Witajcie na wojnie

Wojna to kontynuacja polityki innymi środkami. Carl von Clausewitz nie odkrył tej prawidłowości, a jedynie zgrabnie ubrał ją w słowa. Prezes Kaczyński Clausewitza odkrył już dawno temu, a stosuje się do tej zasady już od 1989 roku, z różnym skutkiem, najlepszym od 2015 r.

Pora chyba, żeby z Clausewitzem zapoznali się posłowie i posłanki opozycji. Wygląda na to, że z uchwalania ustaw nocami w Sali kolumnowej Sejmu nie wyciągnęli żadnych wniosków. Ani z wyjazdów wakacyjnych w czasie, gdy Sejm może obradować, czyli stale. Kadencja jest nowa, duża część posłów i posłanek też, ale wszystkie stare problemy pozostały. Wojna ma chwile wytchnienia ale nie ma przerw. Zwłaszcza gdy przeciwnik przestrzega reguł gry tylko wtedy, gdy uznaje to za użyteczne.

To bardzo frustrująca sytuacja. Obie strony ponoszą straty, ale frustracja zawsze będzie większa po stronie opozycji. Nawet małe zwycięstwa niczego nie zmienią, a każda porażka, zawiniona lub nie, będzie bardzo bolesna. Demonstracje nie zmienią władzy. Większym problemem dla PiS wydaje się być prezes NIK, zamieniający swój urząd w oblężoną twierdzę. Choć prędzej czy później PiS zmusi któregoś prokuratora do wystawienia nakazu i wyprowadzenia go w kajdankach.

Wojna będzie toczyć się dalej, opozycja będzie ponosić kolejne porażki, a czasem nic nie znaczące sukcesiki. Z jednej strony posłowie powinni stawiać opór, z drugiej walczyć o przekonanie opinii publicznej, że wiedzą, jak lepiej można rozwiązywać problemy. Bo z jednej strony mówi się: Sejm uchwalił, Rząd rządzi, Trybunał wydał wyrok. Z drugiej, nie dostrzega się absurdalności sytuacji, która ani z demokracją ani realizacją dobra wspólnego nie ma nic wspólnego. Dobrze jest wtedy, gdy jest dobrze dla PiS.

Anarchistka Emma Goldman stwierdziła, że gdyby wybory mogły coś zmienić zostałyby zakazane. Podobnego zdania jest Jarosław Kaczyński, z tym że rozciągnął tę zasadę na wszystkie możliwe głosowania. Tylko dlatego, że Senat tak naprawdę nie jest szczególnie ważny, uznał swoją porażkę w wyborach do Senatu. To zresztą rodzi pytanie: czy Senat jest nam w ogóle potrzebny.
Prezydent, na razie, jest, szczególnie Kaczyńskiemu. Dlatego wybory prezydenckie są takie ważne. Kandydat PiS musi zwyciężyć, aby jego ugrupowania nie rozdziałaby kruki, wrony i wróble. Kandydatka PO ma odnieść moralne zwycięstwo, czyli przegrać w drugiej turze. Kandydat Hołownia ma napisać jeszcze nowszy testament oraz autobiografię – pierwszy po bogu. Bo biografię boga już napisał.

Kandydat PSL walczy o życie. Swoje i swojego ugrupowania. Najwięcej do wygrania ma, niewyraźnie majaczący się we mgle, kandydat(ka) Lewicy. Ma rozwijać elektorat i promować zasady na jakich będzie się opierał odbudowa państwa z ruin. Nową umowę społeczną, której nigdy po roku 1989 nie zawarto ze społeczeństwem. I oczywiście należy wprowadzić sprawiedliwe podatki i wypowiedzieć konkordat. Tak nam dopomóżcie Wyborcy aktualni i przyszli.

Śmierć mózgowa PiS

Jak zapowiadałem, wielkie polityczne skrobanie Prawa i Sprawiedliwości rozpoczęło się. Z obu stron naraz. Przez Lewicę i Konfederację. I nagle okazało się, że elity PiS nie mają na to lekarstwa.
Liderzy polityczni, zwłaszcza dużych, rządzących partii często zachowują się jak starzy generałowie. Przygotowując się do przyszłej wojny gromadzą amunicję skuteczną w tamtej, minionej. I tak też zachowali się prominenci PiS. Naostrzyli szabelki na kolejne starcia z „totalną opozycją” z Koalicji Obywatelskiej. Na znane im od lat pojedynki z harcownikami Schetyny. A tu siurpryza. Zamiast zwyczajowych solówek PiS – PO, wpadli w rój jeszcze nierozpoznanego wojska.

Od czasów kampanii prezydenckiej w 2005 roku liderzy PiS zaczęli stosować nową taktykę polityczną. Dzielić pole walki, i przy okazji też polskie społeczeństwo, na dwa obozy. Patriotycznego solidaryzmu walczący z zdegenerowaną kastą liberalizmu. Milionerzy z PiS zaczęli przebierać się w szaty prowincjonalnego Polaka – szaraka. Widząc, że w miejskich metropoliach nie zdobędą większości, rozpoczęli swą narodowo – katolicką kontrrewolucję od zdobywania rządów dusz na prowincji.

Wytrwale, cierpliwie jeździli po polskich gościńcach. „Tu jest Polska”, słodzili napotykanym tam przysłowiowym wąsatym Januszom i bazarowo odzianym Grażynkom. Cierpliwie wysłuchiwali ich, spisywali listy najważniejszych ich potrzeb. Dostrzegli, że większość polskiego społeczeństwa nie zasmakowała dostatecznie słodyczy transformacji ustrojowej. Czuje się obywatelami drugiej kategorii we własnym kraju.„Panowie w stolicy palą cygara” i gardzą prawdziwym polskim ludem, przekonywali ich PiS-owscy emisariusze. I tak jak kiedyś ekipa Pol Pota, zwanego tam Bratem Numer Jeden, podburzali społeczność wiejską i małomiejską przeciwko „zdegenerowanym” elitom wielkomiejskim.

