Polska – USA – Rosja. Wymiar realnych interesów My, socjaliści

Po liście ambasador USA w Polsce do premiera polskiego rządu nadszedł chyba czas na przybliżenie prawdy o realnym wymiarze interesów Polska – USA z Rosją w tle.

 

Lansowana dotychczas w mediach wspólna miłość nabrała nagle realnych wymiarów. Ciekawe, czy przedstawiciele elit rządzących w Polsce są gotowi taką prawdę społeczeństwu przekazać? Trzeba bowiem powiedzieć, na czym realnie polegają stosunki między Polską a USA i ile to kosztuje. W tle jest kalkulacja – czemu tak drogo?
Przez ostatnie 300 lat, do dziś, relacje w Europie opierają się na równowadze w układzie sił pomiędzy Niemcami (Prusami) a Rosją. Historycznie beneficjentem lub ofiarą była zawsze w tym układzie Polska. Stan ten skutkował rozbiorami Polski, jak również względnej stabilności i okresami możliwości realizacji, w ograniczonym zakresie, naszych interesów narodowych (II RP, Polska Ludowa). Zawsze istniał problem granic Polski, ponieważ mimo zakodowanej w naszej pamięci przestrzeni imperium jagiellońskiego, nigdy później nie udało się osiągnąć podobnych rozmiarów państwa. Do dziś stanowi to kompleks i przekleństwo kolejnych pokoleń. Najdłuższy w historii współczesnej okres stabilnych granic na wschodzie i zachodzie uzyskała Polska po II wojnie światowej, trwa to już 73 lata, choć zostało okupione kilkoma milionami polskich ofiar.
Stan ten jest wynikiem stosunków europejskich i światowych opartych o nowy paradygmat kształtowania relacji w Europie ustalony w latach 1943-46 przez państwa zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. Przetrwał on mimo upływu czasu i zmian po wydarzeniach lat 1989-90, przede wszystkim po upadku ZSRR i zjednoczenia Niemiec.
Trzeba zwrócić uwagę, że Polska, mimo upływu czasu, ma nadal problem z odpowiedzeniem sobie na dwa zasadnicze pytania. Jedno dotyczy Rosji, drugie – Niemiec. Pierwsze to, czy istniejąca dziś Federacja Rosyjska kontynuuje kierunek rozwoju oparty o spuściznę historyczną carskiej Rosji domu Romanowów, czy też w zmienionej formie utrwala Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz drugie, czy Republika Federalna Niemiec jest krajem, który wyciągnął wszystkie wnioski ze skutków swej polityki ostatnich 200 lat, czy też kontynuuje w zmienionej formie „drang nach Osten” metodami pokojowymi. Uważam, że Polacy powinni zadawać sobie te pytania i poszukiwać na nie pozytywnych odpowiedzi, bowiem jesteśmy narodem i krajem, który ma swoje miejsce w historii świata i Europy, a także może mieć realny wpływ na przyszłość naszego regionu i kontynentu.
Warto przypomnieć, że szczególnie dynamiczne przeobrażenia przeszedł świat w wyniku II wojny światowej. Zmieniły się granice w Europie. W wyniku ustaleń w Jałcie i Poczdamie Polska wróciła na ziemie piastowskie w stabilnych granicach, stała się państwem jednonarodowym, w przeciwieństwie do II RP rozdzieranej przez konflikt z narodami na wschodzie i zagrożenia od zachodu i północy.
W ramach tworu państwowego – Polski Ludowej i istniejących w latach 1945-90 realnych sojuszy w Europie, gwarantem polskich granic był ZSRR, bowiem jako mały kraj, takich gwarancji sami nie byliśmy w stanie sobie zapewnić.
Granica Polski na wschodzie opierała się i opiera na tzw. Linii Curzona, będącej pierwotnie brytyjską koncepcją graniczną po wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przyjął ją Stalin po przetargach w Teheranie i Jałcie, i w 1944 roku uzyskał zgodę PKWN na jej pozostawienie, jako trwałej granicy Polski na wschodzie. Rozwiązanie to potwierdzili alianci zachodni. Dziś granica ta nie jest kwestionowana, Rosja nie formułuje wobec Polski żadnych roszczeń granicznych. Niemniej na Ukrainie znajdujemy w ostatnich latach akcenty sił nacjonalistycznych dotyczące przynależności Przemyśla, Chełma i Hrubieszowa do tradycji i historii tego państwa.
Pomimo, że zmiana w układzie sił światowych nastąpiła w roku 1990 wydawać by się mogło, że Polska osiągnęła stan bezpieczeństwa, to tak wcale nie jest. Trwająca rywalizacja o przywództwo światowe powoduje zagrożenia naszego interesu narodowego. Poszukiwanie gwarantów naszego bezpieczeństwa, mimo przynależności do NATO nie wydaje się być zakończone, mamy bowiem w tle nieporozumienia (a może spór) pomiędzy USA i częścią państw Europy Zachodniej, które kwestionują między innymi wspólnotę tzw. Zachodu opartą o dominację amerykańską.
Rządząca w Polsce koalicja prawicowa próbuje rozwijać wielowymiarowy dialog i stosunki z USA, widząc w tym budowę gwarancji naszego bezpieczeństwa. Polityka ta napotyka na zróżnicowane opinie, również w obozie szerokiej prawicy. Na przykład prof. Stanisław Bieleń pisze, że „…afektywny stosunek do Rosji, przedstawianej w czarnych barwach, służy konstruowaniu polskiej tożsamości jako państwa zwasalizowanego wobec Ameryki. Z enuncjacji polskich polityków odwiedzających Stany Zjednoczone, można wywnioskować, że najważniejszym celem polskiej dyplomacji jest oparcie gwarancji amerykańskich dla bezpieczeństwa Polski na sojuszu antyrosyjskim”.
Wydaje się, że ostatnie wydarzenia, szczególnie treść i ton listu ambasador USA do polskiego premiera, jak też realne istniejący układ sił w naszej części kontynentu opierający się o rozbieżne interesy największych graczy: USA, Niemiec i Rosji powinny rodzić dziś, i w dalszej perspektywie takie działania polityczne polskich władz, które biorą pod uwagę przynajmniej nasze doświadczenia historyczne, szczególnie te z lat 1795, 1918 i 1939.

