Słowo na wybory

Spójrzmy wreszcie realnie na nadzwyczaj znikome dokonania obecnego prezydenta oraz jego obozu politycznego.
Z racji podeszłego wieku pozwolę sobie niniejszym na zgryźliwe: „A nie mówiłem?”.
Otóż, przed wyborami parlamentarnymi, 5 października ubiegłego roku napisałem w Trybunie:
„Niestety, niczego nie ujmując pani Kidawie Błońskiej, jest z nią taki kłopot, że niekiedy wygląda, jakby była lekko senna i – przykro mi to mówić – nie sprawia wrażenia osoby przesadnie kompetentnej”.
Rzeczywiście, przykro to konstatować – ale wydaje się, że duża część wyborców w ostatnich tygodniach także doszła do podobnych wniosków. Co oczywiście nie oznacza, że Rafał Trzaskowski okaże się lepszym kandydatem od pani Kidawy Błońskiej.
W tym samym artykule z 5 października sformułowałem parę nieśmiałych uwag dotyczących tego, jaki przekaz do Polaków powinni moim zdaniem kierować przedstawiciele nasilniejszego wówczas odłamu opozycji, czyli Platformy Obywatelskiej. Przed wyborami prezydenckimi mogę je powtórzyć słowo w słowo, na zasadzie głosu wołającego na puszczy. Oto więc to, co jak sądzę, nowy kandydat PO powinien powiedzieć elektoratowi:
„Moi drodzy! Patrzycie na kasę z 500 plus i jesteście zadowoleni, że ją dostajecie. Tylko pamiętajcie, że aby tu można było dodać, gdzie indziej trzeba było zabrać. Zauważcie, że w Polsce pod rządami PiS rośnie strefa skrajnego ubóstwa, coraz dłużej trzeba czekać w kolejce do lekarzy, spada poziom opieki medycznej, rośnie śmiertelność niemowląt, skraca się przeciętna długość życia Polaków, mamy coraz bardziej zatrute powietrze, Polskę zalewa kiepski rosyjski węgiel, ludzie piją coraz więcej alkoholu, rośnie liczba zabójstw, sprawy w sądach trwają coraz dłużej, panuje zamęt w edukacji, program budowy tanich mieszkań okazał się kłamliwą lipą. To są wszystko twarde statystyczne dane, możliwe do natychmiastowego sprawdzenia, wzięte z GUS-u, raportów NIK, meldunków policji, informacji poszczególnych resortów. Takie są efekty czterech lat rządów PiS. Zastanówcie się więc, czy naprawdę chcecie dłużej żyć z taką władzą?
Co by o nas nie powiedzieć, to pod rządami PO, te negatywne zjawiska były stopniowo ograniczane, a pod rządami PiS się nasilają. My nie byliśmy hipokrytami, zalewającymi was kłamliwymi obietnicami. Oskarżają nas dziś, że rządziliśmy wiele lat ale nie wprowadziliśmy 500 plus A ja odpowiadam – bo wtedy było to niemożliwe, mieliśmy światowy kryzys finansowy, dopiero rozpędzaliśmy naszą gospodarkę.
To przecież my wznieśliśmy gospodarkę na taki poziom i daliśmy jej takie podstawy rozwojowe oraz finansowe, że PiS mógł z tego korzystać – i w warunkach świetnej koniunktury światowej, znajdować środki na transfery socjalne. A i tak, żeby te transfery finansować, musiał ujmować pieniędzy z innych dziedzin.
Wiem co sobie myślicie: że wszyscy politycy to banda kłamców i złodziei, więc warto głosować na tych, którzy wprawdzie kradną jak inni, ale chociaż się dzielą. Tyle, że PiS się z wami nie dzieli!. PiS wam z jednej strony dodaje, a z drugiej jeszcze więcej zabiera. My natomiast na pewno nie zabierzemy tego, co dał wam PiS, a przestaniemy zabierać to wszystko, co PiS dziś zabiera.
Opozycjo, ogarnij się wreszcie! Pokaż ludziom jak są nabierani i mamieni przez obecną ekipę. Można to przecież zrobić z łatwością”.
Osobiście nie mam specjalnych nadziei, że przed tegorocznymi wyborami nowy kandydat PO czy jakikolwiek inny z opozycji zechce skorzystać z tych kilku uwag. Ale oczywiście nie tylko dlatego czeka nas – coraz bardziej nieuchronnie – druga kadencja Andrzeja Dudy.

W cieniu wirusa

Od kilku tygodni żyjemy w cieniu koronawirusa! Wszystkie siły polityczne, parlamentarne i pozaparlamentarne deklarują chęć walki z pandemią. Na czele stanął rząd ze swoim zapleczem politycznym, a przynajmniej tak twierdzi. Wypowiada się także pan prezydent, a jednocześnie kandydat w nadchodzących wyborach, w sprawach ważnych i takich, które nie są jego prerogatywą. W tle toczy się kampania wyborcza, o czym nie daje nam zapomnieć pan Kaczyński, a czyni to swoim zwyczajem „bez trybu”.

