Nieznośna niezmienność relacji z Łukaszenką

Tekst, który przeleżał się w szufladzie 5 lat, pokazuje, że oficjalne podejście polskich rządów do reżimu i Białorusinów jest niezmienne. Co udowadnia rozmowa Stefana Płonickiego z prezesem opozycyjnej do Łukaszenki Fundacji Renesans.by – Andreiem Sumarem.

Jak się zostaje opozycjonistą na Białorusi?
Wystarczy powiedzieć oficjalnie co się myśli o władzy. To już pozycjonuje człowieka jako opozycjonistę, za coś takiego trafia się na „czarną listę”. Ja byłem na tyle naiwny, że sądziłem, że jak Konstytucja Białoruska daje możliwość wybierania i bycia wybranym do parlamentu, to mogę startować jako kandydat niezależny. Zwłaszcza, że byłem przekonany, że ludzie nie rozumieją, co naprawdę dzieje się w naszym kraju. Skończyło się na tym, że najpierw mnie parę razy zatrzymano, a dzień przed wyborami skreślono z list wyborczych.
W czasie kampanii wyborczej spotykałem się z ludźmi i opowiadałem co trzeba zmienić na Białorusi. Jako przykład sukcesu przemian zawsze podawałem Polskę. Teraz, gdy lepiej poznałem Polskę, już na pewno bym tego nie zrobił.
Nasi, niegdysiejsi opozycjoniści uwielbiają mówić o gehennie jaką przeszli. Niechże pan coś powie o własnej martyrologii.
W wyborach pomagało mi ok. 30 osób. Połowa to studenci, byli też przedsiębiorcy, emeryci i parę kasjerek sklepowych. I każdą z tych osób odwiedziło dwóch funkcjonariuszy białoruskiego KGB. Wypytywali co robimy i sugerowali, że są tysiące rzeczy ciekawszych niż branie udziału w kampanii wyborczej. Parę osób z tego powodu się wycofało, a kilka innych wyraźnie straciło zapał do pracy. Oczywiście represje reżimu nie ominęły mojej rodziny. Syn, który zawsze miał świetne oceny, nagle zaczął dostawać mierne. Żona zaczęła mieć problemy w pracy, a ja musiałem zrezygnować z działalności gospodarczej, bo poinformowano mnie, że mogę zacząć mieć problemy bo jak przyjdzie kilkanaście kontroli, to zawsze coś na mnie znajdą. Poza tym tuż po wyborach wmanewrowano mnie w sprawę fałszywych banknotów dolarowych. Milicjanci grzecznie uprzedzili mnie, że ich zdaniem jestem niewinny, ale gdybym przed zakończeniem śledztwa w tej sprawie znowu zaczął działać politycznie, to ze świadka, szybko stanę się podejrzanym. A sprawa wyglądała tak, że w kantorze tuż przede mną kobieta, której w życiu nie widziałem wymieniała 100 dolarów. Banknot był fałszywy i kasjerka wezwała milicję. Wtedy ta kobieta powiedziała, że dostała studolarówkę ode mnie. A na dodatek pojawiła się jeszcze inna kobieta, która też to widziała. Potem było zatrzymanie i przeszukanie mieszkania. Nawet teraz, gdy już od kilku miesięcy jestem w Polsce i ubiegam się o status uchodźcy, moja żona dostaje wezwania do zapłaty za rzeczy, które były zapłacone tak dawno, że śladu po pokwitowaniach nie miała. Wszystko to po to, żeby pokazać innym, że nie opłaca się być niechętnym reżimowi Łukaszenki.
Jest pan prezesem Fundacji Renesans.by. To pana formacja polityczna?
Gdy mnie skreślono w list wyborczych, mnóstwo ludzi było rozczarowanych tą sytuacją. Miałem mnóstwo wyrazów poparcia i postanowiłem coś z tym zrobić. Powstała organizacja licząca ok. 700 członków. Oczywiście organizacja ta nie mogła być zarejestrowana na Białorusi. Tam rejestrowaniem stowarzyszeń zajmuje się administracja, a nie sądy jak u was. W Łukaszystowskiej administracji nie mamy szans. Te 700 osób dało nam deklaracje z własnymi danymi i podpisami. Archiwum z tymi papierami jest najściślej chronioną przed władzą tajemnicą Renesansu. Zarejestrowaliśmy się w Polsce, a to dlatego, że na Białorusi jest przepis, że za wypowiadanie się w imieniu organizacji nie mającej tożsamości prawnej można dostać 2 lata więzienia.
Z powodu tego, że zostałem zneutralizowany przez władzę aferą z fałszywymi dolarami, ograniczaliśmy się tylko do kolportowania ulotek. Rozpędu nabraliśmy dopiero, gdy odkryliśmy aferę związaną z wydawaniem wiz przez polskie konsulaty. Początkowo ludzie sądzili, że trudności z uzyskiwaniem polskich wiz to sprawa nowej ekipy w konsulatach, że przyszli jacyś idioci i wedle ich humoru zamiast na rok można dostawać wizy na miesiąc albo trzy miesiące. Potem zaś doszło do tego, że normalną drogą uzyskanie polskiej wizy było prawie niemożliwe. Trzeba było ją załatwiać przez pośredników, którzy winszowali sobie za to 100-150 euro. Ludzie z Renesansu przyjrzeli się tej sprawie i wyliczyli, że cały ten wizowy biznes generuje przychody ponad 50 milionów euro rocznie. Większość, z tych pieniędzy zaś trafia do pracowników polskich placówek konsularnych.
Ale odkrycie przekrętu wizowego ma mało wspólnego z obalaniem reżimu Łukaszenki.
Tak, ale wizy były tą sprawą, którą mnóstwo członków Renesansu się zainteresowało. Zależało im, żeby tę sprawę załatwić. No i zacząłem występować w niezależnych mediach i działać na rzecz zakończenia tego korupcyjnego procederu. Oczywiście pisałem też do władz polskich i białoruskich w tej sprawie. Wszystko bez efektu.
Czy Renesans korzystał kiedyś z finansowego wsparcia „wolnego świata” dla opozycji antyłukaszenkowskiej?
Miliony dolarów i miliony euro na wsparcie opozycji na Białorusi widziałem tylko w sprawozdaniach amerykańskiego Departamentu Stanu i polskiego MSZ. Na własne oczy nie zobaczyłem nawet złamanego centa. Pisałem do instytucji amerykańskich i do Brukseli. Amerykanie nawet nie odpisali, a z Funduszu Europejskiego po kilku miesiącach przyszła odpowiedź, że na razie nie będą nas wspierali.
A do naszego MSZ też uderzaliście?
W roku 2013 napisałem do nich, nawet nie w sprawie wsparcia finansowego, ale o udzielenie pomocy technicznej. Chodziło o wydanie bezpłatnych wiz dla grupy dziennikarzy białoruskich, których na własny koszt chcieliśmy przywieść do Warszawy, żeby opublikować przygotowany przez nas rejestr przestępstw popełnionych przez reżim Łukaszenki przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu. W rejestrze był opis zdarzenia, zdjęcia, paragraf, z którego korzystała władza karząc dana osobę no i oczywiście dane tych represjonowanych osób oraz dane osób odpowiedzialnych za represję urzędników, fałszywych świadków itp.. MSZ nie raczyło odpowiedzieć. Tak samo jak i na kilka kolejnych wniosków o dofinansowanie lub inną pomoc.
W kontekście tego, że nagłaśniacie sprawę korupcji wśród polskich dyplomatów na Białorusi, to chyba nie powinno pana dziwić.
Z tego co mi się wydaje, żadne nowe ruchy opozycyjne na Białorusi nie dostają żadnej pomocy. Jest grupa kilkunastu osób z tzw. starej opozycji i ci ludzie są zapraszani do Warszawy, Brukseli i Waszyngtonu. I chyba tylko oni mogą liczyć na jakąś pomoc. Natomiast jeśli chodzi o stosunki polsko-białoruskie to są one w ostatnich latach kształtowane pod wpływem tego nielegalnego biznesu wizowego. Strona białoruska wiedząc o wszystkim, przymyka na to oko, a polski MSZ w zamian za to stara się nie drażnić reżimu.
A jednak jest pan tutaj i stara się o status uchodźcy politycznego.
We wniosku o udzielenie mi azylu napisałem, że nie zamierzam emigrować do Polski na stałe. Zależy mi tylko na tym, żeby raz na zawsze załatwić sprawę haraczu za wizy dla Białorusinów. Gdy staną się one dostępne na niekryminalnych zasadach, wrócę na Białoruś, bo tylko tam można działać na rzecz demokracji skutecznie. Teraz dla Białorusinów jestem emigrantem, a dla Polaków imigrantem. To nie służy byciu politykiem. Będąc w Polsce nie stanowię dla reżimu Łukaszystowskiego najmniejszego zagrożenia.