Potem, korzystając ze zmęczenia społeczeństwa ośmioletnią polityką PO – PSL, tworzoną wedle neoliberalnych dogmatów, na zadawane im pytanie „Jak żyć?”, za proponowali nową, socjalną alternatywę. Tym wytrwale powiększali poparcie społeczne.

Szczęśliwym dla nich trafem po wyborach 2015 rok Sejm i Senat stały się politycznym duopolem. Żwawy, zwycięski PiS zepchnął odwykłą od walki politycznej koalicję PO – PSL, na wyznaczone im pole. Przeznaczone dla zdegenerowanych, kosmopolitycznych i anty socjalnych elit. PiS sprawnie wykorzystywał też głupotę liberalnych mediów trzęsących się z oburzenia już na sam widok programów socjalnych. I mobilizując kolejnych anty elitarnych, anty liberalnych wyborców zaczął osiągać stabilną większość. Wygrywać na głosy wszystkie pojedynki polityczne, a z czasem nawet medialne.

Koniec monopolu

Ale teraz dawne polityczne pole walki zmieniło się radykalnie. Pojawił się nowy przeciwnik na lewej flance PiS. Teraz parlamentarzyści lewicy gromko deklarują, że 500+ i inne świadczenie socjalne były społeczeństwu potrzebne. Ale niewystarczające. I jeśli elity PiS naprawdę są takie propolskie, czyli prosocjalne, to muszą dalej kroczyć drogą ku socjalnemu państwu dobrobytu. Spełniać obiecane w czasie kampanii wyborczej „piątki” i „pakiety”. Jeśli tego nie uczynią i przybiorą maskę surowych strażników budżetu państwa, to polityczny łomot z lewej strony mają zagwarantowany. A także alternatywny program lewicowego, polskiego państwa dobrobytu. Demokratycznego dodatkowo.

Ale to nie koniec politycznych kłopotów PiS. W tym samym czasie i na tym samym polu walki mogą spodziewać się ataków z prawej strony. Wojsk mniej licznych, ale desperacko kąśliwych. Konfederatów bijących w ospałych, tłustych milionerów z PiS. Rozliczających ich z obietnic dokończenia kontrrewolucji narodowo – katolickiej. I tak jak Lewica będzie udowadniać fałszywą i koniunkturalną socjalność elit PiS, tak Konfederaci będą obnażać i demaskować ich koniunkturalny katolicyzm i konserwatyzm. Ich fałszywą polskość, klęskę obiecanej „polityki wstawania z kolan”. Dojdą jeszcze kąśliwe ataki klubu parlamentarnego Polskiej Zjednoczonej Partii Ludowców i Kukizowców. Z centro-prawej flanki. No i tradycyjny ostrzał z centrum od liberalnej Koalicji Obywatelskiej, najmniej może szkodliwy. Ale kiedy walczy się na tylu frontach na raz, to nawet poślizg na skórce od ośmiorniczki może okazać się zabójczy. Zwłaszcza kiedy batalia rozpocznie się na polu ogólnopolskiej kampanii prezydenckiej.

Przez ostatnie cztery lata elity PiS działały w warunkach korzystnego dla siebie duopolu. Po jednej stronie polscy patrioci dzielący się kruszyną chleba z każdym potrzebującym. Swojscy i dumni. Po drugiej nieczuli na społeczną biedę kosmopolityczni, tęczowi liberałowie zasiedlający zamknięte, wielkomiejskie apartamenty. Gardzący wielodzietnymi Grażynkami i biało – czerwonymi Januszami.
Przez ostatnie cztery lata dawni, żwawi kontrrewolucjoniści z PiS przemienili się w tłuste polityczne, złote karpie. Powtarzające jak mantry nadsyłane im z Nowogrodzkiej centrali kolejne „przekazy dnia”. Standardowo atakujące „totalną opozycję PO-stkomunistyczną”. Przez cztery ostatnie lata nie przeczytali oni żadnej nowej książki, nie liznęli nawet jednej, nowej idei. Ich ideową i intelektualną bezradność wobec nowych czasów i sił politycznych zauważyli już ich najzdolniejsi publicyści. Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz, Dawid Wildstein.

W analizie „PiS w świecie bez duopolu” zamieszczonej w tygodniku „Do rzeczy” Piotr Semka opisując sukcesy Lewicy i Konfederatów, celnie zauważa: „Po drugiej stronie mamy młode generacje prawicy, które zostały wyssane przez aparat PiS-owski z całym jego systemem bardzo powolnego awansu. W tym systemie młodzi przekonali się, że luźne dywagowanie i wypowiadanie własnych opinii nie służy ich karierze. Z kolei liczni młodzi, którzy via instytucje i banki zasilają dzisiaj rząd Morawieckiego, mają coś na kształt syndromu Ryszarda Petru. W ciągu lat spędzonych przy bankowych biurkach i biznesowych instytucjach nie mieli czasu przeczytać iluś książek i nie umieją z podobną swadą co lewicowcy poruszać się w świecie idei i pomysłów na kształt systemu społecznego./…/ Zapotrzebowanie na prawicowe kadry wypchnęło dużą cześć liderów opinii z prawej strony do mediów publicznych i spowodowało paradoksalnie regres w dynamizmie intelektualnym grup”.

Ten „regres w dynamizmie intelektualnym” widać też w samym tekście Piotra Semki. Autor w potoku nowomowy cenzuruje się. Zamiast od razu napisać, że starzy liderzy PiS nie potrafią poradzić sobie intelektualnie z nową Lewicą i Konfederacją. A młodzi awansowani wedle zasad „ Bierny, Mierny, ale Wierny” oraz „Nie matura lecz chęć szczera…” okazują się w konfrontacji ze swoimi lewicowymi i prawicowo radykalnymi rówieśnikami zwyczajnie za głupi.

