Walka trwa

Liberałom przestał podobać się strajk. W walce z komuną daliby się pokroić i strajkowaliby do śmierci. W walce pracowników przeciw PiS-owskiej degradacji oświaty i edukacji po 10 dniach wywieszają białą flagę i każą się rozejść by lansować się na zbawców przez wybory.
To nie jest żadna zdrada bo liberałowie z natury gardzą pracownikiem, jego prawem do samookreślenia, boją się jego podmiotowości, walczą przeciwko sile związków zawodowych i nie chcą żadnej większej społecznej mobilizacji, bo ta od razu ich delegitymizuje i obnaża ich głęboką hipokryzję.
Dla tej „opozycji” – tak samo jak dla PiSu – strajki budżetówki to zagrożenie. Nie da się jednocześnie zapewniać o wsparciu dla przywrócenia neoliberalnego porządku i gwarantować wszystkim podwyżki, których zwyczajnie samemu nie dawało się przez całe lata. Grozi to rozpadem własnego, głównie neoliberalnego, elektoratu i dlatego poparcie dla nauczycieli mogło być tylko pozorne.
Zachęceni przez strajk ZNP do strajku szykują się też pracownicy socjalni i potencjalnie inni… Jak Grzegorz Schetyna wypadłby w roli trybuna ludowego, jak libmedia przeżyłyby konieczność dalszego wspierania niezamożnych ludzi pracy w ich walce przeciwko systemowi i bogatym?
Nie przeżyłyby.
Niech więc nauczyciele ustawią się w kolejce i modlą do Schetyny, że jak już wygra wybory to coś im da. Niech uwierzą w gwarancje turboneoliberałów, że sami daliby podwyżki… tak jak nie dali podwyżek praktycznie całej budżetówce. Niech nauczyciele cieszą się, że w ogóle mogą głosować i uszanują „świętość” matur bo system potrzebuje świeżej-taniej siły roboczej i nie obchodzi go, że każe przy tym harować za grosze.
Całe wsparcie dla związkowców. Nie jesteście niczyim zakładnikiem.
Przerażające z perspektywy rządu musi być to, że nauczyciele (a w tym humaniści!) są jeszcze w ogóle komukolwiek potrzebni.
Czyż państwo kapitalistyczne nie miało być rajem programistów, przedsiębiorców i ścisłowców na etatach w korporacjach?

Czemu reszta po prostu nie siedzi cicho?

Jak to możliwe, że w XXI wieku pedagodzy mają jeszcze jakąkolwiek siłę sprawczą? Kto w ogóle pozwolił im rozdawać te matury i po co oni do tego? Dlaczego nie wykonują naszych rozkazów dla samej idei skoro i tak wszyscy widzą, że są warci najwyżej 30% tego, co kapitał płaci w sektorze prywatnym? Po co nam ci pseudomędrcy skoro tyle wydajemy na kościół?
Jak to możliwe, że budżetówka po prostu nie dziękuje, że żyje?
To wielki szok, że publiczne-społeczne przeciwstawia się prywatnemu i kapitalistycznemu. I owszem, były czasy, kiedy szkoły były tylko prywatne i w zasadzie niespecjalnie liczyły się w łańcuchu produkcji (wyzysku), nad którym kontrolę sprawowali właśnie kapitaliści. Ale te czasy na szczęście już minęły.
A system, gdzie obsługa wielkiego i najbardziej szkodliwego kapitału zarabia najwięcej i dyktuje wszystkim warunki, a sami właściciele są otoczeni największą czcią i opieką, to patologia.
To system zawłaszczania dla zawłaszczających.
Strajk jest naprawdę bardzo antysystemowy.

Niczego nie kończymy

Premierze, obserwujemy działania rządu z rozczarowaniem! – mówią nauczyciele w Warszawie. Pod budynkiem Ministerstwa Edukacji Narodowej pedagodzy pokazali, co sądzą o ucieczce Zalewskiej do Brukseli i o „Okrągłym Stole” Morawieckiego.

„Zbudowanie trwałego i nowoczesnego systemu oświatowego to zadanie, którego nie można zrealizować podczas jednodniowego happeningu nazwanego »okrągłym stołem« – napisali nauczyciele w liście do Mateusza Morawieckiego. – Debata o edukacji jest potrzebna i toczy się już teraz” – piszą pedagodzy i chcą zorganizowania wspólnego „forum dla edukacji”. „Dziś dla dobra przyszłości polskiej edukacji, wzywamy premiera do zrealizowania postulatu płacowego. Zamiast rozważać perspektywę mglistej przeszłości, należy działać tu i teraz”.
A więc działają.
Według protestujących rząd tylko pozoruje podjęcie dialogu, w rzeczywistości jednak usiłuje grać na antagonizowanie nauczycieli i rodziców, czyniąc tych pierwszych odpowiedzialnymi za ewentualne kłopoty tegorocznych maturzystów z uzyskaniem indeksów.
Pod MEN 23 kwietnia zebrały się tłumy strajkujących i solidaryzujących się ze strajkiem. – ale Manifestacje nauczycieli odbywają się dziś również w innych miastach Polski – m.in. w Szczecinie i Krakowie.
– Nie może być spadku wydatków na edukację – powiedział przewodniczący OPZZ Guz. – Nie będzie rozwoju gospodarczego i innowacji, jak nie będzie dobrej szkoły. Serdecznie wam dziękujemy za lekcję wychowania obywatelskiego i demokracji.
– Musimy pamiętać, że nauczyciel powinien dobrze zarabiać, dlatego, że ręczy głową, gdy coś się stanie dziecku na terenie szkoły – doda Nikodem Kaczprzak z Młodzieżowej Rady Warszawy. – Nauczyciele, jesteśmy w wami!
Sławomir Broniarz, który witał przybywających na demonstrację, nie krył radości: – Są delegacje z całego kraju: Śląska, Poznania, Krakowa, Łodzi, Torunia, Poznania. Wciąż dojeżdżają kolejne grupy, także mniejszymi busami. Jesteśmy zdeterminowani, dalszy protest ma sens!
Po zakończeniu protestu prawdopodobnie zbierze się prezydium ZNP. Wątpliwe, aby nagle zmienił się front pedagogów i zrezygnowali z dalszego bojkotowania pracy. Nie liczą na żadną przełomową propozycję rządzących.
W środę o 09:00 kolejna demonstracja ma przejść pod MEN z Ronda Dmowskiego. To inicjatywa Komitetu Strajkowego Szkoły Podstawowej (tzw. specjalnej) nr 117 w Warszawie.
– Premier zarzuca nam, że działamy na szkodę uczniów. Ale czy premier potrafiłby spojrzeć w twarz uczniom po tym, jak rząd traktuje protest kilkuset tysięcy ich nauczycieli? – mówi uczestnicy warszawskiego protestu. – Gdy mówimy, że nauczyciele to elita intelektualna kraju, w odpowiedzi dostajemy pobłażliwe uśmiechy. To spuścizna wielu lat chaosu w całej edukacji i języka pogardy w przestrzeni publicznej. Nie godzimy się na szantażowanie nas i stawianie przeciwko nam uczniów i rodziców.
– Dzisiaj niczego nie kończymy. Niczego nie kończymy. W dalszym ciągu jesteśmy w fazie strajku o godność nauczyciela, o godność pracownika oświaty – zastrzega Sławomir Broniarz. – Nauczycielska bieda, oświatowa bieda, nie ma barw politycznych i związkowych. Oprócz pieniędzy, płacy, zależy nam na dobrej, autonomicznej szkole, z wysoką pozycją zawodową nauczycieli i dyrektorów szkół, aby ci ludzie nie byli uwiązani różnego rodzaju rozporządzeniami MEN, żeby nie funkcjonowali w okowach ustaw i rozporządzeń. Chcemy mówić swoim głosem.