A dlaczego właściwie Łukaszenka toleruje ten biznes wizowy?
Jeżeli my, cywilni Białorusini poznaliśmy mechanizm tego procederu, wyliczyliśmy kwoty jakimi obracają przestępcy, to nie ma takiej możliwości, by wszechwiedzące białoruskie KGB nie wiedziało jeszcze więcej. Wiedzą na pewno kto płaci i komu płaci. A dlaczego tego nie ujawniają? Bo dzieki temu wiedzą, że trzymają polską dyplomację za twarz. Polski MSZ nie może podskoczyć, bo gdyby to zrobił, to pojawią się dokumenty. I skutki tego już widać. Polski MSZ od jakiegoś czasu nie nagłaśnia łamania praw obywatelskich, nie pokazuje prześladowania opozycji. A przecież na Białorusi nic się pod tym względem w stosunku do tego co było kilka lat temu nie zmieniło. Ludzie jak byli zamykani tak są, opozycjoniści jak podlegali represjom, tak podlegają i dziś. Moim zdaniem obowiązuje niepisana umowa. MSZ prowadzi swój biznes. Łukaszenka temu nie przeszkadza. W zamian za to MSZ nie wspiera akcji, które mogłyby zagrozić interesom politycznym Łukaszenki. I dlatego działalność polskiej dyplomacji na Białorusi sprowadza się do działań nieefektywnych. Choćby takich jak finansowanie telewizji Biełsat, której na Białorusi nikt nie ogląda, albo na Ośrodek Debaty międzynarodowej, gdzie na spotkania przychodzi garstka osób. Tych samych osób.
A może czesanie Białorusinów z pieniędzy to też dobry interes dla ludzi Łukaszenki?
W lutym 2013 złożyłem zawiadomienie do Prokuratury Generalnej Białorusi. Sprawę przekazali milicji, Milicjanci na przesłuchaniach mówili mi, że sprawa nabiera rozpędu i wszystko co pisałem znajduje potwierdzenie. Powiedzieli też, że zaraz w sprawę włączy się KGB, bo w grę wchodzą osoby zagraniczne. Nic z tego nie wyszło po kilku tygodniach sprawa umarła. Ale równocześnie zaczęły do nas docierać informacje, że nielegalny biznes wizowy zamiera. Firmy przestały realizować zamówienia. Wydawało nam się, że wygraliśmy. Nic z tego po maja jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe firmy pośredniczące w załatwianiu wiz. Ich liczba z 20 skoczyła do 70-ciu. Mało tego okazało się, że większość tych firm założyli ludzie związani z milicją i KGB. Widocznie władza doszła do wniosku, że po zakończeniu owocnej służby najlepszych ludzi trzeba nagrodzić z zysków z tego biznesu. Łukaszenko wygrał zatem tę sprawę podwójnie. Raz – trzyma polski MSZ za gardło, dwa – korzysta z tego finansowo.
Od kilku miesięcy spotyka się pan z posłami, pisze do urzędów, a jednocześnie mieszka pan w ośrodku dla uchodźców. Jak się panu żyje w kraju, który był dla pana wzorem?
Na Białorusi stosowano w stosunku do mnie różne represje i formy uprzykrzania życia, ale to co spotkało mnie tutaj było dla mnie nie do wyobrażenia. Gdy ministrem Spraw Zagranicznych został pan Schetyna, kolejny raz napisałem do MSZ w sprawie wiz. Zaproponowałem spotkanie. Oddzwonili do mnie i powiedzieli, że wkrótce coś zorganizują. Nic z tego nie wyszło, natomiast w miejscu gdzie mieszkałem zaczęły się w tym czasie dziać dziwne rzeczy. Najpierw byłem atakowany fizycznie przez innych uchodźców, choć zupełnie nie dawałem do tego żadnych powodów. Potem dokwaterowano do mojego pokoju faceta, który z racji stażu więziennego nazywany był generałem. Moje prośby, żeby przeniesiono go do któregoś z pustych pokoi, bo nie lubię gdy mnie się co rano straszy tym co spotka moja rodzinę jak nie będę się słuchał, władze ośrodka ignorowały. Mieszkałem z „generałem” przez 2 tygodnie, aż się sam przekwaterował. Prawdopodobnie do Niemiec.
Poza tym parę razy jako jedyny w całym ośrodku doznałem 5 razy bardzo mocnego zatrucia pokarmowego. Kiedy indziej w siedzibie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, przyczepił się do mnie Czeczen i wymachując komórką z fotografią Hitlera zaczął krzyczeć do mnie „Heil Hitler” oraz, że nienawidzi Ruskich. Nie przeszkadzało mu nawet to, że inni powiedzieli, że przecież nie jestem Rosjaninem, tylko Białorusinem. Wyzwiska trwały pół godziny. Gdy wezwaliśmy policję Czeczen uciekł. Miałem wrażenie, jakbym był pod ciągłą presją i przede wszystkim obserwacją. W czerwcu czterokrotnie biłem się w ośrodku z Czeczenami. 6 czerwca doszło do tego, że ściany korytarza zalały się krwią a jedną osobę karetka zabrała do szpitala.
A władze ośrodka nic?
Wielokrotnie zwracałem się do nich, do policji, do ochrony ośrodka, żeby zrobili coś, żeby to się skończyło. Władze ośrodka kazały mi się przyzwyczaić do tego, bo to ośrodek, a policja powiedziała, że dopiero jak ja będę bardzo pobity, to wtedy zainteresują się sprawą.
Może Czeczeni mają coś do pana?
Nie. Zdarzyło się nawet, że ci, którzy próbowali mnie pobić przychodzili i przepraszali, mówiąc, że ktoś im kazał to zrobić. Kto? Mogę się tylko domyślać i wydaje mi się, że dosięgły mnie macki mafii związanej z tym biznesem wizowym. Dziwię się tylko, że namawiając ludzi do bicia mnie nie sprawdzili, że byłem prezesem Białoruskiej Asocjacji Tae-Kwon-Do i mam czarny pas. Wygląda na to, że ktoś chce żebym sie przestraszył i uciekł. Tylko, że ja jestem i cierpliwy i uparty, a poza tym nie boję się.
Ale przecież pobicia zgłaszał pan policji…
Tak. Tylko sprawy poumarzano ze względu na niewykrycie sprawców. Sprawców, których wskazywałem niemal z imienia i nazwiska. Nikomu nie zależało by cokolwiek wyjaśnić. To mnie nie dziwi, bo przecież w Ośrodku doszło do morderstwa Sergieja Lisowskiego. Prowokatora z Ukrainy. To on pierwszy zaczął się ze mną bić. Opowiadał, że współpracuje z polskimi służbami specjalnymi i już wkrótce znajdą mu nowe zadana i mieszkanie. Nie znaleźli. Jego natomiast znaleziono na chodniku pod ośrodkiem. Po tym jak powiedział, że wraca na Ukrainę, bo polskie służby go wystawiły do wiatru. Oficjalnie popełnił samobójstwo wyskakując z 3-go piętra, dziwne, że nie było złamań i śladów krwi, a zwłoki leżały jakby je ktoś podłożył. No i mimo ciszy nocnej nikt nie słyszał uderzenia ciała o ziemię. A ponieważ miał zeznawać w sprawie moich pobić, sądzę, że jego śmierć nie była przypadkiem i wiązała się ze mną. Ktoś dawał mi do zrozumienia, co się stanie, jeśli nie przestanę drążyć tematu wiz.
Przecież gdyby chcieli pana uciszyć, to by uciszyli.
Kolejnym ostrzeżeniem była sprawa zaatakowania nocą w lesie koło ośrodka człowieka mojej postury nożem. Na szczęście nóż wbił się w notatnik na piersi ofiary. Policja wezwała mnie niby jako tłumacza, ale chyba tylko po to, żebym przez 2 godziny siedział w pokoju eksperta patrząc na nóż i notatnik. W którym zresztą dziura nijak nie pasowała do ostrza. Odebrałem to jako osobiste ostrzeżenie. Mimo wielu represji na Białorusi, to co spotyka mnie tutaj świadczy niestety, że tamto to była kaszka z mleczkiem
Wciąż zachwyca się pan osiągnięciami Polski?
Kiedyś nawet koledzy uważali mnie za fanatyka Polski. Teraz czuję się głęboko rozczarowany. Macie jakieś wady w ustroju demokratycznym. U nas jest reżim autorytarny, ale wiadomo, kto za co odpowiada. U was nie ma żadnej instytucji, która miałaby kompetencje załatwienia czegoś od początku do końca. Skoro przypadku ewidentnego łamania prawa nie da się załatwić ani w Sejmie, ani w ministerstwie, ani w prokuraturze, to świadczy, że coś u was nie działa. Nie chcę takiej demokracji na Białorusi.

