Utożsamiam się z demokracją

– Polityka społeczna w myśl klasycznego ujęcia to nie tylko działanie na rzecz bezpieczeństwa socjalnego ale też rozwój społeczny i zapewnianie ładu społecznego – mówi dr Izabela Aldona Trzpil, wykładowca Uniwersytetu Przyrodniczego Siedlcach w rozmowie Przemysławem Prekielem.

Dlaczego zdecydowała się Pani wystartować, jako osoba bezpartyjna,  w wyborach do Sejmu? 

– Zdecydowałam się wystartować do Sejmu ponieważ uważam, że w parlamencie bardzo ważna jest reprezentacja wszystkich środowisk politycznych potrzebna jest równowaga. Bez takiej równowagi Sejm jest kulawy a parlamentarzyści przestają dbać o dobro wspólne. Liczą się wówczas tylko partykularne interesy i interesy partyjne. Niestety nie sprzyja temu ordynacja wyborcza.

Dlaczego Lewica? Utożsamia się pani z jakąś konkretną partią?

– Utożsamiam się z demokracją i bardzo mi zależy aby w Polsce realizowani koncepcję zrównoważonego rozwoju społeczno-gospodarczego zgodnie z Konstytucją RP ( Art. 20 społeczna gospodarka rynkowa). Obecnie rządząca partia deklaruje taki model, ale to jest tylko deklaracja, nie idą za tym faktyczne działania.

Startuje Pani z siódmej pozycji w okręgu 18. Wierzy Pani realnie w zdobycie mandatu z tej pozycji?

– Nie tyle wierzę w zdobycie mandatu dla siebie a raczej w to, że Lewica wprowadzi do parlamentu młodych, dynamicznych i prodemokratycznych ludzi. Taką osobą jest Dorota Olko – jedynka w 18 okręgu wyborczym, dlatego ją wspieram. Moja decyzja wynika również z tego, że uznałam za bardzo mądre to, że partie lewicowe potrafiły się zjednoczyć i działać razem. Mam nadzieję, że nie tylko na czas wyborów.

Jest Pani związana z Siedlcami. Każdy poseł czy posłanka związany jest ze swoim regionem i okręgiem wyborczym. Z jakimi problemami borykają się siedlczanie?

– Mimo, że mieszkam w Sokołowie Podlaskim jestem związana zawodowo z Siedlcami od wielu lat. Siedlce bardzo się rozwinęły w ostatnich latach szczególnie jeśli chodzi o placówki społeczno-kulturalne, rekreacyjne i sportowe. To jest domena tego miasta tkwiąca w potencjale społecznym. Jednak życie przeciętnego mieszkańca nie jest łatwe. Jeszcze wiele zaniedbanych ulic, nadal stara zaniedbana stara infrastruktura mieszkaniowa, ogromne korki w godzinach szczytu, brak miejsc parkingowych, nadal zaniedbane placówki oświatowe.

Jest Pani specjalistką od polityki społecznej. Nie mogę nie skorzystać  z okazji i nie zapytać o politykę społeczną obecnego rządu. Dostrzega Pani bliskość ideową rządzącej partii z postulatami Lewicy?

– Polityka społeczna w myśl klasycznego ujęcia to nie tylko działanie na rzecz bezpieczeństwa socjalnego ale też rozwój społeczny i zapewnianie ładu społecznego. Ja osobiście jestem zwolenniczką modelu aktywnej polityki społecznej w którym różne podmioty; państwo, samorządy i organizacje pozarządowe podejmują działania zmierzające do wspierania i aktywizowania społeczeństwa na rzecz wspólnych interesów a nie kształtowanie postaw roszczeniowych i bezradnościowych dziedziczonych przez kolejne pokolenia.
Nie dostrzegam żadnej bliskości ideowej partii rządzącej z postulatami lewicy. Polityka rządzącej partii opiera się bowiem na populizmie czyli głownie na zabieganiu o władzę poprzez obietnice i rozdawnictwo (nie neguję potrzeby wspierania ludzi najsłabszych socjalnie. Bazą dla populizmu jest uruchamianie postaw antyinteligenckich przy odwoływaniu się do emocjonalnych resentymentów.
Populistyczny przywódca rozbudza nadzieje ludu na lepsze życie poprzez kreowanie konfliktów i zawiści. Populiści wskazują wroga publicznego (elity, migranci, mniejszości narodowe) odpowiedzialnego za krzywdy, uruchamiają lęki, podgrzewają obawy. Populizm nie ma nic wspólnego z polityką społeczną tylko z manipulacją. Populiści dbają o rozwijanie swoich karier i bycie przy władzy dla profitów, nawet kosztem kolejnych pokoleń. Polski populizm bazuje dodatkowo na podtrzymywaniu w społeczeństwie dawnych podziałów narodowych uzasadniając to „emocjonalnym patriotyzmem”.
Pod hasłem dobrych intencji i troski o ludzkie losy kryją się interesy określonej grupy związane z walką o władzę. To działa i trudno to zdemaskować.