PiS pozbawiony politycznego duopolu zaczyna tonąć. Na razie intelektualnie. Ale to początek politycznego zjazdu. Dla Boga, panie Kaczyński! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz?

Czy znany, kurdyjski przywódca umrze w więzieniu?

Czy życie jednego z liderów tureckich Kurdów, uwięzionego Selahattina Demirtaşa, jest zagrożone? Jego siostra i prawniczka Aygul Demirtaş zamieściła alarmujące wpisy w mediach społecznościowych.

Były współlider Ludowej Partii Demokratycznej (HDP) odbywa wyrok czterech lat i ośmiu miesięcy pozbawienia wolności za „propagandę terrorystyczną”. Jest ponadto oskarżony jeszcze w innych sprawach, m.in. o terroryzm, grozi mu kara dożywocia (formalnie 142 lat więzienia). W ocenie obrońców praw człowieka nie ma żadnych wątpliwości, że Demirtaş, były deputowany tureckiego parlamentu, nie jest żadnym terrorystą i jest prześladowany przez reżim Recepa Tayyipa Erdogana za występowanie w obronie społeczności kurdyjskiej drogą parlamentarną, z socjaldemokratycznych pozycji.
Dziś alarmujące wpisy na temat Demirtaşa zamieściła na Twitterze jego siostra i prawniczka, Aygul Demirtaş. Kobieta napisała, że polityk stracił przytomność w celi w miniony wtorek, od dawna cierpi z powodu bólów w klatce piersiowej i kłopotów z oddychaniem. Pierwszej pomocy miał udzielić mu współosadzony, również były parlamentarzysta HDP Abdullah Zeydan; władzom więziennym prawniczka zarzuciła, że nie zareagowały na potencjalnie śmiertelnie groźną sytuację.
Dopiero po wpisie Aygul Demirtaş jej brat trafił do szpitala, o czym poinformowała prokuratura w Edirne. W jej oficjalnym stanowisku czytamy, że na wniosek osadzonego władze więzienne wezwały karetkę i sprowadziły lekarza, a następnie zapewniły Demirtaşowi transport do szpitala. Trudno nie zauważyć związku między publikacją prawniczki a nagłym oświadczeniem kierownictwa więzienia, które wcześniej niemal przez cały tydzień nie reagowało na zły stan zdrowia Demirtaşa. Aygul Demirtaş twierdzi tymczasem, że jej brat powinien znaleźć się pod opieką kardiologów, neurologów i gastroenterologów.
Selahattin Demirtaş był jednym z przywódców demokratycznej kurdyjskiej opozycji wobec rządów Recepa Tayyipa Erdogana. Aresztowany został jeszcze w 2016 r., gdy tureckie władze ponownie zaostrzyły politykę represji wobec tej grupy.

 

Trudno nie być totalną opozycją

W poprzedniej kadencji parlamentu część obserwatorów krytykowała parlamentarną opozycję za to, że nadmiernie skupiała się ona na łamaniu procedur przez PiS i nie była w stanie zbudować spójnej alternatywy wobec obozu władzy. W tych zarzutach było sporo słuszności, ale pierwsze tygodnie nowego Sejmu potwierdziły, że permanentne łamanie procedur bardzo utrudnia prowadzenie merytorycznej debaty na temat przyszłości kraju.

Lewica dobrze zaczęła kadencję. Sprawne i merytoryczne wystąpienie Adriana Zandberga, odważny projekt zmian w systemie emerytalnym, propozycje zmian chroniących pieszych w prawie drogowym – to tylko część wkładu Lewicy w pierwszych dniach nowej kadencji.
Trudno jednak lekceważyć brutalne łamanie prawa, regulaminu Sejmu i podstawowych zasad współżycia społecznego przez obóz rządzący. Jak bowiem opozycja ma przeforsować jakikolwiek projekt, skoro w przypadku głosowania wygranego przez opozycję, władza postanawia nie uwzględnić wyników albo je zataić? Jak można skupić się na rzeczowej pracy w komisjach, skoro przy tematach niewygodnych dla siebie, PiS ucina możliwość dyskusji, ograniczając czas dla występujących posłów i posłanek do minuty? Trudno nie poczuć zniechęcenia, gdy ktoś przygotowuje się merytorycznie do debaty, a następnie po kilkudziesięciu sekundach wyłącza się mu mikrofon. Jak można mówić o pluralizmie w Sejmie, skoro PiS planuje wymienić lewicową przewodniczącą komisji tuż po tym, gdy prezes Kaczyński zauważył, że ma ona… lewicowe poglądy? Jak można mówić o dobrej legislacji, skoro PiS nie godzi się na żadne ekspertyzy, nie konsultuje z nikim wprowadzanych przez siebie ustaw, nie daje czasu na konsultacje społeczne? Jak można dbać o zgodność ustaw z Konstytucją, skoro PiS rozpędził Trybunał Konstytucyjny? W tym kontekście trudno nie być tzw. totalną opozycją. Nawet bowiem, gdy PiS przedstawia propozycję, która brzmi sensownie, tryb procedowania sprawia, że trudno odpowiedzialnie ją poprzeć.
Opozycji trudno będzie więc przebić się z merytoryczną alternatywą. Z drugiej strony pogłębiający się autorytaryzm władzy wynika z jej rosnącego lęku i bezradności. Okazuje się bowiem, że gdy posłowie i posłanki opozycji, szczególnie ci związani z lewicą, mają głos, władza prezentuje się mizernie. Ponadto nad polską gospodarką zbierają się coraz ciemniejsze chmury. A gdy nadejdzie kryzys, wyłączanie mikrofonu oraz straszenie totalną opozycją i niszczeniem rodziny może nie wystarczyć, aby utrzymać władzę.