Rząd wprowadził stan epidemiczny, a następnie rozszerzył zakres zastosowanych środków do stanu epidemii. W walce z zarazą to konieczność. Jeżeli chcemy ograniczyć skalę rozprzestrzeniania się wirusa, musimy stosować się do zaleceń służb medycznych, WHO i władz sanitarnych.
Wystrychnięci?
Rząd wprowadził stan epidemiczny, a następnie stan epidemii za zgodą partii opozycyjnych, a także senatu. Wszyscy mamy świadomość, że zastosowane rozwiązania prawne znacznie ograniczają nasze prawa obywatelskie, szczególnie w sferze komunikacji społecznej. Może zgoda opozycji na to rozwiązanie była zbyt pochopna, żeby nie powiedzieć naiwna? Czy nie można było korzystać z istniejącego ustawodawstwa dotyczącego chorób zakaźnych? Taką opinię prezentowali niektórzy eksperci we wczesnej fazie epidemii. A na koniec czy ogłoszenie stanu klęski lub nadzwyczajnego natychmiast po stwierdzeniu zagrożenia epidemicznego nie byłoby dla nas obywateli mniejszym złem?
Czy obecne rozwiązania budzą wątpliwości? Niestety tak. Zjednoczona prawica nie jest w stanie powstrzymać się od wykorzystywania obecnej sytuacji do swoich politycznych celów. Przykładem może być krypto kampania pana kandydata Dudy, kiedy pozostali kandydaci nie tylko nie mogą takiej kampanii prowadzić, ale nawet zbierać podpisów.
Rodem z Chin
Metoda walki z pandemią, którą zastosowaliśmy, przypomina rozwiązania chińskie. Izolowanie ognisk choroby, maksymalne ograniczenie bliskiego kontaktu (zamknięte kina teatry, galerie parki itp.) Mainstreamowe media promują hasło „pozostań w domu”.
Wydaje się, że metoda jest skuteczna, a nasze społeczeństwo w obliczu kryzysu okazuje się odpowiedzialne i zdyscyplinowane. Jednak Polska to nie Chiny. Mamy inny ustrój, dysponujemy znacznie mniejszymi środkami. W państwach, w których społeczeństwo wykazuje się mniejszym stopniem zdyscyplinowania (Włochy, Francja), jest nawykłe do wysokiego stopnia niezależności i jest bardzo niezależne, zawodzi.
Na ocenę skuteczności może także mieć wpływ gęstości badań. W Polsce prowadzi się ich relatywnie do innych państw mniej. Wiemy, że wiele zakażeń ma charakter bezobjawowych lub o przebiegu łagodnym. Nie wykluczam, że teza o znacznie większej ilości zakażeń niż deklarowana nie jest tylko „defetyzmem” rozsiewany przez opozycje.
Niektóre państwa szukają innej drogi. Próbują chronić tylko środowiska szczególnie zagrożone, osoby chore i w podeszłym wieku. Pozostali mogą funkcjonować bez szczególnych ograniczeń. Niestety nasza wiedza o koronawirusie jest zbyt mała. Nie wiadomo czy zakażenie daje jakąś odporność po wyzdrowieniu? Czy w statystycznie przeważającej ilości wypadków wirus skutkuje grypą lub nie ma objawów i skutków ubocznych? Pokaże to dopiero przyszłość. Niestety wiedzę tą zdobędziemy kosztem zdrowia i życia.
Ileż można?
Stan epidemii ograniczający nasze prawa obywatelskie i działalność gospodarczą nie może trwać wiecznie. Jest kilka powodów. Po pewnym czasie doprowadzi on do zapaści gospodarczej, której nie będzie można opanować. Społeczeństwo po pewnym czasie oswoi się z zagrożeniem. Zacznie zwyciężać naturalna potrzeba interakcji, bo „Człowiek jest istotą społeczną”, zauważył to już Arystoteles. Nastąpi rozluźnienie dyscypliny. Czy do tego czasu uda się uporać z wirusem?
Problemy gospodarcze już teraz są dotkliwe dla wielu z nas. Nie pracuje wiele jednostek gospodarczych, więc nie zarabia. Zaczynają się zwolnienia z pracy.
Nasza gospodarka bazuje głównie na małych i średnich przedsiębiorstwach, konsumpcji wewnętrznej i eksporcie. W obliczu zbliżającego się kryzysu rząd zdecydował się na uchwalenie „Tarczy antykryzysowej”. Na tą decyzję miał ogromny wpływ nacisk środowisk pracowniczych, związków zawodowych i partii lewicowych. Zagrożone czują się środowiska przedsiębiorców wraz z politykami neoliberalnymi.
„Tarcza” jest zbiorem ustaw niepozbawionym wad, ale należy ją uchwalić i wdrażać możliwie szybko. Na jej Korektę przyjdzie czas.
Niestety Zjednoczona Prawica nie mogła się powstrzymać od wrzucenia kilku uchwał niezwiązanych z gospodarką. Zmiana ordynacji wyborczej umożliwiająca głosowanie zdalne osobom po sześćdziesiątce i objętym kwarantanną posłuży organizacji wyborów 10 maja, Rozszerzenie uprawnień prokuratora zbliża nas do standardów państwa policyjnego, a prawo do usuwania członka RDS (powołanego przez prezydenta) przez premiera ogranicza niezależność dialogu społecznego.
Czemu tak się dzieje?
Część opozycji w ramach „duopolowych” awantur, a obserwujemy je od paru lat, zarzuca PiS-owi brak patriotyzmu i bezideowość.
To nieprawda.
PIS ma ideę i wizję państwa, którą realizuje z żelazną konsekwencją. PiS jest partią patriotyczną, tylko ten patriotyzm karmi się ksenofobią i nacjonalizmem.
Państwo PiS to państwo demokracji fasadowej z autorytarną władzą, sprawnym aparatem przemocy i krypto cenzurą, państwo konserwatywne i sklerykalizowane. Gdzie mogła się narodzić taka szalona wizja? Jest taki polityk. Wierzy w swoją nieomylność, uważa, że społeczeństwo tak naprawdę nie wie, co dla niego dobre, ale się dowie.
Pierwsza tura
Dotrzymanie daty wyborów jest potrzebne PiS-owi, bo daje Dudzie zwycięstwo w pierwszej turze (sondażowe 60 proc. ) a przesunięte wybory, które odbędą się w czasie, kiedy kryzys ekonomiczny osiągnie bardzo wysoki poziom, zostaną przegrane. Możemy nie wierzyć w sondaże, ale 10 maja do urn uda się żelazny elektorat, jest zdeterminowany i zagłosuje. Elektronicznie zagłosują 60 plus. To 9 milionów wyborców, wielu z nich to emeryci, kryzys ekonomiczny dotknie ich w niewielkim stopniu, to beneficjenci 13 emerytury. Na kogo będą głosować?
Właśnie, dlatego uważam, że opozycja zdradza pewien infantylizm. Twierdzi, że wybory 10 maja się nie odbędą, bo to niemożliwe, nieodpowiedzialne i bez sensu a poza tym niezdrowe. PiS realizuje ideę, nie postępuje logicznie ani moralnie, i do takich wyborów może doprowadzić przy pomocy Klubów Gazety Polskiej swojego elektoratu i „terytorialsów” w komisjach. Nie ma dolnej granicy frekwencji wyborczej. 20 proc. Wyborców też może wykreować prezydenta. Liczy się wynik.
Opowieści o porozumieniach ponad podziałami, konstytucji itp. są chyba naiwne. Głosowanie za lub przeciw zmanipulowanej „tarczy” ma niewielkie znaczenie
Czas się ogarnąć.
Dowodem na groteskowość sytuacji niech będzie przykład Pani Kidawy-Błońskiej, która miała się wypowiedzieć o wyższości konstytucji nad życiem, za co została skrytykowana, a to przecież PIS twierdzi, że wyborów, które mogą skutkować utratą życia, nie można przesunąć, bo zapis w konstytucji. Zamiast krytykować panią marszałek, doceńmy jej talent „kasandryczno-profetyczny”.
W powyższym felietonie postawiłem kilka pytań. Przykro mi, nie mam na nie odpowiedzi. Wiem tylko, że my wszyscy powinniśmy się zastanowić nad naszymi decyzjami, bo to społeczeństwo, tak naprawdę ma rolę sprawczą. Za dojście do władzy dyktatorów i kacyków za ich niecne czyny w połowie odpowiadają ich wyborcy, więc jak będzie im źle, to ja ich żałować nie zamierzam.

Polska w ruinie

Albo wyjdziemy z kryzysu wspólnie, albo cofniemy się w rozwoju o dziesięciolecia.