Armia Czerwona nas wyzwoliła…

75 lat temu wyzwolony został Sokołów Podlaski.

Czytam wszystko co wpadnie mi w ręce. Żeby wyrobić sobie zdanie czytam lewicową i prawicową prasę. W tej drugiej interesuje mnie nowa polityka historyczna pisana przez naukowców z IPN-u i twórczo rozwijana przez polityków Ponieważ należę do pokolenia,które uczestniczyło w wielu zdarzeniach z naszej najnowszej historii na jej najmniejszym podwórku mam nieodpartą chęć polemizować z jedynie słusznymi tezami jakie kiedyś lansowała PRL-owska propaganda a dziś w jej ślady weszli nowi aktywiści.
Obawiam się, że przy bierności ludzi którzy pamiętają i potrafią obiektywnie ocenić co się z nimi bądź obok nich wydarzyło w ostatnich latach. Niebawem mojego wnuczka Kacperka będą uczyć w szkole, że moje miasto – Sokołów Podlaski – nie wyzwoliła Armia Czerwona 8 sierpnia 1944 roku tylko „żołnierze wyklęci” dowodzeni przez Młota, Sokolika, Huzara i Marynarza. Dlatego, spełniając swój obowiązek wobec wnuka, piszę ten artykuł w rocznicę wyzwolenia Sokołowa z hitlerowskiej okupacji mając w pamięci słowa Wielkiego Polaka o prawdzie która nas wyzwoli. Przywołuję w nim fakty historyczne z Książki Jana Gozdawy-Gołębiowskiego „Obszar warszawski Armii Krajowej” i wspomnienia osobiste jakie zapamiętałem z dzieciństwa. Na początek kilka faktów historycznych.
W nocy z 4 na 5 sierpnia 1944 roku żołnierz AK Stefan Kazik z Frankopola przeprawił dwóch delegatów majora J. Sasina, dowódcy obwodu Armii Krajowej „Proso” Sokołów Podlaski. Delegatów – podporucznika Piotra Wodzińskiego ps. „Wicher” i docenta Kazimierza Roszkowskiego ps. „Judym” – przyjął w Tonkielach radziecki generał Władimirow. Generał odrzucił postulat dalszej walki batalionu AK o wyzwolenie Sokołowa Podlaskiego u boku Armii Czerwonej. Zażądał, by wszystkie polskie oddziały zebrały się w Bażanciarni w Repkach, osobno oficerowie i szeregowcy i tam czekali na przyjście jego żołnierzy.
Druga grupa z sędzią Krysiakiem dotarła do Grochowa, gdzie nawiązała kontakt z oddziałem podporucznika Mariana Solnickiego ps. „Dzik”. Pluton ppor. Solnickiego idąc przez Patrykozy oraz wsie Czajki i Ginia natknął się na wojska węgierskie, które bez przeszkód przepuściły Polaków przez linię frontu. Tu spotkali się z oficerami radzieckimi. Podczas żołnierskiego przyjęcia radzieccy oficerowie radzili by żołnierze AK nie przyłączali się do Armii Czerwonej, bo zostaną rozbrojeni i wywiezieni w głąb Rosji . Podporucznik „Dzik” natychmiast przekazał te informacje sędziemu Franciszkowi Krysiakowi który był Delegatem Rządu na powiat sokołowski.
Pod koniec lipca 1944 roku w Sokołowie powstały konspiracyjne władze polskie z komendantem miasta profesorem Nikodemem Księżopolskim ps. „Kiejstut”, podporucznikiem rezerwy Henrykiem Giergielewiczem ps. „Łącki”, Edwardem Kupskim ps. „Andrzej”, Janiną Księżopolską ps. „Nina”, dr Antonim Perłowskim ps. „Korybut”. Komendant miasta miał do dyspozycji radiostacje ulokowaną w domu przy ulicy Kościuszki 12 za pomocą której otrzymywał dyspozycje z komendy podokręgu wschodniego i informacje z Londynu. Rozbudowana i dyspozycyjna sieć łączniczek zapewniała sprawne przekazywanie rozkazów i informacji do miejsca postoju majora J. Sasina.
