Skrobanie PiS

Kiedy tylko parlament zorganizuje się, opozycja zacznie skrobać rządzącą większość. Systematycznie i dotkliwie, bo tym razem z obu stron.

Kreująca się na najbardziej antysystemową formację polityczną Konfederacja zacznie skrobać rządzącą PiS z prawej strony.

Testować zgodność głoszonych przez elity PiS ideowych deklaracji z ich parlamentarnymi czynami. Będzie podsuwać PiS – owskim marszałkom projekty ustaw wprowadzających w życie głoszoną przez elity PiS kontrrewolucję narodowo-katolicką. Kontrrewolucję tym razem bezkompromisową.

Zatem jeśli postulujemy zakaz aborcji, to wprowadzamy z życie zakaz absolutnie pełen, bez żadnych jego wyjątków.

Jeśli ogłaszamy krucjatę przeciwko „ideologii LGBT” albo islamskim migrantom, to nie może ona się kończyć na efekciarskich debatach w mediach. Oznaczać ma całkowite wykluczenie ideowych wrogów prawicy z wszelkiego życia publicznego.

Dodatkowo Konfederaci mają szansę zostania efekciarskimi reprezentantami ideologii ortodoksyjnego liberalizmu gospodarczego. Stale atakującymi PiSowskie pomysły wprzęgania instytucji państwa w działalność gospodarczą, kreowania nowoczesnego przemysłu przez agencje rządowe.

Jednocześnie obecna znów w parlamencie lewica zacznie skrobać politycznie PiS od lewej, socjalnej strony.

Skoro PiS tyle pomocy państwa wyborcom naobiecywał, skoro prominenci PiS przysięgali publicznie, że pieniądze na „socjal” dla wszystkich obywateli w budżecie państwa są i nadal będą, to niech teraz nadejdzie ten obiecany przez nich „dzień wypłaty”.

I zaraz to co pan prezes Kaczyński w czasie kampanii wyborczej naobiecywał, lewica zapisze w formie projektów ustaw. Przekaże je marszałkom PiS, aby poddali je pod sejmowe debaty i głosowania.

W szranki z konfederatami o miano najbardziej ideowych Polaków-katolików staną zapewne ludowcy/kukizowcy. Oni też chętnie udowodnią miałkość ideową rządzącego PiS i swój narodowy i katolicki pryncypializm.

Najtrudniej będzie odnaleźć się ideowo w tym froncie skrobiącym PiS parlamentarzystom z PO. Ale coraz dłuższa ich opozycyjna kwarantanna będzie sprzyjać odzyskiwaniu przez nich wiarygodności.

Skrobanie polityczne PiS byłoby nieskuteczne gdyby nie opanowany przez opozycję Senat. To prawda, że Senat nie może odrzucić ustaw forsowanych przez sejmową większość. Ale może przez przynajmniej miesiąc wnikliwie i publicznie debatować o ich treściach skutkach. Zwłaszcza szkodliwych skutkach. I trudno będzie takie wyciszyć senackie debaty grupie trzymającej władzę.

Senat ma też inicjatywę ustawodawczą. To sprawia, że powszechna w poprzedniej kadencji Sejmu i Senatu praktyka przetrzymywania w marszałkowskich szafach, przysłowiowych „zamrażarkach”, opozycyjnych projektów ustaw nie uda się w tej kadencji.

Senat będzie nie tylko surowym recenzentem sejmowych projektów, ale też aktywnym miejscem pracy politycznej. Tworzącym rozwiązania alternatywne wobec projektów PiS. Tak aktywny, opozycyjny Senat będzie przyprawiał wielki ból konstytucyjnej głowie państwa polskiego. Panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie.

Przemawiając podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu RP pan prezydent Duda rozpoczął swą kampanię wyborczą. Zaprezentował się jak „Prezydent Wszystkich Polaków”. Istny gołąbek politycznego pokoju. Przewidując, że tylko w takim kostiumie politycznym może dalej powalczyć o drugą kadencję.

Jednak w trójkącie: kaczystowski Sejm RP, opozycyjny, demokratyczny Senat RP i prezydent RP, nie ma miejsca na takiego neutralnego prezydenta.

Dlatego pan prezydent Duda będzie musiał wspierać kaczystowski Sejm RP, wchodzić w konflikt z „demokratycznym” Senatem RP. To przyhamuje nieco opozycyjną działalność Senatu, ale też zmniejszy szanse pana prezydenta na jego reelekcję.

Chyba, że pan prezydent wreszcie zbuntuje się przeciwko swemu panu prezesowi.

Wszelkie znaki na ziemi wskazują, że czeka nasz kraj spowolnienie gospodarcze. Już w wielu jego regionach, w samorządach brakuje pieniędzy na bieżącą działalność i jednoczesne wypełnianie obietnic wyborczych. Tych publicznie obiecanych „piątek”, „szóstek”, „jarkowych”.

Wielce licznych, bo elity PiS pragnąc parlamentarnej większości, licytowały je. I złożyły ich stanowczo za wiele. Pragnąc aby ich partia zagospodarowała nie tylko posiadaną już ideową prawicę, ale przede wszystkim, też liczne, pragmatyczne centrum polskiej sceny politycznej.

Systematyczne skrobanie PiS, z tej prawej strony, i z tej lewej strony, sprawić może, że zwolenników partii pana prezesa Kaczyńskiego zacznie stopniowo ubywać. Zwłaszcza kiedy sejmowa większość PiS będzie zmuszona odrzucać podsyłane jej przez opozycję ustawy zawierające PiS – owskie obietnice wyborcze. W imię ocalenia jak najmniejszego deficytu budżetowego.

Walcząc z opozycyjną sforą lewacko – narodowo – patriotyczno – konfederacką, pan prezes Kaczyński nieraz zatęskni za poprzednią kadencją Sejmu i Senatu. Kiedy przed sobą miał tylko demokratyczno – liberalną opozycję z PO, która łatwo mógł tłuc narodowo – katolicką, medialną pałką.

Czarne dni dopiero przed nim. Jeśli zjednoczona opozycja wygra przyszłoroczne, wiosenne wybory prezydenckie, jednocząc się wzorem senackim, to wówczas pan prezes Kaczyński może rzeczywiście poczuć się wyskrobywanym.

Rządzić będzie trudniej

– Widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej – mówi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – Widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne.

JUSTYNA KOĆ: Poznaliśmy skład rządu na konferencji premiera w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej. Wielkich niespodzianek nie ma, rząd kontynuacji, jak powiedział sam prezes.

EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Rząd kontynuacji – to prawda, ale warto po pierwsze podkreślić miejsce, gdzie został przedstawiony. Już nawet nikt nie udaje, że takie rzeczy dzieją się w parlamencie czy w KPRM, tylko w siedzibie partii. Tam zapadają wszystkie realne decyzje i tam się to ogłasza. To pierwsza zdarta zasłona.
Po drugie widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej. Obie partie koalicyjne mają więcej szabel poselskich w tym rozdaniu, a sam PiS ma mniejszą przewagę w parlamencie, niż miał. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez żadnych ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne. Pan wicepremier Gowin ma z czego się cieszyć, pozostał wicepremierem.
Pani Emilewicz zyskała nowe kompetencje, i będzie miała nowe kompetencje i będzie miała sporo do powiedzenia w rządzie, a wiadomo, że nie zawsze była z tych grzecznych.
Co do drugiej partii koalicyjnej, to wielki nieobecny – Zbigniew Ziobro wicepremierostwa nie dostał, co może dziwić ze względów chociażby wizerunkowych. Koalicjanci, tym bardziej, że mają więcej posłów, zazwyczaj wicepremierami zostają. Być może Zbigniew Ziobro nie chciał nim zostać i to tak dalece nie chciał, że od dwóch miesięcy nie przychodził na posiedzenia rządu. Ta przyjaźń męska, szorstka między panami jeszcze raz się mocno uwidoczniła.

Powstało też nowe ministerstwo ds. klimatu.

To pokazuje, że PiS przygotowuje się na kłopoty z UE, jeśli chodzi o sprawy klimatyczne i ochronę środowiska.
Minister Czaputowicz został na stanowisku ministra spraw zagranicznych, ale zabrano mu kompetencje dotyczące spraw związanych z UE. Dlaczego?
Być może pod wodzą tego ministra MSZ chciał się zbytnio emancypować. Na pewno łatwiej będzie kontrolować pana Czaputowicza, jak i pana Szymańskiego, jeśli będą musieli współpracować. Szymański otrzymał spore kompetencje, ale bez tego, co donoszą służby dyplomatyczne pana Czaputowicza, będzie mu trudniej poruszać się na salonach Europy.

Dużo dzieje się też po stronie opozycji. Zarząd PO zdecydował, że odbędą się prawybory. To dobry pomysł?

