Ukraińska demokracja, czyli nic się nie zmieniło

Im bliżej końca kampanii wyborów prezydenckich nad Dnieprem (przypomnijmy – pierwsza tura głosowania wypada 31 marca), tym bardziej atmosfera polityczna gęstnieje, przybierając coraz bardziej brutalne i niedemokratyczne formy.

Do gry włączyły się aktywnie środowiska nacjonalistyczno-neofaszystowskie z tzw. ukraińskiego Korpusu Ochotniczego „Prawego Sektora” dowodzonego przez Andrija Biłeckiego. Ukraiński Korpus Ochotniczy „Prawego Sektora”, zbrojne ramię tej partii, to typowa bojówka i zarazem kolejna mutacja jednostek militarnych złożona z ochotników, którzy operowali w Donbasie. Zorganizowały one kilka spektakularnych manifestacji skierowanych głównie przeciwko kampanii wyborczej urzędującego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki. Przeszkodziły mu w objeździe Ukrainy i organizowaniu wieców, na których obiecuje on, że w ciągu drugiej kadencji wprowadzi kraj do czołówki rozwiniętych państw świata, podniesie pensje i emerytury, no i oczywiście zwycięży w wojnie z Rosją na wschodzie Ukrainy, odzyska Krym i wprowadzi kraj do UE i NATO.
Obietnice mają rozmach, bo i opozycja przeciwko prezydentowi narasta – 10 marca wielki wiec w Kijowie zorganizował przeciwko prezydentowi Prawy Sektor, ale poczucie, że jego klan opanował większość stanowisk w administracji państwowej, wykracza poza skrajną prawicę. Takie jest mniemanie większości komentatorów życia publicznego nad Dnieprem różnych opcji. Kolejnym powodem niezadowolenia jest gigantyczna afera korupcyjna związana z handlem bronią i uzbrojeniem armii ukraińskiej, doposażeniem jej w sprzęt wojskowy i zyski związane z trwaniem wojny na wschodzie kraju (tzw. afera Ukr-Oborono-Prom-u). Klan Poroszenki jest bezpośrednio zamieszany w tę sprawę. Julia Tymoszenko zażądała publicznie rozpoczęcia procesu impeachmentu prezydenta w związku z tym skandalem.
Nacjonaliści czują się na Ukrainie na tyle pewnie, by zrywać kolejne wiece wyborcze Poroszenki. W Czerkasach, w ubiegłym tygodniu prezydenta zakrzyczano, zmuszono do zejścia ze sceny i ucieczki z wyborczego mitingu. Podobne wydarzenie miało miejsce następnego dnia w Żytomierzu. Kolejne spotkanie przedwyborcze w Czernihowie zorganizowano jako „niepubliczne”. Mimo to ochotnicy z Korpusu Narodowego i tak skutecznie je zakłócili. Następnego, w Łucku, już nie było. Spodziewają się równie „owacyjnego” przyjęcia prezydent pojechał …. do Donbasu, gdzie w mundurze polowym spotkał się z członkami batalionu Azow. Takie wyborczo-wojenne widowisko dla ludu.
Nagłe i agresywne rozerwanie związków między Poroszenką a nacjoszowinistami trzeba opisywać jako kolejny etap procesu rozpoczętego już na Majdanie. Te środowiska, które do tej pory wspierały Poroszenkę – z wzajemnością – dokonują kolejnego kroku ku dalszemu zorganizowaniu Ukrainy wedle koncepcji ultraprawicy i faszyzującego integralnego nacjonalizmu (pomysły Bandery, Szuchewycza, OUN itd.). Poroszenko basujący dotychczas tym tendencjom, aby przyciągnąć do siebie bardziej umiarkowany elektorat i ludzi, którym daleko do tych koncepcji państwa i narodu, którzy chcą po prostu spokojnie żyć, zmuszony został do zmiany narracji i retoryki. Fanatyczni zwolennicy ultraprawicy na jakiekolwiek kompromisy, z tytułu wyznawanych wartości i idei, nigdy i nigdzie się nie zgadzają.
Komentatorzy nad Dnieprem coraz częściej mówią, iż w razie wyborczego niepowodzenia Poroszenko nie będzie miał innego wyjścia, niż zbiec za granicę, wzorem Wiktora Janukowycza. Wymienia się Mołdawię, gdyż Poroszenko – który uczył się w szkole w naddniestrzańskich Benderach – jest zaprzyjaźniony z tamtejszym prezydentem Igorem Dodonem, lub Malagę w Hiszpanii gdzie posiada luksusową rezydencję. Majątek Poroszenki w czasie jego działalności w państwowej administracji Ukrainy (od 1998 r.) a zwłaszcza podczas prezydentury, został wielokrotnie pomnożony, niekoniecznie legalnymi i transparentnymi metodami. Zajmowanie się równolegle działalnością biznesowa i polityką, piastując przy tym najwyższe stanowiska państwowe jest z definicji korupcjogenne. Bez gigantycznych machinacji w trakcie wyborów i olbrzymich manipulacji medialnych Poroszenko ma nikłe szanse na wejście do II tury. Zwłaszcza, iż tendencje badań opinii publicznej pokazują trend spadkowy tej kandydatury.
Nawet najgorliwsi do tej pory zwolennicy Majdanu, prozachodniego Ukrainy i zerwania jakichkolwiek związków z Rosją – jak np. topowy dziennikarz naddnieprzańskich mediów Dmitrij Gordon – oficjalnie mówią dziś, że problemem Ukrainy jest nie wojna na wschodzie kraju, nie hybrydowa agresja Federacji Rosyjskiej, ale korupcja i przegnicie do dna systemu funkcjonowania państwa. Bez wymiany całej elity politycznej nic się nad Dnieprem nie zmieni. W wywiadzie dla kanału 112 Gordon stwierdził nawet, iż „korupcja funkcjonująca za Janukowycza to dziecinada w porównaniu z tym, co jest w ostatnich 5 latach”. Przewiduje on sytuację, kiedy wszystko zostałoby po wyborach jak dotychczas, że kolejne miliony Ukraińców wyjadą na Zachód i do Rosji. Kraj opustoszeje do reszty.
Zanim zastanowimy się, czy o to chodziło tym Ukraińcom, którzy szczerze ryzykowali życie na Majdanie, spójrzmy jeszcze na sondaże: permanentnie zyskuje komik, reżyser i aktor Wołodymyr Zełenski (ponad 25 proc. poparcia). Na drugim miejscu tasują się Julia Tymoszenko (ponad 17 proc.) i Petro Poroszenko (ok. 16 proc.). W wyścigu o II turę liczy się jeszcze może Jurij Bojko (ok. 11 proc. poparcia). W tle pozostają oligarchowie, którzy sponsorują kampanie kandydatów. Np. Ihor Kołomojski jest donatorem kampanii Zełenskiego, ale ostatnio regularnie spotyka się (według kijowskich informacji medialnych) z … „piękną Julią”.
To oligarchowie zadecydują o składzie drugiej tury: wymienia się Rinata Achmetowa, Dmytro Firtasza, Wiktora Pińczuka, Ihora Kołomojskiego, Wiktora Medwedczuka, Wadyma Rabinowicza czy Hennadija Bogolubowa. Może w dokonywaniu wyborów pomogą im ultranacjonalistyczne bojówki, cieszące się protekcją czy też przyjaznym milczeniem ministerstwa spraw wewnętrznych. Zdanie zwykłych wyborów będzie miało takie znaczenie, jak zawsze.
Dlatego, jeśli spytać ich o plany na przyszłość, najczęściej odpowiadają: wyjechać.

