Nie zejdziemy z pola walki

Wielkopolscy nauczyciele nie zamierzają przerywać strajku. Podczas pochodu, który we wtorek przeszedł z Placu Mickiewicza, spod tych słynnych krzyży upamiętniających Czerwiec ’56 spotkałem ludzi zdeterminowanych i pewnych swoich racji. Ale również zmęczonych i dostrzegających trudność etapu, na jakim się znaleźli. A przede wszystkim –rozczarowanych postawą prezydenta Poznania.

Pan Prezydent

Jacek Jaśkowiak tuż przed świętami w iście szekspirowskim stylu odwrócił się od strajkujących nauczycieli. Wydał oświadczenie.
„Biorąc pod uwagę obecną postawę rządzących, należy szukać rozwiązań, które pozwolą utrzymać postulaty nauczycieli i poparcie społeczne, które uzyskali. Pozwoli to w perspektywie czasu doprowadzić do rozwiązań, które będą satysfakcjonujące dla nauczycieli, ale będą miały też na względzie dobro ucznia. Dajemy nauczycielom pod rozwagę propozycję, aby zawiesili strajk do września i kontynuowali go w okresie poprzedzającym wybory parlamentarne. Takie rozwiązanie może umożliwić im osiągnięcie celów, o które walczą w taki sposób, by nie odbyło się to kosztem obecnych maturzystów” – powiedział prezydent stolicy Wielkopolski.
Słowa włodarza zdumiały nie tylko nauczycieli i wspierające ich środowiska, ale również lokalnych dziennikarzy. Tomasz Nyczka z poznańskiej „Wyborczej” zauważył, że Jaśkowiak cieszył się dotąd opinią prezydenta świetnie wyczuwającego społeczne nastroje. W przeciwieństwie do swojego poprzednika, Ryszarda Grobelnego, który opinią społeczeństwa rzadko zawracał sobie głowę.
Czy w Poznaniu znów straszą duchy grobelizmu? Zapytałem o to jednego z lokalnych polityków pewnej lewicującej partii. – Jaśkowiak gra jak polityk. Opozycja, w której chce ogrywać znaczącą rolę, zaczęła panikować, gdy okazało się, że poparcie społeczne dla strajku wyraźnie się zmniejszyło. Celem tych ludzi, Koalicji Europejskiej nie jest doprowadzenie do zwycięstwa nauczycieli, to ich średnio obchodzi. Ich celem jest pokonanie PiSu w najbliższych wyborach, a uznali, że dalsze popieranie protestu w takiej formie może być problemem – tłumaczy mój rozmówca. – Schetyna i pozostali nie mogli nagle przestać ich popierać, więc postanowili spróbować nakłonić do zawieszenia protestu. Jaśkowiak był tylko wykonawcą tego planu na poziomie miasta – dodaje polityk lewicy z Poznania.

Nauczycielka muzyki

Aleksandra Mazurek jest nauczycielką w Zespole Szkół Muzycznych w Poznaniu. Kiedy pytał o decyzję prezydenta, kiwa głową z politowaniem. – Z jednej strony cały czas nas wspierał, a potem coś się mu się przestawiło. Nie wiem czy strach przed rodzicami – że ich dzieci nie przystąpią do matur czy wyobrażenie, że ktoś przegra wybory. Dla mnie takie zachowanie jest absolutnie nie do przyjęcia.
Pani Aleksandra nie zamierza zostawiać pokonania PiSu opozycji. – Chciałabym aby pod naszymi sztandarami ten rząd został zniesiony. To, co oni robią i to, do czego oni doprowadzili zasługuje na reakcje rodem z czasów pierwszej „Solidarności” – mówi patrząc mi w oczy.
Kiedy przywołuję wypowiedź premiera o „najbardziej prospołecznym rządzie od 30 lat” moja rozmówczyni traci cierpliwość. – Pan Morawiecki jest osobą skazaną za kłamstwo. Nie jest osobą w najmniejszym stopniu wiarygodną. Ten człowiek kłamie, a wszystko co mówi możemy od razu wrzucić do kosza – wskazuje nauczycielka z Poznania.
– Sprzeciwiamy się robieniu show, zamiast rozwiązywaniu realnych problemów edukacji – zapewnia kobieta przemawiająca na scenie.
– Morale chyba wciąż wysokie? – zagajam panią Aleksandrę.
– Wie pan co – wdycha – Chyba właśnie z tym nastrojem jest w tej chwili najgorzej. Jesteśmy zawodem, który zarabia bardzo mało, a więc sporo jest ludzi, którzy zaczynają się łamać. Z powodów ekonomicznych. Życie jest brutalne, gdy przychodzi ten pierwszy i trzeba zapłacić prąd, gaz i mieszkanie. Nikt wtedy nie pyta czy jest się strajkującą nauczycielką. Rachunki zapłacić trzeba.
Czy politycy przyczyniają się do obniżenia wiary w sukces protestu? Aleksandra Mazurek uważa, że nie. – Nas właściwie nie obchodzi co mówi opozycja, PiSowi nie wierzymy. My walczymy o to, co mamy tutaj napisane – wskazuje na swój transparent. „Walczymy o godność”.
– Już nie chodzi nawet o te pieniądze. Niektórzy nauczyciele pewnie i o chlebie i wodzie by mogli żyć. My walczymy teraz o godność tego zawodu – mówi nauczycielka muzyki.
Aleksandra Mazurek spogląda w bok.
– Przyszliśmy tutaj, żeby pokazać, że nie damy się złamać. Wszyscy nam zaczynają teraz mówić, że to nie ma sensu. Ale ja uważam, że nie możemy teraz zrezygnować. Nie możemy zejść z pola walki. Najwyżej nas zniosą – mówi patrząc, może przypadkiem na krzyże Czerwca ’56.