Nie chcę tego opisywać w takich kategoriach. To na pewno decyzja opóźniająca jeszcze wprowadzenie kandydatury lidera, który stanie do boju z prezydentem Dudą w sytuacji, kiedy i tak nie ma wyraźnego lidera.

Żaden z kandydatów nie jest wystarczająco rozpoznawalny, zwłaszcza w tzw. terenie, we wsiach i miasteczkach, zatem już by trzeba te tereny z kandydatem oswajać, a my ciągle nie wiemy, kim będzie kandydat. Opozycja opóźnia ważkie decyzje, co nie rokuje dobrze przyszłej elekcji, zwłaszcza że pan prezydent Duda już jeździ i zyskuje głosy.

Tomasz Grodzki zostanie marszałkiem Senatu, to wynik kompromisu wszystkich klubów opozycyjnych. Dobry znak dla wyborców opozycji?

Gdyby się w tej sprawie nie dogadali, to daliby elektoratowi sygnał, że są niepoważni.

Inna sprawa, że pan senator Grodzki odmówił przyjęcia resortu zdrowia, którym był kuszony. Z drugiej strony – po prostu zachował się jak rozsądny człowiek, który odmówił siedzenia na bombie. To dobrze rokuje, ale jednak nie jest to znany polityk, to nie jest senator z ogromnym autorytetem. Oczywiście być może.będzie, ale – mówiąc wprost – to nie jest Borusewicz, ani Marek Borowski. Ktoś z ewidentnymi kompetencjami i predyspozycjami osobistymi.

Szymon Hołownia ma być kandydatem obywatelskim na prezydenta. Czy to możliwy scenariusz, czy powinniśmy rozpatrywać to w kategorii żartu?

Żyjemy w kraju, gdzie kiedyś proponowano, aby na prezydenta startował Tomasz Lis czy Jolanta Kwaśniewska. Na razie jeszcze daleko do tej elekcji, bo i głosy trzeba by zebrać, i sztab, i mieć pieniądze, i to niemałe. Przyznam, że tę kandydaturę traktuję raczej w kategoriach żartu.

Bo jak nie my to kto

Po decyzji Donalda Tuska wszyscy komentatorzy prężą swoje intelekty, fali komentarzy nie ma końca. Zresztą i bardzo słusznie bo to niekonwencjonalna decyzja zwłaszcza dla obozu władzy i Prezydenta Andrzeja Dudy, który był zdeterminowany walczyć z Tuskiem o drugą kadencję mobilizując w pełni swój elektorat i elektorat antyplaformerski.

Dla Prawa i Sprawiedliwości i obozu prezydenta ta decyzja stanowi duże wyzwanie.Już naoliwione i pachnące prochem armaty wytoczone wobec Tuska mogą być zupełnie nieskuteczne wobec innych kandydatów, a tych będzie całkiem sporo w grze. Donald Tusk nosi w sobie gen kandydata obciążonego negatywnie polityką polską. To oczywiście scheda z czasów, kiedy był premierem. Z wielką satysfakcją, wręcz euforią PiS w trakcie kampanii wyborczej wyciągnąłby nagrania, z których wynika, że Tusk jest zwolennikiem podniesienia wieku emerytalnego, który PiS obniżył. Pięknym paliwem byłoby tez przypominanie Tuska mówiącego że nie ma pieniędzy na 500 plus Ach jaka szkoda, że nie będzie komu przywalić…

W moim głębokim przekonaniu nadchodzące wybory mogą być pierwszymi wygranymi dla opozycji od wielu elekcji i to niekoniecznie musi być super trudne. Niekonwencjonalnych kandydatów, niezużytych politycznie będzie cała masa. W Platformie Obywatelskiej Grzegorz Schetyna próbuje ocalić swoją skórę i jedyną szansą na jej ocalenie wydaje się zbliżająca kampania wyborcza. Właśnie w jej przededniu Grzegorz Schetyna zapewne powie: moment, to nie jest czas na rozliczenia w Platformie, czeka nas kolejna walka – zresztą najprawdopodobniej przegrana dla samego Schetyny, sam przecież w niej nie wystartuje. Wiedział to doskonale już dużo wcześniej, w związku z tym wysunięcie na pierwszy plan Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zdaje się mieć swoje reperkusje także w kontekście zbliżającej się kampanii. To ona najprawdopodobniej będzie kandydatką Koalicji Obywatelskiej. Rafał Trzaskowski, pewnie wytłumaczy się, że absolutnie nie chce zostawić Warszawy, że będzie wspierał etc.Walka buldogów pod dywanem będzie jednak trwała do ostatniej chwili, frakcje w PO z nieukrywaną satysfakcją będą próbowały połączyć ogień z wodą z jednej strony nie szkodząc kandydatce w wyborach, a z drugiej przywalić Schetynie.

Absolutnie ciekawa sytuacja ma miejsce nie tylko w środowisku PO ale także po skrajnie prawej stronie polskiego parlamentu. Konfederacja, narodowcy zdobywając 13 mandatów udowodnili skuteczność, a ostatnie decyzje Prezydenta Andrzeja Dudy powołujące Marszałka Seniora Antoniego Macierewicza zdają się mobilizować twardy elektorat PiS i jednocześnie demobilizować elektorat satelitarny wokół partii rządzącej; w tym także Konfederacji, której działacze widząc co się dzieje zacierając ręce i pójdą z pewnością za ciosem wystawiając swojego kandydata.
Ciekawie jest nie tylko po prawej stronie sceny politycznej, ale także centrum i na lewicy.

Wiedząc wcześniej o decyzji Tuska (zanim oczywiście dowiedział się Schetyna) i widząc co się dzieje; wiatru w żagle próbuje nabrać Władysław Kosiniak-Kamysz, który ku zaskoczeniu wszystkich i samego PSL zdobył z Kukizem blisko 10 proc.

Pan Władysław zupełnie przypadkiem nagle leci do Brukseli na zupełnie przypadkowe spotkanie z Donaldem Tuskiem, po którym oznajmia i wymownie macha chorągwią już nie tylko zieloną ale biało-czerwoną… jestem gotowy do startu w wyborach prezydenckich i to ja będę oswobodzicielem narodu…Nie Grzegorz Schetyna, przecież nie jest on absolutnie już szefem opozycji o czym Władysław Kosiniak-Kamysz raczył już wspominać wielokrotnie.

A teraz lewicowo – tu także z wrażenia można… ano właśnie oceńcie Państwo sami. Oto na naszych oczach tworzy się właśnie lewicowy konglomerat – trzech formacji, które dopiero siadają do rozmów… Kto tak naprawdę ostatecznie będzie kandydatem lewicy w wyborach prezydenckich. Choć jeden z potencjalnych kandydatów krzyczy na twitterze „Yes we can” i wprowadza wielką nerwowość u pozostałych graczy.

Czeka nas bardzo ciekawa batalio-kampania na różne modele Polski. Owa batalia rozpoczęła się 11 listopada 2019 w którym to dniu Andrzej Duda będzie prężył muskuły i pokazywał jak zasobna i mocna w świecie jest Polska za jego prezydentury.

Dla Polaków mam nadzieję nie tylko PR, wirtualna zasobność, ale i obrona Konstytucji ma na szczęście coraz większe znaczenie. I to będzie prawdziwe wyzwanie dla nowej Pani Prezydent lub nowego Pana Prezydenta.

Zatem obserwujmy, notujmy i zaopatrzmy się dużą ilość popcornu bo czeka nas niesamowita epopeja trwająca z górą 6 miesięcy. Bo jak nie my to kto to mądrze zrecenzuje i wybierze wizję Polski na kolejne 5 lat. Bardzo chcę, aby była demokratyczna i proeuropejska – czego i Państwu życzę!

O Mirosławie Dzielskim

Działaczu opozycji w PRL,

dzisiaj zapomnianym, warto wiedzieć i pamiętać, bo w swoich poglądach i działaniach prezentował odmienną, acz realną drogę polskich przemian.
Na łamach lewicowych pism rzadko pojawiają się postacie opozycjonistów, o których wyrażane są pozytywne opinie. Jedną z niewielu był Karol Modzelewski, głównie za sprawą jego odważnej krytyki polskiej transformacji oraz skutków działań postsolidarnościowych rządów, ale również za otwartość prezentowanych poglądów idącą w parze z chłodną oceną historyka. Wielką estymą cieszył się Aleksander Małachowski, także Jan Strzelecki ze swoim PPS-owskim rodowodem, czasem ktoś z Klubu Krzywego Koła i Jacek Kuroń, który swe ideały zmieścić musiał w ministerialnej posadzie, połączonej z charytatywnymi akcjami.

