Samotny bunkier prezesa

A miało być tak pięknie.

„Oto gdzieś w bagnach Podlasia, pośrodku lasu, wznosi się wielki ziemny wał wzmocniony drewnianymi kłodami. Wewnątrz głowice, drony, komandosi i wielki maszt z amerykańską flagą. Nad bramą /koniecznie zwodzoną/ wielki napis na desce „FORT TRUMP”. Na wałach Krzysiek Szczerski w czapce z bobra, Mariusz Błaszczak z karabinkiem automatycznym oraz Paweł Soloch z egzemplarzem „Pogromcy zwierząt” Coopera. Spróbujcie to sobie wyobrazić. Gwarantujemy, nie da się już potem odwyobrazić”. Te drwiny nie pojawiły się w opozycyjnej prasie. To cytat z prorządowego, prawicowego tygodnika „Do rzeczy”. Autorami ich jest znany prawicowy tandem autorski: Piotr Gociek – Cezary Gmyz.

A miało być tak pięknie

Jeszcze w październiku 2018 roku pan minister Krzysztof Szczerski potwierdził w tygodniku „Do Rzeczy”, że Polska zbudowała „naprawdę solidne podstawy” dla projektu stałych baz amerykańskich w Polsce. „Prezydent Andrzej Duda lobbował za nim w Białym Domu, a przed nami przekonywanie Kongresu. Waga tej decyzji jest tak wielka, że wymaga ona spokojnych negocjacji”. Na docinek, że decyzje w tej sprawie podejmuje amerykański Kongres, a nie prezydent Donald Trump, Szczerski odparł, że „Prezydent w Waszyngtonie postawił pierwszy fundamentalny krok w postaci politycznej koncepcji i przekonania do jej sensowności. Temat i nasze argumenty zaistniały mocno w przestrzeni publicznej”.
Przypomniał też, w listopadzie 2018 roku odbywają się w USA „wybory środka kadencji” do Izby Reprezentantów i Senatu. „To jest moment, w którym trzeba będzie odpalić ofensywę dyplomatyczną. Najmocniej trzeba będzie pracować przez najbliższe pół roku, bo raport Pentagonu dla Kongresu ukaże się w marcu 2019 roku”. Na obawy, że w przypadku przejęcia większości w obu izbach Kongresu przed demokratów, projekt „Fort Trump” „legnie w gruzach”, Szczerski odparł: „Nie wydaje mi się, żebyśmy musieli się takiego scenariusza obawiać. My oczywiście będziemy rozmawiać, i rozmawiamy, z obiema stronami. Jeśli decyzja o budowie ma być trwała, to nie możemy jej podejmować, uwzględniając wyłącznie aktualnie sprzyjający wiatr polityczny, tylko musimy szukać ponadpartyjnego konsensusu”.
Miało być tak pięknie, że „odpalono ofensywę” na wielu innych poziomach. Pan minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak z wielką radością ogłosił, że zakupi w imieniu Polski amerykańskie systemy rakietowe „Patriot” przepłacając znacznie ich pierwotną cenę. I to bez gwarancji na polski offset, czyli udział polskiego przemysłu w ich produkcji, konserwacji, modernizacji.
W lutym w Warszawie odbyła się międzynarodowa konferencja „W sprawie budowania pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie”. Zwana „antyirańską”. Zakończyła się totalną kompromitacją polskiej dyplomacji. Skłóciła Polskę nie tylko z Iranem i jego sojusznikami, ale także z Izraelem. Dowiodła też, że USA traktują Polskę jako kraj wasalny, wschodnioeuropejska „republikę kartoflaną”. Na koniec polscy podatnicy dowiedzieli się, że wszystkie koszty tej w założeniu „amerykańsko-polskiej konferencji” pokryją polscy podatnicy. Czyli rząd polski urządził imprezę, na której zaproszeni premier Izraela i ministrowie USA obrazili naród polski, i jeszcze potem zapłacił za to przynajmniej 3 miliony złotych. Wszystko po to by miesiąc później dowiedzieć się, że stałej bazy amerykańskich wojsk, czyli „Fortu Trump”, nie będzie.
Koniec marzeń panowie Błaszczyk, Duda, Soloch, Szczerski, Kaczyński. Na osłodę strona amerykańska prześle może Polsce kilkadziesiąt czołgów i transporterów. Do wyremontowania.

