Hamilton nie zwalnia

Nie było niespodzianki w wyścigu Formuły 1 o Grand Prix Belgii. Na torze Spa-Francorchamps znów dominowała ekipa Mercedesa. Wygrał obrońca mistrzowskiego tytułu Lewis Hamilton, przed kolegą z temu Valtterim Bottasem.

Cały weekend na torze Spa-Francorchamps przebiegał pod dyktando Hamiltona i Bottasa. Obaj rządzili na treningach i byli też najlepszi w kwalifikacjach. Z pole position startował Brytyjczyk, z drugiego pola startowego Fin. Podobnie było w niedzielnym wyścigu. Z kierowcami Mercedesa próbował nawiązać walkę tylko Holender Max Verstappen z Red Bulla, ale ostatecznie minął metę ze strata do zwycięskiego Hamiltona 15,455 s. Brytyjczyk powiększył swój dorobek w klasyfikacji generalnej tego sezonu do 157 punktów i rzecz jasna umocnił się na pozycji lidera. Drugi w zestawieniu Verstappen traci już do niego 47 punktów, ale trzeci Bottas ma od Holendra tylko trzy „oczka” mniej”. Kolejny w klasyfikacji Alexander Albon (Tajlandia/Red Bull) na na koncie 48 pkt, piaty Charles Leclerc (Monako/Ferrari) 45, szósty Lando Norris (W. Brytania/McLaren) 45, siódmy Lance Stroll (Kanada/Racing Point) 42, ósmy Daniel Ricciardo (Australia/Renault) 33, dziewiąty Sergio Perez (Meksyk/Racing Point) 33, a dziesiąty Esteban Ocon (Francja/Renault) 26. Stawkę zamyka kierowca sponsorowanej przez PKN Orlen ekipy Alfa Romeo Kimi Raikkonen (Finlandia/Alfa Romeo) z zerowym dorobkiem. Drugi z zawodników Alfa Romeo, Włoch Antonio Giovinazzi, jest 15. z dwoma punktami na koncie. Ale podczas GP Belgii stracił panowanie nad swoim bolidem i roztrzaskał go o barierki. Przy okazji „załatwił” też byłego kolegę Roberta Kubicy z zespołu Williamsa, George’a Russella, który jechał tuż za Włochem i z impetem zderzył się kołem które odpadło z samochodu Giovinazziego. Na szczęście obaj opuścili rozbite pojazdy o własnych siłach.
Drugi z kierowców Alfa Romeo, Raikkonen, tym razem zajął 12. miejsce, wyprzedzając m.in. oba bolidy Ferrari. Stajnia z Maranello przechodzi ostatnio głęboki kryzys – Sebastian Vettel zajął dopiero 13. lokatę, a Charles Leclerc 14.

Hamilton już jest na czele stawki

Broniący mistrzowskiego tytułu Brytyjczyk Lewis Hamilton (Mercedes) wygrał Grand Prix Węgier i po trzech tegorocznych wyścigach z dorobkiem 63 punktów jest liderem klasyfikacji generalnej Formuły 1, wyprzedzając kolegę z zespołu, Fina Valtteriego Bottasa. W klasyfikacji konstruktorów oczywiście także przewodzi Mercedes.