Na naradzie oficerskiej 6 sierpnia 1944 roku w majątku Grodzisk major Sasin z uwagi na jednoznaczne stanowisko władz radzieckich zmierzające do rozbrojenia i internowania żołnierzy AK , wg wzorów zastosowanych w Wilnie, rozkazał rozwiązać wszystkie oddziały w obwodzie, broń ukryć a łączność utrzymać na istniejącej sieci.
Z chwilą wkroczenia do Sokołowa Armii Czerwonej major Sasin ze swoim sztabem ujawnił się przed władzami radzieckim i ślad po nim zaginął.
Tyle faktów historycznych. Teraz pora na wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w domach i na podwórkach ulic Siedleckiej Repkowskiej i Długiej.
Od dzieciństwa w naszym domu obok oleodruku Kossaka przedstawiającego „Cud nad Wisłą” z ks. Skorupka wśród szarżujących na bagnety polskich legionistów, wisiało zdjęcie naszego dziadka ze strony matki Pawła Jakubiaka. Reprodukcja popularnego obrazu uznanego batalisty była z nami do czasu wejścia do Sokołowa wyzwolicieli, czyli do 8 sierpnia 1944 roku. Nie wypadało wojennemu komendantowi miasta, który tymczasowo zajął największy pokój po zlikwidowanym sklepie z wygodnym wejściem na ulicę Siedlecka bądź Repkowską przypominać, jakie baty dostali pod Warszawa w 1920 roku w niespełnionym marszu ku Europie. Za to portret dziadka Pawła na tle gwiaździstej flagi potężnego alianta miał teraz honorowe miejsce obok portretu Stalina.
Mnie jednak bardziej interesował obraz przedstawiający bitwę warszawską niż zdjęcie dziadka jego kolegów, którzy za chlebem wyjechali do Ameryki w latach i dwudziestych. Przez kalkę odrysowałem fragment tego obrazu by pochwalić się przed kolegami rysunkami żołnierzy i ich broni. Nie rozumiałem powodów, dla których obraz wiszący przez cała okupacje, teraz musiał być schowany. Szukałem go wszędzie, a znałem niemal wszystkie przemyślane skrytki w starym domu. W końcu obraz odnalazłem na strychu w wielkim wiklinowym koszu pod stertą pierzyn i paczek papierosów przechowywanych tu po likwidacji sklepu kolonialno-spożywczego moich rodziców.
W tym koszu kiedyś niespodziewanie zobaczyłem śpiącą pod pierzyną Żydówkę – prawdopodobnie córkę dr Lewina, który mnie leczył z częstych przeziębień. Powiadomiłem matkę. Nie uwierzyła. Po kilku chwilach, kiedy z pomocą babci i siostry schowano w innym miejscu ukrywającą się sąsiadkę, matka zaprowadziła mnie na strych by przekonać, że nikogo tam nie ma ,że musiało mi się przewidzieć. Kosz stał na swoim miejscu załadowany po brzegi poduszkami i pierzynami.
Byłem małym sześcioletnim chłopcem o bujnej wyobraźni i jak na dziecko czasów okupacyjnych miałem swoje doświadczenie z ciągłych rewizji, publicznej egzekucji, pod tzw. wzgórkiem przy ul. Repkowskiej, obserwowanej z okienka szczytowej ściany naszego strychu, likwidacji getta, którego ogrodzenie od ulicy Olszewskiego znajdowało się 50 m od sieni domu od strony ulicy Siedleckiej 1. Dlatego, mimo zakazu Niemców, sień i wejście na strych było w nocy otwarte. Podobne praktyki stosowali i inni mieszkańcy domów, komórek i stodół zlokalizowanych przy ulicach sąsiadujących z ogrodzona dzielnica żydowską.
