Polska polityka zagraniczna czyli oksymoron

Przed laty red. Krzysztof Mroziewicz w zapomnianej już telewizyjnej audycji 7 dni wymienił m. in. trabanta limuzynę jako jeden z przykładów oksymoronu – czyli nazwy czegoś zawierającego dwa wzajemnie ze sobą sprzeczne pojęcia. Szewc Fabisiak proponuje dopisać do tej listy również polską politykę zagraniczną.

Tego typu spostrzeżenia nasuwają się niejako automatycznie na podstawie obserwacji czegoś co niektórzy nazywają polską polityką zagraniczną. W istocie bowiem całość, głównie (goło)słownych, poczynań Polski na odcinku stosunków zagranicznych wskazuje na to, że Polska nie prowadzi w tej materii własnej polityki, lecz kopiuje politykę Waszyngtonu a często wręcz realizuje płynące stamtąd dyrektywy.

Skoro mowa o polityce zagranicznej, to szewc Fabisiak zwraca uwagę na niedawną nasiadówkę Platformy Obywatelskiej podczas której lider tej formacji Borys Budka zaprezentował trzy filary na których ma się upierać bezpieczeństwo Polski a mianowicie: europejski, transatlantycki i wschodni. Trzeba być do prawdy niezwykle wnikliwym analitykiem aby dostrzec tu jakąś nowość w porównaniu z generalnymi założeniami polityki obecnegp a także poprzednich rządów RP. Budka i jego Platforma idzie na łatwiznę ograniczając się do czysto technicznej krytyki polityki zagranicznej rządu. Otóż, jak mówił Budka, „wojska Putina gromadzą się na wschodzie, co dzień prowokuje nas Łukaszenka, a polska dyplomacja nie jest w stanie w żaden sposób skutecznie na to odpowiedzieć”. Słowa te zostały wypowiedziane następnego dnia po tym jak Rosja rozpoczęła wycofywanie swych wojsk znad granicy z Ukrainą oraz z Krymu. Albo pan Budka o tym nie wie albo Platforma patrzy jedynie w przyszłość i nie interesuje ją dzień wczorajszy – zastanawia się szewc Fabisiak.

Zastanawiające jest również to w jaki sposób Polska mogłaby zareagować na gromadzenie się wojsk rosyjskich tudzież ponoć codzienne białoruskie prowokacje. Być może Borys Budka nie ma na to pomysłu a może ma tylko nie chce go ujawnić co można by ująć w postaci transformacji znanego porzekadła „Budka wiedział, nie powiedział”.Natomiast od opozycji należałoby oczekiwać nie jałowej krytyki władz, w czym specjalizuje się PO, lecz przedstawienia alternatywnej wizji polityki zagranicznej. Szewc Fabisiak zauważa jednak, że w Polsce jest to niemożliwe skoro wszystkie liczące się siły polityczne zamiast pluralizmu poglądowego „mówią jednym głosem”. W tym kontekście prezes Stowarzyszenia Europejska Rada na rzecz Demokracji i Praw Człowieka Janusz Niedźwiecki wyróżnia kilka dogmatów w polskiej polityce zagranicznej takich, jak nienaruszalny sojusz z USA, konfrontacyjna polityka wobec Rosji, sceptycyzm wobec Chin a także mesjanizm w polityce wschodniej. Tymczasem przywiązanie do tych dogmatów hamuje wszelką rzeczową dyskusję. Czy już nikt z polskich polityków nie potrafi samodzielnie myśleć czy też wszyscy drżą ze strachu aby się nie wychylić? – zastanawia się szewc Fabisiak

Ów uniformizm poglądów daje się zauważyć przede wszystkim w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych. Nikt z liczących się polityków nie tylko nie ma wątpliwości co do wiernopoddaństwa wobec USA, lecz wręcz wyraża co najmniej zadowolenie, a co poniektórzy wręcz entuzjazm, z powodu stałego rozszerzania amerykańskiej obecności wojskowej w naszym kraju. Dało się to zauważyć choćby w listopadzie ubiegłego roku przy okazji podpisania przez prezydenta Dudę ustawy o ratyfikacji umowy między Polską a Stanami Zjednoczonymi dotyczącej wzmocnionej współpracy militarnej. Politycy nie tylko rządzącego PiS ale też opozycyjnych PO, PSL i mimo pewnych zastrzeżeń także SLD zgodnie wyrażali aprobatę dla zwiększenia ilości amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Polsce.

Zgoda ponad podziałami panuje również w kwestii gazociągu Nord Stream 2, który podobno ma zagrażać interesom Polski. Ciekawe jakim? Czyżby rosyjski Gazprom miałby cichcem wytaczać ropę z naszych zbiorników by następnie dostarczać ją Niemcom? – dopytuje szewc Fabisiak. Tymczasem faktem jest, że ów rurociąg jest nie na rękę Stanom Zjednoczonym, gdyż stanowi on poważną konkurencję dla dostaw do Europy amerykańskiego gazu skroplonego. Tym samym suwerenna Rzeczpospolita staje się orędownikiem amerykańskich interesów. W tym kontekście kwestię relacji polsko-amerykańskich w lapidarny sposób podsumował Maciej Wiśniowski na portalu strajk.eu pisząc, iż „Polska jest tylko breloczkiem na pasku amerykańskich spodni.” Jest też kilka przykładów świadczących o tym, że Stany bezpośrednio ingerują w polskie sprawy wewnętrzne. To, że ambasador USA pani Mosbacher występowała na rzecz amerykańskiej nadającej w Polsce telewizji jest zrozumiałe z punktu widzenia interesów jej kraju. Natomiast dla kogoś kto uznaje Polskę za suwerenne państwo mniej zrozumiałe wydaje się to, że polskie władze postawiły interes amerykański ponad swój własny. To pod naciskiem USA został wsadzony do kosza projekt ustawy o podatku od reklam, którego wprowadzenie skutkowałoby przesunięciem w końcu niemałej kwoty pieniężnej od amerykańskich mediów do polskiego budżetu. I na tym polega polska amerykańska polityka zagraniczna.

Przed prezydenckie peregrynacje

Ryba psuje się od głowy, a zepsucie kierownictwa prowadzi do demoralizacji i upadku instytucji. A dokąd prowadzić będzie stara-nowa głowa naszego państwa?

To pytanie w wypadku (to nie pomyłka, rzeczywiście w wypadku) zwycięstwa Andrzeja Dudy ma charakter retoryczny i jedynie zastanawiać się należy gdzie jeszcze nas zaprowadzi pod światłym kierownictwem Jarosława Dobrej Zmiany Kaczyńskiego. Natomiast pozostała piątka poważnych kandydatów na prezydenta w swych programach i wystąpieniach prezentowała przede wszystkim antypisowską przyszłość, koncentrując się na najważniejszych problemach krajowych i uważając, że jest to najbardziej oczekiwany przez wyborców przekaz. I to zapewne prawda, ale Polska nie jest jakąś osamotnioną wyspą, a nasze rozliczne międzynarodowe uwarunkowania oznaczają konieczność traktowania polityki zagranicznej nie gorzej niż wewnętrznej.