Do tych postaci

Bronisław Łagowski dołączył ostatnio Mirosława Dzielskiego („Przegląd”, 4.11.2019) pisząc m. in. „Programem Dzielskiego było skierowanie zainteresowań opozycji na zagadnienia ekonomiczne, co dawało nadzieje na zepchnięcie nurtu rewolucyjnego [w „Solidarności” i politycznej opozycji – S.T.] na dalszy plan….Przewagę zdobyli ludzie o mentalności bolszewickiej, jak ich z małą przesadą określano, których celem było (i jest) karanie i poniżanie ludzi biorących udział w odbudowie Polski, w jej uprzemysłowieniu, w rozszerzeniu edukacji na całe społeczeństwo… Na ugrupowania „opozycji demokratycznej” patrzył pod tym kątem: które z nich będzie czysto polskim bolszewizmem, a które chce walczyć o prawo i wolność.” I jeszcze bardzo ważne: „Uważał on, że przeciwnik komunizmu może wchodzić w porozumienia z ludźmi aparatu władzy, ale zdradą jest czynienie ustępstw ideologii komunistycznej.”
Przywołuję słowa Profesora gdyż jako ówczesny redaktor naczelny partyjnej „Gazety Krakowskiej”, a więc ten z aparatu władzy, miałem okazję spotykać się z dr Dzielskim kilkukrotnie. Zbędne jest, z oczywistych powodów, potwierdzanie słów Łagowskiego, a to co poniżej stanowi jedynie ich dokumentację.
„Gazeta Krakowska” o problemach ekonomicznych i gospodarczych, tych w skali makro i mikro, dotykających często bardzo boleśnie każdego dnia i każdego jej czytelnika, pisała wiele i równie krytycznie. Jesienią 1987 toczyła się w Polsce, a więc i na łamach „GK” ożywiona dyskusja, spory i dywagacje na temat planowanego II etapu reformy gospodarczej. W ostatnich dniach października bądź pierwszych listopada spotkałem się w redakcji z Mirosławem Dzielskim, który zaproponował druk na naszych łamach opinii Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego na temat programu realizacyjnego II etapu reformy gospodarczej. Była to dla nas sytuacja niewątpliwie wyjątkowa, ze względu na inicjatywę spotkania i publikację głosu właśnie tego stowarzyszenia, bowiem tworzyła zaczyn do dalszych kontaktów i kolejnych, otwartych, ważnych tekstów. Wiedziałem, że Dzielskiego zaliczano do kręgów opozycyjnych ale byłem także przekonany, że sukces reformowania gospodarki nie może się udać bez jak najszerszego udziału, poparcia, a najlepiej współpracy wszystkich możliwych sił i środowisk w kraju. Wychodząc z takich właśnie przesłanek przyjąłem tekst obiecując, że po zapoznaniu się z nim dam odpowiedź. Nie byłem oczywiście jedynym w redakcji jego czytelnikiem, a w zgodnej ocenie kierownictwa gazety „Opinia KTP” niewątpliwie zasługiwała na druk.
Pojawiły się jednak problemy, na razie tylko o charakterze technicznym; tekst był bardzo obszerny i nie mieścił się żadną miarą w skromnym sześciokolumnowym środowym wydaniu, a w zamyśle autora powinien zostać opublikowany jak najszybciej. Zadzwoniłem do Dzielskiego i poprosiłem o skrócenie materiału, a w odpowiedzi usłyszałem: „To proszę, niech pan redaktor go przytnie”. Na to nie mogłem przystać obawiając się, w tym szczególnym przypadku, możliwych niezręczności, negatywnych opinii i przeróżnych komentarzy. Dokonał tego w redakcji współautor tekstu.

4 listopada pisaliśmy:

„Zamieszczane streszczenie (uzgodnione z Zarządem KTP) opinii towarzystwa traktujemy jako artykuł dyskusyjny i nie we wszystkim podzielamy opinie Autorów. Tekst publikujemy, gdyż w naszym przekonaniu podejmuje on wiele ważkich problemów i niewątpliwie przyczynia się do dalszej edukacji ekonomicznej nas wszystkich.”
Oto jego skromny fragment: „Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe z satysfakcją wita przedłożony przez rząd Program Realizacyjny Drugiego Etapu Reformy Gospodarczej. Program ten, podobnie jak przemówienie sejmowe premiera Messnera z dnia 12 października z 1987 roku, dowodzi, że władze polityczne zmierzają do osiągnięcia dalszego postępu w kierunku wprowadzenia w Polsce gospodarki rynkowej […] Na szczerość intencji władz wskazuje umożliwienie przez cenzurę otwartej, publicznej debaty gospodarczej na łamach prasy, w radiu i telewizji…”.
Publikacja nie wywołała uwag czujnej na ogół cenzury, żadnych zastrzeżeń nie zgłosił Wydział Propagandy KC PZPR, ale miejscowi obrońcy „świętego ognia” i owszem. Padły liczne pretensje o druk i krytyczne komentarze ze strony pionu ekonomicznego Komitetu Krakowskiego PZPR. Moją odpowiedzią była propozycja zamieszczenia tekstu polemicznego, ale nigdy go nie opublikowaliśmy, bo takowy nie powstał. Nie była to jedyna wypowiedź Mirosława Dzielskiego w „Gazecie”, a 27 listopada ukazał się w niej artykuł Zbyszka Satały i Edka Wąsika „Reforma to ostatnia szansa dla Polski”, którego tytuł, jak okazało się za niecałe dwa lata, należał do samospełniających się przepowiedni.

Później bieg historii przyspieszył,

kolejne spotkania stron rządowej i opozycyjnej, po nieudolnej i nieudanej próbie reformowania polskiej gospodarki, nie dotyczyły wspólnego rozwiązania tej kwestii, a udziału w politycznej władzy. Sytuacja oczywiście była w tym czasie już inna, co nie zmienia faktu, że zaprzepaszczona została przez obie zantagonizowane strony szansa na polsko-polskie porozumienie. Niemałą w tym zasługę, a może jeszcze większą, miały ugrupowania „opozycji demokratycznej” z czysto polskim bolszewizmem, czyli solidarnościowi fundamentaliści, którzy uznawali, że żaden układ z ówczesną władzą jest dla nich nie do przyjęcia.
Dramatyczny apel autorów z ówczesnej „Gazety Krakowskiej” o reformie gospodarczej jako o ostatniej szansie dla Polski wydaje się dziś tylko propagandowym zawołaniem. Przecież jest nadal Polska, i to w wielu sferach lepsza od tej poprzedniej, która musiała odejść wyczerpawszy swoje rozwojowe możliwości w zakreślonych ideologicznie granicach i byt polityczny w nowym układzie sił na świecie. Ale także tracąc szansę na wzrost w kontekście globalnego postępu technologicznego oraz legitymizację wobec obywateli stanem spraw materialnych i publicznych. Ten proces był nieunikniony ale jego przebieg i koszty mogłyby być inne, a więc i nasza współczesność odmienna.
Rzecz dotyczyła bowiem (i nadal jest aktualna) elementarnej dla każdego narodu zasady, jak uważał Dzielski „prawa i wolności”, co w konsekwencji oznacza demokrację z jej naturalnym poszukiwaniem w miarę bezkonfliktowych społecznie rozwiązań, niosących w sobie nie walkę a szacunek dla innych, ku dobru wspólnemu. I te nauki filozofa, działacza opozycji demokratycznej z czasów PRL są aktualne nadal w naszej dzisiejszej rzeczywistości.
Z Dzielskim, po raz ostatni widziałem się 7 sierpnia 1988 roku w Domu Polonii w Krakowie podczas poufnego spotkania Józefa Czyrka z grupą krakowskich opozycjonistów.

W styczniu 1989 roku

Mirosław Dzielski wyjechał na stypendium do Stanów Zjednoczonych, z powodu choroby pozostał tam na leczeniu. Zmarł 15 października 1989 roku w Bethesda. Dziś w Krakowie upamiętniają Go dwie tablice, jest też ulica jego imienia ale, jak pisał Bronisław Łagowski, „pozostawił wielu przyjaciół, ale niewielu kontynuatorów swojego sposobu myślenia.”

 

Dzień pierwszy

Nowy Sejm RP rozpoczął swą pracę. Jego pierwsze posiedzenie pokazało, że będzie to Sejm rozgadany, ideologiczny i wielce rozpolitykowany. I pełen też cynicznych, wystudiowanych deklaracji.