Po prostu jesteśmy razem

Kinga (imię zmienione) od trzech lat pracuje na pół etatu w świetlicy szkoły podstawowej na peryferiach Opola.  Z wykształcenia jest nauczycielką wychowania fizycznego. Portalowi Strajk opowiada, dlaczego całym sercem popiera strajk środowiska nauczycielskiego. W jej szkole za strajkiem opowiedziało się 98 proc. głosujących.

Dlaczego została Pani nauczycielką?
Miałam być fizjoterapeutką, ale starając się o przyjęcie na studia dostałam się na dwa kierunki. Gdy przyszedł moment podjęcia decyzji, bez zastanowienia zrezygnowałam z fizjoterapii i zapisałam się na wychowanie fizyczne. Nie potrafię tego wyjaśnić, miałam takie przeczucie.

Nigdy Pani nie żałowała?
Nigdy! Ta praca to dla mnie satysfakcja i spokój. Jestem w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Bo to nie jest tak, że tylko ja uczę czegoś dzieci – ja również uczę się od nich. Przy dzieciach odpoczywam psychicznie.
Dzieci od razu wyłapują fałsz, nie potrafią kłamać. Nic im nie umknie. Są też bardzo wyrozumiałe. Życzę niektórym dorosłym takiej klasy i zachowania w niektórych sytuacjach, jak u dzieci. Od trzech lat nie wyobrażam sobie, bym miała przestać być nauczycielką. Będę chciała udowodnić, że zasługuję na zatrudnienie na stałe, ale co życie pokaże, to zobaczymy. W życiu dorabiałam sobie w wielu miejscach, w hurtowni części samochodowych, sklepach itp. Poradzę sobie. Szkoda by było jednak tych pięciu lat studiów.

Nauczyciel to zawód z misją do tego stopnia, że zdaniem niektórych ta misja ma wręcz zastąpić warunki pracy i podwyżki. Czy widzi Pani to poczucie misji w swoim otoczeniu? Czy sama je Pani czuje?
Tak. Wszyscy musimy uczęszczać do Miejskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli na obowiązkowe kursy dokształcające. I tam działa coś takiego, jak Klub Nauczyciela. To, co zobaczyłam w tym klubie, kompletnie odwróciło mi obraz nauczycieli. Spotkałam niesamowitych ludzi z pasją, którzy organizują szkolenia po godzinach, urządzają rozmaite akcje, projekty i innowacje. Oni żyją tym wszystkim.
Żeby trzymać się pracy w szkole, trzeba mieć charakter. Trzeba mieć w sobie sporo determinacji. Jest wielu młodych, którzy mają pojęcie, chęci i są wspaniałymi ludźmi prywatnie i zawodowo – warto na nich patrzeć i czerpać z nich przykład. Niektórzy się boją, niektórzy pracują na pokaz, ale większość to ludzie z podejściem, z misją – może nie taką, która naprawi świat, ale chociaż uczyni to, co lokalne, trochę lepszym.

Ale nie zawsze taki był Pani obraz nauczycieli?
Miałam inne zdanie, gdy nie pracowałam jako nauczycielka.
Oczywiście, jak w każdym zawodzie są też rutyniarze – tacy, którzy wiele rzeczy się naoglądali i już tylko liczą dni do emerytury. Wydaje mi się, że powinniśmy im ładnie podziękować i zrobić miejsce młodym. Oświata będzie inaczej wyglądała, jeśli wkroczy do niej świeży powiew. A tu jest coraz gorzej – jestem nauczycielką kontraktową i wydłużono mi ścieżkę awansu zawodowego. Aby wejść na kolejny stopień i zbliżyć się do 3000 zł, musiałabym przepracować około 10 lat.

A ile Pani dziś zarabia?
970 zł na rękę za pół etatu. Teraz była drobna podwyżka. Przyznano mi dodatek motywacyjny, który dostałam po dwóch latach pracy.
Nie wiem, skąd niektórym ludziom biorą się te niesamowite kwoty, które rzekomo zarabiamy. W mojej szkole dyrektorka ze wszystkimi dodatkami zarabia może maksymalnie 6000 zł, a prowadzi do tego jeszcze jeden przedmiot i ma wysługę lat.

To przez niskie pensje popiera Pani strajk?
Nie chodzi tylko o podwyżki. Osobiście walczę o wszystko: o zniesienie oceny nauczyciela przez dyrektora, o zmiany w programie nauczania, który uważam za bzdurny. Moje koleżanki czasem nie dowierzają w to, co widzą – w wielu przypadkach nie ma to nic wspólnego z nauczaniem.
Wspieram też strajk dlatego, że moja szkoła to świetne miejsce i robię to dla niej. A jednocześnie czuję, że nie ma już szacunku do nauczycieli. Byli uczniowie nie mówią już nawet nauczycielom „dzień dobry”.
W Pani szkole za strajkiem było 98 proc. głosujących nauczycielek i nauczycieli.
Byłoby 100 proc., ale jedna osoba się wstrzymała i jedna osoba błędnie wypełniła kartę. Taka solidarność napawa nadzieją.

Czuje Pani wokół siebie wzburzenie środowiska?
Tak. Do czego to dzisiaj doszło? Rząd nagle straszy społeczeństwo nauczycielami, to jest nie do pomyślenia. Ja się nie boję tego, że nie dostaję 300 zł podwyżki, mnie bardziej martwi to, co się dzieje między ludźmi, jak skaczą sobie do gardeł.
Na to wszystko idzie przykład z góry. To, co ten rząd wyprawia, woła o pomstę do nieba. Są pieniądze na głupoty, a nie ma na oświatę? W jakim my kraju żyjemy?

Przeciwnicy strajku zarzucają wam, że nie chodzi o żadną poprawę losu nauczycieli, tylko o zwykłe dokopanie PiS-owi?
Absolutnie nie! Ludzie już się w końcu wkurzyli, są naprawdę wściekli. Tu chodzi o prestiż tego zawodu. Nauczyciele chcą robić coś więcej, a nie tylko przeżyć. To nie jest tak, że nauczyciel siedzi 20 lat i nic nie robi. To bzdura.
Nawet jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby i sam się nie dokształca, i tak jest dużo obowiązkowych kursów czy szkoleń organizowanych przez dyrekcję. Szkoła cały czas nam przypomina o tym, że kształcimy się przez całe życie.