Wszystkie nasze drogi zawsze prowadzą do Rzymu

Wiele lat temu w kampanii prezydenckiej należało zapewnić sobie życzliwość i poparcie w Rzymie, a po ewentualnym zwycięstwie udać się koniecznie do Watykanu. Dziś to już zupełne passe, bo czegoż można się spodziewać po papieżu Franciszku? W swoim czasie rolę Rzymu pełniła też Moskwa, na początku dla wielu z przekonania, a z latami coraz częściej tylko z wielokrotnej konieczności. Były oczywiście w tamtych czasach nieodzowne serwituty m. in. w postaci odznaczeń, w których lubował się Breżniew czy, dla świętego spokoju wpis do Konstytucji za czasów Gierka, co stanowiło zresztą tajemnice poliszynela. Ale miały też miejsce liczne kontrowersje, twarde polskie stanowiska i wymuszone przez nas porozumienia i rozwiązania. Poza Bierutem żaden kolejny polski przywódca w PRL-u nie okazał takich ton wazeliny na Kremlu jak ostatnio Duda w Waszyngtonie, pełniącym zresztą rolę kolejnego Rzymu. I to w nieprzymuszonej sytuacji. A w ostatnią sobotę na wieczornym wiecu w Starym Sączu kontynuował te swoje myśli-hołdy o współpracy z USA, wychwalając amerykańskie bezpieczeństwo i zupełnie zapominając, że jesteśmy w Unii Europejskiej.

Na pytanie Anity Werner z TVN gdzie by się udał w swoją pierwszą prezydencką podróż Władysław Kosiniak-Kamysz przedstawił nadzwyczaj bogatą trasę: Paryż, Berlin, Londyn i nadto dodał kraje skandynawskie. Zapomniał jeszcze o Pradze, gdyż tam właśnie schronić się musiał przed represjami Piłsudskiego legendarny przywódca PSL Wincenty Witos. Innych kandydatów o to nie pytano, a Rafał Trzaskowski zapewne wymieniłby Brukselę, choć zagranicznych wyczynów PiS nie odważył się skrytykować, potwierdzając pełną zgodność na amerykańskim kierunku.

Ten gorący ziemniak

jakim w kampanii byłby temat naszej polityki zagranicznej wszyscy kandydaci, poza poddańczym Dudą, najchętniej odrzuciliby jak najdalej. Ale nie był, poza standardowymi opiniami na temat Rosji (Duda zaplątał się z rządami PO i zajęciem Krymu, a Trzaskowski okazał sporą odwagę mówiąc o przywróceniu ruchu przygranicznego z obwodem kaliningradzkim) i płynącego stamtąd zagrożenia, bo taka jest obecnie poprawność polityczna, przemielone głowy Polaków, podporządkowanie interesom USA i obawa przed kontrą PiS.

Żaden z kandydatów gromko mówiąc o swojej niezależności i kreatywności jako prezydenta nie chciał dostrzec naszej awanturniczej polityki zagranicznej w stosunku nie tylko do Rosji, ale i do Niemiec i Francji. Nie mógł także zrozumieć bo wiedzieć przecież powinien, że gra w złą Rosję i jeszcze gorszego Putina to tylko jedna i mniej ważna, propagandowa strona rzeczywistości. Druga to, mimo rozlicznych sankcji, trwająca i owocna współpraca gospodarcza. Co prawda przeszkadza ona bardzo USA pragnącym zdominować rynki swoimi produktami, ale jakoś nie kłócili się ze sobą rosyjscy i amerykańscy kosmonauci na rosyjskiej zresztą stacji kosmicznej. Historyczny jakoby start statku Crew Dragon w misji NASA i SpaceX sprowadza się naprawdę do tego, że wreszcie po wielu latach Amerykanie nie będą musieli kupować rosyjskich silników kosmicznych. A dywersyfikacja z zakupem przez Polskę gazu oznacza jej zaprzeczenie, gdyż teraz będziemy go mieli tylko z jednego, ale za to droższego, amerykańskiego źródła. W każdej z opisanych i we wszystkich innych, podobnych sytuacjach nie idzie ani o zrywanie dotychczasowych sojuszy, ani też o jakieś ekstremalne rozwiązania, a tylko i aż o elementarną normalność i racjonalność.

Zapewne strategia I wyborczej tury niejako wymusiła określoną postawę kandydatów, to jednak od Roberta Biedronia, którego szanse na prezydenturę od samego początku były nikłe, można było się spodziewać odważnego i jasnego stanowiska w omawianej materii. Nie żeby w pierwszą prezydencką podróż udał się do Moskwy, a nie daj Bóg do Pekinu, ale aby na równi z innymi słusznymi hasłami prezentował konieczność suwerenności polskiej racji stanu i przede wszystkim naszych interesów. Na wzór Stanów Zjednoczonych i super bossa ich biznesu.

Top secret

Za pięknie płynącymi słowami kandydatów na prezydenta o godności, równości i szacunku dla wszystkich Polaków kryją się niewyartykułowane kwestie, z których tylko LGBT, przez głupią wpadkę sztabu wyborczego PiS, zostało publicznie nazwane, a następnie szybko wycofane, także po upomnieniu ambasady USA w Warszawie. Ale pozostało zbyt wiele innych, do których zaliczyć należy nadal obowiązujące ustawy dezubekiazacyjne i wszelkie ich dalsze pochodne i pokłosie, działalność Instytutu Pamięci Narodowej z jego prokuratorską i propagandową działalnością, który w konsekwencji jest od wielu lat jedną z głównych instytucji dzielących obywateli na lepszych i gorszych. Nie wspominam o stosunku do czasów i ludzi Polski Ludowej, o łamaniu Konstytucji i zawłaszczeniu systemu prawa bo to miało tzw. mniejszą nośność. Te tematy, także z uwagi na wyborczą grę w I turze nie odnalazły się w wypowiedziach kandydatów. Także Lewicy i Trzaskowskiego, co pierwsze przyjmuję z wielkim zdziwieniem, a drugie z niepokojem na przyszłość.

A co z tą mamoną?

W latach osiemdziesiątych nie tylko w mojej redakcji był zwyczaj wywieszania na tablicy ogłoszeń płacht kolejnego numeru gazety z zaznaczonymi na tekstach kwotami honorariów, które należały się autorom. Nikomu to nie przeszkadzało, było świadectwem transparentności decyzji, a nadto pewnym wzorem i dopingiem dla innych. Nie stanowiło żadnej tajemnicy ani wynagrodzenie redaktora naczelnego, ani na przykład, dla ciekawskich, I sekretarza jakiegoś partyjnego komitetu. Zresztą co to były za pieniądze w porównaniu do dzisiejszych lewizn w spółkach Skarbu Państwa, obsadzanych przez obecnych partyjnych prominentów.

Z nastaniem nowego ustroju tak się jakoś porobiło, że to wszystko stało się nadzwyczaj tajne, tak jakby nie pochodziło z obowiązujących przepisów, było przedmiotem niezgodnych z prawem poczynań i obawą do tłumaczenia się z nienależnych pieniędzy. I trwa to w najlepsze po dziś dzień, także na najwyższych szczeblach władzy, bo prezydent Andrzej Duda nie złożył na piśmie oświadczenia o wyrażeniu zgody na ujawnienie swojego oświadczenia o stanie majątkowym i dopiero po dłuższych targach mogliśmy je poznać. Natomiast premier Morawiecki zasłaniając się brakiem odpowiednich przepisów nie chce ujawnić odrębnego majątku żony, bo sami z siebie państwo Morawieccy tego wyjątkowo bohaterskiego czynu dokonać nie zamierzają. Nie wspominając już o nadzwyczajnych poborach w Banku Polskim dodać należy, że „Mamy dziurę, jakiej jeszcze nie widzieliśmy. Rząd robi wszystko, aby nie było jej widać” (Onet), a na dociekliwe pytania dziennikarzy rządzący odpowiadają nie na temat, albo lekceważącym milczeniem, tak jakby nie wiedzieli, że oczekuje na ich odpowiedź opinia publiczna.