Rafał Lizun, szef firmy cateringowej Ślimak do niedawna sprzedającej dziennie 70 -80 tysięcy kanapek dziennie ludziom pracującym w wielkich biurowcach Warszawy, z dnia na dzień stracił rynek. Z 200 zatrudnionych została połowa. Jeśli nic się nie zmieni, ich los jest łatwy do przewidzenia. Właściciel marki Vistula przewiduje spadek przychodów o 80 procent. Prezes marki odzieżowej 4F Igor Kleje ostrzega, że branża odzieżowa w Polsce nie przetrwa najbliższych miesięcy.
Krąży widmo
To fragmenty materiałów z popularnych portali. W Internecie wprost roi się od podobnych historii. Upadłość grozi dziesiątkom tysięcy zakładów fryzjerskich, kosmetycznych, kawiarniom, restauracjom, pizzeriom itp. Pacjentów nie przyjmują przychodnie stomatologiczne, ograniczyły swą aktywność warsztaty samochodowe. Praktycznie cała branża turystyczna leży. Tylko patrzeć jak runą firmy budowlane. Nawet rolnicy i producenci żywności, którzy w czasach kryzysowych zazwyczaj jakoś sobie radzą, bo ludzie muszą jeść, odczują uderzenie.
Koronawirus SARS-CoV-2 dosłownie sparaliżował gospodarkę. Rwą się więzy kooperacyjne, stają przedsiębiorstwa, zarządy tną koszty zaczynając od wydatków na reklamę i szkolenia by gładko przejść do ograniczania zatrudnienia. Jestem pewien, że w najbliższych miesiącach bezrobocie gwałtownie wzrośnie. Nawet do trzech milionów.
Ale dziś Polaków bardziej martwi rosnąca z dnia na dzień liczbą zakażonych i zmarłych osób. Zastanawiają się, ile jeszcze będzie ofiar i kiedy to się skończy.
Nie chcą wiedzieć, że najgorsze dopiero przed nimi. Konsekwencje załamania się gospodarki będą straszne. Ci, którzy pamiętają „Festiwal Solidarności” mogą opowiedzieć młodszym co działo się gdy od sierpnia 1980 do wprowadzenia stanu wojennego w grudniu 1981 r. strajki i tzw. przestoje sparaliżowały gospodarkę.
Z tą różnicą, że zła komunistyczna władza sumiennie każdego miesiąca wypłacała wynagrodzenie, za które co prawda nie można było wiele kupić, bo półki sklepowe świeciły pustkami. Dziś w super i hipermarketch jest i z pewnością będzie wszystko, lecz bezrobotnych na niewiele będzie stać. Proces masowych zwolnień już się zaczął a znając „przedsiębiorczość” przedsiębiorców będzie on miał charakter brutalny. Zatem jest więcej niż pewne, że wkurzony na rządzących suweren wyjdzie latem na ulice i podziękuje zbiorowo Prawu i Sprawiedliwości – a Mateuszowi Morawieckiemu indywidualnie – za wysiłek.
Droga do katastrofy
Politycy opozycji i zaprzyjaźnieni z nimi dziennikarze straszą nas perspektywą wprowadzenia przez władze stanu wyjątkowego i brania Polaków za twarz. Nie ma się czym przejmować. Pan Bóg gdy chce kogoś ukarać, spełnia jego najskrytsze marzenia. Jarosławowi Kaczyńskiemu może się śnić program „Sanacja +”. 10 maja br. – jeśli dojdzie do wyborów prezydenckich – Andrzej Duda je wygra a potem ogłosi stan wyjątkowy. CBA, dla kurażu, zamknie kilku najbardziej uciążliwych liderów opozycji. TVP dostanie kolejne miliardy na propagandę… A potem wszystko pójdzie nie tak. Bo polityczną katastrofę rządu Mateusza Morawieckiego gwarantują już dziś łatwe do przewidzenia konsekwencje gospodarcze pandemii koronowirusa.
Na zasiłkach wylądują setki tysięcy ludzi dotychczas wspierających Prawo i Sprawiedliwość. Dołączą do nich kolejne dziesiątki tysięcy osób mających do spłaty kredyty mieszkaniowe, konsumpcyjne, samochodowe itp. A także dobrze wykształceni młodzi ludzie, ze znajomością świata, języków obcych itp. W normalnych okolicznościach wyjechaliby do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Niderlandów.
Teraz nie wyjadą, bo granice są i pewnie długo jeszcze, będą zamknięte. Dla nich perspektywa utraty wszystkiego będzie dostatecznie silnym motywem by na ulicy wyrazić swoje niezadowolenie. Dodajmy do tego ludzi żyjących skromniej, zadowalających się płacą minimalną, przekonanych, że Prawo i Sprawiedliwość podniosło ich z kolan i dba o ich interesy. Gdy zmienią zdanie, strach będzie się bać.
100 – 200 demonstrantów policja spacyfikuje bez trudu. 100 – 200 tysięcy już nie. Suweren będzie podwójnie groźny, gdyż nie będzie miał nic do stracenia.
Premier Morawiecki reklamujący Tarczę Antykryzysową żyje w nierealnym świecie. Nie wie, albo nie chce wiedzieć, że pisowscy urzędnicy i wszelkiej maści „Misiewicze” są zbyt nieudolni, zbyt skupieni na konsumowaniu wyborczego sukcesu by poradzić sobie z tą katastrofą. Ale najgorsze jest to, że przez trzydzieści lat zbudowaliśmy taki system społeczny i gospodarczy, który nie ma prawa sprostać wyzwaniu przed jakim stoimy.
Banki już dziś ograniczają akcję kredytową, a w przyszłości całkowicie ją zamkną, by wymusić na politykach przyznanie idącej w dziesiątki miliardów złotych „pomocy”. W przyszłym roku przekonamy się, że rodzimy sektor bankowy wygenerował solidny zysk, choć hasło „Polska w ruinie” będzie lśniło wyjątkowym blaskiem…
Liderzy Prawa i Sprawiedliwości wiedzą, że nic nie uchroni ich przed rozliczeniami. Obawiam się, że brutalnymi. Strach i świadomość własnej nieudolności podpowiada im, że władzy raz zdobytej nie wolno oddać za wszelką cenę. Dlatego prą do wyborów 10 maja, a gdy zrobi się jeszcze gorzej, sięgną po rozwiązania siłowe w nadziei, że to ich ocali.
Nie ma takiej możliwości. W roku 1981 Wojciech Jaruzelski miał o wiele liczniejszą Armię, Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa, aktyw partyjny, Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej (sławne ORMO), Północną Grupę Wojsk Armii Radzieckiej z dowództwem w Legnicy oraz palących się do udzielenia „bratniej pomocy” Czechów i Demokratycznych Niemców.
Jarosław Kaczyński nie może liczyć nawet na lojalność wicepremiera Gowina i jego osiemnastu szabel w Sejmie. Właśnie dlatego PiS skazany jest na bezprzykładną klęskę. Opozycja nie musi nic robić. Wystarczy poczekać…
W nieznane
By względnie szybko wyjść z tego kryzysu potrzebne są nowe niekonwencjonalne rozwiązania. Tak zwana „Zjednoczona prawica”, nie posiada intelektualnych, profesjonalnych i merytorycznych kwalifikacji by odbudować gospodarkę. Proponuje rozdawnictwo i zaciskanie pasa. Bez żadnych warunków. Gdy okaże się, że Tarcza nie działa a suweren pali opony w Alejach Ujazdowskich przed KPRM, władza spróbuje rozwiązań siłowych, czym tylko pogorszy sytuację.
Większość Polaków, albo nie ma, albo za chwilę nie będzie miało, zaufania do rządzących. Urzędnicy administracji państwowej czując nadciągającą katastrofę nie będą chcieli nadstawiać karku. Podobnie Policjanci i pracownicy tzw. „Służb”. Kto jak kto, ale oni najlepiej wiedzą jakie będą konsekwencje dokonania złych wyborów.
Rządzenie w takich warunkach staje się nie tylko koszmarem, staje się niemożliwe. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości zrobili bardzo wiele, byśmy przestali im wierzyć. Dlatego opozycja nie będzie paliła się do pomocy.
Na szczęście nadzwyczajne czasy kreują też nadzwyczajnych ludzi. 1 sierpnia 1980 roku jedynie garstka opozycjonistów i równie nieliczna grupa funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa znała Lecha Wałęsę. Miesiąc później dla większości Polaków stał się on bohaterem narodowym porównywanym do Józefa Piłsudskiego. Należy spodziewać się, że wśród nas żyje przyszły lider, który sam nie wie, jak ważną rolę odegra w historii.
Mądrość i solidarność
Musimy uświadomić sobie, że aby wydostać się z kryzysu potrzeba niezwykłej mądrości i autentycznej solidarności społecznej. Jeśli obowiązki i ciężary zostaną rozłożone sprawiedliwie, to względnie szybko wrócimy do normalności. Lecz jeśli zatriumfuje egoizm i hasło „śmierć frajerom”, to za rok będziemy żyli na poziomie Ukraińców i obywateli Mołdawii. Do głosu dojdą ugrupowania skrajne, gotowe posłużyć się przemocą by zdobyć władzę. Co gorsza, zamknięte granice uniemożliwią wielu niezadowolonym emigrację. Kto z takim krajem będzie chciał handlować? Kto będzie chciał inwestować?

