Krucjata prezesa

Kaczyński poszedł w nieokiełznane samodzierżawie: naczelną filozofią wszystkich instytucji, które PiS bezlitośnie okupuje, jest w tej chwili żądanie, by wszyscy uznali dziejową konieczność i obowiązek bezwzględnego poświęcania się dla Prezesa Państwa. Każdego, kto się od tej moralnej i politycznej powinności uchyla, czeka gniewny szlachecki zajazd.

W taki sposób stłumiono rokosz Trybunału Konstytucyjnego, a od jakiegoś czasu próbuje się dorżnąć Sąd Najwyższy. Tam gdzie natarcie odparto – na przykład w KRRiTV – PiS-owskie warcholstwo utworzyło swoje, równoległe struktury, błyskawicznie uznane za jedyny, choć pozakonsytucyjny punkt odniesienia. Instytucje to jednak za mało; nowa mądrość etapu to – jak się zdaje – ustawiczne bezpieczniacko-prokuratorskie dogryzanie wszystkim grupom, które nie nauczyły się kochać 4,5 RP. Oczywiście, wspomaga ono uruchomione już dawno rozmaite nagonki, na czas epidemii trochę tylko uśpione – przeciwko Rosjanom, Arabom, kobietom, osobom LGBT, Unii Europejskiej oraz – nie zapominamy słynnych wynurzeń eksministra Waszczykowskiego – wegetarianom, rowerzystom i „zwolennikom mieszania kultur i ras”.

Ostatni tydzień to jeden z najbardziej przerażających odcinków serialu pod tytułem Polska Wstaje z Kolan. Podobny do tego z połowy kwietnia, gdy podczas jednego dnia w Sejmie głosowano obywatelskie projekty ustaw walące w Żydów (447) i kobiety (aborcja) oraz pięknie dopełniający się kolejny duet, który, gdyby został przyjęty, zakazałby nauczania dzieci o ludzkiej seksualności, ale za to dałby im możliwość udziału w polowaniach. Teraz horror tej jakości rozlał się poza Sejm – wszyscy uczestniczymy w jakimś tyleż skandalicznym, co mrocznym absurdzie.

Ordo Iuris, fundamentalistyczna sekta prawników, zaprzęgła do nowej ewangelizacji polską policję. Jej funkcjonariusze, niezmordowanie od kilku dni, przyprowadzają jej na przesłuchania śląską młodzież akademicką i użyczają swoich komisariatów do straszenia studentek i studentów, którzy wcześniej, korzystając z legalnej uniwersyteckiej procedury, poskarżyli się na swoją wykładowczynię. W tym samym czasie organizacja ta uzyskuje, w drodze sądowo-prokuratorskich deliberacji tak zwane zabezpieczenie powództwa: znana polska feministka Marta Lempart dostała kuriozalny zakaz wypowiada przez rok twierdzenia, jakoby Ordo Iuris było zgrają fundamentalistów finansowanych przez Kreml. Jakkolwiek przerażające w swym idiotyzmie jest to twierdzenie, kneblowanie czyichś supozycji na temat publicznego podmiotu jawnie dopuszczonego do współzarządzania odpalonymi nagonkami, uznać należy za odrażające i niemoralne.

Jakby tego było mało, sąd, któremu przyszło rozpatrywać powództwo siedmiu facetów, którzy poczuli się obrażeni przez znaną katolicką dżihadystkę Kaję Godek, uznał, że zachodzi uzasadniona wątpliwość, czy publiczna wypowiedź tej kobiety: „geje chcą adoptować dzieci, żeby je gwałcić” aby na pewno ich obraża. Wszak nie udowodnili, iż sami są gejami (ciekawe, jak mieliby to przed sądem uczynić?!).

Poza tym kierowniczka jednego z sieci sklepów IKEA, która zwolniła ongiś sunącego agresywnym homofobicznym bełkotem po kolegach z pracy przy użyciu służbowego sprzętu, będzie odpowiadała za ograniczanie praw pracowniczych ze względu na wyznanie. Dlatego, że ten typ racjonalizował swoje przemocowe postępowanie cytatami z Biblii. Jednocześnie sejmowa komisja zdrowia zdecydowała o zaostrzeniu tak zwanej klauzuli sumienia. Wcześniej lekarze, którzy odmawiali wykonania legalnej aborcji, musieli poinformować pacjentkę, gdzie może szukać pomocy. Teraz już tak nie będzie. Poseł PiS Bolesław Piecha, który złożył poprawkę w tej sprawie, argumentował, że pacjentki mogą sobie tego rodzaju informacji „poszukać w internecie”.