Komitety zamiast okrągłego stołu

Rozpoczynają się przemówienia. Scena ustawiona pod pomnikiem wieszcza.
– To jest bardzo zła wizytówka dla naszego kraju. Jeżeli oświata staje strajkiem dwa tygodnie i nikt nie szuka rozwiązania, stawia to Polskę w bardzo trudnym położeniu – mówi kobieta, ale przerywa jej jakiś męski głos. Z reprymendą, że mikrofon za blisko ust.
– Proszę państwa, ja nie mam żadnego doświadczenia w przemawianiu. Jestem szeregową, zwykłą nauczycielką, którą bardzo boli ta sytuacja.
Nauczycielka mówi o ponad stu naradach, które odbyły się w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Oddolne, demokratyczne komitety dyskutowały na temat kierunków i strategii protestu. Zaznacza, że nie ma żadnej zgody na podejmowanie decyzji przez „górę” bez akceptacji komitetów.
– Na tych naradach spotykają się ci, którzy powinni rozmawiać – nauczyciele, rodzice, uczniowie, artyści, aktywiści, samorządowcy i intelektualiści – nauczycielka przechodzi zgrabnie do krytyki okrągłego stołu dla edukacji, zaproponowanego przez rząd. – O edukacji nie rozmawia się z losowymi ludźmi. Do tego potrzebne są szerokie konsultacje. Dlatego jesteśmy przeciwni temu, co wydarzy się w piątek w Warszawie. Co to tym myślicie?
Zgromadzeni, a jest ich około tysiąca, reagują owacją.
Agnieszka Gabryelska ze słynnego „Marcinka” wychodzi na scenę z propozycją. Pikieta, której frekwencja przerosła oczekiwania organizatorów ma przejść pod kuratorium oświaty. Chodnikami, bo manifestacja nie została zgłoszona w ratuszu. Pomysł spontanicznego przemarszu zostaje przyjęty przez aklamację. Delegaci z poszczególnych szkół zostają też zaproszeni na naradę do budynku poznańskiego ZNP.
– Zapraszamy więc przedstawicieli międzyzakładowych komitetów strajkowych…(śmiech). – Międzyszkolnych oczywiście, wybaczcie, jestem historyczką.
Ciekawy jest to protest. Żadnych niepotrzebnych słów, nawet pomyłki wydają się zgrabne i dopasowane.
Gabryelska zapowiedziała odczytanie listu do prezydenta Jaśkowiaka.
– Zanieśmy mu na plac spacerkiem.
– Dobry pomysł!
Na Placu Kolegiackim urzęduje poznańskim włodarz. Ta propozycja ostatecznie zwyciężyła.
Zanim jednak pochód wyruszył z Placu Mickiewicza, do zgromadzonych przemówił przedstawiciel uczniów, a więc według opowieści TVP – zakładnik.