PiS sugeruje, że wielu nauczycieli jest pod wpływem ostrej retoryki szefa Związku Nauczycielstwa Polskiego, Sławomira Broniarza, i to jego obarcza odpowiedzialnością za strajk. Jemu samemu z kolei przypisuje współpracę z tzw. totalną opozycją.
Ja nawet nie należę do związku zawodowego. Każdy z nas ma oczy i widzi, co się dzieje. Nie jesteśmy głupi. Nauczyciele to nie jest armia zombie, która pójdzie za jednym człowiekiem. To są ludzie wykształceni i obyci. Chcą protestować, bo potrafią ocenić należycie swoją sytuację, nie dlatego, że ktoś im podyktował, co myśleć i robić.

Rząd mówi też, że bierzecie za zakładników dzieci. Czy uważa Pani za etyczne, że strajkujecie w trakcie egzaminów?
Potrafiliśmy przez tyle lat zaciskać zęby, to rodzice na ten moment też będą mogli. To jest taka propaganda, gdy rząd straszy rodziców nauczycielami. Że niby dzieciom przez nauczycieli dzieje się krzywda? To jest po prostu cyrk i nieprawda.
Jak myślę o tych głosach rodziców, którzy mówią, że nie mają co zrobić z dziećmi… Trochę szacunku do siebie. Dzieci nie są żadnymi zakładnikami i przeżyją. Jak rodzice mają podrzucić dziecko na weekend dziadkom, to nie ma problemu, prawda? A jak Jasiu dostaje trójkę, to już jest alarm na całą szkołę.

To co powiedziałaby Pani dziś rodzicom?
Rozmawiamy z nimi na bieżąco. Tłumaczymy sytuację. Część rodziców, i to mnie najbardziej cieszy, bardzo nas wspiera.

Duża część?
Pracuję w świetlicy, więc nie wiem do końca, ale rodzice często mnie zagadują. Pytają nas, jak prywatnie się odnosimy do strajku. Tłumaczymy, że w godzinach pracy będziemy obecni, ale nie będziemy podejmować obowiązków.

A jak do tego wszystkiego odnoszą się dzieci?
Dzieci z podstawówki też nie wszystko jeszcze rozumieją, ale mniej więcej się orientują w tym, co się dzieje dookoła. Nie do końca jest tak, że jest euforia, bo nie będzie lekcji. U mnie w szkole sporo dzieciaków jednak nie do końca się cieszy z faktu, że przez jakiś tam czas nie będzie pani Ewy czy pani Ani, a także kolegów i koleżanek ze szkoły.

A co z innymi grupami zawodowymi w szkole? Są po stronie nauczycieli?
Tak, jak najbardziej. Uważam, że im się też podwyżka należy. Trochę się uśmiecham, bo często jest tak, że sprzątaczki wiedzą o rodzicach nawet więcej niż dyrekcja.

No dobrze, ale czy sytuacja nauczycieli naprawdę jest taka zła? Co odpowiada Pani ludziom, którzy twierdzą, że pracujecie niewiele godzin, macie wolne przez całe wakacje i na dodatek chroni Was Karta Nauczyciela.
To jest nieprawda. Niby to jest 18 godzin, ale tak naprawdę to o wiele więcej. W ostatnią środę na przykład były dni otwarte i trzeba było przystroić salę. Nauczycielki skończyły o 13:00, a później siedziały kilka godzin po pracy przez kilka dni z rzędu. Takich dni w ciągu roku szkolnego jest o wiele więcej. Powitanie wiosny, święta majowe, akademie – kto to wszystko przygotowuje, organizuje? Nauczyciele, przecież nie dzieci.
Poza tym w innym zawodzie mogłabym się z kimś zamienić i mieć wolne wtedy, kiedy chcę, jak np. znajdę tani wylot na Majorkę. U nas to tak nie wygląda. Muszę odpoczywać w konkretnym terminie, w szczycie sezonu, wydając więcej.

Jakie są nastroje przed strajkiem?
W szkole na co dzień są różni ludzie, jak w każdym innym zawodzie… Mam dużo znajomych, którzy pracują w innych szkołach, nauczyciele porozumiewają się też na grupie zamkniętej na Facebooku. Solidarnie się wszyscy organizujemy. Nie spodziewałam się takiego wysokiego wyniku w moim miejscu pracy, że aż 98 proc.
Po prostu jesteśmy razem.

Strajku nie można sztucznie wywołać

Dlaczego właśnie teraz nauczyciele organizują bezprecedensowy protest? Z jakimi planami i nadziejami wchodzą w drugi tydzień strajku? Jaki powinien być sens funkcjonowania całego systemu edukacji? Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Krajewskim, nauczycielem w LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie, członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego.

MKF: Jest 8 kwietnia. W całej Polsce rozpoczyna się strajk nauczycieli, 75 proc. szkół przerywa pracę. Jak jest u Ciebie?
Piotr Krajewski: Do strajku przystąpiło prawie 90 proc. nauczycielek i nauczycieli. Mniej więcej 50 osób, na ogólną liczbę pięćdziesięciu kilku. Osób, które nie przerwały pracy, jest dosłownie kilka, m.in. dwoje katechetów.

I ta solidarność się utrzymywała przez następne dni?
Niestety, część osób, które strajkowały w pierwszych dwóch dniach strajku, zawiesiły protest na okres egzaminów gimnazjalnych [LXIV LO prowadzi również klasy gimnazjalne – przyp. MKF]. Czy jeszcze dołączą? Dowiemy się w poniedziałek.
Z drugiej strony po tych kilku dniach strajku zauważyłem niemalże skokowy wzrost świadomości politycznej moich koleżanek i kolegów. Ludzie zrozumieli, że jesteśmy na „polu minowym” i że jeśli przegramy ten strajk, to zrobią z nami, co będą chcieli. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak wygrać, a nie, czy nasze działania będą zgodne z tzw. poczuciem misji. Rafał Trzaskowski, który pomógł organizować w Warszawie komisje na egzamin, był nazywany łamistrajkiem nawet przez osoby o poglądach liberalnych, a takich jest u nas większość.

Co więc zdecydowaliście?
Zacytuję stanowisko, które przyjęliśmy praktycznie jednogłośnie. Brzmi ono:
„My, nauczycielki i nauczyciele LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza z oddziałami gimnazjalnymi, stojąc na stanowisku, że jedynym powodem zakończenia akcji strajkowej może być spełnienie przez stronę rządową postulatów nauczycielskich, postanawiamy nie przerywać ani nie zawieszać strajku, dopóki nasze oczekiwania nie zostaną przyjęte przez władze.”
W tym stanowisku chodzi o to, żeby zablokować klasyfikację maturzystów. Jeśli nie przerwiemy strajku, nie będzie możliwe zwołanie rady klasyfikacyjnej.