Naprzeciw rozległego drewnianego domu usytuowanego na rogu ulicy Siedleckiej i Repkowskiej był budynek sokołowskiego magistratu. Na parterze garaże straży pożarnej a na piętrze kino. Wejście do kina było od ulicy Długiej. Niemcy uciekający pod naporem Armii Czerwonej wysadzili budynek magistratu, ale parter budynku ocalał. I tam w dawnej poczekalni i kasie kina „Ostland” gdzie jeszcze niedawno oglądaliśmy niemieckie kroniki wojenne, teraz pokotem spali radzieccy żołnierze. W dzień i w nocy regulowali ruchem transportów wojskowych ciągnących na Warszawę, w chwilach wolnych od służby palili ogniska, grali na harmoszce i śpiewali „Katiusze”. Częstowali konserwami, a my zajadając się „swinuju tuszonku” z czarnym żołnierskim chlebem, nosiliśmy im z pobliskiej studni wodę. Czasami dali do obejrzenia pepeszkę lub bagnet, a nawet pograć na harmonii.
Ulubieńcem wyzwolicieli stałem się, kiedy przyniosłem do ich kwatery kilka paczek Popularnych i Junaków – papierosów z odkrytej skrytki na strychu. Popularne były paczkowane w dużych pudełkach po 100 szt. I można nimi obdzielić cały odział reguliowszczyków. Były jednak trudniejsze do wyniesienia pod czujnym okiem babci Emilowej. Gniew babci, gdy odkryła moje niecne postępowanie, złagodziły puszki konserw, które dostałem od żołnierzy. Kocioł kapusty z zawartością wojskowej konserwy sprawił, że i tym razem mi się udało uniknąć rózgi, którą babcia Emilowa władała po mistrzowsku. Za to moim postępowaniem doprowadziłem do wymiany towarowej, gdy okazało się, że papierosy mają dla wojaków większą wartość jak amerykańskie konserwy dostarczane radzieckim sojusznikom by skutecznie bili Niemców.
Kilka rodzin zamieszkałych w rozległym domu na rogu Siedleckiej i Repkowskiej miało dzięki tej wymianie handlowej dobre pożywienie. W mieście panował niebywały entuzjazm. Do rodzin Laszuków i Gumaników, Ładów powrócili od Andersa ich ojcowie i synowie.
Trwała mozolna praca przy odgruzowaniu i naprawie domów, mostów i ulic. Z dalekiego Elbląga przywieziono prądnice i uruchomiono elektrownię przy ulicy Kosowskiej naprzeciw starego drewnianego kościołka pw. Św. Rocha.
Wieki pobyt nastał na materiały budowlane – cegłę, stalowe belki. Pan Głazek płacił za jedną oczyszczoną z tynku cegłę 50 groszy. W tamtym czasie był to dobry interes. Z kolegami z mojej drużyny wzięliśmy się za robotę. Wkrótce uzbieraliśmy 97 złotych. Piłka, o której marzyliśmy kosztowała w księgarni pani Sudarowej 95 złotych. Była to skórzana futbolówka z jajowatą dętką i długim wentylem. Po napompowaniu trzeba było ją zasznurować tak by nie zniekształcić. Zakup uczciliśmy lemoniadą w sklepiku pani Nowakowej przy ulicy Długiej. Odtąd moja drużyna z Repkowskiej i Siedleckiej nie miała sobie równych wśród piłkarzy grających szmaciakami na sąsiednich ulicach i podwórkach. Mając taką piłkę trzeba było zadbać o odpowiednie piłkarskie nazwisko. Stefan Kupisz był Cieślikiem, Janek Patejczuk to obrońca Jan Duda, ja długo nosiłem nazwisko pomocnika Legii – Parpana. Tylko, nie wiem czemu, Romek Bałkowiec miał ksywkę Beka, a Waldek Łada – Hilon.