Strach ma wielkie

„Fort Trump” miał być w wojennej doktrynie PiS najlepszą bronią na odstraszenie agresji rosyjskiej. Elity PiS od lat budują w Polsce strach przed kolejnym najazdem armii rosyjskiej.
„Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! Byliśmy głęboko przekonani, że przynależność do NATO i Unii zakończy okres rosyjskich apetytów. Okazało się, że nie, że to błąd”, powiedział w sierpniu 2008 roku prezydent Lech Kaczyński, przemawiając na demonstracji w Tbilisi. I na tym proroctwie budowana jest PiS-owska polityka obronna i wschodnia. Tylko na tym, niestety.
To prawdą, że pięć lat temu Rosja oderwała Krym od terytorium Ukrainy i poparła separatystów na Donbasie. Ale na tym stanęło. Ukraina utrzymała swą państwowość. Jest w stanie hybrydowej wojny z Rosją, co powoduje, że rosyjskie wpływy na Ukrainie stale słabną. Nie doczekaliśmy „pojutrza”, czyli agresji Rosji na Państwa Bałtyckie. Okazuje się, wbrew proroctwom prezydenta Kaczyńskiego, że przynależność do NATO i Unii Europejskiej, jednak daje bezpieczeństwo. Zrozumiały to elity ukraińskie, które teraz prześcigają się w staraniach o wstąpienie do UE i NATO.
W agresję na Polskę ze strony Rosji nie wierzą polscy eksperci cywilni i wojskowi. Generałowie, jak choćby współpracownik prezydenta Kaczyńskiego generał Waldemar Skrzypczak, publicznie wątpią w rosyjski atak. Nie kwestionują go gromko, bo strach przed Rosją uzasadnia zwiększanie wydatków budżetowych na wojsko polskie. A każde wojsko każde pieniądze z radością skonsumuje.
W rosyjską agresję na Polskę wie wierzą także amerykańscy eksperci i wojskowi. Brak zgody Kongresu na „Fort Trump” jest najlepszym tego dowodem. Gdyby rzeczywiście wschodnia flanka NATO, czyli USA, była zagrożona, to pieniądze na stałą bazę znalazłyby się w amerykańskim przepastnym budżecie. A tak w Waszyngtonie uznano, że rotacyjna, symboliczna obecność amerykańskich wojsk dla zachowania bezpieczeństwa wystarczy.
Miało być pięknie. Miała być na wschodniej flance NATO „żelazna kurtyna” z Rosją. Z Polską w roli szeryfa europejskich pograniczników. Tymczasem prezydent Trump pokazał raz jeszcze, że nie chce polskiej straży granicznej z Rosją, bo on z prezydentem Putinem ma też swoje, wspólne interesy. Kooperować z Rosja chcą też europejscy wspólnicy pana prezesa Kaczyńskiego. Węgrzy, Włosi, Brytyjczycy. I niemieccy, francuscy przeciwnicy również chcą.
Po wyborach do Parlamentu Europejskiego rządy państw UE zaczną resetować swe relacje z Rosją. Sojusznicy pan prezesa Kaczyńskiego zapewne zaproponują nowe otwarcia, czyli intensyfikację współpracy gospodarczej, poluzowanie sankcji gospodarczych.
A co wtedy uczyni rząd pana prezesa Kaczyńskiego? Będzie czekał na wytyczne prezydenta Trumpa?
Dalej pozostanie mentalnie w okopach wyimaginowanego politycznego bunkra „Fortu Trump”? Otoczonego wałem niesprzedanych do Rosji polskich jabłek i innych produktów rolnych? Samotnej, ostatniej placówki ostrzeliwującej Kreml?
Z broni najcięższej jaką posiada. Czyli niezaproszenia prezydenta Putnia na obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej.