Na tym oczywiście nie koniec. Kilka dni temu policja bezczynnie przyglądała się, jak banda osiłków próbuje dokonać na warszawskiej Pradze nielegalnej eksmisji bez komornika i bez nakazu, a potem użyła przemocy wobec osób, które próbowały ją zablokować. W swojej kolejnej odsłonie „tarczy antykryzysowej” rząd zaplanował, jak się okazuje, sowite wypłaty dla kościoła katolickiego. Ten sam rząd, który kupował od kolegi ministra zdrowia maseczki po 209 zł za sztukę, podczas gdy ten wytrawny biznesmen nabywał je w Turcji za 34 zł.

I jeszcze taki kwiatek. Do pieca dołożyła też dziś jakaś grupka patriotycznych śledczych od siedmiu boleści działających jako Reduta Dobrego Imienia, którym chyba zaszkodziła kwarantanna. Oglądając seriale na znanej platformie Netflix kolesie ci wynotowali sobie momenty szkalowania Polski i prezentują właśnie swój „raport”. Poza tym truskawki są po 30 zł.

Piękne jutrzenki, piękne dni, piękne wieczory, cudowna rzeczywistość.

Sąd Najwyższy czy Inkwizycja?

Bohatera skandalizującej publikacji „Gazety Wyborczej” Kamila Zaradkiewicza podmieniono na byłego dyrektora głównemu punktu odniesienia katolickich fundamentalistów – instytutu Ordo Iuris.

Po tym, gdy Zaradkiewicz złożył rezygnację, prezydent Andrzej Duda mianował na stanowisko pełniącego obowiązki prezesa Sądu Najwyższego Aleksandra Stępkowskiego. Z deszczu pod rynnę – zakrzyknęło wielu komentatorów wcześniej oburzonych wyborem Zaradkiewicza.

Profesor

Absolwent wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, od 2001 roku doktor, od 2011 nawet habilitowany, później profesor nadzwyczajny. Naukowiec jak się patrzy. Tak, zaopatrzony w stopnie i wykształcony Stępkowski zostaje w 2013 roku prezesem fundacji Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, trwał na tym stanowisku dwa lata. Najwyraźniej sprawdził się znakomicie, gdyż rok później, w listopadzie 2016 roku znów objął to stanowisko na kolejnych 12 miesięcy.

W przerwie jednakowoż nie próżnował. W listopadzie 2015 roku został powołany na stanowisko podsekretarza stanu w ministerstwie Spraw Zagranicznych za czasów Witolda „San Escobar” Waszczykowskiego. Był odpowiedzialny za sprawy prawne traktatowe oraz za prawa człowieka. Ze stanowisko odwołano go w sierpniu rok później. „Gazeta Wyborcza” spekulowała wówczas, że była to kara za pomysł sprowadzenia do Polski Komisji Weneckiej, która zamiast pochwalić PiS lub sformułować neutralne stanowisko wobec działań w obszarze sądownictwa (jak się spodziewał inicjator lub inicjatorzy), skrytykowała władze.

Izba Kontroli

Gdy PiS, zabrawszy się za dewastację sądownictwa, doszedł w swych staraniach do Sądu Najwyższego Aleksander Stępkowski zgłosił w 2018 roku swoją kandydaturę na sędziego Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN w pierwszym naborze ogłoszonym przez urządzoną już przez PiS Krajową Radę Sądownictwa. O wycofanie się z kandydowania apelowali m.in. do niego w liście otwartym profesorowie i wykładowcy Wydziału Prawa i Administracji UW.

Dotąd może nie odegrał jakiejś wiodącej roli w polityce, ale widać, ze nadszedł jego czas. Stępkowski jest zwolennikiem całkowitego zakazu aborcji oraz zajadłym przeciwnikiem „ideologii gender” i autorem książki na temat tzw. „obrony życia poczętego” oraz autorem ważnej rozprawy w tomiku fundamentalistycznych esejów pod zgoła niezaskakującym tytułem Dyktatura gender. Warto dodać, że w swoich poglądach nie jest osamotniony w SN. Jest bowiem już drugim, obok Krzysztofa Wiaka, przedstawicielem tej organizacji w Sądzie Najwyższym.

A skrajny konserwatyzm Ordo Iuris to już stały punkt odniesienia polskiej prawicy. Przypomnijmy kilka głośnych spraw, w których w ostatnich latach głos zabierali prawnicy organizacji.

Zakaz mowy nienawiści to indoktrynacja

W styczniu ubiegłego roku najpierw prezydent Wrocławia Jacek Sutryk, a po nim Rafał Trzaskowski w Warszawie zaapelowali do dyrektorów szkół, aby zorganizowali lekcje wychowawcze dotyczące mowy nienawiści. – Nienawiść ma niszczycielskie skutki. A wszystko zaczyna się od słów. Dlatego w warszawskich szkołach jeszcze przed feriami zostaną przeprowadzone lekcje na temat tego, jak reagować i przeciwdziałać mowie nienawiści – zapowiadał Trzaskowski.

Ordo Iuris wspólnie ze działaczką antyaborcyjną Kają Godek z miejsca zaczął apelować do rodziców, by zwolnili dzieci z takich lekcji. W internecie był nawet rozpowszechniany specjalny formularz, za pomocą którego rodzic miał żądać, by szkoła każdorazowo uprzedzała o zamiarze prowadzenia lekcji na temat mowy nienawiści i zawsze uzyskiwała zgodę rodzica.

– Poważne wątpliwości budzą opublikowane w Internecie materiały, które mają być wykorzystywane podczas zajęć na ten temat. Określają one bowiem dyskryminowane grupy społeczne na podstawie kryteriów ideologicznych. Stwierdza się w nich, że dyskryminacja miałaby dotyczyć zwykle m.in. feministek, czy osób prowadzących homoseksualny styl życia – grzmiał prezes Instytutu Jerzy Kwaśniewski. W jego przekonaniu pod lekcjami tolerancji i szacunku kryła się… skrajnie lewicowa indoktrynacja.

Zabezpieczenie szkół

Przed startem roku szkolnego 2019/2020 Ordo Iuris przygotował na nowy rok szkolny broszurkę dla rodziców „Jak powstrzymać wulgarną edukację seksualną w szkole”. Prezes Instytutu, komentując jej zadania, mówił o „zabezpieczeniu szkół” – w terminologii fundamentalistów, przed demoralizacją młodzieży. Organizacje liberalne i zajmujące się edukacją mówiły raczej o blokowaniu nowoczesnej, będącej standardem w Europie, dostosowanej do wieku edukacji seksualnej.

Jak podawała wówczas Gazeta Wyborcza, w ciągu ostatnich dwóch lat Ordo Iuris, któremu funduszy nie brakuje, kontrolował niemal 700 szkół pod kątem „demoralizacji dzieci”. Gdy wykryje takie „zagrożenie”, zgłasza sprawę kuratorom. We wspomnianym poradniku sugeruje się zwiększoną aktywność rodziców w tropieniu i przeciwdziałaniu edukacji seksualnej. Gotowe są instrukcje, jak sprzeciwiać się dodatkowym zajęciom dotyczącym antykoncepcji i zapobiegania chorobom przenoszonym drogą płciową. Rodzice, według zamierzeń Ordo Iuris, działać mają poprzez rady rodziców i trójki klasowe, poprzez które mogą protestować przeciwko zajęciom, z których założeniami się nie zgadzają.

Aktywność i naciski Ordo Iuris przynoszą już rezultaty: władze stolicy nie będą finansowały dodatkowych zajęć z edukacji seksualnej. Mazowiecka kurator oświaty wysłała list do rodziców, ostrzegający przed edukacją seksualną „poza przyjętymi standardami prawnymi”, cokolwiek to oznacza.

Władza, nie odpowiedzialność

Skrajnie ideologiczny w pojęciu Ordo Iuris był również projekt kodeksu rodzinnego, złożony w sierpniu 2018 r. przez odchodzącego z funkcji Rzecznika Praw Dziecka Marka Michalaka. Tym razem nie poszło o demoralizowanie nieletnich.

W kodeksie zapisana jest instytucja „władzy rodzicielskiej”, a ogólna wymowa koncentruje się na prawach i obowiązkach rodziców w zakresie opieki i wychowania swoich dzieci. W propozycji Marka Michalaka wyrażenie „władza rodzicielska” zostało zastąpione pojęciem „rodzicielskiej odpowiedzialności” i chyba to najbardziej zabolało konserwatystów.
„Takie rozwiązania obniżają autonomię rodziny i autorytet rodziców poprzez m.in. umożliwienie dzieciom toczenia sporów przed organami państwowymi. To stawia pod znakiem zapytania możliwość efektywnego wykonywania przez rodziców ich praw i obowiązków opiekuńczo-wychowawczych” – dowodził instytut.

Marek Michalak mógł sobie tłumaczyć, że chodzi o upodmiotowienie dzieci i wzmocnienie ich ochrony. „Dobro rodziny i dobro dziecka to nierozłączne pojęcia. Nie można w pełni zrealizować dobra dziecka nie realizując dobra rodziny i odwrotnie. Biorąc to wszystko pod uwagę wydaje się, że rewolucja prawna przygotowana przez ustępującego Rzecznika Praw Dziecka ma na celu nie tyle upodmiotowienie najmłodszych członków społeczeństwa, co zniszczenie tradycyjnego modelu rodziny poprzez wprowadzenie w stosunki łączące jej członków silnej interwencji czynników państwowych. Przyjęcie projektowanych regulacjo oznaczałoby wywieranie silnej presji na rodziny, w kierunku kształtowania przez nie stosunków z dziećmi – zwłaszcza w sferze wychowania – zgodnie z obowiązującymi ideologiami, kryjącymi się pod pozorem stosunków społeczno-prawnych” – pisał jeden z ekspertów Ordo Iuris.

***

Na koniec warto odnotować, że rząd i prezydent kompletnie przestali się już przejmować przepisami prawa i postawili chyba na zupełną wolną amerykankę, którą realizują bezpośrednio lub przez swoich klakierów. Już sama nominacja Stępkowskiego na sędziego SN budziła mnóstwo wątpliwości, gdyż Duda powołał go wbrew orzeczeniu Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał powołania do SN. Zaś Krajowa Rada Sądownictwa wskazała go, choć nie było pewności, czy spełnił wymogi formalne, bo sędzią SN może zostać osoba, która posiada wyłącznie polskie obywatelstwo, a Stępkowski miał również obywatelstwo brytyjskie i nie było pewne, czy udało mu się go zrzec.

Ordo Iuris i przewrót rydzykański

Od wielu lat polska prawica szuka sposobów, by propagować, usankcjonować i odpowiednio utrwalić w państwie najbardziej wsteczne, prawicowe poglądy. Właśnie zaczyna się kolejna wielka operacja z tego cyklu.

Już lata temu sukcesem zakończył się plan instalacji w całej Polsce wydziałów teologicznych, które stale promują religię za publiczne pieniądze. Środowiska katolickie otrzymują także bardzo szeroki strumień finansowania, a sam kościół kolejne miliardy złotych dzięki zwolnieniom podatkowym, rozmaitym dotacjom i specjalnemu traktowaniu.

Wymiana elit: ciąg dalszy

Wciąż jednak nie udało się przejąć uniwersytetów. Problem obecnego rządu polega na tym, że to sama inteligencja (akademicy, pracownicy kultury, czy nauczyciele) wymyka się kościelnemu światopoglądowi i zwierzchnictwu. Cały czas uskuteczniane były w związku z tym rozmaite sposoby, by przy pomocy państwa wzmocnić PiS-owski nacjonalizm i religijny konserwatyzm, a także nadać im odpowiednią rangę. W ostatnich latach cenzurowano w związku z tym muzea, ingerowano w teatry, wysyłano policję na uniwersytet, niszczono system prawny i bezlitośnie rozbijano uzasadnione strajki polskiego nauczycielstwa. W ostatnim roku doszło do tego jeszcze instalowanie „stref wolnych od LGBT”, czemu towarzyszyły całe serie wykluczających pouczeń o „prawdzwej rodzinie” i zagrażających jej „ideologiach”. Kolejnym sposobem jest nowy plan ministra, którego celem jest przypisanie ksenofobicznych i uzasadnianych religijnie poglądów do oficjalnego świata nauki i jego głównego obiegu.
Taki właśnie jest plan Jarosława Gowina, którego zainspirowała do tego religijna organizacja Ordo Iuris. Jej prezes dość otwarcie twierdził zresztą ostatnio, że „projekty ustaw (Ordo Iuris) to odpowiedź na wojnę, która wydawana jest dziś normalności”. Tą wojną przeciwko normalności dla prawicy tradycyjnie jest już stosowanie antykoncepcji, niesłuchanie się biskupstwa, niejedzenie mięsa, czy posiadanie nieheteronormatywnej orientacji seksualnej.