Wybory prezydenckie (cz. II)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Dokończenie z poprzedniego numeru.

Miejsce trzecie daje w sporcie zasadny powód do radości i dumy, zawodnik staje na podium, otrzymuje medal, co prawda brązowy, ale jednak medal. W wyborach prezydenckich tylko miejsce drugie ma znaczenie, bo daje przepustkę do finałowej rundy, a nawet stwarza szansę na zwycięstwo co udało się Lechowi Kaczyńskiemu który przecież po I turze miał dopiero wynik drugi. Przypomnijmy tylko nazwiska tych którzy zajęli trzecie miejsce (ich wyniki były już podane) 1990 Tadeusz Mazowiecki, 1995 Jacek Kuroń, 2000 Marian Krzaklewski, 2005 Andrzej Lepper, 2010 Grzegorz Napieralski, 2015 Paweł Kukiz. Z tych kandydatów najlepszy wynik procentowo i ilościowo miał Paweł Kukiz, ale najbliżej do poprzedzającego go na liście miał Tadeusz Mazowiecki. Pierwsza trójka kandydatów zawsze zgarniała od ponad 77 proc. (w 1995), do prawie 92 proc. głosów (w 2010) zostawiając pozostałym do podziału skromne resztki. Dwukrotnie tylko czwarty wynik był na poziomie wartym odnotowania. W 1990 Włodzimierz Cimoszewicz zdobył 9,21 proc. (1 514 025 głosów), a w 2005 (pod nieobecność – pamiętajmy – Cimoszewicza) Marek Borowski 10,33 proc. (1 544 642 głosy).
Od lat, przysłowiowym „języczkiem u wagi” jest PSL, tak po wyborach parlamentarnych jak i samorządowych. Warto więc ludowcom poświęcić nieco miejsca. Wyniki parlamentarne PSL nigdy nie były zbieżne z osiągnięciami ich kandydata w wyborach prezydenckich. Zawsze otrzymywał on mniej, a nawet znacznie mniej, niż jego partia w najbliższych kalendarzowo wyborach. Pierwszym kandydatem PSL-u (1990 rok) był wywodzący się z rolniczej Solidarności Roman Bartoszcze. Zajął co prawda miejsce przedostatnie, ale wobec niewielkiej stosunkowo liczby kandydatów było ono zarazem piąte, a więc to które zazwyczaj (cztery razy na sześć) kandydaci PSL zajmowali. Zdobył jednak najlepszy w wyborach prezydenckich jak dotąd wynik dla tej partii tak procentowo (7,15) jak i pod względem ilości głosów (1 176 175). Raz tylko lepsze miejsce, czwarte, zajął w 2000 Jarosław Kalinowski, lekko przekraczając milion głosów poparcia (1 047 949) co dało mu 5,95 proc. głosów. Najgorzej wypadł (w 2015) Adam Jarubas zajmując szóste miejsce i osiągając najniższy wynik z dotychczasowych to jest 1,60 proc. i 238 761 głosów. Kiedy wyborcy oddawali głosy na całą partię ludową wyniki zarówno procentowo i ilościowo były znacznie wyższe. Najlepszy wynik PSL osiągnęło w 1993 zajmując drugie miejsce (15,40 proc. i 2 124 367 głosów). Poza tą sytuacją zazwyczaj zajmowali oni czwarte lub piąte miejsce osiągając od 8,98 proc. do 5,13 proc. i od 1 805 598 do 779 875 głosów. Nieco inaczej oceniać trzeba rok 2019 z powodu powołania koalicji z resztkami ruchu Kukiz15, czego PSL (koalicji) nigdy wcześniej nie robił. Sumując – zawsze lepiej wypadała partia niż jej nominant w wyborach prezydenckich.
Czy przedstawiona analiza i zestawienia mogą mieć znaczenie dla aktualnych kalkulacji przedwyborczych? Czy mogą prowadzić do jakichkolwiek uogólnień lub formułowania reguł? Trudno powiedzieć, bo przecież każde wybory prezydenckie przynosiły różnego rodzaju zaskoczenia, niespodzianki, nieprzewidziane zdarzenia. Przypomnijmy casus Tymińskiego z 1990, przegraną będącego pewniakiem Wałęsy w 1995, druzgocący przeciwników, acz radosny nie tylko dla mnie, triumf Kwaśniewskiego w 2000, znaczącą porażkę Tuska w 2005 w II turze, gdy po pierwszej wyprzedzał o 3 proc. rywala, smoleński dramat z 2010 kładący się cieniem na listę kandydatów, czy zaskakujące zwycięstwo w obu turach „Pana Nikt” w roku 2015. Ale może właśnie dlatego warto zastanowić się jak podobnych niemiłych zdarzeń uniknąć. Radość z wywalczonego poletka normalności w Senacie nie ma zbyt mocnego fundamentu. Każdy dzień przynieść może złowrogą informację o kimś, kto w ślad za przekupnym śląskim radnym Kałużą, za nic mając swój honor i zaufanie wyborców, przejdzie na stronę „złej mocy” zadowalając się rzuconym mu ochłapkiem władzy czy suto opłaconą posadką. Chwała senatorowi Grodzkiemu, chwała innym, którzy odrzucili takie pokusy. Wybory prezydenckie albo wzmocnią i poszerzą owo senackie pole demokracji, albo niestety przedłużą na kolejne kilka lat jeszcze sejmową samo władzę prezesa, co mu pozwoli bez skrępowania i coraz głośniej podpowiadać marszałek Witek jak ta prowadzić winna obrady parlamentu.