To mocny gest. Jeszcze w ubiegłym roku byłby chyba nie do pomyślenia. Wygrałoby to poczucie misji, o którym mówiłeś, skłaniające nauczycieli, by nie upominać się o swoje zarobki, bo przecież ta praca to powołanie. Kiedy wśród pedagogów pojawiła się taka determinacja?
Już na początku marca większość nauczycieli mojej szkoły była zdecydowana strajkować. Pytali mnie, co ze strajkiem, ja wysyłałem regularnie maile informujące o rozwoju sytuacji.
A skąd determinacja? Wskazałbym kilka czynników. Swoją rolę odegrało olbrzymie wkurzenie na konkretne kłamstwa i manipulacje MEN. Do tego oczywista złość na deformę. Nie będę jednak ukrywał, że dość istotna była według mnie ogólna postawa anty-Zalewska. Większość ludzi w mojej szkole to przekonani wyborcy Platformy.

Media nie raz przedstawiały was jako roszczeniową, leniwą grupę zawodową. Nie baliście się, że tak będzie znowu? Że zostaniecie sami, niezrozumiani, atakowani np. przez rodziców uczniów?
Nas akurat obawy o postawę rodziców nie dotyczyły. Do liceum, gdzie pracuję, chodzi młodzież raczej ze środowisk, które mógłbym nazwać liberalnymi, moim zdaniem ich rodzice też podzielają postawę anty-Zalewska.
Ale obawy jednak były. Jaka jest szansa na powodzenie strajku? – pytali mnie koledzy i koleżanki.

I co odpowiadałeś?
Że duża. Wytworzyła się bardzo korzystna konfiguracja polityczna – nauczyciele mogą liczyć na bardzo duże poparcie społeczne, ludzie są wkurzeni na Zalewską… Jeśli nie teraz, to kiedy? – w tym stylu rozmawiało się w pokoju nauczycielskim.

A pracownicy obsługi, administracji szkoły?
Przed referendum sporo z nimi rozmawiałem. Prosiłem o głosowanie na tak, tłumaczyłem, że walczymy także o ich prawa. Kierownik administracyjny naszej szkoły również sugerował im głos na tak.
Kilka lat temu ZNP, z moim niewielkim udziałem, pomógł rozwiązać pewien konflikt dotyczący płac, między dwiema pracowniczkami szkoły a dyrekcją. Udało się wyjść z niego zwycięsko, a obie panie wstąpiły do ZNP. Sądzę, że to zdecydowanie zwiększyło zaufanie pracowników obsługi do związków zawodowych.

Wróćmy do ostatnich dni. Strajk trwa, ale egzaminy gimnazjalne jednak zostały przeprowadzone. MEN triumfuje.
Szczerze mówiąc bardzo bałem się tego dnia, nazywałem go „dniem sądnym” w rozmowach z koleżankami i kolegami. Trochę mi teraz wstyd, ale pomyślałem, że to już koniec.
Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że przebieg egzaminów gimnazjalnych był przesądzony. Jeśli w naszej szkole, gdzie stopień zastraszenia nauczycieli jest niewielki, znalazło się bez problemu kilka osób chętnych do pomocy w przeprowadzeniu egzaminu, to w większości szkół w Polsce nie powinno być z tym problemu.

Ale to jednak nie był koniec.
Po krótkim okresie szoku, wkurzenia na łamistrajków (chociaż nie wszyscy byli skłonni ich tak nazywać) wewnętrznych i zewnętrznych, znowu zaczęliśmy się zastanawiać, co możemy zrobić, żeby wygrać strajk. Ludzie chcą i będą walczyć.

Macie wsparcie uczniów?
W okresie poprzedzającym strajk w klasach, które uczę, a także w swojej wychowawczej klasie maturalnej, przeprowadziłem wiele rozmów. Może macie jakieś pytania na temat strajku? – pytałem. Mieli, i to dużo, czasami te rozmowy ciągnęły się przez całą lekcję. Uczniowie raczej akceptowali sytuację, chociaż, rzadziej, były też komentarze: co z maturami? kto ewentualnie odpowie za „zniszczenie mojej przyszłości”? W czasie strajku do szkoły przyszło kilkoro uczniów, żeby wyrazić swoje wsparcie i po prostu pogadać. Nie były to jednak tłumy.

Kolejne wypowiedzi ministrów już w trakcie strajku nie pokazują, by ktokolwiek w rządzie zamierzał choćby podjąć z wami merytoryczne rozmowy. Czy spodziewacie się, że ta postawa się zmieni? Czy też sądzicie, że naprawdę musielibyście zablokować matury, żeby zaczęto z wami rozmawiać?
Tak sądzimy. Obawiamy się jednak, że zablokowanie matur Zalewska będzie mogła łatwo obejść. Żeby zdawać maturę, trzeba ukończyć szkołę. Klasyfikacja maturzystów kończy się formułką „decyzją Rady Pedagogicznej z dnia” uczeń ukończył szkołę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że bez tej decyzji ani rusz. Jednak Zalewska może zmienić zasady jednym zarządzeniem. Na przykład zmieni formułkę na „decyzją dyrektora szkoły” lub „decyzją ministra edukacji narodowej” i po ptakach.
Inną możliwością jest próba zablokowania egzaminów ustnych. Na każdym takim egzaminie musi być certyfikowany egzaminator i jeden nauczyciel z macierzystej szkoły. Takich ludzi nie da rady znaleźć na zasadzie łapanki. Jednak i to można obejść. Można wydać zarządzenie, że egzaminów ustnych w tym roku po prostu nie będzie, bo znajdujemy się w „sytuacji wyjątkowej”.
Mamy świadomość, że wygramy tylko wtedy, gdy zaczną się nas naprawdę bać. To jest walka na zasadzie: albo my ich, albo oni nas. I to nie nauczyciele zaczęli tę walkę – pod koniec „negocjacji” rządu z ZNP i FZZ tknęło mnie, że PiS prowadzi je w bardzo dziwny sposób…

Co masz na myśli?
Doszedłem do wniosku, że nauczycieli wręcz podburzano do strajku. Dlaczego? PiS był przekonany, że może bardzo wiele politycznie zyskać. Przerzucić odpowiedzialność za chaos wykreowany „reformą” na nauczycieli, przekierować na nich społeczną złość. Mało tego, nie wykluczam, że ktoś w rządzie kalkuluje, iż pod pretekstem niedopełnienia obowiązków służbowych będzie można wymienić niewygodnych dyrektorów na swoich, do tego spowodować falę masowych odejść z zawodu wkurzonych i rozczarowanych ewentualną przegraną strajku nauczycieli. No i wreszcie – doprowadzić do skompromitowania Broniarza, rozbicia, a nawet delegalizacji ZNP, pod pretekstem obrony „bezpieczeństwa narodowego”. Zarządzanie przez kryzys, doktryna szoku opisana przez Naomi Klein. Droga do całkowitego przejęcia systemu edukacji stałaby otworem.