My wszyscy, zakładnicy

Zanim jednak pochód wyruszył z Placu Mickiewicza, do zgromadzonych przemówił przedstawiciel uczniów, a więc według opowieści TVP – zakładnik.
Przemarsz ulicami skąpanego w słońcu Poznania przypominał bardziej ospały spacer turystów niż manifestację grupy zawodowej, która napsuła tej wiosny tak dużo krwi Kaczyńskiemu z Morawieckim. Byli to jednak ludzie, którzy przez jedenaście dni zdominowali debatę polityczną w tym kraju, rozstawiając po kątach rząd i opozycje. Zmusili liberałów do rzeczy niebywałych. To dzięki nim Maziarski, Lis i Wielowiejska musieli wcielić się w role niemal autokarykaturalne. Zmuszeni do poparcia dla strajku generalnego, łasili się do tych, których jeszcze kilka lat temu nazwaliby obibokami. Opozycja, w przeciwieństwie do nauczycielki muzyki nie widzieli jednak w zbuntowanych pedagogach podmiotu, a a jedynie narzędzie do osłabiania rządu.
Nauczyciele znają swoją wartość. Nie pozwolą sobie wmówić, że żądają za wiele. Nie muszą odgrywać żadnej roli. Po prostu są fajnymi ludźmi, wzbudzają bliskość i sympatię. Podczas zeszłorocznego protestu pracowników LOT moja przyjaciółka zwróciła uwagę na różnice w intelektualnej klasie pomiędzy obytymi w świecie, bystrymi stewardesami, a siermiężnymi i żałosnymi w ogólnej prezencji menadżerami z zarządu spółki. Nauczyciele również mają ten błysk, tyle, że ze swoim spokojem i pewnością błyszczą na tle zakłamanych polityków obozu władzy. Uczestnicy tego strajku mogliby nauczyć Szydło i Morawieckiego wielu rzeczy, w tym zwykłej przyzwoitości, w ramach lekcji wychowawczej.
Nie ma spokoju, ale jest duma
Damian Borkowski jest nauczycielem niemieckiego w szkole podstawowej nr 67. Wygląda jakby zostawił gdzieś w okolicy motor. Skórzana kurtka, fajne buty. – U nas strajkują prawie wszyscy. Ponad 90 proc. zatrudnionych solidarnie i przyjacielsko walczy o wyższe pensje – mówi energicznym głosem. – Jestem dumny z tego co robimy – przyznaje.
Przy świątecznym stole nie było łatwo. – Rodzina jest złożona w większości ze zwolenników PiS. Ale nie było żadnego napięcia. Dyskutowaliśmy, a jakże, lecz bardzo kulturalnie, nawet udało mi się trochę ich przekonać. Ojciec, wielbiciel Kaczyńskiego przyznał, że powinniśmy więcej zarabiać. Spokojną rozmową można skutecznie walczyć z tą całą propagandą.
Germanista rzadko ogląda TVP. – Mam dość nerwowe życie, nie chce się dodatkowo karmić takim przekazem – śmieje się. Damian Borkowski przyznaje, że jako nauczyciel mianowany nie zarabia szczególnie dobrze. – Muszę dorabiać w szkole językowej, bo za moją pensję, trudno byłoby zaspokoić potrzeby kulturalne czy ogólnie życiowe.
Na Starym Rynku spaceruje grupa dziewczyn. Takie wczesne liceum. Widząc demonstracje zaczynają machać i wysyłać całusy. Patrzę na idące obok mnie nauczycielki i widzę, że jest im bardzo miło.

Jaśkowiak za firanką

Na Placu Kolegiackim kończy się spacer, a zaczyna protest. Tłum, z pewnością ponad półtoratysięczny skanduje „Edukacja”. Zachęca też prezydenta Jaśkowiaka do wyjścia z budynku. Włodarz nie pojawił się jednak na dziedzińcu.
Z Małgorzatą Wiater, również germanistką rozmawiam kiedy protest powoli wygasa. Nauczycielka nie podziela entuzjazmu kolegów i koleżanek. Nie ucieszyły jej szczególnie nawet te pozdrowienia od uczennic na rynku. – Sam Pan widzi, że uczniów jest tu naprawdę niewiele – zwraca uwagę.
Pani Wiater nie ma wątpliwości, że strajk był jedynym możliwym rozwiązaniem. – Racja jest oczywiście po naszej stronie. Rząd nas ignoruje w sposób, który nie miał jeszcze miejsca w historii. Wszystkie wypowiedzi rządu są kłamstwem i odwracaniem kota ogonem.
– My nauczyciele nie rozumiemy, że kraj się godzi na słuchanie tych kłamstw, a jeszcze do tego się na to godzi – wzdycha.
No a co z tym Jaśkowiakiem? Nie wyszedł w końcu. Ktoś mówił, że widział jak nieśmiało macha przez firankę.
Nauczycielka niemieckiego rozgląda się po placu – Podpisałam list otwarty. Larum grają prezydencie – uśmiecha się. – Proszę pana, ja mogę mówić tylko za siebie, a ja czuję się trochę porzucona, mimo, że nie jestem w związku bezpośrednim z prezydentem, to taka przenośnia. – mówi ładnie znudzonym głosem. – Prezydent, który stał na straży wolności demokracji i opowiadał się po stronie wielu racji, które ja również podzielam, teraz podjął decyzje kompletnie dla mnie niezrozumiałą.
– Najważniejsze jest to, że zobaczyliśmy się nawzajem – mówił Maciej Maciołek, nauczyciel zespołu szkolno-przedszkolnego nr 9 na Umultowie. Pan Maciej przyznaje, że nie liczył się, że jako nauczyciel nie będzie zarabiać kokosów. – To był trzydziesty rok w pracy. Gdyby nie pasja i gdyby nie to, że dostawałem przez te wszystkie lata taki fantastyczny feedback od moich wychowanków. To jest potwierdzenie, że moja praca ma sens. Czy kiedykolwiek czułem się doceniony finansowo? Chyba nie.

Ku pamięci!

27 grudnia 1918 roku wybuchło zwycięskie Powstanie Wielkopolskie.