Układ sił w tegorocznym, nietypowym z powodu pandemii sezonie Formuły 1, jest już wystarczająco klarowny, żeby bez większego ryzyka pomyłki przewidzieć, że to Mercedes obroni mistrzowski tytuł w klasyfikacji konstruktorów, a wśród kierowców po raz siódmy w ogóle, a czwarty z rzędu po tytuł sięgnie Hamilton. Przed Grand Prix Węgier liderem po dwóch austriackich wyścigach był jeszcze Valtteri Bottas, lecz fiński kierowca na torze Hungaroring słabo wystartował z drugiego pola i spadł nawet na szóste miejsce, ostatecznie jednak minął metę na trzeciej pozycji, po nieudanym pościgu w końcówce za holenderskim kierowcą Red Bull Racing Maxem Verstappenem. Rozczarowania nie krył szef zespołu Mercedesa Toto Wolff, który liczył na podwójne zwycięstwo. Ale co mają powiedzieć szefowie innych zespołów, szczególnie Ferrari? Po pierwszym okrążeniu Niemiec Sebastian Vettel był czwarty, a Monakijczyk Chalrles Leclerc tuż za nim, więc we włoskiej ekipie pojawiły się obawy, że ich zwaśnieni kierowcy znowu, jak przed tygodniem w Austrii, wyeliminują się z wyścigu po jakimś zderzeniu podczas próby wyprzedzania. Tym razem do takiej kompromitującej sytuacji nie doszło, ale szósta lokata Vettela i jedenasta Leclerca chluby ekipie Ferrari, 16-krotnemu mistrzowi Formuły 1, z pewnością nie przyniosły. Scuderia Ferrari w punktacji zespołowej po trzech wyścigach zajmuje dopiero piąte, jakże dla niej upokarzające miejsce.
Hamilton nie ma więc jak na razie poważnej konkurencji, poza rzecz jasna Valtteri Bottasem. Ale w Grand Prix Węgier Brytyjczyk zademonstrował rewelacyjna formę i pokazał, że jako kierowca F1 nie ma w tej chwili słabych punktów. W końcówce wyścigu uzyskał najlepszy czas okrążenia na miękkich oponach i zdobył dzięki temu dodatkowy punkt. Po zaledwie trzech wyścigach trudno sobie wyobrazić, aby ktoś w tym sezonie mógł mu przeszkodzić w zdobyciu kolejnego tytułu mistrza świata. A jeśli go zdobędzie, będzie to jego siódmy triumf w karierze, więc pod względem ich liczby dorówna rekordziście Michaelowi Schumacherowi. Na torze Hungaroring Hamilton odniósł swoje 86. zwycięstwo w karierze w wyścigu Formuły 1, więc Brytyjczyk goni też ten rekord wszech czasów Schumachera, który wygrał 91 wyścigów.
Na węgierskim torze wyzwanie kierowców Mercedesa na podium przedzielił Max Verstappen. 23-letni Holender kolekcjonuje nieformalne trofea przyznawane najmłodszemu uczestnikowi wyścigu: jest najmłodszym zdobywcą punktów, najmłodszym zdobywcą miejsca na podium, najmłodszym zwycięzcą i najmłodszym liderem wyścigu oraz najmłodszym autorem najszybszego okrążenia. Brakuje mu tylko najcenniejszego osiągnięcia – tytułu najmłodszego mistrza świata. Tu najlepszy jest Sebastian Vettel, który swój pierwszy mistrzowski tytuł w 2010 roku wywalczył w wieku 23 lata i 134 dni. Verstappen ma szansę go pobić, bo 30 września skończy dopiero 23 lata, ale wątpliwe by Hamilton się przejmował jego ambicjami i pozwolił mu na triumf w tegorocznym sezonie.
Sponsorowany przez PKN Orlen zespół Alfa Romeo, mimo zaangażowania Roberta Kubicy podczas jazd testowych i treningowych, zaliczył kolejny nieudany weekend. Po beznadziejnym występie w sesji kwalifikacyjnej (dwa ostatnie miejsca), w niedzielnym wyścigu kierowcom włoskiej ekipy poszło niewiele lepiej. Kimi Raikkonen i Antonio Giovinazzi zajęli odpowiednio 16. i 17. lokaty, a gorsi od nich byli jedynie obaj kierowcy Williamsa, George Russell i Nicholas Latifi, oraz Pierre Gasly z Alpha Tauri, który nie ukończył wyścigu. Jakby nie patrzeć, nasz paliwowy koncern jak na razie fatalnie wybiera ekipy Formuły 1 do promowania swojej marki.

Klasyfikacja kierowców F1:

  1. Lewis Hamilton (W. Brytania, Mercedes) – 63 pkt; 2. Valtteri Bottas (Finlandia, Mercedes) – 58; 3. Max Verstappen (Holandia, Red Bull Racing) – 33; 4. Lando Norris (W. Brytania, McLaren) – 26; 5. Alexander Albon (Tajlandia, Red Bull Racing) – 22; 6. Sergio Perez (Meksyk, Racing Point) – 22; 7. Charles Leclerc (Monako, Ferrari) – 18; 8. Lance Stroll (Kanada, Racing Point) – 18; 9. Carlos Sainz (Hiszpania, McLaren) – 14; 10. Sebastian Vettel (Niemcy, Ferrari) – 9; 11. Daniel Ricciardo (Australia, Renault) – 8; 12. Pierre Gasly (Francja, Alpha Tauri) – 6; 13. Esteban Ocon (Francja, Renault) – 4; 14. Kevin Magnussen (Dania, Haas) – 2; 15. Antonio Giovinazzi (Włochy, Alfa Romeo) – 2; 16. Daniił Kwiat (Rosja, Alpha Tauri) – 1; 17. Nicholas Latifi (Kanada, Williams) – 0; 18. Kimi Raikkonen (Finlandia, Alfa Romeo) – 0; 19. George Russell (W. Brytania, Williams) – 0; 20. Romain Grosjean (Francja, Haas) – 0.