Świat powinien zobaczyć zdyscyplinowane i zdeterminowane społeczeństwo, które nikogo nie zostawia na pastwę losu. Które gotowe jest ponieść wyrzeczenia. Jeśli zwykli pracownicy mają zrezygnować z części wynagrodzenia, to tym bardziej należy wymagać tego od właścicieli przedsiębiorstw i prezesów zarządu. Od władz Orlenu, Lotosu, KGHM i innych państwowych gigantów domagałbym się redukcji zarobków do maksymalnie 20 tysięcy złotych netto. W imię solidarności. Za to lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom medycznym, technikom, laborantom, salowym podniósłbym wynagrodzenie dwu, a może i trzykrotnie. Godnie powinni też zarabiać nauczyciele i policjanci.
Szantaż?
By ratować miejsca pracy, przedsiębiorcy winni mieć dostęp do tanich kredytów i gwarancji. Trzeba będzie uruchomić gospodarkę, a bez pieniędzy tego się nie da. I znów rządzący powinni postawić warunki. Jeśli zwolnienia, to wyłącznie gdy nie ma innego wyjścia. Należy zakazać umów śmieciowych, a umowy o dzieło powinny być oskładkowane. Natychmiast. Musimy zrozumieć, że podatki i daniny to nie przymus, lecz nasze ubezpieczenie na przyszłość.
Przy czym właściciele firm powinni mieć wybór, jeśli chcą skorzystać z pomocy państwa, mają zrezygnować z wysokich zarobków, uczciwie płacić podatki i wynagradzać pracowników. Albo niech się ratują sami. Tak to szantaż, tak nie ma to wiele wspólnego z gospodarką wolnorynkową którą znamy, lecz nie ma innego wyjścia.
Należy też zmienić zasady funkcjonowania sektora bankowego. Nie może być tak, że banki swoje problemy nacjonalizują a zyski prywatyzują. Licencja na prowadzenie działalności bankowej to przywilej drukowania pieniędzy (można sprawdzić czym jest kreacja pieniądza bankowego) więc i zobowiązania muszą być adekwatne. Banki muszą zaoferować wszystkim, którzy będą chcieli rozpocząć działalność gospodarczą tanie kredyty, na możliwe łagodnych warunkach. Bez zbędnej zwłoki i biurokracji. Ile potrzeba by rozpocząć działalność gospodarczą? Pięćdziesiąt, sto tysięcy złotych? Ile by uratować zakład fryzjerski czy gabinet kosmetyczny? Sto tysięcy, może dwieście. Lepiej potraktować to jako inwestycję, niż zostawić pracowników na zasiłkach? By ratować firmy budowlane potrzebne będą środki na rozbudowę i remonty infrastruktury drogowej, kolejowej, miejskiej, energetycznej… Rząd powinien wyemitować obligacje. Jeśli w kraju będzie spokój a inwestorzy zauważą, że polska gospodarka wspólnym wysiłkiem wydobywa się z zapaści z pewnością je wykupią,
Ich czas minął
To oczywiste, że ekipa Morawieckiego, Prawa i Sprawiedliwości, Zjednoczonej Prawicy itp. nie ma niezbędnego kapitału społecznego, by tego dokonać. Nie ma też pomysłów. Ani realnych, ani nierealnych. Oni nas nie uratują. Ich czas minął. Lecz jeśli jako społeczeństwo nie zdobędziemy się na wysiłek, na odbudowę zaufania, na przyjęcie za oczywistość zasady, iż nawzajem jesteśmy za siebie odpowiedzialni, pogrążymy się w mrokach anarchii. Gdzie będzie obowiązywało prawo pięści. Cofniemy się w rozwoju nie o lata a o dziesięciolecia. Czy tego chcemy?

Okrutna lekcja PiS dla opozycji

Być oszukanym w polityce nie jest usprawiedliwieniem, niekiedy jest takim samym przestępstwem jak oszukiwać samemu (Leszek Kołakowski)

PiS dał opozycji kolejną, okrutną lekcję. Pierwsza była wtedy, gdy bez oporu „bo taka była parlamentarna praktyka” opozycja zaakceptowała prezydium Sejmu. Nawet nie próbując domagać się, żeby „nowa”, a przecież już „sprawdzona” Marszałek Elżbieta Witek choćby symbolicznie anulowała „zakazy wstępu” do sejmu. Kilkadziesiąt osób, głównie z tzw. opozycji ulicznej, czyli najbardziej dokuczliwych dla PiSu przez marszałka co lubił sobie polatać, Kuchcińskiego zostało wbrew Konstytucji pozbawionych prawa wejścia na teren parlamentu. I można było przynajmniej próbować za cenę poparcia załatwić tę symbolicznie ważna kwestię. Można było, ale…Tylko Koalicja Obywatelska wstrzymała się w głosowaniu od głosu. Reszta radośnie przyklepała funkcjonariuszkę prezesa na Marszałka Sejmu. Nie wiem na co liczyła wtedy Lewica albo Koalicja Polska. Wiem za to, że sposób prowadzenia obrad i traktowanie opozycji przez Witek jest taki sam jak przez Kuchcińskiego. To była lekcja pierwsza.

PiS upewnił się, że opozycja nadal będzie zwalczać siebie nawzajem, a nie walczyć z rządem i kiedy przyszła pora dał opozycji lekcje drugą. Opozycja bez specjalnego proszenia, za cenę pokazania się w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego w towarzystwie Prezydenta i Premiera, czyli zwołania Rady Bezpieczeństwa, zagłosowała za „specustawą” dotyczącą ochrony przed epidemią. Ustawa od razu niekonstytucyjna o czym alarmowała prof. Ewa Łętowska, prof. Monika Płatek (także na łamach „Dziennika Trybuna”) i parę innych osób zawierała wszystkie narzędzia dające rządzącym wszelkie uprawnienia, ale bez wprowadzenia stanu nadzwyczajnego. Na wszelki wypadek głosy te opozycja miała w nosie. Sejm i Senat. Co oznacza, że to opozycja dała wszystkie uprawnienia rządzącym (jak w stanie nadzwyczajnym) i pozbawiła się szansy równego udziału w wyborach prezydenckich.

A teraz, przepraszam, ale trudno to nazwać inaczej, składa suplikacje i uprasza PiS o „przełożenie wyborów” oraz niesie „w darze rządowi” swoje pomysły na „walkę z kryzysem”. Rządzący pomysły przyjmują i robią co chcą, a wyborów nie przesuwają, bo przecież ich interesem jest wyłącznie wygrana obecnego prezydenta. A teraz, w ramach tej lekcji rządzący sami sobie wybiorą odpowiedni wariant postępowania.