Dość dawno już Andrzej Duda przestał mieć obawy czy prezes wystawi go do ponownej walki o urząd prezydenta. Od dawna jest pewnym i jedynym kandydatem prawicy. Od dawna, także w tej roli, objeżdża Polskę powiatową gromadząc na spotkaniach wzruszoną publiczność, której w zasadzie jest obojętne czy przyjechał do niej prezydent kraju, znany piosenkarz disco polo, ktoś prowadzący popularny teleturniej, czy prezenter telesprzedaży w regionalnej kablówce; ważne że daje to zgromadzonym pozór znalezienia się przez nich przez chwilę w wielkim świecie. A jeśli towarzyszy mu małżonka, w nie najgorzej skrojonej garsonce, wrażenie jest jeszcze większe. Raduje się więc suweren z tych wizyt, podobnie jak raduje się z otrzymywanych prezentów, które fundowane mu są z jego pieniędzy cichaczem wyciąganych z jego przecież portfela, uszczuplając jego oszczędności. Kiedy się zorientuje, że tak właśnie jest? Od początku Andrzej Duda wykazuje samodzielność adekwatną do poziomu, na jakim prezes mu ją koncesjonuje. Nikt rozsądny nie zakłada, iż może on w obszarze swych decyzji zrobić coś bez aprobaty swego szefa. Urząd prezydenta przestał kojarzyć się z samodzielnością, powagą, czy godnością. Przykre. Ale do odwrócenia możliwe.
Nie chcę wchodzić w dywagacje personalne, w oceny pojawiających się już i możliwych nowych kandydatur. Doświadczenie wskazuje, że mogą się objawić różne zaskakujące, mniej lub bardziej znane nazwiska, mniej lub bardziej nieprawdopodobne ambicje, tak że lista kandydatów niebezpiecznie się rozrośnie mącąc w głowach wyborcom i krusząc tak potrzebny wspólny front. Ktoś już forsuje publicystę i telewizyjnego celebrytę, któremu usłużne sondażownie podbijają ego, ktoś inny optuje za szefem ludowców, nie bacząc w jakie alianse był zdolny w wyborach parlamentarnych wchodzić. Na personalia za wcześnie, tym bardziej że nie o personalia mi teraz chodzi, a o ideę. Na pewno kontrkandydat urzędującego prezydenta musi zasadniczo się od niego różnić: powagą, poczuciem humoru, samodzielnością, obiektywnym poczuciem praworządności, odpowiedzialnością, a nawet wyglądem. W relacjach międzynarodowych kierować się musi racją stanu, a nie umacnianiem chwilowego i złudnego poczucia własnej wartości. Czy musi być profesorem, jak niedawno apelował na łamach Trybuny dr Gabriel Zmarzliński? Nie sądzę. Stary Bismarck miał na ten temat swoją teorię, co tytuł doktorski obecnego prezydenta może w części potwierdzać. Wystarczy że będzie od Andrzeja Dudy lepszy, a o to dość łatwo. Ale musi być ponadto skuteczniejszy i posiadać już teraz świetne zaplecze.
Wybory 2020 tym będą różniły się od poprzednich, że albo utrwalą nigdy wcześniej nie występującą, niebezpieczną dla demokracji i konstytucyjnych wolności obywatelskich, dla niezależności instytucji demokratycznych, hegemonię jednej partii; albo pozwolą na przywracanie ładu prawnego w naszym państwie. Sam wybór prezydenta z grona kandydatów opozycji i tak od razu tego nie załatwi, a jedynie proces ten pozwoli mozolnie rozpocząć, nie można bowiem złamanego prawa naprawiać kolejnym jego złamaniem. Dlatego uważam, że jedność opozycji powinna rozpocząć się już od pierwszej tury, wyrażając się we wspieraniu jednego kandydata. Rozproszenie głosów na wielu kandydatów po stronie opozycji grozi tym, że do drugiej tury może nie dojść. Walka (także programowa) między kandydatami Platformy, Lewicy czy PSL, nie dość że kosztowna, to nie osłabiać, a wzmacniać będzie Andrzeja Dudę. A na pewno pozwoli mu przejść do drugiej tury (o ile taka będzie) na pełnym rozbiegu, gdy jego rywal (rywalka!) zacznie dopiero łączyć siły i szukać wsparcia wśród partii, których kandydat do finału nie dotarł. Dziwią mnie i drażnią publicznie organizowane prawybory. Takie coś raczej toczyć się powinno w zaciszu gabinetów, gdy przedkładając argumenty i ważąc walory osobiste i spokojnie oceniając sondaże, wypracowywany powinien być konsensus w sprawie jednego kandydata (jednej kandydatki). Przy czym oczywiście rozumiem i popieram pogląd, iż własny kandydat na prezydenta każdą partię konsoliduje i umacnia jej elektorat. Ale ma to przede wszystkim sens wtedy, gdy wybory prezydenckie rozpoczynają, lub są na samym początku wyborczego maratonu. Te w 2020 zamykają zaś wyborczy kalendarz i stanowić będą albo o powrocie do normalności albo o utrwaleniu patologii. Czas na chwilę zapomnieć o oczywistych, ważnych różnicach, czas zjednoczyć się wokół jednego celu nadrzędnego i niespornego. O jednego kandydata więc apeluję, o jedną kandydatkę, o mądrość i skuteczność opozycji.