Mercedes nadal dominuje

Pierwszy w tym sezonie wyścig Formuły 1, o Grand Prix Austrii na torze Red Bull Ring, zakończył się wygraną zespołu Mercedesa. Byłaby podwójna, gdyby nie kara dla drugiego na mecie obrońcy mistrzowskiego tytułu Lewisa Hamiltona. Brytyjskiego kierowcę ukarano przesunięciem na czwartą pozycję, dzięki czemu na podium obok jego kolegi z zespołu, Valtteriego Bottasa, stanęli Charles Leclerc z Ferrari i Lando Norris z McLarena.

Podczas wyścigu o GP Austrii przewaga Mercedesa nad resztą stawki była tak przytłaczająca, że ten skrócony w wyniku pandemii sezon raczej na pewno zakończy się triumfem niemieckiego zespołu. Red Bull Ring to najkrótszy tor w z wszystkich obiektów goszczących wyścigi Formuły 1. Bolidy Mercedasa biły na nim rywali o pół sekundy, co na dłuższych torach oznacza przewagę sekundy, co w tym sporcie oznacza technologiczna przepaść. A tyle do Bottasa i Hamiltona tracili Charles Leclerc, Norris, nie mówiąc o czterokrotnym mistrzu świata Sebastianie Vettelu, który nie był w stanie nawet przebić się w kwalifikacjach do fazy walki o pole position.
Ferrari nie poprawiło swoich osiągów w porównaniu do przedsezonowych testów i nie jest to dobry prognostyk na dalszą część zmagań, bo Włochom będzie bardzo trudno nadrobić w skróconym sezonie wszystkie braki. Ich bolidom brakowało przede wszystkim prędkości na prostej, co prawdopodobne było spowodowane złym ustawieniami. Możliwe wiec, że za tydzień służby techniczne te mankamenty zniwelują, ale to raczej na pewno nie pozwoli im przełamać dominacji Mercedesa.
A skoro o dominacji mowa, to szefowie niemieckiego zespołu mogą mieć sporo pretensji do zachowania Lewisa Hamiltona na Red Bul Ringu. Brytyjczyk nie zwolnił gdy wywieszono żółte flagi, bo jak twierdził, zapaliły się wtedy jednocześnie zielone światła. Za karę został na starcie przesunięty o trzy lokaty w tył stawki. Na szczęście drugi z kierowców Mercedesa, Bottas, trzymał poziom i startując z pierwszego miejsca szybko odskoczył rywalom na bezpieczną odległość. On też ostatecznie wygrał wyścig o GP Austrii, a drugi linie mety minął Hamilton, lecz Brytyjczyk został ukarany za spowodowanie kolizji w końcówce wyścigu i spadł na czwarte miejsce. Podium uzupełnili Charles Leclerc i Lando Norris, dla którego było to pierwsze podium w karierze.
Rozegrany bez udziału publiczności wyścig poprzedziła akcja mająca zwrócić uwagę na problem rasizmu. Nie wszyscy kierowcy zdecydowali się jednak na wykonanie symbolicznego „gestu Colina Kaepernicka”. Aż sześciu kierowców odmówiło uklęknięcia podczas prezentacji, co miało symbolicznym gestem wsparcia akcji „Black Lives Matter”. Wszyscy pojawili się wprawdzie na prezentacji w koszulkach z napisem „end racism”, a Lewis Hamilton, jedyny ciemnoskóry kierowca w stawce, założył nawet trykot z hasłem „Black Lives Matter”. Spośród dwudziestu zawodników nie uklęknęli Charles Leclerc, Max Verstappen, Carlos Sainz, Danił Kwiat, Kimi Raikkonen i Antonio Giovinazzi. Leclerc tak wyjaśnił swoje motywy wpisem na Twitterze: „Uważam, że ważne są fakty i zachowania w naszym codziennym życiu, a nie formalne gesty, które mogą być różnie odbierane w niektórych krajach. Nie uklęknę, ale to nie oznacza, że jestem mniej zaangażowany w walkę z rasizmem niż inni”. Podobne motywy wyjawił Max Verstappen: „Bardzo zależy mi na równości i walce z rasizmem. Uważam jednak, że każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie w czasie i formie, która mu odpowiada. Nie uklęknę dziś, ale szanuję i wspieram osobiste wybory każdego z kierowców”.
Klasyfikacja kierowców:

  1. Valtteri Bottas (Finlandia, Mercedes) – 25 pkt; 2. Charles Leclerc (Monako, Ferrari) – 18; 3. Lando Norris (Wielka Brytania, McLaren) – 16; 4. Lewis Hamilton (Wielka Brytania, Mercedes) – 12; 5. Carlos Sainz (Hiszpania, McLaren) – 10; 6. Sergio Perez (Meksyk, Racing Point) – 8; 7. Pierre Gasly(Francja, Alpha Tauri) – 6; 8. Esteban Ocon (Francja, Renault) – 4; 9. Antonio Giovinazzi (Włochy, Alfa Romeo) – 2; 10. Sebastian Vettel (Niemcy, Ferrari) – 1; 11. Nicholas Latifi (Kanada, Williams); 12. Daniił Kwiat (Rosja, Alpha Tauri); 13. Alexander Albon (Tajlandia, Red Bull Racing); 14. Kimi Raikkonen (Finlandia, Alfa Romeo); 15. George Russell (Wielka Brytania, Williams); 16. Romain Grosjean (Francja, Haas); 17. Kevin Magnussen (Dania, Haas); 18. Lance Stroll (Kanada, Racing Point); 19. Daniel Ricciardo (Australia, Renault); 20. Max Verstappen (Holandia, Red Bull Racing) – wszscy po zero punktów.