Rafał Trzaskowski ujawnił dochody swojej rodziny, ale dużo ważniejszą, fundamentalną wręcz sprawą, będzie jego ewentualna dążność do powszechnego obowiązku tego aktu przez wszystkie osoby, wraz ze współmałżonkiem i dorosłymi dziećmi, zatrudnione w państwowych instytucjach. Za zawołaniem, że wszyscy jesteśmy równi kryje się też konieczność zakończenia powszechnego procederu lukratywnych posad dla swoich w państwowych spółkach, fundowanych przecież przez obywateli.

To idzie młodość !?

Jerzy Sawka w tekście „Idzie młoda zmiana” („GW”, 9.06.2020), pisze o nowym pokoleniu w polityce i kończy swoje wywody: „Tę zmianę pokoleniową w najoczywistszy sposób reprezentują kandydaci na prezydenta: Rafał Trzaskowski, Szymon Hołownia, Robert Biedroń, Władysław Kosiniak-Kamysz, Krzysztof Bosak…Po wyborach wszystkie partie czeka rekonstrukcja. Taki jest wymóg nowych czasów i taka będzie wola nowych liderów. Idzie zmiana. I to jest jak najbardziej OK.”

Z młodością zawsze był pewien kłopot, o czym świadczą zwoje papirusu ze starożytnego Egiptu, na których wyrażano krytyczną opinię o młodych i niepokój o przyszłość. Młodzi, co każdy rozumie, młodym nie równi o czym nie wie jednak Sawka wymieniając tylko liderów opozycyjnych partii, a nie wspominając o Zjednoczonej Prawicy. A tam młodych wilków w nadmiarze nie mówiąc już o Andrzeju Dudzie, który ma tyle samo lat co Rafał Trzaskowski. Przywilej młodości niewątpliwie liczy się w polityce, ale nie on zadecyduje jaka będzie Polska przez najbliższe pięć, a może i więcej, lat.

Nie jest prawdą

często zarzucaną kandydatom, że wypowiadają się jak premierzy, a nie prezydenci, którzy z racji prawnych swojego urzędu o wiele mniej mogą dokonywać zmian. Na przykładzie Andrzeja Dudy ta opinia jest zasadna, ale przy pozostałych mylna, bowiem najważniejszą sprawczą silą nowego prezydenta będzie zatrzymanie walca nieprawości PiS-owskich sejmowych głosowań, a to przy vecie z pałacu jest możliwe. Nadto pozostałe prerogatywy pozwalają na ustawodawcze inicjatywy, publiczne wypowiedzi, tworzenie i popieranie określonych grup społecznego nacisku i szereg innych poczynań budujących nowe fakty na politycznej scenie. Ale z przebiegu prezydenckich kampanii tego się nie dowiemy, bo wygłoszone liczne słowa potwierdzone zostaną, albo też nie, dopiero czynami.

Nowy prezydent Rzeczpospolitej

poprzez swoją aktywną postawę musi ponownie zdefiniować i czynem potwierdzać co znaczą takie podstawowe pojęcia jak prawda, wolność, demokracja, równość, tolerancja, sprawiedliwość, solidarność, szacunek, suwerenność. I z taką nadzieją pójdziemy do lokali wyborczych 12 lipca.

Polska, Unia Europejska, Rosja, Chiny, Wietnam. I USA też

Wzmocnienie i rozszerzenie Unii Europejskiej, poprawa relacji z Rosją, współpraca z Chinami, Wietnamem i państwami ASEN oraz sojusz z USA. Taką problematyką chciałbym zajmować się w przyszłym Sejmie RP.