O realizmie na temat Rosji RECENZJA

Witold Modzelewski, znany ze swej działalności naukowej i doradczej w dziedzinie prawa podatkowego napisał i wydał w ostatnich latach cztery książki na temat relacji Polska-Rosja. W roku 2014: Polska-Rosja. Szkice. W roku 2015: Polska-Rosja. Co dalej? W roku 2016: Polska-Rosja. Wojny nie będzie. I ostatnią, w roku 2017: Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Przedmiotem tej recenzji jest książka ostatnia, refleksyjny zbiór esejów historyczno-politologicznych ukazujących historyczny kontekst Rewolucji Październikowej, jej kreatorów i realizatorów, układ interesów w ówczesnym świecie, który doprowadził do tego wydarzenia i długofalowe konsekwencje sprawowania władzy w Rosji przez bolszewików.
Jeżeli przyjąć za pewnik wszystkie przedstawione w książce fakty historyczne dotyczące projektu „Rewolucja Październikowa”, to należy od nowa napisać historię Rosji, Europy i świata, wskazując na innych bohaterów i zupełnie inny układ wydarzeń, które przeorały naszą cywilizację i zmieniły świat. Celem publikacji jest bowiem naświetlenie od nowa układu interesów w przedrewolucyjnej Rosji, jak też relacji w układzie ówczesnych graczy globalnych: Rosji, Niemiec, Austrii, W. Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Główną siłą napędową wydarzeń był wówczas wg autora plan marginalizacji rozwijającej się dynamicznie na przełomie XIX i XX wieku Rosji i sprowadzenie jej w perspektywie do roli kraju zależnego, głównie od Niemiec. Istotą planu było wywołanie chaosu w Rosji, jej ewentualny podział i sprowadzenie do roli dostarczyciela surowców, a nie kraju rozwiniętego przemysłowo i kulturalnie. Rolę siły dezintegrującej wzięli na siebie bolszewicy, których działalność od początku miała charakter destrukcyjny, antyrosyjski.
Jednym z głównych wątków książki jest sprawa relacji: bolszewizm a narodowy interes Rosji. Autor jednoznacznie argumentuje, że istnieje głęboki rozdział i faktyczna sprzeczność pomiędzy celami i dążeniami bolszewików a narodem rosyjskim. Bolszewicy, ich ideologia i program, to było narzędzie mające na celu zniszczenie Rosji.
W książce ukazującej się na rok przed 100-leciem odzyskania niepodległości przez Polskę obecny jest pogłębiony wątek polski, zarysowany pod kątem rozpoznania i zewidencjonowania wszystkich faktów i argumentów i historycznych a także współczesnych, za i przeciw zbliżeniu stosunków Polski z Rosją. Autor w swej analizie procesów historycznych sięga do nieznanych kulis układów europejskich i globalnych w końcowych latach XIX wieku, ukazując grę pomiędzy ówczesnymi mocarstwami. Zwraca szczególnie uwagę na interesy polskie w konfrontacji z wielkomocarstwową polityką Niemiec, Rosji, W. Brytanii i Francji. Szczegółowo analizuje długofalowe aspekty polityki niemieckiej, wskazując na jej ciągłość w całym okresie istnienia państwa niemieckiego od momentu jego ukształtowania w XIX wieku.
Na uwagę zasługuje wątek książki dotyczący praktycznego wymiaru aktualnych relacji Polska-Rosja w obszarze kreowanych w Polsce opinii. Autor powołuje się na wydane już książki na temat Rosji i wyciąga z nich jedno ważne zdanie: „Rosja to jest skomplikowana rzeczywistość”. Witold Modzelewski twierdzi, że osób nie rozumiejących w Polsce rosyjskiej rzeczywistości jest wiele. Można podzielić polskie społeczeństwo na kilka charakterystycznych grup, w oparciu o przypisane im, kreowane aktualnie opinie dotyczące Rosji. Wymieniając po kolei za autorem książki są to: rusofobi zadeklarowani, którzy twierdzą, że Rosja to „azjatycka dzicz” zaludniona przez pijanych, śmierdzących gnojem „kacapów”. Druga grupa to antykomuniści, którzy wciąż nienawidzą Związku Radzieckiego. Dla nich całe zło bolszewizmu ma wyłącznie rosyjskie korzenie, a Władzimir Putin jest kryptokomunistą, który dąży do odtworzenia ZSRR. Trzecią grupę stanowią post Polacy, czyli Europejczycy. Dla nich ojczyzną jest zjednoczona Europa. Reszta ich nie obchodzi. Wreszcie czwarta grupa to niedouczona część pokolenia III RP – Lemingi, którym myli się Powstanie Styczniowe z Powstaniem Warszawskim. Generalnie wg autora „mają wszystko w dupie”.
Ciekawe rozważania snuje autor wobec problemu strachu przed Rosją. W swoim wariancie realistycznym uważa, że „…strach jest wyłącznie tworem medialnym tych nielicznych, którzy się boją, a chcą zmobilizować większość, by bała się razem z nimi… Z tego co wiem, nikt na przysłowiowej ulicy nie boi się Putina. Wręcz odwrotnie – zwykli ludzie, widząc wszechobecny, „liberalny” bajzel i niemoc twierdzą, że ktoś na tę miarę przydałby się w Polsce. Nie wyjaśnia to jednak przyczyn strachu „elyt”; może to jest strach irracjonalny”. Twierdzi on dalej, że „…poprawność narzucona przez wszechobecnych rusofobów, którzy uważają, że między współczesną (i historyczną) Rosją a państwem bolszewickim nie ma żadnych różnic, wiąże się z bezkrytycznym uwielbieniem i wiernością wobec wszystkich (bez wyjątku) władz amerykańskich…”.