Wywiad przeprowadzono w październiku 2015 r.

Organizatorzy zbrodni

Pamiętajmy, że to na PiS ciąży wina za haniebne usiłowanie podwyższenia płac posłów w czasie kryzysu.

Żeby było jasne: to prominenci Prawa i Sprawiedliwości oraz posłowie tego ugrupowania ponoszą pełną odpowiedzialność za haniebną próbę przeforsowania podwyżek uposażeń poselskich. I to na ich głowy spada całe odium związane z tym projektem: pogarda dla milionów Polaków coraz mocniej dostających po kieszeni w kryzysie; hipokryzja kłamliwych tłumaczeń, że chodziło jedynie o przyjęcie racjonalnych zasad wynagradzania „najważniejszych osób w państwie”; bezwstyd wprowadzania tych podwyżek prawie potajemnie, w wakacje, żeby wyborcy się nie dowiedzieli; bezczelność zagarniania dla siebie coraz większej kasy z pieniędzy publicznych; cyniczne szczucie opozycji propagandystami z partyjno-rządowej TVP (ochoczo uczestniczącymi w tej hucpie), którzy wmawiali widzom, że wszystko to było robione niemal w ścisłej współpracy z posłami opozycyjnymi i stanowi w zasadzie wspólny projekt obu ugrupowań.
Owszem, ci posłowie opozycji, którzy głosowali „za” nie są bez winy – tak jak nie są bez winy współuczestnicy zbrodni, namówieni przez głównych organizatorów, żeby się przyłączyli. Ale to nie posłowie opozycji wymyślili zbrodnię, nie oni opracowali jej scenariusz i dokładny sposób dokonania. Najważniejsze zaś, że posłowie opozycji szybko doszli do wniosku, że nie powinni brać w niej udziału – w przeciwieństwie do jej organizatorów z PiS.
Niech więc przy kolejnych wyborach parlamentarnych każdy głosujący pamięta: to posłowie Prawa i Sprawiedliwości, grabiąc w swoją stronę, chcieli wprowadzenia podwyżek poselskich. To oni, mimo głośnego deklarowania, jak bardzo troszczą się o los Polaków dotkniętych kryzysem, bez skrupułów uznali, że właśnie nadszedł najlepszy moment, by w majestacie prawa dokonać skoku na jeszcze większy kawałek polskiego publicznego tortu. Najważniejszy z nich, Jarosław Kaczyński, jak zwykle w podobnych sytuacjach jest wielkim nieobecnym.
Zapewne duża część Polaków myśli w dosyć standardowy sposób o naszych, pożal się Boże reprezentantach: że bardzo wielu z nich kradnie, ale ci z PiS-u przynajmniej się dzielą. Otóż, oni tylko opowiadają, że się dzielą – a w rzeczywistości chcą się nachapać jak mogą kosztem innych.

Budżet w cieniu hańby

Produkt krajowy brutto spada, a posłowie podnoszą swoje płace. Hańba grozi głosującym „za” ale to nie wszystko. Talleyrand powiedziałby w tej sytuacji: To gorzej niż zbrodnia – to błąd. Konsekwencje tego błędu poniosą zwłaszcza posłowie opozycji.

Rada Ministrów przyjęła założenia do projektu budżetu państwa na 2021 r. Rząd oświadczył, że jego polityka „będzie nakierowana na możliwe szybką odbudowę potencjału gospodarczego Polski”.
Kiedy ta odbudowa nastąpi, dość trudno powiedzieć. „Obecnie perspektywy naszej gospodarki zależą przede wszystkim od rozwoju światowego kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19” – stwierdziła Rada Ministrów. Także poziom dochodów budżetu państwa w przyszłym roku będzie uzależniony głównie od spodziewanego (acz niepewnego) ożywienia gospodarczego po recesji z 2020 r. spowodowanej epidemią koronawirusa.
Mimo tej niepewności, rząd PiS – jak zawsze optymistycznie – założył, że w tym roku polski produkt krajowy brutto spadnie zaledwie o 4,6 proc., aby w 2021 r. urosnąć o 4,0 proc.
Czyli, oznacza to, że na koniec przyszłego roku polska gospodarka odrobi dużą większość tegorocznych strat. Wydaje się to kompletnie niewykonalne, skoro w drugim półroczu tego roku nasz PKB spadł o 8,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2019 r. Nie wiadomo też, jakim cudem w drugim półroczu 2020 r. polski PKB miałby nadrobić aż 3,6 punktu procentowego i „wyjść” tylko na 4,6 -procentowy regres.
Podobną wędrówkę w górę i w dół ma odbyć nasza wymiana towarowa z zagranicą. W warunkach obserwowanego załamania koniunktury i światowego handlu, zakłada się, że w 2020 r. polski eksport spadnie o 9,3 proc. w ujęciu realnym, aby w 2021 r. wzrosnąć o 6,9 proc. Zdaniem Rady Ministrów powinno się to przełożyć na wzrost udziałów polskiego eksportu w światowym handlu. Ponadto, zmniejszenie konsumpcji prywatnej oraz mniejszy eksport w 2020 r. spowodują spadek importu o 10,2 proc. w 2020 r. Natomiast odbudowa popytu w przyszłym roku powinna przyczynić się do wzrostu importu o 7,3 proc.
Według Rady Ministrów, głównym czynnikiem polskiego wzrostu gospodarczego pozostanie popyt krajowy. Przyjęto, że w 2020 r. spożycie prywatne spadnie realnie o 4,2 proc., ale w kolejnym roku już wzrośnie o 4,4 proc. Zaplanowano też bardzo niską stopę bezrobocia rejestrowanego na koniec przyszłego roku – tylko 7,5 proc. Przeciętne zatrudnienie w gospodarce narodowej wyniesie 10 433 tys. etatów (i bliżej nieokreśloną liczbę ludzi pracujących na umowach śmieciowych). Natomiast zatrudnienie w państwowej sferze budżetowej – 557 tys. etatów.
Przewidywane jest utrzymanie wzrostu wynagrodzeń – choć jego tempo zmniejszy się znacząco w stosunku do trendów z ostatnich lat (już w ubiegłym roku wynagrodzenia rosły wolniej).
Rząd przyjął, że w 2020 r. nominalne tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wyniesie 3,5 proc., wobec 7,2 proc. wzrostu zanotowanego średnio w 2019 r. Natomiast w 2021 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej zwiększy się nominalnie o 3,4 proc.
Przy średniorocznym wzroście cen towarów i usług konsumpcyjnych o 3,3 proc. w 2020 r. i 1,8 proc. w 2021, byłby to wciąż zauważalny, realny przyrost płac. Trudno jednak uwierzyć i w tak niskie ceny, i w tak wysokie wynagrodzenia. Jeszcze trudniej zaś – w sprawiedliwy rozkład tego wzrostu wynagrodzeń.
Najnowsze decyzje Sejmu, mające podnieść zarobki naszej, pożal się Boże, „klasy politycznej”, pokazują, że pod panowaniem PiS najszybciej będą rosnąć zarobki ekipy władzy, której i dziś się świetnie powodzi.
Nikogo nie może dziwić to, że Prawo i Sprawiedliwość grabi w swoją stronę (o czym świadczy choćby ustawa zapewniająca bezkarność za łamanie prawa w trakcie pandemii) – i wprowadzając te podwyżki, okazuje pogardę milionom Polaków. Takie właśnie jest ugrupowanie panujące w naszym kraju. Jednak to, iż również większość posłów opozycji poparła wzrost zarobków parlamentarzystów, w czasie gdy Polska pogrąża się w kryzysie, a ludzie tracą pracę – jest po prostu oburzające.
Chwała tym posłom, którzy zagłosowali przeciwko podwyżkom płac dla siebie!. Po stronie lewicy Partia Razem stanęła na wysokości zadania. Natomiast ci posłowie, którzy głosowali „za” okryją się hańbą. Hańba spadnie oczywiście i na głowy posłów PiS, i na tych z opozycji – ale posłowie opozycji zhańbią się bardziej, bo udzielają poparcia posłom PiS nie dla jakiejś ważnej polskiej sprawy, lecz dla swoich niskich, osobistych interesów.
Będzie im to na zawsze zapamiętane i przypomniane przy najbliższych wyborach – chyba, że się zmitygują i zagłosują „przeciw” gdy ustawa o podwyżkach dla „polityków” wróci z Senatu. O ile oczywiście Senat wniesie jakieś poprawki, co nie jest pewne, gdyż marszałek Tomasz Grodzki z PO także wygląda na zwolennika zwiększenia płac parlamentarzystów mimo kryzysu i pandemii.
Nie chodzi jednak tylko o hańbę. Talleyrand powiedziałby: głosowanie dziś za podwyżkami poselskich wynagrodzeń to gorzej niż zbrodnia – to błąd. Posłowie opozycji zdają się jednak nie rozumieć, jak wielki błąd popełniają – a może zresztą i rozumieją, ale uważają, że wstyd nie dym, oczu nie wykole, zaś kilka tysięcy złotych więcej przyda się w kieszeni. Niestety, źle to świadczy o ich inteligencji, ale także i o poziomie uczciwości.
Warto tu przytoczyć opinię pos. Barbary Nowackiej (przeniosła się z lewicy pod egidę Platformy Obywatelskiej, żeby wreszcie zostać posłem), która jest oczywiście zwolenniczką podwyżek poselskich uposażeń. Uważa ona, że dziś firmy mogą sobie „kupić” dowolnego posła za 2 tys zł miesięcznie, co grozi galopem w stronę korupcji. Czyli, jak ich zarobki wzrosną, to skłonność do korupcji powinna zmaleć.
Te szczere słowa pokazują, jak niski jest poziom etyczny naszych sejmowych „wybrańców” (czy należy rozumieć, że i pos. Barbary Nowackiej?). Wynika z tej wypowiedzi, że naprawdę, bardzo niewiele im trzeba, żeby się sprzedać za małe pieniądze. I tacy właśnie ludzie reprezentują Polaków.
Cóż, można tylko dodać, że każde społeczeństwo ma takich reprezentantów, na jakich sobie zasłużyło. Jakoś, tak na koniec, przypominają się słowa Józefa Piłsudskiego: „Każdy z posłów ma prawo wrzeszczeć, krzyczeć, ma prawo rzucać obelgi, ma prawo oszczercze pisać interpelacje, dotykające honoru innych, ma prawo i przywilej zachowywać się jak świnia i łajdak”.