W Sejmie RP pracowałem jako poseł SLD w latach 1997-2007. Od 2000 roku do 2007 roku byłem członkiem sejmowej Komisji Europejskiej. W latach 2002 – 2004 posłem – obserwatorem Parlamentu Europejskiego w ramach delegacji parlamentarnej Sejmu RP.
W tamtych latach przede wszystkim tworzyliśmy prawo i warunki umożliwiające Polsce akcesję do Unii Europejskiej. Dzięki pracy setek ówczesnych polskich parlamentarzystów, wszystkich opcji politycznych, gładko weszliśmy do europejskiej wspólnoty. I do roku 2015, do czasów przejęcia władzy przez PiS, byliśmy jednym z filarów Unii Europejskiej.
Dlatego w przyszłym Sejmie będę przeciwstawiał się wszelkim próbom osłabiania Unii Europejskiej proponowanym i dokonywanym przez elity PiS i radykalną prawicę. Będę zwalczał wszelkie antydemokratyczne projekty i postulaty prominentów PiS prowadzące do ukrytego, powolnego „polexitu”. Będę walczył z rozpętywaną przez elity PiS hybrydową wojną z Unią Europejską. Jestem zwolennikiem stopniowej federalizacji Unii Europejskiej. Wzmacniania wspólnej gospodarki, wspólnej polityki zagranicznej, wspólnych instytucji, tworzenia wspólnej armii. Jednocześnie jestem zwolennikiem radykalnej demokratyzacji unijnych instytucji. Zachowania i pielęgnowania narodowych kultur, różnic narodowych w jednej europejskiej rodzinie. Taka jest moja „Europa Ojczyzn”.
Kultura w Unii Europejskiej nie może być tylko towarem, obiektem jedynie komercyjnego obiegu. Na tym polu my Europejczycy różnimy się od amerykańskiego modelu kultury, gdzie obowiązuje prymat producenta nad twórcami. Jestem zwolennikiem stopniowego rozszerzenia naszej Unii Europejskiej o państwa bałkańskie. Już teraz można zaprosić do UE Północną Macedonię i Czarnogórę. A potem Serbię, Bośnię i Hercegowinę, Albanię i Kosowo.
Warto też przygotować na następne dziesięciolecia „mapę drogową” dla Mołdawii, Ukrainy i Gruzji. No i nie zamykać zamrożonych negocjacji z Turcją. Choć obecnie rządzące Turcją elity polityczne przestały wyrażać zainteresowanie akcesją do naszej Unii. W Sejmie RP aktywnie działałem w „dyplomacji parlamentarnej”. Przewodniczyłem kilku bilateralnym grupom parlamentarnym, pracowałem w wielu innych. Dyplomacja parlamentarna to rodzaj miękkiej polityki zagranicznej. Tworzy i pielęgnuje kontakty między parlamentarzystami i osobami opiniotwórczymi w państwach nie zawsze aktualnie zaprzyjaźnionych.
Nie zawsze sojuszniczych. W takich sytuacjach często kontakty międzyparlamentarne są jedynymi. Bardzo przydatnymi, kiedy nadchodzi czas ocieplenia relacji i szybkiego wznowienia współpracy gospodarczej. Kiedy pracowałem w Sejmie RP, byłem wiceprzewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-koreańskiej. Wtedy, w latach 1999-2005, współpracowaliśmy z parlamentami obu Korei.
Krytykowała nas wtedy ówczesna prawica i liberałowie za utrzymywanie kontaktów z jednym z państw koreańskich. Tym leżącym na północy półwyspu. Dzisiaj Wielki Brat polskiej prawicy utrzymuje stałe kontakty z przywódcą KRL-D. Okazało się, że racja była po naszej stronie.
Dzisiaj klasycznym przykładem złej dyplomacji parlamentarnej jest brak parlamentarnej grupy polsko-rosyjskiej w Sejmie mijającej kadencji. Nie jestem fanem polityki i ideologii prezydenta Putina i jego Jednej Rosji. Podobnie prezydent Putin i jego partia nie szukają kontaktów z polską lewicą. Preferują polską radykalną narodowo – katolicką prawicę, przede wszystkim Konfederację.
Ale ekipa prezydenta Putina to nie jest cała Rosja. Polski Sejm powinien utrzymywać stale kontakty z rosyjską Dumą. Polska lewica powinna utrzymywać stałe kontakty z rosyjską lewicą. Polscy ludzie kultury powinni utrzymywać stale kontakty z rosyjskimi partnerami.
Ekipy rządzące zmieniają się. I w Polsce i w Rosji. Sąsiedztwo polsko – rosyjskie jest niezmienne. W długofalowym interesie społeczeństwa polskiego jest dobrosąsiedztwo ze społeczeństwem rosyjskim. Ja zaś zgadzam sie z prezydentem Macronem, że Europa jest od Atlantyku po Ural, a przyszła Unia Europejska powinna być od Lizbony po Władywostok.Oczywiście także z Kijowem, Kiszyniowem i Tbilisi.
Polski sojusz wojskowy i współpraca gospodarcza z USA nie może polegać na jednoczesnym wykluczeniu współpracy gospodarczej z Chinami. Co obecna administracja USA proponuje. Polska jest ważnym chińskim partnerem w ramach gospodarczo-politycznego „Formatu 17+”. Wzmacniającego zresztą współpracę w formacie „Trójmorza”. Polska, być może po raz pierwszy w swej historii, ma szansę wykorzystać swe położenie geograficzne. Uznawane do tej pory za wyjątkowo niekorzystne. Polska jest bowiem bramą transportu kolejowego z Chin do Europy. Ważnym elementem wielkiego chińskiego projektu geopolitycznego znanego jako „Nowy Jedwabny Szlak”.
Transport kolejowy z Chin do Europy jest trzy razy szybszy niż morski i pięć razy tańszy niż lotniczy. Polska ma szansę zarabiać na takim tranzycie. Ale to wymaga dobrych, przynajmniej poprawnych, relacji ze wszystkimi państwami tranzytowymi. Czyli też z Rosją. Dwadzieścia lat temu, kiedy byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-chińskiej, nasze państwo miało szanse zostać ważnym partnerem gospodarczym Chin. Szansę zmarnowano, bo ówczesne prawicowe rządzące elity nie wierzyły w sukces „komunistycznych Chin”.
Dzisiaj Chiny są mocarstwem gospodarczym. Dzisiaj Polska powinna zaproponować partnerstwo gospodarcze i naukowe jedynie którejś z najuboższych prowincji chińskich, najlepiej leżącej też na Nowym Jedwabnym Szlaku. I tam mozolnie budować współpracę na kolejne dziesięciolecia.Aktualnie wielką szansą dla Polski jest Wietnam. Lider państw ASEAN. W Wietnamie mamy nadal cztery tysiące absolwentów polskich uczelni i ponad trzy tysiące robotników, którzy przeszli staż w polskich stoczniach. W Wietnamie nadal Polska cieszy się wielką sympatią. Dynamicznie rozwijający się Wietnam i inne państwa ASEAN to realna szansa dla gospodarki polskiej. Polska może być bramą Wietnamu i państw ASEAN w Unii Europejskiej, Wietnam może być bramą dla Polski w państwach ASEAN.
Dlatego w Sejmie zamierzam pracować w parlamentarnej grupie polsko – wietnamskiej. I w grupie polsko – chińskiej. I polsko – rosyjskiej też.
Jeśli Polska będzie silnym partnerem silnej Unii Europejskiej, poważnym kooperantem gospodarczym Chin oraz Wietnamu i państw ASEAN, jeśli będzie mieć unormowane relacje z Rosją, to wówczas może być również poważnym partnerem USA.
Jeśli powyższych warunków nie spełni, to skazana jest na pozycję przypominającą status szlachetki na magnackim dworze w I Rzeczpospolitej. Biednego hreczkosieja wiszącego u magnackiej klamki.

PS. Flaczki tygodnia wrócą na swe miejsce już 14 października, czyli zaraz po wyborach parlamentarnych.

Samotny bunkier prezesa

A miało być tak pięknie.

„Oto gdzieś w bagnach Podlasia, pośrodku lasu, wznosi się wielki ziemny wał wzmocniony drewnianymi kłodami. Wewnątrz głowice, drony, komandosi i wielki maszt z amerykańską flagą. Nad bramą /koniecznie zwodzoną/ wielki napis na desce „FORT TRUMP”. Na wałach Krzysiek Szczerski w czapce z bobra, Mariusz Błaszczak z karabinkiem automatycznym oraz Paweł Soloch z egzemplarzem „Pogromcy zwierząt” Coopera. Spróbujcie to sobie wyobrazić. Gwarantujemy, nie da się już potem odwyobrazić”. Te drwiny nie pojawiły się w opozycyjnej prasie. To cytat z prorządowego, prawicowego tygodnika „Do rzeczy”. Autorami ich jest znany prawicowy tandem autorski: Piotr Gociek – Cezary Gmyz.

A miało być tak pięknie

Jeszcze w październiku 2018 roku pan minister Krzysztof Szczerski potwierdził w tygodniku „Do Rzeczy”, że Polska zbudowała „naprawdę solidne podstawy” dla projektu stałych baz amerykańskich w Polsce. „Prezydent Andrzej Duda lobbował za nim w Białym Domu, a przed nami przekonywanie Kongresu. Waga tej decyzji jest tak wielka, że wymaga ona spokojnych negocjacji”. Na docinek, że decyzje w tej sprawie podejmuje amerykański Kongres, a nie prezydent Donald Trump, Szczerski odparł, że „Prezydent w Waszyngtonie postawił pierwszy fundamentalny krok w postaci politycznej koncepcji i przekonania do jej sensowności. Temat i nasze argumenty zaistniały mocno w przestrzeni publicznej”.
Przypomniał też, w listopadzie 2018 roku odbywają się w USA „wybory środka kadencji” do Izby Reprezentantów i Senatu. „To jest moment, w którym trzeba będzie odpalić ofensywę dyplomatyczną. Najmocniej trzeba będzie pracować przez najbliższe pół roku, bo raport Pentagonu dla Kongresu ukaże się w marcu 2019 roku”. Na obawy, że w przypadku przejęcia większości w obu izbach Kongresu przed demokratów, projekt „Fort Trump” „legnie w gruzach”, Szczerski odparł: „Nie wydaje mi się, żebyśmy musieli się takiego scenariusza obawiać. My oczywiście będziemy rozmawiać, i rozmawiamy, z obiema stronami. Jeśli decyzja o budowie ma być trwała, to nie możemy jej podejmować, uwzględniając wyłącznie aktualnie sprzyjający wiatr polityczny, tylko musimy szukać ponadpartyjnego konsensusu”.
Miało być tak pięknie, że „odpalono ofensywę” na wielu innych poziomach. Pan minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak z wielką radością ogłosił, że zakupi w imieniu Polski amerykańskie systemy rakietowe „Patriot” przepłacając znacznie ich pierwotną cenę. I to bez gwarancji na polski offset, czyli udział polskiego przemysłu w ich produkcji, konserwacji, modernizacji.
W lutym w Warszawie odbyła się międzynarodowa konferencja „W sprawie budowania pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie”. Zwana „antyirańską”. Zakończyła się totalną kompromitacją polskiej dyplomacji. Skłóciła Polskę nie tylko z Iranem i jego sojusznikami, ale także z Izraelem. Dowiodła też, że USA traktują Polskę jako kraj wasalny, wschodnioeuropejska „republikę kartoflaną”. Na koniec polscy podatnicy dowiedzieli się, że wszystkie koszty tej w założeniu „amerykańsko-polskiej konferencji” pokryją polscy podatnicy. Czyli rząd polski urządził imprezę, na której zaproszeni premier Izraela i ministrowie USA obrazili naród polski, i jeszcze potem zapłacił za to przynajmniej 3 miliony złotych. Wszystko po to by miesiąc później dowiedzieć się, że stałej bazy amerykańskich wojsk, czyli „Fortu Trump”, nie będzie.
Koniec marzeń panowie Błaszczyk, Duda, Soloch, Szczerski, Kaczyński. Na osłodę strona amerykańska prześle może Polsce kilkadziesiąt czołgów i transporterów. Do wyremontowania.