A także Sejm nieustających celebracji politycznych i permanentnych kampanii wyborczych. Nieprzypadkowo inaugurację Sejmu zręcznie wykorzystał pan prezydent Andrzej Duda do rozpoczęcia swej kampanii wyborczej.Zaprezentował się jako prezydent wszystkich Polaków. Polityk multi kulturalny. Sługa całego narodu. Obrońca Konstytucji III Rzeczpospolitej. Gołąbek pokoju.
I pewnie gdybyśmy nie znali jego wcześniejszej czteroletniej działalności, przysłowiowej już służalczości wobec pana prezesa, to zapewne uleglibyśmy urokowi jego przemiłych słów. Wzięli go za szczerego, zdeklarowanego demokratę.Lewaka czasami nawet.
Jeśli publiczne deklaracje pana prezydenta Dudy można potraktować jako błyszczący awers polityki obozu kaczystowskiego, lep na niezdecydowanych wyborców, to pan marszałek senior Antoni Macierewicz pokazał rewers kaczyzmu. Jego mroczną stronę.
Tu mieliśmy jednoznaczny przekaz skierowany do pancernego elektoratu PiS. Wierzącego nadal w zamach smoleński, przekonanego o konieczności dokończenia rozprawy z „ciemną spuścizną komunizmu”.
Czy wzywając do rozprawy z „ciemną stroną komunizmu” pan marszałek senior myślał wtedy o panu prokuratorze stanu wojennego, byłym pośle PiS Stanisławie Piotrowiczu, proponowanym przez pana prezesa Kaczyńskiego do Trybunału Konstytucyjnego?
Tego się pewnie nie dowiemy. Dlatego przysłuchując się obradom tego Sejmu pamiętajmy zawsze o krytycznym odbiorze prezentowanych tam słowotoków.
Zbyt często polscy parlamentarzyści ulegają komercyjnym mediom i wskakują w kapcie politycznych celerytów. Mówią pod przewidywane, wysondażowane gusta wyborców, prześcigają się w schlebianiu nam. Słowami, niczym lukrem, przykrywają swe działania.
Lewica wracała do parlamentu przekonując, że „inna polityka jest możliwa”.
Na razie uniknęła błędu podziału na klub i separatystyczne koło poselskie. Sprawnie wybrała władze Klubu Parlamentarnego odzwierciedlające jego różnorodność partyjną i pokoleniową. Korzysta z zainteresowania i przychylności wszystkich mediów.
„Trybuna” będzie obserwować i wspierać naszych, lewicowych przedstawicieli w Sejmie, Senacie i Parlamencie Europejskim też.
Chcemy rzetelnie prezentować ich pracę. Rzetelnie, czyli solidnie, lecz nie bezkrytycznie.
Oczekujemy, iż lewicowi parlamentarzyści dowiodą, że nowa, lewicowa polityka będzie możliwa w tym parlamencie. I komercyjnym otoczeniu medialny.
Wierzymy, że lewica wróciła do parlamentu tym razem już na stałe.
By zmienić rzeczywistość tej ziemi.

W poszukiwaniu męża stanu

Nie napawają optymizmem badania dotyczące wyłonienia liderów opozycji w Polsce. Aż 41,2 proc. Polaków przyznało, że nie są w stanie takowego wskazać. Tymczasem jeżeli opozycja chce poważnie podejść do tych wyborów musi mieć jednego poważnego kandydata, który będzie stanowić realną alternatywę wobec urzędującego prezydenta, Andrzej Dudy. Gdy przeważy interes partyjny nad logiką działania, to proces taki nie będzie miał miejsca.

Z polityków, którzy pojawili się w zestawieniu, najwięcej głosów (12,1 proc.) zdobył prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz – to wynik sondażu SW Research dla portalu rp.pl. Chociaż zdecydowanie największą partią opozycyjną w Sejmie jest Platforma Obywatelska, Polacy nie docenili szefa tego ugrupowania. Grzegorz Schetyna zajął w zestawieniu drugie miejsce i zdobył 10,2 proc. głosów. Sondaż ten został sporządzony w związku z przygotowaniami do wyborów prezydenckich, które czekają nas w 2020 roku.

W związku z tą publikacją, ale też innymi wydarzeniami, można wnioskować, że kampania prezydencka 2020 powoli rusza w przestrzeni publicznej, choć z praktyki wiadomo, że sztaby pracują cicho i nieprzerwanie już od kilku lat, od czasu, kiedy rozpoczynał się w Polsce trzyletni maraton wyborczy w roku 2017.

Dziś, w pierwszej dekadzie listopada 2019 roku, po rezygnacji z kandydowania na urząd Prezydenta RP Donalda Tuska, został jeden przyszły kandydat – osamotniony, urzędujący aktualnie prezydent, Andrzej Duda. Będzie miał on do końca wsparcie większości polskiej prawicy, Kościoła, znaczącej części kapitału i wielu układów międzynarodowych a także potężne zaplecze medialne. Jako jedyny kandydat tego obozu ma szanse wygrania wyborów już w pierwszej turze, nie mając przeciw sobie jedynego, poważnego i charyzmatycznego przeciwnika.

Tak się składa, że debata wśród opozycji dotycząca wyłonienia jednego kandydata uległa zatrzymaniu w związku z decyzją Donalda Tuska oraz wyłonieniem swego reprezentanta w tych wyborach przez PSL. Zarówno lewica, jak i inne ugrupowania straciły dynamikę przygotowań do wyborów prezydenckich. Tak, jak w wyborach parlamentarnych zakładano zapewne, że są szanse porozumienia z Platformą Obywatelską. Są do tego coraz większe wątpliwości.

Sytuacja na dziś jest taka, że rysują się wybory prezydenckie w układzie co najmniej czterech znaczących kandydatów popieranych przez ugrupowania parlamentarne. Logika wskazuje, że Andrzej Duda będzie miał co najmniej trzech przeciwników, spośród których wyłoni się jego przeciwnik do drugiej tury. Jest jednak pytanie, czy druga tura będzie. Doświadczenia wyborów z roku 2000, kiedy wygrał w pierwszej turze Aleksander Kwaśniewski, powinny być tutaj przypomniane.

Zaprezentowany sondaż wskazuje, że opozycja jest w rozsypce i ma problem. Rezygnacja Donalda Tuska, jedynego na razie wyrazistego kandydata, stawia otwarte pytania dotyczące tego, czy jest dziś ktoś, kto może stanąć w szranki z urzędującym prezydentem i wygrać wybory, ale także i takie, czy rezygnacja Tuska jest ostateczna i czy nie zamierza on w odpowiednim momencie wrócić do gry, bowiem na dziś mógłby być on kandydatem najpoważniejszym.

Inne pytania dotyczą całego obszaru technologii wyborczej. Uwarunkowana jest ona zapisami Konstytucji, ordynacji wyborczej oraz praktyki działania utrwalonej od 25 lat. Wyłanianie kandydatów na prezydenta rozgrywa się na kilku płaszczyznach, przy czym dominującą rolę odgrywa tutaj mechanizm partyjny oraz zasoby organizacyjno-ekonomiczne powstającego komitetu wyborczego.
Jeżeli opozycja chce poważnie podejść do tych wyborów musi mieć jednego poważnego kandydata, który będzie stanowić realną alternatywę wobec urzędującego prezydenta, Andrzej Dudy. Jeżeli przeważy interes partyjny nad logiką działania, to proces taki nie będzie miał miejsca.

Podobny mechanizm dotyczy również lewicy, jeśli przyjmiemy, że powinna ona wyłonić jednego kandydata popieranego przez wszystkich, który zajmie znaczące miejsce wśród kandydatów opozycji.

Szeroko pojęta lewica ma w swoim gronie kilka postaci, które miałyby szanse uzyskać znaczące poparcie elektoratu już na obecnym etapie. Zaliczyłbym do nich trzech liderów partyjnych: Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia i Adriana Zandberga, trzech europosłów – byłych premierów Leszka Millera i Włodzimierza Cimoszewicza oraz byłego wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, prof. Bogusława Liberadzkiego. Poważnym kandydatem może być również aktualny prezydent Krakowa – prof. Jacek Majchrowski.

Nie będzie to łatwa decyzja, bowiem aktualny system polityczny z dominacją interesów partyjnych niszczy indywidualności, zmniejsza możliwości wyboru. Są w naszych lewicowych środowiskach ludzie, znaczące postacie naszej sceny naukowej czy społecznej, autorytety moralne, szanowane publicznie, które przez partyjne sito się nie przecisną, a szkoda.

Polska potrzebuje dziś na publicznych stanowiskach mężów stanu na miarę Daszyńskiego, jest bowiem w przestrzeni publicznej istotne pytanie, jak dalej ma wyglądać nasza transformacja. Czy stać nas na wielkie odrodzenie po ćwierćwieczu nie do końca udanych eksperymentów.

„Wiodąca siła Narodu”

– Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Mimo że PiS wybory do Sejmu wygrał, to sytuacja tej partii w tym rozdaniu zmieniła się radykalnie?