Słowo na wybory

Spójrzmy wreszcie realnie na nadzwyczaj znikome dokonania obecnego prezydenta oraz jego obozu politycznego.
Z racji podeszłego wieku pozwolę sobie niniejszym na zgryźliwe: „A nie mówiłem?”.
Otóż, przed wyborami parlamentarnymi, 5 października ubiegłego roku napisałem w Trybunie:
„Niestety, niczego nie ujmując pani Kidawie Błońskiej, jest z nią taki kłopot, że niekiedy wygląda, jakby była lekko senna i – przykro mi to mówić – nie sprawia wrażenia osoby przesadnie kompetentnej”.
Rzeczywiście, przykro to konstatować – ale wydaje się, że duża część wyborców w ostatnich tygodniach także doszła do podobnych wniosków. Co oczywiście nie oznacza, że Rafał Trzaskowski okaże się lepszym kandydatem od pani Kidawy Błońskiej.
W tym samym artykule z 5 października sformułowałem parę nieśmiałych uwag dotyczących tego, jaki przekaz do Polaków powinni moim zdaniem kierować przedstawiciele nasilniejszego wówczas odłamu opozycji, czyli Platformy Obywatelskiej. Przed wyborami prezydenckimi mogę je powtórzyć słowo w słowo, na zasadzie głosu wołającego na puszczy. Oto więc to, co jak sądzę, nowy kandydat PO powinien powiedzieć elektoratowi:
„Moi drodzy! Patrzycie na kasę z 500 plus i jesteście zadowoleni, że ją dostajecie. Tylko pamiętajcie, że aby tu można było dodać, gdzie indziej trzeba było zabrać. Zauważcie, że w Polsce pod rządami PiS rośnie strefa skrajnego ubóstwa, coraz dłużej trzeba czekać w kolejce do lekarzy, spada poziom opieki medycznej, rośnie śmiertelność niemowląt, skraca się przeciętna długość życia Polaków, mamy coraz bardziej zatrute powietrze, Polskę zalewa kiepski rosyjski węgiel, ludzie piją coraz więcej alkoholu, rośnie liczba zabójstw, sprawy w sądach trwają coraz dłużej, panuje zamęt w edukacji, program budowy tanich mieszkań okazał się kłamliwą lipą. To są wszystko twarde statystyczne dane, możliwe do natychmiastowego sprawdzenia, wzięte z GUS-u, raportów NIK, meldunków policji, informacji poszczególnych resortów. Takie są efekty czterech lat rządów PiS. Zastanówcie się więc, czy naprawdę chcecie dłużej żyć z taką władzą?
Co by o nas nie powiedzieć, to pod rządami PO, te negatywne zjawiska były stopniowo ograniczane, a pod rządami PiS się nasilają. My nie byliśmy hipokrytami, zalewającymi was kłamliwymi obietnicami. Oskarżają nas dziś, że rządziliśmy wiele lat ale nie wprowadziliśmy 500 plus A ja odpowiadam – bo wtedy było to niemożliwe, mieliśmy światowy kryzys finansowy, dopiero rozpędzaliśmy naszą gospodarkę.
To przecież my wznieśliśmy gospodarkę na taki poziom i daliśmy jej takie podstawy rozwojowe oraz finansowe, że PiS mógł z tego korzystać – i w warunkach świetnej koniunktury światowej, znajdować środki na transfery socjalne. A i tak, żeby te transfery finansować, musiał ujmować pieniędzy z innych dziedzin.
Wiem co sobie myślicie: że wszyscy politycy to banda kłamców i złodziei, więc warto głosować na tych, którzy wprawdzie kradną jak inni, ale chociaż się dzielą. Tyle, że PiS się z wami nie dzieli!. PiS wam z jednej strony dodaje, a z drugiej jeszcze więcej zabiera. My natomiast na pewno nie zabierzemy tego, co dał wam PiS, a przestaniemy zabierać to wszystko, co PiS dziś zabiera.
Opozycjo, ogarnij się wreszcie! Pokaż ludziom jak są nabierani i mamieni przez obecną ekipę. Można to przecież zrobić z łatwością”.
Osobiście nie mam specjalnych nadziei, że przed tegorocznymi wyborami nowy kandydat PO czy jakikolwiek inny z opozycji zechce skorzystać z tych kilku uwag. Ale oczywiście nie tylko dlatego czeka nas – coraz bardziej nieuchronnie – druga kadencja Andrzeja Dudy.

W cieniu wirusa

Od kilku tygodni żyjemy w cieniu koronawirusa! Wszystkie siły polityczne, parlamentarne i pozaparlamentarne deklarują chęć walki z pandemią. Na czele stanął rząd ze swoim zapleczem politycznym, a przynajmniej tak twierdzi. Wypowiada się także pan prezydent, a jednocześnie kandydat w nadchodzących wyborach, w sprawach ważnych i takich, które nie są jego prerogatywą. W tle toczy się kampania wyborcza, o czym nie daje nam zapomnieć pan Kaczyński, a czyni to swoim zwyczajem „bez trybu”.

Rząd wprowadził stan epidemiczny, a następnie rozszerzył zakres zastosowanych środków do stanu epidemii. W walce z zarazą to konieczność. Jeżeli chcemy ograniczyć skalę rozprzestrzeniania się wirusa, musimy stosować się do zaleceń służb medycznych, WHO i władz sanitarnych.
Wystrychnięci?
Rząd wprowadził stan epidemiczny, a następnie stan epidemii za zgodą partii opozycyjnych, a także senatu. Wszyscy mamy świadomość, że zastosowane rozwiązania prawne znacznie ograniczają nasze prawa obywatelskie, szczególnie w sferze komunikacji społecznej. Może zgoda opozycji na to rozwiązanie była zbyt pochopna, żeby nie powiedzieć naiwna? Czy nie można było korzystać z istniejącego ustawodawstwa dotyczącego chorób zakaźnych? Taką opinię prezentowali niektórzy eksperci we wczesnej fazie epidemii. A na koniec czy ogłoszenie stanu klęski lub nadzwyczajnego natychmiast po stwierdzeniu zagrożenia epidemicznego nie byłoby dla nas obywateli mniejszym złem?
Czy obecne rozwiązania budzą wątpliwości? Niestety tak. Zjednoczona prawica nie jest w stanie powstrzymać się od wykorzystywania obecnej sytuacji do swoich politycznych celów. Przykładem może być krypto kampania pana kandydata Dudy, kiedy pozostali kandydaci nie tylko nie mogą takiej kampanii prowadzić, ale nawet zbierać podpisów.
Rodem z Chin
Metoda walki z pandemią, którą zastosowaliśmy, przypomina rozwiązania chińskie. Izolowanie ognisk choroby, maksymalne ograniczenie bliskiego kontaktu (zamknięte kina teatry, galerie parki itp.) Mainstreamowe media promują hasło „pozostań w domu”.
Wydaje się, że metoda jest skuteczna, a nasze społeczeństwo w obliczu kryzysu okazuje się odpowiedzialne i zdyscyplinowane. Jednak Polska to nie Chiny. Mamy inny ustrój, dysponujemy znacznie mniejszymi środkami. W państwach, w których społeczeństwo wykazuje się mniejszym stopniem zdyscyplinowania (Włochy, Francja), jest nawykłe do wysokiego stopnia niezależności i jest bardzo niezależne, zawodzi.
Na ocenę skuteczności może także mieć wpływ gęstości badań. W Polsce prowadzi się ich relatywnie do innych państw mniej. Wiemy, że wiele zakażeń ma charakter bezobjawowych lub o przebiegu łagodnym. Nie wykluczam, że teza o znacznie większej ilości zakażeń niż deklarowana nie jest tylko „defetyzmem” rozsiewany przez opozycje.
Niektóre państwa szukają innej drogi. Próbują chronić tylko środowiska szczególnie zagrożone, osoby chore i w podeszłym wieku. Pozostali mogą funkcjonować bez szczególnych ograniczeń. Niestety nasza wiedza o koronawirusie jest zbyt mała. Nie wiadomo czy zakażenie daje jakąś odporność po wyzdrowieniu? Czy w statystycznie przeważającej ilości wypadków wirus skutkuje grypą lub nie ma objawów i skutków ubocznych? Pokaże to dopiero przyszłość. Niestety wiedzę tą zdobędziemy kosztem zdrowia i życia.
Ileż można?
Stan epidemii ograniczający nasze prawa obywatelskie i działalność gospodarczą nie może trwać wiecznie. Jest kilka powodów. Po pewnym czasie doprowadzi on do zapaści gospodarczej, której nie będzie można opanować. Społeczeństwo po pewnym czasie oswoi się z zagrożeniem. Zacznie zwyciężać naturalna potrzeba interakcji, bo „Człowiek jest istotą społeczną”, zauważył to już Arystoteles. Nastąpi rozluźnienie dyscypliny. Czy do tego czasu uda się uporać z wirusem?
Problemy gospodarcze już teraz są dotkliwe dla wielu z nas. Nie pracuje wiele jednostek gospodarczych, więc nie zarabia. Zaczynają się zwolnienia z pracy.
Nasza gospodarka bazuje głównie na małych i średnich przedsiębiorstwach, konsumpcji wewnętrznej i eksporcie. W obliczu zbliżającego się kryzysu rząd zdecydował się na uchwalenie „Tarczy antykryzysowej”. Na tą decyzję miał ogromny wpływ nacisk środowisk pracowniczych, związków zawodowych i partii lewicowych. Zagrożone czują się środowiska przedsiębiorców wraz z politykami neoliberalnymi.
„Tarcza” jest zbiorem ustaw niepozbawionym wad, ale należy ją uchwalić i wdrażać możliwie szybko. Na jej Korektę przyjdzie czas.
Niestety Zjednoczona Prawica nie mogła się powstrzymać od wrzucenia kilku uchwał niezwiązanych z gospodarką. Zmiana ordynacji wyborczej umożliwiająca głosowanie zdalne osobom po sześćdziesiątce i objętym kwarantanną posłuży organizacji wyborów 10 maja, Rozszerzenie uprawnień prokuratora zbliża nas do standardów państwa policyjnego, a prawo do usuwania członka RDS (powołanego przez prezydenta) przez premiera ogranicza niezależność dialogu społecznego.
Czemu tak się dzieje?
Część opozycji w ramach „duopolowych” awantur, a obserwujemy je od paru lat, zarzuca PiS-owi brak patriotyzmu i bezideowość.
To nieprawda.
PIS ma ideę i wizję państwa, którą realizuje z żelazną konsekwencją. PiS jest partią patriotyczną, tylko ten patriotyzm karmi się ksenofobią i nacjonalizmem.
Państwo PiS to państwo demokracji fasadowej z autorytarną władzą, sprawnym aparatem przemocy i krypto cenzurą, państwo konserwatywne i sklerykalizowane. Gdzie mogła się narodzić taka szalona wizja? Jest taki polityk. Wierzy w swoją nieomylność, uważa, że społeczeństwo tak naprawdę nie wie, co dla niego dobre, ale się dowie.
Pierwsza tura
Dotrzymanie daty wyborów jest potrzebne PiS-owi, bo daje Dudzie zwycięstwo w pierwszej turze (sondażowe 60 proc. ) a przesunięte wybory, które odbędą się w czasie, kiedy kryzys ekonomiczny osiągnie bardzo wysoki poziom, zostaną przegrane. Możemy nie wierzyć w sondaże, ale 10 maja do urn uda się żelazny elektorat, jest zdeterminowany i zagłosuje. Elektronicznie zagłosują 60 plus. To 9 milionów wyborców, wielu z nich to emeryci, kryzys ekonomiczny dotknie ich w niewielkim stopniu, to beneficjenci 13 emerytury. Na kogo będą głosować?
Właśnie, dlatego uważam, że opozycja zdradza pewien infantylizm. Twierdzi, że wybory 10 maja się nie odbędą, bo to niemożliwe, nieodpowiedzialne i bez sensu a poza tym niezdrowe. PiS realizuje ideę, nie postępuje logicznie ani moralnie, i do takich wyborów może doprowadzić przy pomocy Klubów Gazety Polskiej swojego elektoratu i „terytorialsów” w komisjach. Nie ma dolnej granicy frekwencji wyborczej. 20 proc. Wyborców też może wykreować prezydenta. Liczy się wynik.
Opowieści o porozumieniach ponad podziałami, konstytucji itp. są chyba naiwne. Głosowanie za lub przeciw zmanipulowanej „tarczy” ma niewielkie znaczenie
Czas się ogarnąć.
Dowodem na groteskowość sytuacji niech będzie przykład Pani Kidawy-Błońskiej, która miała się wypowiedzieć o wyższości konstytucji nad życiem, za co została skrytykowana, a to przecież PIS twierdzi, że wyborów, które mogą skutkować utratą życia, nie można przesunąć, bo zapis w konstytucji. Zamiast krytykować panią marszałek, doceńmy jej talent „kasandryczno-profetyczny”.
W powyższym felietonie postawiłem kilka pytań. Przykro mi, nie mam na nie odpowiedzi. Wiem tylko, że my wszyscy powinniśmy się zastanowić nad naszymi decyzjami, bo to społeczeństwo, tak naprawdę ma rolę sprawczą. Za dojście do władzy dyktatorów i kacyków za ich niecne czyny w połowie odpowiadają ich wyborcy, więc jak będzie im źle, to ja ich żałować nie zamierzam.