Sięgając do historii przemian w Europie po I wojnie światowej i powstania m.in. niepodległego państwa polskiego autor zadaje kilka dość zasadniczych pytań inspirujących do przeszukiwania archiwów berlińskich i wiedeńskich, tak się bowiem złożyło, że Niemcy kajzerowskie i cesarska Austria współdziałając tworzyły podwaliny nowej Europy na początku XX wieku. Pytania dotyczą m.in. Józefa Piłsudskiego i jego roli po uwolnieniu w 1918 roku z magdeburskiego więzienia a także skali współpracy polskich i bolszewickich socjalistów, kontakty trwały bowiem aż do śmierci Piłsudskiego. Inne zasadnicze pytanie autora dotyczy przewrotu bolszewickiego w listopadzie 1918 roku, który zmienił historię świata. Czy został on wykonany na rozkaz z Berlina obalenia tymczasowego rządu Republiki Rosyjskiej, z którym chciał zawrzeć pokój główny sojusznik – austriacki Wiedeń.
Poza wątkami historycznymi i wielu pytaniami, książka Witolda Modzelewskiego zawiera obszerny wątek współczesny, który można określić jako ważny problem współczesności: „kiedy i dokąd od bolszewizmu i zimnej wojny?”.
– Od ćwierć wieku – czytamy w książce Witolda Modzelewskiego – nie ma radzieckich armii pancernych nad Łabą, nie ma radzieckiego komunizmu, nie ma nawet tamtego państwa. Zostało jednak zredukowane militarnie NATO, którego sensem istnienia jest wykreowanie Rosji jako wroga… Dziś nikt, ani państwa naszego europejskiego zadupia, ani tym bardziej Ameryka, nie chce się uwikłać w żaden nowy, długotrwały konflikt militarny, zwłaszcza z kimś, kto był, jest i będzie groźny. Aby tak się stało, trzeba odsunąć w cień tych, dla których straszenie wojną jest treścią istnienia… Nowy prezydent USA prędzej, czy później zakończy polityczną izolację Rosji, wpychając ją tylko w ramiona Chin, i rozpocznie coś, co ma już nazwę – proces pokojowy…”.
W swej dogłębnej diagnozie autor stawia dość zasadniczy problem dotyczący roli Polski w nowym układzie postjałtańskim, w którym mamy stabilne granice, a na wschodzie i zachodzie dwa konkurencyjne mocarstwa, które nie wyzbyły się swych przyzwyczajeń i doświadczeń historycznych. Uważa on, że my Polacy nie powinniśmy popełnić błędu w generalnej diagnozie status quo, gdy oceniamy współcześnie Rosję i jej politykę. Zasadnicze pytanie dotyczy prawidłowości poglądu, że dzisiejsza Rosja jest czwartą wersją państwa bolszewickiego lub alternatywnie jest państwem, które chce pozbyć się bolszewickiego piętna, stać się przedrewolucyjną Rosją i kontynuować jej tradycję i wartości.
W przypadku pierwszym Polska znajduje się pomiędzy dwoma współpracującymi ze sobą mocarstwami, dla których wojna 1941-45 była epizodem, a Rosja pozostanie państwem realizującym niemieckie teorie socjalistyczne, wrogie samej Rosji, jej tradycji, słowiańszczyźnie i chrześcijaństwu. Patrząc z tej pozycji berlińscy politycy uważają Moskwę za swego najważniejszego partnera i z tego wypływa ich stosunek do Polski, jako największego kraju środkowej Europy. W tym przypadku twierdzi autor, osią polskiej polityki powinno być antagonizowanie stosunków niemiecko-rosyjskich, na ile to będzie możliwe.
W drugiej diagnozie inaczej rysuje się pozycja Polski, bowiem Niemcy i Rosja jako konkurenci na forum europejskim i globalnym będą walczyli o swoją pozycję gospodarczą i polityczną. Polem konfrontacji będzie też Europa środkowa i wpływy w Polsce. Polska może wówczas stać się znacznie ważniejszym graczem, który może wykorzystać swoje położenie jako atut, a nie przekleństwo. Możemy wówczas być symetrystami, zwiększyć swą niezależność, stać się pełnoprawnym uczestnikiem i beneficjentem polityki regionalnej, również licytować, kto da więcej. Nie przeczyłoby to też naszej obecności i pozycji w Unii Europejskiej i NATO.
W konkluzji autor stwierdza: „A jaka diagnoza dominuje w oficjalnej, polskiej narracji? Zdecydowanie pierwsza. I to nas pcha, czy chcemy czy nie chcemy, w objęcia Berlina…”
Przyznam, że z dużym zainteresowaniem i uwagą czytałem tę książkę. Zawiera ona bowiem niezwykle bogaty materiał faktograficzny dotyczący tematu Polska-Rosja-Niemcy zarówno w sensie historycznym, jak i merytorycznym. Chodzi o niezwykle ciekawe interpretacje historyczne i politologiczne, wielowątkowość rozważań i poszukiwanie mądrych alternatyw, jeśli chodzi o sferę rozważań perspektywicznych.
Książka ta nie spodoba się wszystkim, bowiem jest do bólu prawdziwa i szczera. Autor nie zagłaskuje rzeczywistości, nie pomija niewygodnych faktów historycznych.
Obiektywizm tej książki bierze się z faktu, że autor nie wkracza na zdradliwe pole konfrontacji ideologicznej. Warto ją przeczytać; polskim elitom rusofobicznym potrzebny jest zimny prysznic i odrobina refleksji.

