Kluczem są pieniądze

Jeżeli ktoś tego nie dostrzegł, że państwo leży, to musi być ślepy – mówi Mirosław Oczkoś w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Czy zatrzymanie syna Mariana Banasia to początek wojny atomowej między szefem NIK a jego byłym środowiskiem politycznym?

MIROSŁAW OCZKOŚ: To zachowanie władzy można czytać na różne sposoby, ale na pewno jest to rodzaj furii, bo to są działania na wszystkich możliwych frontach. Jeżeli Jarosław Kaczyński spuścił ze smyczy Zbigniewa Ziobrę, żeby ten się jednak dobrał do Banasia, to są to wschodnie standardy, no chyba że cofniemy się do Eliota Nessa i Chicago lat 20., kiedy w wojnie gangów strzelano do siebie, ale i do synów i rodzin. Zatrzymanie syna Banasia, kiedy ten wraca z wakacji, jest dość groteskowe, zazwyczaj zatrzymuje się na ludzi na lotnisku, gdy ci chcą wyjechać i istnieje obawa, że uciekną, ale po powrocie to rzeczywiście dziwne.

Marian Banaś do tej pory dawał sygnały, że ma smoka, ale go nie użyje. Natomiast ten ostatni raport obnaża chyba te najgorsze kłamstwa władzy, to, co najbardziej nas boli, czyli pieniądze, że jest jednak dziura 24 mld, a nie zysk 25 mld. To spowodowało taką reakcję.

Jarosław Kaczyński zachowuje się w tej sprawie trochę jak ranny zwierz, który zaczyna uderzać na prawo i lewo, bo w zasadzie jesteśmy skonfliktowani ze wszystkimi i tylko jeszcze brakuje, żeby Bałtyk w złości zalał nam plażę.

Mówiąc poważnie, to w normalnym państwie byłaby to wizerunkowa katastrofa, gdy urzędnik państwowy z NIK przedstawia dowody przeciwko władzy, a ta go za to ściga. Smaczku dodaje fakt, że to jest człowiek tej władzy. Sądzę, że Jarosław Kaczyński tak bardzo chciał mianować Mariana Banasia na to stanowisko, bo coś na niego miał i sądził, że łatwiej będzie mu nim sterować. Zresztą to standardowe działanie tej władzy, widzimy to na co dzień. Teraz okazało się, że jak trafiło się naprawdę na twardego zawodnika, to mimo że nawet uderzyło się w rodzinę, to Banaś kontratakuje. Widać, że PiS jest tu bardzo nerwowy, a zazwyczaj jest tak, że jak władza się staje nerwowa, to znaczy, że się kończy.

Minęły już 3 tygodnie od powrotu Donalda Tuska do polityki polskiej i już widzimy zwiększoną polaryzację. Czy to jest klucz do wygrania wyborów?

To jest sposób na wygranie wyborów, bo zasada jest bardzo prosta – tak się gra jak przeciwnik pozwala. Jeżeli nie można narzucić własnej narracji, a widać było, że to się PO nie udaje, potrzebna była zmiana. Skoro Rafał Trzaskowski w wyborach prezydenckich osiągnął wynik 10,5 mln, Borys Budka wygrał bezapelacyjnie wybory na szefa partii, to mieli cały rok, aby przejąć całkowicie władzę. Skoro to się nie stało, to albo nie mieli predyspozycji, pomysłu, jak to zrobić itd., a diagnozy są postawione już dano.

Tu nie trzeba odkrywać Ameryki na nowo. Tusk samym swoim wejściem spowodował, że scena polityczna się spolaryzowała. Pamiętajmy, że wygraną w wyborach nie dostaje się na tacy, wyborów nie wygrywa się na loterii i nie dostaje się tego w spadku. Wygraną w wyborach trzeba wyszarpać na ulicy. Diagnoza też jest słuszna, bo Jarosław Kaczyński, jak już widzimy, nie odpuszcza, przesuwa swoje pionki na szachownicy, wysyła giermków, kamikadze, tylko że to już przestało działać.

Widać za to, że narracja, która jeszcze 2 lata temu nie działała – trzeba odsunąć PiS od władzy – teraz zaczęła działać, a straszenie PiS-em jest wręcz obowiązkiem.

Jeżeli ktoś tego nie dostrzegł, że państwo leży, to musi być ślepy. CPK, zakup Abramsów, odbudowa pałacu Saskiego to są z kolei działania PiS-u według starej strategii. To są w tej chwili sprawy wtórne, bo jeżeli prawdą jest to, co ujawnił Banaś, a rozumiem, że tak, to dziura w budżecie jest taka, że jesteśmy w czarnej dziurze.

Aby odsunąć tę niszczącą, jak widać, władzę, to musi być polaryzacja i trzeba wyciągnąć ludzi z ciepłych pieleszy. Kiedyś przeszkadzała ciepła woda w kranie, to teraz jesteśmy na chwilę przed sytuacją, że kranu nawet nie będzie, bo ukradną.