Albo przeprowadzą pierwszą turę wyborów 10 maja i jak wygra Andrzej Duda, to wybory będą ważne, a jeśli konieczna będzie druga tura, to 12 maja premier ogłosi stan klęski żywiołowej i drugiej tury nie będzie. To znaczy będzie, ale za pół roku. A w tym czasie prezydent będzie dalej „ratował świat, Polskę i wiarę naszą katolicką” do woli, a ta/ten co do drugiej tury przejdzie, będzie musiał podporządkować się „rygorom” stanu klęski żywiołowej – epidemii. Może np. Marszałek Witek zwoła sejm, a następnie podda go w całości luksusowej kwarantannie? To może się stać już za chwilę i to może być lekcja trzecia. Teraz rządzącym zależy – no trochę – na uchwaleniu przez Sejm tzw. „Tarczy antywirusowej”. Obawiam się więc, że Marszałek już wie, że na sygnał z Nowogrodzkiej ma Sejm zwołać. Sejm co trzeba, czyli wsparcie dla polskich banksterów (o ile się nie mylę o to w tej tarczy chodzi), uchwali i Sejm do kwarantanny można już będzie wysłać. Niech z kwarantanny posłanki i posłowie opowiadają swoje „wszystkie ręce na pokład”. To takie zabawne, a hotele pięciogwiazdkowe tylko czekają na taką szansę. Jeśli to będzie hotel w Kołobrzegu zarządzany przez przewodniczącego też Dudę, ale Andrzeja, to wszystko zostanie w pisowskiej rodzinie.

Opozycjo ogarnij się! Albo zaczniesz najpierw myśleć a potem robić, albo pozostaniesz wyłącznie żałośnie śmieszną. Opowieści o tym, że jeśli PiS „wyborów nie przesunie”, to kandydaci opozycyjni się wycofają i zgodnie z Konstytucją wybory będą nieważne są naiwne jak bajeczki dla dzieci przestraszonych epidemią. Konstytucja nigdy PiSowi nie przeszkadzała w czymkolwiek. Po drugie – ważność wyborów obecnie stwierdza pisowska Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Ona stwierdzi co będzie trzeba. A po trzecie – nie pamiętam, żeby sztab wyborczy Lewicy zrobił coś wspólnie ze sztabem wyborczym KO, sztab KP jeszcze nigdy nie zgodził się z kimkolwiek, o sztabie Konfederacji nie wspomnę, bo mnie brzydzi z natury.
Obyśmy wszyscy zdrowi byli!

Nec Hercules contra plures

I Herkules nie poradzi przeciw wielu. Andrzej Duda tym bardziej.

Jeśli wyjdzie się z założenia, że ośrodki sondażowe zawyżają notowania Andrzeja Dudy w takim samym stopniu jak zawyżały notowania Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich tygodniach przed wyborami parlamentarnymi, to w chwili obecnej prezydent Duda uzyskałby poniżej 45 procent głosów, kilka procent wyborców zagłosowałoby na reprezentującego Konfederację Krzysztofa Bosaka, a ponad 50 procent wyborców poparłoby któregoś z czterech kandydatów szeroko rozumianej antypisowskiej opozycji: Małgorzatę Kidawę-Błońską, Roberta Biedronia, Władysława Kosiniaka-Kamysza, Szymona Hołownię. W drugiej turze wyborów prezydenckich, przy wspomnianym założeniu (mniej pewnym – w polskich realiach zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych, ale w drugich turach konkurenci mają z reguły porównywalne poparcie) Duda pokonałby Kidawę-Błońską z przewagą kilku punktów procentowych.
Podczas analizowania drugoturowych szans każdego spośród kandydatów antypisowskiej opozycji okazuje się, iż kilkanaście procent zwolenników pozostałej trójki, a więc kilka procent osób uczestniczących w pierwszej turze wyborów, po odpadnięciu popieranych przez nich kandydatów na drugą turę pójść nie zamierza. Jeżeli przegranym w pierwszej turze wyborów kandydatom opozycji antypisowskiej uda się przekonać niemal wszystkich swoich wyborców do zagłosowania na tego kandydata antypisowskiej opozycji, który znajdzie się w II turze wyborów, Duda nie zostanie wybrany prezydentem na kolejną kadencję. Opozycyjny prezydent uniemożliwiłby PiS-owi wprowadzanie kolejnych złych zmian do polskiego systemu prawnego oraz decydowałby o obsadzie wielu istotnych stanowisk państwowych. A po wyborach parlamentarnych w 2023 roku, posiadająca większość sejmową obecna antypisowska opozycja nie musiałaby ze strony osoby zasiadającej w Pałacu Prezydenckim obawiać się półtorarocznego utrudniania naprawy otaczającej nas rzeczywistości.

Wygrać majowe wybory

Tegoroczne wybory prezydenckie mają dla przyszłości Polski ogromne znaczenie, zapewne większe niż którekolwiek wybory głowy państwa od 1990 roku.

O ich znaczeniu decyduje nie tylko to, że zamykają one cykl wyborczy, na który składają się wcześniejsze wybory samorządowe, wybory do Parlamentu Europejskiego oraz wybory parlamentarne. Szczególne znaczenie tych wyborów wynika z sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po ponad czterech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości, a także z tego, że dalsze trwanie tych rządów w decydującej mierze zależy od wygranej Andrzeja Dudy.

Jeśli przegra on wybory, w obozie rządzącym pogłębią się już widoczne rozdźwięki i bardzo prawdopodobne stanie się skrócenie kadencji Sejmu i Senatu, a w konsekwencji zmiana rządu.

Sytuacja Polski pod rządami PiS budzi wielkie obawy z czterech głównych przyczyn.

Ginie nasza demokracja

Pierwszą jest pełzający proces tworzenia władzy autorytarnej, niszczenia niezawisłości władzy sądowniczej, upartyjniania aparatu państwowego, a w tle tego procesu – rosnące korupcja i nepotyzm. Polska z prymusa procesu demokratycznej transformacji stała się państwem „szczególnej troski”. To jeszcze nie dyktatura, ale to już poważny kryzys demokracji.
Drugą przyczyną dramatycznego stanu rzeczy jest pogłębiający się kryzys w stosunkach z Unią Europejska. Politycy PiS starają się Unię Polakom obrzydzić. Prezydent Duda opowiada nieskładnie coś o tych, którzy „:w obcych językach” pouczają nas o demokracji. Rzecz nie w językach, których można się nauczyć, a w tym, że politycy partii rządzącej coraz bardziej oddalają się od standardów europejskich i – świadomie lub nieświadomie – pchają Polskę ku wypadnięciu z Unii. Wbrew woli przeważającej większości współobywateli.

Sami się zmarginalizowaliśmy

Trzecią przyczyną jest kryzys polskiej polityki zagranicznej. Polska z winy obecnego rządu znalazła się na marginesie polityki światowej. Gdzie te czasy, gdy prezydent Aleksander Kwaśniewski zbierał laury z tytułu umiejętnego rozwiązania kryzysu politycznego na Ukrainie w 2004 roku! Polska polityka zagraniczna (jeśli w ogóle można to nazwać polityką) polega na bezkrytycznym przymilaniu się do Donalda Trumpa i zrażaniu sobie partnerów europejskich.