Jeden z sześciu milionów

Trauma po tamtych doświadczeniach nie przemija nigdy.

 

Lato. Dzień słoneczny. Koniec lipca 1943 roku. Pogodne dni, jakże dramatyczne na polskiej ziemi, dla ludzi prześladowanych, ściganych, zabijanych jak zwierzęta. Czasy okrutne, zanik człowieczeństwa, pełny jego deficyt. Dominacja tych, którzy mieli unicestwiać ludzi rasy niegermańskiej, a szczególnie Żydów, na których wydano największy w historii świata wyrok ludobójstwa. Wszyscy Żydzi mieli być unicestwieni. Taką decyzję mogli podjąć tylko ludzie, którzy byli pozbawieni minimum zwykłego człowieczeństwa. Te watahy morderców, o zgrozo, miały czelność odwoływać się do Boga.

W tej szczególnej scenerii, konsekwentnie realizowanej strategii mordowania ludzi, Tadeusz i Mietek wybrali się na małą wycieczkę po obrzeżach Sokołowa Podlaskiego. Obaj ukończyli trzecią klasę szkoły podstawowej. Mieli trochę szczęścia. Większość ich rówieśników w ogóle nie chodziło do szkół. W mieście liczącym czternaście tysięcy mieszkańców była tylko jedna szkoła mieszcząca się w barakach. Teraz budynki szkolne były siedzibą władz okupacyjnych.

Ten ich spacer za miasto odbywał się parę dni po likwidacji getta. Sześć tysięcy mieszkańców, Żydów, zagazowano, a następnie spalono w piecach krematoryjnych w pobliskim niemieckim obozie zagłady w Treblince. Chłopcy przyglądali się jak strzelano do uciekających osób. Ten pochód, marsz śmierci na dworzec kolejowy trwał cały dzień. Tam stały już składy pociągów towarowych. Ten szczególny pochód odbywał się ulicą Lipową i Węgrowską, teraz Wolności. Czy tych ulic nie należałoby nazwać ulicami Męczenników Żydowskich?

Idąc na ten swój letni spacer, wciąż myśleli o tym, co widzieli, a szczególnie o ich znajomych rówieśnikach, z którymi jeszcze nie tak dawno kopali piłkę i grali w różne gry, a m.in. w palanta i w klipę. Rozmyślali o makabrycznych scenach zabójstwa uciekających osób. Niektórzy z nich umierali dopiero po paru godzinach. Idąc, wspominali swoich żydowskich kolegów. Jeszcze wówczas łudzili się, że może kiedyś ich spotkają.

Tak doszli do ścieżki, którą można było skręcić na drogę wiodącą w kierunku lasu zwanego potocznie „Pod Zieloną”, odległego o kilka kilometrów od miasta. Weszli w dość wysoką trawę na pastwisku bydła. W pobliżu było kilka drewnianych domów i zabudowań gospodarczych krytych słomą i gontem. Małe domki zamieszkałe przez rodziny zajmujące się różnymi zawodami, a szczególnie małym handlem niemal wszystkim, co było w tym czasie w obiegu. Pasło się tam kilka krów. Pastuchów nie było. Miały one na szyjach łańcuchy przymocowane do drewnianych palików. Słońce, będąc jeszcze wysoko, sprzyjało licznym owadom, które atakowały pasące się krowy.

Przy jednej z krów przebywał starszy mężczyzna. Był kulawy, utykał na prawą nogę. Jego zabudowania były ostatnie na tym skromnym osiedlu. Wokół domów były niewielkie ogrody z drzewami owocowymi. Mieszkańcy miasta, idąc latem na grzyby i jagody zawsze przechodzili przez to osiedle. Tędy było najbliżej do lasu. Spokój. Cisza. Położyli się więc na trawie wśród polnych kwiatów przeróżnych kolorów.

W pewnym momencie usłyszeli krzyk w języku niemieckim, który stał się przyczyną ich trwogi. Kilkukrotne „Halt! Halt!” wywołało u nich dreszcze. Nieco się podnosząc, ujrzeli Niemca. Był w mundurze, trzymał w ręku pistolet. Nie ruszali się z miejsca. Bali się. Mocno przytulili się do ziemi. Wysoka trawa pomogła im z ukrycia obserwować uciekającego człowieka i biegnącego za nim Niemca. Młody mężczyzna był bardzo wycieńczony, więc biegł w kierunku upragnionego lasu oddalonego o kilkadziesiąt metrów coraz wolniej. Wydawało się im, że zaraz padnie na ziemię.

Na drodze uciekającego stał właściciel krowy. Uciekający musiał biec w kierunku, gdzie stał starszy człowiek. Niemiec po dwóch strzałach polecił mu zatrzymać go. Słysząc groźbę Niemca, pozorował zatrzymanie Żyda. Chłopcy patrzyli, jak morderca znęcał się nad Polakiem za to, że nie zschwytał uciekającego. Kolejne dwa strzały, które przeszyły ciało uciekającego, jeszcze nie pozbawiły go życia. Strzelił więc jeszcze raz w klatkę piersiową, ale już w leżącego.