PiS wyprowadza Polskę na margines Europy

Podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości zaprezentowana została „Deklaracja europejska PiS” (9 marca 2019 r.), której hasła mają być przewodnikiem
dla europosłów tej partii. Jedynym jej celem jest żerowanie na lękach, obsesjach i emocjach, a nie budowanie silnej pozycji Polski w Europie – czytamy
w stanowisku Konferencji Ambasadorów RP, które publikujemy:

1. Politycy PiS opacznie rozumieją „wartości Europy” (punkt 1 deklaracji). Integracja europejska budowana była jako wspólnota państw demokratycznych i praworządnych. Rządy PiS sprawiają, że Polska stała się państwem niepraworządnym, łamiącym unijną konstytucję i naruszającym wartości, na których budowana była i jest europejska wspólnota.
2. Rzutuje to na status Polski w unijnym procesie decyzyjnym. Polska utraciła zdolność koalicyjną i stała się niewiarygodnym państwem członkowskim. Puste są hasła deklaracji dotyczące wzmocnienia środków unijnych dla polskiej wsi (pkt 3), wynegocjowania „dobrego” budżetu (pkt 4), czy umacniania zrównoważonego rozwoju. Przedstawiciele niepraworządnych władz mają bardzo słabą pozycję w negocjacjach, a Polska straci znaczne środki w kolejnym budżecie unijnym nie tylko w następstwie brexitu, ale przede wszystkim dlatego, że nikt nie ma zamiaru wspierać finansowo państwa, które lekceważy podstawowe wartości europejskie.
3. W deklaracji (pkt 5) zapewnia się, że PiS będzie dbał o równość przedsiębiorstw na unijnym rynku wewnętrznym. Tymczasem rząd tej partii nie był w stanie zapewnić polskim firmom ochrony ich zasadnych interesów w negocjacjach nad dyrektywą o pracownikach delegowanych, ponieważ nie był w stanie utworzyć odpowiedniej koalicji. Wszystko też wskazuje na to, że pozostawi na łasce losu kilkadziesiąt tysięcy polskich przedsiębiorstw transportowych.
4. Egoistyczne i krótkowzroczne skupianie się tylko na własnych interesach i zupełny brak rozumienia współzależności międzynarodowych sprawią, że polityka Polski rządzonej przez PiS zmierza w ślepy zaułek. Obsesja anty-imigracyjna sprawia, że za jednym zamachem zablokowane zostały ważne decyzje w sprawie umocnienia zewnętrznych granic UE oraz sfinalizowania prac nad wspólną polityką azylową. Brak wyważonej polityki energetycznej i zaniedbania rozwoju nowoczesnych źródeł energii powodują, że Polska może stać się skansenem nie tylko w skali europejskiej. Deklaracje, że parlamentarzyści PiS będą zabiegali o „bezpiecznie granice Europy” (pkt 6) czy o sprawiedliwą politykę klimatyczną (pkt 10) brzmią jak ponury żart.
5. Deklaracja pomija dwa zagadnienia o fundamentalnym znaczeniu: milczy na temat perspektywy wejścia Polski do strefy euro oraz udziału w budowanej wspólnej polityce obronnej UE i współpracy przemysłów zbrojeniowych. Za sprawą PiS brak jest Polski w obu tych obszarach, kluczowych dla jej miejsca w Europie. Nie ma też słowa o Sojuszu Północnoatlantyckim i bezpieczeństwie państwa: Polska pod rządami PiS niebezpiecznie dryfuje nie tylko na margines integracji europejskiej, staje się także szarą strefą na styku Wschodu i Zachodu.

Jedynym celem Deklaracji PiS jest żerowanie na lękach, obsesjach i emocjach, a nie budowanie silnej pozycji Polski w Europie. Pokazuje ona zarazem skalę wyzwań, jakie stoją przed społeczeństwem obywatelskim w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego.