Czwartą wreszcie przyczyną – stopniowo coraz bardziej widoczną – jest rysujący się kryzys polityki gospodarczej. Szybko rosnąca inflacja, zapaść finansów publicznych, co widać gołym okiem w stanie służby zdrowia czy oświaty, spowolnienie wzrostu gospodarczego to symptomy tego, co nas czeka, jeśli nie zmieni się kierownictwa państwa.

Dlaczego opozycja przegrywa?

Tych okoliczności wystarczyłoby dla pokonania PiS, gdyby opozycja miała lepszą strategię polityczną i potrafiła wykorzystać posiadane atuty. Doświadczenie poprzednich trzech wyborów daje tu wiele do myślenia.
W wyborach samorządowych 2018 roku partie opozycyjne uzyskały imponujące zwycięstwa w wielkich miastach i przewagę w sejmikach wojewódzkich. Prawo I Sprawiedliwość zdobyło 254 mandaty w sejmikach, Koalicja Obywatelska 194, Polskie Stronnictwo Ludowe 70, bezpartyjni samorządowcy 15, a SLD 11, co oznacza, że suma mandatów zdobytych przez trzy ugrupowania opozycyjne przewyższa sumę mandatów PiS o 21. Jednakże w połowie województw udało się partii rządzącej zdobyć władzę, w jednym (śląskim) wypadku w drodze jawnej korupcji politycznej.
Wybory europejskie przyniosły opozycji porażkę i to mimo, że poszła do wyborów jako Koalicja Europejska. Przewaga Zjednoczonej Prawicy nad opozycją (Koalicją Europejską i Wiosną) była zaledwie dwumandatowa, ale wystarczyło to, by zniechęcić przywódców PSL i PO do utrzymania koalicji, czego następstwem jest zmarnowanie szansy zdobycia większości w Sejmie – mimo uzyskania prawie milionowej przewagi głosów.

Zarazem zawarcie „paktu senackiego” dało opozycji większość w drugiej izbie parlamentu, co naocznie potwierdza trafność postulatu, by tworzyć wspólny blok opozycji demokratycznej. Wniosek stąd płynie oczywisty: opozycja może pokonać PiS tylko idąc razem.

Jeden kandydat opozycji

W wyborach prezydenckich oznacza to połączenie sił w drugiej turze. W pierwszej partie i komitety wyborców prezentują swoich kandydatów, by policzyć swoje poparcie i zmobilizować zwolenników. To taktyka rozsądna, logicznie wynikająca z obowiązującej ordynacji. Trzeba wszakże pamiętać, że zły dobór kandydata może pogrążyć partię na lata, o czym SLD przekonał się na własnej skórze w 2015 roku. Najnowsze sondaże sugerują, że wszyscy kandydaci opozycyjni mają mniejsze poparcie niż wysuwające ich partie. To się zapewne będzie zmieniało, ale powinno się uważnie śledzić pierwszą turę wyborów właśnie z tej perspektywy.

W drugiej turze pokonać Andrzeja Dudę może tylko taki kandydat opozycji, za którym murem staną wszystkie ugrupowania demokratycznej opozycji.
Oznacza to, że o takim wyniku zdecyduje to, jak postąpią wyborcy Roberta Biedronia, Szymona Hołowni, Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Wymieniam ich w porządku alfabetycznym, gdyż w tej fazie procesu wyborczego nie należy nikogo z góry ustawiać na przegranej (lub wygranej) pozycji.

Takie porozumienie na drugą turę nie może zrodzić się w ostatniej chwili – po ogłoszeniu wyników pierwszej. Wtedy bowiem będzie zbyt mało czasu, by do głosowania na wspólnego kandydata (lub kandydatkę) opozycji demokratycznej przekonać wyborców.

Wszyscy przeciwko Dudzie

Potrzebny jest „pakt prezydencki” już teraz. Powinien on zawierać dwa zobowiązania.
Po pierwsze: udzielenie pełnego poparcia w drugiej turze temu, kto z ramienia opozycji do niej wejdzie.
Po drugie: zobowiązanie się do tego, że kampanię wyborczą prowadzić się będzie w opozycji do urzędującego prezydenta i jego partii, a nie przeciw innym kandydatom opozycyjnym. Ten drugi warunek jest kluczowy, jeśli chce się przekonać własnych wyborców, by w drugiej turze zagłosowali na wspólnego kandydata opozycji. Mając to na widoku nie wolno tego potencjalnie wspólnego kandydata dyskredytować w oczach własnych wyborców.

Opozycja może te wybory wygrać. Ma za sobą większość politycznie aktywnych obywateli. Ma bardzo silne argumenty, co jest konsekwencją rosnącego rozczarowania obecnymi rządami. Musi wierzyć w swoje szanse.
W Polsce tylko raz urzędujący prezydent wygrał wybory, ale był to Aleksander Kwaśniewski. Andrzejowi Dudzie bardzo daleko do mądrości i talentu politycznego tego polityka, który w czynach, a nie w słowach, potrafił pokazać, że chce i potrafi być prezydentem wszystkich Polek i Polaków.

R. S. V. P.

Ku mojemu zdziwieniu, zaczynam mieć z prezesem PiS coraz więcej wspólnego, niźli samo imię. Mieszkamy niedaleko od siebie, to jest raz. Dwa: wczoraj na Górce Szczęśliwieckiej, na nartach, stłukłem sobie boleśnie kolano i dziś kuśtykm tak jak sam prezes albo i gorzej, bo jego kolano też nie domaga. No a trzy: i ja i On wiemy, że prezydent Duda jaki jest, taki jest, ale lojalny to on jest. Względem partii matki.

Wczoraj, na 17 popołudniu, prezydent zawezwał do siebie przedstawicieli opozycji, żeby zapoznać się z ich stanowiskiem odnośnie ustawy kagańcowej i innych ustaw, tyczących się Sądu Najwyższego. Jak mniemam, prezydent czyta gazety i słucha radia, więc z dużą dozą prawdopodobieństwa można zaryzykować twierdzenie, że wie, co na ten temat sądzą politycy Platformy czy Lewicy. Mimo tego, wolał osobiście to od nich usłyszeć, bo może coś źle przeczytał, albo nie wszystko zrozumiał. Przy okazji spotkania poinformowano naród, że pan prezydent chce wsłuchać się w głos opozycji, przed podjęciem ostatecznej decyzji, czy ustawę z Sejmu podpisać, czy zawetować. Tak jakby naród i opozycja w tym narodzie nie czytała gazet i nie słuchała radia, a w nim transmisji przemówień prezydenta z pobytu na Lubelszczyźnie i Ziemi Radomskiej, w których to pan prezydent dość jasno dał do zrozumienia, co sądzi o aktualnym stanie wymiaru sprawiedliwości i jaki ma stosunek do pisowskich reform.

To jednak za mało. Andrzej Duda organizuje miniszopkę z liderami opozycji, żeby pokazać, jak bardzo leży mu na sercu zdanie mniejszości i jak głęboko wsłuchuje się w każdy głos przed podjęciem kluczowych dla kraju decyzji. Doprawdy, dawno nie widziałem w praktyce większego kabotyństwa. Wizyty duszpasterskie księży „po kolędzie” mogą się równać się z prezydencką akcją; wysprzątany dom, stół, krucyfiks, święcona woda, koperta. Pośród stołu rodzina: senior rodu, na co dzień chleje i bije czym popadnie, zastraszone dzieci i matka, której od dawna już wszystko jedno, kiedy spada kolejny cios. Tymczasem, w obliczu wezwania, wszyscy gromadzą się wokół stołu, bo łączy ich siła uświęconej tradycji i osoba w sutannie spozierająca raz to na zegarek, raz to na kopertę.