Sądzisz, że ten rząd opracował tak staranny, a przy tym diaboliczny plan?
Uważam, że oni nie są głupi. Wiele wskazuje na to, że ich strategia jest bardzo dobrze przemyślana, że są raczej zawsze o ruch do przodu w tej grze. To oni dysponują informacjami, badaniami socjologicznymi. Mogli kalkulować, że nauczyciele byli do tej pory zatomizowaną i słabą grupą społeczną, niezdolną do kolektywnych działań w swoim interesie.

Oponentem rządu w tych negocjacjach są liderzy związkowi. Czy Ty i Twoi koledzy i koleżanki wierzą, że ci konkretni ludzie są w stanie bronić waszych interesów?
Nauczyciele z mojej szkoły przed strajkiem mieli liderów związkowych raczej za „tłuste koty”. Jestem jednak przekonany, że teraz ich szacunek do nich niepomiernie wzrósł. Szczególnie do Broniarza, który wykazywał się wyjątkowym spokojem i sprawnością polityczną podczas „negocjacji” z rządem. Nie jestem jednak pewien, czy stosunek do niego można nazwać zaufaniem. Ja do Broniarza przed strajkiem miałem wręcz pretensje, że jest za mało radykalny, że pozwolił na to, żeby nauczyciele byli regularnie i wręcz systemowo opluwani w mediach przez ostatnie powiedzmy 10 lat. Miałem pretensje, że nie popierał strajku dwa lata temu na początku „reformy” Zalewskiej. Z perspektywy czasu jednak mocno go doceniam za wyczucie polityczne. On wiedział, że strajk wtedy to pewna klęska. Zresztą dopiero niedawno zrozumiałem, że strajk zawsze jest wynikiem gniewu społecznego i nie można go „wywołać”. Oskarżenia rządowych mediów o to, że to prezes Broniarz podburzył ponad 500 tysięcy ludzi do przerwania pracy, są absurdalne.

Sławomir Broniarz w trakcie negocjacji raczej ustępował, łagodził główny postulat. Nie burzyliście się wtedy?
Moi koledzy przeszli nad tym dość łatwo do porządku dziennego. Zdawali sobie sprawę z tego, że ZNP nie mógł sztywno trzymać się tego początkowego tysiąca, bo łatwo propaganda rządową oskarżyłaby go o „unikanie negocjacji”. Ja się z nimi zgadzam pod względem politycznym. Szkoda mi jednak moich młodszych koleżanek i kolegów, którzy rozpoczynając pracę w szkole dostają naprawdę głodową pensję – im ten tysiąc należał się najbardziej. Teraz, w razie zwycięstwa, jak zwykle najwięcej zyskają najsilniejsi.
Żałuję pracowników obsługi szkoły – tysiąc więcej dla wszystkich był czytelnym równościowym postulatem, spełnienie którego pomogłoby być może w zbudowaniu solidarności wewnątrzszkolnej. Ci ludzie najczęściej zarabiają płacę minimalną, byłby to dla nich to olbrzymi skok. Mam nadzieję, że uda się dla nich coś wywalczyć i że nie pomyślą, że znowu zostali oszukani…

W czwartek 11 kwietnia powstał społeczny komitet wsparcia strajku, którego twarzami są m.in. szefowa konfederacji pracodawców Lewiatan Henryka Bochniarz czy znany neoliberalny publicysta Wojciech Maziarski. Jak odnosisz się do tego, że tacy ludzie nagle przedstawiają się jako zwolennicy godnego wynagradzania pracowników, dobrej publicznej oświaty? I czy nie sądzisz, że rządowi tym łatwiej będzie atakować protest jako polityczny?
Bawi mnie fakt, że głównym inicjatorem tego przedsięwzięcia jest Wojciech Maziarski – neoliberał pierwszego sortu. Ale cieszę się z tego, że powstał Fundusz Strajkowy, wiem, że on może pomóc nam zwyciężyć. Bardzo dziwna jest polityka, w której cieszę się z sojuszu z neoliberałami…
Zdaje sobie jednak sprawę, że to jest taki ich „odruch charytatywny” – łaskawe elity wspierają słabszych. „Wielmożny Pan” decyduje, komu dać.

Nauczyciele, z którymi rozmawiałam, bardzo podkreślają, że w tym strajku nie chodzi tylko o pieniądze, że stawką jest wręcz ratowanie polskiej oświaty. Jak to wygląda w Twoim przypadku – o jakie zmiany w polskich szkołach Ty walczysz?
Zmieniłbym naprawdę bardzo wiele. Absolutnie fundamentalne pytanie, jakie według mnie należy sobie zadać brzmi: Jaki w ogóle jest cel systemu edukacji? Po co on jest? Poważne debaty na temat edukacji praktycznie nie miały miejsca w III RP. Pracuję w szkole już prawie 20 lat, ale nie słyszałem, żeby ktokolwiek zadał to pytanie. Pewnie dlatego, że istnieje jakaś cicha zgoda w tej sprawie.
Ja odpowiedziałbym na nie tak – system edukacji nie powinien mieć na celu produkcji wydajnej siły roboczej podporządkowanej potrzebom rynku. Powinien służyć głównie emancypacji człowieka, być służebny wobec społeczeństwa, w którym funkcjonuje.
W gruncie rzeczy, żeby odpowiedzieć na pytanie, jakiego modelu edukacji chcemy, musimy wcześniej zastanowić się, jakiego chcemy społeczeństwa. Dlatego wcale mnie nie dziwi działalność obecnego rządu na polu edukacji. Rząd robi wszystko, żeby dostosować funkcjonowanie obecnego systemu do modelu społeczeństwa, jaki sobie wymarzył. Chyba nie ma potrzeby przypominać, jaki to model.

Jakiej polityki oświatowej potrzebuje Polska?

W czwartym roku rządów Prawa i Sprawiedliwości stoimy przed największym w historii Polski kryzysem oświaty. Ma on swój wymiar ekonomiczny – żądanie radykalnej poprawy kondycji materialnej nauczycieli – ale się do tego nie ogranicza.

Dzisiejsza opozycja już teraz powinna przygotować całościowy program wyjścia z tego kryzysu. To zaś wymaga poważnej dyskusji na temat wykraczającej poza samo tylko środowisko polityków.