Putin trzyma czy Putina trzymają?

To było całkiem niedawno, 18 marca 2018 roku, 123 dni temu. Siedziałem jako gość w studiu jednego z popularnych programów publicystycznych w rosyjskiej państwowej telewizji. Była głęboka noc, ale niewiele osób spało. Trwała właśnie wyborcze podsumowanie po wyborach prezydenta Rosji.

 

Dostępne były wyniki z 90 proc. punktów wyborczych i wątpliwości być nie mogło: wygrał, z miażdżącą przewagą, Władimir Putin. Euforia panowała nie tylko w studiu, ale, jak sądzę, w większości rosyjskich domów. Putin cieszył się ogromnym poparciem. Prowadzący program, wyraźnie podekscytowany, na wszelkie sposoby odmieniał, zresztą nie tylko on, słowo „zaufanie”. Miał rację – Rosjanie wyrazili swoje zaufanie do Putina, jego polityki i osiągnięć jego ekipy.

Kiedy wreszcie zapytał mnie o zdanie, powiedziałem, że bardzo im zazdroszczę, ale i współczuję. Zazdroszczę, bo jeżeli te cele, które przed sobą postawili, uda im się zrealizować, to będą mieli słuszne powody do dumy na cały świat. Jednak, dodałem, jeżeli się nie uda, a potrzeba w tym celu gigantycznej pracy, to będę im bardzo współczuł. Powiedziałem też, że jeżeli dla nich słowem kluczem dzisiejszych wyborów jest „zaufanie”, to ja bym ich namawiał do zwrócenia uwagi na inne. Na „odpowiedzialność”, rozumianą jako odpowiedzialność wybranych przed swoimi wyborcami, bo to uważam za ważniejsze. Prowadzący grzecznie podziękował za wypowiedź, ale entuzjazmu z siebie dla niej nie wykrzesał.

 

Dziś, jak się okazuje, byłem jednak złym prorokiem.

Jeszcze przez niemal 100 kolejnych dni dla Rosji wszystko układało się znakomicie: polityka zagraniczna szła jak po maśle, kolejne sankcje już na nikim nie robiły wrażenia, bo wiadomo, że gospodarka sobie z nimi radzi, choć je odczuwa, jedna z najważniejszych i najbardziej politycznie prestiżowych inwestycji – most krymski – został oddany przed terminem, budząc uznanie na całym świecie nad osiągnięciami rosyjskiej myśli inżynieryjnej, mistrzostwa świata w piłce nożnej przeszły śpiewająco, no, idylla po prostu. I nagle, jak grom z jasnego nieba: rząd przedstawił założenia reformy emerytalnej oraz podniesienia podatku VAT o 2 proc, z 18 do 20.

Efekt był podobny do wybuchu bomby w centrach tysięcy miast i wsi Rosji. Fala oburzenia wezbrała nie tylko w sieciach społecznościowych, ale też w samorządach, objęła niemal wszystkie środowiska od zwykłych robotników do elit naukowych i nawet (choć nie wyrażali tego, co zrozumiałe, tak gromko) struktur siłowych. Rzecz nie tylko w samej, jakże łatwo wytłumaczalnej niechęci do dłuższej pracy, której warunki pozostawiają w Rosji bardzo wiele do życzenia, ale w całym tle tego ogólnonarodowego gniewu.