Jan Barcz, Marcin Bosacki, Iwo Byczewski, Maria Krzysztof Byrski, Mieczysław Cieniuch, Tadeusz Diem, Paweł Dobrowolski, Grzegorz Dziemidowicz, Urszula Gacek,
Marek Grela, Andrzej Jaroszyński, Maciej Klimczak, Michał Klinger, Tomasz Knothe, Maciej Kozłowski, Maciej Koźmiński, Jerzy Kranz, Andrzej Krzeczunowicz, Henryk Lipszyc, Bogumił Luft, Piotr Łukasiewicz, Jacek Najder, Anna Niewiadomska, Jerzy Maria Nowak, Piotr Nowina-Konopka, Agnieszka Magdziak-Miszewska,
Piotr Ogrodziński, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Ryszard Schnepf, Grażyna Sikorska, Tadeusz Szumowski, Andrzej Towpik, Wojciech Tomaszewski, Jan Truszczyński, Maria Wodzyńska-Walicka

Dyplomacja i przyzwoitość

Przed Polską stoją nowe wyzwania. Liczba i skala zagrożeń powodowanych zmieniającą się sytuacją międzynarodową rośnie. Od służby zagranicznej wymaga to profesjonalizmu i zaangażowania, ale także jednoznacznie propaństwowej, wolnej od koniunkturalizmu postawy etycznej.

 

Uczciwa służba ideałom, które przyświecały nam od 1989 roku, a więc praca dla Polski wolnej, demokratycznej i silnej – członka Unii Europejskiej i NATO, staje się ważniejsza niż kiedykolwiek. Doraźnie formułowane cele obecnego rządu, skierowane na obronę szkodliwej polityki partii rządzącej, naruszają zachodnie standardy demokratyczne. Jesteśmy zatroskani sytuacją, w której zgromadzony kapitał międzynarodowego zaufania jest bezprzykładnie marnowany.
Mijające miesiące przynoszą kolejne przykłady rujnowania prestiżu i pozycji Polski. Decyzja o uczestniczeniu bądź nie w kształtowaniu i realizacji tej polityki jest sprawą osobistą. Rozumiemy powody ekonomiczne i rodzinne, które decydują o pozostaniu w służbie zagranicznej.
Potępiamy jednak tych, którzy wykorzystując obecną sytuację, czystki kadrowe i karuzelę stanowisk, przyczyniają się do demontażu polskiej dyplomacji i osłabiania międzynarodowej pozycji Polski.
Krytycznie odnosimy się do tych pracowników służby, których jedynym celem jest osobista kariera, bez oglądania się na interes i powagę Państwa Polskiego. Ich czyny są spisane i będą zapamiętane.
Kariery oparte na służalczości, donosicielstwie i lizusostwie mają krótki żywot. Na końcu jest poczucie życiowej porażki.
Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz powiedział niedawno o pracy dyplomatów słowa wstrząsające: „W przypadku dzisiejszej Polski, powiedzmy to wyraźnie, ważne jest kryterium utożsamiania się z polityką rządu. Są oczekiwania pewnej gwarancji tego utożsamiania się…”. Minister zapomniał o credo ministerstwa, którym kieruje: „Być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej”. Państwu Polskiemu, a nie konkretnej partii politycznej. Każdy wybrany w demokratycznych wyborach rząd, jeśli prowadzi politykę sprzeczną z racją stanu, powinien spodziewać się słów krytyki. Także tej, która płynie z wewnątrz administracji.
Słowa ministra są niczym innym jak wezwaniem do oportunizmu. Są tym bardziej godne krytyki, że wypowiedziane zostały w Akademii Dyplomatycznej do młodych ludzi, u progu ich służby dla kraju.
Do nich oraz do wszystkich naszych koleżanek i kolegów pozostających nadal w służbie kierujemy, powtarzaną przez byłego ministra spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego, radę Antoniego Słonimskiego: „Jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”.
Jan Barcz, Marcin Bosacki, Iwo Byczewski, Maria Krzysztof Byrski, Mieczysław Cieniuch, Tadeusz Diem, Paweł Dobrowolski, Grzegorz Dziemidowicz, Urszula Gacek, Marek Grela, Maciej Klimczak, Michał Klinger, Maciej Kozłowski, Bogumił Luft, Piotr Łukasiewicz, Jacek Najder, Jerzy Maria Nowak, Piotr Nowina-Konopka, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Piotr Ogrodziński, Ryszard Schnepf, Grażyna Sikorska, Tadeusz Szumowski
Warszawa, 9 października 2018
Powołaliśmy ‘Konferencję Ambasadorów RP’, zgromadzenie byłych przedstawicieli RP, którego celem jest analiza polityki zagranicznej, wskazywanie pojawiających się zagrożeń dla Polski i sporządzanie rekomendacji. Chcemy dotrzeć do szerokiej opinii publicznej. Łączy nas wspólna praca i doświadczenie w kształtowaniu pozycji Polski jako nowoczesnego państwa Europy, znaczącego członka Wspólnoty Transatlantyckiej. Jesteśmy przekonani, że polityka zagraniczna to wyraz interesów Państwa a nie interesów partii rządzącej.