JACEK KUCHARCZYK: Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Jestem sceptyczny co do tego stwierdzenia, bo wcześniejsze kryzysy, które sam uważałem za potencjalne game changery, jak dwie wieże czy sprawa „pancernego Mariana”, nie zmieniały sytuacji.
Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał. Jak widzieliśmy przez ostatnie 4 lata, to pozwoliło im, wbrew silnym protestom społecznym, podporządkować sobie TK, prokuraturę, w dużej mierze przeprowadzić zmiany upolityczniające wymiar sądowniczy i zmienić media publiczne w propagandową tubę.
Z drugiej strony napięcia w PiS są widoczne gołym okiem – słaby wynik w senacie i brak większości sejmowej pozwalającej na zmianę konstytucji, na co był apetyt. Brak też większości pozwalającej na odrzucenie prezydenckiego weta, co jest ważne w świetle nadchodzących wyborów. Ważne są liczby – prawie 9 mln dla demokratycznej opozycji i 8 mln dla PiS
W samym PiS-ie czy raczej Zjednoczonej Prawicy też mamy napięcia wewnętrzne. To de facto koalicja 3 partii, z których dwie mniejsze odniosły względny sukces i mogą sprawić Kaczyńskiemu wiele kłopotów.

Obaj koalicjanci – Gowin i Ziobro – widząc swoją silniejszą pozycję licytują wyżej. A bez tych partii PiS traci większość. To zachwieje monolitem na prawicy?

PiS traci większość bez tych partii i to jest niewątpliwie kłopot dla Kaczyńskiego, bo wobec nowego układu sił będą żądać dla siebie coraz więcej. Ziobro już teraz ma silną pozycję, bo kontrolując prokuraturę, już ma w ręku losy śledztwa w sprawie dwóch wież, czyli w zasadzie ma też mocne argumenty w stosunku do samego prezesa. Gowin z kolei może kwestionować PiS-owską politykę socjalną, a jak wiemy, sukces PiS-u w dużej mierze oparty jest właśnie na transferach socjalnych, na które teraz potrzeba pieniędzy, na przykład od przedsiębiorców, których Gowin chce bronić przed wzrostem danin.
Trzeba zauważyć jednak, że z drugiej strony to hipotetyczne wyjście Gowina nie spowoduje, że pojawi się alternatywa dla rządów PiS-u. Trudno mi sobie wyobrazić większość parlamentarną z Lewicą, PSL-em i Gowinem. Opozycja jest zbyt pluralistyczna, żeby w tej chwili stworzyć realną większość rządzącą z uciekinierami ze Zjednoczonej Prawicy. W najlepszym przypadku możemy mieć więc do czynienia z pęknięciem w obozie władzy, co być może w jakimś momencie doprowadzi do przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.
Można też sobie wyobrazić, że po przegranych przez prawicę wyborach prezydenckich dojdzie do rozłamu.

Ziobro i Gowin to nie jedyne problemy Kaczyńskiego. Kolejnym jest Marian Banaś, który wbrew prezesowi pozostaje na stanowisku szefa NIK-u i zaczyna pracę. To duży problem dla prezesa?

To poważna prestiżowa porażka. Ja bym zaczekał jednak, aby zobaczyć, jaki będzie wpływ na opinię publiczną tego nieposłuszeństwa pancernego Mariana. Ta sytuacja może też uruchomić dalsze procesy dekompozycyjne władzy, np. konflikty służb specjalnych, o których się teraz mówi. Jednak w czasie wyborów afera Banasia PiS-owi nie zaszkodziła i być może PiS połknie tę żabę i przejdzie nad szefowaniem Banasia w NIK do porządku dziennego. To będzie oczywiście kolec, który będzie uwierał, ale niekoniecznie musi wywołać jakiś głębszy kryzys poparcia dla władzy.
PiS nieraz wychodził z poważnych kryzysów obronną ręką. Już słyszymy pana Brudzińskiego, że Banaś nie był z PiS-u, co oczywiście może wydawać się śmieszne, ale do tej pory ta strategia rozbrajania przez zaprzeczanie oczywistościom była dla tej partii skuteczna.

Czy to jednak nie podkopie pozycji Kaczyńskiego? Do tej pory zawsze jak wkraczał prezes, to wszyscy kładli po sobie uszy. Był wodzem, który w razie potrzeby doprowadzał do porządku „rozhulanych bojarów”, a tu nagle któryś z nich jawnie pokazał prezesowi gest Kozakiewicza.

Tu zgadzam się, że to może okazać się wizerunkowym problemem nie tylko PiS-u, ale i samego Kaczyńskiego. Do tej pory ta „skuteczność” prezesa była istotnym motywem poparcia dla partii władzy. Teraz gdy prezes domaga się bezskutecznie dymisji od osoby, którą on sam na to stanowisko w państwie wstawił, jego autorytet zostanie nadwyrężony, co może zachęcić innych graczy w ramach obozu rządzącego do silniejszego stawiania się prezesowi. Jak wspomnieliśmy, takich graczy, którzy mogą próbować się usamodzielnić, jest co najmniej kilku. To Ziobro, Gowin, ale i być może Morawiecki czy Macierewicz, którego wynik wyborczy też wzmocnił i który niekoniecznie w każdej kwestii będzie szedł na sznurku prezesa.

Opozycja też ma swoje kłopoty. W PO toczy się debata nad przywództwem Schetyny, w Senacie z kolei widać już tarcia co do wyboru marszałka. Czy opozycja nie zmarnuje tego zwycięstwa?

Niewątpliwie jest problem na opozycji. Wynik KO jest rozczarowujący, nawet w świetle celów, które stawiał sobie sam Grzegorz Schetyna, czyli zdobycia co najmniej 30 procent głosów. Koalicja dostała mniej mandatów, niż w bardzo trudnym roku 2015, a to znaczący sygnał. Gdy patrzy się na nowych pozyskanych wyborców, to z całej opozycyjnej trójcy KO wypadła najsłabiej, czyli najmniej wykorzystała wysoką frekwencje wyborczą. To poważny problem, bo jednocześnie KO czy PO pozostaje największą siłą opozycyjną i na niej spoczywa de facto odpowiedzialność nie tylko za własny los, ale także – nie waham się powiedzieć – polskiej demokracji. Słaba KO to przedłużenie rządów PiS przez braku realnej alternatywy. Jest pytanie o wizerunek, o dalsze przywództwo i o jasny klarowny program. Sporo już powiedziano o słabości programu KO, o zmienianiu haseł w trakcie kampanii oraz o tym, że bardzo dobry ruch z nominowaniem Kidawy-Błońskiej przyszedł zbyt późno i nie był konsekwentnie realizowany. Wiele osób miało problem ze zrozumieniem, jaka faktyczna zmiana idzie za tą nową twarzą.
Ja nie widzę alternatywy dla koalicji jako wiodącej siły opozycyjnej, ale jednocześnie jako na największym ugrupowaniu spoczywa na niej największa odpowiedzialność za losy demokratycznej opozycji.

Czy opozycja dogada się w sprawie wyboru marszałka?

Sytuacja, kiedy są inne od KO, niezależne podmioty w opozycji wymaga zupełnie innego podejścia, opartego na dialogu. Senat to wyzwanie. Dla mnie Bogdan Borusewicz jest oczywistym kandydatem ze względu na staż w Senacie i jego przeszłość polityczną, ale to nie jest oczywiste dla innych sił politycznych na opozycji i o tym trzeba z nimi rozmawiać. Nie wolno postawić wszystkich senatorów i sił politycznych przed ultimatum. Tu potrzebny jest kompromis.
Martwi mnie też to, że KO wciąż nie jest w stanie znaleźć swojego języka w kwestii wartości w polityce. PiS zrobił z kwestii wartości młot na opozycję, mam na myśli retorykę obrony rodziny, polskości i Kościoła. Co ważne, badania pokazują, że społeczeństwo robi się coraz bardziej otwarte w tych sprawach, czyli ewoluuje w kierunku dokładnie odwrotnym, niż PiS chce nas popychać.
Z badań, które robiliśmy w Instytucie w ramach międzynarodowego projektu Voices on Values wynika, że w Polsce (podobnie jak w innych krajach) jest duża grupa osób, którym bliskie są zarówno wartości społeczeństwa otwartego, jak i zamkniętego. Oni po części podzielają wartości, które promuje pis, a po części wartości liberalne. Ta grupa jest do wzięcia, tylko trzeba mówić do nich jasno o tych wartościach, a nie uciekać od dyskusji.
Nie wolno mówić, że edukacja seksualna, prawa mniejszości seksualnych czy aborcja to tematy zastępcze. Trzeba o tym wprost mówić do swoich i potencjalnych wyborców. Same elektoraty KO i Lewicy są pod względem wartości społecznych do siebie zbliżone i różnią się od wyborców PiS.
Moim zdaniem, większość wyborców KO jest o wiele bardziej liberalna, niż byśmy mogli przypuścić ze stwierdzeń polityków koalicji czy składu list wyborczych, na których znalazło się szereg bardzo konserwatywnych osób. Ucieczka od zajęcia jasnego stanowiska w takich kwestiach, chociażby poprzez wyjmowanie kart do głosowania przy tej absurdalnej uchwale o tym, jak to prześladuje się w Polsce Kościół katolicki, jest oddawaniem pola PiS-owi. Tutaj opozycja musi znaleźć własny język i mówić wyraźnie o wartościach, a nie rejterować czy „małpować” Kaczyńskiego, próbując pozyskać wyborców, mówiąc jego językiem. To już, moim zdaniem, jest grzech śmiertelny, bo się w ten sposób jedynie uwiarygadnia tę reakcyjną narrację PiS-u.

