Nie przeszkadzać!

Ja tam nie chcę nic mówić, ale – na naszych oczach – właśnie dogasa epoka.
Epoka „kolegów z solidarnościowej piaskownicy”, którzy postanowili pourywać sobie głowy wraz z szyjami i kawałkiem barku. Gdy skończą, na plac boju wkroczą nowi, młodzi, pełni zapału do porządkowania świata – mężczyźni, rzadziej – kobiety. Przy czym, najwytrwalsi z nich, skończą tak jak ci dzisiaj. Okładając się kłonicami.
Kwiat Jednej Nocy żyje przez jedną noc, motylki – kilka dni, a zwarta formacja polityczna tyle co pokolenie – w blasku i bitewnym zgiełku trwa tyle, ile żył Chrystus. Trzydzieści lat z okładem.
I te trzydzieści lat właśnie mija.
Jednego dnia gazeta, co z braku rządowych ogłoszeń, przestała głosić chwalbę samozaradności, widząc przed sobą jeno przepaść, chce, aby elektorat przeciwnika wbił sobie do głowy iż jej lider jest „niebywale bogaty”, tak bogaty, że zbudował w środku stolicy wieżowiec, a zapłacić murarzom nie chce (piszę o przekazie docelowym).
Na to strona rządowa, głosami swych pretorian, zwanych dla niepoznaki dziennikarzami, pozbawia znanego Stefka nazwiska w pełnym brzmieniu, ale i tak wiadomo, że chodzi o osobnika spod znaku: „Szczaw i mirabelki”. Stefek, w zamian za ułatwianie interesów, podobno popadł w grzech rozpusty, pozwalając, aby opłacano jego trudy łóżkiem w kiepskim stanie, z nałożnicami, o których nic nie wiemy, ale się na pewno, jak nie dziś to jutro, dowiemy.
Ba, i żeby to był koniec młócki. Kłopot w tym, że to dopiero pierwsze takty uwertury.
Klasyk gatunku, Leszek Miller, był łaskaw powiedzieć, że prawdziwego mężczyznę poznać po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna (budowanie domu? sadzenie drzewa? bo z płodzeniem syna to i sąsiad sobie poradzi).
Mężczyźni z „solidarnościowej piaskownicy” właśnie kończą.
Co robić?
Na poznańskiej Widzie zwykle w takich okolicznościach podpowiadano:
Nie przeszkadzać.

Bo do tanga…

Byłem zdecydowanym przeciwnikiem tworzenia Zjednoczonej Lewicy przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Mój wniosek postawiony na posiedzeniu Rady Krajowej SLD, aby Sojusz startował samodzielnie, przepadł w głosowaniu. Swoje wystąpienie zakończyłem zdaniem: „co będzie, jeśli Zjednoczona Lewica otrzyma 7,9 proc. głosów, a PiS dzięki temu uzyska możliwość samodzielnego rządzenia”. Pomyliłem się o mniej niż pół procenta.

Jak dobre wino

Po wyborach – jak to Polak po szkodzie – już prawie wszyscy w partii wiedzieli, że „związek partnerski” Millera z Palikotem był błędem. Dlatego kierownictwo partii zapowiedziało zaniechanie tego typu eksperymentów w przyszłości. Szyld SLD miał być obecny podczas każdych kolejnych wyborów.
W wielu powyborczych dyskusjach zwracałem uwagę, że partia może (i powinna) przechodzić przeobrażenia. Niemniej Sojusz Lewicy Demokratycznej, myśląc o powrocie do Sejmu, powinien przede wszystkim liczyć na swoje siły. Znany wszystkim wyborcom szyld SLD – plus liczne i dobrze zorganizowane struktury partii – będą najlepszym gwarantem sukcesu w następnych wyborach. „Bo SLD jest jak stare, dobre wino” – powtarzałem. Dojrzewające z wiekiem. I oczywiście czerwone…
Czy dzisiaj – na parę miesięcy przed kolejnymi wyborami – coś się zmieniło? Tak!

Bryza

Jeden ze znanych polityków przyrównał uprawianie polityki do surfowania. Gdy nad morzem zawieje wiatr. Gdy pojawi się fala. Można surfować. Nie ma jednak szans ten surfer, który chciałby płynąć pod prąd. Ani polityk.
Rok temu zamysł kierownictwa Sojuszu Lewicy Demokratycznej był jasny. Nie opowiadamy się po żadnej stronie POPiS-owej wojny Kaczyńskiego ze Schetyną. Chcemy iść własną polityczną drogą. Niektórzy nazywali ją „trzecią drogą”. Inni – lewicą społeczną. To miał być wyraźny sygnał dla wyborców. „Nie musicie wybierać pomiędzy PiS i PO” – powtarzał wielokrotnie przewodniczący Czarzasty.
Próbą stworzenia „trzeciej siły” były rozmowy z Polskim Stronnictwem Ludowym, prowadzone wiosną 2018 roku. I przymiarki do wspólnego startu w wyborach samorządowych. Zamówiony wówczas przez obie partie bardzo obszerny sondaż (na próbie 16 tysięcy respondentów) dał obiecujący wynik. Można było się spodziewać, że w wielu województwach taka koalicyjna lista do sejmiku dorównałaby poparciem obu głównym partiom. Ostatecznie jednak ludowcy nie zdecydowali się na wspólny start.
Przebieg wyborów samorządowych pokazał, że hipotetyczna „trzecia siła” i tak nie miałaby wielkich szans. Tak przynajmniej dzisiaj sądzę. Bo „morska bryza” miała inny kierunek.

Dwa bieguny

Sondaże, sondażami. Nawet najdroższe. I robione stuprocentowo rzetelnie. Ale nic tak dobrze nie oddaje oczekiwań wyborców, jak prawdziwe wybory. Wybory samorządowe pokazały postępującą polaryzację sceny politycznej. Na dwa obozy: PiS i antyPiS. Potwierdza to wiele moich koleżanek i kolegów startujących w ostatnich wyborach. To, jaki program mieli do zaoferowania kandydaci, okazało się dla bardzo wielu wyborców sprawą drugorzędną. Najważniejszym było, czy kandydat należy do „armii” PiS-u? Czy antyPiS-u?
Można oczywiście ubolewać, że decyzja o wyborze konkretnego kandydata lub kandydatki na prezydenta, burmistrza i radnego zapadała w oparciu o tak uproszczone kryteria. Ale trudno. W wyborach też obowiązuje zasada sklepowa: „klient ma zawsze rację”. Ostatecznie to wyborcy decydują o wyniku wyborów. Nie politycy.
Uważam, że jedną z najistotniejszych przyczyn słabego wyniku Sojuszu Lewicy Demokratycznej w niektórych regionach Polski była właśnie polaryzacja zapatrywań wyborców. I nie jestem w tym osądzie odosobniony. Dlatego z tamtych wyborów trzeba wyciągnąć wnioski. Żadnemu surferowi nie uda się płynąć pod prąd.

Za Unią

Gdy piszę te słowa, senatorowie debatują nad budżetem. Sejm już go przegłosował. Można niemal w 100 procentach założyć, że Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się na skrócenie kadencji parlamentu. Tak jak pisałem dwa tygodnie temu. A więc wybory do parlamentu europejskiego będą pierwszymi w tym roku. I staną się czymś w rodzaju prawyborów do parlamentu krajowego. Tak zresztą było cztery lata temu. Dobra kampania Andrzeja Dudy (i zła Bronisława Komorowskiego) oraz ostateczne zwycięstwo kandydata PiS-u miało olbrzymi wpływ na późniejszy sukces Zjednoczonej Prawicy w wyborach parlamentarnych.
Nie trzeba być utytułowanym spin-doktorem, aby przewidzieć, pod jakim hasłem będzie przebiegała kampania w wyborach europejskich. To będzie drugie referendum unijne. Wyborcy PiS-u będą tymi, którzy chcą wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Pozostali wyborcy – okażą się proeuropejskimi. Oczywiście politycy PiS-u będą się zarzekali, że nie planują żadnego „polexitu”. Już to robią. To bez znaczenia. Polityka rządzących – osłabiająca pozycję Polski w UE – jest faktem.
Dla wyborców idących do urn 26 maja nie będzie się liczyła żadna „trzecia siła”. Będzie głosował na PiS. Lub antyPiS. Za Unią. Lub przeciw.