 

Witold Modzelewski, Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Instytut Studiów Podatkowych. Warszawa 2017, stron 255.

Kornel Morawiecki i inni My, socjaliści

Marszałek senior polskiego Sejmu, ojciec premiera, Kornel Morawiecki, wypowiedział się ostatnio w mediach na temat relacji Polski z Rosją. Namawia on syna, aby zaprosił do polski prezydenta Federacji Rosyjskiej, Władimira Putina i tak, jak to czynią przywódcy innych krajów (USA, Niemcy, Węgry i inni), porozmawiał normalnie o wzajemnych stosunkach z naszym największym sąsiadem ze Wschodu. Fakt ten jest niezwykłym wyłomem z obowiązującej narracji i świadczyć może o tym, że trwa przygotowywanie otumanionego przez rządową propagandę społeczeństwa do zwrotu w stosunkach Polska-Rosja.
Faktem jest jednak, że znaczny odsetek Polaków odrzuca oficjalną rusofobię i popiera z różnych względów podjęcie dialogu i współpracy z Rosją. Dotyczy to szczególnie środowisk biznesowych, także ludzi kultury, nauki, studentów. Nie rozwija się turystyka. Można odnieść wrażenie, że stoją nam na przeszkodzie niezrozumiałe zobowiązania wobec Ukrainy i jeszcze mniej zrozumiała poprawność „najlepszego ucznia w klasie NATO”, które chyba nie tego od nas oczekuje.
Kilkakrotnie na tych łamach pytałem, czemu Polska ma mieć gorsze stosunki z Rosją niż np. USA, czy Niemcy. Nie doczekałem się odpowiedzi, ale ona jest, kołacze się w umysłach wielu Polaków, dla których niezrozumiała jest sytuacja, gdy Polska na własne życzenie nie uczestniczy w dialogu międzynarodowym i rezygnuje z roli partnera na rzecz pozycji trzeciorzędnej, co sprowadza nas do statusu państwa przyfrontowego. Symbolem tego statusu był sierżant prowadzący w defiladzie z okazji Święta Wojska Polskiego w dniu 15 sierpnia oddział naszego największego sojusznika w regionie. Nie jestem pewien, czy właściwie odczytali to rządzący dziś Polską.
Nie ulega wątpliwości, że aktualny stosunek władz Polski do Rosji zrodził się w wyniku trwającej konfrontacji globalnej w walce o przywództwo światowe i kalkulacji, że parasol ochronny USA da nam stabilizację przy nieprzyjaznej polityce Rosji i niektórych innych rzekomych przyjaciół. Elementem wspomagającym były skutki tragicznej katastrofy pod Smoleńskiem z 2010 roku, która cały czas stanowi paliwo polityczne dla partii rządzącej. Świat jednak poszedł do przodu, utrwala się wielobiegunowy układ interesów pomiędzy mocarstwami, USA mają przemawiającego innym językiem prezydenta. Myślenie kategoriami zimnej wojny, która praktycznie zakończyła się w roku 1989 nie ma dziś uzasadnienia. Rozpoczynanie kolejnej zimnej, albo co najgorsze, gorącej wojny prowadzić nas może do zagłady. Kto to zaryzykuje?
Polska leżąca pomiędzy dwoma mocarstwami: Rosją i Niemcami powinna głównie z nimi układać swoje interesy. Zbigniew Brzeziński, doradca kilku prezydentów USA, już po przełomie 1989 roku, w swych publikacjach wielokrotnie pisał, że interesy Polski z USA nie są tożsame. Stwierdził, że „…interesy Polski i Stanów Zjednoczonych są zbieżne, ale nie tożsame, a Polska jest krajem o znaczeniu regionalnym, który w związku z tym powinien mieć własną perspektywę geostrategiczną i nie ograniczać się do popierania we wszystkim Stanów Zjednoczonych. Polska będzie więcej znaczyć w Waszyngtonie z dobrymi stosunkami z Niemcami i z Rosją, a zwłaszcza z silną pozycją w Unii, a tej nie będzie można osiągnąć bez dobrych stosunków polsko-niemieckich”.
Warto zastanowić się nad pewnymi sformułowaniami Seniora Morawickiego wygłoszonymi w ostatnich dniach. – Czy między władzami obu krajów nastąpi reset i będzie możliwe spotkanie Putina z prezydentem i premierem np. w Polsce? – pyta Morawiecki. Jestem za zbliżeniem relacji Polski z Rosją. Dlaczego nie ma spotkania polskich władz z prezydentem Rosji?! To jest konieczne. To jest nasz polski, ale i europejski interes. Powinniśmy dążyć do wielkiej Europy z Rosją…”.
Polskie elity nie odpowiedziały sobie po roku 1989 na wiele pytań dotyczących zmian w Europie i raczej wygodnie jest im akceptować niezrozumiałe i prymitywne myślenie o Europie środowisk konserwatywnych i neoliberalnych w USA. Podstawowe pytanie dotyczące Federacji Rosyjskiej dnia dzisiejszego jest takie: czy jest ona kontynuatorką tradycji Cesarstwa Rosyjskiego, które zakończyło swój żywot w roku 1917, czy może kontynuuje tradycje państwa powstałego po roku 1917 – bolszewickiej Rosji. Odpowiedź na tak postawione pytanie określić może strategię państwa polskiego i wyznaczyć nasz interes narodowy na Wschodzie. Dziś naszego postępowania politycznego wobec Rosji – jak można sądzić – nie wyznacza żadna tego typu kalkulacja, a wyłącznie „kompleks smoleński”.
Polska lewica niebawem wejdzie w kolejną kampanię wyborczą: w roku 2019 mamy wybory do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu i Senatu. Znaki czasu wskazują, że orientacja na współpracę w regionie i ułożenie na nowo stosunków z Rosją ma istotne znaczenie dla przyszłości naszego kraju. Chciałbym wierzyć, że stać nas będzie, aby niebawem, w oparciu o racjonalne przesłanki, określić fundamenty naszych interesów i naszej polityki na Wschodzie.