Mimo tej całej do bólu żenującej fasadowości imprezy u prezydenta, uważam, że dobrze się stało, że opozycja się u niego pojawiła. Nie dlatego, że imprezy u Andrzeja są najlepsze, i każdy na mieście o tym wie. Idzie mi raczej o szacunek dla urzędu, który u nas od lat nie doczekał się odpowiedniego miejsca w historii i pragmatyce politycznej wojny, którą co dzień toczy ze sobą opozycja z koalicją, jak Pan Bóg przykazał. Kto by bowiem prezydentem nie był, nie wybrał się na urząd sam ani żaden abstrakt nie obwołał go głową państwa. Zrobili to ludzie, którzy poszli do urn i oddali głosy. Poszło ich więcej, niż tych, którzy chcieliby widzieć w Pałacu inną osobą i to przez szacunek dla woli ludu i woli większości należy do prezydenta chodzić, jeśli ten o to poprosi. Tak jak w mediach przyjęło się, że na wywiady chodzi się do prezydenta, a nie prezydent szlaja się po redakcjach, tak i w tym przypadku: jak prezydent wzywa, to się do niego idzie, ktokolwiek by nim nie był. Zaciska się zęby i się idzie. Zupełnie inną kwestią jest to, jakie intencje towarzyszą prezydentowi, kiedy zaprasza do siebie na rozmowę tych czy owych. Życzyłbym sobie, żeby prezydent równie ochoczo zapraszał do siebie, czy to opozycję, czy to naukowców, fachowców w danej dziedzinie, na samym początku procesu legislacyjnego, albo w czasie, kiedy dopiero zaczynają się pojawiać wątpliwości co do słuszności proponowanych zapisów prawnych, a nie kiedy mleko się rozlało i jest już dawno po herbacie. Wtedy prezydenckie zaproszenia miałyby jakiś sens i kto wie, może nawet część obywateli uwierzyłaby, że prezydentowi idzie rzeczywiści o zapoznanie się z wielogłosem społeczeństwa i słuchaniem mądrzejszych od siebie.

Z doświadczenia wiem, że na nudnych nasiadówkach służbowych, dobrze mieć ze sobą coś do czytania. Opakowuje się wtedy swoją lekturę własną w skoroszyt, który wnosi się na takie spotkanie. Kiedy nudziarze nawijają makaron na uszy, człowiek otwiera niby to dokumenty i udaje, że coś tam sprawdza albo notuje, a wówczas, spokojnie, przez nikogo nie niepokojony, oddaje się lekturze. Na legalu i bez przypału.

Witajcie na wojnie

Wojna to kontynuacja polityki innymi środkami. Carl von Clausewitz nie odkrył tej prawidłowości, a jedynie zgrabnie ubrał ją w słowa. Prezes Kaczyński Clausewitza odkrył już dawno temu, a stosuje się do tej zasady już od 1989 roku, z różnym skutkiem, najlepszym od 2015 r.

Pora chyba, żeby z Clausewitzem zapoznali się posłowie i posłanki opozycji. Wygląda na to, że z uchwalania ustaw nocami w Sali kolumnowej Sejmu nie wyciągnęli żadnych wniosków. Ani z wyjazdów wakacyjnych w czasie, gdy Sejm może obradować, czyli stale. Kadencja jest nowa, duża część posłów i posłanek też, ale wszystkie stare problemy pozostały. Wojna ma chwile wytchnienia ale nie ma przerw. Zwłaszcza gdy przeciwnik przestrzega reguł gry tylko wtedy, gdy uznaje to za użyteczne.

To bardzo frustrująca sytuacja. Obie strony ponoszą straty, ale frustracja zawsze będzie większa po stronie opozycji. Nawet małe zwycięstwa niczego nie zmienią, a każda porażka, zawiniona lub nie, będzie bardzo bolesna. Demonstracje nie zmienią władzy. Większym problemem dla PiS wydaje się być prezes NIK, zamieniający swój urząd w oblężoną twierdzę. Choć prędzej czy później PiS zmusi któregoś prokuratora do wystawienia nakazu i wyprowadzenia go w kajdankach.

Wojna będzie toczyć się dalej, opozycja będzie ponosić kolejne porażki, a czasem nic nie znaczące sukcesiki. Z jednej strony posłowie powinni stawiać opór, z drugiej walczyć o przekonanie opinii publicznej, że wiedzą, jak lepiej można rozwiązywać problemy. Bo z jednej strony mówi się: Sejm uchwalił, Rząd rządzi, Trybunał wydał wyrok. Z drugiej, nie dostrzega się absurdalności sytuacji, która ani z demokracją ani realizacją dobra wspólnego nie ma nic wspólnego. Dobrze jest wtedy, gdy jest dobrze dla PiS.

Anarchistka Emma Goldman stwierdziła, że gdyby wybory mogły coś zmienić zostałyby zakazane. Podobnego zdania jest Jarosław Kaczyński, z tym że rozciągnął tę zasadę na wszystkie możliwe głosowania. Tylko dlatego, że Senat tak naprawdę nie jest szczególnie ważny, uznał swoją porażkę w wyborach do Senatu. To zresztą rodzi pytanie: czy Senat jest nam w ogóle potrzebny.
Prezydent, na razie, jest, szczególnie Kaczyńskiemu. Dlatego wybory prezydenckie są takie ważne. Kandydat PiS musi zwyciężyć, aby jego ugrupowania nie rozdziałaby kruki, wrony i wróble. Kandydatka PO ma odnieść moralne zwycięstwo, czyli przegrać w drugiej turze. Kandydat Hołownia ma napisać jeszcze nowszy testament oraz autobiografię – pierwszy po bogu. Bo biografię boga już napisał.

Kandydat PSL walczy o życie. Swoje i swojego ugrupowania. Najwięcej do wygrania ma, niewyraźnie majaczący się we mgle, kandydat(ka) Lewicy. Ma rozwijać elektorat i promować zasady na jakich będzie się opierał odbudowa państwa z ruin. Nową umowę społeczną, której nigdy po roku 1989 nie zawarto ze społeczeństwem. I oczywiście należy wprowadzić sprawiedliwe podatki i wypowiedzieć konkordat. Tak nam dopomóżcie Wyborcy aktualni i przyszli.

Śmierć mózgowa PiS

Jak zapowiadałem, wielkie polityczne skrobanie Prawa i Sprawiedliwości rozpoczęło się. Z obu stron naraz. Przez Lewicę i Konfederację. I nagle okazało się, że elity PiS nie mają na to lekarstwa.
Liderzy polityczni, zwłaszcza dużych, rządzących partii często zachowują się jak starzy generałowie. Przygotowując się do przyszłej wojny gromadzą amunicję skuteczną w tamtej, minionej. I tak też zachowali się prominenci PiS. Naostrzyli szabelki na kolejne starcia z „totalną opozycją” z Koalicji Obywatelskiej. Na znane im od lat pojedynki z harcownikami Schetyny. A tu siurpryza. Zamiast zwyczajowych solówek PiS – PO, wpadli w rój jeszcze nierozpoznanego wojska.