Trójmorski dylemat

Polska leży w Europie Środkowej, a ta – „politycznie” – w Zachodniej Europie

 

Polityczna definicja „Europy Środkowej” nie zawsze była oczywista. Obecnie jest to obszar między Rosją, Niemcami, Włochami a Turcją. (Terminem „Europa Środkowo-wschodnia” należałoby, moim zdaniem, definiować obszar – Europa Środkowa + Ukraina i Białoruś). Wraz z końcem II wojny światowej Niemcy pożegnały się z marzeniami o Mitteleuropie i odtąd w skład Europy Środkowej nie wchodzą. Prób poddania Europy Środkowej dominacji niemieckiej było trzy (przed I wojną, podczas I wojny i podczas II wojny światowej). Ostatnia zakończyła się w 1945 roku. Bezpośrednio przed II wojną, podczas wojny i po wojnie w Europie Środkowej miały miejsce próby federalizacji regionu. Nie były to nowe koncepcje, bo sięgały wstecz co najmniej do XIX wieku, a nawet wcześniej. Ich przykładem była nieudana, niestety, próba utworzenia konfederacji polsko-czechosłowackiej i konfederacji grecko-jugosłowiańskiej, które w przyszłości miały się połączyć. Spoiwem, które łączyło wówczas te zamiary był, przede wszystkim strach – obawa przed Niemcami i Związkiem Radzieckim (Rosją). Można poszukiwać i znaleźć kilka argumentów, poza strachem, przemawiających za jednością tego regionu. Niemniej liczne jednak są argumenty dowodzące braku spójności oraz na rzecz jego niebywałej różnorodności. Tym co jednak zdecydowanie wyróżnia region, oprócz obaw przed wielkimi mocarstwami, jest stanowczy sprzeciw wobec prób narzucania regionowi czegokolwiek z pozycji siły. Tak było z Mitteleuropą, tak stało się po zajęciu niemal całego regionu przez Związek Radziecki. Europa Środkowa nie aplikowała o wejście do radzieckiej strefy wpływu, ona się w niej po prostu znalazła, zresztą za zgodą Zachodu. (Ta ostatnia cecha regionu, tj. sprzeciw wobec brutalnej siły, powinna być w miarę możliwości brana pod uwagę w Brukseli). Federaliści środkowoeuropejscy uważali, że nasz region powinien się najpierw zjednoczyć, a później dopiero włączyć w struktury europejskie. Z wielu powodów stało się inaczej – to poszczególne państwa środkowoeuropejskie aplikowały o wejście do Unii. W tym miejscu warto zauważyć, że to najpierw Unia zapragnęła, aby poszerzyć się o nasz region, a dopiero później nastąpił proces aplikowania państw regionu o wejście do Unii, przy równoczesnych staraniach z ich strony o zachowanie unijnych standardów. Podobnie działo się wcześniej w przypadku wchodzenia w struktury NATO; chęć państw regionu wstąpienia do Sojuszu poprzedzona była wolą – skrywaną co prawda – państw Sojuszu jego poszerzenia. Wejściu państw regionu do NATO i UE towarzyszyła równoczesna akcja Zachodu zmierzająca do rozbicia istniejących w regionie państw federacyjnych – Czechosłowacji i Jugosławii (w tym ostatnim przypadku skończyło się to rozlewem krwi), pod zarzutem, że są to państwa postkomunistyczne, mimo, że obydwie federacje powstały w wyniku I wojny światowej, a sama Jugosławia znajdowała się poza radziecką strefa wpływu.