Unia kontra Unia

Wybory europejskie będą trudnym orzechem do zgryzienia dla Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego długo zastanawiał się, czy nie skrócić kadencji Sejmu, by najpierw odbyły się wybory krajowe. Jeśli opozycji uda się stworzyć jednolity blok proeuropejski, PiS może te wybory przegrać. Bo zwolenników polskiej obecności w Unii Europejskiej jest cztery razy więcej niż eurosceptyków.
Czy cała antypisowska opozycja będzie w stanie stworzyć jedną listę skupiającą wszystkie siły proeuropejskie? Nawołuje do tego wielu polityków lewicy. „Taki szeroki blok, koalicja wyborcza w wyborach do Parlamentu Europejskiego, powinien po prostu nazywać się Europa” – twierdzi Włodzimierz Cimoszewicz. Mniejsza o nazwę. Wola porozumienia jest – również ze strony SLD. Problemy mogą pojawić się, gdy zacznie się rozmowa o szczegółach. Czyli listach. Bo w tych wyborach jest zaledwie 13 okręgów wyborczych. I tylko 52 mandaty do obsadzenia.
W Parlamencie Europejskim liczącym 705 europosłów (już bez Brytyjczyków) Polska będzie miała niespełna 7,5 proc. reprezentację. Jednakże bardzo ważnym jest, aby w tym gronie znalazło się jak najwięcej przedstawicieli i przedstawicielek sił proeuropejskich. Liczba eurosceptyków i nacjonalistów w Europie rośnie. Wielu z nich wystartuje w najbliższych wyborach. Nie możemy przyłożyć ręki do budowania antyeuropejskich frakcji w samym Europarlamencie. To kolejny argument z wspólnym startem.

Konwencja

Przed Sojuszem Lewicy Demokratycznej trudna decyzja o ewentualnej rezygnacji z samodzielnego startu w wyborach europejskich. I włączeniu się w budowę wspólnego bloku europejskiego. Trudna! Bo z takimi partiami jak Platforma Obywatelska i Nowoczesna zdecydowanie więcej nas dzieli niż łączy. A dla wielu ludzi lewicy ewentualna koalicja wyborcza z partią Grzegorza Schetyny może się okazać równie niezrozumiała, jak cztery lata temu tworzenie Zjednoczonej Lewicy z Januszem Palikotem.
Na początku lutego odbędzie się Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To wówczas zapadnie wiążąca decyzja dotycząca startu SLD w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Według mojego rozeznania i opinii wielu działaczy, z którymi rozmawiałem, Konwencja prawdopodobnie zaakceptuje zamiar tworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej.
Co na to druga strona? W tym najważniejszy ewentualny koalicjant – Platforma Obywatelska. Rozmowy trwają. Oni też z pewnością mają kłopot. Jak wytłumaczyć swoim wyborcom dogadywanie się z „postkomunistami”.

Może sami?

Jak powiedział Włodzimierz Czarzasty, jeśli wysiłki zmierzające do stworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej spełzną na niczym, Sojusz Lewicy Demokratycznej może wystartować samodzielnie. A konkretnie, w ramach koalicji SLD – Lewica Razem, sprawdzonej już dwa razy w wyborach samorządowych. W wyborach europejskich próg wyborczy dla koalicji jest taki sam jak dla komitetu partyjnego – 5 proc. A więc powtórka ze Zjednoczonej Lewicy nam nie grozi. Co wówczas?
Jestem zdania, że taka formuła startu powinna być ostatecznością. Polaryzacja sceny politycznej może okazać w tych wyborach zdecydowanie silniejsza niż w wyborach samorządowych. I oznaczać utratę jakiejś części poparcia z 6,7 proc. uzyskanego przez koalicję SLD – Lewica Razem w wyborach samorządowych.
Rozważając start lewicy pod szyldem SLD – Lewica Razem, pamiętajmy o najważniejszym tegorocznym zadaniu. Powrocie lewicy do Sejmu. Słaby wynik w wyborach europejskich – poniżej wyniku z wyborów samorządowych – może plany powrotu Sojuszu Lewicy Demokratycznej do Sejmu zniweczyć.

Partia Biedronia

Nie sposób nie wspomnieć o inicjatywie Roberta Biedronia. Dysponującego niezwykłym wsparciem części mediów. Jeśli policzylibyśmy ilość godzin spędzonych w studiu telewizyjnym, na przykład TVN, przez przewodniczącego największej partii pozaparlamentarnej i świeżo upieczonego kandydata na szefa nieistniejącej jeszcze partii, to… Ta proporcja miałaby się jak 1 do 100.
Wypromowana przez media – mimo polaryzacji – partia Biedronia ma szansę na przekroczenie progu w wyborach europejskich. Będzie bowiem dla wielu wyborców pachniała nowością. Moim zdaniem, Biedroń jest w stanie przekonać do siebie 7-8 proc. wyborców. Odbierze głosy przede wszystkim Platformie Obywatelskiej i Nowoczesnej. Ale Sojuszowi Lewicy Demokratycznej również – nie łudźmy się.
Rozważając samodzielny start SLD lub w ramach szerszej koalicji proeuropejskiej nie sposób nie zauważyć nowej siły politycznej – konkurencyjnej dla SLD. Dlaczego nie dogadacie się z Biedroniem – pytają mnie działacze. Odpowiedź jest oczywista dla każdego pragmatyka politycznego. Mimo gładkich słów i uśmiechów, Robert Biedroń nie zdecyduje się na siadanie przy jednym stole z działaczami swojej byłej partii. Bo wówczas ten „zapach nowości” natychmiast by się ulotnił.

Bo do tanga

Wielokrotnie na łamach Trybuny pisałem o celowości startu SLD pod własnym lewicowym szyldem. Dlaczego dzisiaj – na cztery miesiące przed wyborami europejskimi – uważam inaczej? Starałem się to wytłumaczyć. Że tegorocznego „wyborczego tanga” nie da się zatańczyć w pojedynkę.