  2. Klasyfikacja konstruktorów:
  3. Mercedes – 37 pkt; 2. McLaren – 26; 3. Ferrari – 19; 4. Racing Point – 8; 5. Alpha Tauri – 6; 6. Renault – 4; 7. Alfa Romeo – 2; 8. Red Bull Racing – 0; 9. Haas – 0; 10. Williams – 0.

Mercedes maluje bolidy na czarno

W najbliższy weekend Formuła 1 zainauguruje opóźniony z powodu pandemii tegoroczny sezon wyścigiem o Grand Prix Austrii. Wydarzeniu towarzyszyć będzie wyjątkowa oprawa, nie mająca jednak nic wspólnego z koronawirusem. Motywem przewodnim będzie akcja #WeRaceAsOne przeciwko rasizmowi i dyskryminacji.

Na brak różnorodności w sporcie motorowym od dawna zwracał uwagę opinii publicznej jedyny ciemnoskóry kierowca w Formule 1, Brytyjczyk Lewis Hamilton. On też jako pierwszy z tego środowiska zaangażował się w kampanię Black Lives Matter. Nieoczekiwanie rozgłos tej jego aktywności nadał były wieloletni szef Formuły 1 Bernie Ecclestone, który w miniony piątek na antenie stacji CNN stwierdził, że w sportach motorowych, w tym zwłaszcza w F1, nie ma większego problemu z rasizmem. 89-letni obecnie Ecclestone zawsze słynął z wygłaszania kontrowersyjnych opinii, nie inaczej było i tym razem, bo w trakcie wywiadu pozwolił sobie na ryzykowną opinię, iż „czasem czarni są większymi rasistami niż biali”. Te słowa wywołały natychmiast medialną burzę. Hamilton nazwał wypowiedź Ecclestone’a „popisem ignorancji”, a obecny szef Formuły 1 Chase Carey stwierdził, że tego typu wypowiedzi są szkodliwe i podkreślił, że Ecclestone „nie jest już w żaden sposób związany z F1”.
Wywołany do tablicy brytyjski milioner udzielił więc kolejnego wywiadu, tym razem na łamach dziennika „The Mail”. „Nie jestem przeciwko czarnym. Wręcz przeciwnie. Zawsze byłem im bardzo przychylny. Był nawet okres, gdy ojciec Lewisa chciał ze mną współpracować, bo zrobił dobry sprzęt do treningu i szukał inwestora. Nigdy bym nie pomyślał o współpracy z nim, gdybym był przeciwko czarnym. W swoim długim już życiu spotykałem wielu białych ludzi, których nie lubiłem, zaś nigdy nie spotkałem czarnoskórego, którego bym nie polubił. Kilkukrotnie zostałem okradziony przez czarnych, ale nawet po takich sytuacjach nie zmieniłem swojego nastawienia, choć raz po obrabowaniu skończyłem w szpitalu. Nie patrzę na Lewisa jako na człowiek o innym kolorze skóry. Dla mnie był, jest i zawsze będzie po prostu Lewisem” – powiedział Ecclestone.
Wyjaśnił też, dlaczego nie akceptuje niektórych aspektów ruchu Black Lives Matter. „Ludzie idą na marsze czy protesty, organizowane przez jakichś marksistów, by obalić policję. Gdyby ktoś jednak ich zapytał o co walczą, to większość z protestujących nawet nie wiedzieliby co odpowiedzieć. To nie moja wina, że jestem biały, tak samo jak nie jest moją winą, że jestem niższy od większości ludzi. Już w szkole nazywali mnie mikrusem i musiałem z tym żyć, ale nigdy nie przyszła mi do głowy nawet myśl, że z tego powodu powinienem być jakoś specjalnie przez innych traktowany. Nie jestem rasistą, a tylko uważam, że jeśli biały lub czarny traci pracę, to najpierw trzeba sprawdzić, czy stało się to z powodu koloru skóry, czy może dlatego, że nie źle wykonywał swoją pracę” – przekonywał Ecclestone.
W Formule 1 nikt jednak nie podziela jego poglądów, czego najlepszym dowodem jest akcja pod szyldem #WeRaceAsOne. Jej pomysłodawcy chcą zwrócić uwagę na problem dyskryminacji rasowej. Przed pierwszym w tym sezonie wyścigiem, a po odwołaniu z powodu pandemii koronawirusa wcześniejszych imprez inauguracja tegorocznych zmagań odbędzie się w Austrii na torze Red Bull Ring w Spielbergu, broniąca mistrzowskiego tytułu ekipa Mercedesa zaprezentowała swoje najnowsze bolidy w nietypowych czarnych barwach. Na samochodach pojawią się też elementy z oznaczeniem „End Racism”. „W 2020 roku będziemy się ścigać na czarno, jako publiczna obietnica poprawy różnorodności naszego zespołu i jasne oświadczenie, że przeciwstawiamy się rasizmowi i wszelkim formom dyskryminacji. Przed końcem tego sezonu ogłosimy też nowy program różnorodności i integracji, który będzie obejmował między innymi dalsze podnoszenie świadomości członków naszego zespołu” – podano w oficjalnym komunikacie wydanym przez zespół Mercedesa. Szefowie niemieckiego teamu zapewnili, iż te zmiany są już nieodwracalne.
Robert Kubica ma się pojawić na obu wyścigach F1 w Austrii, aby wspierać swoją ekipę z garażu. Polak może też otrzymać szansę występu, gdyby okazało się, że na koronawirusa zachorował któryś z podstawowych reprezentantów Alfy Romeo – Kimi Raikkonen albo Antonio Giovinazzi. Jakie szanse ma sponsorowany m.in. przez PKN Orlen włoski zespół? Podczas przedsezonowych testów w Barcelonie, które odbyły sie pod koniec lutego tego roku, sądząc wedle uzyskiwanych czasów, także przez Kubicę, bolidy Alfa Romeo plasowały się na ósmym miejscu w stawce.