Polska-Rosja. Rozgrywki, animozje czy złudzenia

Najłatwiej mieć przyjaciół daleko. Francja, Węgry, czy nawet USA to od zawsze wprost wymarzeni przyjaciele Polski.

 

Trudne sąsiedztwo

Czy mieliśmy kiedyś z tymi krajami kiedyś jakieś spory graniczne? Nigdy. Najtrudniej bywało nam zawsze z Niemcami, Rosją i Ukrainą, (choć trudno zaprzeczyć, że ta ostatnia funkcjonuje w naszej historii, jako część dawnej Rzeczypospolitej). Przelano tam mnóstwo krwi – ale jednak trzeba przyznać, że to podobna do naszej mentalność i kultura. Pretensje do Polski miewa też Litwa, choć nasz naród nie wie do końca, o co właściwie Litwinom chodzi.
Oczywiście wszyscy wolimy tłumaczyć sobie, że po prostu mamy, „wrednych” sąsiadów. Szkopuł w tym, że oni mniemają o nas to samo. Napoleon mawiał, że aby prowadzić politykę, należy siąść nad mapą i popatrzeć, gdzie jesteśmy – bo właśnie to określa politykę państwa. Nasza aktualna klasa polityczna stara się mniemać, że „wrednych” sąsiadów da się może odsunąć lub napuścić na nich mocniejsze państwa.
Co do „odsuwania” sąsiadów: śmiem wątpić, by komuś się to udało. W przypadku naszych stosunków z Rosją winne jest budzenie zjaw, animozji i lęków, które dawno winny być pogrzebane. Wielkie historyczne krzywdy – choć prawdziwe – nie powinny jednak aż tak ciążyć na naszych wzajemnych odnoszenia. Rzeczywiste problemy między Polską i Rosją znajdują się dziś w zupełnie innych sferach, natomiast budzenie złych duchów przeszłości tylko utrudnia ich rozwiązywanie na bieżąco. Przepędźmy zjawy ciemnych nocy, budzenie tych potworów służy wyłącznie politykierstwu do osiągania drobnych wiktorii.

 

Wspólny wróg

W czym jak, w czym, ale nasza współczesna „grupa trzymająca władzę” w znajdowaniu wrogów spisuje się akurat na piątkę.
Józef Stalin powiedział kiedyś do swojego Biura Politycznego: „Jesteście jak ślepe kocięta, nie potraficie znaleźć wroga,, – on to potrafił. Wiadomo, nic tak nie jednoczy układu jak wspólny, wróg. Dlatego, gdy ongiś rozstrzeliwano wrogów bolszewizmu, ci umierali z imieniem Stalina na ustach. Nie przypuszczali , że zaliczono ich do kategorię wrogów, bo taki był polityczny zamysł ,,Ojca Narodów,,.
W tej chwili Rosja ma realne problemy z granicami – ale nie na zachodzie, ale na południu i dalekim wschodzie. Zbrojny, fanatyczny islam już od dawno prowadzi z nią otwartą wojnę. Zaś daleki wschód to wielkie Chiny, których rosnący potencjał burzy równowagę sił na przedpolach wielkiej Syberii.. Brak przyrostu naturalnego nawet w Polsce jest problemem, a co dopiero w Rosji – to już wręcz narodowa tragedia. Wielkie obszary Syberii wyludniają się. A co będzie za 20 lat, gdy większość kraju Chabarowskiego będą stanowić Chińczycy, którzy demokratycznie wybiorą swojego własnego gubernatora? Od lat już tam, rosyjskie kobiety chętniej wychodzą tam za mąż za Chińczyków, bo to po prostu robotne chłopy. Z tego powodu Putin ma słaby sen.
Gdyby nie polskie podjudzanie przeciw Rosji, Żyrinowski i jego wielkoruscy pobratymcy nie mieliby ze swoim ultra nacjonalizmem racji bytu, a tak dostarczamy im oręża. Nasza napuszona wrogość zasadza się przede wszystkim na budowaniu szowinizmu poprzez upraszczanie historii, to budują do nas wrogość i scala putinowski blok polityczny trzymający władzę. Prawda jest jednak taka, że mamy dziś wprost wymarzoną sytuację geopolityczną. Między nami a Rosją powstały państwa buforowe, które w swoim własnym interesie blokują ewentualne imperialne zapędy wielkiego sąsiada.