Wyobraźmy sobie…

Wyobraźmy sobie taką sytuację: powstaje szeroka Koalicja Obywatelska od lewa do prawa – od PSL-u, przez PO, nieistniejącą już [edit: jako samodzielny byt] Nowoczesną, nieistniejący jeszcze Ruch Biedronia, Partię Razem, Zielonych i SLD. Wygrywa wybory. Uff, „pokonaliśmy PiS”. Schetyna zostaje premierem.
I co dalej? Teraz jest ten moment, zapowiadany zresztą przez wielu zwolenników Frontu Jedności Narodu, w którym następuje „a potem się kłóćcie do woli”. No to tak:
– na pierwsze 100 dni rządu Razem i SLD oczekują od rządu progresywnych podatków i wyższej stawki godzinowej
– Fasadowa Nowoczesna żąda obniżki podatków i zajęcia się losem ciemiężonych przedsiębiorców (przywrócenia elastycznych form zatrudnienia)
– SLD, Razem i Zieloni domagają się natychmiastowej liberalizacji aborcji i wypowiedzenia konkordatu
– PSL chce utrzymania konkordatu i zachowania status quo w sprawie aborcji
– Nowoczesna z Biedroniem chcą, by kobieta musiała konsultować swoją decyzję dotyczącą ciąży z jakąś komisją
– Platforma chce obniżenia podatków, podwyższenia wieku emerytalnego i niezajmowania się sprawami które „dzielą Polaków”. Premier Schetyna wygłasza mocne orędzie, w którym mówi, że właśnie wreszcie udało się naród scalić i pogodzić, i apeluje do Polek i Polaków, by nie zajmowali się tematami ideologicznymi. „Teraz jest czas odbudowy państwa po PiS-ie, musimy się zająć przywróceniem demokracji i niezależnego sądownictwa, o sprawy takie, jak aborcja, spierać się będziemy mogli później, teraz trzeba odbić z pisowskich rąk kluczowe instytucje demokratyczne: TK i SN. Musimy napisać specustawy, które to wszystko odkręcą”.
– Schetyna pisze specustawy, Duda, który jest prezydentem jeszcze przez rok, ich nie podpisuje. Ponieważ do Sejmu dostały się tylko dwa bloki: PiS i Anty-PiS, nie ma jak odrzucić prezydenckiego weta, bo d’Hondt spowodował, że opozycyjny klub PiS to 48% składu Sejmu. Duda nie podpisuje generalnie ŻADNEJ ustawy. Te mniej ważne kieruje od razu do wciąż obsadzonego nominatami PiS-u TK. TK je uwala (nie będzie przecież kręcił sobie sznura na własną szyję).
– Jest grudzień 2019 roku, trzeba uchwalić budżet. Jeśli nie uda się go przegłosować w Sejmie, to za 4 miesiące oznacza to koniec rządu Anty-PiSu i przedterminowe wybory, bo prezydent zarządzi skrócenie kadencji. No więc lewica chce w budżecie zwiększenia pomocy socjalnej dla emerytów i rencistów i obniżenia wydatków na zbrojenia, zamiast tego chce te pieniądze przekazać na oświatę. Nie zgadza się PO i N. W nocy 16 grudnia przychodzi do tzw. „Pieczary” Grzegorza Schetyny Kamila Gasiuk-Pihowicz i komunikuje mu, że albo ona zostaje premierem, albo ma w dupie budżet i ona i inni dysydenci z Nowoczesnej nie zagłosują za uchwaleniem budżetu. Schetyna każe jej wyp***, ale ona i jej frakcja nie przychodzą na głosowanie w sprawie budżetu. By się ratować, Schetyna zamyka wszystkie wyjścia z Sejmu, ale i tak nie ma wystarczającej liczby posłów, bo niektórzy skorzystali z metody opracowanej przy okazji głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety i zacięli się w kiblu. Rządowi nie udaje się uchwalić budżetu. Prezydent Duda ogłasza skrócenie kadencji Sejmu i muszą się odbyć nowe wybory.

Harakiri Koalicji Obywatelskiej

Trudno było posądzać Grzegorza Schetynę o taki brak wyobraźni politycznej. Spędził przecież tyle lat w polityce więc powinien wiedzieć, że Koalicja Obywatelska jako sojusz dwóch, a być może nawet kilku niezależnych podmiotów może zyskać więcej niż jako jeden podmiot. Przewodniczący PO powinien zdawać sobie sprawę z faktu, że są wyborcy którzy niekoniecznie zagłosują na Platformę Obywatelską, ale już na Nowoczesną lub innego uczestnika szerokiej koalicji może tak. Powielanie na siłę formy koalicji PiS-owskiej dowodzi, że czasem myślenie nie jest mocną stroną polityków opozycji.
Koalicja Obywatelska w wyborach do Parlamentu Europejskiego mogła prze-testować wspólny udział przed ewentualnym startem opozycji w szerokiej koalicji w wyborach do Sejmu. Tym działaniem, które rozbiło Nowoczesną, Platforma Obywatelska spowodowała ograniczone zaufanie do siebie innych potencjalnych uczestników szerokiej koalicji. Zaprezentowała się nie jako partia propaństwowa, której działania nakierowane są na dobro naszej Ojczyzny, lecz jako ugrupowanie małostkowe, którego nadrzędnym celem jest redukowanie liczby podmiotów politycznych po stronie opozycji. Teraz, po tych niefortunnych wydarzeniach potrzeba będzie wiele wysiłku by odbudować wzajemne zaufanie. Przez ten nierozważny ruch na scenie opozycji parlamentarnej, Koalicja Obywatelska znalazła się znowu w punkcie wyjścia. Stała się za to pożywką złośliwych PiS-owskich komentarzy i przykryła aferę w KNF i nie mniejszą aferę tej partii związaną z aresztowaniem byłego szefa KNF i kilku urzędników tej instytucji.
Zachowanie Kamili Gasiuk-Pihowicz jest kompletnie niezrozumiałe. Pracowała na swój autorytet oraz prestiż i trzeba przyznać, że osiągnęła w tej kwestii sukcesy. Ostatecznie okazała się jednak politykiem niedojrzałym, a poprzez przerost chorej ambicji zniszczyła cały swój dorobek. Walczyła o demokrację, która w konsekwencji ją zniszczyła. Nie potrafiła pogodzić się z demokratycznym werdyktem swoich klubowych kolegów, postanowiła bowiem dokonać rokoszu i w sposób niedemokratyczny zmusić swoje koleżanki i kolegów do realizacji jej planu, pozbawiając tym samym swoją partię klubu poselskiego. Miała szansę być sztandarem walki o prawo-rządność i demokrację, a stała się kawałkiem białego prześcieradła zawieszonego na patyku – sztandarem klęski i poddaństwa. Można jej tylko przypomnieć cytat z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego – „Miałeś chamie, złoty róg, miałeś ……….”. Teraz, niezależnie od tego jak będzie zaklinała rzeczywistość, będzie osobą mało wiarygodną, a przez to w niedalekiej przyszłości może się okazać mało przydatną Platformie Obywatelskiej. Kamila Gasiuk-Pihowicz nadzieja opozycji na skuteczną i charyzmatyczną polityczkę okazała się polityczką o słabym charakterze, którą zniszczyła jej chorobliwa i wybujała ambicja. Jedynym ratunkiem dla posłanki to przy-wdzianie na siebie „wora pokutnego” i prośba o zgodę na powrót do Nowoczesnej.
Niestety, Paweł Kukiz dosadnie ale i celnie określił posłów takich jak posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Zjednoczenia nie będzie

…na razie!

 