Tendencje federalistyczne zostały więc w regionie pokonane, ale integracja regionu okazała się najwidoczniej koniecznością. Unia Europejska i cały Zachód zachęcała wręcz Polskę, Czechosłowację i Węgry do powołania i funkcjonowania nieformalnej Grupy Wyszehradzkiej, stawiając za wzór państwa Beneluxu. Nieco inaczej wygląda sprawa powołania inicjatywy Trójmorza. Zamysł ten nie został regionowi narzucony z zewnątrz, (Grupa Wyszehradzka też nie), niemniej jednak bez zewnętrznego wsparcia nie powstałby wcale. Oficjalnie stały za nim początkowo dwa państwa o tradycjach katolickich – Polska i Chorwacja. Kto zapoznał się z rolą Watykanu w rozbiciu Jugosławii, ten ma prawo się domyślać, że inicjatywa Trójmorza (powstałego częściowo na gruzach Jugosławii i Czechosłowacji) cieszyła się poparciem Watykanu. Przy czym tym razem nie ma w tym nic złego, bo ta inicjatywa jest regionowi potrzebna. Podobnie jak w przypadku Grupy Wyszehradzkej pojawiły się głosy nie tylko poparcia, ale sugerujące niecelowość i nietrwałość inicjatywy Trójmorza. Posądzono inicjatywę o antyniemieckość i antyunijność. Zarzuty poważne, ale gdyby były uzasadnione, to Trójmorze skazane byłoby od samego początku na niepowodzenie. Zresztą zarzucać Chorwacji antyniemieckość oznacza nieznajomość historii. Wśród 12 państw Trójmorza znalazła się Austria, a trzeba przypomnieć, że federaliści środkowoeuropejscy podczas II wojny i bezpośrednio po wojnie nie zaliczali tego kraju do Europy Środkowej i nie przewidywali udziału Austrii w planach federacyjnych regionu. Uważali Austrię, nie bez powodu, za ewentualnego eksponenta niemieckich interesów. Austria bowiem, w ten czy inny sposób, uczestniczyła we wszystkich próbach realizacji Mitteleuropy. Obecnie sytuację mamy zupełnie inną, państwa środkowoeuropejskie dobrowolnie, a nie pod przymusem znalazły się politycznie na Zachodzie. Dowodem na antyniemieckość i antyunijność Trójmorza można by próbować uznać poparcie dla inicjatywy ze strony Stanów Zjednoczonych, ale przeczą temu, mające znaczenie gospodarcze, infrastrukturalne projekty unijne na linii Północ-Południe obejmujące połączenia energetyczne i transportowe. Niedawno zresztą Polska w imieniu państw Trójmorza zaprosiła Niemcy jako państwo partnerskie do wzięcia udziału we wrześniowym spotkaniu inicjatywy w Bukareszcie (w drugiej połowie września). Polska przychyliła się do wniosku Niemiec o udział w pracach inicjatywy Trójmorza w charakterze państwa partnerskiego, co oznacza, że Niemcy byłyby gościem spotkania. Polska zwróci się do pozostałych 11 państw inicjatywy o akceptację tego zaproszenia, co będzie równocześnie sprawdzianem lojalności państw regionu wobec Niemiec i Unii. Zaproszenie miało miejsce przed wizytą Prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie 18 września, co można by rozumieć jako przypomnienie Amerykanom ze strony Niemiec, że region znajduje się w polu zainteresowania Unii Europejskiej. To Unia Europejska przede wszystkim inwestuje w regionie. Zaproszenie Niemiec, wiodącego państwa unijnego oznacza także, iż region rozumie na czym polegają jego interesy, że potrafi ich bronić oraz że przyszłość regionu i Trójmorza polegać będzie na umiejętnym wykorzystaniu faktu, iż zainteresowanie regionem wykazuje nie jedno dominujące mocarstwo, lecz jest ich kilka: nie tylko UE i USA, ale także Chiny, Rosja i Turcja. Warto zauważyć, że Chiny w roku bieżącym uzyskały status pierwszej gospodarki w świecie. Są one zainteresowane integracją Europy Środkowej (od wielu lat realizują w regionie format 16+1, a więc szerszy od Trójmorza). Stany natomiast także popierają integrację Europy Środkowej, ale widziałyby ten proces pod swoją kontrolą, co nie ma szans na pełny sukces. Jakkolwiek cel jaki sobie stawiają Stany Zjednoczone w Europie Środkowej – niedopuszczenie do zbytniego zbliżenia między Niemcami oraz Unią Europejską a Rosją, realizują dość skutecznie. Jedynym państwem, które zdaje się mieć zastrzeżenia do integracji Europy Środkowej jest Rosja, ale w rezultacie permanentnego dialogu Watykanu z rosyjskim prawosławiem i władzami Rosji nastawienie Rosji może ulegać stopniowej ewolucji. Sądzę w tym kontekście, że rola dyplomacji watykańskiej w Europie Środkowej, w Europie i w świecie jest w polskiej publicystyce niedoceniana. Podsumowując: Trójmorze (państwa inicjatywy) pozostanie w UE i NATO, ale żadne mocarstwo nie może liczyć w regionie na swą wyłączną dominację. Inicjatywa Trójmorza ma charakter ponadnarodowy i ponadpartyjny. W państwach regionu rządzą różne partie, prawicowe i lewicowe, „lepsze i gorsze”, ale wszystkie wydają się zgodne co do tego, że pojedynczo znaczą te państwa o wiele mniej niż razem. Należy przypuszczać, że kolejne, zmieniające się rządy w poszczególnych państwach Trójmorza nie zmienią tego kierunku, a do inicjatywy dołączą m.in. dwa państwa o tradycji prawosławnej: Serbia i Czarnogóra. Trójmorze to nie polski pomysł, lecz inicjatywa regionalna, w której, jeżeli posłuchamy rad polskiego, katolickiego wizjonera Oskara Haleckiego, nie powinno być miejsca na dominację żadnego państwa – wszystkie państwa są sobie równe.