Fot. Instytut Spraw Publicznych

Głos lewicy

Podzielona opozycja = klęska wyborcza

Teresa Jakubowska z Partii Racja uważa, że opozycja powinna iśc razem do wyborów na jesieni:
Niektórzy niedouczeni politycy, dziennikarze a nawet politolodzy (chyba przekupieni) ciągle opowiadaja bzdury, że opozycja może zwyciężyć
idąc do wyborów w trzech (czy więcej) komitetach wyborczych, bo będą w większości. Tymczasem system d’Hondt’a temu przeczy – promuje zwycięzcę – JEDEN JEDYNY komitet wyborczy, który uzyska największą ilość głosów.
Przypominam wybory 2015:
PiS uzyskał . 5.711.687 głosów 37,58 % 235 mandatów (trzy partie ale JEDEN komitet wyborczy) opozycja… 6.935.813 głosów 45,63 % 224 mandaty (cztery oddzielne komitety wyborcze PO, Kukiz, Nowoczesna, PSL bez mniejszości niemieckiej. Mimo znaczącej przewagi uzyskanych W SUMIE głosów opozycja przegrała. Bo ilość głosów opozycji nie przekłada się na proporcjonalną ilość mandatów. Niezależnie od tego z powodu wysokich progów zmarnowało sie ok. 2,5 mln głosów.
System d’Hondt’a obowiązuje w Polsce także w eurowyborach. Ostatnie eurowybory także pokazały, że zwyciestwo nad PiS- em jest możliwe pod warunkiem jedności opozycji postępowej. Koalicja Europejska + RAZEM + WIOSNA miały 53 tys głosów WIĘCEJ niż PiS.
PiS BY PRZEGRAŁ, gdyby opozycja demokratyczna tworzyła JEDEN BLOK.
Wszystkie siły postępowe powinny się zjednoczyć tłumacząc Polakom, że sytuacja jest wyjątkowa. Jeżeli chcemy zwyciężyć PiS to
MUSIMY WSZYSCY GŁOSOWAĆ NA JEDEN JEDYNY KOMITET WYBORCZY zjednoczonej opozycji demokratycznej tzn K alicji Obywatelskiej w tym całej LEWICY. Jest tylko jeden zwcięzca. Polacy, nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Taki blok ma szanse na dobry wynik, lepszy od PiS, bo mozna sie spodziewać dużej mobilizacji elektoratu, pod warunkiem wytlumaczenia wyborcom konieczności połączenia się ze względu na ordynację. Trzeba uświadomić wyborcom, że mogą głosować np. na kandydatów lewicowych na listach koalicji. Byłabym zachwycona gdybym mogła tak głosować. Grzegorz Schetyna powinien stanąć na głowie, żeby przyciagnąć partie i kandydatów na posłów wszelkich odcieni opozycji demokratycznej ŁĄCZNIE Z LEWICĄ. Nie robić im łaski, bo POLSKA przegra.
Chyba jeszcze ściślejszej współpracy całej opozycji wymagają wybory do Senatu, gdzie obowiązują ukochane przez Kukiza JOW-y czyli jednomandatowe okręgi wyborcze. Okręgów jest tyle ile senatorów czyli 100. Logicznie biorąc – opozycja powinna wystawić jednego współnego kandydata w każdym okręgu. Bardzo jestem ciekawa czy chociaż w tym przypadku cała opozycja zachowa się logicznie.
Polacy są wystarczająco mądrzy, żeby zrozumieć, że jeżeli nie będziemy tak glosować jak wyżej, to będziemy mieć w Polsce Turcję na najbliższe 20 lat a na to się zanosi. Kraj z tysiącami ludzi siedzącymi w więzieniach bez wyroku, kraj ze zdewastowanym do końca środowiskiem bez oglądania sie na los naszych dzieci i wnuków. Kraj pozbawiony wody pitnej, czystego powietrza, lasów, rzek i jezior.
Wszystko wyschnie, co już widać gołym okiem, nie tylko z powodu katastrofy klimatycznej ale z powodu barbarzyństwa i chciwości działaczy PiS. To są straty nienaprawialne, bo nic nie zastąpi 100-letniego drzewa.

Jesteśmy równi i różni

Justyna Samolińska z Akcji Demokracji na Facebooku:
Ruch LGBT w Polsce ma ogromne, nieprzeliczone zasługi – w kształtowaniu dyskursu, w przełamywaniu tabu, w organizowaniu ludzi wokół idei. Dla mnie osobiście miał rewolucyjne znaczenie – kiedy 9 lat temu zaczynałam swoja przygodę z aktywizmem, byłam inną osobą. To w tym ruchu dowiedziałam się, że jako dziewczyna na serio mogę mieć taką ekspresję swojej płci jak chcę. Że mogę mieć krótkie włosy, że nie muszę się malować, że mogę mówić głośno i siedzieć w rozkroku i mieć swoje zdanie. Że ludzie są różni i że to jest spoko, że płeć to nie dwie szufladki.

Plan

Historia uczy, że niewielka, lecz zdeterminowana i pod sprawnym przywództwem grupa zawsze wygrywa z dużą, słabo motywowaną i źle dowodzoną masą ludzi.