Lewico jednocz się – nawołuje prasa liberalna. Wcześniej promowała różne ruchy na lewicy i tępiła SLD zarazem. SLD istnieje, a lewicowi ulubieńcy liberałów słabną. Taka linia poniosła klęskę. Zatem niech się zjednoczą i wtedy może zagrożą – razem z liberałami – PiS-owi. Widzę w tym chęć ponownego powrotu do władzy PO, a lewica ma być w tym tylko narzędziem, która potem zostanie uznana za niepotrzebną.
Samo zjednoczenie na lewicy jest sprawą bardzo trudną. Nie wierzę w połączenie się obecnych partii i grup. Zbyt wiele je dzieli. Dzielą je bardziej osobiste animozje i ambicje niż kwestie programowe. I jest jeszcze coś znacznie ważniejszego. Brak na lewicy umiejętności organizacyjnych i chwytliwych wizji zdolnych do utworzeniu czegoś nowego, co będzie tchnęło świeżością. Równolegle powinny powstać struktury organizacyjne zdolne do walki wyborczej.
W III RP były czasy szybkiego powstawania partii politycznych. W ubiegłym wieku Andrzej Lepper założył Samoobronę i skupił wokół siebie niezadowolonych rolników, a potem także innych niezadowolonych. W końcu Samoobrona zawaliła się pod własnym ciężarem, a PiS w tym bardzo jej pomógł. Potem Janusz Palikot, odszedł z PO i błyskawicznie założył Ruch Palikota. Początki były świetne, potem było coraz gorzej i w końcu partia rozpadła się szybciej niż powstała. Kukiz także wyskoczył znienacka, bazując na sławie piosenkarza, zebrał ludzi od prawa do lewa, ale raczej od prawa i trwa. Sprawdzianem będą wybory samorządowe. Brak struktur tej partii w terenie dobrze nie rokuje.
Ryszard Petru powołał swoją Nowoczesną bardzo szybko i sprawnie. Była to nowsza wersja PO, nieobciążona aferami, młodsza, świeższa i dynamiczniejsza. W sondażach nawet przebijała PO. Jednak Nowoczesna także powoli schodzi ze sceny. Właśnie jest trawiona przez PO.
Wspomniani liderzy wykazali się umiejętnościami organizacyjnymi i mieli to „coś”, co przyciągnęło wyborców. Umiejętności organizacyjne i finanse są nie mniej ważne od głoszonej ideologii. Wszystkim wymienionym zabrakło jednak długofalowej strategii i niestarzejącej się ideologii, a członkowie liczyli przede wszystkim na partyjne konfitury. Konfitur dla wszystkich nie starcza i partia szybko się kurczy.
Czy na lewicy są tacy? Nie widzę. Czarzastego, sprawnego organizatora, nie trawią inni liderzy. Zandberg raczej jest zdolny po skłócania niż jednoczenia. Barbara Nowacka utworzyła szyld „Inicjatywa Polska” i nic ponadto. Robert Biedroń jest obecny w polityce od lat, ale do partyjnej orki nie pali się. Raczej ma predyspozycje do bycia mądrym celebrytą niż człowiekiem od czarnych prac organizacyjnych. On o tym wie i dlatego nie wie jaką drogą ma podążać.
Jest na lewicy jeszcze jeden problem. Mniejsze partie patrzą jak na prawicy duże partie pożerają mniejsze. Na lewicy małe ugrupowania boją się SLD, który też dopiero odrabia poniesione straty. Boją się, że SLD je wchłonie i strawi, a oni chcą mieć swoją tożsamość i swoją partię, nawet jak one niewiele znaczą na scenie politycznej. Co więcej te małe partie i grupy też same ze sobą nie potrafią się dogadać. We Wrocławiu Zieloni i Razem ponad rok temu zawiązali sojusz wyborczy. Nic z tego nie wyszło. Także organizacje kobiece nie potrafiły stworzyć wspólnego frontu wyborczego do samorządów. Zatem podziały na słabej lewicy są wielowarstwowe i głównie nie programy je dzielą, ale ambicje przywódcze i kłótliwe charaktery. W polityce nieumiejętność zawierania i dogadywania kompromisów skazuje takie partie na niebyt. Dlatego obecnie debata na temat zjednoczenia na lewicy, na razie do niczego sensownego nie doprowadzi.
Ale próbować trzeba. Może w końcu zaistnieje taki moment i pojawią się tacy ludzie, którzy powołają duży ruch na lewicy. Wybory samorządowe takiemu łączeniu się nie sprzyjają. Czekajmy na wybory parlamentarne i mądrzejmy na lewicy. Podpowiedzi liberałów traktujmy z dystansem, bo im nie zależy na silnej lewicy.

ZaPiSani

To się musiało tak skończyć. Rafał Woś pierwszy otwarcie zaczął nawoływać do współpracy z PiS, która tak zbawiennie ma zadziałać na polską lewicę.

 

Do tej pory takie wstawki, o niebo jednak bardziej subtelne, pobrzmiewały w wystąpieniach Ikonowicza, facebookowych enuncjacjach Łukasza Molla czy na łamach „Nowego Obywatela” Remigiusza Okraski.
Nie wiedzieć czemu wszyscy ci komentatorzy na subtelnej przesłance, że PiS kiwnął paluszkiem w stronę ich elektoratu, starają się zbudować fundamenty porozumienia politycznego. Chybotliwa to będzie budowla.
Po pierwsze, Woś w swoim tekście „Lewico, czas na współpracę z PiS” nie zauważa, że dobry pan Kaczyński jednym paluszkiem głaszcze lud pracujący po głowach i rzuca weń pięćsetplusami, ale pozostałymi czterema palcami daje mu bolesne prztyczki. Morawiecki przytula do piersi bankierów, i ogradza państwo specjalną strefą ekonomiczną. Zaś nawet świadczenia mające wspierać polską rodzinę przesiąknięte są konserwatywną ideologią jak gąbka.
Dając 500 plus PiS skutecznie zamknął usta wszystkim lewicowym komentatorom, pragnącym dowiedzieć się, co realnie ów dodatek zrobił z kobietami: wzmocnił czy osłabił ich rolę w rodzinie i społeczeństwie? Tym, którzy jeszcze maja odwagę wytknąć niesprawiedliwość świadczenia (próg dochodowy w przypadku samotnych matek jedynaków) i tym, którzy zauważają, że jednak 500+ w dłuższej perspektywie ubezwłasnowolnia kobiety i czyni je ekonomicznie zależnymi od partnerów – inni lewicowcy, tacy jak właśnie Woś czy Okraska, zatykają usta w trymiga historiami wszystkich Franków i Zoś, które pierwszy raz w tym roku zobaczyły morze. Z tego powodu nie wolno zadawać pytań o wpływ na kobiety, bo wszak stare dobre prawicowe założenie głosi, że dziecko jest od kobiety zawsze ważniejsze.
LGBT, ekologia, świeckość? Red. Woś naprawdę myśli, że w tych kwestiach „wychowa” pod siebie prawicę?
A skąd w ogóle śmiały pomysł, że Kaczyński chce być wychowywany i w ogóle potrzebuje jakiejkolwiek lewicy żeby się z nią „dogadywać”? To jakieś odpryski fałszywego przeświadczenia młodej lewicy o swoim znaczeniu, fakcie tak istotnym, że Kaczyński będzie musiał przedstawić ofertę.
Lewica wreszcie powinna się wybudzić i przestać fantazjować o klasie pracującej (nie są nią zastępy klonów Andrzeja Leppera), o klasie średniej (nie są nią prekariusze zasuwający na 3 etatach na kredyt na 40-metrowe mieszkanie, który tylko część z nich zdoła szczęśliwie spłacić w wieku przedemerytalnym) i wreszcie o trzeciej drodze (nie jest nią do cholery próba dialogu z PiS, bo PiS sobie tego dialogu nie życzy).
Nic nas z PiS nie łączy. Żebyśmy się za radą Roberta Biedronia naprzytulali i nacykali fotek za wszystkie czasy – jesteśmy zbiorami rozłącznymi. Jedyne, na czym komentatorzy liżący metaforyczne tyły Kaczyńskiego próbują budować to to, że PiS wykonał kilka gestów w stronę robotników i zasiłkowiczów, a my będziemy z tego powodu rwać głowy do końca świata. „Czemu żeśmy na to nie wpadli?” – rwie włosy z głowy lewica.
Podejrzewam nieśmiało, że ktoś jednak wpadł, sęk w tym, że nie rządził od 2005.
I właściwie na co? Na kupowanie sobie wyborców? Na to nie jest trudno wpaść. Tylko rzeczywiście PiS zbudowało nową jakość w tym sensie, że się na taką blagę odważyło w biały dzień. Ewentualne negatywne skutki i tak będą odroczone w czasie. O tym, że produkowanie nowych rzesz ubogich ludzi bez godnej pracy nie jest rozwiązanie problemów tego kraju, przekonamy się dopiero za lat naście lub więcej.
Co robić? Oczywiście, że przedstawiać konsekwentnie własną ofertę dla ludzi pracy. Systemową, nie z kartonu. Cóż z tego, że „trzecia droga” Rafała Wosia, czyli sojusz z PiS pozwoli wykonać skok do przodu – skoro będzie to skok prosto do paszczy lwa?
To koniunkturalizm pod płaszczykiem wallenrodyzmu. Coś jak Joanna Erbel w strukturach warszawskiego PO-ratusza. Choć i ona ma lepszy niż Woś glejt na przeproszenie się z krytykowaną wcześniej władzą – specjalista w wąskiej dziedzinie zawsze ma w naturalny sposób więcej pola manewru nawet pod ciężkim dyrektorskim butem.
Fantazjuje też Maciej Gdula, piszący w swojej polemice do Wosia, że dogadywać to się można z Warzechą. Dogadywać to się można z Ludwikiem Dornem. Z Rafałem Matyją. Bo to są ludzie zdolni zweryfikować własne ewentualne potknięcia ideologiczne. I to Matyja, człowiek, który stworzył pojęcie IV RP, jako jedyny do tej pory trafnie w moim pojęciu zlokalizował źródło rychłej porażki PiS:
„Zerwanie dialogu z centrum sceny politycznej. To zabiło dialog, który dla PiS był zbawienny przed wyborami – z ludźmi, którzy stoją w centrum i są niezależni. Kaczyński wysłał sygnał do własnych szeregów: nie gadajcie z nimi”.
Idźcie wy się wszyscy klaszczący zapiszcie już do tego PiS. Wyrychtujcie CV i listy motywacyjne. Tylko już nie zajmujcie łamów akrobacjami intelektualnymi przypominającymi podwójne salto nad Wielkim Kanionem na grzbiecie konia jadącego na żółwiu.