Rozważania z defiladą w tle

Przy okazji defilady wojskowej w dniu 15 sierpnia wyszły na powierzchnię wszystkie problemy polskiej armii i Polski, jako kraju.

 

Chodzi o cały kompleks spraw związanych z naszymi tradycjami militarnymi, polityką medialną, szczególnie dotyczącą historii oraz aktualnym poziomem uzbrojenia w konfrontacji z wymogami XXI wieku. Zwraca uwagę przede wszystkim wizerunkowy brak spójności pomiędzy rzeczywistością i historią a symboliką płynącą z tego, co ujrzeliśmy na Wisłostradzie i w powietrzu nad Wisłą.
Trzeba zwrócić uwagę, że defilada odbywała się w roku 100-lecia odzyskania niepodległości, a jej wymiar historyczny i propagandowy nastawiono na mające mieć miejsce za dwa lata 100-lecie Bitwy Warszawskiej. Przede wszystkim symbolika nawiązująca do konfrontacji polsko-rosyjskiej, kiedy wiadomo, że w tym 100-leciu miały przynajmniej miejsce trzy wielkie wydarzenia, z których Bitwa Warszawska może być jedynie epizodem w konfrontacji z kilkuletnimi zmaganiami Polaków na frontach I wojny światowej i najbardziej krwawej II wojny światowej, oraz wielkimi ofiarami, jakie ponieśliśmy jako naród. Wiąże się z tym absolutnie niespójny i zakłamany przekaz historyczny dotyczący II wojny światowej, w którym zapomina się przynajmniej o dwóch sprawach: po pierwsze o sprawcach tej wojny i po drugie o proporcji wysiłku i liczbie ofiar na frontach wschodnim, zachodnim i południowym.