Myślę, że Tusk doskonale to wyczuwa i pokazuje też młodszym kolegom, jak to powinno wyglądać. Bo to jest ostatni moment, a przed nimi ostatni bój i na pewno będzie krwawo. Przyznam, że boję się tego, ale władza, która obsiadła już wszystko, co mogła, tak łatwo odgonić się nie da, niczym mucha od kanapki z pasztetem, bo będzie walczyć o życie.

Co będzie główną narracją?

Kluczem są pieniądze. Tak jak wcześniej było 500 Plus, teraz do świadomości ludzi musi przebić się informacja, że jest gigantyczna dziura w budżecie, że pieniądze z Unii są mocno zagrożone, ponieważ polski rząd nie ma ochoty respektować zasad i norm, które uznaje cały cywilizowany świat i na które sam się umówił i zgodził. Jesień będzie gorąca.

Jak ocenia pan z punktu widzenia marketingu politycznego hasło „ruski ład”? Na razie widać już, że bije rekordy w mediach społecznościowych.
Nie dziwię się wcale, ale gdyby to samo hasło wrzucić pół roku wcześniej, to by nie zadziałało, bo wszystko musi mieć swój czas. Można napisać 10 stron o tym, jak podążamy drogą Putina, kto jest jakim agentem i kogo kto inspiruje, a można zawrzeć to w jednym stwierdzeniu.

Wszyscy wiedzą, że „ruski ład” polega na tym, że wolne media „morda w kubeł”, że sąsiedzi muszą się podporządkować, że oponenci polityczni, gdy się sprzeciwią za bardzo, to muszą być wyeliminowani. „Ruski ład” przebije także „Polskę w ruinie”, „wstawanie z kolan” itd.

W jednym z wystąpień Donald Tusk zasugerował, że warto zastanowić się nad skróceniem tygodnia pracy z 5 do 4 dni. Bez względu na słuszność, to czy ten pomysł może być czymś na kształt 500 Plus?

Zdecydowanie tak. Tusk jest ogromnie hejtowany, ale co już się miało do niego przykleić, już się przykleiło, choć trzeba przyznać, że nie jest w łatwej sytuacji.

Tusk powiedział to podczas wystąpienia w Gdańsku, w mojej ocenie chyba jego najlepszym wystąpieniu. Młodzi ludzie, którzy nie znają Tuska z lat jego rządzenia, dają mu spory kredyt zaufania i on im pokazał, że słusznie. Nie możemy uprawiać ziemi i wracać do podziałów rodem z XIX wieku, niezależnie od tego, jak bardzo by chciał pan Czarnek, kobiety do kuchni, a mężczyźni do pracy.

Dlatego Tusk pokazuje perspektywę młodym, oczywiście starszym też, że będzie cyfryzacja, automatyzacja, informatyzacja, więc skrócenie tygodnia pracy to dobry pomysł. Jednocześnie ten pomysł to także taki lewarek w drugą stronę do pomysłu wydłużenia wieku emerytalnego, co było politycznym błędem, choć z punktu widzenia ekonomii oczywiście miało sens.

Do ludzkiej świadomości przebijają się właśnie takie hasła jak „ruski ład”, skrócony tydzień pracy czy słowa o obronie 500 Plus przed PiS-em.

To było genialne PR-owskie posunięcie. To, co robił PiS do tej pory, umownie nazywając retorsją argumentów, czyli odwracanie kota gonem, świetnie robi Donald Tusk, który tak zakręcił tym kotem, że ten nie wie, gdzie co ma.

Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej

Ponad trzydzieści lat od wielkiej zmiany ustrojowej, którą były zamknięcie okresu Polski Ludowej i budowa demokratycznej Rzeczpospolitej (nazwanej później trzecią przez odwołanie do historii sprzed rozbiorów i z lat międzywojennych), wyraźne stało się, że o kierunku zmian politycznych w naszym kraju zdecyduje nowe pokolenie – pokolenie wyrosłe już w nowych warunkach ustrojowych. Pokolenie to różni się bardzo wyraźnie od pokoleń starszych. Bez zrozumienia tej różnicy nie uda się nikomu wygrać walki o przyszłość Polski.

Używam tu pojęcia „pokolenie” w znaczeniu socjologicznym, które do nauki wprowadził niemiecki socjolog Helmut Schelsky (1912-1984) w swej głośnej książce o „sceptycznym pokoleniu” powojennych Niemiec („Die skeptische Generation”, 1957) . Pokoleniem w tym rozumieniu jest taka kategoria wiekowa, którą łączy wspólne, traumatyczne wydarzenie historyczne. Ludzie należący do tego samego pokolenia mogą w rozmaity sposób przeżywać to wspólne doświadczenie, ale niezależnie od takich różnic łączy ich właśnie to, że ich polityczne orientacje uformowały się pod jego wpływem.