To co się stało 18 lipca 2019 roku jest klęską obozu demokratycznego w Polsce. Szeroka koalicja partii opozycyjnych miała realną szansę na względnie łatwe zwycięstwo w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu. Odpowiedzialność za porażkę tej koncepcji spada na Grzegorza Schetynę i Władysława Kosiniaka – Kamysza.
Nie dosyć, że wyciągnęli oni złe wnioski z porażki w wyborach do Parlamentu Europejskiego, to jeszcze zmarnowali nadzieje wielu myślących, aktywnych politycznie i autentycznie zaangażowanych w sprawy Polski obywateli. Wystarczy przeczytać komentarze w Internecie, by zorientować się kogo Polacy obciążą winą za to co się stało.
Ale jest to też ogromna szansa dla szeroko rozumianej Lewicy, która może stać się nadzieję dla wielu, na pokonanie Prawa i Sprawiedliwości. Choć dziś sytuacja SLD, Wiosny i partii Razem jest bardzo trudna. I tylko od polityków lewicy zależy jaki będzie ostateczny wynik.
Dziś, używając języka wojskowego – „Sytuacja jest beznadziejna, wróg ma ogromną przewagę, cofać się nie ma dokąd. Dlatego trzeba atakować”. Politycy Lewicy są dziś zdeterminowani by udowodnić swym niedawnym koalicjantom, jak bardzo się pomylili w ocenie sytuacji politycznej i tego, czego chcą wyborcy.
Aby przekonać Polaków lewicowa koalicja potrzebuje dziś bardzo dobrej, bezkompromisowej kampanii wyborczej. To nie może wyglądać tak, jak kampania prezydencka Magdaleny Ogórek, czy wybory do Sejmu i Senatu cztery lata temu.
Na początek warto uświadomić sobie, że prawdziwym powodem porażki opozycji w wyborach do Parlamentu Europejskiego, był nie brak spójności ideowej, lecz brak porządnej kampanii. Odpowiedzialność za ten stan spada na Platformę Obywatelską, która nie liczyła się z pozostałymi partnerami. Nie warto dziś wchodzić w szczegóły. Ale trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie – Co zrobić, by jesienią 2019 roku wygrać?
Lewica będzie w tych wyborach walczyła nie o 25 procentowe poparcie, lecz realnie o wynik w przedziale – 8 – 12 procent. Każdy punkt powyżej będzie oznaczał oszałamiający sukces.
Lewicowa koalicja nie może popełnić też błędu z roku 2015, czyli nie może zarejestrować się jako „koalicja” i podnieść próg wyborczy do 8 procent. Tak na wszelki wypadek.
Musi też mieć możliwie najlepszy sztab wyborczy, który zacznie działać w ciągu najbliższego tygodnia. Chodzi o niewielką grupę ludzi, którzy mają doświadczenie w prowadzeniu takich kampanii. I którzy je w przeszłości wygrywali.
Ich zadaniem powinno być zorganizowanie nie tylko kampanii na szczeblu centralnym, ale też skutecznego wsparcia dla kandydatów w okręgach wyborczych. Nic bowiem tak nie demobilizuje jak przekonanie, że przegrana jest pewna. A wiemy, że większość osób, które znajdzie się na listach Lewicy nie zdobędzie mandatów poselskich.
Należy uniknąć sytuacji, w której kandydaci będą walczyli między sobą, a nie z przeciwnikami politycznymi. I przekonać tych, którzy nie mają szans na mandat, by poświęcili swój czas i energię dla wspólnego celu. Muszą wiedzieć, że nie są sami, że „Warszawa o nich pamięta i gotowa jest im pomóc”. Jeśli tak się stanie, oznacza to dodatkowy punkt w wyborach. Czyli bardzo dużo, pamiętając, że Lewica nie będzie walczyła o 25 – 30 procent.
Pamiętajmy, że decyzja Platformy Obywatelskiej o samodzielnym starcie w wyborach została
bardzo źle przyjęta przez osoby, które wspierały opozycję i gotowe były na nią głosować. Widać to po wpisach na forach internetowych i pod publikacjami na stronach takich jak Gazeta Wyborcza, Onet.pl, Wirtualna Polska czy Natemat. Dlatego można spodziewać się spadku poparcia dla PO w sondażach. To zjawisko dotknęło już Polskie Stronnictwo Ludowe, i pewnie tylko Władysław Kosiniak – Kamysz wierzy, że PSL łatwo przekroczy próg 5 procent. Większość obecnych posłów w to nie wierzy, lecz nie ma odwagi by się przeciwstawić.
Lewica może zyskać na tym zamieszaniu. Dlaczego? Ponieważ nie ma już nic do stracenia. I może sobie pozwolić na wszystko. Może bezpardonowo atakować Prawo i Sprawiedliwość. Może powiedzieć Polakom, że w gruncie rzeczy jest wdzięczna Grzegorzowi Schetynie, gdyż teraz nie musi już liczyć się z jego fochami.
Żyjemy w czasach, w których politycy muszą być wyraziści, pełni energii, który komunikują się z wyborcami korzystając z nowoczesnych technologii. W takich warunkach kampania staje się nieustannym atakiem na przeciwników. Rodzajem strumienia świadomości. I bynajmniej nie chodzi tu o prawdę, lecz wyłącznie o emocje.
Mało kogo interesowały kulisy negocjacji między SLD a PO w sprawie wspólnego startu w wyborach do Sejmu i Senatu, ale uwaga Włodzimierza Czarzastego , że był to „Stosunek ślimaka z meduzą” oraz pokazany przez niego „gest Kozakiewicza” został odnotowany przez wszystkie media.
Jaki ma być program wyborczy Lewicy? Wszystko sprowadza się do kilku prostych haseł – na przykład – „Nie oddamy Polski PiS-owi”, „Nie dopuścimy do tego, by Kaczyński wyprowadził nasz kraj z Unii Europejskiej”, „Nie musimy wstydzić się w Europie za nieudolną „Brochę” Szydło”, „Uczynimy Polskę naprawdę silnym i liczącym się w Europie krajem”.
O lewicowej koalicji powinno być głośno – „Zjednoczona Lewica jest czarnym koniem tych wyborów”, „Dziękujemy za poparcie i prosimy o więcej”, „ Nie chcę się wstydzić za Prawo i Sprawiedliwość, dlatego głosuję na Lewicę”.
Należy codziennie atakować polityków Prawa i Sprawiedliwości za to, że nie szanują wyroków sądowych, że poseł Pięta ma problemy z kochanką. A poseł Tarczyński z głową. Trzeba nieustannie przypominać o uczuciach Macierewicza do Misiewicza itp. Należy wręcz zasypać Polaków taką narracją, korzystając ze wszystkich dostępnych okazji.
Moim zdaniem Polska nie ma dziś większych problemów gospodarczych i dlatego ta tematyka nie zdominuje tegorocznej kampanii. Lewica powinna obiecywać, że zrobi wszystko, by pensje Polaków dorównywały tym zachodnim. Że będzie się żyło nam lepiej.
Za to będą pogłębiały się problemy edukacji i szeroko rozumianej służby zdrowia. We wrześniu dzieci i nauczyciele przekonają się czym naprawdę jest reforma edukacji.
Temat braku leków, niskich zarobków lekarzy i pielęgniarek będzie aktualny także jesienią. Zj Lewica może obiecać, że w krótkim czasie zwiększy nakłady budżetowe w tych obszarach. Jeśli chcemy mieć dobrze wykształcone młode pokolenie, to nauczyciele powinni zarabiać więcej. To samo dotyczy lekarzy, pielęgniarek i pozostałego personelu medycznego.
Skąd na to pieniądze? Wystarczy nie kraść, i być skrajnie rozrzutnym jak pisowska nomenklatura w spółkach skarbu państwa. Trzeba w kółko powtarzać – „Wam się po prostu nic nie należy” i „Nie pozwolimy, by PiS zrealizował największy i najkosztowniejszy ze swych programów – „Koryto +”.
Istotne jest też, by pamiętać – Kampania wyborcza Lewicy nie jest adresowana do zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. Ci wyborcy nas nie interesują. Kierujemy nasze przesłanie do osób rozczarowanych polityką Platformy Obywatelskiej i Grzegorza Schetyny , do ludzi, którzy stracili zaufanie do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Do tych, którzy dotychczas nie uczestniczyli w wyborach, albo zostali zniechęceni poczynaniami liderów opozycji. I oczywiście do młodych osób. To zdanie dla Roberta Biedronia i Adama Zandberga.
Kilkuosobowy zespół osób mających doświadczenie w prowadzeniu kampanii wyborczych, jest w stanie na bieżąco rozpisać zadania dla kandydatów niemal na poszczególne dni kampanii. Jest też w stanie przygotować spoty telewizyjne i radiowe.
Potrzebne też będą osoby, które zajmą się mediami społecznościowymi. Ich zadaniem będzie stworzenie wrażenia, że kampania Lewicy jest niezwykle dynamiczna i otwarta na różne pozytywne pomysły.
Jestem też pewien, że wielu intelektualistów, naukowców, pisarzy, aktorów, przedstawicieli szeroko rozumianego świata kultury może w tych wyborach zagłosować na kandydatów lewicy. Trzeba pomóc im podjąć taką decyzję.
Mam świadomość, że nie wszystko da się zrealizować, że zapewne w kampanii będą sytuacje trudne, ale wybory wygrywają ci, którzy popełnią mniej błędów. Moim zdaniem Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe już wyczerpały ich dopuszczalny limit. A to dopiero początek. Lewica nie musi iść tą drogą.

Jedność opozycji lub druga kadencja PiS

„Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich” – mówi dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co).

KAMILA TERPIAŁ: Zadaje pan sobie pytanie, gdzie jest opozycja?
ROBERT SOBIECH: Opozycja w tym momencie przyjęła rozsądną taktykę. Nie wiedząc, w jakiej konfiguracji pójdzie do jesiennych wyborów, ogranicza swoje wypowiedzi na zewnątrz, minimalizując ryzyko pojawiania się niespójnych przekazów. Powinna zresztą zrobić to już wcześniej. Niespójne przekazy to dla potencjalnych wyborców sygnał słabości, wewnętrznych rozbieżności. Ten stan nie może jednak trwać długo. Potencjalni wyborcy partii opozycyjnych czekają teraz na spójny komunikat, który będzie miał dwie części: w jakim składzie idziemy do wyborów i główne tematy kampanii, czyli to, co ma być najważniejszymi zmianami po wygranych wyborach.

Opozycja będzie się jednoczyć?
To w dużej mierze zależy od analiz sondaży, które będą się pojawiać, i symulacji wyników wyborczych. Mam przed sobą najnowsze badanie firmy Kantar, z którego wynika, że Zjednoczona Prawica w ciągu miesiąca straciła 6 punktów procentowych (34 proc. poparcia), PO zyskała 3 punkty (24 proc.  poparcia), a SLD i PSL znalazły się poniżej progu wyborczego (po 4 proc.). To pokazuje, że samo zjednoczenie z PSL-em i SLD w jednym bloku (przy wszystkich zastrzeżeniach co do prostego sumowania danych sondażowych) daje mniej więcej tyle samo poparcia, ile ma Zjednoczona Prawica. To sygnał, że warto się jednoczyć. Tymczasem z przecieków medialnych dowiadujemy się, że znaczna część partii opozycyjnych rozważa wariant łączenia się w mniejsze koalicje (np. Wiosna+SLD, PSL+Kukiz). W swoich archiwach odnalazłem symulację prof. Flisa, opierającą się na podobnych wynikach sondaży. W sytuacji, kiedy PiS (formalnie Zjednoczoną Prawicę) popiera 36% wyborców, PO 23 proc., a reszta głosów oddana zostaje na pozostałe partie, PiS posiada od 226 do 237 posłów. Czyli ma ponownie większość lub do większości brakuje mu kilku posłów, których z łatwością pozyska z innych partii.