Danielewszczyzna

Polityk SLD odpowiada na sugestie redaktora „Gazety Wyborczej”, że Sojusz się skończył i myśli wyłącznie o tym, aby przetrwać w spokoju i względnym dostatku najbliższe lata.

 

Z reguły nie reaguję na gazetowe komentarze i pseudoanalizy. Szkoda czasu i zdrowia na przejmowanie się wykwitami wyobraźni ornitologów, którzy z obserwacji nieba wyciągają wnioski o mechanice latania (to myśl doktora Migalskiego, który jednak spróbował polatać). Potem poszczególnym ptakom przypisują nazwy konkretnych partii politycznych i odpowiadają na pytanie, kto wyżej poleci, a z upierzenia wyciągają wnioski o sile skrzydeł. Ja już z tego wyrosłem.
Jeśli zatem zareagowałem to dlatego, aby, aby skrócić męki tych pożal się Boże specjalistów od polityki, mapy politycznej, hierarchii wyników wyborczych itp. W tym także od koalicji, które mają obalić władzę PiS-u lub przeciwnie ją umocnić. Wydawało mi się, że rzecz rozumnie wyłożył Jacek Żakowski w poniedziałkowej (z 20 sierpnia) „Wyborczej”. Jednak nie wszyscy go czytają, a szkoda.
Nie przeczytał go także kolega redakcyjny Pan Michał Danielewski. Na drugiej – czyli autoryzowanej przez kierownictwo redakcji – stronie środowego (22 bm) wydania „Gazety” wydrukowano jego tekst pod tytułem: Wybory, lewica, problem”. Tekst, jak tekst, kolejne rozważania podszyte tzw. troską o lewicę, bowiem słusznie (ale nie odkrywczo) Pan Danielewski zauważa, że „bez lewicy w Sejmie odebranie władzy PiS-owi będzie niezmiernie trudne”.
Intencją autora jest wsparcie pomysłu Roberta Biedronia na stworzenie własnej formacji, której Pan Danielewski przewiduje świetlaną przyszłość. Nie będę z tym polemizował, Biedronia uważam za mądrzejszego niż jego medialni sojusznicy o nim sądzą.
Ale na tym tle Pan Danielewski wspomina o SLD. Partii, która przeprowadziła z PRL miliony ludzi do III Rzeczpospolitej, której wkładu w budowę III RP nie sposób podważyć. Dziś to partia po przejściach, która pomału, krok po kroku odbudowuje swoje wpływy, podkreślając m.in. to, że jest jedyną, wierną pokoleniu czasu przejściowego.
Nadal się liczy na scenie politycznej, a obecne kierownictwo próbuje aktywnie uczestniczyć w debacie publicznej, opierając się sekciarstwu z lewej, klerykalizmowi z prawej i pogardzie. Oto, co pisze o SLD Pan Danielewski: „Politycy administrujący masą upadłościową po SLD nie mają interesu, żeby cokolwiek zmieniać, póki żyją resztki ich elektoratu”.
To mną wstrząsnęło. Przy takim myśleniu PiS ma rzeczywiście świetlaną przyszłość. Jeśli Jarosław Kaczyński czyta tego rodzaju teksty, to zapewne śpi spokojnie. Tyle pogardy, ile jest ukryte w powyższym fragmenciku lokuje Autora w okolicach skrajnej prawicy, tuż przy ONR-ze. Może Pan Danielewski nie wie, że pogarda – i w jej następstwie wykluczanie całych grup społecznych – jest cechą twardej prawicy, z której wyrosło parę zjawisk, o których ludzkość mówi z bólem i wstydem. Tu jesteście wyjątkowo zgodni z PiS-em, które też wyklucza, ale i też stanął w obronie wykluczanych. Na szczęście robi to przede wszystkim w gębie, podobnym jest tu autorowi „Wyborczej”.
Panu Danielewskiemu do sztambucha (może nie wiedzieć o co chodzi, niech zapyta Mamy), trzy uwagi.
Pierwsza – 10 proc. SLD to ok. 2 miliony dorosłych ludzi, w tym milion aktywnych politycznie. Warto pamiętać.
Druga – we wszystkich krajach europejskich zasadnicze, twarde elektoraty to ludzie po 50-ce. Średnia wieku członków SPD to 52 lata, CDU – 58 lat. Nie widzę powodu, aby w Polsce było inaczej.
Trzecia – nie powstanie żadna koalicja ze skrywaną pogardą. SLD tej pogardy – mniej lub bardzie nasilonej – doświadczało od 1989 roku. Przywykło. Dopóki tzw. demokraci będą marudzić, że panna niezbyt piękna, nie dziewica, a i posag niezbyt obfity, to PiS będzie rządzić. A chyba nie to Panu chodzi?

Lewica w krainie czarów

Widmo krąży po Polsce – widmo Mesjasza lewicy

 