Chłopcy byli ogromnie wystraszeni, przyglądając się, jak na ich oczach morduje się niewinnego człowieka, tylko nieco starszego od nich. Niemiecki morderca polecił Polakowi zakopać zabitego. Powiedział, że przyjdzie sprawdzić, jak wykonał to zadanie, a następnie odszedł.

Gdy był już niewidoczny, chłopcy wstali. Tadeusz pierwszy podszedł do leżącego. Właściciel krowy poszedł po odpowiednie narzędzie do wykopania mogiły. I znów śmiertelna cisza wokół ofiary. Dwaj młodzieńcy chcieli uciec z tego miejsca, jednak patrząc na martwego człowieka, który miał być zakopany do dołu, uznali, że to takie niekatolickie.

Z inicjatywy Mietka odstąpili jednak od zamiaru odejścia, by ewentualnie pomóc przy tym pochówku. Widzieli już wielu zabitych Żydów w marszu z ul. Lipowej i Węgrowskiej na skrzyżowanie z Sadową koło kościoła do miejsca zagłady. A jednak ten widok wstrząsnął ich do głębi. Byli załamani, mocno przeżywali to makabryczne wydarzenie. Dlaczego Niemiec zabił młodego człowieka? Nie byli w stanie zrozumieć, skąd w ludziach jest tyle nienawiści. Co on im takiego uczynił, że musiał być pozbawiony życia. Takie myśli im się kołatały w głowach.

Przyszedł starszy człowiek ze sztychówką do kopania. Leżący nie dawał znaku życia. Oczy miał zamknięte. Patrzyli na jego twarz. Była biała jak śnieg. Miał na sobie mocno zniszczoną koszulę i spodnie. Przyszedł główny „grabarz”.

Leżący jednak tymczasem zaczął otwierać oczy, odzyskując chyba przytomność. Nieco się poruszył. Starszy człowiek kopał mogiłę. Umierający znów stracił przytomność. Chyba się domyślił, co go czeka. Przestraszył się ogromnie. Było to widoczne na jego twarzy. Kopano mu miejsce spoczynku na łące, w wysokiej trawie, wśród dziko rosnących polnych kwiatów. Kopanie grobu zakończono. Był niezbyt głęboki, nie taki, w jakich się chowa zmarłych na cmentarzach. Umierający człowiek przez chwilę się wpatrywał, co się dzieje. Chyba dostrzegał stojące przy nim osoby. I znów stracił przytomność.

Chłopcy przyglądali się konającemu. Było to coś przerażającego. Tadeusz i Mietek też przez parę minut kopali mogiłę, gdyż ich przypadkowy znajomy był zmęczony, miał już bowiem swoje lata.

Mogiła była gotowa, ale ciała jeszcze nie włożyli do grobu. Czekali, nie spieszyli się. Zastanawiali się, czy jeszcze żyje. Nikt z tej trójki nie odważył się sprawdzić, czy już zakończył swe młode życie. Nie poruszał się i nie oddychał. Czekali.

Położyli go w grobie. Przyglądali się, sprawdzając, że może jeszcze żyje. Sypali ziemię na nogi. Gdy sypali już ziemię na pierś, na moment odzyskał przytomność. Rękami zgarniał ziemię ze swojego ciała.

Ogarnęło ich przerażenie i strach. Ten człowiek jeszcze żył! Co robić? Uciekać z tego strasznego miejsca, czy zaczekać jeszcze z zasypywaniem? To były potworne przeżycia dla młodych uczestników tego makabrycznego pogrzebu. Jeżeli zgarniał sypaną ziemię, to przecież musiał mieć przebłyski świadomości, że jest zakopywany w grobie. Chłopcy chcieli jak najdalej uciec z tego miejsca, ale główny grabarz pozostał.

Niemiec wiedział, gdzie mieszka jego rodzina. Groził. Dwaj chłopcy niemal krzyczeli, że jeszcze żyje, więc nie można sypać na niego ziemi. Jednocześnie bali się, co będzie z nimi, gdy wróci Niemiec. Słońce już kryło się za domami i drzewami. Nie odchodzili, postanowili poczekać.