Sri Lanka – Kandydat opozycji prezydentem

Wybrany na prezydenta Sri Lanki Gotabaya Radżapaksa został oficjalnie zaprzysiężony jako głowa państwa.

Radżapaksa, przywódca opozycyjnej partii Front Ludowy Sri Lanki (SLPP) wygrał w ubiegłą sobotę wybory prezydenckie uzyskując 52,2 proc. głosów. Jego najpoważniejszy spośród pozostałych 34 kandydatów rywal z rządzącego ugrupowania Zjednoczony Front Narodowy (UNP) Sajith Premadasa zdobył 41,99 proc. W wyborach tych zanotowano rekordową frekwencję na poziomie 85 proc. tj. o niemal 4 proc. wyższą niż w poprzednich przed czterema laty.
Wynik wyborów w Sri Lance odzwierciedla nie tylko poparcie dla programu politycznego poszczególnych kandydatów – zwłaszcza, że w trakcie kampanii obydwaj czołowi rywale za priorytet uznali kwestie bezpieczeństwa i reformy ekonomiczne – lecz także ostre a niekiedy krwawe podziały społeczne na tle narodowościowym i religijnym. Radżapaksa wywodzi się z syngaleskiej większości stanowiącej ponad 70 proc. ludności kraju, natomiast Premadasa należy do mniejszości tamilskiej liczącej 12,6 proc.
Każdego z tych dwóch kandydatów poparli mieszkańcy rejonów zamieszkałych głównie przez osoby z ich narodowości. Jednakże nowy prezydent w swoim inauguracyjnym przemówieniu zaznaczył, że choć do zwycięstwa wystarczyłyby mu głosy syngaleskiej większości, to prosił również Tamilów i muzułmanów o to, aby i oni byli współautorami jego sukcesu, dodając, że wzywa ich do „wspólnego budowania Sri Lanki”.
Wielu Tamilów wykazuje jednak nieufność wobec Radżapaksy. Pamiętają, że był on sekretarzem ds. obrony w okresie, gdy jego starszy brat Mahinda był prezydentem w latach 2005-2015 i był oskarżany o odpowiedzialność za stosowanie przemocy podczas wojny z tzw. Tamilskimi Tygrysami. Również sam nowo wybrany prezydent brał udział w walkach przeciwko Tamilom w ramach elitarnego oddziału Gayaba.
W trakcie kampanii wyborczej Radżapaksa starał się pozyskać głosy ludności muzułmańskiej stanowiącej 9.7 proc. mieszkańców. Unikał antyislamskiej retoryki pamiętając o tym, że utrata głosów muzułmanów w poprzednich wyborach przyczyniła się do jego porażki. Tym nie mniej działacze islamscy nie ufają nowo wybranemu prezydentowi. Jak twierdzi wiceprzewodniczący Muzułmańskiej Rady Sri Lanki Hilmy Ahamed, Radżapaksa jest powiązany z grupami syngaleskich nacjonalistów a antyislamska retoryka została wyciszona jedynie na czas kampanii. Zwraca uwagę na to że buddyjscy nacjonaliści starają się przekonać umiarkowanych Syngalezów, iż krajowi grozi islamizacja będąca jakoby zagrożeniem dla ich sposobu życia.
Po objęciu urzędu Gotabaya Radżapaksa będzie musiał zmierzyć się z parlamentarną większością bloku w którym czołową rolę odgrywa UNP. W liczącym 225 deputowanych ma on 106 posłów. Mając na uwadze ubiegłoroczny kryzys polityczny związany ze zdymisjonowaniem przez prezydenta a następnie przywróceniem przez Sąd Najwyższy na stanowisko premiera Ranila Wickremesinghe z SLPP, nie można wykluczyć przedterminowych wyborów parlamentarnych. Jednak najpoważniejsze wyzwania przed którymi stoi nowo wybrany prezydent to bezpieczeństwo w kraju w którym w ostatnim czasie dochodziło do krwawych zamachów pociągających za sobą ofiary śmiertelne – również w dniu wyborów doszło do niemal 70 aktów przemocy – oraz rozruszanie gospodarki. Kraj obarczony jest potężnym zadłużeniem, które ciągnie się jeszcze od czasów prezydentury jego brata. Obecnie zadłużenie zagraniczne osiągnęło poziom 34,4 miliarda dolarów a całkowity dług wynosi 82,9 proc. PKB. Jak twierdzi emerytowany profesor socjologii na uniwersytecie w Colombo Siri Hettig, to właśnie powolny wzrost gospodarczy i wysokie koszty utrzymania w głównej mierze przyczyniły się do zwycięstwa kandydata opozycji.
Kandydaturę Radżapaksy poparł też miejscowy biznes licząc na to, że jego prezydentura, jak twierdzą biznesmeni, przyczyni się do przyspieszenia rozwoju infrastruktury, zwiększenia pomocy ze strony państwa dla eksporterów, przyciągania zagranicznych inwestorów, łatwiejszego dostępu do kredytów czy też zniesienia „niesprawiedliwych” podatków. – Jesteśmy gotowi wspólnie pracować z nowym kierownictwem dla rozwoju gospodarki naszego kraju – oświadczył jeden z najbardziej wpływowych przedstawicieli biznesu, prezes stowarzyszenia producentów i sprzedawców słynnej cejlońskiej herbaty Jayantha Karunaratne.
Władza prezydenta jest połowiczna. Posiada co prawda uprawnienia wykonawcze, lecz musi działać przy współpracy z premierem. Formalnie powołuje też rząd rekomendowany przez premiera. Kadencja prezydenta trwa cztery lata i może on zostać pozbawiony urzędu jedynie głosami 2/3 deputowanych i za zgodą Sądu Najwyższego.

PO ma problem z Lewicą

PO bardziej atakuje Lewicę niż realnie robi coś z PiSem.

Nie tylko Małgorzata Kidawa-Błońska, ale też liberalni dziennikarze zauważyli już, że zagrożone są ich kluczowe wartości: „kompromis” aborcyjny, leżenie krzyżem przed klerem, czy podważanie geniuszu Leszka Balcerowicza i świętej prywatyzacji…

Lewica przez marne 48 godzin w sejmie obnażyła klerykalizm i pustkę PO, a jeden poseł jeszcze podniósł do góry socjalistyczną pięść zamiast przepraszać 24/7 za Katyń. Posłanka Biejat została szefową komisji rodziny, bo nawet PiS woli ją od Grzegorza Brauna. A rząd sam już nic rodzinom nie da poza przypominaniem 500+ i apelowaniem by lud wiecznie już za to całował stopy Kaczyńskiego.