 

Ktoś zapyta: „a co z Bratnią Ukrainą”?

Przecież została ona rozgrabiona przez Rosję. Cóż, to nie my dawaliśmy jej gwarancje bezpieczeństwa i zwartości terytorialnej. To wielcy tego świata podjęli się tej roli, z której dziś nie kwapią się wywiązać. By wystąpić na Mundialu, trzeba pokazać umiejętności i wiarę we własne siły. By rozwiązywać skutecznie problemy naszego Ukraińskiego sąsiada, trzeba mieć pieniądze i sprawną armię. Nie mamy sprawnej i wyposażonej armii, ale za to nie mamy własnych pieniędzy. Tymczasem szczęśliwie, choć wstydliwie wykluczono Polskę z grupy państw negocjujących układ pokojowy dla Ukrainy. Sami Ukraińcy zresztą to zrobili. Nasze paternalistyczne ciągoty, że będziemy Ukrainę promować i ją wprowadzać do europejskich struktur, sama Ukraina już dawno „olała”. I dobrze, bo tu nie da się wynegocjować dobrego układu.
Popatrzmy na innych naszych sąsiadów: Węgry, Słowację, Czechy. Te państwa również są Ukrainie życzliwe, ale nie narzucają się jej jak Polska. Problem ukraiński jest złożony i tak jak każdy konflikt małżeński – nie da się rozwiązać z zewnątrz. Kto za mocno miesza się do sporów małżeńskich, może dostać po głowie i od jednej i od drugiej strony.
Złożoność problemu ukraińskiego polega na tym, że żyją tam miliony obywateli tego kraju, etnicznie będący Rosjanami. Tak jak Słowacja i Czechy dokonały rozwodu swoimi własnymi siłami, tak podobny podział musi dokonać się również na Ukrainie. Jeżeli brak takiej woli na miejscu – należy pomóc w utrzymaniu separacji i na tym poprzestać.
Straszenie nas przez polską prawicę i obóz władzy, że Rosja zajmie Ukrainę i później zajmie też Polskę – jest właśnie esencją polityki szukania wroga. Rosja nie podejmuje nawet wysiłku, by zajmować po kolei etniczne ukraińskie części tego państwa. Wcale nie jest zainteresowana „zjadaniem Ukrainy po kawałku”, ów konflikt traktuje teraz wręcz, jako drugorzędny wobec swojego zaangażowania w Syrii. Ta opinia jest tylko moja, bo cała polska klasa polityczna twierdzi inaczej, budzenie strachów zjednuje każdemu politykowi nimb zapobiegliwego męża stanu, a ja jestem skromnym mężem swojej żony i to mi wystarcza.
Polska nie ma z Rosją żadnych własnych bieżących geopolitycznych sporów. Nasze pretensje w większości kręcą się wokół przeszłości – i to głownie tej stalinowskiej. Łatwo oskarżamy Rosjan o wszelkie niegodziwości i wrogość, ale zdajmy sobie sprawę, że nie jest to takie proste, ten bolszewicki krwawy reżim tworzyli też Polacy, Dzierżyński wręcz zbudował fundament trwałości tego systemu. Zresztą największą ofiarą tej rewolucji byli sami Rosjanie i Ukraińcy. My Polacy wiele ucierpieliśmy od bolszewizmu, ale nie można wszystkich win automatycznie przenosić na Rosjan. Niemcy jednak potrafią to rozróżnić. W tej chwili nasze napięcie w stosunkach Z Federacją Rosyjską wynika z faktu, że Rosja działa w Syrii i jest to wyzwaniem dla USA. Czy my mamy środki i wolę polityczną by wikłać się tą rywalizację. Konflikt wynika z tego, że USA rywalizują w Syrii z Federacją Rosyjską, więc korzystają z napuszonej polskiej wrogości do Rosji, umieszczając na naszym terenie swoje siły zbrojne. Węgry, Słowacja, Czechy już nie okazują takiego nastawienia. W moim przekonaniu rozgrywki na tym poziomie nie są naszą domeną, nie jest to nasz wagomiar.. Tylko współpraca z Unią gwarantuje nam stabilną przyszłość, a właśnie Unię najbardziej lekceważymy. Mimo wszystkich słabości Unii sytuacja jest jak w starym przysłowiu ,,lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć”.
Tak jak rozgrywki mundialowi szybko pokazały, gdzie nasze miejsce, tak i aktualna rozgrywka polityczna daleko przekracza nasze możliwości i zdolności. Sztuką jest budowanie relacji z bliskimi sąsiadami, z dalekimi one zawsze same z siebie się ułożą.

Nowa globalizacja w tle

Spotkanie prezydentów Putina i Trumpa w Helsinkach ma duże znaczenie, także dla Polski.