Polska w ruinie

Albo wyjdziemy z kryzysu wspólnie, albo cofniemy się w rozwoju o dziesięciolecia.

Rafał Lizun, szef firmy cateringowej Ślimak do niedawna sprzedającej dziennie 70 -80 tysięcy kanapek dziennie ludziom pracującym w wielkich biurowcach Warszawy, z dnia na dzień stracił rynek. Z 200 zatrudnionych została połowa. Jeśli nic się nie zmieni, ich los jest łatwy do przewidzenia. Właściciel marki Vistula przewiduje spadek przychodów o 80 procent. Prezes marki odzieżowej 4F Igor Kleje ostrzega, że branża odzieżowa w Polsce nie przetrwa najbliższych miesięcy.
Krąży widmo
To fragmenty materiałów z popularnych portali. W Internecie wprost roi się od podobnych historii. Upadłość grozi dziesiątkom tysięcy zakładów fryzjerskich, kosmetycznych, kawiarniom, restauracjom, pizzeriom itp. Pacjentów nie przyjmują przychodnie stomatologiczne, ograniczyły swą aktywność warsztaty samochodowe. Praktycznie cała branża turystyczna leży. Tylko patrzeć jak runą firmy budowlane. Nawet rolnicy i producenci żywności, którzy w czasach kryzysowych zazwyczaj jakoś sobie radzą, bo ludzie muszą jeść, odczują uderzenie.
Koronawirus SARS-CoV-2 dosłownie sparaliżował gospodarkę. Rwą się więzy kooperacyjne, stają przedsiębiorstwa, zarządy tną koszty zaczynając od wydatków na reklamę i szkolenia by gładko przejść do ograniczania zatrudnienia. Jestem pewien, że w najbliższych miesiącach bezrobocie gwałtownie wzrośnie. Nawet do trzech milionów.
Ale dziś Polaków bardziej martwi rosnąca z dnia na dzień liczbą zakażonych i zmarłych osób. Zastanawiają się, ile jeszcze będzie ofiar i kiedy to się skończy.
Nie chcą wiedzieć, że najgorsze dopiero przed nimi. Konsekwencje załamania się gospodarki będą straszne. Ci, którzy pamiętają „Festiwal Solidarności” mogą opowiedzieć młodszym co działo się gdy od sierpnia 1980 do wprowadzenia stanu wojennego w grudniu 1981 r. strajki i tzw. przestoje sparaliżowały gospodarkę.
Z tą różnicą, że zła komunistyczna władza sumiennie każdego miesiąca wypłacała wynagrodzenie, za które co prawda nie można było wiele kupić, bo półki sklepowe świeciły pustkami. Dziś w super i hipermarketch jest i z pewnością będzie wszystko, lecz bezrobotnych na niewiele będzie stać. Proces masowych zwolnień już się zaczął a znając „przedsiębiorczość” przedsiębiorców będzie on miał charakter brutalny. Zatem jest więcej niż pewne, że wkurzony na rządzących suweren wyjdzie latem na ulice i podziękuje zbiorowo Prawu i Sprawiedliwości – a Mateuszowi Morawieckiemu indywidualnie – za wysiłek.
Droga do katastrofy
Politycy opozycji i zaprzyjaźnieni z nimi dziennikarze straszą nas perspektywą wprowadzenia przez władze stanu wyjątkowego i brania Polaków za twarz. Nie ma się czym przejmować. Pan Bóg gdy chce kogoś ukarać, spełnia jego najskrytsze marzenia. Jarosławowi Kaczyńskiemu może się śnić program „Sanacja +”. 10 maja br. – jeśli dojdzie do wyborów prezydenckich – Andrzej Duda je wygra a potem ogłosi stan wyjątkowy. CBA, dla kurażu, zamknie kilku najbardziej uciążliwych liderów opozycji. TVP dostanie kolejne miliardy na propagandę… A potem wszystko pójdzie nie tak. Bo polityczną katastrofę rządu Mateusza Morawieckiego gwarantują już dziś łatwe do przewidzenia konsekwencje gospodarcze pandemii koronowirusa.
Na zasiłkach wylądują setki tysięcy ludzi dotychczas wspierających Prawo i Sprawiedliwość. Dołączą do nich kolejne dziesiątki tysięcy osób mających do spłaty kredyty mieszkaniowe, konsumpcyjne, samochodowe itp. A także dobrze wykształceni młodzi ludzie, ze znajomością świata, języków obcych itp. W normalnych okolicznościach wyjechaliby do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Niderlandów.
Teraz nie wyjadą, bo granice są i pewnie długo jeszcze, będą zamknięte. Dla nich perspektywa utraty wszystkiego będzie dostatecznie silnym motywem by na ulicy wyrazić swoje niezadowolenie. Dodajmy do tego ludzi żyjących skromniej, zadowalających się płacą minimalną, przekonanych, że Prawo i Sprawiedliwość podniosło ich z kolan i dba o ich interesy. Gdy zmienią zdanie, strach będzie się bać.
100 – 200 demonstrantów policja spacyfikuje bez trudu. 100 – 200 tysięcy już nie. Suweren będzie podwójnie groźny, gdyż nie będzie miał nic do stracenia.
Premier Morawiecki reklamujący Tarczę Antykryzysową żyje w nierealnym świecie. Nie wie, albo nie chce wiedzieć, że pisowscy urzędnicy i wszelkiej maści „Misiewicze” są zbyt nieudolni, zbyt skupieni na konsumowaniu wyborczego sukcesu by poradzić sobie z tą katastrofą. Ale najgorsze jest to, że przez trzydzieści lat zbudowaliśmy taki system społeczny i gospodarczy, który nie ma prawa sprostać wyzwaniu przed jakim stoimy.
Banki już dziś ograniczają akcję kredytową, a w przyszłości całkowicie ją zamkną, by wymusić na politykach przyznanie idącej w dziesiątki miliardów złotych „pomocy”. W przyszłym roku przekonamy się, że rodzimy sektor bankowy wygenerował solidny zysk, choć hasło „Polska w ruinie” będzie lśniło wyjątkowym blaskiem…
Liderzy Prawa i Sprawiedliwości wiedzą, że nic nie uchroni ich przed rozliczeniami. Obawiam się, że brutalnymi. Strach i świadomość własnej nieudolności podpowiada im, że władzy raz zdobytej nie wolno oddać za wszelką cenę. Dlatego prą do wyborów 10 maja, a gdy zrobi się jeszcze gorzej, sięgną po rozwiązania siłowe w nadziei, że to ich ocali.
Nie ma takiej możliwości. W roku 1981 Wojciech Jaruzelski miał o wiele liczniejszą Armię, Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa, aktyw partyjny, Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej (sławne ORMO), Północną Grupę Wojsk Armii Radzieckiej z dowództwem w Legnicy oraz palących się do udzielenia „bratniej pomocy” Czechów i Demokratycznych Niemców.
Jarosław Kaczyński nie może liczyć nawet na lojalność wicepremiera Gowina i jego osiemnastu szabel w Sejmie. Właśnie dlatego PiS skazany jest na bezprzykładną klęskę. Opozycja nie musi nic robić. Wystarczy poczekać…
W nieznane
By względnie szybko wyjść z tego kryzysu potrzebne są nowe niekonwencjonalne rozwiązania. Tak zwana „Zjednoczona prawica”, nie posiada intelektualnych, profesjonalnych i merytorycznych kwalifikacji by odbudować gospodarkę. Proponuje rozdawnictwo i zaciskanie pasa. Bez żadnych warunków. Gdy okaże się, że Tarcza nie działa a suweren pali opony w Alejach Ujazdowskich przed KPRM, władza spróbuje rozwiązań siłowych, czym tylko pogorszy sytuację.
Większość Polaków, albo nie ma, albo za chwilę nie będzie miało, zaufania do rządzących. Urzędnicy administracji państwowej czując nadciągającą katastrofę nie będą chcieli nadstawiać karku. Podobnie Policjanci i pracownicy tzw. „Służb”. Kto jak kto, ale oni najlepiej wiedzą jakie będą konsekwencje dokonania złych wyborów.
Rządzenie w takich warunkach staje się nie tylko koszmarem, staje się niemożliwe. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości zrobili bardzo wiele, byśmy przestali im wierzyć. Dlatego opozycja nie będzie paliła się do pomocy.
Na szczęście nadzwyczajne czasy kreują też nadzwyczajnych ludzi. 1 sierpnia 1980 roku jedynie garstka opozycjonistów i równie nieliczna grupa funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa znała Lecha Wałęsę. Miesiąc później dla większości Polaków stał się on bohaterem narodowym porównywanym do Józefa Piłsudskiego. Należy spodziewać się, że wśród nas żyje przyszły lider, który sam nie wie, jak ważną rolę odegra w historii.
Mądrość i solidarność
Musimy uświadomić sobie, że aby wydostać się z kryzysu potrzeba niezwykłej mądrości i autentycznej solidarności społecznej. Jeśli obowiązki i ciężary zostaną rozłożone sprawiedliwie, to względnie szybko wrócimy do normalności. Lecz jeśli zatriumfuje egoizm i hasło „śmierć frajerom”, to za rok będziemy żyli na poziomie Ukraińców i obywateli Mołdawii. Do głosu dojdą ugrupowania skrajne, gotowe posłużyć się przemocą by zdobyć władzę. Co gorsza, zamknięte granice uniemożliwią wielu niezadowolonym emigrację. Kto z takim krajem będzie chciał handlować? Kto będzie chciał inwestować?