Strach ma wielkie

„Fort Trump” miał być w wojennej doktrynie PiS najlepszą bronią na odstraszenie agresji rosyjskiej. Elity PiS od lat budują w Polsce strach przed kolejnym najazdem armii rosyjskiej.
„Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! Byliśmy głęboko przekonani, że przynależność do NATO i Unii zakończy okres rosyjskich apetytów. Okazało się, że nie, że to błąd”, powiedział w sierpniu 2008 roku prezydent Lech Kaczyński, przemawiając na demonstracji w Tbilisi. I na tym proroctwie budowana jest PiS-owska polityka obronna i wschodnia. Tylko na tym, niestety.
To prawdą, że pięć lat temu Rosja oderwała Krym od terytorium Ukrainy i poparła separatystów na Donbasie. Ale na tym stanęło. Ukraina utrzymała swą państwowość. Jest w stanie hybrydowej wojny z Rosją, co powoduje, że rosyjskie wpływy na Ukrainie stale słabną. Nie doczekaliśmy „pojutrza”, czyli agresji Rosji na Państwa Bałtyckie. Okazuje się, wbrew proroctwom prezydenta Kaczyńskiego, że przynależność do NATO i Unii Europejskiej, jednak daje bezpieczeństwo. Zrozumiały to elity ukraińskie, które teraz prześcigają się w staraniach o wstąpienie do UE i NATO.
W agresję na Polskę ze strony Rosji nie wierzą polscy eksperci cywilni i wojskowi. Generałowie, jak choćby współpracownik prezydenta Kaczyńskiego generał Waldemar Skrzypczak, publicznie wątpią w rosyjski atak. Nie kwestionują go gromko, bo strach przed Rosją uzasadnia zwiększanie wydatków budżetowych na wojsko polskie. A każde wojsko każde pieniądze z radością skonsumuje.
W rosyjską agresję na Polskę wie wierzą także amerykańscy eksperci i wojskowi. Brak zgody Kongresu na „Fort Trump” jest najlepszym tego dowodem. Gdyby rzeczywiście wschodnia flanka NATO, czyli USA, była zagrożona, to pieniądze na stałą bazę znalazłyby się w amerykańskim przepastnym budżecie. A tak w Waszyngtonie uznano, że rotacyjna, symboliczna obecność amerykańskich wojsk dla zachowania bezpieczeństwa wystarczy.
Miało być pięknie. Miała być na wschodniej flance NATO „żelazna kurtyna” z Rosją. Z Polską w roli szeryfa europejskich pograniczników. Tymczasem prezydent Trump pokazał raz jeszcze, że nie chce polskiej straży granicznej z Rosją, bo on z prezydentem Putinem ma też swoje, wspólne interesy. Kooperować z Rosja chcą też europejscy wspólnicy pana prezesa Kaczyńskiego. Węgrzy, Włosi, Brytyjczycy. I niemieccy, francuscy przeciwnicy również chcą.
Po wyborach do Parlamentu Europejskiego rządy państw UE zaczną resetować swe relacje z Rosją. Sojusznicy pan prezesa Kaczyńskiego zapewne zaproponują nowe otwarcia, czyli intensyfikację współpracy gospodarczej, poluzowanie sankcji gospodarczych.
A co wtedy uczyni rząd pana prezesa Kaczyńskiego? Będzie czekał na wytyczne prezydenta Trumpa?
Dalej pozostanie mentalnie w okopach wyimaginowanego politycznego bunkra „Fortu Trump”? Otoczonego wałem niesprzedanych do Rosji polskich jabłek i innych produktów rolnych? Samotnej, ostatniej placówki ostrzeliwującej Kreml?
Z broni najcięższej jaką posiada. Czyli niezaproszenia prezydenta Putnia na obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej.

PiS wyprowadza Polskę na margines Europy

Podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości zaprezentowana została „Deklaracja europejska PiS” (9 marca 2019 r.), której hasła mają być przewodnikiem
dla europosłów tej partii. Jedynym jej celem jest żerowanie na lękach, obsesjach i emocjach, a nie budowanie silnej pozycji Polski w Europie – czytamy
w stanowisku Konferencji Ambasadorów RP, które publikujemy:

1. Politycy PiS opacznie rozumieją „wartości Europy” (punkt 1 deklaracji). Integracja europejska budowana była jako wspólnota państw demokratycznych i praworządnych. Rządy PiS sprawiają, że Polska stała się państwem niepraworządnym, łamiącym unijną konstytucję i naruszającym wartości, na których budowana była i jest europejska wspólnota.
2. Rzutuje to na status Polski w unijnym procesie decyzyjnym. Polska utraciła zdolność koalicyjną i stała się niewiarygodnym państwem członkowskim. Puste są hasła deklaracji dotyczące wzmocnienia środków unijnych dla polskiej wsi (pkt 3), wynegocjowania „dobrego” budżetu (pkt 4), czy umacniania zrównoważonego rozwoju. Przedstawiciele niepraworządnych władz mają bardzo słabą pozycję w negocjacjach, a Polska straci znaczne środki w kolejnym budżecie unijnym nie tylko w następstwie brexitu, ale przede wszystkim dlatego, że nikt nie ma zamiaru wspierać finansowo państwa, które lekceważy podstawowe wartości europejskie.
3. W deklaracji (pkt 5) zapewnia się, że PiS będzie dbał o równość przedsiębiorstw na unijnym rynku wewnętrznym. Tymczasem rząd tej partii nie był w stanie zapewnić polskim firmom ochrony ich zasadnych interesów w negocjacjach nad dyrektywą o pracownikach delegowanych, ponieważ nie był w stanie utworzyć odpowiedniej koalicji. Wszystko też wskazuje na to, że pozostawi na łasce losu kilkadziesiąt tysięcy polskich przedsiębiorstw transportowych.
4. Egoistyczne i krótkowzroczne skupianie się tylko na własnych interesach i zupełny brak rozumienia współzależności międzynarodowych sprawią, że polityka Polski rządzonej przez PiS zmierza w ślepy zaułek. Obsesja anty-imigracyjna sprawia, że za jednym zamachem zablokowane zostały ważne decyzje w sprawie umocnienia zewnętrznych granic UE oraz sfinalizowania prac nad wspólną polityką azylową. Brak wyważonej polityki energetycznej i zaniedbania rozwoju nowoczesnych źródeł energii powodują, że Polska może stać się skansenem nie tylko w skali europejskiej. Deklaracje, że parlamentarzyści PiS będą zabiegali o „bezpiecznie granice Europy” (pkt 6) czy o sprawiedliwą politykę klimatyczną (pkt 10) brzmią jak ponury żart.
5. Deklaracja pomija dwa zagadnienia o fundamentalnym znaczeniu: milczy na temat perspektywy wejścia Polski do strefy euro oraz udziału w budowanej wspólnej polityce obronnej UE i współpracy przemysłów zbrojeniowych. Za sprawą PiS brak jest Polski w obu tych obszarach, kluczowych dla jej miejsca w Europie. Nie ma też słowa o Sojuszu Północnoatlantyckim i bezpieczeństwie państwa: Polska pod rządami PiS niebezpiecznie dryfuje nie tylko na margines integracji europejskiej, staje się także szarą strefą na styku Wschodu i Zachodu.