 

Precz z oligarchią!

Cała, niedługa, ale intensywna wyborcza kampania kandydatów na prezydenta przebiegała pod hasłem walki o sprawiedliwsze państwo. A pojęcie to rozumiano w Rosji nader prosto – odsunąć od wpływów, koryta i złodziejskich ścieżek tę cała kastę neoliberalnych oligarchów, których gigantyczne majątki, mentalność i powiązania tkwią korzeniami w latach jelcynowskiej smuty, którą pamiętający ją Rosjanie postrzegają jako najgorszy koszmar ich życia. I mają rację.

Powrócić do państwa opiekuńczego, silnego, i sprawiedliwego społecznie. Niewielu marzyło o odbudowie ZSRR, ale odwołania do czasów, kiedy gwarantowano ludziom ich podstawowe prawa, były częste. Autentyczne poparcie Putina przez wszystkie lata jego rządów były oparte o funkcjonujący od wieków schemat dobrego jedynowładcy i złych bojarów czy też urzędników otaczających w tym wypadku prezydenta.

W marcowych wyborach Putin wygrałby z każdym ale jednak warto było zwrócić uwagę na ważne zjawisko. Kiedy w wyścigu pojawił się niespodziewanie kandydat Komunistycznej partii Rosyjskiej Federacji (KPRF), Paweł Grudinin, w ciągu pierwszych dni zbierał w sondażach 30 proc głosów. Gdyby był drugi z rezultatem, jakim do tej pory nie mógł się pochwalić żaden z kontrkandydatów – to mogło namieszać na rosyjskiej scenie politycznej. Tym bardziej, że w trakcie kampanii najbardziej merytoryczną i doskonale udokumentowaną krytykę dotychczasowych rządów przedstawili właśnie komuniści. Obóz rządzący rzucił więc na Grudinina wszystkie swoje propagandowe siły, wyśledzono mu konta w Szwajcarii, przenicowano jego życie prywatne. Grudinin zachował swoje drugie miejsce w wyścigu, ale z rezultatem około 17 proc.

 

Mleko się jednak rozlało

Publiczne żądania rozliczenia oligarchów, wezwania do nacjonalizacji ich, najczęściej nakradzionych w najbardziej bezczelny sposób majątków zaczęły żyć w przestrzeni publicznej własnym życiem. Wysuwałem wówczas przypuszczenie, że Putin i jego otoczenie nie będą mogli zlekceważyć tych głosów.

I oto 31 marca sąd aresztował braci Magomiedowych: Zijawudina i Magomieda, Dagestańczyków z pochodzenia, oligarchów dysponujących gigantycznym majątkiem i jeszcze większymi wpływami.
Żeby dobrze zrozumieć, co to znaczy w rosyjskich warunkach, przytoczę długi dość spis funkcji i posiadanych udziałów w najróżniejszych strukturach, w tym strategicznych z punktu widzenia najżywotniejszych interesów rosyjskiego państwa.

Założona i kierowana przez nich spółka „Summy” ma udziały w firmie transportowej FESCO, która świadczy usługi transportowe na morzu, kolejach i w transporcie drogowym. Jaki to gigant, niech świadczy fakt, że dysponuje własną flotą, siecią pociągów i szeroko rozbudowaną siecią transportu drogowego z flotą samochodów, stacji obsługi i terminali. „Summa” ma też udziały w „Zjednoczonej Kompanii Ziaren” koordynującej produkcję i handel, w tym zagraniczny, rosyjskiego ziarna. Jeśli dodać, że Rosja od kilku lat jest w czołówce eksporterów zbóż na świecie, widać skalę przedsiębiorstwa i wpływy tych, którzy niż kierują. „Summa” jest udziałowcem Jakuckiej Kompanii Paliwowo-Energetycznej i jest operatorem w porcie przeładunkowym w Rotterdamie, a także kontroluje Noworosyjski Port Handlowy, jeden z największych strategicznych portów nie tylko w Rosji. W Europie zajmuje on trzecie miejsce pod względem wielkości przeładunków.

Równie ważne, jeśli nie ważniejsze, jest we władzach jakich struktur zasiadł jeden z Magomiedowów.

Ma Fundację charytatywną „Peri” obracająca miliardami rubli. Jest też partnerem Rad Opiekuńczych Ogólnorosyjskiego Instytutu Kinematografii, Akademii Dyplomatycznej MSZ Rosji, Fundacji Europejskiego Uniwersytetu w Sankt Petersburgu, członkiem Rosyjskiej Rady do Spraw Międzynarodowych. W część tych podmiotów ładuje oczywiście ogromne pieniądze, ale też zamian spotyka się z bardzo wpływowymi ludźmi, którzy, co tu kryć, są mu ogromnie zobowiązani za jego wielką szczodrość i chętnie ułatwiają mu działalność biznesową, a w przypadku kłopotów, zapewne też równie chętnie kontaktują z kimś, kto problemy takiego wielkiego i szczodrego biznesmena potrafi rozwiązać. Media są pełne opisów, jak różne interesy braci Magomiedowów były obiektem zainteresowania organów ścigania, ale za każdym razem kończyło się to niczym.