Formuła 1: Williams znów ostatni

Od początku tegorocznego sezonu ton w rywalizacji w Formule 1 ton rywalizacji nadają kierowcy Mercedesa, a outsiderami są jeźdźcy Williamsa Georege Russell i Robert Kubica. W GP Francji było tak samo.

Z pierwszego pola ruszył Brytyjczyk Lewis Hamilton, a z drugiego Fin Valtteri Botas. Robert Kubica, podobnie jak jego partner z zespołu Russel, jak zwykle zaczęli wyścig z ostatnich pozycji, ale Polak znów był sporo wolniejszy na treningach i w kwalifikacjach od swojego brytyjskiego kolegi. Ta nierówna wewnętrzna rywalizacja budzi coraz więcej kontrowersji i zrodziła nawet podejrzenia, że ekipa z Grove faworyzuje rodaka przygotowując mu auto o lepszych parametrach.

Zdarzały się wyścigi, że Kubica był o ponad sekundę gorszy od Russella na pojedynczym okrążeniu, co w Formule 1 jest różnicą nietypową u kierowców tej samej ekipy. Na tym poziomie rywalizacji takie dysproporcje się raczej nie zdarzają. „To dziwne i tego nie rozumiem” – żali się coraz częściej Kubica w wypowiedziach dla mediów, co w końcu wyprowadziło z równowagi szefową zespołu Claire Williams. „George i Robert mają takie same pojazdy, nie dyskryminujemy żadnego z nich. Po co mielibyśmy to robić? I nie jest też tak, że któryś z nich dostaje części jako pierwszy, albo lepszej jakości. Takie działania nie są w naszym stylu” – zapewniła Claire Williams.

Wyścig o GP Francji nie rozstrzygnął tego dylematu. Kubica zaczął nieźle, przez kilka okrążeń była nawet 17., a Russel w tym czasie jechał na ostatniej 20. pozycji, lecz w połowie dystansu Brytyjczyk wyprzedził naszego kierowcę, a potem z powodu awarii spadł na ostatnie miejsce i znów musiał nadrabiać. Co nie miało większego znaczenia dla układu sił w wyścigu, bo obaj telepali się do mety na końcu stawki z gigantyczną stratą do zawodników ze ścisłej czołówki. Williams nadal żenuje.

Przed Kubicą bardzo długi sezon

Fot. Robert Kubica znów jest pełnoprawnym kierowcą F1

 

 

Władze FIA oficjalnie zatwierdziły kalendarz na sezon 2019. Nie różni się on niczym od wstępnej wersji, opublikowanej w październiku. Tym samym rywalizacja rozpocznie się 17 marca w Australii, a zakończy 1 grudnia w Abu Zabi.