 

Poznaniacy odnieśli zwycięstwo, zwyciężyła rodząca się Polska. Ponieważ jednak było to jedno z nielicznych zrywów Polaków w którym odnieśliśmy zwycięstwo, niewielu z nas wie dostatecznie wiele, o tym, co stało się na poznańskiej ziemi.
Z niezrozumiałych dla mnie powodów władze przez lata dają do zrozumienia Polakom, że obchody i pamięć o bohaterach tamtych czasów jest regionalną sprawą Poznaniaków.
W końcu to oni ginęli za prawo powrotu do ojczyzny, to na powstańcach mszczono się i mordowano ich po wkroczeniu Wehrmachtu w 1939 roku na te tereny.
Władze centralne jakby z zazdrości o wynik tego powstania wstydziły się pamięci o polskich bohaterach tamtych czasów. Może, dlatego, że bliskość i nadrzędność świąt kościelnych nie daje się pogodzić z polską pamięcią narodową.
Tymczasem składam hołd Wielkopolanom, tym, co przyczynili się do zwycięstwa naszej państwowości tamtego czasu, jak i tym, co stanęli do obrony wartości w 1956 roku.
Składam hołd Poznaniakom, którzy i dzisiaj stają w obronie Konstytucji RP, trójpodziału władzy i europejskiego systemu wartości.

***

Powstanie wielkopolskie – powstanie polskich mieszkańców Prowincji Poznańskiej przeciwko Rzeszy Niemieckiej, toczące się na przełomie lat 1918–1919. Polacy domagali się powrotu ziem zaboru pruskiego do Rzeczypospolitej, umacniającej swoją niepodległość.
Powstanie wielkopolskie wybuchło 27 grudnia 1918 w Poznaniu, w czasie wizyty powracającego do Polski Ignacego Jana Paderewskiego, który w drodze do Warszawy przybył 26 grudnia do Poznania, owacyjnie witany. Tego samego dnia Paderewski wygłosił przemówienie do swoich rodaków licznie zgromadzonych przed hotelem Bazar. Nazajutrz 27 grudnia swoją paradę wojskową na Świętym Marcinie urządzili Niemcy – zrywano polskie i koalicyjne flagi, napadano na polskie instytucje – doszło do zamieszek, w wyniku których wywiązała się walka, podjęta następnie przez oddziały kierowane przez Polską Organizację Wojskową Zaboru Pruskiego.
Powstańcy w krótkim czasie opanowali całą Prowincję Poznańską z wyjątkiem jej północnych i południowo-wschodnich obrzeży. Powstanie zakończyło się 16 lutego 1919 roku rozejmem w Trewirze, który rozszerzał na front powstańczy zasady rozejmu w Compiègne z 11 listopada 1918 kończącego I wojnę światową. Było to jedno z czterech, obok powstania wielkopolskiego 1806 roku, powstania sejneńskiego w 1919 roku i II powstania śląskiego w 1920 roku, zwycięskich powstań w dziejach Polski. Pierwsze z polskich powstań z tamtego okresu, które umożliwiło realizację wszystkich założonych celów.

Jak poszło lewakom w Poznaniu?

Ta koalicja rodziła się w wielkich bólach, ale wybory pokazały, że opłacało się dogadać. Komitet „Lewica buduje”, w którego skład weszły m.in. Sojusz Lewicy Demokratycznej i Partia Razem, wprowadził dwóch przedstawicieli do Rady Miasta Poznania.

 