„Niech pan już idzie do domu” – proponowali, widząc, jak czuje się główny uczestnik tego pogrzebu. „My usypiemy grób, gdy zakończy swój żywot” – powiedział Mietek. Odmówił. Nie odszedł. Bał się konsekwencji, że nie wykonał zadania. Był do końca pogrzebowej ceremonii nieznanego człowieka, choć chwiał się na nogach. „To niech pan siądzie” – zaproponowali. Siadł, ciężko oddychając i patrząc na nich wzrokiem człowieka moralnie załamanego. Dał się jednak przekonać.

Odszedł bardzo wolno, nogi nie chciały go nieść. Czuł się zdruzgotany moralnie. A może tak bolały go myśli, że był sprawcą zatrzymania człowieka uciekającego przed mordercą. Nigdy już z nim nie rozmawiali o tym wydarzeniu. Tuż po zakończeniu wojny zmarł, a do końca życia zamknął się w sobie, z nikim nie rozmawiając na temat tego wydarzenia. Unikał sąsiadów, gdyż dotarła do nich wiadomość, że pomagał Niemcowi zabić Żyda. Niektórzy nawet mówili, że pomieszało mu się w głowie.

Minęła może godzina od czasu, kiedy konający Żyd próbował zrzucać sypaną na niego ziemię. Ściemniało się. Tadeusz i Mietek spoglądali na twarz leżącego w dole człowieka. Nie dostrzegli żadnych objawów życia, jednak wciąż stali przy nim. Zerwali trochę polnych kwiatów i wysokiej trawy, kładąc je na głowę i szyję. „Czy już nie żyje” – spytał Tadeusz Mietka. W pobliżu nikogo nie było, by móc się poradzić, czy można już zasypać ciało. Musieli sami zdecydować o tym. Powoli zaczęli sypać ziemię na nogi.

Nie spieszyli się. A może odzyska przytomność? – myśleli. Grób zasypywali niejako etapami. Łudzili się, że może jeszcze żyje. Gdy był już zasypany po szyję, przerwali tę wymuszoną czynność. Tylko głowa nie była jeszcze zasypana. Był to widok przerażający. Będzie bardzo długo tkwił w ich pamięci.

Zasypywanie grobu trwało długo. Zasypali szyję, następnie jedną łopatę ziemi wysypali na głowę. Krótka przerwa i kolejne łopaty. Gdy skończyli swoją powinność było już całkiem ciemno. Położyli na usypanym grobie trochę zerwanych wcześniej kwiatów.

Musiał umrzeć, bo był Żydem, a na swojej drodze spotkał człowieka lepszej rasy. To był jeden z sześciu milionów Żydów zamordowanych przez Niemców, w tym trzech milionów w Polsce.

 

To krótkie wspomnienie napisałem na podstawie relacji Mieczysława, traktując je jako ilustrację większego opracowania pt. „Okupanci”, które było publikowane w dwóch częściach w dzienniku „Trybuna”. Polska proporcjonalnie poniosła największe straty ludnościowe w czasie okupacji niemieckiej w latach 1939-1945. Ten młody Żyd pochowany, a raczej zakopany – bo co to był za pogrzeb – to jeden spośród sześciu milionów zamordowanych przez zdziczałych i nieludzkich Niemców. Musiał zginąć, bo na drodze swej ucieczki do lasu spotkał mordercę, człowieka upadłego, pozbawionego człowieczeństwa. Musiał zginąć tylko dlatego, że był żydowskiej narodowości. Teraz, już dziesiątki lat po wojnie, hitlerowscy oprawcy oskarżani o zbrodnie wojenne tłumaczą się, że tylko wykonywali rozkazy. Ten zabójca, gdyby miał w sobie chociaż trochę ludzkiego sumienia, mógł uciekającego nie zauważyć. Był jednak porażony rasistowską teorią ras ludzkich, więc musiał zabić. Ten młody człowiek mógł przecież żyć jeszcze długie lata, tak jak wielu Żydów ukrywanych przez polskie rodziny, mimo że tylko w Polsce za pomoc Żydom karano śmiercią.

O tej wielkiej zbrodni zagłady niemal całego narodu trzeba pamiętać i mówić kolejnym pokoleniom ludzi na całym świecie. Nie wolno nam tego zapominać, trzeba o tym nieustannie mówić i pisać. Szczególnie tym społecznościom, w których wciąż daje o sobie znać antyludzkie zjawisko antysemityzmu, nienawiści do naszych braci. Ten wspaniały naród, tak brutalnie potraktowany przez historię, wciąż musi się bronić przed atakami nienawiści.