Jedynym celem Deklaracji PiS jest żerowanie na lękach, obsesjach i emocjach, a nie budowanie silnej pozycji Polski w Europie. Pokazuje ona zarazem skalę wyzwań, jakie stoją przed społeczeństwem obywatelskim w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego.

Jan Barcz, Marcin Bosacki, Iwo Byczewski, Maria Krzysztof Byrski, Mieczysław Cieniuch, Tadeusz Diem, Paweł Dobrowolski, Grzegorz Dziemidowicz, Urszula Gacek,
Marek Grela, Andrzej Jaroszyński, Maciej Klimczak, Michał Klinger, Tomasz Knothe, Maciej Kozłowski, Maciej Koźmiński, Jerzy Kranz, Andrzej Krzeczunowicz, Henryk Lipszyc, Bogumił Luft, Piotr Łukasiewicz, Jacek Najder, Anna Niewiadomska, Jerzy Maria Nowak, Piotr Nowina-Konopka, Agnieszka Magdziak-Miszewska,
Piotr Ogrodziński, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Ryszard Schnepf, Grażyna Sikorska, Tadeusz Szumowski, Andrzej Towpik, Wojciech Tomaszewski, Jan Truszczyński, Maria Wodzyńska-Walicka

Dyplomacja i przyzwoitość

Przed Polską stoją nowe wyzwania. Liczba i skala zagrożeń powodowanych zmieniającą się sytuacją międzynarodową rośnie. Od służby zagranicznej wymaga to profesjonalizmu i zaangażowania, ale także jednoznacznie propaństwowej, wolnej od koniunkturalizmu postawy etycznej.

 

Uczciwa służba ideałom, które przyświecały nam od 1989 roku, a więc praca dla Polski wolnej, demokratycznej i silnej – członka Unii Europejskiej i NATO, staje się ważniejsza niż kiedykolwiek. Doraźnie formułowane cele obecnego rządu, skierowane na obronę szkodliwej polityki partii rządzącej, naruszają zachodnie standardy demokratyczne. Jesteśmy zatroskani sytuacją, w której zgromadzony kapitał międzynarodowego zaufania jest bezprzykładnie marnowany.
Mijające miesiące przynoszą kolejne przykłady rujnowania prestiżu i pozycji Polski. Decyzja o uczestniczeniu bądź nie w kształtowaniu i realizacji tej polityki jest sprawą osobistą. Rozumiemy powody ekonomiczne i rodzinne, które decydują o pozostaniu w służbie zagranicznej.
Potępiamy jednak tych, którzy wykorzystując obecną sytuację, czystki kadrowe i karuzelę stanowisk, przyczyniają się do demontażu polskiej dyplomacji i osłabiania międzynarodowej pozycji Polski.
Krytycznie odnosimy się do tych pracowników służby, których jedynym celem jest osobista kariera, bez oglądania się na interes i powagę Państwa Polskiego. Ich czyny są spisane i będą zapamiętane.
Kariery oparte na służalczości, donosicielstwie i lizusostwie mają krótki żywot. Na końcu jest poczucie życiowej porażki.
Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz powiedział niedawno o pracy dyplomatów słowa wstrząsające: „W przypadku dzisiejszej Polski, powiedzmy to wyraźnie, ważne jest kryterium utożsamiania się z polityką rządu. Są oczekiwania pewnej gwarancji tego utożsamiania się…”. Minister zapomniał o credo ministerstwa, którym kieruje: „Być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej”. Państwu Polskiemu, a nie konkretnej partii politycznej. Każdy wybrany w demokratycznych wyborach rząd, jeśli prowadzi politykę sprzeczną z racją stanu, powinien spodziewać się słów krytyki. Także tej, która płynie z wewnątrz administracji.
Słowa ministra są niczym innym jak wezwaniem do oportunizmu. Są tym bardziej godne krytyki, że wypowiedziane zostały w Akademii Dyplomatycznej do młodych ludzi, u progu ich służby dla kraju.
Do nich oraz do wszystkich naszych koleżanek i kolegów pozostających nadal w służbie kierujemy, powtarzaną przez byłego ministra spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego, radę Antoniego Słonimskiego: „Jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”.
Jan Barcz, Marcin Bosacki, Iwo Byczewski, Maria Krzysztof Byrski, Mieczysław Cieniuch, Tadeusz Diem, Paweł Dobrowolski, Grzegorz Dziemidowicz, Urszula Gacek, Marek Grela, Maciej Klimczak, Michał Klinger, Maciej Kozłowski, Bogumił Luft, Piotr Łukasiewicz, Jacek Najder, Jerzy Maria Nowak, Piotr Nowina-Konopka, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Piotr Ogrodziński, Ryszard Schnepf, Grażyna Sikorska, Tadeusz Szumowski
Warszawa, 9 października 2018
Powołaliśmy ‘Konferencję Ambasadorów RP’, zgromadzenie byłych przedstawicieli RP, którego celem jest analiza polityki zagranicznej, wskazywanie pojawiających się zagrożeń dla Polski i sporządzanie rekomendacji. Chcemy dotrzeć do szerokiej opinii publicznej. Łączy nas wspólna praca i doświadczenie w kształtowaniu pozycji Polski jako nowoczesnego państwa Europy, znaczącego członka Wspólnoty Transatlantyckiej. Jesteśmy przekonani, że polityka zagraniczna to wyraz interesów Państwa a nie interesów partii rządzącej.