Wobec strajku nauczycieli

Stoimy w obliczu ogólnopolskiego strajku nauczycielskiego. Postulaty tego środowiska – najbardziej konsekwentnie wyrażane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego – są w pełni uzasadnione. Cynizm obecnego rządu znajduje oczywisty wyraz w uporczywie głoszonej tezie, że na znaczne podwyżki płac nauczycielskich nie ma pieniędzy. Skoro znalazły się miliardy na inne cele, to ich brak dla nauczycieli jest po prostu konsekwencją przyjętych przez rząd (a raczej przez stojący nad nim ośrodek dyspozycyjny Prawa i Sprawiedliwości) priorytetów. Tym razem jednak środowisko nauczycielskie jest tak zdeterminowane, że najprawdopodobniej rząd zmuszony zostanie do zmiany stanowiska. Następny rząd odziedziczy skutki wieloletnich zaniedbań i będzie musiał stworzyć długofalowy program dofinansowania oświaty. Wymagać to będzie bardzo poważnej refleksji nad cała koncepcją finansów publicznych.
Problem finansowania oświaty nie zrodził się wczoraj. Po drugiej wojnie światowej imponujący skok edukacyjny stanowiący jedno z największych osiągnieć Polski Ludowej dokonał się w warunkach zniszczeń wojennych, a także w ramach polityki ekonomicznej, której wady są na tyle znane, że nie warto ich przypominać. Państwo podjęło wielkie zadania edukacyjne nie mając na to wystarczających środków, co musiało pociągać za sobą oszczędzanie na płacach nauczycielskich. Tym, co do pewnego stopnia łagodziło społeczne odczucie degradacji tego zawodu był fakt, ze w podobny sposób obniżone zostały (w porównaniu z okresem przedwojennym) płace innych zawodów inteligenckich. Po 1989 roku sytuacja uległa jednak zmianie. Badania socjologiczne (zwłaszcza profesora Henryka Domańskiego) wskazują na to, że ponownie wystąpiła silna korelacja między wykształceniem i zarobkami. Wystąpiło to jednak silniej w sektorze przedsiębiorstw niż w sferze budżetowej, do której należy oświata. W latach dziewięćdziesiątych sytuację do pewnego stopnia łagodziło to, że przy wysokiej stopnie bezrobocia zawód nauczyciela postrzegany był jako ten, który zapewnia trwałe zatrudnienie. Rządy Włodzimierza Cimoszewicza i Jerzego Buzka podejmowały wysiłki na rzecz podniesienia płac nauczycielskich, ale skala wprowadzonych wówczas podwyżek uposażeń była ograniczona wciąż bardzo trudną sytuacją finansową państwa. W obecnym stuleciu – zwłaszcza po wejściu Polski do Unii Europejskiej – sytuacja gospodarcza wyraźnie się poprawiła, co wyraziło się w znaczącym wzroście stopy życiowej Polaków. To w tych warunkach najsilniej wystąpiło zjawisko coraz większej dysproporcji między zbyt wolno rosnącymi zarobkami nauczycieli a zarobkami innych grup zawodowych z wyższym wykształceniem. Szkodzi to nie tylko nauczycielom, gdy ż powoduje odpływ z zawodu utalentowanych ludzi, którzy wiele mogliby dać polskiej oświacie, ale nie są w stanie utrzymać rodziny z tak niskich zarobków, jakie obecnie oferuje im praca w oświacie. „Prawo i Sprawiedliwość” samo sprowokowało radykalizację protestu nauczycielskiego przez to, że idąc po władzę głosiło nieprawdziwą tezę, jakoby na wszystko będą pieniądze „wystarczy tylko nie kraść”. Trudno się więc dziwić, że nauczyciele po trzech latach obecnych rządów zażądali stanowczo poprawy warunków, na jakich wykonują swój trudny zawód. Obecna opozycja powinna radykalną poprawę warunków płacowych tego środowiska wpisać w swój program. Wymaga to zmiany priorytetów polityki finansowej. Oświata i służba zdrowia musza uzyskać silniejszą niż dotychczas pozycję w podziale środków budżetowych.

Jaka edukacja?

Oświata wymaga jednak nie tylko radykalnej zmiany w zakresie jej finansowania. Konieczna jest nowa polityka oświatowa. Dotyczy to zwłaszcza programów nauczania, neutralności światopoglądowej szkoły i jej roli w wychowaniu obywatelskim. Dwukrotnie na przestrzeni dwudziestu lat zafundowano polskiej oświacie nieprzemyślane zmiany strukturalne: najpierw powołując gimnazja (1998), a potem je znosząc (2017). W obu wypadkach były to reformy kosztowne i do tego wprowadzane zbyt szybko, co prowadziło do chaosu. Zmiany organizacyjne miały zastąpić poważną pracę nad unowocześnieniem oświaty. Po odsunięciu PiS od władzy należy zaprzestać tej huśtawki organizacyjnej i skupić uwagę na tym, co najważniejsze : na treści nauczania.
Wybitny fizyk i edukator profesor Łukasz Turski przedstawił dwa lata temu nowatorską koncepcję edukacji, której celem – jak pisał – powinno być „zdobywanie wiedzy i umiejętności samorealizacji każdego uczącego się w parciu jego własne talenty” („Uwagi o edukacji powszechnej z reformą szkół AD 2017 w tle”, Warszawa 2017, s.13). Tak rozumianą edukację przeciwstawiał szkoleniu polegającemu na mechanicznym przekazywaniu wiedzy „z góry w dół”, co stanowi nadal obowiązujący model polskiej oświaty. Dlatego postulował, by reforma kształcenia powszechnego polegała „na zmianie paradygmatu ze szkolenia na edukację” (s. 20).
Wracam w tym kontekście do własnych doświadczeń z okresu, gdy w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza (1996-1997) kierowałem Ministerstwem Edukacji Narodowej. Stałem wtedy na stanowisku, że dla polskiej oświaty najważniejsze są nie zmiany struktury szkolnej, lecz zasadnicze zmiany treści i sposobów nauczania. Dlatego w 1997 roku podpisałem nową podstawę programową kształcenia ogólnego opracowaną przez znakomity zespół ekspertów kierowany przez wiceministra Mirosława Sawickiego i dyrektora departamentu Jerzego Gąsiorowskiego – zasłużonych działaczy oświatowych związanych przed laty z „Solidarnością”. Istotą tej zmiany było odejście od przeładowanych programów i zapewnienie nauczycielom znacznej swobody w doborze sposobu przekazywania wiedzy. Publicystka „Gazety Wyborczej” Maria Kruczkowska nazwała to „cichą rewolucją” (Gazeta Wyborcza, 30 czerwca 1997).
Już po zmianie rządu zostałem (w listopadzie 1997 roku) przyjęty na kilkugodzinnej rozmowie przez redaktora naczelnego „Kultury” Jerzego Giedroycia, który nie tylko bardzo wysoko ocenił ten kierunek zmian, ale zaproponował mi opublikowanie na ten temat artykułu („Spory o politykę oświatową w Polsce”, Kultura. Nr.1-2, 1999) – mojego jedynego tekstu w tym zasłużonym miesięczniku. W konkluzji tego artykułu pisałem:
„Sprawy oświaty w stopniu szczególnie wielkim wymagają wyłączenia ich ze sfery doraźnej walki politycznej….W sprawach oświaty i wychowania istnieją znaczne różnice poglądów, ale nie powinno to wykluczać porozumienia ponad politycznymi podziałami. Bez niego spory o politykę oświatową będą jedynie pogłębiały podziały zamiast służyć znajdowaniu najlepszych rozwiązań” (s. 24) .