 

Sezon 2019 w Formuły 1 składać się będzie z 21 wyścigów. Rywalizacja rozpocznie się 17 marca na Albert Park w Australii, a zakończy 1 grudnia na torze Yas Marina w Abu Zabi. Trzecia runda sezonu, czyli Grand Prix Chin, będzie dokładnie 1000 wyścigiem w historii Formuły 1. FIA zrezygnowała z rozgrywania trzech rund z rzędu. Zespoły bardzo narzekały na to, że wyścigi we Francji, Austrii i Wielkiej Brytanii są tydzień po tygodniu. Było to wyjątkowo męczące i trudne logistycznie. Ostatecznie rywalizację na Silverstone oddalono od Red Bull Ringu o dwa tygodnie. Jedyną zmianą, jeśli chodzi o kolejność rund, jest zamiana Grand Prix Meksyku z Grand Prix Stanów Zjednoczonych. Wcześniej zawodnicy rywalizowali najpierw w USA. Tym razem wcześniej zmierzą się na obiekcie Autodromo Hermanos Rodríguez.

 

Terminarz Formuły 1 na 2019:

1. GP Australii (17 marca)
2. GP Bahrajnu (31 marca)
3. GP Chin (14 kwietnia)
4. GP Azerbejdżanu (28 kwietnia)
5. GP Hiszpanii (12 maja)
6. GP Monako (26 maja)
7. GP Kanady (9 czerwca)
8. GP Francji (23 czerwca)
9. GP Austrii (30 czerwca)
10. GP W. Brytanii (14 lipca)
11. GP Niemiec (28 lipca)
12. GP Węgier (4 sierpnia)
13. GP Belgii (1 września)
14. GP Włoch (8 września)
15. GP Singapuru (22 września)
16. GP Rosji (29 września)
17. GP Japonii (13 października)
18. GP Meksyku (27 października)
19. GP USA (3 listopada)
20. GP Brazylii (17 listopada)
21. GP Abu Zabi (1 grudnia)

 

Składy zespołów F1 na sezon 2019:

Williams:
Robert Kubica, George Russell

Racing Point:
Sergio Perez, Lance Stroll

Haas:
Romain Grosjean, Kevin Magnussen

Sauber:
Antonio Giovinazzi, Kimi Raikkonen

Toro Rosso:
Daniił Kwiat, Alexander Albon

McLaren:
Lando Norris, Carlos Sainz

Mercedes:
Lewis Hamilton, Valtteri Bottas

Ferrari:
Sebastian Vettel, Charles Leclerc

Red Bull Racing:
Max Verstappen, Pierre Gasly

Renault:
Nico Hulkenberg, Daniel Ricciardo

 

Formuła 1: Ekipa Mercedesa w podwójnej koronie

Lewis Hamilton wygrał wyścig o Grand Prix Brazylii i potwierdził, że zasłużenie zdobył piąty już tytuł mistrza świata kierowców. Ale na torze Interlagos Brytyjczyk swoim zwycięstwem przypieczętował też tytuł mistrza świata konstruktorów dla ekipy Mercedesa.

 

Przed rozpoczęciem wyścigu o Grand Prix Brazylii Hamilton miał już tytuł mistrza świata, piąty w karierze, w kieszeni. Pewny wicemistrzostwa był też jego najgroźniejszy konkurent Niemiec Sebastian Vettel z Ferrari, więc w Brazylii walka toczyła się już tylko o miejsce na najniższym stopniu podium. Po zakończeniu rywalizacji na Interlagos najbliższy zajęcia trzeciej lokaty jest drugi z kierowców Ferrari Kimi Raikkonen. Fin ma 14 punktów przewagi nad rodakiem Valtterim Bottasem (Mercedes), a szanse na wyprzedzenie fińskiego duetu ma jeszcze Holender Max Verstappen (Red Bull). Jego strata do kierowcy Mercedesa wynosi zaledwie trzy punkty. Gdyby nie kolizja w Grand Prix Brazylii, to kierowca Red Bull Racing zapewne już wyprzedziłby Bottasa.

Nic dziwnego, że Verstappen, któremu szanse na wygranie wyścigu na torze Interlagos odebrał Francuz Esteban Ocon z ekipy Force India, po wyścigu brutalnie go zaatakował. Do pierwszego incydentu między nimi doszło na 44. okrążeniu. Podczas dublowania Francuza przez Verstappen doszło do lekkiego zderzenia ich bolidów. Holender wypadł z toru i wykręcił bączka, ale jego auto nie uległo uszkodzeniu i po kilku sekundach zdołał wrócić na tor. Ale te kilka sekund wykorzystał Hamilton, który wyszedł na prowadzenie i nie oddał go już do mety. „Co za idiota” – wrzeszczał przez radio wściekły Verstappen, a Oconowi pokazał wyprostowany palec. Podczas rutynowej kontroli wagi po wyścigu Verstappen zwymyślal Ocona i kilka razy go popchnął. Za to naganne zachowanie FIA ukarała 21-letniego Holendra dwoma dniami prac społecznych, które musi odpracować w ciągu najbliższych sześciu miesięcy.