Tak to wygląda w całej Rosji. Oligarchowie opletli ją cała siecią wzajemnych powiązań, wpływów korupcyjnych lub korupcjogennych układów, co powoduje, że są nie tylko bezkarni, ale praktycznie są ponad każdą władzą. A ich rodziny, kapitały i powiązania towarzyskie są nie w Rosji, a na Zachodzie, gdzie zresztą transferują swoje mniej lub bardziej legalne zyski. Za granicę wędrują niebotyczne pieniądze. Oficjalnie mówi się, że w latach 200-2017 za granicę wywędrowało 430 miliardów dolarów. Nieoficjalnie, że około tryliona dolarów. Osobiście skłonny byłbym skłaniać się ku danym nieoficjalnym.

To wszystko naraz rodzi już nawet nie niechęć prostego narodu, a nienawiść. 1 proc. Rosjan ma 76 proc. majątku narodowego, reszta musi nacieszyć się pozostałymi 24 procentami.

 

I nic z tego

Kiedy więc aresztowano braci, a media zaczęły bezlitośnie sprawdzać powiązania biznesmenów z politykami z pierwszych stron gazet, natychmiast wskazano, że biznes Magomiedowów rozwinął się doskonale za czasów rządów Dmitrija Miedwiediewa, a ich „opiekunem” był wicepremier Arkadij Dworkowicz. To pierwszy wicepremier, bliski współpracownik Miedwiediewa, ale też doradca Putina. Zaczęły pojawiać się głosy, że to pierwszy krok do rozprawy z kastą oligarchów, a dymisja Miedwiediewa i jego ekipy jest przesądzona.

Zaraz po pierwszych publicznie wyrażonych w tym duchu oczekiwaniach, przez najbliższe trzy dni na ekranach telewizorów w głównym wydaniu „Wiadomości” Putin pojawiał się obowiązkowo w towarzystwie Miedwiediewa i nie szczędził mu na wizji uśmiechów i gestów sympatii. Takich rzeczy przypadkowi się tam nie zostawia, jeśli tylko można. Było zatem już wiadomo, że na odsunięcie Miedwiediewa i neoliberałów nie ma co liczyć. Owszem, podczas powoływania nowego rządu nazwisko Dworkowicza zniknęło, ale pozostali wszyscy ci, których neoliberalne poglądy są drogowskazem postępowania: przede wszystkim Siluanow jako minister finansów, pojawi się zaś Kudrin jako szef Izby Rozrachunkowej.

Prawdą jest też, że pierwsze wystąpienia Putina po wyborze na prezydenta wskazywały, że wyciągnął wnioski z żądań bardziej socjalnego kursu rosyjskiego państwa. Wyznaczył zadania, by dwukrotnie zmniejszyć w Rosji obszar biedy (która w ostatnich latach znów zaczęła rosnąć), wydłużyć przeciętną długość życia w Rosji do 80 roku życia, rozwijać infrastrukturę, szczególnie medycynę i oświatę. Dlatego postawienie na Miedwiediewa i jego najwierniejszych pretorianów neoliberalizmu wiele osób zaskoczyło. Lojalność rosyjskiego prezydenta wobec swoich przyjaciół z czasów jeszcze leningradzkich imponuje, rzadko bowiem w świecie polityki trafiają się ludzie, dla których przyjaźń nie jest pustym słowem. Lecz chronienie ich wtedy, kiedy wydają się ostatecznie skompromitowani – dziwi. A Miedwiediew po szeroko i dobrze przygotowanym ataku ze strony Nawalnego nie cieszył się w społeczeństwie ani szacunkiem, ani sympatią.

 

Grom z jasnego nieba

Komunikat o rządowej propozycji podwyższeniu wieku emerytalnego był dla wielu Rosjan ogromnym szokiem. Dzisiaj wiek emerytalny to 55 lat dla kobiet i 60 dla mężczyzn. Rząd Miedwiediewa zaproponował, by kobiety przechodziły na emeryturę w wieku 63 lat, a mężczyźni w wieku 65.

To prawda, że średnia długość życia w Rosji zwiększyła się do 72 lat, że system emerytalny trzeszczy w szwach, że etapy dochodzenia do wyznaczonych granic wieku emerytalnego rozciągnięto w czasie (kobiety za 15 lat, mężczyźni za 10) ale to nie pomogło w uspokojeniu nastrojów społecznych.

Petycja sprzeciwu, pod którą podpisy zbierane są w Rosji słusznie wskazuje, że wg oficjalnych danych w 62 regionach Rosji średnia długość życia jest mniejsza niż 65 lat, a w trzech regionach nie osiąga nawet poziomu 60 lat. Oznacza to, że „przy zachowaniu tendencji demograficznych do 65 lat nie dożyje 40 proc. mężczyzn i 20 proc. kobiet. Realizacja propozycji o podwyższeniu wieku emerytalnego oznacza, że znaczna część rosyjskich obywateli nie dożyje do emerytury”.

Twórcy petycji (a podpisało się pod nią już niemal 3 miliony ludzi) zwraca też uwagę, że mówienie o braku pieniędzy w systemie jest nieprawidłowe, ponieważ znacząca część zatrudnionych odbiera pensje w szarej strefie. Z 77 milionów pracujących podatki od pensji płaci jedynie 33,5 miliona. Oznacza to, że co roku na fundusz emerytalny nie wpływa 2,2 tryliona rubli.