Według wielu działaczy Partii Razem, alians z partią Czarzastego byłby moralnym i politycznym bankructwem. Przypadek Poznania pokazuje jednak, że być może czas odłożyć na bok pewne rozterki. Stolica Wielkopolski była jedynym miastem w Polsce, w którym kandydaci Razem i SLD startowali pod jednym szyldem i mieli wspólnego kandydata na prezydenta. W skład koalicji weszła również lokalna Inicjatywa Polska, a także ruch miejski „My, Poznaniacy”.
Niedzielne wybory udowodniły, że wspólny start był dobrą decyzją. Na listy „Lewica buduje” zagłosowało łącznie 22 411 osób, czyli 10,05 wszystkich uczestników elekcji, co dało komitetowi trzecie miejsce i dwa mandaty w Radzie Miasta. Radną została Halina Owsianna, obecnie członkini Inicjatywy Polskiej, która startowała z okręgu nr 2 w dzielnicach Winogrady, Sołacz, Winiary, Wola. Zagłosowało na nią 2955 wyborów, co dało 9,55 proc. Mandat uzyskał również Tomasz Lewandowski (2 187 głosów, 5,21 proc.), obecny wiceprezydent miasta odpowiedzialny m.in. za mieszkalnictwo, autor programu budowy mieszkań komunalnych. Lewandowski wziął udział również w wyścigu o fotel prezydenta miasta, rzucając wyzwanie swojemu zwierzchnikowi. Zajął trzecie miejsce, otrzymując głosy 7,66 proc. 40-letni samorządowiec jest coraz częściej porównywany z Robertem Biedroniem i wymieniany w gronie potencjalnych liderów nowej ogólnopolskiej formacji politycznej. W przedwyborczym wywiadzie, jakiego udzielił Strajkowi ukazał się jako zwolennik integracji ruchów postępowych. „Jeśli te wszystkie strumienie nie zleją się w jedną rzekę, to taka lewica będzie skazana na porażkę” – mówił Lewandowski.
Kandydaci i kandydatki „Lewica buduje” podkreślają, że sam fakt wejścia do Rady Miasta jest sukcesem – Jako jedyny komitet otwarcie lewicowy wprowadziliśmy radnych. To ogromna satysfakcja tym bardziej, że Halina Owsianna była liderką listy w moim okręgu – mówi w rozmowie ze Strajk.eu Hanna Maria Zagulska, lokalna polityczka, którą podczas kampanii poparł m.in. Robert Biedroń. – Działaliśmy zespołowo, nie konkurując ze sobą – tu widzę podstawę naszego wspólnego sukcesu. Jestem pewna, że Halina będzie ten model realizować w Radzie, jednocześnie konsekwentnie wprowadzać w życie postulaty wynikające z lewicowych wartości. Jestem pod ogromnym wrażeniem naszej wspólnej pracy – mówiła działaczka, podkreślając, że to dopiero początek budowy silnego ruchu. – Te wybory dodały skrzydeł osobom związanym z lokalnymi strukturami Partii Razem. Nawiązaliśmy relacje i zdobyliśmy energię na następne działania. Będę codziennie dokładać starań, aby tego potencjału nie stracić – powiedziała Hanna Maria Zagulska.

Liberalne dziecko w ogrodzie zabawek

Równanie wygląda tak: 3 miesiące internowania plus niedługie aresztowania, a potem tłuste lata błogiej sytości.

 

Po obchodach 40-lecia powstania KSS „KOR”, którego prominentnym członkiem w Poznaniu był ponoć Lech Raczak (kurczę, umknęło mi), po obchodach 40-lecia SKS-u (tu też był tylko jeden członek, Jacek Kubiak), nastała kolejna rocznica – powstania radykalnej i bardzo osobliwej „Solidarności Walczącej”. W wymiarze poznańskim jej jedynym wojownikiem był Maciej Frankiewicz, którego w swoim czasie poznałam, od którego trzymałam się z daleka i którego przemianę z Che Guevary, który – jak ocenił to prof. Fiećko, „całe swe życie rzucił na stos rewolucji” – w oswojonego „pekińczyka” poznańskiego Ratusza za czasów nudzącego się obecnie na politycznej emeryturze, męża telewizyjnej następczyni (gorsza wersja) Ireny Dziedzic – obserwowałam.

Z niejakim zdumieniem – muszę przyznać – obserwowałam.

A niedawno wyświetlony film poświęcony Frankiewiczowi kazał mi tę postać jeszcze raz przemyśleć.

 

1

Maciej Frankiewicz (rocznik 1958), urodzony w Poznaniu, tu rozpoczął studia, w roku 1980 zawiązał koło NZS, był internowany, dwukrotnie, założył poznańskie struktury „SW”, trafiał na „48” i do aresztu, z megafonem wzywał tłumy do maszerowania ulicami, ale i nie bicia się z ZOMO-wcami, wreszcie u zbiegu ulic: F. Dzierżyńskiego i Gwardii Ludowej wynajął małe pomieszczenie po trafice i punkcie filatelistycznym i tam umieścił swe wydawnictwo „WiS”.

Prezentował się jako radykalny antykomunista (co zaowocowało m.in. nie uznawaniem prawomocności tzw. Okrągłego Stołu), wróg ZSRR (spokojnie, spokojnie – żadnego najazdu „SW” na Moskwę nie było, jedynie na rosyjski konsulat w Poznaniu wylał Maciek kubełek czerwonej farby) itd.

W 2002 roku został wiceprezydentem m. Poznania, odpowiedzialnym za oświatę, kulturę i sport, niedopasowane dżinsy i wyświechtany T-shirt zamienił na garnitur w kolorze australijskiej papużki i tu doznał pewnego rozdwojenia, co skutkuje do dziś tym, że jego dzisiejsi wielbiciele chwalą go za to, że „wybudował” stadion Lecha, skłonił młodych poznańskich osiłków do biegania maratonu, zaś jego wrogowie wypominają mu eksmisję „Ósemki”, czyli VIII LO, a jego samego uważają za niezwykle skutecznego pogromcę żłobków i przedszkoli (to na Długosza, zamknięte z udziałem Frankiewicza, stało długo puste, po czym teren sprzedano jednemu z deweloperów, który tam postawił blok).

