w Berlinie. Dla Sobery był to pierwszy start w tym roku. Zaczął konkurs od wysokości 5,42 m i zaliczył ją w pierwszej próbie. Również w pierwszej próbie pokonał wysokość 5,62 m, ale gdy podjął próbę na wysokości 5,72 m tuż po wybiciu pękła mu tyczka. Sytuacja wyglądała groźnie, ale na szczęście skończyła się szczęśliwie. W przypadku pęknięcia tyczki skok uznawany jest za nieważny, więc Sobera przeniósł trzy próby na wysokość 5,80 m, lecz wszystkie trzy okazały się nieudane i z wynikiem 5,62 m ostatecznie zajął czwarte miejsce. Z takim samym rezultatem zmagania zakończył Piotr Lisek.

Lekkoatleci w kajdankach

Kolejny rasistowski skandal w Wielkiej Brytanii. Patrol policji miejskiej w Londynie zatrzymał i aresztował bez powodu ciemnoskórą lekkoatletkę Biancę Williams oraz jej rodzinę, z którą podróżowała autem.

Według relacji medalistki mistrzostw Europy w sztafecie 4×100 m, funkcjonariusze zachowywali się brutalnie względem niej i jej partnera, portugalskiego biegacza Ricardo dos Santosa, rekordzisty swojego kraju na 400 metrów. Para, która podróżowała autem z trzymiesięcznym dzieckiem, została zatrzymana przez patrol w jednej z londyńskich dzielnic. Policjanci uznali, że kierujący Mercedesem dos Santos jechał niezgodnie z przepisami i nie zareagował od razu na wezwanie do zatrzymania. Zupełnie inaczej zdarzenie opisuje para lekkoatletów. Williams stwierdziła, nie obawiali się wysiąść z samochodu ze względu na agresywną postawę funkcjonariuszy. „Mieli w rękach pałki i paralizatory i to było dla nas przerażające, bo mieliśmy przecież dziecko w samochodzie. Mój partner został brutalnie wywleczony z auta i od razu zakuty w kajdanki. Nie chciałam zostać oddzielona od mojego syna, ale po chwili mnie także skuli kajdankami” – poskarżyła się lekkoatletka przed kamerami BBC.
Williams i dos Santos zgodnie twierdzą, że w ich przekonaniu policjanci potraktowali ich tak wyłącznie ze względu na kolor skóry, zaś portugalski biegacz dodał, że ich agresję mógł spotęgować też fakt, że podróżowali Mercedesem. „Jeżdżę tym autem od trzech lat i odkąd je mam, byłem zatrzymywany bez powodu już kilkanaście razy” – przyznał dos Santos. Nagranie z brutalnego zatrzymania pary lekkoatletów zostało opublikowane w sieci i wywołało natychmiastową reakcję brytyjskiej federacji lekkoatletycznej. Trener Bianki Williams Linford Christi, znakomity przed laty brytyjski sprinter, wręcz stwierdził, że nagranie jest dowodem „zinstytucjonalizowanego rasizmu” szerzącego się w szeregach brytyjskiej policji. Poszkodowani sportowcy rozważają podjęcie kroków prawnych przeciwko funkcjonariuszom patrolu.