To dla nich straszne! Wcześniej tego problemu w zasadzie nie było, bo tylko „prostak z ludu” Lepper ośmielił się kilka razy popsuć cocktail party. A teraz mają przed sobą bezczelną Lewicę, która nie przytula się z biskupami i zakłada zespół ds. LGBT. Jak oni to przetrwają???

Boją się, że nie przetrwają. I dlatego atakują. Bo cała „opozycyjność” liberalnej „opozycji”… to trochę perfum na krzyżu.

Skrobanie PiS

Kiedy tylko parlament zorganizuje się, opozycja zacznie skrobać rządzącą większość. Systematycznie i dotkliwie, bo tym razem z obu stron.

Kreująca się na najbardziej antysystemową formację polityczną Konfederacja zacznie skrobać rządzącą PiS z prawej strony.

Testować zgodność głoszonych przez elity PiS ideowych deklaracji z ich parlamentarnymi czynami. Będzie podsuwać PiS – owskim marszałkom projekty ustaw wprowadzających w życie głoszoną przez elity PiS kontrrewolucję narodowo-katolicką. Kontrrewolucję tym razem bezkompromisową.

Zatem jeśli postulujemy zakaz aborcji, to wprowadzamy z życie zakaz absolutnie pełen, bez żadnych jego wyjątków.

Jeśli ogłaszamy krucjatę przeciwko „ideologii LGBT” albo islamskim migrantom, to nie może ona się kończyć na efekciarskich debatach w mediach. Oznaczać ma całkowite wykluczenie ideowych wrogów prawicy z wszelkiego życia publicznego.

Dodatkowo Konfederaci mają szansę zostania efekciarskimi reprezentantami ideologii ortodoksyjnego liberalizmu gospodarczego. Stale atakującymi PiSowskie pomysły wprzęgania instytucji państwa w działalność gospodarczą, kreowania nowoczesnego przemysłu przez agencje rządowe.

Jednocześnie obecna znów w parlamencie lewica zacznie skrobać politycznie PiS od lewej, socjalnej strony.

Skoro PiS tyle pomocy państwa wyborcom naobiecywał, skoro prominenci PiS przysięgali publicznie, że pieniądze na „socjal” dla wszystkich obywateli w budżecie państwa są i nadal będą, to niech teraz nadejdzie ten obiecany przez nich „dzień wypłaty”.

I zaraz to co pan prezes Kaczyński w czasie kampanii wyborczej naobiecywał, lewica zapisze w formie projektów ustaw. Przekaże je marszałkom PiS, aby poddali je pod sejmowe debaty i głosowania.

W szranki z konfederatami o miano najbardziej ideowych Polaków-katolików staną zapewne ludowcy/kukizowcy. Oni też chętnie udowodnią miałkość ideową rządzącego PiS i swój narodowy i katolicki pryncypializm.

Najtrudniej będzie odnaleźć się ideowo w tym froncie skrobiącym PiS parlamentarzystom z PO. Ale coraz dłuższa ich opozycyjna kwarantanna będzie sprzyjać odzyskiwaniu przez nich wiarygodności.

Skrobanie polityczne PiS byłoby nieskuteczne gdyby nie opanowany przez opozycję Senat. To prawda, że Senat nie może odrzucić ustaw forsowanych przez sejmową większość. Ale może przez przynajmniej miesiąc wnikliwie i publicznie debatować o ich treściach skutkach. Zwłaszcza szkodliwych skutkach. I trudno będzie takie wyciszyć senackie debaty grupie trzymającej władzę.

Senat ma też inicjatywę ustawodawczą. To sprawia, że powszechna w poprzedniej kadencji Sejmu i Senatu praktyka przetrzymywania w marszałkowskich szafach, przysłowiowych „zamrażarkach”, opozycyjnych projektów ustaw nie uda się w tej kadencji.

Senat będzie nie tylko surowym recenzentem sejmowych projektów, ale też aktywnym miejscem pracy politycznej. Tworzącym rozwiązania alternatywne wobec projektów PiS. Tak aktywny, opozycyjny Senat będzie przyprawiał wielki ból konstytucyjnej głowie państwa polskiego. Panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie.

Przemawiając podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu RP pan prezydent Duda rozpoczął swą kampanię wyborczą. Zaprezentował się jak „Prezydent Wszystkich Polaków”. Istny gołąbek politycznego pokoju. Przewidując, że tylko w takim kostiumie politycznym może dalej powalczyć o drugą kadencję.

Jednak w trójkącie: kaczystowski Sejm RP, opozycyjny, demokratyczny Senat RP i prezydent RP, nie ma miejsca na takiego neutralnego prezydenta.

Dlatego pan prezydent Duda będzie musiał wspierać kaczystowski Sejm RP, wchodzić w konflikt z „demokratycznym” Senatem RP. To przyhamuje nieco opozycyjną działalność Senatu, ale też zmniejszy szanse pana prezydenta na jego reelekcję.

Chyba, że pan prezydent wreszcie zbuntuje się przeciwko swemu panu prezesowi.

Wszelkie znaki na ziemi wskazują, że czeka nasz kraj spowolnienie gospodarcze. Już w wielu jego regionach, w samorządach brakuje pieniędzy na bieżącą działalność i jednoczesne wypełnianie obietnic wyborczych. Tych publicznie obiecanych „piątek”, „szóstek”, „jarkowych”.

Wielce licznych, bo elity PiS pragnąc parlamentarnej większości, licytowały je. I złożyły ich stanowczo za wiele. Pragnąc aby ich partia zagospodarowała nie tylko posiadaną już ideową prawicę, ale przede wszystkim, też liczne, pragmatyczne centrum polskiej sceny politycznej.