Trójmorski dylemat

Polska leży w Europie Środkowej, a ta – „politycznie” – w Zachodniej Europie

 

Polityczna definicja „Europy Środkowej” nie zawsze była oczywista. Obecnie jest to obszar między Rosją, Niemcami, Włochami a Turcją. (Terminem „Europa Środkowo-wschodnia” należałoby, moim zdaniem, definiować obszar – Europa Środkowa + Ukraina i Białoruś). Wraz z końcem II wojny światowej Niemcy pożegnały się z marzeniami o Mitteleuropie i odtąd w skład Europy Środkowej nie wchodzą. Prób poddania Europy Środkowej dominacji niemieckiej było trzy (przed I wojną, podczas I wojny i podczas II wojny światowej). Ostatnia zakończyła się w 1945 roku. Bezpośrednio przed II wojną, podczas wojny i po wojnie w Europie Środkowej miały miejsce próby federalizacji regionu. Nie były to nowe koncepcje, bo sięgały wstecz co najmniej do XIX wieku, a nawet wcześniej. Ich przykładem była nieudana, niestety, próba utworzenia konfederacji polsko-czechosłowackiej i konfederacji grecko-jugosłowiańskiej, które w przyszłości miały się połączyć. Spoiwem, które łączyło wówczas te zamiary był, przede wszystkim strach – obawa przed Niemcami i Związkiem Radzieckim (Rosją). Można poszukiwać i znaleźć kilka argumentów, poza strachem, przemawiających za jednością tego regionu. Niemniej liczne jednak są argumenty dowodzące braku spójności oraz na rzecz jego niebywałej różnorodności. Tym co jednak zdecydowanie wyróżnia region, oprócz obaw przed wielkimi mocarstwami, jest stanowczy sprzeciw wobec prób narzucania regionowi czegokolwiek z pozycji siły. Tak było z Mitteleuropą, tak stało się po zajęciu niemal całego regionu przez Związek Radziecki. Europa Środkowa nie aplikowała o wejście do radzieckiej strefy wpływu, ona się w niej po prostu znalazła, zresztą za zgodą Zachodu. (Ta ostatnia cecha regionu, tj. sprzeciw wobec brutalnej siły, powinna być w miarę możliwości brana pod uwagę w Brukseli). Federaliści środkowoeuropejscy uważali, że nasz region powinien się najpierw zjednoczyć, a później dopiero włączyć w struktury europejskie. Z wielu powodów stało się inaczej – to poszczególne państwa środkowoeuropejskie aplikowały o wejście do Unii. W tym miejscu warto zauważyć, że to najpierw Unia zapragnęła, aby poszerzyć się o nasz region, a dopiero później nastąpił proces aplikowania państw regionu o wejście do Unii, przy równoczesnych staraniach z ich strony o zachowanie unijnych standardów. Podobnie działo się wcześniej w przypadku wchodzenia w struktury NATO; chęć państw regionu wstąpienia do Sojuszu poprzedzona była wolą – skrywaną co prawda – państw Sojuszu jego poszerzenia. Wejściu państw regionu do NATO i UE towarzyszyła równoczesna akcja Zachodu zmierzająca do rozbicia istniejących w regionie państw federacyjnych – Czechosłowacji i Jugosławii (w tym ostatnim przypadku skończyło się to rozlewem krwi), pod zarzutem, że są to państwa postkomunistyczne, mimo, że obydwie federacje powstały w wyniku I wojny światowej, a sama Jugosławia znajdowała się poza radziecką strefa wpływu.

Tendencje federalistyczne zostały więc w regionie pokonane, ale integracja regionu okazała się najwidoczniej koniecznością. Unia Europejska i cały Zachód zachęcała wręcz Polskę, Czechosłowację i Węgry do powołania i funkcjonowania nieformalnej Grupy Wyszehradzkiej, stawiając za wzór państwa Beneluxu. Nieco inaczej wygląda sprawa powołania inicjatywy Trójmorza. Zamysł ten nie został regionowi narzucony z zewnątrz, (Grupa Wyszehradzka też nie), niemniej jednak bez zewnętrznego wsparcia nie powstałby wcale. Oficjalnie stały za nim początkowo dwa państwa o tradycjach katolickich – Polska i Chorwacja. Kto zapoznał się z rolą Watykanu w rozbiciu Jugosławii, ten ma prawo się domyślać, że inicjatywa Trójmorza (powstałego częściowo na gruzach Jugosławii i Czechosłowacji) cieszyła się poparciem Watykanu. Przy czym tym razem nie ma w tym nic złego, bo ta inicjatywa jest regionowi potrzebna. Podobnie jak w przypadku Grupy Wyszehradzkej pojawiły się głosy nie tylko poparcia, ale sugerujące niecelowość i nietrwałość inicjatywy Trójmorza. Posądzono inicjatywę o antyniemieckość i antyunijność. Zarzuty poważne, ale gdyby były uzasadnione, to Trójmorze skazane byłoby od samego początku na niepowodzenie. Zresztą zarzucać Chorwacji antyniemieckość oznacza nieznajomość historii. Wśród 12 państw Trójmorza znalazła się Austria, a trzeba przypomnieć, że federaliści środkowoeuropejscy podczas II wojny i bezpośrednio po wojnie nie zaliczali tego kraju do Europy Środkowej i nie przewidywali udziału Austrii w planach federacyjnych regionu. Uważali Austrię, nie bez powodu, za ewentualnego eksponenta niemieckich interesów. Austria bowiem, w ten czy inny sposób, uczestniczyła we wszystkich próbach realizacji Mitteleuropy. Obecnie sytuację mamy zupełnie inną, państwa środkowoeuropejskie dobrowolnie, a nie pod przymusem znalazły się politycznie na Zachodzie. Dowodem na antyniemieckość i antyunijność Trójmorza można by próbować uznać poparcie dla inicjatywy ze strony Stanów Zjednoczonych, ale przeczą temu, mające znaczenie gospodarcze, infrastrukturalne projekty unijne na linii Północ-Południe obejmujące połączenia energetyczne i transportowe. Niedawno zresztą Polska w imieniu państw Trójmorza zaprosiła Niemcy jako państwo partnerskie do wzięcia udziału we wrześniowym spotkaniu inicjatywy w Bukareszcie (w drugiej połowie września). Polska przychyliła się do wniosku Niemiec o udział w pracach inicjatywy Trójmorza w charakterze państwa partnerskiego, co oznacza, że Niemcy byłyby gościem spotkania. Polska zwróci się do pozostałych 11 państw inicjatywy o akceptację tego zaproszenia, co będzie równocześnie sprawdzianem lojalności państw regionu wobec Niemiec i Unii. Zaproszenie miało miejsce przed wizytą Prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie 18 września, co można by rozumieć jako przypomnienie Amerykanom ze strony Niemiec, że region znajduje się w polu zainteresowania Unii Europejskiej. To Unia Europejska przede wszystkim inwestuje w regionie. Zaproszenie Niemiec, wiodącego państwa unijnego oznacza także, iż region rozumie na czym polegają jego interesy, że potrafi ich bronić oraz że przyszłość regionu i Trójmorza polegać będzie na umiejętnym wykorzystaniu faktu, iż zainteresowanie regionem wykazuje nie jedno dominujące mocarstwo, lecz jest ich kilka: nie tylko UE i USA, ale także Chiny, Rosja i Turcja. Warto zauważyć, że Chiny w roku bieżącym uzyskały status pierwszej gospodarki w świecie. Są one zainteresowane integracją Europy Środkowej (od wielu lat realizują w regionie format 16+1, a więc szerszy od Trójmorza). Stany natomiast także popierają integrację Europy Środkowej, ale widziałyby ten proces pod swoją kontrolą, co nie ma szans na pełny sukces. Jakkolwiek cel jaki sobie stawiają Stany Zjednoczone w Europie Środkowej – niedopuszczenie do zbytniego zbliżenia między Niemcami oraz Unią Europejską a Rosją, realizują dość skutecznie. Jedynym państwem, które zdaje się mieć zastrzeżenia do integracji Europy Środkowej jest Rosja, ale w rezultacie permanentnego dialogu Watykanu z rosyjskim prawosławiem i władzami Rosji nastawienie Rosji może ulegać stopniowej ewolucji. Sądzę w tym kontekście, że rola dyplomacji watykańskiej w Europie Środkowej, w Europie i w świecie jest w polskiej publicystyce niedoceniana. Podsumowując: Trójmorze (państwa inicjatywy) pozostanie w UE i NATO, ale żadne mocarstwo nie może liczyć w regionie na swą wyłączną dominację. Inicjatywa Trójmorza ma charakter ponadnarodowy i ponadpartyjny. W państwach regionu rządzą różne partie, prawicowe i lewicowe, „lepsze i gorsze”, ale wszystkie wydają się zgodne co do tego, że pojedynczo znaczą te państwa o wiele mniej niż razem. Należy przypuszczać, że kolejne, zmieniające się rządy w poszczególnych państwach Trójmorza nie zmienią tego kierunku, a do inicjatywy dołączą m.in. dwa państwa o tradycji prawosławnej: Serbia i Czarnogóra. Trójmorze to nie polski pomysł, lecz inicjatywa regionalna, w której, jeżeli posłuchamy rad polskiego, katolickiego wizjonera Oskara Haleckiego, nie powinno być miejsca na dominację żadnego państwa – wszystkie państwa są sobie równe.