 

2

Obecnie trwa beatyfikacja Macieja. Ma już swój dąb, tablicę, maratończycy spływają potem w biegu pod szyldem jego imienia i gdyby nie likwidacja gimnazjów, w jednym z nich na pewno raz do roku młodzież spotykałaby się na apelu poświęconym wybitnemu patronowi.

Jednocześnie Frankiewicz wspominany jest jako gorący pasjonat nurkowania, lotów szybowcowych, zdobywca najwyższych szczytów w Europie i nie tylko, czynny ułan, paradujący na koniu, w mundurze i z lancą. I tak dalej, i tak dalej. Poza tym – wzorowy katolik, śliczna żona i dwie równie śliczne córki. Wypisz, wymaluj – antenat premiera Morawieckiego, z tą jednakże różnicą, że ten ostatni ma skromniejszy dom, więcej dzieci i o wiele bardziej wypasione konto w banku.

Tym, co dziwiło dawnych kolegów Frankiewicza, a dziwić nie powinno, były jego niektóre poglądy, które dawniej nie wydawały się groźne. Gdy idzie o reguły życia społecznego, Frankiewicz był darwinistą – tyle twego, ile zdobędziesz. Miejsce dla kobiet widział w kościółku, domku i nad garnkiem. Jak to się stało, że nie padli sobie z Korwinem, owym nieco zapomnianym już „januszem” polskiej publicystyki politycznej, w ramiona – nie wiem.

Poza tym zasłynął Maciej jako ten, któremu marzyła się wyprawa konna na Lwów. Celem odbicia.

Jak ocenił to we wspomnianym filmie instruktor lotów szybowcowych, miał Frankiewicz taki nadmiar energii, którego nieustannie musiał się pozbywać(bieganie, nurkowanie, latanie, wspinanie, karate).

Według mnie, był też Frankiewicz podszyty „liberalnym dzieckiem” , o nigdy niewyrobionym należycie słuchu społecznym i niewykształconej na czas empatii.

Taki człowiek w polityce to tragedia. Chyba, że zostanie w porę oddelegowany przez cwane lobby do formowania np. wielkich imprez masowych, które poprawiają w sondażach notowania delegującej go „grupy towarzyskiej” zwanej dla niepoznaki – zarządem gminy. On się świetnie „sprawdza”, czyli – dobrze bawi, im – rosną słupki. Mimo „kulczyk parku” – na ten przykład.
Sumując – był Frankiewicz, wedle rozpowszechnionej opinii, rewolucjonistą radykalnym w słowach, umiarkowanym w czynach, później – wybitnym społecznikiem, którego misję przerwała śmierć. Nie, nie – nie wszczął burd ulicznych w obronie ginących w Poznaniu fabryk, nie, nie – nie postawił się czyścicielom kamienic, mordercom dziennikarza Ziętary… itd.

Po prostu – jeździł sobie konno, z konia spadł i umarł. Śmierć tragiczna, ale i zarazem banalna.

Gdy zestawić ją np. ze śmiercią M. Falzmanna, którego postać – jakże zasadnie – obecnie wydobywa się z zapomnienia.

 

3

Maciej Frankiewicz był wiceprezydentem miasta w czasach, gdy nastąpiło tzw. uwolnienie czynszów i tysiące poznaniaków musiało opuścić swe mieszkania. Dalszym etapem ich gehenny były podpoznańskie ogródki działkowe, pustostany, daleka prowincja. A czasami – kontenery ze śmieciami.

Pan Wiceprezydent zajęty bieganiem, nurkowaniem, lataniem – wydawał się faktu tego nie zauważać.

W czasach Frankiewicza panowało w Poznaniu ogromne bezrobocie, kolejki w urzędzie pracy nieopodal ul. Sikorskiego nie mieściły się w korytarzach.

Pan Wiceprezydent zajęty… – także tego nie zauważył. Zresztą, nie był „od spraw społecznych”.

Na poznańskim dworcu – przewalały się tłumy ludzi bez pracy i domu. Nieopodal magistratu w samo południe widziało się gromady „śmietnikowych nurków”.

Na Rynku Łazarskim ludzie bez dochodu sprzedawali to, co kilka godzin wcześniej ukradli. Zarobek pozwalał im opłacić miejsce do spania w cudzej piwnicy i kupno czegoś do zjedzenia, a tacy podopieczni dziwnej fundacji pod nazwa „Bieda” każdy dzień zaczynali od peregrynacji trasą: piekarnia-masarnia-mleczarnia. Potem jedli to, co im tam ktoś dał.

Pan Wiceprezydent i tu pozostawał głuchy i ślepy.

Dlaczego? Bo Pan Wiceprezydent, w latach 80-tych biedny jak kościelna mysz, w roku np. 2003 dysponował – cytuję – 380-metrowym domem, wartym 600 tys. zł, na którego budowę wziął 200-tysięczny kredyt, autem Alfa Romeo (prawie „nówka), zarobkami w wysokości 141 tys. zł i 25 tys. zł z tytułu pobytu w Radzie Nadzorczej spółki miejskiej „Termy Maltańskie”.