Systematyczne skrobanie PiS, z tej prawej strony, i z tej lewej strony, sprawić może, że zwolenników partii pana prezesa Kaczyńskiego zacznie stopniowo ubywać. Zwłaszcza kiedy sejmowa większość PiS będzie zmuszona odrzucać podsyłane jej przez opozycję ustawy zawierające PiS – owskie obietnice wyborcze. W imię ocalenia jak najmniejszego deficytu budżetowego.

Walcząc z opozycyjną sforą lewacko – narodowo – patriotyczno – konfederacką, pan prezes Kaczyński nieraz zatęskni za poprzednią kadencją Sejmu i Senatu. Kiedy przed sobą miał tylko demokratyczno – liberalną opozycję z PO, która łatwo mógł tłuc narodowo – katolicką, medialną pałką.

Czarne dni dopiero przed nim. Jeśli zjednoczona opozycja wygra przyszłoroczne, wiosenne wybory prezydenckie, jednocząc się wzorem senackim, to wówczas pan prezes Kaczyński może rzeczywiście poczuć się wyskrobywanym.

Rządzić będzie trudniej

– Widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej – mówi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – Widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne.

JUSTYNA KOĆ: Poznaliśmy skład rządu na konferencji premiera w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej. Wielkich niespodzianek nie ma, rząd kontynuacji, jak powiedział sam prezes.

EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Rząd kontynuacji – to prawda, ale warto po pierwsze podkreślić miejsce, gdzie został przedstawiony. Już nawet nikt nie udaje, że takie rzeczy dzieją się w parlamencie czy w KPRM, tylko w siedzibie partii. Tam zapadają wszystkie realne decyzje i tam się to ogłasza. To pierwsza zdarta zasłona.
Po drugie widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej. Obie partie koalicyjne mają więcej szabel poselskich w tym rozdaniu, a sam PiS ma mniejszą przewagę w parlamencie, niż miał. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez żadnych ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne. Pan wicepremier Gowin ma z czego się cieszyć, pozostał wicepremierem.
Pani Emilewicz zyskała nowe kompetencje, i będzie miała nowe kompetencje i będzie miała sporo do powiedzenia w rządzie, a wiadomo, że nie zawsze była z tych grzecznych.
Co do drugiej partii koalicyjnej, to wielki nieobecny – Zbigniew Ziobro wicepremierostwa nie dostał, co może dziwić ze względów chociażby wizerunkowych. Koalicjanci, tym bardziej, że mają więcej posłów, zazwyczaj wicepremierami zostają. Być może Zbigniew Ziobro nie chciał nim zostać i to tak dalece nie chciał, że od dwóch miesięcy nie przychodził na posiedzenia rządu. Ta przyjaźń męska, szorstka między panami jeszcze raz się mocno uwidoczniła.

Powstało też nowe ministerstwo ds. klimatu.

To pokazuje, że PiS przygotowuje się na kłopoty z UE, jeśli chodzi o sprawy klimatyczne i ochronę środowiska.
Minister Czaputowicz został na stanowisku ministra spraw zagranicznych, ale zabrano mu kompetencje dotyczące spraw związanych z UE. Dlaczego?
Być może pod wodzą tego ministra MSZ chciał się zbytnio emancypować. Na pewno łatwiej będzie kontrolować pana Czaputowicza, jak i pana Szymańskiego, jeśli będą musieli współpracować. Szymański otrzymał spore kompetencje, ale bez tego, co donoszą służby dyplomatyczne pana Czaputowicza, będzie mu trudniej poruszać się na salonach Europy.

Dużo dzieje się też po stronie opozycji. Zarząd PO zdecydował, że odbędą się prawybory. To dobry pomysł?

Nie chcę tego opisywać w takich kategoriach. To na pewno decyzja opóźniająca jeszcze wprowadzenie kandydatury lidera, który stanie do boju z prezydentem Dudą w sytuacji, kiedy i tak nie ma wyraźnego lidera.

Żaden z kandydatów nie jest wystarczająco rozpoznawalny, zwłaszcza w tzw. terenie, we wsiach i miasteczkach, zatem już by trzeba te tereny z kandydatem oswajać, a my ciągle nie wiemy, kim będzie kandydat. Opozycja opóźnia ważkie decyzje, co nie rokuje dobrze przyszłej elekcji, zwłaszcza że pan prezydent Duda już jeździ i zyskuje głosy.

Tomasz Grodzki zostanie marszałkiem Senatu, to wynik kompromisu wszystkich klubów opozycyjnych. Dobry znak dla wyborców opozycji?

Gdyby się w tej sprawie nie dogadali, to daliby elektoratowi sygnał, że są niepoważni.

Inna sprawa, że pan senator Grodzki odmówił przyjęcia resortu zdrowia, którym był kuszony. Z drugiej strony – po prostu zachował się jak rozsądny człowiek, który odmówił siedzenia na bombie. To dobrze rokuje, ale jednak nie jest to znany polityk, to nie jest senator z ogromnym autorytetem. Oczywiście być może.będzie, ale – mówiąc wprost – to nie jest Borusewicz, ani Marek Borowski. Ktoś z ewidentnymi kompetencjami i predyspozycjami osobistymi.

Szymon Hołownia ma być kandydatem obywatelskim na prezydenta. Czy to możliwy scenariusz, czy powinniśmy rozpatrywać to w kategorii żartu?

Żyjemy w kraju, gdzie kiedyś proponowano, aby na prezydenta startował Tomasz Lis czy Jolanta Kwaśniewska. Na razie jeszcze daleko do tej elekcji, bo i głosy trzeba by zebrać, i sztab, i mieć pieniądze, i to niemałe. Przyznam, że tę kandydaturę traktuję raczej w kategoriach żartu.