Podobno liczy się tylko wygrana w wyborach.
Jeżeli PO (po fuzji z Nowoczesną) pójdzie do wyborów sama, SLD dogada się z Wiosną Roberta Biedronia i uzyska ok. 10% poparcia, a PSL być może nieznacznie przekroczy próg wyborczy, oznacza to wysokie prawdopodobieństwo, że PiS przez następne 4 lata będzie rządzić samodzielnie.

Czyli jedyne wyjście to zjednoczenie opozycji?
Racjonalna kalkulacja wskazuje, że do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja z kluczowymi punktami programowymi i nieukrywanie różnic poglądowych. Najważniejsze pytanie brzmi: co jest celem opozycji? Przejęcie rządów czy zabezpieczenie kilkunastu czy kilkudziesięciu miejsc w parlamencie dla swoich liderów i uzyskanie dotacji dla swoich partii? A na to pytanie nie mamy do tej pory jasnej odpowiedzi.

Racjonalność zwycięży?
Polityk to zawód jak każdy inny. Oni też martwią się, gdzie będą pracować przez najbliższe 4 lata.
Jeżeli górę weźmie kalkulacja indywidualna obliczona przede wszystkim na przetrwanie, to będziemy mieli po stronie opozycji przynajmniej trzy bloki. To bardzo dobra wiadomość dla PiS, który okazuje się jedyną partią, która potrafiła zintegrować większość partii prawicowych w jeden blok.
Tam również są znaczne różnice poglądów i interesów. W przeciwieństwie do wielu partii opozycyjnych nie są one ujawniane publicznie.

Grzegorz Schetyna mówi, że to będzie ważny sprawdzian dla opozycji. Rzeczywiście?
Na pewno. Przyznam, że w ogóle jestem zdziwiony dyskusją, która miała miejsce po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Znaczna część polityków i komentatorów właściwie orzekła, że PiS wygraną w wyborach parlamentarnych ma już w kieszeni. W naukach społecznych to jest klasyczny mechanizm samospełniającej się przepowiedni – jeżeli liderzy opinii publicznej mówią, że coś się zdarzy, to automatycznie przekłada się na poglądy ludzi i ich zachowania. Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich. To może zdecydowanie odwrócić bieg wydarzeń. Ale siła mechanizmu samospełniającej się przepowiedni jest bardzo duża.

Opozycja musi nakręcić własną samospełniającą się przepowiednię?
Musi przede wszystkim pokazywać, że szanse na wygraną są realne. Jeżeli sami politycy uwierzą, że nie da się tych wyborów wygrać, to strategia zabezpieczania miejsc pracy będzie miała niestety duże szanse powodzenia.

Musi wyjść do ludzi i tam pokazać, że będzie walczyć?
Przewidywania były takie, że szczególnie wybory do Parlamentu Europejskiego będą wyborami o niskiej frekwencji i przyciągną, podobnie jak w poprzednich wyborach, wielkomiejski, lepiej wykształcony elektorat. Dlatego niektórzy politycy wyszli z założenia, że nie warto się starać. Okazało się, że skuteczna kampania zmobilizowała wyborców PiS i zdemobilizowała wyborców opozycji. W porównaniu z wyborami do sejmików wojewódzkich z jesieni 2018 roku PiS pozyskał blisko milion dodatkowych wyborców, a partie wchodzące w skład Koalicji Europejskiej straciły 1,8 mln głosów.

Opozycja odrobiła lekcje i dlatego ruszyła „w teren”?
Oczywiście warto iść w te miejsca, gdzie można pozyskać dodatkowych zwolenników, odzyskać prawie 1,8 miliona głosów, które Koalicja Europejska straciła w porównaniu z wyborami samorządowymi i zakładając wyższą frekwencję, pozyskać nowych wyborców. Potrzebna jest jednak dobra analiza tego, kim są ludzie, którzy nie poszli głosować, także kim są ci, którzy prawdopodobnie pójdą głosować, ale do tej pory na te partie nie głosowali.

PiS może sięgnąć po bardziej konserwatywny elektorat PO?
Wyjmowanie sobie wzajemnie elektoratu jest mało prawdopodobne. Analizy powyborcze pokazują, że dwa polityczne bloki mają swoich stałych zwolenników. Ale do wzięcia i tak jest bardzo dużo – ponad połowa ludzi, którzy zostali w domach. Przy tej skali mobilizacji i konfliktu politycznego można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że frekwencja wyborcza będzie oscylowała w granicach 60 proc.,czyli do wyborów pójdzie ok. 18 mln Polaków. To o blisko 4,5 mln więcej, niż w wyborach europejskich. O nich trzeba zawalczyć.
PO-KO powołała swój sztab wyborczy, na jego czele stanął Krzysztof Brejza. To będzie nowy początek?
Skład sztabu wyborczego pracuje zazwyczaj w zaciszu gabinetów. Najważniejsze będzie to, kim będą twarze kampanii i kto znajdzie się na czołowych miejscach list wyborczych. Kluczową sprawą będzie też to, w jaki sposób opozycja będzie rozliczać 4 lata rządów PiS-u. Do tej pory prawie w ogóle tego nie robiła.

Niektórzy mówią, że nic innego nie robiła.
Chodzi o to, żeby dokładnie przyjrzeć się temu, co rząd PiS-u zrobił w sferze usług publicznych czy programów społecznych i co zrobił, a właściwie czego nie zrobił w ochronie zdrowia, edukacji, ochronie środowiska. To jest klasyczny element kampanii wyborczej. Do tej pory wystarczyło hasło „anty-PiS”, ale bez wnikania, dlaczego.

Czyli przede wszystkim punktowanie rządzących, a nie własny program?
W ciągu ostatnich 4 lat uwidoczniła się istotna zmiana postrzegania państwa przez obywateli. Wielu Polaków uwierzyło, że politycy nie mają recepty na zapewnienie lepszych i bardziej dostępnych usług medycznych, dostarczenie wiedzy i umiejętności umożliwiających realizację indywidualnych aspiracji czy nawet ograniczenie smogu.

Zmiana polega na tym, że przy całej niechęci do instytucji państwowych partia rządząca zaoferowała bezpośredni zastrzyk gotówki.
PiS wyszedł z założenia, że skoro ludzie i tak uważają, że państwo jest niewydolne, to zamiast zajmować się poprawą sytuacji w służbie zdrowia, edukacji czy ochronie środowiska, wykorzystując rekordowy wzrost gospodarczy odda podatnikom część ich pieniędzy. Tak dużą część, że znacząco wpłynie to na poprawę ich sytuacji materialnej. Programy typu 500+ istnieją we wszystkich państwach Unii Europejskiej. PiS postanowił jednak zgrać va banque. Polskie zasiłki dla dzieci są porównywalne z zasiłkami w znacznie bogatszych państwach (Austria, Irlandia) i znacząco niższe, niż w u naszych sąsiadów (Słowacja, Czechy, Węgry). Hasło: jesteśmy pierwsi, którzy dzielą się wzrostem gospodarczym, jest przez 4 lata motorem napędowym obecnej władzy. Opozycja została zepchnięta do narożnika. W tej chwili politycznym samobójstwem byłoby powiedzenie, że komuś odbierzemy. Przez cztery lata opozycji nie udało się wytłumaczyć, że tak wielka skala transferów bezpośrednich sprawi, że w kolejnych latach nie będzie możliwe zwiększenie nakładów na edukację ochronę zdrowia czy walkę ze smogiem. Opozycji nie udało się także wytłumaczyć, że za 500 czy 1500 złotych nie można kupić ani dobrej edukacji, ani dobrej ochrony zdrowia, szczególnie na wsi czy w małych miastach, skąd pochodzi znaczna część wyborców PiS.

Donald Tusk usunął się w cień?
Wydaje mi się, że czeka na rozstrzygnięcie wyborów parlamentarnych i dopiero wtedy podejmie decyzję o swojej przyszłości politycznej. Może wspierać opozycję z boku, ale na pewno nie stanie na jej czele przed jesiennymi wyborami.

W kraju jego notowania spadają. Według najnowszego sondażu IBRiS dla portalu Onet największym zaufaniem cieszy się prezydent Andrzej Duda. Donald Tusk jest poza podium. Wyprzedzają go Mateusz Morawiecki, Beata Szydło, a nawet Jarosław Kaczyński. O czym to świadczy?
Takie sondaże są jednak zawodnym miernikiem. Biorą pod uwagę głosy wszystkich Polaków, a nie tych, którzy chcą wziąć udział w wyborach. Pamiętamy, że Bronisław Komorowski przegrał wybory, chociaż miał zdecydowanie większe poparcie, niż obecnie Andrzej Duda. Taki sondaż wyraża bardziej życzeniowe i chwilowe myślenie Polaków, a gdy przychodzi do rzeczywistej rywalizacji, często okazuje się zawodny.