Świat powinien zobaczyć zdyscyplinowane i zdeterminowane społeczeństwo, które nikogo nie zostawia na pastwę losu. Które gotowe jest ponieść wyrzeczenia. Jeśli zwykli pracownicy mają zrezygnować z części wynagrodzenia, to tym bardziej należy wymagać tego od właścicieli przedsiębiorstw i prezesów zarządu. Od władz Orlenu, Lotosu, KGHM i innych państwowych gigantów domagałbym się redukcji zarobków do maksymalnie 20 tysięcy złotych netto. W imię solidarności. Za to lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom medycznym, technikom, laborantom, salowym podniósłbym wynagrodzenie dwu, a może i trzykrotnie. Godnie powinni też zarabiać nauczyciele i policjanci.
Szantaż?
By ratować miejsca pracy, przedsiębiorcy winni mieć dostęp do tanich kredytów i gwarancji. Trzeba będzie uruchomić gospodarkę, a bez pieniędzy tego się nie da. I znów rządzący powinni postawić warunki. Jeśli zwolnienia, to wyłącznie gdy nie ma innego wyjścia. Należy zakazać umów śmieciowych, a umowy o dzieło powinny być oskładkowane. Natychmiast. Musimy zrozumieć, że podatki i daniny to nie przymus, lecz nasze ubezpieczenie na przyszłość.
Przy czym właściciele firm powinni mieć wybór, jeśli chcą skorzystać z pomocy państwa, mają zrezygnować z wysokich zarobków, uczciwie płacić podatki i wynagradzać pracowników. Albo niech się ratują sami. Tak to szantaż, tak nie ma to wiele wspólnego z gospodarką wolnorynkową którą znamy, lecz nie ma innego wyjścia.
Należy też zmienić zasady funkcjonowania sektora bankowego. Nie może być tak, że banki swoje problemy nacjonalizują a zyski prywatyzują. Licencja na prowadzenie działalności bankowej to przywilej drukowania pieniędzy (można sprawdzić czym jest kreacja pieniądza bankowego) więc i zobowiązania muszą być adekwatne. Banki muszą zaoferować wszystkim, którzy będą chcieli rozpocząć działalność gospodarczą tanie kredyty, na możliwe łagodnych warunkach. Bez zbędnej zwłoki i biurokracji. Ile potrzeba by rozpocząć działalność gospodarczą? Pięćdziesiąt, sto tysięcy złotych? Ile by uratować zakład fryzjerski czy gabinet kosmetyczny? Sto tysięcy, może dwieście. Lepiej potraktować to jako inwestycję, niż zostawić pracowników na zasiłkach? By ratować firmy budowlane potrzebne będą środki na rozbudowę i remonty infrastruktury drogowej, kolejowej, miejskiej, energetycznej… Rząd powinien wyemitować obligacje. Jeśli w kraju będzie spokój a inwestorzy zauważą, że polska gospodarka wspólnym wysiłkiem wydobywa się z zapaści z pewnością je wykupią,
Ich czas minął
To oczywiste, że ekipa Morawieckiego, Prawa i Sprawiedliwości, Zjednoczonej Prawicy itp. nie ma niezbędnego kapitału społecznego, by tego dokonać. Nie ma też pomysłów. Ani realnych, ani nierealnych. Oni nas nie uratują. Ich czas minął. Lecz jeśli jako społeczeństwo nie zdobędziemy się na wysiłek, na odbudowę zaufania, na przyjęcie za oczywistość zasady, iż nawzajem jesteśmy za siebie odpowiedzialni, pogrążymy się w mrokach anarchii. Gdzie będzie obowiązywało prawo pięści. Cofniemy się w rozwoju nie o lata a o dziesięciolecia. Czy tego chcemy?

Okrutna lekcja PiS dla opozycji

Być oszukanym w polityce nie jest usprawiedliwieniem, niekiedy jest takim samym przestępstwem jak oszukiwać samemu (Leszek Kołakowski)

PiS dał opozycji kolejną, okrutną lekcję. Pierwsza była wtedy, gdy bez oporu „bo taka była parlamentarna praktyka” opozycja zaakceptowała prezydium Sejmu. Nawet nie próbując domagać się, żeby „nowa”, a przecież już „sprawdzona” Marszałek Elżbieta Witek choćby symbolicznie anulowała „zakazy wstępu” do sejmu. Kilkadziesiąt osób, głównie z tzw. opozycji ulicznej, czyli najbardziej dokuczliwych dla PiSu przez marszałka co lubił sobie polatać, Kuchcińskiego zostało wbrew Konstytucji pozbawionych prawa wejścia na teren parlamentu. I można było przynajmniej próbować za cenę poparcia załatwić tę symbolicznie ważna kwestię. Można było, ale…Tylko Koalicja Obywatelska wstrzymała się w głosowaniu od głosu. Reszta radośnie przyklepała funkcjonariuszkę prezesa na Marszałka Sejmu. Nie wiem na co liczyła wtedy Lewica albo Koalicja Polska. Wiem za to, że sposób prowadzenia obrad i traktowanie opozycji przez Witek jest taki sam jak przez Kuchcińskiego. To była lekcja pierwsza.