Jego śliczna żona, co jednak nie dała się zagonić do kuchni, w kilka lat później ujawni w oświadczeniu majątkowym ten sam dom, którego wartość spadnie do 475 tys. zł, swoje współudziały w 15 (sic!) działkach, dochody z działalności gospodarczej w wysokości 47 tys. zł. z pracy nauczycielskiej w wysokości 37 tys. zł, diety radnej w wysokości 32 tys. zł oraz nowiutkiego Opla Astrę.
Niestety, zaniżona ocena działeczek zaprowadzi radną do sądu (koszt wykazany w oświadczeniu majątkowym to 30 tys. zł, brawo papugi), gdzie dobry sędzia uzna czyn za taki z gatunku „pomroczności”. Ot, niewiasta, w przerwach między gotowaniem rosołu a dopiekaniem udek kurzych, przy wycenie gruntów zagubiła gdzieś zero.

 

4

Co do mnie, za kadencji mego kolegi z opozycji, Macieja Frankiewicza w Ratuszu, to pamiętam, że w podległej mu szkole na Dębcu, nikt z nas, nauczycieli, nie otwierał okien, gdyż całkowicie spróchniałe ramy czyniły takie działanie skrajnie niebezpiecznym, na blaty do zniszczonych stołów organizowało się zbiórkę, a dzieciom zabraniałam na muzyce tańczyć, bo wielka dziura w pogomułkowskim linoleum mogła stać się przyczyną poważnych kontuzji.

Zaś w roku ucieczki z Poznania (2005, uwolnienie czynszów) szłam sobie wieluńską ulicą Kościuszki z psem Poldem (zabranym w lutym sprzed poznańskiego Urzędu Pracy, gdzie ktoś porzucił go, przywiązując nocą do płotu tak, że łapy przywarły mu do lodu). Szliśmy sobie i zastanawialiśmy się, jak namówić jakiegoś sprzedawcę, by nam sprzedał pół chleba i kilo ziemniaków i żeby na to starczyła złotówka, jaką dysponowaliśmy. W domu nie było już nic, rentą w wysokości niecałe 800 zł musiałam obdzielić 2 osoby dorosłe, 3 pieski, królika i morską świnkę. Nie wiedzieliśmy jeszcze o istnieniu „dobrej duszy” tego miasteczka, czyli o p. Janince i wydawało się, że tego dnia nie pojemy. Ale Pold nie zawiódł – tuż przed mostem nad Notecią energicznie skręcił, pociągnął smycz i z trawy wygrzebał mokre 20 zł.

Tak nas uratował. Nas, uciekinierów z dynamicznie rozwijającego się królestwa Pana Wiceprezydenta, który uważał, że każdy mógł na jego stolcu zasiąść. I ten menel, nurkujący w śmietniku przy Ratajczaka, i Pani Tereska, z ul. Sczanieckiej, co w największe śniegi sprzedawała na Rynku Łazarskim – szpulki kolorowych nici…

Sęk w tym, że posada, którą zajął „dobry człowiek”, Maciej Frankiewicz była jedna, a potencjalnych aspirujących – tysiące. Co zawsze winniśmy domorosłym „liberałom” – przypominać.
Gdy zatem posadzicie „bohaterom samorządowych bojów” kolejny dąb, ufundujecie tablicę, najpierw oceńcie, na ile te trudy zostały już wcześniej sowicie przez podatników opłacone gigantycznymi wynagrodzeniami, pochodzącymi przecież z waszych podatków i na ile zmieniły na lepsze wasze życie. Także w wymiarze elementarnym.

I nie spieszcie się z przedwczesnym brązownictwem. Równanie wygląda bowiem tak: 3 miesiące internowania plus niedługie aresztowania, a potem tłuste lata błogiej sytości i oddawania się ulubionym, a kosztownym rozrywkom. Tak przedstawia się dziś biografia wielu „rewolucjonistów” z czasów I i II „Solidarności”, także tej – Walczącej. Z panem Borusewiczem na czele.

I nie martwcie się, że oceniacie niekiedy umarłych. Gdy żyli, za nic mieli wasze życie. Jest to zatem najzwyklejsza odpłata ludzi, którzy nie wybaczają, jeżeli wcześniej o to wybaczenie nie zostaną poproszeni.

A w ogóle liberalne dziecko w ogrodzie zabawek to marny kandydat na cokoły. Prędzej czy później, ktoś te cholerne oświadczenia majątkowe znajdzie, odczyta i przeliczy, ile gwoździ musiał sprzedać np. maciupeńki przedsiębiorca w sklepie metalowym na Dębcu, aby podatkiem swym pokryć np. roczną dietę radnej – wdowy po Maćku.