 

Odbywać się ono będzie z nową globalizacją w tle. Jesteśmy w trakcie II zimnej wojny, która, jak widać zmierza ku końcowi, świat bowiem nie może dziś bez poważniejszych rozstrzygnięć posprzątać po neoliberalizmie i ruszyć do przodu. Celem jest zmniejszenie ryzyka kryzysu finansowego, który trwa od 2007 roku i grozi jeszcze poważniejszymi konsekwencjami, niż w swojej I fazie.
Celem jest także zmniejszenie zagrożeń wynikających z chwilowego braku równowagi strategicznej na obecnym poziomie technologii militarnych. Świadczą o tym liczne konflikty regionalne.
Generalne przesłanie dla współpracy pomiędzy mocarstwami określone zostało m.in. na początku lipca 2018 roku podczas konferencji wpływowego think tanku niemiecko-amerykańskiego – Instytutu Schillera, jako poszukiwanie „Nowego Paradygmatu” dla relacji globalnych. Mówi się tam również o postępowaniu procesu przechodzenia relacji międzynarodowych w kierunku multilateralizmu, a więc kształtowania układu wielobiegunowego, który zastępuje tymczasowy układ stworzony po 1989 roku po upadku ZSRR i wyraźnej w ostatnich latach dominacji globalnej USA.
Sądząc po sygnałach, jakie pojawiają się przed spotkaniem Putin-Tramp, realizowana dziś m.in. przez Polskę strategia „wszystko kosztem Rosji” nie zakończyła się powodzeniem, bilans jest raczej niekorzystny. Helsińskie spotkanie, jeśli zakończyć ma się sukcesem, musi mieć charakter partnerski i ustanowić porządek międzynarodowy na kilka dekad. Pomniejsza to niewątpliwie znaczenie W. Brytanii i Niemiec, stąd sygnalizowane duże zdenerwowanie zarówno w Londynie, jak i w Berlinie.
Nie wiadomo, czy planowane porozumienie można będzie przyrównywać do ustaleń w Jałcie w 1945 roku, ale tej próby porozumienia lekceważyć się nie da. Trzeba zwrócić uwagę, że miejsce i symbolika tego spotkania, nawiązują do idei i treści Aktu Końcowego KBWE z sierpnia 1975 roku, zwanego Wielką Kartą Pokoju.
Prezydent Donald Trump, mimo dość powszechnej krytyki w gronie m.in. sojuszników, co do nieprzewidywalności jego postępowania, jest jak widać, dość konsekwentny w realizacji kilku celów strategicznych: wewnętrznego odrodzenia USA po wieloletniej zapaści będącej skutkiem praktyk neoliberalnych, ułożenia relacji międzynarodowych zgodnych z nowym układem sił z Rosją (równowaga militarna) i z Chinami (równowaga gospodarcza).
Jeśli powodzeniem zakończą się te działania, świat będzie bez wątpienia bezpieczniejszy. Będzie to również rzutować na sytuację Polski.
Polska bowiem od XVI wieku, kiedy przestała być główną potęgą ówczesnej Europy, uzależniona jest od interesów innych graczy globalnych i regionalnych. Jest przeciągana ze Wschodu na Zachód i odwrotnie.
Położona pomiędzy dwiema współczesnymi potęgami – Niemcami i Rosją musi liczyć się z międzynarodowym układem sił i wspierać tworzenie stanu równowagi a nie konfliktu, co ma swoje ogromne znaczenie po doświadczeniach dwóch wojen światowych w XX wieku. O ich konsekwencjach dla Polski przypominać nie trzeba.
Nasza polska polityka realizowana w okresie III RP, po roku 1990, jest pełna zawirowań i niekonsekwencji.
Oparta jest o niespójne wizje strategiczne kolejnych koalicji rządzących, przywiązanych do sprzecznych często interesów międzynarodowych. Nie udało się, mimo stałych punktów i sojuszy opartych o uczestnictwo w Unii Europejskiej i NATO, ustalić obszaru spraw stanowiących istotę naszego interesu narodowego i racji stanu. Socjaliści zwracali na to uwagę kilkakrotnie po roku 1990. Dotyczy to także spuścizny historycznej, gdzie w najlepsze trwa spór o ideowy charakter odzyskanej 100 lat temu niepodległości i rolę Polski Ludowej w dokonaniu skoku cywilizacyjnego w okresie 45 lat jej istnienia. Elementy te są przedmiotem przetargów i wewnętrznej walki politycznej, która nie przynosi pozytywnych skutków nikomu, poza naszymi wrogami.
Spotkanie prezydentów Putina i Trampa w Helsinkach powinno być brane poważnie pod uwagę przez rządzącą w Polsce koalicję prawicową. Dotychczas jej polityka międzynarodowa, regionalna i wewnętrzna nastawiona jest na budowę „kordonu sanitarnego” na wschodniej granicy, ostrożności na granicy zachodniej i składania „aktu oddania” w Waszyngtonie. Można rozumieć, że jest czas oczekiwania i pytań, ale nadchodzi też czas realnych odpowiedzi.
Można zastanawiać się, czy jesteśmy gotowi, jako Polska, do generalnego przewartościowania swojej polityki międzynarodowej i w jej konsekwencji wewnętrznej, w związku z przewidywaną i możliwą dynamiką zmian w naszej strefie cywilizacyjnej, do której wchodziliśmy z wielu pytaniami, ale nie na kolanach?

Problem pokoju My, socjaliści

Lewica powinna dziś zacząć na forum publicznym przemawiać innym niż dotychczas głosem w sprawach naszego bezpieczeństwa.