PiS upewnił się, że opozycja nadal będzie zwalczać siebie nawzajem, a nie walczyć z rządem i kiedy przyszła pora dał opozycji lekcje drugą. Opozycja bez specjalnego proszenia, za cenę pokazania się w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego w towarzystwie Prezydenta i Premiera, czyli zwołania Rady Bezpieczeństwa, zagłosowała za „specustawą” dotyczącą ochrony przed epidemią. Ustawa od razu niekonstytucyjna o czym alarmowała prof. Ewa Łętowska, prof. Monika Płatek (także na łamach „Dziennika Trybuna”) i parę innych osób zawierała wszystkie narzędzia dające rządzącym wszelkie uprawnienia, ale bez wprowadzenia stanu nadzwyczajnego. Na wszelki wypadek głosy te opozycja miała w nosie. Sejm i Senat. Co oznacza, że to opozycja dała wszystkie uprawnienia rządzącym (jak w stanie nadzwyczajnym) i pozbawiła się szansy równego udziału w wyborach prezydenckich.

A teraz, przepraszam, ale trudno to nazwać inaczej, składa suplikacje i uprasza PiS o „przełożenie wyborów” oraz niesie „w darze rządowi” swoje pomysły na „walkę z kryzysem”. Rządzący pomysły przyjmują i robią co chcą, a wyborów nie przesuwają, bo przecież ich interesem jest wyłącznie wygrana obecnego prezydenta. A teraz, w ramach tej lekcji rządzący sami sobie wybiorą odpowiedni wariant postępowania.

Albo przeprowadzą pierwszą turę wyborów 10 maja i jak wygra Andrzej Duda, to wybory będą ważne, a jeśli konieczna będzie druga tura, to 12 maja premier ogłosi stan klęski żywiołowej i drugiej tury nie będzie. To znaczy będzie, ale za pół roku. A w tym czasie prezydent będzie dalej „ratował świat, Polskę i wiarę naszą katolicką” do woli, a ta/ten co do drugiej tury przejdzie, będzie musiał podporządkować się „rygorom” stanu klęski żywiołowej – epidemii. Może np. Marszałek Witek zwoła sejm, a następnie podda go w całości luksusowej kwarantannie? To może się stać już za chwilę i to może być lekcja trzecia. Teraz rządzącym zależy – no trochę – na uchwaleniu przez Sejm tzw. „Tarczy antywirusowej”. Obawiam się więc, że Marszałek już wie, że na sygnał z Nowogrodzkiej ma Sejm zwołać. Sejm co trzeba, czyli wsparcie dla polskich banksterów (o ile się nie mylę o to w tej tarczy chodzi), uchwali i Sejm do kwarantanny można już będzie wysłać. Niech z kwarantanny posłanki i posłowie opowiadają swoje „wszystkie ręce na pokład”. To takie zabawne, a hotele pięciogwiazdkowe tylko czekają na taką szansę. Jeśli to będzie hotel w Kołobrzegu zarządzany przez przewodniczącego też Dudę, ale Andrzeja, to wszystko zostanie w pisowskiej rodzinie.

Opozycjo ogarnij się! Albo zaczniesz najpierw myśleć a potem robić, albo pozostaniesz wyłącznie żałośnie śmieszną. Opowieści o tym, że jeśli PiS „wyborów nie przesunie”, to kandydaci opozycyjni się wycofają i zgodnie z Konstytucją wybory będą nieważne są naiwne jak bajeczki dla dzieci przestraszonych epidemią. Konstytucja nigdy PiSowi nie przeszkadzała w czymkolwiek. Po drugie – ważność wyborów obecnie stwierdza pisowska Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Ona stwierdzi co będzie trzeba. A po trzecie – nie pamiętam, żeby sztab wyborczy Lewicy zrobił coś wspólnie ze sztabem wyborczym KO, sztab KP jeszcze nigdy nie zgodził się z kimkolwiek, o sztabie Konfederacji nie wspomnę, bo mnie brzydzi z natury.
Obyśmy wszyscy zdrowi byli!

Nec Hercules contra plures

I Herkules nie poradzi przeciw wielu. Andrzej Duda tym bardziej.

Jeśli wyjdzie się z założenia, że ośrodki sondażowe zawyżają notowania Andrzeja Dudy w takim samym stopniu jak zawyżały notowania Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich tygodniach przed wyborami parlamentarnymi, to w chwili obecnej prezydent Duda uzyskałby poniżej 45 procent głosów, kilka procent wyborców zagłosowałoby na reprezentującego Konfederację Krzysztofa Bosaka, a ponad 50 procent wyborców poparłoby któregoś z czterech kandydatów szeroko rozumianej antypisowskiej opozycji: Małgorzatę Kidawę-Błońską, Roberta Biedronia, Władysława Kosiniaka-Kamysza, Szymona Hołownię. W drugiej turze wyborów prezydenckich, przy wspomnianym założeniu (mniej pewnym – w polskich realiach zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych, ale w drugich turach konkurenci mają z reguły porównywalne poparcie) Duda pokonałby Kidawę-Błońską z przewagą kilku punktów procentowych.
Podczas analizowania drugoturowych szans każdego spośród kandydatów antypisowskiej opozycji okazuje się, iż kilkanaście procent zwolenników pozostałej trójki, a więc kilka procent osób uczestniczących w pierwszej turze wyborów, po odpadnięciu popieranych przez nich kandydatów na drugą turę pójść nie zamierza. Jeżeli przegranym w pierwszej turze wyborów kandydatom opozycji antypisowskiej uda się przekonać niemal wszystkich swoich wyborców do zagłosowania na tego kandydata antypisowskiej opozycji, który znajdzie się w II turze wyborów, Duda nie zostanie wybrany prezydentem na kolejną kadencję. Opozycyjny prezydent uniemożliwiłby PiS-owi wprowadzanie kolejnych złych zmian do polskiego systemu prawnego oraz decydowałby o obsadzie wielu istotnych stanowisk państwowych. A po wyborach parlamentarnych w 2023 roku, posiadająca większość sejmową obecna antypisowska opozycja nie musiałaby ze strony osoby zasiadającej w Pałacu Prezydenckim obawiać się półtorarocznego utrudniania naprawy otaczającej nas rzeczywistości.

Wygrać majowe wybory

Tegoroczne wybory prezydenckie mają dla przyszłości Polski ogromne znaczenie, zapewne większe niż którekolwiek wybory głowy państwa od 1990 roku.

O ich znaczeniu decyduje nie tylko to, że zamykają one cykl wyborczy, na który składają się wcześniejsze wybory samorządowe, wybory do Parlamentu Europejskiego oraz wybory parlamentarne. Szczególne znaczenie tych wyborów wynika z sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po ponad czterech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości, a także z tego, że dalsze trwanie tych rządów w decydującej mierze zależy od wygranej Andrzeja Dudy.

Jeśli przegra on wybory, w obozie rządzącym pogłębią się już widoczne rozdźwięki i bardzo prawdopodobne stanie się skrócenie kadencji Sejmu i Senatu, a w konsekwencji zmiana rządu.

Sytuacja Polski pod rządami PiS budzi wielkie obawy z czterech głównych przyczyn.

Ginie nasza demokracja

Pierwszą jest pełzający proces tworzenia władzy autorytarnej, niszczenia niezawisłości władzy sądowniczej, upartyjniania aparatu państwowego, a w tle tego procesu – rosnące korupcja i nepotyzm. Polska z prymusa procesu demokratycznej transformacji stała się państwem „szczególnej troski”. To jeszcze nie dyktatura, ale to już poważny kryzys demokracji.
Drugą przyczyną dramatycznego stanu rzeczy jest pogłębiający się kryzys w stosunkach z Unią Europejska. Politycy PiS starają się Unię Polakom obrzydzić. Prezydent Duda opowiada nieskładnie coś o tych, którzy „:w obcych językach” pouczają nas o demokracji. Rzecz nie w językach, których można się nauczyć, a w tym, że politycy partii rządzącej coraz bardziej oddalają się od standardów europejskich i – świadomie lub nieświadomie – pchają Polskę ku wypadnięciu z Unii. Wbrew woli przeważającej większości współobywateli.

Sami się zmarginalizowaliśmy

Trzecią przyczyną jest kryzys polskiej polityki zagranicznej. Polska z winy obecnego rządu znalazła się na marginesie polityki światowej. Gdzie te czasy, gdy prezydent Aleksander Kwaśniewski zbierał laury z tytułu umiejętnego rozwiązania kryzysu politycznego na Ukrainie w 2004 roku! Polska polityka zagraniczna (jeśli w ogóle można to nazwać polityką) polega na bezkrytycznym przymilaniu się do Donalda Trumpa i zrażaniu sobie partnerów europejskich.

Czwartą wreszcie przyczyną – stopniowo coraz bardziej widoczną – jest rysujący się kryzys polityki gospodarczej. Szybko rosnąca inflacja, zapaść finansów publicznych, co widać gołym okiem w stanie służby zdrowia czy oświaty, spowolnienie wzrostu gospodarczego to symptomy tego, co nas czeka, jeśli nie zmieni się kierownictwa państwa.

Dlaczego opozycja przegrywa?