Z pełną aprobatą

Jerzego Giedroycia spotkały się moje uwagi o konieczności zapewnienia neutralności światopoglądowej szkoły, krytyka ksenofobicznych akcentów w nauczaniu historii i postulat „edukacji europejskiej”, której celem jest przygotowanie młodego pokolenia do roli światłych obywateli Unii Europejskiej. Rozmowy z redaktorem naczelnym „Kultury” wspominam z wielką satysfakcją, gdyż umacniały mnie one w przekonaniu, że w polityce edukacyjnej lewicy szliśmy właściwą drogą.
Po zmianie rządu sprawy poszły jednak w innym kierunku. Przeprowadzona została politycznie motywowana czystka nie tylko w ministerstwie, ale także w kuratoriach, przy czym ofiarami tej czystki padali nie tylko ludzie związani z SLD czy PSL, ale także wielu dawnych działaczy „Solidarności”, których jedyną winą była dobra współpraca z lewicowym ministrem. Nowa podstawa programowa została odrzucona przez ministra Mirosława Handke i nigdy później nie wrócono już do takiej koncepcji szkoły, w której nauczyciel nie byłby skrępowany zbyt drobiazgowymi dyrektywami i w której nacisk kładziony byłby na rozumienie zjawisk, a nie na zapamiętywaniu niezliczonych faktów. Powrotowi do konserwatywnej koncepcji szkoły towarzyszyło mechaniczne przyjmowaniu takich „nowinek” jak masowo stosowane testy, oparte głównie na pamięciowym opanowaniu materiału.

W następnych latach

tendencja ta ulegała wzmocnieniu pod wpływem mechanicznie przejmowanych wzorów obcych, w tym nacisku kładzionego na testy, które preferują mechaniczne zapamiętywanie właściwych odpowiedzi kosztem pobudzania do samodzielnego myślenia. Jest to coraz bardziej anachroniczne – zwłaszcza w erze powszechnej dostępności internetu. Po co uczniowi zapamiętywanie nazw czy dat, skoro bez trudu te informacje może znaleźć w swoim laptopie?
Inny model edukacji wymaga dwóch rzeczy: przebudowy programów szkolnych i zmiany sposobu kształcenia nauczycieli. Obie te zmiany wymagają czasu i konsekwencji. Im szybciej się za to weźmiemy, tym lepsze będą efekty.
Nie są to jednak jedyne bolączki naszej oświaty. Rządy PiS spowodowały wyraźną klerykalizację oświaty. Katecheci uzyskali bardzo silną pozycję – nieproporcjonalną do formalnie przecież nadobowiązkowego charakteru nauczanego przez nich przedmiotu. Ceremonie szkolne nasycone są treściami religijnymi, co kłóci się z zasadą neutralności światopoglądowej państwa, a więc i państwowej szkoły. Niektórzy kuratorzy oświaty zasłynęli pełnymi nietolerancji wypowiedziami publicznymi w tak delikatnych sprawach jak orientacja seksualna. Zaniechano nowocześnie rozumianego przekazu wiedzy o życiu seksualnym człowieka, od dawna atakowanego przez środowiska klerykalne.
Dochodzi do tego skrajne upolitycznienie szkoły. Jednostronne przedstawianie historii najnowszej (w tym bezkrytyczny kult tak zwanych „żołnierzy wyklętych”) osiągnęło ostatnio alarmujący poziom. Nie brak sygnałów, że do szkoły docierają treści nacjonalistyczne, w tym antysemickie. Podległy Prawu i Sprawiedliwości aparat oświatowy przymyka na te zjawiska oko. Tak nie buduje się wspólnoty obywatelskiej.

Co należy zrobić?

Stoimy przed bardzo realną perspektywą odsunięcia PiS od władzy w wyniku październikowych wyborów parlamentarnych. Przed nowym rządem staną wielkie zadania wyprowadzania Polski z chaosu spowodowanego obecnymi rządami. W obszarze polityki edukacyjnej wymaga to wielu trudnych posunięć, do których należy przygotowywać się już teraz.
Dlatego proponuję podjęcie przez kierownictwa partii wchodzących w skład Koalicji Europejskiej kilku posunięć, które nie muszą czekać na wybory.
Po pierwsze: powołany powinien zostać niezależny od partii politycznych zespół wybitnych ekspertów, którego zadaniem byłoby przygotowanie podstaw zmian programowych tak, by nowy rząd nie musiał zaczynać tych prac od zera.
Po drugie: należy przygotować projekty dwóch ustaw: jednej, która anulowałaby niefortunną reformę szkolnictwa wyższego autorstwa wicepremiera Gowina i drugą, która ustanawiałaby jako stały organ państwowy Radę Edukacji Narodowej jako ciała wyposażonego w istotne kompetencje w zakresie programu edukacji i złożonego z nieusuwalnych ( na okres długiej kadencji) specjalistów powoływanych przez Prezydenta RP spośród osób wysuniętych przez Prezydium Polskiej Akademii Nauk, rektorów najważniejszych uniwersytetów, posiadaczy doktoratów honoris causa i osób zaproponowanych przez nauczycielskie związki zawodowe.
Po trzecie: należy ponownie po łączyć ministerstwa edukacji narodowej i oraz nauki i szkolnictwa wyższego. Podział ministerstw nastąpił w 2006 roku w wyniku wejścia do rządu Ligi Polskich Rodzin, której szef został wicepremierem i ministrem edukacji nie mając nawet doktoratu. To wtedy oddzielono naukę i szkolnictwo wyższe, co jednak utrzymane zostało przez wszystkie następne rządy mimo że znikła przyczyna „rozwodu”. Sprawa jest dlatego ważna, że potrzebna jest silniejsza koordynacja prac w zakresie szkolnictwa wyższego i średniego, a także dlatego, ze uniwersyteckie kształcenie nauczycieli powinno być synchronizowane z pracami programowymi w oświacie.
Po czwarte: należy opracować i poddać pod dyskusję publiczną (jeszcze przed wyborami) koncepcję uwolnienia polskiej szkoły od dyktatu wyznaniowego. Zmiany te powinny obejmować wyprowadzenie nauki religii ze szkól i zastąpienie jej podstawami religioznawstwa, a także wyraźne zagwarantowanie takiego prowadzenia szkół, by przywrócona została pełna wolność sumienia – tak wierzących, jak niewierzących.
Mamy przed sobą nieco ponad pól roku. Warto ten czas wykorzystać, by po październikowych wyborach energicznie przystąpić do naprawy tego, co w polskiej oświacie zepsuły rządy Prawa i Sprawiedliwości.

Zalewska kontratakuje

Minister Zalewska nie ma sobie i MEN nic do zarzucenia w sytuacji nadciągającego strajku nauczycieli w całym kraju, a niskim płacom w sektorze jest winna PO.