Krajowe media komercyjne i liczni publicyści, określani przez owe media „młodą lewicą”, znów zintensyfikowali poszukiwania „Mesjasza lewicy”. Człowieka, który podniesie upadły sztandar lewicy wysoko, wysoko. Zjednoczy rozbitą lewicę i poprowadzi ją ku świetlanemu zwycięstwu. Tak jak niedawno, uznany za „Mesjasza prawicy” prezes Jarosław Kaczyński poprowadził PiS do władzy.
Ponieważ poszukiwany „Mesjasz lewicy” ma być zaprzeczeniem sułtana Jarosława Kaczyńskiego, to liczni poszukiwacze lewicowego Mesjasza postrzegają go jako osobę stosunkowo młodą, przystojną, najlepiej kobietę lub homoseksualistę. Po okresie kreowania na taką Mesjaszkę Barbary Nowackiej przyszedł czas na umesjaszenie Roberta Biedronia.
Okrzykniętego przez komercyjne, liberalne media – jak choćby radio TOK FM i „Gazetę Wyborczą” – nie tylko „Mesjaszenm Lewicy”, ale też „polskim Macronem”. Co dowodzi jedynie prowincjonalności polskich mediów i krajowych komentatorów politycznych. Nie słyszałem żeby ktoś we Francji nazywał prezydenta Macrona „polskim Biedroniem”.
To prawda, że prezydenci Biedroń i Macron mają wiele uroku osobistego. Ale Słupsk, który bardzo lubię, jest jednak trochę mniejszy od Francji, też przeze mnie lubianej.
Poza tym, a może przede wszystkim, prezydent Biedroń to polityk lewicowy, a prezydent Macron – prawicowy. Jest też Macron medialnym, sprytnie skonstruowanym produktem i reprezentantem wielkiego kapitału finansowego. Zaś prezydent Biedroń zwykle reprezentuje zadłużonych mieszkańców Słupska i Polski. I nie powinien być przedmiotem tabloidowego, ogłupiającego Wyborców medialnego frontu propagandowego.
I przy okazji. Czemu ta oczekująca swego Mesjasza polska lewica jest tak mało ambitna? Czemu nie sadzi się, jak polska prawica, na swego „Chrystusa Króla lewicy”?
A teraz już poważnie.
Polska lewica nie potrzebuje swojego Mesjasza. Wiara w jego cudowną moc jedynie ogłupia, i tak już wystarczająco ogłupianych, lewicowych Wyborców.
Przecież PiS nie wygrał w 2015 roku dlatego, że oto nagle uskrzydlił go Mesjasz Kaczyński. Elity PiS doszły do władzy po długim, konsekwentnym politycznym marszu. Po licznych klęskach i porażkach wyborczych. Po licznych i konsekwentnych próbach tworzenia programu odpowiadającego aktualnym potrzebom Wyborców.
Elity PiS przez wiele lat budowały „rodzinę” tej partii. Organizowały jej polityczne środowisko. Kluby „Gazety Polskiej”. Własne, alternatywne media. Własne, alternatywne instytuty badawcze. Własne wydawnictwa. Własny kolportaż tych wydawnictw. Własne firmy wspierające rozrastającą się „rodzinę PiS”, czyli alternatywne, narodowo-katolickie, PiS-owskie społeczeństwo.
Sukces PiS-u roku 2015 w mniejszym stopniu zależał od „charyzmy” pana prezesa Kaczyńskiego, bo ową „charyzmę” też przez lata elity PiS kreowały. Na sukces PiS zapracowała armia jego lokalnych aktywistów i entuzjastów. Zjednoczonych swym sprzeciwem wobec rządzących Polską liberalnych elit i ich mediów.
Dodatkowo elity PiS upasły się politycznie na klęsce wyborczej lewicy w wyborach parlamentarnych 2015 roku. Lewicy wówczas skłóconej. Już wtedy pełnej kandydatów na lewicowe Mesjaszki i Mesjaszów i lewitujących ponad polską rzeczywistością ideologów „nowej lewicy”. Lewicy zajętej dyskredytowaniem wszelkiej lewicowej konkurencji.
Warto też przypomnieć, że Aleksander Kwaśniewski, też kiedyś zwany „Mesjaszem”, dwukrotnie wygrywał wybory prezydenckie, bo popierał go ówczesny Sojusz Lewicy Demokratycznej. Sojusz wyborczy trzech lewicowych partii politycznych i kilkudziesięciu lewostronnych stowarzyszeń. Siłą Kwaśniewskiego były nie tylko jego zalety, lecz kilkuset stale wspierających go lewicowych polityków, intelektualistów i artystów.
Trzy lat minęły i dalej na lewicy preferowana jest zasada „moja chata z kraja”. Nieliczne lewicowe media rzadko współpracują ze sobą. Wolą czekać na łaskę dostrzeżenia przez komercyjnych nadawców. Lewicowi publicyści nadal uwielbiają dzielić lewicowych działaczy na tych lepszego i gorszego sorta. Przy jednoczesnym klepaniu pacierzy pełnych zaklęć o tolerancji, równości, sprzeciwu wobec wykluczeniu.
I publicznym wypatrywaniu nadejścia Mesjasza lewicy. Który swym wdziękiem i urokiem osobistym skłóconych zjednoczy, strapionych pocieszy, głodnych władzy nakarmi, spragnionych uznania napoi, bo skołowany lud lewicowy wreszcie będzie miał na kogo zagłosować.
Bo takie wypatrywanie skutecznie zwalnia od myślenia i od żmudnej, trudnej pracy od podstaw. Tworzenia, jednoczenia lewicowych środowisk. Uznawania i uczenia się szacunku dla innych lewicowców. Szacunku dla innych niż moje, lewicowych poglądów. Porzucenia ekscytującej, niebiańskiej ortodoksji na rzecz przyziemnego pragmatyzmu. Akceptacji kompromisów, koalicji, godzenia się na wybór „mniejszego zła”.
Polscy lewicowi wyborcy, zwłaszcza ci zwący się „młodymi”, nadal chcą mieć wszystko.
I dlatego w czasie wyborów wybierają sezonowych politycznych magików obiecujących im to wszystko, albo w ogóle nie głosują. Na złość lewicowym kandydatom, którzy nie spełniają ich wymarzonego, wyidealizowanego wzorca lewicy mesjaszowej.
A potem płaczą, że nawet cienia jakiejkolwiek lewicy nie masz w radach i parlamentach.
I dalej czekają na swego, opiumowego Mesjasza.

Zawsze ważne drugie dno

Gdzie leży zasadnicza oś konfliktu politycznego w Polsce?

 

Z górą trzy lata minęło od dnia ukazania się na łamach „Trybuny” mego artykułu pod prowokującym wówczas tytułem „Czas na V RP!”. Od tamtego czasu hasło to pojawiło się już w wielu publikacjach lecz nie wywołało głębszego echa i to w sytuacji widocznego jak na dłoni upadku powagi Państwa oraz jego kolejnych instytucji. To oczywisty efekt kneblowania przez tzw. sprawujących władzę ust krytycznie nastawionej do stosowanych metod rządzenia części społeczeństwa czyli wyraźnego zamachu na jedną z podstawowych cech demokracji. Dominujący od dwóch lat na polskiej scenie politycznej PiS wzbogacił swymi „dokonaniami”zestaw błędów i nadużyć aplikowanych społeczeństwu przez usuniętych poprzedników, wywołując zdumienie i oburzenie takim postępowaniem. Tu należy dodać, ze wynik ostatnich wyborów parlamentarnych sięgający niecałych 20% poparcia dał PiS-owi jedynie prawo do odpowiedzialnego administrowania państwem a nie do jego likwidacji!

Tak więc, wobec całkowitej bierności wojska czyli siły zdolnej do wymuszenia poprawy stanu Państwa, sytuacja w Polsce (ale i Polski w oczach cywilizowanego świata) stale się pogarsza i nadzieję pokładać należy już tylko w najbliższych wyborach parlamentarnych – pod warunkiem jednak, iż masowy udział społeczeństwa przyjmie charakter zdecydowanego sprzeciwu wobec obecnej rzeczywistości a końcowy wynik nie zostanie sfałszowany. Znając metody stosowane przez twórców i funkcjonariuszy Trzeciej/ Czwartej RP a polegające na niepohamowanej skłonności do obchodzenia lub łamania wręcz prawa oraz lekceważenia zasad przyzwoitości – ostatnia z obaw może stać się kolejnym poważnym ciosem wymierzonym w istotę Demokracji.

Jednym ze sposobów nagminnie stosowanym przez obecną „elitę” polityczną wobec społeczeństwa jest bezwstydne i nachalne manipulowanie treściami publikowanymi w mediach a ostatnie wydarzenia dały tego liczne dowody. Niestety sami adresaci tych kłamliwych i przeinaczanych informacji są sobie częściowo winni gdyż przyjmują je bezkrytycznie, nie siląc się nawet na próbę odkrycia w nich braku logiki.

Taki stan rzeczy zdopingował mnie do postawienia w tej kwestii kilku pytań i wykazania na czym polegają nieustanne manipulacje medialne serwowane obywatelom a także jak zniekształcają one sferę prostych w końcu pojęć.