Na pomoc bitemu rządowi rzuciły się państwowe media, czyli do tej pory jedna z najlepiej pracujących machin propagandowych na świecie. Jednak sposób, w jaki to zrobiono, każe wątpić w tak jeszcze niedawno przenikliwie myślących polittechnologów rosyjskich. W programach państwowej telewizji zaroiło się nagle od rześkich staruszków i staruszek, utrzymujących, że na starość nie tylko można, ale należy pracować, pojawili się znani lekarze przekonujący, że jedynym sposobem na przedłużenie życia jest aktywność, nie dodając wszakże, że nie chodzi o regularne chodzenie do znienawidzonej i otępiającej roboty. Celebryci, całe życie będący pupilkami wszelkich reżimów, zapewniali, że nie wyobrażają sobie zaprzestania pracy, zapominając, że to, co robili całe życie, nie da się porównać z krwawą harówką zwykłych ludzi.

Mistrzostwem kompromitacji był występ samego ministra finansów Antona Siluanowa u jednego z najpopularniejszych, do tej pory mądrych i przenikliwych dziennikarzy telewizyjnych Władimira Sołowjowa. Siluanow mówił rzeczy okropne, które starsi Polacy znają z kłamliwych reklam telewizyjnych, które serwowano nam podczas zachwalania programu OFE. Minister bez zmrużenia oka przekonywał, że dzięki reformie emerytalnej i podwyższeniu VAT o 2 proc emeryci nareszcie będą mogli podróżować, pomagać dzieciom i wnukom oraz godnie odpoczywać. I to wszystko naraz. Na tym samym jednym tchu przekonywał, że pieniądze z podwyżek VAT i oszczędności z późniejszego przechodzenia na emeryturę pójdą na podwyższenie emerytur, szkolnictwo, medycynę, oświatę i w ogóle infrastrukturę społeczną. Średnia emerytura – wywodził pan minister – wzrośnie już za pięć lat do 20 tysięcy rubli (1172 zł). Nic nie mówił, jaką jej część zje inflacja, a także w jaki sposób z 2 proc. VAT oraz oszczędności na funduszu emerytalnym zamierza jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zrobić z Rosji kraj nowoczesnej medycyny, znakomitych dróg, szczęśliwych starców jeżdżących na wakacje za granice wielkimi grupami. Sołowiow słuchał zaś neoliberalnego ministra i ani razu nie zadał choćby jednego trudnego pytania. Ani jednego. Łykał te propagandowe kocopoły bez uniesienia brwi choćby na moment.

Alarm podnieśli deputowani samorządowi. Ogromną popularność zdobył komunistyczny deputowany z Saratowa Nikołaj Bondarenko. Jego emocjonalne i bardzo krytyczne wystąpienie pod adresem oligarchicznego państwa na sesji miejscowego parlamentu zdobyło szturmem internet. I co? Jeden z deputowanych tegoż lokalnego parlamentu, przedstawiciel rządzącej partii Jedna Rosja Iwan Kuzmin złożył doniesienie do organów ścigania, by sprawdzili treść wystąpienia deputowanego pod kątem ekstremizmu. Deputowanego. Za wystąpienie w lokalnym parlamencie. Doprawdy, ożywione stereotypy rosyjskiego urzędnika, którego służalczość wobec władzy przeważy wszelkie normy i zasady nie tylko demokracji, ale też przyzwoitości, nie przestają zadziwiać.
Trudno, żeby rosyjscy obywatele tego propagandowego walenia jak tępym obuchem po łbie nie zauważyli. Paradoksalnie przez ostatnie lata putinowskie państwo wychowało sobie świadomych, wiedzących czego od niego chcą obywateli. I teraz zbiera tego owoce. To już nie tylko sprzeciw wobec pomysłów rządowych jest problemem. Teraz wszyscy rządzący w Rosji muszą się mocno zastanawiać, co dalej.

 

Ruch Putina

Internauci czym prędzej przypomnieli rosyjskiemu prezydentowi jego wystąpienie sprzed pięciu lat, w którym mocno podkreślał, że dopóki on będzie prezydentem, o żadnym podwyższeniu wieku emerytalnego mowy być nie może. Sytuacja zrobiła się tak napięta, że rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow pośpieszył z zapewnieniem, że prezydent nie miał nic wspólnego z tym projektem. 20 lipca Putin publicznie powiedział, że projekt mu się nie podoba, ale trzeba myśleć o przyszłości. Myślę, że do aktywnego poszukiwania wyjścia z tej sytuacji zmuszają też wyniki notowań popularności czołowych rosyjskich polityków.

Putin, do tej pory kąpiący się w uwielbieniu obywateli, nagle spadł wyraźnie w notowaniach (z 60 proc w styczniu br. do 48 proc. w lipcu – wg instytutu Lewady). O Miedwiediewie nawet nie ma co wspominać – ufa mu ledwie 9 proc obywateli. Premier zajmuje też pierwsze miejsce wśród polityków, którym obywatele nie ufają.
Duma przyjęła projekt w pierwszym czytaniu. Obowiązywała dyscyplina głosowania. Z Jednej Rosji wyłamała się deputowana Pokłonska, która głosowała przeciw, kilku poszło demonstracyjnie na zwolnienia lekarskie. Jedna Rosja to jedyny klub, który był za reformą. Pozostałe partie zagłosowały przeciw, co oczywiście niczego nie zmienia, ale pokazuje nastroje na politycznej scenie, tak do tej pory skonsolidowanej wokół prezydenta.