Od czasów kampanii prezydenckiej w 2005 roku liderzy PiS zaczęli stosować nową taktykę polityczną. Dzielić pole walki, i przy okazji też polskie społeczeństwo, na dwa obozy. Patriotycznego solidaryzmu walczący z zdegenerowaną kastą liberalizmu. Milionerzy z PiS zaczęli przebierać się w szaty prowincjonalnego Polaka – szaraka. Widząc, że w miejskich metropoliach nie zdobędą większości, rozpoczęli swą narodowo – katolicką kontrrewolucję od zdobywania rządów dusz na prowincji.

Wytrwale, cierpliwie jeździli po polskich gościńcach. „Tu jest Polska”, słodzili napotykanym tam przysłowiowym wąsatym Januszom i bazarowo odzianym Grażynkom. Cierpliwie wysłuchiwali ich, spisywali listy najważniejszych ich potrzeb. Dostrzegli, że większość polskiego społeczeństwa nie zasmakowała dostatecznie słodyczy transformacji ustrojowej. Czuje się obywatelami drugiej kategorii we własnym kraju.„Panowie w stolicy palą cygara” i gardzą prawdziwym polskim ludem, przekonywali ich PiS-owscy emisariusze. I tak jak kiedyś ekipa Pol Pota, zwanego tam Bratem Numer Jeden, podburzali społeczność wiejską i małomiejską przeciwko „zdegenerowanym” elitom wielkomiejskim.

Potem, korzystając ze zmęczenia społeczeństwa ośmioletnią polityką PO – PSL, tworzoną wedle neoliberalnych dogmatów, na zadawane im pytanie „Jak żyć?”, za proponowali nową, socjalną alternatywę. Tym wytrwale powiększali poparcie społeczne.

Szczęśliwym dla nich trafem po wyborach 2015 rok Sejm i Senat stały się politycznym duopolem. Żwawy, zwycięski PiS zepchnął odwykłą od walki politycznej koalicję PO – PSL, na wyznaczone im pole. Przeznaczone dla zdegenerowanych, kosmopolitycznych i anty socjalnych elit. PiS sprawnie wykorzystywał też głupotę liberalnych mediów trzęsących się z oburzenia już na sam widok programów socjalnych. I mobilizując kolejnych anty elitarnych, anty liberalnych wyborców zaczął osiągać stabilną większość. Wygrywać na głosy wszystkie pojedynki polityczne, a z czasem nawet medialne.

Koniec monopolu

Ale teraz dawne polityczne pole walki zmieniło się radykalnie. Pojawił się nowy przeciwnik na lewej flance PiS. Teraz parlamentarzyści lewicy gromko deklarują, że 500+ i inne świadczenie socjalne były społeczeństwu potrzebne. Ale niewystarczające. I jeśli elity PiS naprawdę są takie propolskie, czyli prosocjalne, to muszą dalej kroczyć drogą ku socjalnemu państwu dobrobytu. Spełniać obiecane w czasie kampanii wyborczej „piątki” i „pakiety”. Jeśli tego nie uczynią i przybiorą maskę surowych strażników budżetu państwa, to polityczny łomot z lewej strony mają zagwarantowany. A także alternatywny program lewicowego, polskiego państwa dobrobytu. Demokratycznego dodatkowo.

Ale to nie koniec politycznych kłopotów PiS. W tym samym czasie i na tym samym polu walki mogą spodziewać się ataków z prawej strony. Wojsk mniej licznych, ale desperacko kąśliwych. Konfederatów bijących w ospałych, tłustych milionerów z PiS. Rozliczających ich z obietnic dokończenia kontrrewolucji narodowo – katolickiej. I tak jak Lewica będzie udowadniać fałszywą i koniunkturalną socjalność elit PiS, tak Konfederaci będą obnażać i demaskować ich koniunkturalny katolicyzm i konserwatyzm. Ich fałszywą polskość, klęskę obiecanej „polityki wstawania z kolan”. Dojdą jeszcze kąśliwe ataki klubu parlamentarnego Polskiej Zjednoczonej Partii Ludowców i Kukizowców. Z centro-prawej flanki. No i tradycyjny ostrzał z centrum od liberalnej Koalicji Obywatelskiej, najmniej może szkodliwy. Ale kiedy walczy się na tylu frontach na raz, to nawet poślizg na skórce od ośmiorniczki może okazać się zabójczy. Zwłaszcza kiedy batalia rozpocznie się na polu ogólnopolskiej kampanii prezydenckiej.

Przez ostatnie cztery lata elity PiS działały w warunkach korzystnego dla siebie duopolu. Po jednej stronie polscy patrioci dzielący się kruszyną chleba z każdym potrzebującym. Swojscy i dumni. Po drugiej nieczuli na społeczną biedę kosmopolityczni, tęczowi liberałowie zasiedlający zamknięte, wielkomiejskie apartamenty. Gardzący wielodzietnymi Grażynkami i biało – czerwonymi Januszami.
Przez ostatnie cztery lata dawni, żwawi kontrrewolucjoniści z PiS przemienili się w tłuste polityczne, złote karpie. Powtarzające jak mantry nadsyłane im z Nowogrodzkiej centrali kolejne „przekazy dnia”. Standardowo atakujące „totalną opozycję PO-stkomunistyczną”. Przez cztery ostatnie lata nie przeczytali oni żadnej nowej książki, nie liznęli nawet jednej, nowej idei. Ich ideową i intelektualną bezradność wobec nowych czasów i sił politycznych zauważyli już ich najzdolniejsi publicyści. Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz, Dawid Wildstein.

W analizie „PiS w świecie bez duopolu” zamieszczonej w tygodniku „Do rzeczy” Piotr Semka opisując sukcesy Lewicy i Konfederatów, celnie zauważa: „Po drugiej stronie mamy młode generacje prawicy, które zostały wyssane przez aparat PiS-owski z całym jego systemem bardzo powolnego awansu. W tym systemie młodzi przekonali się, że luźne dywagowanie i wypowiadanie własnych opinii nie służy ich karierze. Z kolei liczni młodzi, którzy via instytucje i banki zasilają dzisiaj rząd Morawieckiego, mają coś na kształt syndromu Ryszarda Petru. W ciągu lat spędzonych przy bankowych biurkach i biznesowych instytucjach nie mieli czasu przeczytać iluś książek i nie umieją z podobną swadą co lewicowcy poruszać się w świecie idei i pomysłów na kształt systemu społecznego./…/ Zapotrzebowanie na prawicowe kadry wypchnęło dużą cześć liderów opinii z prawej strony do mediów publicznych i spowodowało paradoksalnie regres w dynamizmie intelektualnym grup”.

Ten „regres w dynamizmie intelektualnym” widać też w samym tekście Piotra Semki. Autor w potoku nowomowy cenzuruje się. Zamiast od razu napisać, że starzy liderzy PiS nie potrafią poradzić sobie intelektualnie z nową Lewicą i Konfederacją. A młodzi awansowani wedle zasad „ Bierny, Mierny, ale Wierny” oraz „Nie matura lecz chęć szczera…” okazują się w konfrontacji ze swoimi lewicowymi i prawicowo radykalnymi rówieśnikami zwyczajnie za głupi.

PiS pozbawiony politycznego duopolu zaczyna tonąć. Na razie intelektualnie. Ale to początek politycznego zjazdu. Dla Boga, panie Kaczyński! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz?