Abonament za wybory

O ile błędy lekarzy kryje ziemia, to błędy polityków pokrywa obywatel.

5 mln zł, wydane przez Pocztę Polską na worki do niebyłych wyborów korespondencyjnych, to mniej więcej tyle, ile wynosi roczny zysk tego przedsiębiorstwa. 68 mln zł, które utopiła Poczta na karty, oświadczenia, koperty i cholera wie co jeszcze, to szmalec, którego odrabianie może dla tej instytucji trwać dziesięciolecia. Ale wcale nie musi. W PiS wymyślono właśnie, kto i w jaki sposób za „sasinowe wybory” Poczcie Polskiej zapłaci.
Mówi komuś coś kwota 22,70 zł? Jeśli nie, to może inna, wynosząca 245,15 zł? Jeżeli w dalszym ciągu ktoś nie wie o co biega, to pora wyjaśnić, że to pierwsze, to obowiązujący w tym roku miesięczny abonament radiowo-telewizyjny, zaś drugie to, to samo, ale gdyby ktoś chciał go zapłacić za rok z góry. Pieniądze za abonament pobiera Poczta Polska. Choć jeszcze przed październikowymi wyborami politycy rządowi zapluwali się, że z tą forma płacenia za radio i telewizję już koniec. Obowiązywała wtedy narracja, że KRRiT będzie zasilać Telewizję Polską i radia publiczne wyłącznie środkami pochodzącymi z budżetu państwa.
Poczta Polska, jako firma państwowa nie komentowała wtedy tych enuncjacji, ale na członków jej zarządu padł blady strach. Listonosze i panie w okienkach domagali się podwyżek płac, a jedyna pewna kasa dla poczty pochodziła przecież z poboru abonamentu. Z takiej sobie prowizji, wynoszącej 6 proc., robiło się rocznie ponad 50 mln zł, które poczta brała dla siebie.
Szmalec za należności dla KRRiT też nie musiał być przecież przelewany od razu. Ponieważ wynosił – łącznie z karnymi odsetkami i karami za telepajęczarstwo, czyli za niezarejestrowany telewizor – ok 800 mln zł rocznie, to był dla poczty idealną finansową poduszką powietrzną, zapewniającą firmie płynność finansową.
Gdy było po wyborach, prezes poczty szybko wykonał kilka stosownych telefonów i mógł już spać spokojnie. Dowiedział się, że nikt w rządzie o obietnicy rezygnacji ze ściągania abonamentu nie pamięta.
Pocztowcy mogli zatem ze spokojem robić to, co przez ostatnich kilka lat. Szczuć na ludzi kontrole i komorników. Mieli na kogo. Na 13,57 mln gospodarstw domowych w Polsce, 96,4 proc. ma telewizory, z czego zarejestrowało je 48,28 proc. Według danych KRRiT 3,69 mln osób, czyli ponad połowa, jest zwolnionych z abonamentu rtv. W związku z czym abonament opłaca niecały milion osób z telewizorami. Znaczy mniej niż co trzeci mający taki obowiązek.
Nic zatem dziwnego, że rocznie poczta rozsyła średnio ponad pół miliona upomnień i wystawia ponad 150 tys. tytułów wykonawczych wobec opornych dłużników. Tylko w tym roku, od stycznia do kwietnia Poczta Polska skierowała do urzędów skarbowych prawie 35 tys. tytułów wykonawczych, w oparciu o które urzędy skarbowe egzekwują zaległe należności. Co nie jest dziwne, bo wszak z każdej zwindykowanej płatności Poczta też ma swoje 6 proc. prowizji.
Uspokojona Poczta, bezstresowo przyjęła zatem budżetowy zastrzyk 1,97 mld zł, dla mediów publicznych z początku roku. Był on dokładnie tym samym, co w 2017 r. gdy media odbite przez PiS, dostały od podatników 1,677 mld zł i w 2018 roku, gdy ze środków publicznych powędrowało dla propagandystów władzy – 741,5 mln zł. Góra pieniędzy budżetowych w żaden sposób nie wpłynęła na to, że zrzucający się na te kwoty obywatele nie mieliby zapłacić za to samo jeszcze raz. W formie abonamentu właśnie.
Parę tygodni temu minister aktywów Jacek Sasin postanowił zrobić dobrze prezydentowi Dudzie pokazując, jaki to dobry dla suwerena jest rząd Zjednoczonej Prawicy. Na Twitterze Sasina poszło w świat, że „Kwestia ściągalności abonamentu RTV to smutna spuścizna rządów Donalda Tuska. To kolejna kwestia do gruntownego przemodelowania po naszych poprzednikach. Obecnie – biorąc pod uwagę wyjątkowe okoliczności – poprosiłem Pocztę Polską o wstrzymanie działań w tym zakresie”.
Wszyscy w kraju, od czasu wyborów kopertowych, sądzą, że to Sasin nadzoruje Pocztę Polską. Nieprawda. Czapą nad Pocztą jest bowiem Minister Infrastruktury, więc Sasin może poprosić o co tylko chce, tyle, że PP może to mieć w poważaniu.
Ale ponieważ Sasin to wicepremier, zarząd nie mógł go całkiem olać. Poczta Polska w związku „z intencją wyrażoną przez ministra aktywów państwowych pana Jacka Sasina w dniu 7 czerwca br. w zakresie wstrzymania realizacji przez Pocztę Polską S.A. zadań związanych z pobieraniem opłat abonamentowych” skierowała zatem pisma do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz do Ministra Infrastruktury i Ministra Finansów z pytaniem o co chodzi. Bo firma ma narzucony milionem aktów prawnych obowiązek ściągania abonamentu, a nie robienia tego, co każe twitt od Sasina.
Instytucje piszą odpowiedź, ale do suwerena poszło przedwyborcze przesłanie, że PiS niepłacącemu elektoratowi odpuści.
Mało kto doczytał, że rzecz idzie nie o koniec abonamentu, lecz ledwie o wstrzymanie egzekucji na czas pandemii. A tak naprawdę o to, żeby żadna gazeta przed wyborami nie wyskoczyła po raz enty, ze staruszką, która wyrejestrowawszy telewizor 5 lat temu, dostaje teraz nakaz zapłacenia 2 tys. zł, plus kara i odsetki.
Oczywiście Tomasz Zdzikot, nowy szef poczty, mimo że nie miał odpowiedzi od rzeczonych ministerstw, i tak windykację wstrzymał. Ale on – w przeciwieństwie do wyborczej gawiedzi – wiedział, że warto to zrobić.
Wiedział, o czym zaraz po pocztowej, wyborczej wtopie Sasina zaczęto debatować na Nowogrodzkiej. Skąd wziąć 70 mln zł dla Poczty Polskiej mianowicie. Wiedział też na czym stanęło.
Plan jest nader prosty. Teraz Poczta abonamentu przez chwilę nie pobiera. Zacznie tuż po wyborach, bez względu na ich wynik. Ale ponieważ w dobie koronawirusa nic nie będzie takie jak było, to ściąganie abonamentu RTV stanie się dla Poczty Polskiej opłacalniejsze w dwójnasób. Zamiast 6 proc. prowizji ma być 12. Poczta chciała o 3 więcej, ale w rządzie uznano, że 15 proc. za przelanie kasy z konta na konto, to jednak byłaby przesada.
Ponoć prezes dostał też obietnicę, że powstanie nowa, specjalna taryfa dla ściąganego zadłużenia RTV, oczywiście znacząco wyższa niż dzisiejsze kary i odsetki. Rzecz jasna partycypacja Poczty Polskiej w tych przychodach też wynosiłaby 12 proc.
Co prawda w plecy byłaby KRRiT, ale nie będzie. Przecież za rok, w ramach rekompensaty za cośtam, cośtam, dostanie z budżetu kilkaset milionów więcej. Poczta Polska zaś, w ciągu roku, góra półtora, pozbędzie się kopertowego balastu Sasina, a potem będzie mocno do przodu.
Gdyby więc ktoś spytał, kto zapłaci na nieodbyte wybory, to okaże się, że będą nimi zarówno wszyscy oburzający się na PiS podczas oglądania TVN, jak i ci miłujący władzę śledząc paski w TVP Info.

Flaczki tygodnia

Przyszły, wybrany „z koperty” prezydent Polski będzie miał bardzo słabą pozycję polityczną. Niezależnie czy będzie nim Andrzej Duda, Małgorzata Kidawa- Błońska , czy Władysław Kosiniak- Kamysz. Już sam sposób i czas przeprowadzenia wyborów prezydenckich zdeterminuje jego przyszłą, niską legitymację do sprawowania władzy.

Taki słaby, bojkotowany przez znaczną część, lub nawet większość obywateli, przyszły prezydent PR leży w interesie jedynie jaśniepana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Dla tego psycho dyktatora każdy słaby politycznie prezydent korzystnym jest.
Niezależnie czy będzie to pan Duda czy pani Kidawa- Błońska. Bo jeśli prezydentem RP będzie Kidawa – Błońska, lub inny kandydat opozycji, to wówczas jaśniepan prezes nie uzna tej kandydatury.
On i jego wyznawcy będą bojkotować prezydenta opozycji. I zwalczać go na każdym kroku.
Jeśli prezydentem RP zostanie ponownie pan Andrzej Duda, to jaśniepan prezes będzie robił wszystko żeby opozycja bojkotowała i na każdym kroku zwalczała „prezydenta z koperty.
Aby pan prezydent Duda porzucił wszelkie myśli o wyrwaniu się na polityczną niepodległość.

Jaśniepan prezes Kaczyński jest mistrzem i miłośnikiem tworzenia konfliktów i podziałów społecznych. Kreowania kolejnych wrogów Polski.
I zarządzania Polską przez walkę z wykreowanymi kryzysami i demonami antypolonizmu.
Teraz, ku jego zmartwieniu, społeczeństwo polskie dotknął prawdziwy, nie wykreowany kryzys. I to tak złośliwie dotkliwy, że nawet sam jaśnie pan prezes nie potrafiłby go wymyśleć.
Okazało się że mały wirus bardziej potrafił przestraszyć Polki i Polaków niż wielki prezes.
Dlatego każdy poważny psycho dyktator z zazdrości znienawidziłby takiego wirusa.

Aby kraj nasz poradził sobie ze zdrowotnymi i ekonomicznych skutkami obecnej zarazy potrzebuje teraz sprawnej, czyli też silnej władzy. Silnej nie słabością spacyfikowanej lub podzielonej opozycji. Przeciwnie, tym razem silnej też opozycji wsparciem.
Polska pilnie potrzebuje teraz sprawnej władzy premiera i prezydenta. Silnej nie dekretami stanów nadzwyczajnych czy klęskowych, lecz swym autorytetem eksperckim i powszechnym społecznym zaufaniem.

Na razie pan prezydent Duda oraz pan premier Morawiecki i jego ministrowie robią wszystko żeby resztki swego eksperckiego autorytetu roztrwonić i zaufanie społeczne zupełnie stracić.
Nadal władzę swą legitymizują ostatnimi wynikami wyborów, które odbyły się w zupełnie innych warunkach gospodarczych, społecznych i politycznych.
Oraz wątpliwej jakości sondażami, które nadal dają im największy odsetek poparcia spośród wszystkich partii politycznych. Ale nawet te największe notowane poparcie nie daje już partii jaśniepana prezesa sejmowej większości.

Obecnie najskuteczniejszą legitymizację władzy obecnemu prezydentowi i premierowi daje śmiercionośny koronawirus.
To on jest niekoronowanym królem naszego kraju. On przecież, pod karą śmierci, zmusił obywateli naszego państwa do ograniczenia wszelkiej publicznej działalności, także wobec władzy opozycyjnej.

Jaśnie pan prezes Kaczyński zapewne obawia się powrotu polskiego życia politycznego do normalności po ustąpieniu zarazy.W interesie jego władzy jest stała obecność koronowirusa na terenie naszego kraju. Ów wirus, jak kiedyś Armia Radziecka, hamuje zapędy polskiego społeczeństwa do masowych antyrządowych wystąpień, strajków, ulicznych protestów przeciwko autorytaryzmowi władzy.
I pewnie dlatego psycho dyktator prze do wyboru posusznego sobie prezydenta pod osłoną śmiercionośnej zarazy.
Prze do wyborów polityką faktów dokonanych. I rękoma swych politycznych sług. Nawet za cenę łamania prawa.

Na czołowego „Prawołamacza” wyrasta teraz pan minister od atrakcyjnych posad państwowych Jacek Sasin. Organizuje wybory łamiąc obowiązujące prawo lub powołując się na regulacje jeszcze nie istniejące.
„Ja tylko wykonywałem rozkazy”- zapewne co rano powtarza sobie przed lustrem wykuwaną na pamięć sentencję. Przyszłą linię obrony.

Trwa w Polsce batalia kaczyńskiego pana ministra Sasina z prezydentami polskich miast. Pan minister Sasin i jego ludzie chcą od samorządów danych osobowych polskich wyborców. Prezydenci, zgodnie z obowiązującym prawem, odmawiają.
Spór jest tak teatralny, że można by pomyśleć, iż nie o spisy wyborców kaczystom chodzi. Tylko o przerzucenie odpowiedzialności za niezdolność do zorganizowania wyborów prezydenckich z pana ministra Sasina na samorządowców.
Bo przecież gdyby pan minister Sasin chciał szybko i sprawnie uzyskać dane wyborców, to skierowałby się do pana ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego. Trzymającego rękę na systemie PESEL. Ale nie skorzy stał z pomocy kolegi z rządu.

Ciekawe jest czemu pan minister Kamiński takich danych panu ministrowi Sasinowi nie wydał? Czy tylko dlatego, że jest świadom, iż byłoby to złamaniem prawa?
A on przecież już raz w swojej karierze prawo złamał i został sądownie skazany za to. Uratował go pan prezydent Duda, swym nadzwyczajnym ułaskawieniem.
Też z naruszeniem prawa i politycznego zwyczaju.

Jaśnie pan prezes Kaczyński prze do majowych wyborów prezydenckich ze świadomością, że może nie udać się ich zorganizować.
I dlatego tak misternie wciąga opozycję w swą grę. Aby potem na opozycję zrzucić winę za niezorganizowanie tych wyborów. Wmówić swojemu elektoratowi, że opozycja jest nie tylko antynarodowa, antykatolicka i niemoralna, ale też antypaństwowa i antysystemowa.
I właśnie dlatego, przy tak antysystemowej opozycji, pan prezes musi sięgnąć po środki nadzwyczajne.
Jak kiedyś Marszałek Piłsudski.

Grunt pod wyjątkowy stan sypią inni poddani prezesa. Pan minister rolnictwa Ardanowski rozpoczął polityczno- teatralną batalię piętnującą polskie firmy importujące zagraniczną żywność. By ubrać rząd w patriotyczne szaty. Nie wspomina, że w tym samym czasie rządowe agencje i firmy sprowadzają węgiel z Rosji, Mozambiku i Kolumbii. Wadliwe maseczki z Chin. A bezprawny druk kart do głosowania ministrowie zlecają niemieckiej drukarni.
Politycy PiS przekonują w TVP, że wybory prezydenckie są bezpieczne jak zakup golarki przez Internet. Tym samym zrównują pozycję i rolę prezydenta Rzeczpospolitej do kosmetycznego gadżetu.

Aby skutecznie i sprawnie wyjść z po pandemicznego kryzysu gospodarczego oraz zapaści społecznej, Polska musi mieć sprawny, powszechnie akceptowany parlament, rząd i prezydenta. Musi pozbyć się obecnego, patologicznego systemu sprawowania władzy. Psycho dyktatury „szeregowego posła” obecnej partii rządzącej.

Odsunięcie od władzy pana posła Jarosława Kaczyńskiego, zwanego jaśniepanem prezesem jest warunkiem wyjścia Polski z obecnego kryzysu gospodarczego, złagodzenia jego przyszłych skutków

Zamach majowy

„Druk kart do głosowania został podjęty”, ogłosił w telewizjach minister aktywów państwowych Jacek Sasin. Obwieszczając tym samym, że uknuty zamach stanu czas zacząć.

Jaśniepan prezes Kaczyński jawnie prze do zorganizowania majowych wyborów prezydenckich. Ma duże szanse spełnić swe zamierzenia, bo ma za sobą gromadę Sasinów, którzy wykonają każde zlecone zadanie pana prezesa. Bez względu czy będzie one zgodne z obowiązującym jeszcze prawem, czy już nie.

Prze do wyborów nie zważając na groźbę wzrostu ofiar mnożącej się na wyborczej pożywce pandemii.

Cóż, trwa walka o najlepszą Polskę. Przecież Historia, tak zapewne wierzy pan prezes, szybko przyzna mu rację. Skoro dziś czci się dowódców, którzy wywołali Powstanie Warszawskie i przy okazji stworzyli największy cmentarz w tej części Europy, to te dodatkowe ofiary zarazy, też zostaną złożone na kolejnym ołtarzu Ojczyzny.

Elity PiS szykują wybory prezydenckie tak, aby wygrał je Andrzej Duda. W każdym terminie i w każdym wariancie głosowania. Bez względu na ich konstytucyjność, prawość, frekwencję głosujących. Bez względu na późniejszą pozycję szalbiersko wybranego prezydenta RP.

Bez względu też na reakcję liderów Unii Europejskiej. Zresztą, im bardziej będzie ona krytyczna dla elit PiS, tym będzie lepiej dla narodowo-katolickiej propagandy i samopoczucia żelaznego elektoratu pana prezesa. Znów usłyszą, że wraża Europa nie chce propolskiego prezydenta.

Szykują się do wyborów z nadzieją na wsparcie, albo przynajmniej neutralną postawę, administracji prezydenta Donalda Trumpa. Jej głos będzie miał dla elit PiS znaczenie.

Dla dobrych, choć wasalnych relacji z administracją USA porzucą marzenia o kontrolowaniu lub opodatkowaniu dużych amerykańskich firm. Przełkną też każda krytykę płynącą z anten nietykalnej, bo „amerykańskiej” TVN.

Jeśli jednak wyborów nie uda się przeprowadzić w maju, z powodu zarazy albo kiepskiej logistyki armii pana prezesa, to opozycja dostanie lanie za jej parlamentarne obstrukcje.

Wtedy jaśniepan prezes nakaże, pan prezydent Duda ogłosi, a Sejm przegłosuje stan wyjątkowy.

Pluszowy dla zwolenników PiS i protegowanych pani ambasador USA. Kolczasty stan klęski dla obecnej opozycji, zwłaszcza tych „zdradzieckich mord”.

Wtedy pan prezydent Duda będzie mógł dalej „prezydencić”, a rządzące elity PiS skorzystać ze swych nowych „wyjątkowych” uprawnień.
Wprowadzić „wyjątkowo” cenzurę dla wybranych, czyli opozycyjnych mediów. „Wyjątkowo” i dodatkowo odizolować najbardziej aktywnych opozycjonistów. Dezorganizować „wyjątkowymi” metodami działalność opozycyjnych partii politycznych i sprzyjających opozycji instytucji.

Wtedy zarządzający Polską rząd będzie mógł pójść „koreańską” drogą. Preferowaną przez pana premiera Morawieckiego w polityce gospodarczej. Skopiować, lepiej lub gorzej, południowokoreański model rozwoju narodowego przemysłu.

Kryzys gospodarczy wywołany pandemią pozwoli rządzącym uzasadnić „wyjątkowe” zawieszenie obowiązywania kodeksu pracy, systemu emerytalnego, wprowadzenie pracy za przysłowiową „miskę kaszy”.

A rząd i jego bliscy „zawsze się wyżywią”.

Cóż zatem ma robić opozycja? Zwłaszcza ta lewicowa?

Teraz musi przeciwstawiać się majowym wyborom prezydenckim. Ale jednocześnie musi być gotową do uczestnictwa w nich. Najgłupiej byłoby już teraz ogłaszać bojkot majowych wyborów, demobilizować tym opozycyjny elektorat, schodzić bez walki z boiska.

Opozycja powinna już teraz przygotowywać się do PiSowskiego stanu „wyjątkowego”. Nosić zawsze szczoteczkę do zębów wraz z niezbędnikiem internowanego.

Powinna już teraz stworzyć system informowania i komunikowania się odpowiedni do „wyjątkowych” sytuacji. System opieki prawnej i materialnej na czas stanu wyjątkowego.

Powinna rozwijać i wzmacniać istniejące lewicowe media. Komunikację z międzynarodowymi organizacjami skupiającymi partie lewicowe, demokratyczne, proeuropejskie. Przygotowywać się na „długi marsz”. Na „wybory brzeskie”, nawet na „Berezę”.

Bo jeśli znów sprawdzi się spostrzeżenie Marksa, że historia powtarza się zwykle jako farsa wcześniejszego dramatu, to w systemie jaśniepańskiej psycho dyktatury lekko jej nie będzie.

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

Bigos tygodniowy

Próba analizy sensu i ewentualnych konsekwencji ruchów Gowina: planu a następnego dnia jego dymisji, to wróżenie z pomieszanych talii kart. Na tę chwilę rozebrać się tego nie da nawet z wódką. Mimo, że Jarosław Obłąkany przeforsował wczoraj głosowanie korespondencyjne, wszystko jeszcze może się zdarzyć, bo nie można przewidzieć dynamiki epidemii, ani być pewnym jak zareaguje Gowin na to, w jakim kształcie pisowska ustawa o głosowaniu pocztowym wyjdzie z Senatu. Jedno tylko jest pewne i jasne jak słońce nachodzącej ciepłej pory roku: doszło do rozszczelnienia (na razie tylko psychologicznego) obozu władzy i ta szczelina już na pewno się nie zasklepi.

Z całą powagą głupoty i bezczelności w jednym, PiS zmieniło z dnia na dzień swoją rolę. Z kilkuletniego „szafarza łask i beneficjów” zmieniło się w twardego „strażnika budżetu”, w „psa ogrodnika”. Odrzucając poprawki opozycyjnego Senatu do „tarczy antykryzysowej”, partia „socjalna” zamieniła się w „cerbera” godnego najtwardszych neoliberałów. Czy to może nie wpłynąć (choć nie od razu) na wizerunek tej partii i na skalę poparcia dla niej? Czy może ona uniknąć rozmagnesowania, które sprawi, że prędzej czy później opuści ją elektorat klientelistyczny, interesowny, rozmaici „rwacze”, dla których PiS miało znaczenie tylko w postaci rządu-hojnej skarbonki? Zaryzykuję hipotezę, że nie uniknie ono tego odczarowania, choć nie nastąpi to od razu. Fanatycy z marszów smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu, większość aktywistów „Klubów Gazety Polskiej” i temu podobny element przy PiS zostanie, najbardziej zajadła część kleru także. Ale reszta? W imię czego? I pomyśleć, że rozbujane, pełne zarozumiałości i pychy obietnice PiS jeszcze sprzed kilku tygodni, mają dziś wartość marki polskiej sprzed reformy Grabskiego w 1924 roku – tyle są warte, co papier, na którym je wydrukowano.

Rząd Jego Kaczej Mości ogłosił kolejne obostrzenia. Jedną z ofiar rygorów stały się chrześcijańsko-katolickie Święta Zmartwychwstania Pańskiego zwane Wielkanocą. Po raz pierwszy z dziejach Katolickiej Polski, gdy nawet pod tyranią carów, CK-cesarzy, kaiserów, Hitlera i Stalina jajka na twardo i lukrowaną babkę tudzież mazurki zapijano wódką w gronie rodziny i znajomych, będzie to radykalnie limitowane, podobnie jak wyjazdy na święta do rodziny. Koronawirus zadał też cios tradycyjnym, kameralnym wielkotygodniowym towarzyskim „jajeczkom” w zakładach pracy oraz w rozmaitych zakamarkach i pakamerach. Nie da się ukryć, że uszczerbek na dochodach poniosą też księża katoliccy parafialni. Dlatego Rząd Jego Kaczej Mości chce im ulżyć jak innym przedsiębiorcom. Przy ponurej okazji okazało się, że Kościół to biznes jak każdy inny. „Oto wielka tajemnica wiary – złoto i dolary” – jak nucił jeden z księży w „Klerze” Smarzowskiego. Nucił po pijaku, a więc szczerze.

Głosowanie korespondencyjne jako takie może być oczywiście jedną z równoprawnych form udziału w wyborach, ale po spełnieniu kilku warunków. Nie może odbywać się na pałę, w warunkach ogólnoświatowej pandemii, a przede wszystkim nie może odbywać się w tych warunkach po raz pierwszy, czyli w trybie poniekąd eksperymentalnym, próbnym. Oszalały pęd Jego Kaczej Mości (dalej JKM) do odbycia wyborów w zaplanowanym terminie, to wyraz jego strachu przed kruszejącymi perspektywami politycznymi dla PiS na przyszłość. Stracili Senat, Gowin bryka i w nowej sytuacji wcale nie ma stuprocentowej pewności, że znów „zagłosuje choć nie będzie się cieszył”. Może zechce wykorzystać szansę na jakąś woltę, którą po części oczyści się z grzechu wiernej służby JKM. Jeśliby JKM stracił jeszcze prezydenta, to w warunkach nadchodzącego kryzysu posiadanie rządu jedynie w oparciu o większość sejmową, może być raczej obciążeniem niż zyskiem. I choć Adrian, zwłaszcza w drugiej kadencji mógłby być mniej przewidywalny, to byłby przynajmniej minimalnym zabezpieczeniem. Lepszy bowiem wróbel w garści, niż orzeł na dachu.

„Zamiast gromadzić rezerwy na czas nieuchronnego kryzysu, postanowił pójść w budżetową bulimię”. No i popełnił zbrodnię niemającą sobie równych: „przeznaczył 2 mld zł rocznie na plugawą propagandę w mediach partyjnych: na disco polo, dewocję, Kurskiego, Pereirę, Ogórek, Ziemkiewicza, Rachonia, Ziemca i innych popleczników PiS, typów równych starszym kolegom ze „Stürmera”, czy „Radio TelevisionLibre des MilleCollines”, rozgłośni radiowej w Rwandzie oskarżanej o przyczynienie się do ludobójstwa w tym kraju” – napisał kompozytor Antoni Komasa-Łazarkiewicz. I dodał, odnosząc się do Jego Kaczej Mości: „Ten hazardzista o wyraźnych cechach charakteru rozszerzonego samobójcy, zamiast zamknąć się na jakiejś farmie ze swoimi wyznawcami i zażyć tam cyjanek, postanowił utopić kraj we krwi, skazując na śmierć tysiące swoich własnych wyznawców i łapiąc za twarz i za jaja pozostałych”.

„To oni są klęską żywiołową” (Donald Tusk o PiS).

Jakoś nie słyszałem, by w tej nawalance o wybory, ktoś zwrócił uwagę na to, że dokonanie wyboru korespondencyjnego oznacza złamanie zasady tajności wyborów! Przecież każdy, kto zechce w ten sposób zagłosować musi podać na kopercie swoje nazwisko i adres. A to oznacza, że ujawni to, co w normalnym trybie skrywane jest za kotarą w lokalu wyborczym. Czy nikt tego nie zauważył? Chyba, że się mylę? Ja w każdym razie na warunkach Jarosława Obłąkanego w wyborach udziału nie wezmę.

A poza tym mijają 33 dni od dnia (6 marca) gdy PiS uchwaliło, a Adrian klepnął dwa miliardy złotych na szczujnię TVPiS. A przecież dziś tak bardzo przydałyby się na walkę z epidemią, choćby na maski ochronne.

Sądy powinny mieć wolne

Kontrowersyjny apel dużej części sędziów. Ich zdaniem, ograniczenie pracy poczty to powód do wstrzymania praktycznie całej działalności sądów.

Niech sądy w całym kraju niezwłocznie zaprzestaną czynności (poza wyjątkowymi przypadkami nie cierpiącymi zwłoki) wskutek siły wyższej w postaci epidemii koronawirusa – taki apel do Ministerstwa Sprawiedliwości wystosowało stowarzyszenie sędziów Iustitia.
Od kilku dni odwoływane są rozprawy w większości sądów w Polsce, jednak nie oznacza to, że sądy zaprzestały pracy. Wciąż wysyłana jest z sądów korespondencja do osób, które mają swoje sprawy w sądzie. Czasami doręczenie takiego listu z sądu powoduje, że zaczyna biec termin np. do wniesienia apelacji. Kto nie złoży pisma w terminie, straci szansę na zmianę wyroku
Tymczasem, prof. Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów polskich Iustitia wskazuje: „Z całego kraju dostajemy sygnały, że poczta istotnie ograniczyła działalność. Przed urzędami pocztowymi tworzą się kolejki osób, które muszą wysłać swoje pismo, bo ucieka im termin. Nie mogą go złożyć w sądzie, gdyż zamknięto biura podawcze w sądach. Sytuacja, gdy tak wiele osób spotyka się w placówce pocztowej, rodzi na pewno ryzyko zarażenia koronawirusem.”
W przyjętym przez zarząd stowarzyszenia Iustitia stanowisku, sędziowie apelują do Ministerstwa Sprawiedliwości, żeby sądy w ogóle zaprzestały czynności, poza sprawami pilnymi. „Nie można teraz zmuszać ludzi do stania w wielogodzinnych kolejkach na poczcie i wyboru: albo własne zdrowie, albo utrata terminu do wniesienia apelacji” – podkreśla prof. Krystian Markiewicz.
Fizyczny dostęp interesantów do sądów został bardzo ograniczony, strony i pełnomocnicy nie mają dostępu do akt. Rozprawy i posiedzenia jawne są co do zasady odwoływane. Poza tym jednak sądy nadal pracują, choć trudno to nazwać normalną pracą. Sędziowie wydają orzeczenia na posiedzeniach niejawnych. Sekretariaty starają się wykonywać zarządzenia. Formalnie nie wstrzymano doręczeń pism sądowych. Oznacza to dla stron oraz pełnomocników konieczność odbioru korespondencji, a także wizytę na poczcie, ewentualnie w sądzie.
Niewprowadzenie restrykcyjnych ograniczeń może przyczynić się do roznoszenia wirusa i rozprzestrzeniania się epidemii. Szczególnie w przypadku osób starszych jest to bardzo niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia. Należy podkreślić, że ze wszystkich stron płyną sygnały o pozostanie w domach.
Dlatego sędziowie z Iustitii przyłączają się do stanowiska Naczelnej Rady Adwokackiej, mówiącego, że niezbędna jest zmiana ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. W projekcie legislacyjnym, opracowanym przez NRA przewiduje się między innymi zawieszenie z mocy prawa postępowań sądowych w określonych przypadkach, zawieszenie biegu terminów oraz brak skutków prawnych doręczenia korespondencji sądowej.
Brak rozwiązań ustawowych co do biegu postępowań sądowych w okresie zagrożenia epidemicznego, może doprowadzić do naruszenia na masową skalę podstawowych praw człowieka i obywatela, chronionych przez Konstytucję RP – takich jak prawo do życia, zdrowia oraz prawo do sądu. Może też być powodem wytaczania wielu nowych spraw o przywrócenie terminu do dokonania czynności procesowych – a to dodatkowo obciąży wymiar sprawiedliwości.
„Jeśli zaraz sądy nie wstrzymają czynności to za kilka miesięcy zaleje je fala wniosków o przywrócenie terminów. Czas, aby Ministerstwo Sprawiedliwości reagowało zanim pojawią się problemy, a nie gdy jest za późno. Akurat w takiej sytuacji należy ustawę uchwalić w kilkanaście godzin.” – podsumowuje prezes Iustitii.

Życie ze spamem

Systematycznie spada poziom ostrożności użytkowników poczty elektronicznej.

Podobnie do ubiegłych lat, większość wiadomości przychodzących na nasze skrzynki mailowe, to informacje, których nie chcemy otrzymywać. Przeprowadzone badanie wskazuje, że prawie 40 proc. ankietowanych odbiera dziennie od 4 do 10 wiadomości spam
Takie wyniki przyniósł szesnasty już raport wykorzystania poczty elektronicznej przygotowany przez Sare.pl. Przeprowadzona jesienią ankieta, pozwoliła zebrać głosy użytkowników na temat e-mail marketingu.
Niestety, w porównaniu z ubiegłymi latami zauważalny jest systematyczny spadek poziomu ostrożności użytkowników poczty elektronicznej. Większość z nas w ogóle nie stosuje blokady wyświetlania grafik, czy filtrów antyspamowych, przez co liczba otrzymywanych codziennie niechcianych wiadomości jest tak wysoka.
Co się zmieniło w komunikacji mailingowej na przestrzeni roku? Jakie tendencje się utrzymują, a co nie wzbudza już emocji? Okazuje się, jak było do przewidzenia, że marketing e-mailowy ma się nadal dobrze, a nawet bardzo dobrze – a więc trudno liczyć na to, że spam reklamowy przestanie zalewać nasze komputery.
Zwłaszcza, że niespecjalnie nam to przeszkadza. Aż 92 proc. ankietowanych uważa, że poczta elektroniczna to wciąż najchętniej wykorzystywany kanał dotarcia do odbiorcy w sieci, a 70 proc. respondentów stwierdziło, że nadal subskrybuje newslettery i chce otrzymywać wiadomości mailowe.

  • Od 50 do nawet 70 proc. wiadomości elektronicznych wpadających do naszych skrzynek e-mail to spam. I trudno znaleźć kogoś, kogo nie dotknęło to zjawisko. Mimo coraz bardziej restrykcyjnej polityki i działań filtrów antyspamowych wciąż wiele wiadomości pseudo-sprzedażowych przebija się do naszych skrzynek odbiorczych – wskazuje Artur Maciorowski z magazynu Online Marketing.
    Na pytanie: Jak użytkownik może ochronić się przed spamem?, wypada więc odpowiedzieć, że będzie mu trudno. Zwłaszcza, że, jak pokazuje badanie wykorzystania poczty elektronicznej, marketerzy nie wykorzystują jeszcze w pełni możliwości, które niesie ze sobą korzystanie z marketingu e-mailowego.

Poczta zamyka usta pracownikom

Poczta Polska postanowiła wprowadzić cenzurę i zakazać swoim pracownikom jakiejkolwiek aktywności medialnej.

Kilka miesięcy temu Poczta zwolniła dyscyplinarnie przewodniczącego Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, Piotra Moniuszki za wpis na Facebooku. Lider związku napisał, że firmie grozi upadłość. Kilka tygodni później rządowe Centrum Analiz Strategicznych przyznało, że spółce grozi utrata płynności, jednak Moniuszki nie przywrócono do pracy.
Zarząd Poczty najwyraźniej jednak przestraszył się krytycznych wypowiedzi działaczy związkowych i postanowił wprowadzić całkowity zakaz wystąpień medialnych dla wszystkich pracowników firmy.
Tylko rzecznik porozmawia
Kilka dni temu Poczta rozesłała do swoich pracowników komunikat, w którym stanowczo sprzeciwia się ich wystąpieniom medialnym bez zgody spółki. „Przypominam, że wszelkie aktywności medialne pracowników Poczty Polskiej mogą odbywać się jedynie po otrzymaniu zgody rzecznika prasowego Pani Justyny Siwek lub Pana Grzegorza Warchoła. Dotyczy to udzielania wywiadów, organizacji spotkań z mediami, udziału w konferencjach prasowych organizowanych przez inne organizacje oraz wszelkich wystąpień, które mogą mieć wydźwięk medialny (np. konferencje branżowe)”.
Jednocześnie przedstawicielka władz firmy zasugerowała, że o ważnych dla pracowników sprawach będzie wypowiadał się zarząd firmy, który sam oceni, które problemy nagłośnić, a które zataić. Firma też dała do zrozumienia pracownikom, że musi znać wszystkie plany działań załogi. „Proszę o przekazywanie wszelkich informacji i planów działań, które moglibyśmy wykorzystać w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej. Istotne są sprawy strategiczne, nowe przedsięwzięcia, ale także wydarzenia regionalne i lokalne” – czytamy w piśmie, które otrzymali pracownicy Poczty na Podlasiu.
Sprzeczne z konstytucją
Pismo rozpowszechniane przez Pocztę Polską nie tylko stanowi próbę zastraszenia pracowników firmy i zamknięcia im ust, ale jest też sprzeczne z Konstytucją RP. Zgodnie z art. 54 ustawy zasadniczej . „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Władze Poczty nie mają więc prawa zakazywać działalności medialnej swoim pracownikom. Nie ma też takich zapisów w ich umowach o pracę. To zwykła cenzura, której celem jest prewencyjne zabezpieczenie się pracodawcy przed ewentualną krytyką.
Pod tym względem pismo Poczty stoi również w sprzeczności z art. 12 Konstytucji, w którym czytamy, że „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych”. Trudno sobie wyobrazić działalność organizacji związkowej, która każdy swój komunikat konsultuje z zarządem firmy i która pyta go o zgodę na nagłośnienie wiedzy na temat patologii mających miejsce w przedsiębiorstwie.

Jestem gotowy na długą walkę

Z Piotrem Moniuszką, liderem Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, zrzeszonego w centrali Związkowa Alternatywa, rozmawia Piotr Szumlewicz.

Dwa miesiące temu zostałeś zwolniony dyscyplinarnie przez zarząd Poczty Polskiej SA. Jakie były przyczyny Twojego zwolnienia?

Według treści wręczonego mi wypowiedzenia umowy o pracę, chodziło o wpis na Facebooku dotyczący ewentualnego złożenia przez zarząd Poczty Polskiej wniosku o upadłość. W mojej ocenie, faktyczne i prawdziwe przyczyny są inne, jednak nie chciałbym obecnie wypowiadać się na ten temat z uwagi na mój pozew przeciwko Poczcie złożony do sądu pracy. Mam nadzieję, że w sądzie będzie mi dane poznać prawdziwe przyczyny zwolnienia.

Kilka tygodni temu Centrum Analiz Strategicznych rządu wyraziło obawę o płynność finansową Poczty, wyrażając de facto tę samą opinię, co Ty. Jak zarząd spółki reaguje na kolejne doniesienia o jego złej kondycji? Czy wyrzucenie Ciebie było próbą ukrycia wiedzy o kłopotach firmy?

Informacje, które podało CAS, były mi już wcześniej znane, stąd moja publikacja na profilu facebookowym. W dużej mierze na tych informacjach oparłem swój wpis. Przecież utrata płynności finansowej z automatu wiąże się z upadłością!

Zarząd Poczty Polskiej po moim zwolnieniu z pracy nabrał wody w usta i nawet ze strony spółki brak jakichkolwiek komentarzy, czy podawania informacji o kondycji finansowej firmy. Myślę, że zwolnienie mnie z pracy na Poczcie miało mnie odciąć od bieżącej sytuacji w firmie. Jednak na niewiele to się zda. Kontakty i dojścia do wielu informacji mam nadal. Obecnie trwa zaciskanie pasa, poprzez blokadę zatrudnienia zawieszenie wszelkich niezbędnych inwestycji. Co będzie po nowym roku? Nie wiem. Tym bardziej, że teraz Poczta Polska podlega już pod nowy resort – Ministerstwo Aktywów Państwowych. Nie można wykluczyć zmian w zarządzie firmy.

Jak wyglądają obecnie Twoje relacje z firmą? Wciąż jesteś przewodniczącym WZZPP. Jak Poczta przyjęła decyzję związku, że zostajesz na stanowisku przewodniczącego?

Obecnie nadal działam w WZZPP, pełnię funkcję przewodniczącego, pracuję tak samo jak przed zwolnieniem z pracy. Tu się nic nie zmieniło, prócz tego, że ze ścisłym kierownictwem spółki nie mam bezpośredniego kontaktu. Jako związek utrzymujemy relacje z władzami firmy i naciskamy na wdrażanie rozwiązań dobrych dla pracowników. Zarazem od chwili rozwiązania umowy o pracę ze mną, czyli od 7 października bieżącego roku, mamy mocno pod górkę. Na wiele naszych wystąpień pisemnych nie uzyskujemy żadnych odpowiedzi, nie otrzymujemy szeregu informacji, które są przekazywane wszystkim innym związkom zawodowym, uniemożliwia się mi branie udziału w spotkaniach ze ścisłym kierownictwem firmy, nie wymienia się nam uszkodzonego sprzętu komputerowego. Niemniej, pomimo tych celowych działań ze strony zarządu Poczty, radzimy sobie. Jednak jeśli bojkot naszego związku będzie trwał nadal, to złożymy doniesienie do prokuratury z tytułu utrudniania nam prowadzenia działalności związkowej zgodnie z ustawą o związkach zawodowych. Póki co, dajemy firmie czas na zreflektowanie się.

A jakie są obecnie Wasze główne postulaty?

One się nie zmieniły. Nadal oczekujemy prac nad nowym Zakładowym Układem Zbiorowym Pracy, zlikwidowania dysproporcji płacowych, poprawienia warunków pracy tysięcy pracowników. W tym zakresie nasze postulaty są niezmienne, a my nie zamierzamy się poddawać.

Kilka tygodni temu Poczta wręczyła Ci pismo, zgodnie z którym w ciągu dwóch tygodni miałeś się wyprowadzić z mieszkania, które wynajmowałeś od firmy. Udało się wtedy nagłośnić próbę pozbawienia Cię mieszkania w trybie natychmiastowym. Jak obecnie wygląda ta sprawa? Czy zarząd Poczty wycofał się z wniosku o eksmisję?

Po nagłośnieniu sprawy, nastała dziwna cisza. Nikt z firmy w sprawie mieszkania się ze mną nie kontaktuje, żadnych pism, wezwań, a ja ze swojej strony reguluję na bieżąco wszelkie zobowiązania wynikające z zajmowania mieszkania na warunkach ostatniej umowy. Nie chcę, by mi zarzucono, że zalegam z jakimikolwiek płatnościami.

Od razu po tym, jak zarząd Poczty zwolnił Cię dyscyplinarnie, zgłosiłeś sprawę do sądu. Na jakim etapie jest sprawa sądowa? Kiedy możemy spodziewać się wyroku?

Tydzień po rozwiązaniu umowy o pracę, złożyłem pozew do sądu pracy. Teraz pozostało mi tylko czekać na odpowiedź na pozew ze strony Poczty i wyznaczenie terminu pierwszej sprawy przez sąd. Według mojej wiedzy obecnie sąd pracy we Wrocławiu wyznacza terminy spraw na marzec 2020 r., co nie napawa optymizmem odnośnie szybkiego zakończenia procesu.
Na tyle, na ile znam Pocztę Polską, zrobi ona co tylko będzie w jej mocy, by sprawa sądowa trwała jak najdłużej. Oczywiście chciałbym, by sąd moją sprawę rozpatrzył jak najszybciej i rozstrzygnął przyczyny i okoliczności mojego zwolnienia z pracy. Kiedy to będzie? Z pewnością, nie szybko. Ale jestem gotowy na długą walkę.

Działanie na szkodę poczty

O pracy na poczcie i niełatwej działalności związków zawodowych w Poczcie Polskiej z Piotrem Moniuszką, przewodniczącym Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, który niedawno stanął w obliczu zwolnienia dyscyplinarnego rozmawiał Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Jak długo już pracujesz w Poczcie Polskiej?
Zacząłem, jeśli dobrze pamiętam, w marcu 1991 r. Przez pierwsze pięć lat pracowałem jako listonosz i ten okres nie raz wspominam z łezką w oku. Nabawiłem się jednak stanu zapalnego kolan i musiałem zmienić zajęcie.
Ale z pocztą się nie rozstałeś.
Przeniesiono mnie wówczas na stanowisko asystenta (obecnie stanowisko ds. obsługi klienta) na którym jestem zatrudniony, póki co, do dziś. Przez pierwszy rok pracowałem na tak zwanym stanowisku telekomunikacyjnym. Praca polegała na przyjmowaniu od klientów telegramów, następnie „wysłania” ich dalekopisem do właściwego urzędu, skąd były doręczane. Przyjmowałem zamówienia na rozmowy międzymiastowe, międzynarodowe, gdzie klienci po nawiązaniu połączenia byli proszeni do odpowiedniej kabiny, celem przeprowadzenia rozmowy. Później przeniesiono mnie do przyjmowania od klientów listów, paczek, wpłat, wypłat. Od kilku lat natomiast zajmuję się tylko pracą na rzecz pracowników i związku.
Działałeś w organizacji pracowniczej przed założeniem własnego związku?
Gwoli wyjaśnienia – to nie jest mój własny związek. To dobro wszystkich pracowników w nim zrzeszonych. Ja mam tylko przyjemność od samego początku kierować tą organizacją. A wracając do pytania: działalność związkowa zainteresowała mnie raczej przez przypadek. W jednym z urzędów, gdzie pracowałem, jedna z koleżanek ukradła znaczną ilość gotówki. Rozpoczęło się dochodzenie i szukanie współwinnych. Wówczas kilkoro niemających moim zdaniem nic wspólnego z tą kradzieżą pracowników zaczęto straszyć, że są współwinni i będą zobligowani do oddania z własnej kieszeni skradzionej gotówki. Zgłosili się wtedy do jednego ze związków zawodowych z prośbą o pomoc, ale odeszli z kwitkiem.
Dlaczego tak się stało?
Ponoć któryś związkowiec powiedział im, że niech się cieszą, że firma od razu ich nie zwolniła. To był ten przełom. Zadałem sobie pytanie: co będzie, jak ja będę miał jakieś problemy w pracy? Przecież na pomoc ze strony takich związków zawodowych nie będę mógł liczyć.
Postanowiłeś więc stworzyć odważniejsze, bardziej rzetelne i bojowe związki?
Nie od razu. Najpierw wstąpiłem do jednego z już aktywnych związków i zacząłem tam aktywnie się udzielać. Nie byłem jednak zadowolony ze sposobu funkcjonowania organizacji, a kiedy próbowałem go zmieniać, usunięto mnie. Postawiono mi zarzuty, nie pamiętam już, jakie dokładnie i zarząd tej organizacji pozbawił mnie praw członka. Nie odwoływałem się tej decyzji, gdyż to nie miało sensu. W międzyczasie poznałem środowisko związkowe w firmie i kolega, przewodniczący jednej z innych organizacji, zaproponował mi przystąpienie do niej. Od początku współpraca układał się nam ciężko, więc po jakimś czasie zacząłem rozważać stworzenie nowego związku zawodowego. I tak w gronie bliskich mi kolegów zapadła decyzja: tworzymy Wolny Związek Zawodowy Pracowników Poczty.
Komitet założycielski zawiązał się 15 marca 2006 r., a miesiąc później zostaliśmy zarejestrowani w KRS. Minęło zaledwie kilka miesięcy, a na poczcie wybuchł strajk listonoszy.
To wy go organizowaliście?
Raczej włączyliśmy się do tego protestu oraz na bieżąco informowaliśmy, co w tej sprawie się dzieje. Dodam, że byliśmy wtedy jedyną organizacją związkową, która miała swoją stronę internetową i forum. Od samego początku zawsze staraliśmy się wsłuchiwać się w głos pracowników i na bieżąco informować o sytuacji w firmie.
A wokół jakich spraw koncentruje się wasza bieżąca działalność?
Na przestrzeni tych kilkunastu lat wciąż postulujemy o zmianę w systemie wynagrodzeń, tak by wynagrodzenie zasadnicze pracownika nie zależało od… nie wiadomo w zasadzie czego. W chwili obecnej różnice w wynagrodzeniach zasadniczych pracowników zatrudnionych na tym samym stanowisku pracy, wykonujących te same zadania, tej samej wartości wynoszą nawet kilka tysięcy złotych. Naszym zdaniem do stanowiska pracy winno być przypisane wynagrodzenie zasadnicze. Ale to ciągle pozostaje w sferze postulatów.
Natomiast naszym niewątpliwym sukcesem jest to, że w czasie trzynastu lat działalności udało się nam sądownie przywrócić wielu zwolnionych pracowników do pracy. Mamy za sobą przeprawę sądową aż do sądu najwyższego w sprawie wyboru zakładowego społecznego inspektora pracy. Batalię tę wygraliśmy na każdym etapie postępowania sądowego. Pomimo to pracodawca nigdy nie dostosował się do tego wyroku. Co ważne, we wszystkich sprawach sądowych, w których pomagaliśmy pracownikom, nie korzystaliśmy z usług kancelarii prawnych. Praktycznie w każdej sprawie sądowej sam występowałem jako pełnomocnik procesowy pracownika.
Masz wykształcenie prawnicze?
Nie. Z wykształcenia jestem ekonomistą. Ustawa o związkach zawodowych daje mi możliwość występowania jako pełnomocnik procesowy przed sądami pracy. Po prostu szybko się uczę.
Napięcia z szefostwem lub innymi związkami często wam się zdarzały?
Oficjalnie pracownicy mogą dostrzegać spór pomiędzy kierownictwem firmy a związkami zawodowymi. Tak naprawdę to są to tylko pozory. Spory nie dotyczą wszystkich związków w równym stopniu. Podam najświeższy przykład. W jednej z kontroli przeprowadzonej przez Państwową Inspekcję Pracy okazało się, że dwie organizacje związkowe, OM NSZZ Solidarność Pracowników Poczty Polskiej oraz Związek Zawodowy Pracowników Poczty zrzeszony w OPZZ, korzystają ze specjalnych przywilejów, które wykraczają poza unormowania prawne, z dodatkowych 12 tzw. etatów związkowych. Związek zawodowy zrzeszając określoną w ustawie o związkach zawodowych liczbę członków, może zwrócić się do pracodawcy o zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy określoną liczbę działaczy związkowych, którzy mają świadczyć pracę na rzecz danego związku. Ustawa to precyzyjnie określa. Wskutek kontroli PIP okazało się, że takich zwolnionych z obowiązku świadczenia pracy pracowników jest o 12 więcej, niż mówią o tym przepisy wspomnianej ustawy.
Ale jak to się mogło stać?!
Z tym pytaniem należałoby się zwrócić do pracodawcy. Nie ukrywam, że sam chętnie dowiedziałbym się, dlaczego. Biorąc jednak pod uwagę, że skoro pracodawca zdecydował się na przyznanie tych dodatkowych etatów, to z pewnością ma prawo oczekiwać czegoś w zamian od tych związków. Czego?
Na przykład spolegliwości?
Ty to powiedziałeś.
Na początku sierpnia dołączyliście do Związkowej Alternatywy, a kilka dni temu pisałeś na Facebooku, że krążą pogłoski na temat możliwej dyscyplinarki. Naprawdę ją dostałeś? Czy między jednym a drugim jest związek?
Ogólnie interesuję się ruchem związkowym w Polsce. Pamiętam, jak prawie rok temu odbywał się strajk w PLL LOT, a Piotr Szumlewicz aktywnie go wspierał. Gdy dowiedziałem się, że utworzył nową centralę, Związkową Alternatywę, postanowiłem się z nim skontaktować. Okazało się, że nasz punkt widzenia jest bardzo zbieżny. Zarząd WZZPP nie miał wątpliwości: przyłączamy się.
Rozumiem, że Twoja sprawa wybuchła chwilę później…
Słuchaj dalej. W zeszłym tygodniu w piątek, by było ciekawiej, był to wrześniowy piątek trzynastego, odebrałem pismo skierowane do WZZPP, w którym to pracodawca zwraca się do związku z zapytaniem, czy korzystam z obrony związku. Potrafię odczytać jego intencje, mam w końcu kilkanaście lat doświadczenia w związkach.
Póki co jeszcze nie zostałem zwolniony. Trwają tak zwane konsultacje. W dniu dzisiejszym (20 września) otrzymaliśmy pismo, w którym pracodawca podał zamiar rozwiązania ze mną umowy o pracę w trybie art. 52.1 KP wraz z przyczynami. Teraz Zarząd związku ma siedem dni na wyrażenie zgody lub stanowczy sprzeciw. Biorę jednak pod uwagę, że nawet w przypadku niezgody Zarządu WZZPP na rozwiązanie umowy o pracę ze mną, pracodawca może to zrobić. W ciągu najbliższych dni, sprawa ta powinna się rozstrzygnąć. Jeśli dojdzie do rozwiązania umowy, będę dochodził swoich spraw przed sądem.
A to może trwać wieki.
Tak, taki proces może ciągnąć się nawet trzy lata. Niemniej jestem na tyle zdeterminowany, że dam radę. Dużo tu pomaga wsparcie moralne ze strony bardzo wielu pracowników. W ciągu trzech dni od zamieszczenia informacji o możliwym zwolnieniu na Facebooku otrzymałem chyba z ponad tysiąc maili, wiadomości prywatnych. Nie wspomnę, że nie nadążam odbierać telefonu.
Jak kierownictwo poczty uzasadnia swoją decyzję?
Najkrócej mówiąc, ich zdaniem działam na szkodę spółki. W zasadzie odniesiono się do jednego z moich wpisów na Facebooku, w którym napisałem, że jest rozważane przez kierownictwo firmy złożenie wniosku do sądu o upadłość PP S.A.
Skąd to wiesz?
Niestety, ale nie mogę na to pytanie odpowiedzieć. W każdym razie w mojej ocenie jest to bardzo wiarygodne źródło. Tyle, że nie uważam, by sam tylko wpis na Facebooku, czy nawet ogólniej moja aktywność w mediach mogła uzasadniać decyzję o rozwiązaniu ze mną umowy o pracę.
To o co chodzi naprawdę?
Mogę jedynie opierać się na przypuszczeniach, ale nie chciałbym teraz o tym mówić. Może to mi się przydać w ewentualnym procesie sądowym z Pocztą Polską.
Słyszałeś wcześniej o takich przypadkach nagłych dyscyplinarek na poczcie?
Bodajże dwa lata temu zwolniono jednego z przewodniczących związku. Tyle, że jak pamiętam, przyczyny wypowiedzenia o pracę miał zupełnie inne. Chodziło o jakieś wyłudzenia pieniędzy firmy. Nie znam dokładnie tej sprawy i nie wiem nawet, jakie stanowisko wtedy zajął Zarząd tamtego związku. Chociaż z tego, co pamiętam, to nie było żadnej reakcji.
Twój związek będzie cię bronił?
Jeśli pracodawca rozwiąże ze mną umowę o pracę, złożę stosowny pozew do sądu pracy. Nie dostrzegam w tym, co pisałem, bądź powiedziałem w wywiadach czegoś, co mogło szkodzić firmie. Uważam, że jako przedstawiciel związku zawodowego mam prawo do informowania pracowników, opinii publicznej o sytuacji w firmie. Nie odbieram tego jako działanie szkodliwe. Wczoraj mieliśmy spotkanie Zarządu i rozmawialiśmy o możliwych scenariuszach dotyczących mojej osoby. Na ten moment jedynie co mogę powiedzieć to to, że Zarząd WZZPP nie przychyli się do stanowiska pracodawcy. W najbliższym czasie Zarząd zajmie własne.

 

Poczta i (nie)równe płace

Zrzeszony w nowej centrali związków zawodowych, Związkowej Alternatywie, Wolny Związek Zawodowy Pracowników Poczty domaga się daleko idących zmian w systemie wynagrodzeń na Poczcie Polskiej i podjęcia prac nad nowym zakładowym układem zbiorowym.

WZZPP wskazuje, że obecny system wynagrodzeń na Poczcie Polskiej dopuszcza olbrzymie nierówności płacowe między pracownikami zatrudnionymi na tych samych stanowiskach. W praktyce oznacza to, że zarząd może arbitralnie różnicować wysokość wynagrodzeń między pracownikami mającymi ten sam zakres obowiązków, w tym uprzywilejowywać pracowników należących do posłusznych mu związków zawodowych.
Zdaniem WZZPP obecnie obowiązujące rozwiązania są sprzeczne z prawem pracy i niesprawiedliwe. Stąd w dniu dzisiejszym przewodniczący związku, Piotr Moniuszko przesłał do zarządu Poczty pismo, w którym domaga się pilnego podjęcia prac nad nowym układem zbiorowym.
Równe place za tę samą pracę to jeden z postulatów programowych Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa. W ciągu najbliższych miesięcy będziemy walczyć o respektowanie tej zasady w wielu instytucjach państwowych, spółkach skarbu państwa i firmach prywatnych.

Poniżej treść pisma WZZPP do zarządu Poczty Polskiej.:

Równe traktowanie w zatrudnieniu jest jedną z podstawowych zasad prawa pracy. Pracodawca nie może dyskryminować pracowników z przyczyn wymienionych w kodeksie pracy. Jeśli świadczenie pracy wymaga od pracowników porównywalnego doświadczenia, kwalifikacji, odpowiedzialności czy wysiłku, to praca ta uznawana jest za pracę o jednakowej wartości. Pracownicy wykonujący takie same obowiązki powinni mieć wynagrodzenia w jednakowej wysokości. Nierówne wynagrodzenie w takich przypadku jest wykroczeniem przeciwko prawom pracownika i narusza przepisy kodeksu pracy.
Obowiązujący w Poczcie Polskiej S.A. Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy, jako porozumienie pomiędzy pracodawcą, a częścią działających w PP S.A. związków zawodowych jest ewidentnym przykładem nierównego traktowania, wręcz wprowadza dyskryminację płacową pracowników. Tak zwane „widełki” w tabeli zaszeregowań powodują, że pracownicy zatrudnieni na tym samym stanowisku, wykonujący te same czynności, a więc pracę o tej samej wartości otrzymują wynagrodzenia zasadnicze różniące się nawet o 2000 zł.
Dołączając do tego niesprawiedliwie naliczany dodatek stażowy, bo liczony procentowo od wynagrodzenia zasadniczego, powoduje jeszcze większe różnice w ostatecznym wynagrodzeniu pomiędzy pracownikami.
W związku z powyższym, żądamy najpóźniej do 30 września 2019 r. rozpoczęcia prac nad nowym Zakładowym Układem Zbiorowym Pracy dla Pracowników Poczty S.A., który w sposób prosty, zrozumiały i przejrzysty zagwarantuje równe traktowanie nie tylko w zakresie wynagrodzeń, ale i dodatkowych świadczeń.