Wsparcie dla propagandystów

W porozumieniu z Ordo Iuris Jarosław Gowin planuje więc wprowadzenie zmian: w niedalekiej przyszłości ma powstać nadzwyczajna komisja „ds. wolności”, której zadaniem ma być rozstrzyganie spraw spornych i wspieranie pracowników nauki, których wolności zostaną naruszone. Pozornie brzmi to całkiem dobrze – niestety skład tej komisji w połowie wyznaczał będzie sam minister, a same jej narodziny za konieczne uznane zostały tuż po tym, jak głośna stała się sprawa prof. Ewy Budzyńskiej, która na swych zajęciach nauczała, że antykoncepcja jest zachowaniem antyspołecznym, ideologia gender to komunizm, „stosowanie wkładki domacicznej to aborcja”, a osoby homoseksualne „to coś gorszego”.
W jej obronie stanęła oczywiście cała zatroskana prawica, której nie spodobało się, że autonomiczny uniwersytet ma prawo otworzyć rozprawę dyscyplinarną na wniosek niegodzących się na homofobię studentów. By chronić wolność do głoszenia „unaukowionej” homofobii ma w związku z tym powstać specjalna, ministerialna komisja. Taka komisja z łatwością będzie mogła obchodzić regulacje poszczególnych uniwersytetów i przesyłać im rekomendacje dotyczące poszczególnych postępowań. Zresztą w praktyce będzie ona nawet ważniejsza od rektorów i ich decyzji. A jej bezpośredni związek z ministerstwem (czyt. głównym źródłem finansowania wszystkich polskich uczelni) będzie wymuszał całkowite posłuszeństwo i paraliżował wszelką akademicką autonomię i samorządność.

Tropiciele gender chcą być naukowcami

Polska prawica nie może bowiem pogodzić się z faktem, że refleksja lewicowa, krytyczna, świecka i postępowa przynależy do głównego obiegu światowej nauki, a wynalazki pokroju rydzykizmu, homofobicznego kreacjonizmu, czy walki z genderyzmem to patologiczny margines – rodem prosto ze świata teorii spiskowych i rarytas dla kształconych wyznawców Wielkiej Lechii oraz płaskoziemców.

Jak mówił Dario Fo – „Trudno wyobrazić sobie prawicowych intelektualistów”. I faktycznie: w Polsce ten komiczny orszak wymagających specjalnej ochrony prawicowych naukowców składa się obecnie głównie z negacjonistów zmiany klimatycznej, antysemitów, homofobów lub maniaków praktyk łowieckich i innych specjalistów od „świętej normalności”.

Taka cenzura nie jest już oczywiście możliwa poza granicami Polski – tam nie sięga władza PiS-u i Jarosława Gowina, a religijne myślenie od dawna nie przynależy już do świata nauki. I właśnie dlatego równouprawnienie antynaukowej ciemnoty musi dokonać się na poziomie naszego kraju i to z wyraźną pomocą lokalnego ministerstwa. Inaczej się nie da, w tym konkretnym wypadku nie pomogą rynki i zagraniczne listy czasopism. Kapitał już od dawna nie daje punktów za polski katolicyzm.
Zatrudnianie lewicowych i liberalnych naukowców już teraz stanowi ryzyko i wyzwanie. W przyszłości zaprojektowanej przez Ordo Iuris polska, niezależna od doktryny kościoła, nauka zostanie ograniczona do mniejszościowej, eksportowej opinii. Większość będzie zawsze po stronie polskiego kościoła i jego zwolenników, którzy w imię „pluralizmu” i „wolności” otrzymają status naukowców. To ta większość otrzyma najlepsze ścieżki finansowania, a nauka przestanie być racjonalnym, oświeceniowym procesem dochodzenia do prawdy. Zamiast tego stanie się zakładnikiem wiary i religijnych domysłów powstających na użytek bieżącego, prawicowego ogłupiania.

W warunkach religijnej hegemonii równouprawnienie klerykalnej doktryny i zrównanie jej z nauką doprowadzi do dominacji tej pierwszej. „Wolność słowa” obejmie m.in poglądy, w myśl których obywatele niebędący heteroseksualnymi katolikami to ludzie drugiej kategorii. Na polskich uniwersytetach już teraz rozwijają się koła naukowe zakładane przez Ordo Iuris, a poglądy skrajnej prawicy i religijnego fundamentalizmu stale przenikają przez mury uczelni. PiS potrzebuje własnych naukowców dokładnie tak samo, jak własnych sędziów.

Akademia się broni

Nie jest to przy tym w żaden sposób proces naturalny – świat nauki mimo dominacji prawicy nadal w dużej mierze opiera się bezpośrednim, politycznym naciskom. Uniwersytet żyje bowiem z dążenia do prawdy, ze zdolności do krytycznego myślenia i jest w duchu racjonalny. Metodami demokratycznymi nie da się zrobić z naukowców głosicieli prawdy objawionej, ani nawet skłonić ich do tego, by uznali religijne dogmaty za jedno z wielu równoprawnych stanowisk.

Jednocześnie PiS nie wie, co to racjonalizm i nie potrafi przetworzyć swej doktryny na pełnoprawny światopogląd naukowy. Tworzenie „stref wolnych od LGBT” naprawdę nie mieści się w obrębie żadnej koncepcji naukowej… Tak więc uznano, że naukę należy skopać i odgórnie zmienić. I nazwać to „ochroną wolności”.