Wszyscy zadają sobie pytanie: co w tej sytuacji zrobi Władimir Putin?

Optymiści przekonują, że wystąpi przed Dumą z jasnym komunikatem, że to szkodliwa reforma i uratuje emerytów, swoje poparcie i spokój Rosji. Ale jeżeli tak, to będzie musiał zrobić następny krok i pójść na wojnę z neoliberałami i oligarchią. Czy go na to stać? Neoliberalna oligarchia rosyjska wciąż jest potężną siła, ma ogromne pieniądze, wpływy i powiązania, w tym również międzynarodowe.

Może też Putin pójść na kompromis i trochę złagodzić założenia reformy emerytalnej i podwyżki VAT. Czy to jednak wystarczy, by uratować swoja popularność? Gniew społeczny jest silny, a wszyscy dotychczasowi opozycjoniści antysystemowi, którzy do tej pory wzywali do protestów pod jakimiś wymyślonymi hasłami, teraz będą mieli całkiem realne paliwo i pretekst do wyciągnięcia ludzi na ulice. Każdy kompromis jest zgniły, więc może niczego nie załatwić.

Może też prezydent zaproponować całkiem nowe rozwiązania. Zmianę systemu podatkowego, nacjonalizację nielegalnie zdobytych majątków oligarchów lub choćby wyraźne podporządkowanie ich interesom państwa. Ale to byłaby prawie rewolucja.

Jeżeli nic się nie zmieni, oznaczać to będzie, że w Rosji neoliberalizm zwyciężył na najbliższe lata.

Nic z tego dobrego nie wyniknie ani dla Rosji, ani dla świata. Dla Rosji, bo wiadomo jak ten system działa. Czy raczej nie działa. Dla świata – bo oznaczać to może, że Rosja chce zająć miejsce USA na świecie nie proponując niczego zasadniczo nowego, co tak bardzo jest światu potrzebne. To fatalna wiadomość.

Lula zostanie w areszcie

Wydawało się, że były prezydent Brazylii Lula ma szansę wyjść z zakładu karnego i odpowiadać w swojej sprawie przed sądem apelacyjnym z wolnej stopy.

 

Sąd pierwszej instancji skazał idola brazylijskich robotników i biedoty, byłego prezydenta i lidera sondaży przed nadchodzącymi wyborami, na 12 lat i jeden miesiąc więzienia za „pasywną korupcję” i pranie brudnych pieniędzy. Uznano, iż przyjął od potężnego koncernu budowlanego trójpoziomowy apartament w zamian za zagwarantowanie państwowych kontraktów. „Dowody” w sprawie zakrawały na farsę: Lula nigdy nawet nie był w przedmiotowym mieszkaniu, prokuraturze nie udało się przedstawić żadnych innych poważnych argumentów świadczących o jego skorumpowaniu. U rządzącej oligarchicznej prawicy przeważyła jednak chęć wyeliminowania byłego prezydenta z walki wyborczej. Były prezydent odwołał się od wyroku, ale sędzia Sergio Moro, słynny „pogromca korupcji”, wydał nakaz natychmiastowego stawienia się przez niego w zakładzie karnym. Lula polecenie wykonał, chociaż robotnicy i aktywiści związku metalurgów (w tej branży pracował swojego czasu późniejszy polityk) byli gotowi zapewnić mu schronienie.

Wydawało się, że wniosek adwokatów Luli, by mógł on czekać na sprawę apelacyjną na wolności, zostanie mimo wszystko przyjęty – tak orzekł prowadzący sprawę sędzia Rogerio Favreto z Federalnego Sądu Regionalnego 4 Regionu Porto Alegre. Nieoczekiwanie do sprawy wtrącił się Sergio Moro, który obecnie przebywa na urlopie i nie ma związku ze sprawą zwolnienia Luli. Moro oznajmił, że Favreto… nie ma kompetencji, by zdecydować o zwolnieniu lewicowego polityka. Favreto nie poddawał się i wydał kolejną decyzję, w której stwierdził, iż nie tylko Lula ma wyjść za mury zakładu karnego, ale że ma się to stać natychmiast – w ciągu godziny.

Wtedy jednak do sprawy włączył się przewodniczący Federalnego Sądu Regionalnego 4 Regionu, oznajmiając, że sprawa… wraca do innego składu orzekającego, a Lula ma pozostać za kratami.

W objęciach symboli

Słowo o rzeczywistości futbolowej, która ma coraz mniej wspólnego ze sportem. Przynajmniej w Bułgarii.

 

Piłkarskie potyczki mają swój wymiar nie tylko boiskowy. Ten jest, prawdę mówiąc, najmniej interesujący. O wiele ciekawsze jest to co dzieje się na trybunach i w kuluarach. W niektórych krajach właśnie to odzwierciedla ich realny stan. W czasie, gdy kibice toczą tradycyjną wojnę na symbole i obelgi, wygrywa lub przegrywa nie któraś z drużyn, lecz czyjś biznesowy projekt.
Niedawno w Bułgarii rozgrywano mistrzostwa tego kraju w piłce kopanej. Wygrał je klub Sławia. Szef tegoż, niejaki Wencisław Stefanow, puszył się odbierając puchar niczym generał wracający ze zwycięskiej bitwy. Miał powód: jego ekipa walczyła dostojnie i odważnie przez całe 120 minut, by w końcu pokonać faworyta, drużynę Lewski Sofia w rzutach karnych. Nie to jednak stało się newsem dnia. Ciekawsze było, że Stefanow, na okoliczność tego zwycięstwa zastosował szczególny dress code. Nie założył ów garnituru czy sportowego stroju z emblematami klubu, ale t-shirt z portretem prezydenta Federacji Rosyjskiej i napisem “Rosyjska armia”. I z takim emploi odebrał puchar i cieszył się do łez wznosząc go kilkakrotnie ku górze.