Po sukcesie Hamiltona w GP Brazylii jest już pewne, że mistrzostwo wiata konstruktorów w tym sezonie przypadnie ekipie Mercedesa, która prowadzi z dorobkiem 620 punktów. Drugie miejsce zajmuje Ferrari (553), a trzecie Red Bull Racing (392). Do zakończenia sezonu pozostał jeszcze jeden wyścig – o Grand Prix Abu Zabi, który odbędzie się 25 listopada. Może tego dnia wyjaśni się przyszłość Roberta Kubicy w Formule 1. Rosyjski rosyjski portal specjalistyczny Motorsport.com informuje, że Polak jest faworytem do angażu w ekipie Williamsa na nowym sezon, u boku George’a Russella. Kubica zdaniem rosyjskich dziennikarzy zebrał większy budżet niż przed rokiem, a na dodatek jego starania wspiera Liberty Media, właściciel Formuły 1, który po odejściu Fernando Alonso chce mieć w jego miejsce innego cieszącego się popularnością kierowcę. Coś musi być na rzeczy, bo Kubica odrzucił ofertę przejścia do Ferrari w roli kierowcy rozwojowego. Decyzja w sprawie kontraktu Williamsa z Kubicą ma zostać ogłoszona w najbliższych dniach.

 

 

Formułą 1: Piąty laur Hamiltona

Lewis Hamilton w wyścigu o Grand Prix Meksyku przypieczętował swój piąty tytuł mistrza świata F1. W klasyfikacji wszech czasów kierowców Brytyjczyk wyrównał osiągnięcie Argentyńczyka Juana Manuela Fangio. Lepszy jest tylko Niemiec Michael Schumacher, który ma siedem tytułów.

 

Grand Prix Meksyku zdobył Max Verstappen, a za kierowcą zespołu Red Bulla finiszował duet Ferrari Sebastian Vettel i Kimi Raikkonen. Ale największym zwycięzcą był finiszujący na czwartej pozycji Lewis Hamilton, bo zdobyte punkty zapewniły mu na dwa wyścigi przed końcem sezon piąty w karierze tytuł mistrza świata kierowców Formuły 1. Taki wynik sprawił bowiem, że Brytyjczyk wywalczył mistrzostwo świata. Kierowca Mercedesa wyrównał osiągnięcie Juan Manuela Fangio, który w latach 50. XX wieku zgarnął pięć tytułów. Przed nimi znajduje się już tylko Michael Schumacher z siedmioma mistrzostwami na koncie.

Schumacher i ekipa Ferrari zdominowali Formułę 1 na początku XXI wieku, w drugiej dekadzie rządzi i dzieli w niej 33-letni obecnie Hamilton. Z pięciu mistrzowskich tytułów cztery wywalczył za kierownicą Mercedesa, w bolidzie tej marki wygrał też większość z 71 zwycięskich dla siebie wyścigów. Brytyjczyk wciąż jednak ustępuje Schumacherowi. Na razie prześcignął go jedynie w liczbie zdobytych pole position, zaś nadal jest gorszy pod względem zwycięstw w Grand Prix i tytułów mistrzowskich. Niemiecki kierowca w swojej karierze triumfował w 91 wyścigach Formuły 1 i ma na koncie siedem tytułów. Czy w najbliższych latach będzie w stanie przegonić legendarnego „Schumiego” i w tych osiągnięciach?

„Brakuje mu dwóch tytułów i 20 wygranych wyścigów, ale w przypadku Lewisa nie są to cele niemożliwe do zrealizowania. On może zostać najlepszym kierowcą wszech czasów. Dla niego to jest potężna motywacja” – zapewnia Nico Rosberg, były kierowca Mercedesa, który pokonał Hamiltona w walce o tytuł w sezonie 2016.

Hamilton świętował piąty tytuł po Grand Prix Meksyku, ale z czwartej pozycji nie mógł być zadowolony, bo ten wyścig nie ułożył się po jego myśli. W ekipie Mercedesa zapanowała jednak euforia, bo na początku sezonu to zespół Ferrari miał lepsze samochody, ale w drugiej części sezonu technicy Mercedesa udoskonalili swój model i dostarczyli Hamiltonowi lepsze narzędzie do ścigania. Nie można też zapominać, że brytyjskiemu kierowcy i niemieckiemu zespołowi w zwycięstwie wydatnie pomogły błędy popełniane przez Sebastiana Vettela i Ferrari.

Hamilton wcześniej wywalczył tytuł mistrza świata w latach 2008, 2014, 2015 i 2017. „W tym momencie jeszcze do mnie nie dociera, że zdobyłem tytuł po raz piąty. Czuję się tak, jakby był to normalny dzień. Trochę potrwa zanim się z tym uporam, ale szczerze mówiąc, w tym momencie odczuwam wielką pokorę” – skromnie skomentował swój sukces Hamilton.