Dzieje się to wszystko – jak często w Polsce – w oparach absurdu. Jarosław Gowin i jego ekipa cierpią bowiem na wybitną sprzeczność wynikającą z faktu, że z jednej strony bardzo chcą być Zachodem i nowoczesnymi ekspertami ocenianymi przez zachodnie gremia, ale z drugiej strony panicznie boją się też tego samego Zachodu, ponieważ doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ich chrześcijańsko-konserwatywny, antyekologiczny i homofobiczny światopogląd, i rodowód to absolutny margines i powód do uprawnionego wstydu. To nic innego, jak ideologia spoza świata nauki, prędzej przynależąca do realiów rodem z Arabii Saudyjskiej i zjazdów płaskoziemców niż do jakiejkolwiek poważnej refleksji i debaty.

Wolność dla Ciemnogrodu

„Narastająca agresja ideologiczna”, z którą walczyć chce Jarosław Gowin to w związku z tym nic innego, jak… sama nauka i jej autonomia od prawicowego ciemnogrodu.

Bo nauka to nie polityczny jarmark. To zestaw falsyfikowalnych teorii. To dowody i określona metodologia badań naukowych. Naukowe nie są natomiast religijne dogmaty, propagandowe wartościowanie, czy powoływanie się na nadprzyrodzone moce lub jakiekolwiek „normalności”. Polityczny bazar „wolności” – o który deklaratywnie zabiega Jarosław Gowin – to nic innego, jak wyrugowanie refleksji naukowej i sprowadzenie jej do roli równoprawnego konkurenta dla poglądów wygłaszanych przez Ojca Rydzyka. A później jego dominacja.

To także jeszcze większe zagrożenie dla polskiej myśli naukowej i realne ryzyko pogrążenia narodowej kultury. Już wkrótce obudzimy się w kraju, gdzie nieliczni, prawdziwi naukowcy będą tworzyć wyłącznie po angielsku i na eksport. A tymczasem tworzona w języku polskim produkcja „naukowa” będzie zarezerwowana dla wybranych księży, przyjaciół rządowych poglądów i zalegalizowanych przez ministerialną komisję prawdy rodzimych homofobów. Gwarantuję, że dla nich znajdą się etaty, granty i środki na pisanie… nawet po polsku! I to będzie właśnie nasza „wolność” – wolność do bycia atolem europejskiego ciemnogrodu.

Ordo Iuris triumfuje w Łodzi

Sejmik woj. łódzkiego przyjął 28 stycznia Samorządową Kartę Praw Rodzin. Obrońcy praw człowieka alarmują: uderzono we wszystkie „nietradycyjne” rodziny, podeptano prawa ofiar przemocy domowej.

Jak wskazują aktywiści łódzkiej Fabryki Równości, zapisy w karcie są nieprecyzyjne i prowadzą prostą drogą do dyskryminacji. Rodzina, która w myśl karty ma być otaczana szczególną opieką, otrzymywać pomoc od samorządu to tylko heteroseksualne małżeństwo z dziećmi. Rodziny niepełne czy rekonstruowane, niezależnie od tego, dlaczego tak wyglądają, zostają poza marginesem, chociaż często to właśnie one bardziej potrzebują pomocy instytucji publicznych. Rzecz jasna rodzinami nie są w przekonaniu prawicy także pary jednopłciowe wychowujące dzieci.
– Należy zwrócić również uwagę na fakt, że SKPR po skonkretyzowaniu się w zapisach prawa lokalnego wydłuży listę podmiotów mogących zablokować realizację zajęć antydyskryminacyjnych uczących m.in. szacunku do różnorodności i jej wszelkich aspektów. Sposób sformułowania SKPR poddaje w wątpliwość dbałość o dobro dzieci, ich zabezpieczenie przed krzywdą wynikającą z dysfunkcji rodziny oraz ograniczenia dostępu dzieci i młodzieży do merytorycznej wiedzy – czytamy w stanowisku Fabryki.

Zamieść przemoc pod dywan

Na kolejne zagrożenia związane z forsowanym przez Ordo Iuris dokumentem zwracają uwagę Kamil Maczuga i Magdalena Dropek w petycji do radnych sejmiku wojewódzkiego. Aktywiści podkreślają, że Karta nie tylko wyklucza wszystkie rodziny odbiegające od „jedynego słusznego” wzorca, ale też wzywa do „ograniczenia uprawnień wyspecjalizowanych organizacji walczących z alkoholizmem, przemocą w rodzinie czy narkomanią zakładając, że integralność rodziny jest ważniejsza niż bezpieczeństwo osób doświadczających przemocy”.