 

Ze zwycięstwem nam do twarzy

Na tym jednak nie koniec. Stefanowowi od tego zwycięstwa przybyło chyba wigoru i postanowił zebranym na stadionie oraz przed telewizorami przedłożyć cokolwiek bardziej złożoną perspektywę. Zwłaszcza historyczną. Pierwszą sprawą, którą postanowił zająć opinię publiczną w obliczu kamer, był nie sukces na stadionie, ale symboliczna data, w której został osiągnięty – 9 maja.
– Zdecydowanie najbardziej cieszy mnie fakt, iż to osiągnięcie przypadło nam w udziale w Dniu Zwycięstwa. Dziś jest 9 maja – nie żaden Dzień Europy, a Dzień Zwycięstwa nad faszystowskim państwem niemieckim. A nam z tym wszak bardzo do twarzy! – oznajmił z wyczuwalną celową niejednoznacznością szef Sławii.

Pierwszą reakcją były wycia i ryki ze strony kibiców Lewskiego, wśród których pełno jest prawicowych ekstremistów i rusofobów. Ale po tym, jak opadły wrzaski radości z jednej, a zgryzoty z drugiej strony, oczom obserwatora ukazała się cała plejada symboli, które oczywiście są w głównej mierze li tylko symbolami, ale z powodu braku czegokolwiek innego w całej przestrzeni publicznej, to właśnie one zaczynają formatować kulturę popularną.

Podczas finałowego meczu z trybun bił wyjątkowo kiczowaty pejzaż w rysunkach i obrazach. Kibice zwycięskiego klubu wyróżnili się tym razem gigantycznym transparentem z napisem “PrawoSławia”. Zaraz obok wisiał baner z podobizną bułgarskiego cara Borysa III, chybotliwego sojusznika Adolfa Hitlera. W epoce tegoż władcy Sławia przeżywała okres wyjątkowo sprzyjający i zdobyła nadzwyczaj dużo wszelkich nagród i zaszczytów.

Ultrasi drużyny Lewski, ongiś powiązanej z MSW, wystawili płótna z twarzami zaangażowanych bułgarskich faszystowskich polityków z lat trzydziestych zeszłego wieku – Aleksandyra Cankowa i Bogdana Fiłowa. Oprócz tego przygotowali tym razem coś jeszcze bardziej obleśnego i brutalnego, ma się rozumieć symbolicznie, ale jednak. I chyba udało im się tym postępkiem skutecznie wyprzeć z przestrzeni publicznej show zgotowane przez Stefanowa. Dosłownie w kilka godzin po zakończeniu finałowej rozgrywki portal gazety „Dnewnik” (bułgarski ekwiwalent „Gazety Wyborczej”; również nikt nie czyta, ale high society traktuje to jako kompas moralno-polityczny) pojawiły się fotografie dwójki, na oko 5 – 6-letnich dzieci, ze zdjętymi koszulkami. I nie byłoby w tym może niczego nadzwyczajnego (było bardzo ciepło) gdyby nie fakt, iż fotograf przyłapał je na gorliwym heilowaniu w stronię trybun obsiadłych przez kibiców Lewskiego.

Jakby tego było mało, torsy i plecy obu chłopców były okraszone nazistowskimi symbolami, między innymi swastyką. Sprawą cokolwiek frapującą był też fakt przebywania tych dzieci w strefie, w której kibice tradycyjnie bawią się materiałami pirotechnicznymi. Tym bardziej, że kilka tygodni wcześniej, podczas innego meczu, petarda o mało co nie oślepiła policjantki.

 

Przebudzeni z letargu

Poziom szoku, jaki nawet zmęczone biedą bułgarskie społeczeństwo zademonstrowało na widok tego niebywałego dziadostwa spowodował nawet, iż o swoim istnieniu przypomniała Agencja Ochrony Dzieci, która wydała specjalny komunikat, iż wszczyna oficjalne dochodzenie i poszukuje rodziców. Jak to jednak bywa najczęściej – dziennikarze byli szybsi od urzędników. Pięć dni później jeden z ojców błysnął przed kamerą.

– Doszło do jakiejś pomyłki – obwieścił rodzic. – Nie widziałem tych rysunków, gdybym je zobaczył, to bym do tego nie dopuścił. Jakiś młody człowiek narysował coś mojemu synowi, to było poza stadionem. Nie zgadzam się z przesłaniem, a przynajmniej nie z napisem oznaczającym, że wszyscy policjanci to śmieci – pokajał się tatuś-roztrzepaniec. Ma się rozumieć, tą wypowiedzą dolał jedynie oliwy do ognia.