Uważa, że może spokojnie objąć funkcję deputowanej Parlamentu Europejskiego, bo spełniła się całkowicie na stanowisku rządowym w Polsce, a jej reforma ma się świetnie. Zapowiada też, że da zdecydowany odpór karcie LGBT w Warszawie.
W wywiadzie jaki w sobotę 16 marca rano ukazał się na jednym z portali minister edukacji Anna Zalewska najwyraźniej wątpi, czy zapowiadany na kwiecień strajk nauczycieli będzie odmową pracy na wielką skalę i uniemożliwi egzaminy gimnazjalne.
– Poczekamy na wynik nauczycielskiego referendum, który może przybierać różnego rodzaju formy – mówi szefowa MEN, podczas gdy faktycznie, jak już pisał Portal Strajk, nauczyciele w szkołach, gdzie referenda już się odbyły, w zdecydowanej większości opowiadają się za strajkiem.
Zalewska jednocześnie utrzymuje, że nie ma sobie nic do zarzucenia w kwestii podwyżek, jakich żądają nauczyciele, a ZNP zaprasza na “dalsze rozmowy”, oskarżając jednocześnie związek o niechęć do dialogu. Czołowy nauczycielski postulat podniesienia wynagrodzenia zasadniczego o 1000 zł określiła jako “zaporowy” i niemożliwy do realizacji ze względów budżetowych. Mówi, że budżet na ten rok jest już zamknięty, nie odnosząc się jednak do faktu, że główny postulat i groźba strajku były przez ZNP artykułowane od połowy roku ubiegłego.
Szefowa ministerstwa uparcie powtarza, że proponowane przez resort symboliczne podwyżki, gdzie nauczyciele dyplomowani dostaną w trzech turach dodatkowe 508 zł, a pozostali mniej, to na razie absolutny pułap. Nie wyklucza co prawda dyskusji o kolejnych podwyżkach w przyszłości i zaprasza ZNP do dalszych rozmów, podczas gdy przez cały ubiegły rok MEN regularnie ignorował głos związku.
– Kompromis zakłada, że my się gdzieś w pół drogi spotykamy – podkreśla przedstawicielka rządu, upominając ZNP, chociaż nie wiadomo, co w świetle dotychczasowych doświadczeń miałoby to oznaczać.
Pani minister nie ma wątpliwości, że jej rząd zrobił dla nauczycieli wszystko, co było możliwe. – Z mojej strony jest wyłącznie dobra wola – powtarza, a sedna problemu z niskimi zarobkami upatruje w polityce poprzedniej ekipy.
– Jestem ministrem edukacji, który oddał nauczycielom wszystko to, co zabrali moi poprzednicy, pamiętając, że nauczyciele zasługują na podwyżki, do których się zobowiązałam. (…) Nie wywołuję żadnych konfliktów. Zapowiedziałam podwyżki i je zrealizowałam przy absolutnym spokoju i aprobacie związków zawodowych.
Zalewska odżegnuje się od podejrzeń, że jej kandydatura do Parlamentu Europejskiego jest ucieczką od problemów polskiej edukacji, z którymi nie daje sobie rady.
– Jarosław Kaczyński i premier Beata Szydło poprosili mnie, abym z tego mandatu zrezygnowała i poszła do najtrudniejszego resortu z jednym celem: abym przeprowadziła reformy. I tak właśnie się stało. (…) Reforma jest dopilnowana (…) Jesteśmy absolutnie spokojni.
Pani minister zapowiedziała jednocześnie, że będzie walczyć z kartą LGBT w warszawskich szkołach, bo jej postanowienia są jej zdaniem niekonstytucyjne.
– W systemie oświaty nie występuje ktoś taki jak „latarnik”. Jest za to pedagog czy psycholog – zastrzega i zapewnia, że “latarnicy”, czyli osoby sygnalizujące dyskryminację osób LGBT, absolutnie do szkół nie wejdą. – To jest niezgodne z prawem. Będziemy tego bezwzględnie pilnować.

Na korytarzu

W sobotę 15 września pod budynkiem MEN protestowali nauczyciele zrzeszeni w oświatowej „Solidarności”. Twierdzili, że przyszli „pokazać czerwoną kartkę minister Zalewskiej” bo „wprawdzie poparli reformę edukacji, ale nie popierają degradacji zawodu nauczyciela”. Zalewska przyjęła ich w hallu, nie zaprosiła ich do swojego gabinetu. Związkowcy są jednak zadowoleni, że w ogóle wyszedł do nich minister we własnej osobie.

 

– To jest moja 20. manifestacja. Po raz pierwszy przyjął nas minister konstytucyjny, to już jest jakiś postęp – stwierdził Ryszard Proksa, przewodniczący nauczycielskiej „Solidarności”. Początkowo nastroje zebranych pod MEN były bojowe: nauczyciele przynieśli transparenty z napisami „Niskie płace dla nauczycieli to wstyd dla polityków”, „Dość pozorowanego dialogu”, „Godna płaca za ciężką pracę”, „Nauczyciel to nie wolontariusz”, „Stop oszczędnościom w oświacie”.

Protestowali przeciwko zarządzeniom Zalewskiej , które doprowadziły do wydłużenia drogi awansu zawodowego nauczyciela, bo odbije się to negatywnie na płacach. Chcieli też podwyżek wynagrodzeń o 15 procent z początkiem 2019 r.

Szef Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „S” przed demonstracją mówił zdecydowanie: – Poparliśmy reformę systemu edukacji, ale nie popieramy degradacji zawodu nauczyciela! Jednak kiedy Zalewska zdecydowała się przyjąć delegację protestujących, nieco spuścił z tonu:

– Spotkanie było bardzo merytoryczne. Pani minister przyjęła nas w hallu, nie u siebie w gabinecie. Dlatego tak krótko trwało. Zaczęliśmy i ważne, żeby ta determinacja nas nie opuściła. Tutaj nic nie dostaniemy za darmo. Mam nadzieję, że to nie koniec naszej walki.

Minister zapowiedziała, że w ciągu kilku dni zaprosi przedstawicieli „S” na „rozmowy o konkretach”.

Ciekawe, czy będą na nie zaproszeni również przedstawiciele Związku Nauczycielstwa Polskiego. Na temat zmian w ścieżce awansu zawodowej nauczyciela i nowych kryteriów ocen pracy mają podobne zdanie, z tym że od początku nie kryli swojego krytycznego stosunku do reformy Zalewskiej. Nie kryli również żalu do „Solidarności”, która – zdaniem ZNP – pozostawała bierna wobec likwidacji gimnazjów. Przy okazji protestów pod koniec 2016 Ryszard Proksa oskarżał Sławomira Broniarza o chęć upolityczniania manifestacji, a nawet o ambicje „jednoczenia lewicy”, co miało w jego ustach jednoznacznie negatywny wydźwięk.

Swoje niezadowolenie związkowcy z ZNP wyrażą więc 22 września na wielkiej demonstracji OPZZ.

– Nastroje są fatalne, a będą jeszcze gorsze, jak nowa ocena pracy i nowe obowiązki nakładane przy tej okazji na nauczycieli wejdą w życie – mówił Sławomir Broniarz zapowiadając protesty. – Dzisiaj mamy konkurencję ze strony Lidla, Biedronki czy Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie, które na plakatach proponują 4,7 tys. zł brutto. A pensja nauczyciela stażysty wynosi 2,2 tys. zł. To jest dramat z punktu widzenia przyszłości edukacji.