– Realizujemy zadania pomocowe finansowane ze środków samorządowych. W karcie pojawia się zapis o ochronie integralności rodziny, która może zostać uchylona tylko w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia. Pomagając ofierze przemocy domowej rozwieść się z oprawcą możemy według autorów karty uderzyć we wspomnianą integralność rodziny – powiedziała łódzkiej „Gazecie Wyborczej” dyrektorka Centrum Praw Kobiet Anna Głogowska-Balcerzak.

Strefa dyskryminacji rośnie

Wobec faktu, że PiS ma większość w sejmiku, obawy obrońców praw człowieka zostały puszczone mimo uszu. „Za” głosowało 18 przedstawicieli tejże partii i jedna radna KO, która przeprosiła potem za pomyłkę. „Przeciw” – dziesięcioro reprezentantów KO. Wstrzymało się dwoje radnych PSL. Bartosz Staszewski, aktywista na rzecz równości i różnorodności zauważył, że za sprawą ofensywy prawicowych fundamentalistów po uchwale przyjętej w Łodzi już prawie 1/3 mieszkańców Polski żyje w „strefach wolnych od LGBT”, nawet jeśli w tym najnowszym przypadku nie użyto wprost takiego sformułowania.

IKEA a sprawa polska

Oczywiście, macie wszyscy rację: to źle, że zagraniczny kapitał przejmuje funkcje wychowawcze i zasadza się na kształtowanie poglądów dorosłych ludzi. Ale o kim to świadczy? O kapitale czy o nas? Nasze państwo nawaliło jak jeden mąż: nawaliła edukacja, nawaliła podstawowa komórka społeczna. Nad tym się trzeba zastanowić, a nie nad prawdopodobieństwem, czy osoba przytaczająca nienawistne cytaty rzeczywiście wyciągnie maczetę i po jakim czasie.

Sytuacja umożliwiła Tomaszowi K. męczeństwo. Po prostu. To klucz do sukcesu wszelkiej konserwy w Polsce. Pracodawca zaś, według Marii Świetlik, Grzegorza Ilnickiego i innych działaczy związanych z Inicjatywą Pracowniczą – miał zafajdany obowiązek zapewnić atmosferę bezpieczeństwa pozostałym pracownikom (na przykład umożliwić im niebycie szykanowanym i nieczytanie w intranecie agresywnych wpisów).
Prócz tego IKEA, jako firma zaangażowana, z bardzo sztywną polityką wewnętrzną, pozbyła się po prostu pracownika, który te normy naruszał, sprzeciwił im się na podstawie świadomej decyzji, mówiąc w skrócie sabotował działania swojego zakładu pracy.
Trudno oczekiwać, by sieć ryzykowała ewentualne pozwy od innych pracowników (w komunikacie firmy utrzymywano, że zgłosiły się osoby, które wpis Tomasza K. najzwyczajniej przestraszył).
Mnie również, zupełnie jak redaktorowi Łukaszowi Mollowi, nie podoba się przejmowanie wychowanie i kształtowania światopoglądu przez obce korporacje. I tak – jest to świat postawiony na głowie z punktu widzenia kogoś mającego serce po lewej stronie. Ale z trzeciej zaś strony skoro inne instytucje zawiodły, czemu nie przyjąć, że popełniliśmy błąd w sprawie Tomasza K. Po prostu – daliśmy ciała. IKEA nie jest od tego, żeby go naprawiać, nie są od tego również pracowniczy kolektyw. Taką pracę, jak słusznie zauważa Piotr Nowak w jednym ze swoich felietonów, mogłyby podjąć (i czasem robią to z powodzeniem) związki zawodowe.
Ale tu cała awantura jest obecnej władzy bardzo na rękę: przekierowuje uwagę nie na problemy pracy i płacy, ale rzekome cenzurowanie i prześladowanie za wiarę przez pracodawców. Według znajomych prawników IKEA przegra sprawę w sądzie, jeśli zwolniła Tomasza K. dyscyplinarnie. Jeśli zwolniła go w zwykłym trybie – wygra.
Zdumiewające jest jednak otaczanie opieką przez niektórych moich lewicowych kolegów postaw faszystowskich. Zdają sie oni nie widzieć podwójnego zakrętu na tej drodze: lewica ma za zadanie bronić słabszego w stosunkach społecznych. Pracownik jest stroną słabszą od pracodawcy. Ale pracownik nieheteronormatywny jest stroną najsłabszą ze wszystkich.

Modlitwa patałacha

Pracownicy polskiego systemu opieki zdrowotnej jakoś nie mają szczęścia do zwierzchników. Jak nie dogmatyczni zwolennicy prywatyzacji, to katoliccy fundamentaliści albo zwykli nieudacznicy.