Jest taka instytucja – Bułgarski Związek Futbolowy (BFS). Charakterystyczne dla niej jest to, iż żyje ona własnym życiem, na nic i na nikogo się nie oglądając i której nikt realnie nie kontroluje, gdyż jest ona jednym z wielu chorych konglomeratów oligarchicznych interesów. Inna sprawa, że bułgarskie stadiony widziały już tyle rożnych patologii, że niewiele może kogokolwiek zainteresowanego wzruszyć. Tym razem i ona została wybudzona z letargu. Po wielu dniach “badania sprawy” komisja dyscyplinarna BFS postanowiła z powodu hajlującej dziatwy ze swastykami na piersiach nałożyć na klub Lewski 37 500 lewów kary (około 80 tys. zł). Wypada jednak odnotować, że tuż po tym, jak o incydencie poinformowały media, BFS próbował odfajkować sprawę symboliczną karą rzędu ok. 2 tys. lewów (nieco ponad 4 tys. zł), ale się nie udało. Instytucja ta znana jest z tego, że kary poważne zarezerwowane są dla okoliczności, gdy przedmiotem ataku są sędziowie – nieudolni bądź skorumpowani. Dla sprawców takiej przemocy nie ma litości. Gromy sypią się na klub, a wraz z nimi mandaty. Tak pęcznieją też kiesy samego BFS. Np. za wspomnianą wcześniej niemal oślepioną policjantkę klub Lewski musiał zapłacić 11 400 lewów (około 25 tys. zł), ale gdy na jednym z niedawnych meczów kibic CSKA Sofia (coś jak Legia Warszawa) “rzucił w sędziego nieznacznej wielkości monetą” klub zapłacić musiał 38 700 lewów. Gdy w ubiegłym roku wściekli kibice Lewskiego obrzucili trenerów CSKA kamieniami i rozpostarli wielki sztandar ze swastyką kara wyniosła 25 300 lewów (ok. 55 tys. zł). Początkowo kara była wyższa, ale obniżono ją gdyż, jak tłumaczył rzecznik BSF, „symbol został dość szybko usunięty”.

 

Kibice za dźwiękoszczelną przegrodą

Ale wróćmy do aktualnych wydarzeń w bułgarskim futbolu. O ile krajowy puchar wygrał outsider – Sławia; o tyle w mistrzostwach nie było żadnych zaskoczeń. Tam dominuje klub Łudogorec. Finansuje go znany oligarcha i szef Bułgarskiej Konfederacji Pracodawców i Przemysłowców – Kirił Domuscziew. Od kiedy to indywiduum, jeden z najbogatszych ludzi w państwie, przejął ten prowincjonalny klubik z miejscowości Razgrad wszystko się zmieniło. Łudogorec, który nigdy nie wspiął się na choćby średni poziom w rozgrywkach ligowych nagle stał się drużyną pierwszorzędną i od razu zawojował samą górę, cały czas zajmując najwyższe miejsca. Grają tam głównie Brazylijczycy, jest jeden Holender i Argentyńczyk, dwóch Rumunów i dwaj Polacy – Jakub Świerczok i Jacek Góralski. To pewnie dlatego, że Domuscziew jest wielkim fanem importowania do Bułgarii siły roboczej z krajów spoza UE.

Oligarchiczna sprawczość ma jednak swoje ograniczenia, co rodzi kolejne groteski. Nowy właściciel jest w stanie bowiem zapewnić swojemu klubowi każdego typu wsparcie, także państwowe, gdy jest potrzebne, ale nie może mu nagonić publiki. Toteż na razgradzkim stadionie często siedzi grupka kupionych lub nie fanów Łodogorca i o wiele liczniejsza grupa kibiców drużyny przeciwnej. Zaradzono temu, ograniczając pulę sprzedawanych biletów oraz oddzielając trybuny klubu gości dźwiękoszczelną przegrodą z przezroczystego plastiku. Wyjaśniano, iż ma to “przeciwdziałać chuligaństwu”, jednak przeciwdziała głównie rozchodzeniu się okrzyków fanów drużyny, z którą gra Łudogorec.

 

Zostały tylko puste słowa

W tej chwili jedynie CSKA może w jakiś sposób zagrozić pozycji tego zespołu, choć i tu nie chodzi raczej o jakoś gry, lecz o walkę na symbole. Podczas niedawnego meczu tych dwóch drużyn, tuż przed jego rozpoczęciem nad stadion nadleciał wojskowy helikopter. Wszystkich to nieco przestraszyło, gdyż pilot zaczął obniżać poziom maszyny dokładnie nad centralnym punktem boiska. Gdy już wzbił tumany kurzu, a hałasem ogłuszył niemal wszystkich, z helikoptera wyskoczyły gwiazdy bułgarskiej piłki z 1994 r (podczas mistrzostw w USA bułgarska reprezentacja zajęła wtedy czwarte miejce) – Christo Stoiczkow, Dymityr Berbatow i Dymityr Penew. Chwilę później na boisko zrzucono kilku komandosów na spadochronach, którzy w powietrzu rozwinęli wielki transparent z czerwoną gwiazdą – symbolem klubu jeszcze z czasów socjalizmu, którego jednakowoż nie zdekomunizowano. W ten sposób armia uczciła 70. rocznicę powstania swojego klubu piłkarskiego.

Nie da się ukryć, że taki gest niełatwo będzie pokonać w sferze symboli, czyli jedynej jeszcze obecnej w bułgarskiej masowej świadomości. Armia i CSKA próbowały zademonstrować, że jeszcze żyją, że są obecne. Ale też zademonstrowały, że tylko do tego się nadają – by rozwiać sztandar potęgi i nostalgii za czasami, gdy za każdym z symboli stała jakaś substancja. Dziś są tylko słowa i banery. I dzieci ze swastykami na klacie.