 

Czy zakłamana historia to ukryte źródło zła?

Pierwszym, najczęściej używanym przez prawicową propagandę skrajnie negatywnym terminem stał się KOMUNIZM a na jego kanwie upowszechniane wezwanie do nieprzerwanej DEKOMUNIZACJI. Nawet obowiązujące w obecnej Polsce prawo nakazuje bezwzględne ściganie przejawów sympatii do marksizmu, komunizmu czy hitleryzmu. Warto tu się na chwilę zatrzymać i poddać analizie to oszukańcze uogólnienie. Karol Marks był wybitnym filozofem i nie miał na swym sumieniu żadnej zbrodni za to dużo dobrych intencji i ważnych dokonań. Padło na ten temat kilka nieśmiałych wypowiedzi w mediach w związku z dwusetną rocznicą urodzin Mistrza ale prawica pozostała niewzruszenie przy swoim. Co do komunizmu to jest to lewicowa ideologia nie zawierająca w sobie nawoływań do zbrodni. W żadnym wypadku jego odpowiednikiem na prawicy nie jest hitleryzm. Tego z kolei równoważnikiem obciążonym krwawym kontem po lewej stronie politycznego spektrum jest bolszewizm i później stalinizm, które w obłudny sposób wykorzystały ideę równości wszystkich ludzi i sięgnęły po tyranię. Odpowiednikiem zaś komunizmu po prawej stronie sceny politycznej plasuje się zbrodniczy od wieków KAPITALIZM! I są na to twarde dowody. Kto w to nie wierzy niech przywoła z przeszłości na myśl takie zjawiska jak kolonializm, niewolnictwo, wyzysk mas a w tym dzieci, likwidację całych narodów (choćby Prusowie czy Indianie), nieopanowane niszczenie natury, spychanie milionów ludzi w nędzę itd. itp. A wszystkie te zbiorowe nieszczęścia tylko dla osiągnięcia jednego celu – bogactwa! Pieniądze i towarzysząca im chciwość pozbawiła życie ludzkie należnej mu wartości a kapitalizm uczyniła zbrodniczą formacją ustrojową. Uznając powyższe za oczywistość należy stwierdzić, że to nie komunizm należy zwalczać a kapitalizm gdyż – tu ostateczna konkluzja – gdyby nie było kapitalizmu nie pojawiła by się forma zbiorowej obrony przed nim czyli komunizm.

 

Kto ponosi winę za polskie nieszczęścia?

Następnym pojęciem eksploatowanym z wyjątkową lubością przez media w momentach kolejnych kompromitacji rządzących Polską i przy oczywistej satysfakcji Kościoła Katolickiego jest ANTYSEMITYZM. Nagłaśniana wrogość do Żydów, których po wojnie już prawie w Polsce nie ma jest absolutnie irracjonalna. Absurd zawierający się w takiej postawie polega na tym, że judaizm to wyznanie a nie narodowość! W dzisiejszych czasach, gdy istnieje już państwo Izrael mamy do czynienia z narodem izraelskim a termin Żyd czy Żydostwo w języku polskim posiada drugie, wyczuwalne ksenofobiczne znaczenie przywołujące fatalne obyczaje z dawnej Polski. Wystarczy zatem uzmysłowić sobie, że istnieją na przykład katolicy niemieccy, francuscy, chińscy, muzułmanie francuscy, tureccy, amerykańscy czy żydzi amerykańscy, hiszpańscy lub holenderscy by dostrzec, że chodzi tu o wspólnoty religijne a nie narodowe. Bo czy Żydzi zamieszkujący Stany Zjednoczone to nie Amerykanie a ci egzystujący od urodzenia we Francji to nie Francuzi? Tak więc potomkowie niegdysiejszych wyznawców judaizmu żyjący dziś wśród nas to z całą pewnością Polacy a kwestia wyznawania przez nich którejś z religii lub bycia ateistami stanowi ich osobistą sprawę. Tak należy patrzeć na poruszony wyżej problem bo tak go traktuje cywilizowany świat i koniecznym staje się zdystansowane podejście do bałamutnych zabiegów spętanej bezmyślnością narodowej propagandy. Wielu z tych, których dotknęły szykany lub tych, których pamięć szarga się po dziś dzień zapisało się w wiekopomny sposób na kartach polskiej kultury, nauki czy innych dziedzin działalności dając dowód swej polskości. Do grona wielkich Polaków zalicza się przecież takie postaci jak choćby Julian Tuwim, Jan Kiepura, Jan Brzechwa, Stanisław Lem czy Henryk Wieniawski.

 

Jak zrozumieć wszechobecny bełkot?

Kolejnym przypadkiem braku koncentracji i zrozumienia przez odbiorców – dobiegająca przecież do ich oczu czy uszu a więc do świadomości – jest istota wypowiedzi pani B. Szydło wykrzyczana z mównicy sejmowej. Nikt z licznych komentatorów czy dziennikarzy, u których w tym wypadku można doszukiwać się postawy oczywistej tendencyjności, nie zwrócił uwagi na bezczelność i bezsensowność przedstawianego uzasadnienia. Otóż padły tam słowa: „za ciężką i uczciwą pracę te nagrody im się należały!”. Już argument ciężkiej pracy wykonywanej przez posłów sejmu tej kadencji należy do prawd z gatunku mocno naciąganych. Trzy dni w tygodniu, poświęcone obchodzeniu prawa i unikaniu zasad dobrych obyczajów, do specjalnie męczących czynności chyba nie należą? Szczególnie jednak rażący okazuje się drugi z argumentów czyli ten „ za uczciwą pracę”. Przecież za uczciwą pracę nie można przyznawać nagrody – UCZCIWOŚĆ to podstawowy wymóg moralny w każdej pracy, a w pracy posła-katolika szczególnie! Pragnę tu jeszcze przypomnieć p. Szydło, że za NIEUCZCIWĄ pracę idzie się do więzienia lub co najmniej traci się twarz i dobrą opinię.

Z kwestią uczciwego potraktowania obywateli przez organa państwa wiąże się również problem podejścia właściwych urzędów do losu dzieci niepełnosprawnych manifestujących wraz ze swymi rodzicami przez 40 dni w gmachu Sejmu RP. Kwota dodatkowych pięciuset złotych miesięcznie zawarta w jednym z postulatów winna być uznana za należną tak naprawdę nie dzieciom a ich opiekunom. A to dlatego, że w oczywisty sposób odciążają oni Państwo w kwestii całodobowego doglądania potomstwa potrzebującego pomocy. I unika tego takie Państwo, w którym w XXI wieku z zasady zabrania się usuwania niechcianych ciąż w imię ratowania – bez względu na okoliczności – ludzkiego życia. Tak powinien być ów problem postrzegany przez społeczeństwo bo tak nakazuje logika i pojęcie przyzwoitości.

Powyższe akapity zawierają przykłady niedopowiedzeń, przeinaczeń czy wręcz ordynarnych kłamstw kreowanych przez prawicowe media pozostające na usługach prawicowych partii politycznych. Trafiają one do szerokich mas odbiorców nie silących się w znacznym procencie na krytyczną analizę ich treści i przyjmujące je za dobrą monetę. Zresztą prawie każdy dzień przynosi nową porcję tej papki medialnej serwowanej w większości tytułów prasowych czy audycji radiowo-telewizyjnych. Nie spotkałem stanowczych sprzeciwów wobec lansowania tak niedorzecznych pomysłów jak budowa centralnego lotniska w Baranowie (im. J. Kaczyńskiego?), stawiania dziesiątków pomników wątpliwym bohaterom, rozdawania na oślep publicznych środków czy pomysł obowiązkowego wprowadzenia katechezy do zakładów pracy. Wydaje się, że prawicowo-katolicka wizja naszego państwa z jej pogardą dla historii i dokonań minionych pokoleń próbuje unicestwiać zbiorowy instynkt przetrwania społeczeństwa oraz jego dążenie do pełnej wolności i demokracji. Niestety jedyna sensowna konstatacja nasuwająca się po wieloletniej obserwacji tego z czym mamy do czynienia w obecnej Polsce, to stwierdzenie, iż Państwo wpadło w łapy zdeklarowanej HOŁOTY! I nie chodzi tu o użycie inwektywy a o zadanie podstawowego pytania: gdzie podziali się aktywni publicznie intelektualiści, gdzie są najwyższe autorytety moralne potępiające polityczne łobuzerstwo, ludzie autentycznie zabiegający o interesy społeczeństwa i Państwa.