Istotną sprawą treści tej defilady jest wystąpienie prezydenta RP i zawarta w nim deklaracja wzrostu polskiego budżetu obronnego do poziomu 2,5 proc. PKB. To istotna deklaracja, złożona, jak można rozumieć, aby zadowolić naszego sojusznika zza oceanu po żądaniach podczas ostatniego szczytu NATO. Inne kraje sojusznicze, jak wiadomo jej nie podjęły. Deklaracja budzi zdziwienie, została złożona bowiem bez zachowania odpowiednich procedur wymaganych przy konstrukcji budżetów państwa i porozumienia na szczeblu parlamentarnym. Jest w opinii publicznej niezadane pytanie, szczególnie po ostatnich dwóch latach rządów koalicji prawicowej w MON, o realizację zatwierdzonego przez Sejm budżetu obronnego i celowość wielu wydatków, z pytaniem o tzw. gospodarność w tle.

Generalnie problem, z jakim spotyka się dziś Polska na tle innych krajów, położonych szczególnie w Europie Środkowej, dotyczy ewentualności wybuchu konfliktu militarnego i zachowania stanu bezpieczeństwa, pozwalającego na realizację w dalszej perspektywie naszych interesów narodowych w ramach m.in. Unii Europejskiej. Polska myśl polityczna początku XXI wieku zdominowana jest przez fobie historyczne potomków właścicieli utraconych w wyniku porozumień w Jałcie i Poczdamie ziem na Wschodzie. Nie bierze ona pod uwagę, co widać w codziennych przekazach medialnych rządu i jego prominentnych przedstawicieli, realiów, jakie wytworzyły się w wyniku zmian globalnych po roku 1989 i nowych kart, które próbuje otworzyć prezydent Donald Trump po spotkaniu na szczycie w Helsinkach. Jest ona absolutnie oderwana od rzeczywistości, również europejskiej, gdzie dominują idee współpracy i rozwoju, a nie wojny.

Polska polityka międzynarodowa i polityka bezpieczeństwa powinny zostać określone, w sytuacji, jaka powstaje dziś w świecie, w ramach porozumienia wszystkich sił parlamentarnych i opozycji pozaparlamentarnej. Nie może ona być dziełem jednej opcji politycznej i jednego punktu odniesienia. Już dziś sytuacja ta działa na szkodę interesów Polski w dłuższej przestrzeni czasowej. Coraz więcej środowisk i doświadczonych polskich polityków i intelektualistów uważa, co widać w polskich mediach, że polityka oparta o realizowane błędne założenia, przynosi szkodę. Generalnie w zrównoważonym dziś świecie wojna nuklearna nie jest możliwa, a na wojnę lokalną na naszych ziemiach, może wygodną nawet dla niektórych, po doświadczeniach XX wieku pozwolić sobie jako Polacy nie możemy.

Wracając do defilady 15 sierpnia. Założeniem jej organizatorów było przekazanie społeczeństwu, że jesteśmy gotowi do wojny na Wschodzie i nie oddamy piędzi ziemi potencjalnym najeźdźcom. Znamy takie przekazy z 1939 roku i wiemy jak to się skończyło.

Defilada nie pokazała, jak i w jaki sposób jesteśmy gotowi do pokoju – czy jesteśmy w stanie skutecznie odstraszać, ale również efektywnie współpracować. Jak zauważyliśmy, stan naszych sił obronnych jest na złym poziomie. Opiera się głównie o stare, muzealne uzbrojenie, w części pamiętające lata 70. ubiegłego wieku. Przestarzałe są, nawet te najnowocześniejsze F16 na tle konstrukcji, które posiadają inne kraje. O ile wiem, nie zdołaliśmy tej wielkiej inwestycji zbrojeniowej rozliczyć – może ktoś odpowie, co jest z tzw. offsetem?

15 sierpnia byliśmy świadkami wielu symbolicznych przekazów, które warto zapamiętać, bowiem one stanowić będą o przyszłości: to sierżant dowodzący grupą żołnierzy naszego największego sojusznika, to stare poradzieckie helikoptery broniące polskiego nieba, to dwóch spieszonych huzarów przypominających chwałę polskiego oręża, to wreszcie prezydent honorujący publicznie „wyklętego”.