 

Przegląd szefów ministerstwa wywołuje przykre reminiscencje. W ostatnich latach wydawało się jednak, że gorzej już być nie może. Najpierw w 2016 zastrajkowały pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka, mając serdecznie dość pracy za poniżające stawki w p0nadnormatywnym wymiarze godzinowym. Ówczesny minister Konstanty Radziwiłlł, szlachcic herbu Trąby, postanowił zagrać według zasady dziel i rządź – szczuł społeczeństwo i pacjentów na pielęgniarki lekarzy przedstawiając ich jako środowisko roszczeniowe i niebezpieczne. Całe szczęście – niezbyt skutecznie. 16-dniowa bitwa zakończyła się zwycięstwem protestujących, a minister wyszedł z tego boju z pokiereszowanym wizerunkiem. W ubiegłym roku zbuntowali się młodzi lekarze, domagając się nie tylko podwyżek, ale również, zgodnie z logiką i społeczną odpowiedzialnością – wzrostu publicznych nakładów na całą opiekę medyczną. Tym razem był to protest ogólnopolski.

Radziwiłl kompletnie sobie nie radził w negocjacjach, z Nowogrodzkiej zaczęły się dobywać groźne pomruki i stało się to, co musiało się stać – podczas rekonstrukcji rządu w styczniu 2018 roku głowa hrabiego-ministra została zatknięta na kiju.

I wtedy w resorcie przy ul. Długiej zjawił Łukasz Szumowski, ojciec czwórki dzieci, człek ponoć zaradny i koncyliacyjny, cieszący się w kręgach rządowych nieposzlakowaną reputacją moralną. Przyszedł z gotowym planem porozumienia. Konflikt z rezydentami zakończył jak ręką odjął. Szumowski zapewnił też, że w mocy zostanie utrzymane porozumienie z ratownikami medycznymi, zawarte jeszcze za czasów Radziwiłła, w lipcu 2017 roku. Przez kilka kolejnych miesięcy resort zajmował się przygotowaniem ustawy, a w służbie zdrowia panował długo oczekiwany spokój.
Okres ten zakończył się tydzień temu, kiedy rezydenci zobaczyli projekt ustawy. Okazało się, że zmiany znacznie odbiegają do ustaleń wynegocjowanych z ministrem Szumowskim. O tych rozbieżnościach pisaliśmy tutaj. Minister najwyraźniej miał młodych lekarzy za głupków, którzy nie potrafią przeczytać ze zrozumieniem dokumentu.

„Nie wierzę w dobrą wolę resortu. Może to być próba oszukania nas i wyłączenia z podwyżek pewnej grupy lekarzy. Problemów zaczyna się robić bardzo dużo i to nie są błędy, które się pojawiły, bo ktoś czegoś nie dopilnował. To są błędy merytoryczne, które są wprowadzone celowo. To jawne łamanie zawartego porozumienia – mówił rzecznik prasowy rezydentów Marcin Sobotka. Rozbieżności do dziś nie zostały wyjaśnione, lekarze tracą cierpliwość i coraz częściej mówią o strajku jako jedynym środku dialogu.

Nie minął tydzień, a wybuchła kolejna bomba z gównem. Resort Szumowskiego zaprezentował bowiem projekt nowelizacji ustawy o działalności leczniczej, który miał poprawić warunki pracy ratowników medycznych. Okazało się, że obiecane dodatki otrzymają załogi ambulansów, ale już nie ratownicy pracujący w izbach przyjęć. Przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego Roman Badach-Rogowski już teraz mówi, że ustawa w obecnym kształcie jest dla ratowników nie do zaakceptowania.

Łukasz Szumowski jako jeden z 4 tys. medyków podpisał „Deklarację wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej”, stworzoną przez Wandę Półtawską – katolicką fundamentalistkę, fanatyczną działaczkę antyaborcyjną i przyjaciółkę kontrowersyjnego papieża Jana Pawła II. Niedawno na Jasnej Górze zawierzył też polską służbę zdrowia Matce Boskiej. Nie wiadomo, czy Najświętsza Panienka ma równie dobre zdanie o szefie resortu, co on sam o sobie.

Religijny fanatyzm nigdy nie zastąpi kompetencji i elementarnej uczciwości w dotrzymywaniu danych obietnic. Powiem więcej, gwarantuje, że odwoływanie się do sił nadprzyrodzonych jest stale stosowanym przez obecną władzę chwytem, by ukryć fakt, że rządzą nami nieudacznicy. Najgorsze, że są jeszcze ludzie, którzy dają się na to nabrać. Ale to już niedługo.