 

Dyskutowaliśmy ostatnio w gronie ludzi lewicy o globalnych, ale również naszych regionalnych problemach dotyczących wojny i pokoju. Polska ma ogromny dorobek przypadający na drugą połowę XX wieku dotyczący przedsięwzięć i inicjatyw pokojowych. Trzeba pamiętać, że powstawały one w cieniu widocznych wówczas wszędzie, szczególnie w Warszawie, szkieletów przedwojennych gmachów i domów mieszkalnych oraz mogił i tablic upamiętniających ofiary oraz niezatartej w pamięci narodu największej w naszej historii tragedii, jaką były skutki II wojny światowej.
Przywołano szereg ważnych polskich inicjatyw pokojowych, jak Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, jaki odbył się z polskiej inicjatywy w sierpniu 1948 roku we Wrocławiu, czy zgłoszony przez Adama Rapackiego, działacza PPS, ówczesnego polskiego ministra spraw zagranicznych w dniu 2 października 1957 na XII sesji Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych projekt utworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej. Te wymienione i inne polskie inicjatywy pokojowe, zgłaszane na forum międzynarodowym w okresie istnienia Polski Ludowej przeszły do historii, nasz kraj zaś stał się powszechnie szanowany za wkład do globalnego myślenia na temat bezpieczeństwa zbiorowego.
Polska ma szczęście lub nieszczęście być w położeniu w centralnej Europie, gdzie od XVI wieku trwa konfrontacja o wpływy kontynentalne pomiędzy dwoma naszymi wielkimi sąsiadami na wschodzie i zachodzie. Byliśmy i jesteśmy ofiarą tej konfrontacji, a pokojowy okres ponad 70 lat po drugiej wojnie światowej, należy zaliczyć do szczęśliwego zbiegu okoliczności, jakie zaistniały w Europie i na świecie po II wojnie światowej, i jeszcze wcześniej, w latach 1917-1918, kiedy tworzył się nowy europejski układ sił. Wówczas to socjaliści zorganizowani w PPS ustanowili doktrynę polityczną dotyczącą niepodległości państwa polskiego po doświadczeniach 123 lat zaborów. Wynikały z niej proste przekazy, które zdały egzamin w burzliwej historii XX wieku. To było zdefiniowanie tożsamości narodowej i interesu narodowego oraz podstawowych zasad współżycia w naszym regionie.
Przede wszystkim nie można za wszelką cenę pozwolić, aby powtórzyły się w naszej polskiej i europejskiej rzeczywistości niekorzystne dla Polski okoliczności i układy znane z naszej historii z lat 1794, 1939, 1943-44. Jak pamiętamy Polska utraciła wówczas siłę regionalną i podmiotowość, co skutkowało sytuacją, że o naszym losie decydowali inni. Istotne jest w tych sprawach doświadczenie, że Polska nie mając możliwości decydowania samodzielnie, była przesuwana kilkakrotnie ze wschodu na zachód i odwrotnie, co skutkowało znalezieniem się na ogół w obszarze stref wpływów Rosji lub Niemiec, które zawsze miały charakter konfrontacyjny. Nigdy w historii nie udało nam się znaleźć ponad tym układem, stąd widoczne od wieków rozdwojenie jaźni narodu i dylemat, kto jest sojusznikiem, a kto jest wrogiem. Jest co prawda obecny w polskiej politologii tzw. nurt symetryzmu, niemniej jednak ma on mały wpływ na myślenie i działanie elit. Na polskiej drodze do samodzielności i pełnej niepodległości państwa i narodu popełniono wiele błędów, ale zasady pozostały i należy z nich szczególnie dziś, wyciągać wnioski.
Współcześnie globalny układ sił i konfrontacji między mocarstwami wydaje się być korzystny dla Polski. Konfrontacja ta ma charakter wielopłaszczyznowy, nie należy jednak zakładać, że możliwy jest konflikt nuklearny na wielką skalę, który unicestwi cywilizację. Trzeba zakładać, że trwające konflikty regionalne nie przekroczą tzw. masy krytycznej. Świat będzie układał się więc na nowo, bo taka jest logika rozwoju, w oparciu o interesy i wymuszoną współpracę pomiędzy kilkoma centrami globalnymi. Globalnych graczy jest w zasadzie trzech: USA we współpracy z Unią Europejską, Rosja i Chiny. Każdy z nich ma swoje jasno określone interesy i priorytety.
Polska ze swoim położeniem i tragicznymi doświadczeniami XX wieku, powinna wykorzystując sytuację pełnić rolę zwornika, a nie klasycznego państwa granicznego. Nie tak dawno zadawałem na tych łamach pytanie: czemu Polska ma mieć z założenia gorsze stosunki z Rosją, niż Niemcy, Francja czy USA. Nie leży w naszym interesie udostępnianie naszego terytorium na potencjalny konflikt regionalny. Przez ponad 70 lat nie odbudowaliśmy jeszcze kraju i nie uzupełniliśmy strat po zniszczeniach II wojny światowej.
Cała polska lewica powinna dziś zacząć na forum publicznym przemawiać innym głosem, niż dotychczas, w sprawach naszego bezpieczeństwa. Przeciwstawić się propagandzie wojennej, która opanowała część mediów i elity rządzące. Podstawową doktryną polityczną lewicy musi być głoszenie pokoju i pokojowej współpracy, a nie wojny.