 

Hamilton górą w Japonii

Lewis Hamilton (Mercedes) wygrał Grand Prix Japonii i jest o krok od zdobycia piątego tytułu mistrza świata. Jego najgroźniejszy rywal, Sebastian Vettel (Ferrari), był dopiero szósty i już tylko cud może sprawić, by wyprzedził Brytyjczyka.

 

Do zakończenia sezonu pozostały cztery wyścigi. Lewis Hamilton ma 67 punktów więcej od Sebastiana Vettela i jeśli za dwa tygodnie w wyścigu o Grand Prix USA Brytyjczyk zdobędzie o osiem punktów więcej od Niemca, po raz piąty w karierze wywalczy mistrzostwo świata. I to wywalczy absolutnie zasłużenie, bowiem po letniej przerwie Hamilton jeździ wyśmienicie.W Japonii ruszał z pierwszego pola startowego i jechał tak szybko i pewnie, że żaden z konkurentów nawet nie podjął próby odebrania mu prowadzenia, dzięki czemu brytyjski kierowca w dość komfortowy sposób odniósł swoje dziewiąte zwycięstwo w tym sezonie. Nic dziwnego, że tryskał humorem i chwalił tor.

W zgoła odmiennym nastroju, co zrozumiałe, był Sebastian Vettel. W sobotnich kwalifikacjach ekipa Ferrari popełniła błąd w doborze opon, co skończyło się zajęciem dopiero ósmego miejsca startowego. Wyścig Vettel zaczął dobrze, szybko przeskoczył na piątą pozycję, ale przeszarżował próbując wcisnąć się od wewnętrznej w zakręcie Spoon i zaliczył piruetem, przez który spadł na ostanie miejsce. Do końca wyścigu Niemiec ambitnie walczył o zdobycie jak największej liczby punktów, ale przebił się tylko na szóstą lokatę. A Mercedes w japońskim wyścigu zajął dwa najwyższe miejsca na podium i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji konstruktorów. Trzecią i czwartą lokatę zajęli kierowcy Red Bull Racing (Max Verstappen i Daniel Ricciardo0, a Vetela wyprzedził jeszcze kolega z Ferrari Kimi Raikkonen. Kolejny wyścig, o Grand Prix USA, odbędzie się 21 października na torze w Austin w stanie Teksas.

 

 

 

Hamilton ucieka Vettelowi

Lewis Hamilton wygrał wyścig o Grand Prix Singapuru. Był to jego siódmy triumf w tym sezonie i Brytyjczyk jest coraz bliżej zdobycia piątego w karierze tytułu mistrza świata. Stawkę tradycyjnie już zamykali kierowcy Williamsa.

 

Nie było sensacji na ulicznym torze w Singapurze i startujący z pole position Lewis Hamilton po perfekcyjnej jeździe wygrał po raz siódmy w tym sezonie. Kierowca Mercedesa tylko przez chwilę miał kłopoty, gdy zaatakował go Max Verstappen. Brytyjczykowi udało się jednak odeprzeć szarżę holenderskiego kierowcy Red Bulla, ale dla niego ważniejsze było też i to, że dopiero na trzeciej pozycji linię mety minął jego najgroźniejszy konkurent, Sebastian Vettel z ekipy Ferrari.

Niemiec powiększył tym samym swoja punktową stratę do Hamiltona o 10 pkt i traci teraz do lidera 40 pkt. Na odrobienie straty zostało jeszcze sześć wyścigów, ale coraz więcej znaków na niebie i ziemi wskazuje, że niemiecki kierowca, także czterokrotny mistrz świata, w tym roku nie przeszkodzi Hamiltonowi w triumfie. Siłą rzeczy także w rywalizacji zespołowej Ferrari poniosło kolejne straty do Mercedesa. Po GP Singapuru w klasyfikacji konstruktorów Ferrari traci do lider już 37 punktów.

Na ósmą lokatę z jedenastej w klasyfikacji kierowców awansował Fernando Alonso. Lider McLarena przyjechał na metę niedzielnego wyścigu na siódmej pozycji. Ostatni raz tak wysoko Hiszpan finiszował w Azerbejdżanie, jeszcze przed początkiem europejskiej części kalendarza F1. Williams, który przed sezonem zakontraktował w roli rezerwowego kierowcy Roberta Kubicę, ponownie nie wywalczył żadnych punktów, a nawet 15. miejsce Lance’a Strolla to w dużej mierze zasługa Estebana Ocona z Force India, który rozbił się na początku wyścigu oraz ukarania przez sędziów Romaina Grosjeana.