Głos lewicy

Tęczowy pochód na ulicach Poznania

Strajk.eu donosi:
11 sierpnia kolorowy tłum przeszedł ulicami Poznania. Marsz Równości był kulminacyjnym wydarzeniem Poznań Pride Week – cyklu zorganizowanego tradycyjnie przez grupę Stonewall. Imprezę objął patronatem prezydent miasta, który zresztą otworzył marsz uroczystym przemówieniem.
– Nie mamy dostępu do takich instytucji jak małżeństwo czy związki partnerskie. Żądamy ochrony prawnej przed mową nienawiści. A także zaprzestania demontażu polskiej demokracji, bo tylko zdrowy system demokratyczny może zapewnić mniejszościom ochronę. Nie żądamy przywilejów, lecz równych i pełnych praw – postulowali organizatorzy marszu, przedstawiciele grupy Stonewall walczącej o prawa osób LGBT.
Jacek Jaśkowiak apelował w swoim przemówieniu: – Bądźmy otwarci i tolerancyjni, sprzeciwiajmy się wykluczeniom. Zachęcam do udziału w marszach równości. Pozostańmy w Europie!
Nawiązał też do awantury wokół komunikacji miejskiej w Poznaniu – z okazji tygodnia równości tramwaje ozdobiono tęczowymi flagami, lecz szybko zostały one zdjęte – ponoć ze względu na falę hejtu. Jak się okazuje, poszło nie tyle o negatywne komentarze pasażerów, co o postawę części załóg poznańskiego MPK. Niektórzy motorniczy mieli odmawiać wyjazdu z zajezdni tak „wystrojonymi” pojazdami.
– Gdy wczoraj zobaczyłem tęczę nad Poznaniem i chorągiewki na tramwajach, bardzo się ucieszyłem, ale ta radość trwała dość krótko – mówił prezydent miasta. – Prezes MPK poinformował mnie o nastrojach motorniczych, stanowisku związków zawodowych, opiniach mieszkańców. Jeszcze dwa dni temu wydawało mi się, że Poznań jest wyspą otwartości i tolerancji. Decyzja prezesa MPK, by zdjąć chorągiewki, bardzo mnie zasmuciła. To pokazuje, ile jeszcze musimy zrobić w Poznaniu, by wszyscy byli bardziej otwarci i tolerancyjni.
Jednak również wśród pracowników MPK znaleźli się dwaj chętni, aby przemówić.
– Motorniczowie odmawiali prowadzenia tramwajów z tęczową flagą i byli z tego dumni. Jestem tym zażenowany. Tak samo zażenowany jestem postawą MPK, które zgadzając się na tęczowe flagi, wiedziało przecież, na co się pisze – mówił do tłumu Aleksander Gapiński – motorniczy i gej. – W niedzielę wziąłem specjalnie zmianę, by jeździć z tęczową flagą. Zapraszam po godz. 15 na linie numer 10 i 4. Wesprzyjcie mnie, wesprzyjcie nas!
Narodowcy szumnie zapowiadali, że zbojkotują marsz (w ratuszu zgłoszono aż 36 zgromadzeń odbywających się w bezpośrednim pobliżu), ale ostatecznie odbyło się tylko jedno. Trasę przemarszu usiłowały zablokować dwie furgonetki pomalowane w homofobiczne hasła. Ostatecznie policja po półgodzinnych wahaniach otoczyła narodowców kordonem i przeprowadziła tęczową demonstrację obok. To jednak spowodowało prawie godzinne opóźnienie.
– Grzech sodomski to grzechy cielesne tej samej płci albo różnej płci, ale popełniane w sposób przeciwny naturze. W naszym państwie sodomia nie tylko przestała być zabroniona, ale obecnie propaguje się ją na paradach równości, a nawet w szkołach. Na to barbarzyństwo nie możemy być obojętni – przekonywali uczestnicy kontrmanifestacji.
– Klimat był niesamowity, oficjalną liczbę uczestników szacuje się na około 5 tysięcy, ale ja uważam, że było więcej, nawet do 10, prawie dwa razy tyle niż w ubiegłym roku – mówi w rozmowie ze Strajkiem.eu Piotr Moszczeński z grupy Stonewall. – Narodowcy próbowali nas zablokować, ale ostatecznie słabo im to wyszło. Wywieszali bannery z homofobicznymi hasłami, które miały utożsamiać osoby LGBT z pedofilią. Ale w końcu grzecznie się wycofali. Chwyciły mnie za serce przemówienia dwóch motorniczych, którzy opowiadali o tym, jak bardzo byli dumni wieszając na tramwajach tęczowe flagi. Prezydent wytłumaczył się z „afery komunikacyjnej” tym, że decyzja została podjęta na fali oburzenia pracowników MPK. Nie jestem w stanie tego potwierdzić. Na marszu była obecna między innymi Nowoczesna i Partia Razem. Nie zabrakło haseł propracowniczych i prokobiecych. Piękne przemówienie w duchu solidarności z robotnikami z Amazona wygłosił Igor Mencel z poznańskiej Razem.