Tych okoliczności wystarczyłoby dla pokonania PiS, gdyby opozycja miała lepszą strategię polityczną i potrafiła wykorzystać posiadane atuty. Doświadczenie poprzednich trzech wyborów daje tu wiele do myślenia.
W wyborach samorządowych 2018 roku partie opozycyjne uzyskały imponujące zwycięstwa w wielkich miastach i przewagę w sejmikach wojewódzkich. Prawo I Sprawiedliwość zdobyło 254 mandaty w sejmikach, Koalicja Obywatelska 194, Polskie Stronnictwo Ludowe 70, bezpartyjni samorządowcy 15, a SLD 11, co oznacza, że suma mandatów zdobytych przez trzy ugrupowania opozycyjne przewyższa sumę mandatów PiS o 21. Jednakże w połowie województw udało się partii rządzącej zdobyć władzę, w jednym (śląskim) wypadku w drodze jawnej korupcji politycznej.
Wybory europejskie przyniosły opozycji porażkę i to mimo, że poszła do wyborów jako Koalicja Europejska. Przewaga Zjednoczonej Prawicy nad opozycją (Koalicją Europejską i Wiosną) była zaledwie dwumandatowa, ale wystarczyło to, by zniechęcić przywódców PSL i PO do utrzymania koalicji, czego następstwem jest zmarnowanie szansy zdobycia większości w Sejmie – mimo uzyskania prawie milionowej przewagi głosów.

Zarazem zawarcie „paktu senackiego” dało opozycji większość w drugiej izbie parlamentu, co naocznie potwierdza trafność postulatu, by tworzyć wspólny blok opozycji demokratycznej. Wniosek stąd płynie oczywisty: opozycja może pokonać PiS tylko idąc razem.

Jeden kandydat opozycji

W wyborach prezydenckich oznacza to połączenie sił w drugiej turze. W pierwszej partie i komitety wyborców prezentują swoich kandydatów, by policzyć swoje poparcie i zmobilizować zwolenników. To taktyka rozsądna, logicznie wynikająca z obowiązującej ordynacji. Trzeba wszakże pamiętać, że zły dobór kandydata może pogrążyć partię na lata, o czym SLD przekonał się na własnej skórze w 2015 roku. Najnowsze sondaże sugerują, że wszyscy kandydaci opozycyjni mają mniejsze poparcie niż wysuwające ich partie. To się zapewne będzie zmieniało, ale powinno się uważnie śledzić pierwszą turę wyborów właśnie z tej perspektywy.

W drugiej turze pokonać Andrzeja Dudę może tylko taki kandydat opozycji, za którym murem staną wszystkie ugrupowania demokratycznej opozycji.
Oznacza to, że o takim wyniku zdecyduje to, jak postąpią wyborcy Roberta Biedronia, Szymona Hołowni, Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Wymieniam ich w porządku alfabetycznym, gdyż w tej fazie procesu wyborczego nie należy nikogo z góry ustawiać na przegranej (lub wygranej) pozycji.

Takie porozumienie na drugą turę nie może zrodzić się w ostatniej chwili – po ogłoszeniu wyników pierwszej. Wtedy bowiem będzie zbyt mało czasu, by do głosowania na wspólnego kandydata (lub kandydatkę) opozycji demokratycznej przekonać wyborców.

Wszyscy przeciwko Dudzie

Potrzebny jest „pakt prezydencki” już teraz. Powinien on zawierać dwa zobowiązania.
Po pierwsze: udzielenie pełnego poparcia w drugiej turze temu, kto z ramienia opozycji do niej wejdzie.
Po drugie: zobowiązanie się do tego, że kampanię wyborczą prowadzić się będzie w opozycji do urzędującego prezydenta i jego partii, a nie przeciw innym kandydatom opozycyjnym. Ten drugi warunek jest kluczowy, jeśli chce się przekonać własnych wyborców, by w drugiej turze zagłosowali na wspólnego kandydata opozycji. Mając to na widoku nie wolno tego potencjalnie wspólnego kandydata dyskredytować w oczach własnych wyborców.

Opozycja może te wybory wygrać. Ma za sobą większość politycznie aktywnych obywateli. Ma bardzo silne argumenty, co jest konsekwencją rosnącego rozczarowania obecnymi rządami. Musi wierzyć w swoje szanse.
W Polsce tylko raz urzędujący prezydent wygrał wybory, ale był to Aleksander Kwaśniewski. Andrzejowi Dudzie bardzo daleko do mądrości i talentu politycznego tego polityka, który w czynach, a nie w słowach, potrafił pokazać, że chce i potrafi być prezydentem wszystkich Polek i Polaków.

R. S. V. P.

Ku mojemu zdziwieniu, zaczynam mieć z prezesem PiS coraz więcej wspólnego, niźli samo imię. Mieszkamy niedaleko od siebie, to jest raz. Dwa: wczoraj na Górce Szczęśliwieckiej, na nartach, stłukłem sobie boleśnie kolano i dziś kuśtykm tak jak sam prezes albo i gorzej, bo jego kolano też nie domaga. No a trzy: i ja i On wiemy, że prezydent Duda jaki jest, taki jest, ale lojalny to on jest. Względem partii matki.

Wczoraj, na 17 popołudniu, prezydent zawezwał do siebie przedstawicieli opozycji, żeby zapoznać się z ich stanowiskiem odnośnie ustawy kagańcowej i innych ustaw, tyczących się Sądu Najwyższego. Jak mniemam, prezydent czyta gazety i słucha radia, więc z dużą dozą prawdopodobieństwa można zaryzykować twierdzenie, że wie, co na ten temat sądzą politycy Platformy czy Lewicy. Mimo tego, wolał osobiście to od nich usłyszeć, bo może coś źle przeczytał, albo nie wszystko zrozumiał. Przy okazji spotkania poinformowano naród, że pan prezydent chce wsłuchać się w głos opozycji, przed podjęciem ostatecznej decyzji, czy ustawę z Sejmu podpisać, czy zawetować. Tak jakby naród i opozycja w tym narodzie nie czytała gazet i nie słuchała radia, a w nim transmisji przemówień prezydenta z pobytu na Lubelszczyźnie i Ziemi Radomskiej, w których to pan prezydent dość jasno dał do zrozumienia, co sądzi o aktualnym stanie wymiaru sprawiedliwości i jaki ma stosunek do pisowskich reform.

To jednak za mało. Andrzej Duda organizuje miniszopkę z liderami opozycji, żeby pokazać, jak bardzo leży mu na sercu zdanie mniejszości i jak głęboko wsłuchuje się w każdy głos przed podjęciem kluczowych dla kraju decyzji. Doprawdy, dawno nie widziałem w praktyce większego kabotyństwa. Wizyty duszpasterskie księży „po kolędzie” mogą się równać się z prezydencką akcją; wysprzątany dom, stół, krucyfiks, święcona woda, koperta. Pośród stołu rodzina: senior rodu, na co dzień chleje i bije czym popadnie, zastraszone dzieci i matka, której od dawna już wszystko jedno, kiedy spada kolejny cios. Tymczasem, w obliczu wezwania, wszyscy gromadzą się wokół stołu, bo łączy ich siła uświęconej tradycji i osoba w sutannie spozierająca raz to na zegarek, raz to na kopertę.

Mimo tej całej do bólu żenującej fasadowości imprezy u prezydenta, uważam, że dobrze się stało, że opozycja się u niego pojawiła. Nie dlatego, że imprezy u Andrzeja są najlepsze, i każdy na mieście o tym wie. Idzie mi raczej o szacunek dla urzędu, który u nas od lat nie doczekał się odpowiedniego miejsca w historii i pragmatyce politycznej wojny, którą co dzień toczy ze sobą opozycja z koalicją, jak Pan Bóg przykazał. Kto by bowiem prezydentem nie był, nie wybrał się na urząd sam ani żaden abstrakt nie obwołał go głową państwa. Zrobili to ludzie, którzy poszli do urn i oddali głosy. Poszło ich więcej, niż tych, którzy chcieliby widzieć w Pałacu inną osobą i to przez szacunek dla woli ludu i woli większości należy do prezydenta chodzić, jeśli ten o to poprosi. Tak jak w mediach przyjęło się, że na wywiady chodzi się do prezydenta, a nie prezydent szlaja się po redakcjach, tak i w tym przypadku: jak prezydent wzywa, to się do niego idzie, ktokolwiek by nim nie był. Zaciska się zęby i się idzie. Zupełnie inną kwestią jest to, jakie intencje towarzyszą prezydentowi, kiedy zaprasza do siebie na rozmowę tych czy owych. Życzyłbym sobie, żeby prezydent równie ochoczo zapraszał do siebie, czy to opozycję, czy to naukowców, fachowców w danej dziedzinie, na samym początku procesu legislacyjnego, albo w czasie, kiedy dopiero zaczynają się pojawiać wątpliwości co do słuszności proponowanych zapisów prawnych, a nie kiedy mleko się rozlało i jest już dawno po herbacie. Wtedy prezydenckie zaproszenia miałyby jakiś sens i kto wie, może nawet część obywateli uwierzyłaby, że prezydentowi idzie rzeczywiści o zapoznanie się z wielogłosem społeczeństwa i słuchaniem mądrzejszych od siebie.

Z doświadczenia wiem, że na nudnych nasiadówkach służbowych, dobrze mieć ze sobą coś do czytania. Opakowuje się wtedy swoją lekturę własną w skoroszyt, który wnosi się na takie spotkanie. Kiedy nudziarze nawijają makaron na uszy, człowiek otwiera niby to dokumenty i udaje, że coś tam sprawdza albo notuje, a wówczas, spokojnie, przez nikogo nie niepokojony, oddaje się lekturze. Na legalu i bez przypału.