Choć stoimy obecnie w przededniu kolejnych wyborów i obserwujemy zażartą „wymianę obietnic” między głównymi przeciwnikami czyli PO i PiS przy akompaniamencie pomniejszych ugrupowań, nie możemy stracić z oczu podstawowej prawdy. Stanowi ją oczywisty fakt, że mamy do czynienia z rywalizacją nie tych dwóch przyjaznych w gruncie rzeczy wobec siebie partii a z fundamentalnym konfliktem na linii Prawica – Lewica! Od wyniku tego starcia zależy obraz przyszłej Polski i jakość naszego wspólnego życia – a realizację obu tych czołowych celów zapewnić może tylko ustanowienie ustroju SOCJALDEMOKRATYCZNEGO. O zmianie tego rodzaju zadecydować może niekwestionowana większość społeczeństwa a skorzystać z niej powinni wszyscy. Bo SOCJAL oznacza przyjazny stosunek państwa do każdego z obywateli a DEMOKRACJA to równość wszystkich wobec prawa.

Wydaje się, że zrozumienie omawianego zagadnienia oraz potrzebę jego urzeczywistnienia powinni dostrzegać przede wszystkim ludzie lewicy, głównie w SLD. A niestety partia ta trwoni kolejne lata na podtrzymywanie swego istnienia poprzez szukanie wątpliwej wartości tymczasowych sojuszów zamiast mozolnie odbudowywać pozycję prawdziwej TRZECIEJ SIŁY. Moim zdaniem jest to najpoważniejsze z zadań stojących przed Sojuszem i o tyle kuszące, że przeciwnicy polityczni sami prokurują swymi błędami rosnące gremia zwolenników normalności. Cel ten, w dobie codziennego posługiwania się obrazem elektronicznym, wesprzeć koniecznie trzeba zadbaniem o korzystny wizerunek występujących przedstawicieli Sojuszu. Przecież eleganckie marynarka, koszula i krawat skutecznie wpływają na wzrost powagi wygłaszanych (nieskazitelnym i kulturalnym językiem) przez nich myśli. Tego posunięcia w żadnym wypadku nie wolno lekceważyć.

Na zakończenie pragnę wyczulić obywateli na czyhającą groźbę ponownego pochówku na Wawelu. Może to zabrzmieć cokolwiek humorystycznie, ale możliwość taka – gdy zaistnieje – postawi nas wszystkich w sytuacji narodu pozbawionego części swej historycznej tożsamości.

Zagony opozycji

Jesteśmy u progu triduum wyborczego do wszelakich władz krajowych a dodatkowo do parlamentu Unii Europejskiej.

 

Scena polityczna od kilku lat została zabetonowana sporem o władzę między obecną prawicową koalicja (czytaj PIS) a PO. Obie te partie walczą ze sobą bezpardonowo, chociaż co do pryncypiów nie są tak bardzo od siebie odległe. Obie są prawicowe uznają kapitalistyczne zasady funkcjonowania rynku i demokrację burżuazyjną. Skonfliktowały się walcząc o rząd dusz.
O Polskę należy się spierać nawet kłócić, ale spór PIS – PO stał się personalny, co nie służy dobru obywateli.

Mamy, więc obóz władzy i uległego prezydenta, ze sporym poparciem społecznym. Formacja ta metodycznie podporządkowuje sobie organy państwa prawa. Mamy także opozycję parlamentarną, na którą składa się PO z koalicjantem a jednocześnie konkurentem, to Nowoczesna. Pomiędzy nimi obija się Kukiz 15 deklarująca antysystemowość, lecz ze względów pragmatycznych romansująca z PIS.

Obóz władzy jest jednolity ideologicznie, jego celem jak się wydaje, jest stworzenie ustroju zwanego niekiedy kapitalizmem państwowym, z tzw. demokracją wyborcza (poza wyborami obywatele mają ograniczony wpływ na losy kraju)

Prawica sejmowa dzięki uzyskaniu w wyborach dominującej pozycji, pełnymi garściami korzysta z dostępnych jej środków w celu utrzymania poparcia społecznego. Mamy tu do czynienia z rozdawnictwem lub populizmem mylnie określanym, jako domena lewicy

Prawica nie cofa się nawet przed moralnie wątpliwymi środkami manipulacji społeczeństwem, jak zafałszowanie historii, wywoływaniem demonów nacjonalizmu i ksenofobii.

Dlaczego to robi? Bo może.

Opozycja parlamentarna nie może. Ze względu na tzw., arytmetykę sejmową nie jest skuteczna w procesie tworzenia prawa. Może, więc jedynie w sejmie lub po za nim dyskredytować działania prawicy. Niestety w swojej argumentacji nawołuje do przywrócenia poprzedniego status quo, zapominając, dlaczego została od władzy odsunięta przez wyborców. W debatach sejmowych słyszymy z obu stron jedynie przysłowiowe argumenty „ a u was biją cyklistów”.

I tu właśnie jest pies pogrzebany

Politycy i w dużym stopniu media, które dzielą się podobnie jak scena polityczna, wykreowały pojęcie OPOZYCJA. Po jednej stronie obóz władzy po drugiej cała reszta. Takie postrzeganie rzeczywistości jest fałszywe. I traktuje tzw. opozycję przedmiotowo. Przecież ta cała reszta to partie, ruchy społeczne organizacje i środowiska o zróżnicowanych poglądach, czasem zantagonizowane. Jeżeli mamy mówić o demokracji to powinny mieć one szansę prezentowania swojego pomysłu na Polskę a tak powszechnie przywoływany suweren korzystałby świadomie ze swojego prawa wyborczego.

Jestem socjalistą. Gdybym uważał, że moja wizja Polski jest gorsza od innych to bym nim nie był. Nie widzę sensu w zawieraniu porozumień i sojuszów ze środowiskami neoliberalnymi czy też konserwatywnymi. Każda z partii obecnych na rynku politycznym nawołuje do jednoczenia się jakiejś abstrakcyjnej globalnej opozycja, oczywiście to ta partia będzie hegemonem w takim porozumieniu.

Natomiast widzę sens w globalnej debacie zróżnicowaniu mediów, tworzeniu forów dyskusyjnych o masowym dostępie.

Ale może nie mam racji? Jestem kolejną gadającą głową? Może taki twór jak globalna opozycja ma rację bytu?
W taki razie niech, przed wyborami do Sejmu RP powstanie Komitet wyborczy opozycji. Liderów wybierze się czysto pragmatycznie. Podobnie kandydatów na posłów. Program jest zbędny, zresztą w takim kotle poglądów byłoby to niemożliwe. Jest jeden cel odsunąć PIS od władzy.

Po wygranych wyborach jedynym zadaniem parlamentu byłoby posprzątanie, przywrócenie państwa prawa i rozliczenie poprzedników. A potem sejm musiałby się rozwiązać, bo zrealizowałby wszystko, do czego byłby zdolny.

Czy ktoś zagłosuje na powyższą opcję?