Rozważania z defiladą w tle

Przy okazji defilady wojskowej w dniu 15 sierpnia wyszły na powierzchnię wszystkie problemy polskiej armii i Polski, jako kraju.

 

Chodzi o cały kompleks spraw związanych z naszymi tradycjami militarnymi, polityką medialną, szczególnie dotyczącą historii oraz aktualnym poziomem uzbrojenia w konfrontacji z wymogami XXI wieku. Zwraca uwagę przede wszystkim wizerunkowy brak spójności pomiędzy rzeczywistością i historią a symboliką płynącą z tego, co ujrzeliśmy na Wisłostradzie i w powietrzu nad Wisłą.
Trzeba zwrócić uwagę, że defilada odbywała się w roku 100-lecia odzyskania niepodległości, a jej wymiar historyczny i propagandowy nastawiono na mające mieć miejsce za dwa lata 100-lecie Bitwy Warszawskiej. Przede wszystkim symbolika nawiązująca do konfrontacji polsko-rosyjskiej, kiedy wiadomo, że w tym 100-leciu miały przynajmniej miejsce trzy wielkie wydarzenia, z których Bitwa Warszawska może być jedynie epizodem w konfrontacji z kilkuletnimi zmaganiami Polaków na frontach I wojny światowej i najbardziej krwawej II wojny światowej, oraz wielkimi ofiarami, jakie ponieśliśmy jako naród. Wiąże się z tym absolutnie niespójny i zakłamany przekaz historyczny dotyczący II wojny światowej, w którym zapomina się przynajmniej o dwóch sprawach: po pierwsze o sprawcach tej wojny i po drugie o proporcji wysiłku i liczbie ofiar na frontach wschodnim, zachodnim i południowym.

Istotną sprawą treści tej defilady jest wystąpienie prezydenta RP i zawarta w nim deklaracja wzrostu polskiego budżetu obronnego do poziomu 2,5 proc. PKB. To istotna deklaracja, złożona, jak można rozumieć, aby zadowolić naszego sojusznika zza oceanu po żądaniach podczas ostatniego szczytu NATO. Inne kraje sojusznicze, jak wiadomo jej nie podjęły. Deklaracja budzi zdziwienie, została złożona bowiem bez zachowania odpowiednich procedur wymaganych przy konstrukcji budżetów państwa i porozumienia na szczeblu parlamentarnym. Jest w opinii publicznej niezadane pytanie, szczególnie po ostatnich dwóch latach rządów koalicji prawicowej w MON, o realizację zatwierdzonego przez Sejm budżetu obronnego i celowość wielu wydatków, z pytaniem o tzw. gospodarność w tle.

Generalnie problem, z jakim spotyka się dziś Polska na tle innych krajów, położonych szczególnie w Europie Środkowej, dotyczy ewentualności wybuchu konfliktu militarnego i zachowania stanu bezpieczeństwa, pozwalającego na realizację w dalszej perspektywie naszych interesów narodowych w ramach m.in. Unii Europejskiej. Polska myśl polityczna początku XXI wieku zdominowana jest przez fobie historyczne potomków właścicieli utraconych w wyniku porozumień w Jałcie i Poczdamie ziem na Wschodzie. Nie bierze ona pod uwagę, co widać w codziennych przekazach medialnych rządu i jego prominentnych przedstawicieli, realiów, jakie wytworzyły się w wyniku zmian globalnych po roku 1989 i nowych kart, które próbuje otworzyć prezydent Donald Trump po spotkaniu na szczycie w Helsinkach. Jest ona absolutnie oderwana od rzeczywistości, również europejskiej, gdzie dominują idee współpracy i rozwoju, a nie wojny.

Polska polityka międzynarodowa i polityka bezpieczeństwa powinny zostać określone, w sytuacji, jaka powstaje dziś w świecie, w ramach porozumienia wszystkich sił parlamentarnych i opozycji pozaparlamentarnej. Nie może ona być dziełem jednej opcji politycznej i jednego punktu odniesienia. Już dziś sytuacja ta działa na szkodę interesów Polski w dłuższej przestrzeni czasowej. Coraz więcej środowisk i doświadczonych polskich polityków i intelektualistów uważa, co widać w polskich mediach, że polityka oparta o realizowane błędne założenia, przynosi szkodę. Generalnie w zrównoważonym dziś świecie wojna nuklearna nie jest możliwa, a na wojnę lokalną na naszych ziemiach, może wygodną nawet dla niektórych, po doświadczeniach XX wieku pozwolić sobie jako Polacy nie możemy.

Wracając do defilady 15 sierpnia. Założeniem jej organizatorów było przekazanie społeczeństwu, że jesteśmy gotowi do wojny na Wschodzie i nie oddamy piędzi ziemi potencjalnym najeźdźcom. Znamy takie przekazy z 1939 roku i wiemy jak to się skończyło.

Defilada nie pokazała, jak i w jaki sposób jesteśmy gotowi do pokoju – czy jesteśmy w stanie skutecznie odstraszać, ale również efektywnie współpracować. Jak zauważyliśmy, stan naszych sił obronnych jest na złym poziomie. Opiera się głównie o stare, muzealne uzbrojenie, w części pamiętające lata 70. ubiegłego wieku. Przestarzałe są, nawet te najnowocześniejsze F16 na tle konstrukcji, które posiadają inne kraje. O ile wiem, nie zdołaliśmy tej wielkiej inwestycji zbrojeniowej rozliczyć – może ktoś odpowie, co jest z tzw. offsetem?

15 sierpnia byliśmy świadkami wielu symbolicznych przekazów, które warto zapamiętać, bowiem one stanowić będą o przyszłości: to sierżant dowodzący grupą żołnierzy naszego największego sojusznika, to stare poradzieckie helikoptery broniące polskiego nieba, to dwóch spieszonych huzarów przypominających chwałę polskiego oręża, to wreszcie prezydent honorujący publicznie „wyklętego”.