W pokoleniach wcześniejszych takimi przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były wojny i dramatyczne przełomy polityczne. Dla Polaków urodzonych na początku dwudziestego wieku były to pierwsza wojna światowa, odrodzenie niepodległej Polski i wojna 1920 roku. Dla ludzi urodzonych na początku lat dwudziestych – druga wojna światowa. Dla mojego pokolenia – ludzi urodzonych na początku lat trzydziestych – przełom październikowy 1956. Dla ludzi urodzonych w pierwszych latach powojennych – marzec 1968 i grudzień 1970. Nieprzypadkowo ludzie z tego pokolenia stanowili trzon opozycji demokratycznej w latach siedemdziesiątych Dla pokolenia mojego syna – ludzi urodzonych w latach pięćdziesiątych – przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były kryzys letni 1980 roku, okres Solidarności i stan wojenny.

Wydarzeń tego ostatniego okresu nie da się zrozumieć bez uwzględnienia czynnika pokoleniowego. Gdy 31 sierpnia 1980 roku oglądałem w telewizji podpisywanie porozumień gdańskich, uderzyło mnie to, że po jednej stronie stołu siedzieli ludzie z pokolenia ojców, z drugiej – z pokolenia synów. Lech Wałęsa, mający wtedy zaledwie 37 lat, uważany był przez swych współtowarzyszy za starego. Od bardzo młodych działaczy robotniczych wiekiem i doświadczeniem różnili się doradcy komitetu strajkowego – ludzie z mojego lub nieco starszego pokolenia, a więc mający ostrą świadomość tego, jak może wyglądać sytuacja polityczna, jeśli zignoruje się realnie istniejący geopolityczny układ sił. Dlatego byli oni – Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jan Olszewski – znacznie bardziej ostrożni niż młodzi przywódcy robotniczy, którzy tego doświadczenia politycznego nie przeżywali.

W 1989 roku, gdy decydowała się sprawa zmian ustrojowych, po obu stronach ówczesnego podziału politycznego ton nadawali ludzie młodzi, dla których podstawowym doświadczeniem politycznym był niedawny kryzys lat 1980/81. Tak było nie tylko po stronie Solidarności, ale także w ówczesnym obozie władzy, gdzie na coraz silniejszą pozycję wybijał się Aleksander Kwaśniewski, w czasie „okrągłego stołu” mający zaledwie 34 lata. Przemianom politycznym towarzyszyła wyraźna zmiana pokoleniowa w elicie władzy, przyśpieszona rozwiązaniem PZPR i powstaniem nowej partii polskiej lewicy – Socjaldemokracji RP.

Lata następne to pierwszy od trzech stuleci okres w historii Polski, w którym nie było dramatycznych wydarzeń – wojen, powstań, starć ulicznych. Ten bezprecedensowy okres spokojnego bytu narodu i państwa naznaczony był wielkimi, wręcz historycznymi, zmianami w sytuacji Polski: ustabilizowaniem jej sytuacji międzynarodowej w uznanych traktatami granicach i w ramach Sojuszu Atlantyckiego oraz wejściem do Unii Europejskiej. Żadne wcześniejsze pokolenie Polaków nie żyło w tak bezpiecznym położeniu międzynarodowym, jak obecne.

Dla ludzi urodzonych po 1980 roku – a więc dla tej grupy wiekowej, którą nazywam „pokoleniem Trzeciej Rzeczpospolitej” – polityka nigdy nie stała się sprawą dramatycznych wyborów narodowych. Tak ważny w przeszłości podział na „realistów” i „idealistów” – opisywany między innymi przez Adama Bromke (1928-2008) w jego amerykańskiej książce „Poland’s Politics: Idealism vs. Realism: z 1967 roku – przestał konstruować podstawową linię politycznego podziału. W polityce nie brakło bardzo ostrych konfliktów, lecz ich sensem były sprawy związane ze sposobem sprawowania władzy, a nie wybory polityczne o egzystencjalnym charakterze.

Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej jest więc w sytuacji bez porównania lepszej niż pokolenia wcześniejsze. Dostało od historii bardzo dobre karty. Nie znaczy to jednak, by było zadowolone ze status quo. Wprost przeciwnie! Jest to pokolenie w swej podstawowej masie rozczarowane do otaczającej je sytuacji politycznej i społecznej.

Świadczą o tym zarówno statystyki wyborcze (wskazujące na stosunkowo wysoką absencję wyborczą ludzi młodych), jak i sondaże socjologiczne, w których ludzie młodzi deklarują silne sympatie dla lewicy lub (choć słabiej) dla kontestującej istniejący układ polityczny Konfederacji. Zjawisko alienacji politycznej młodego pokolenia spotęgowało się w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale ma ono wcześniejsze korzenie.

Zrozumieć przyczyny tego zjawiska to znaleźć drogę do przetworzenia rozczarowania młodego pokolenia w jego aktywne zaangażowanie na rzecz innej niż dotychczasowa polityki. Wydaje mi się, że w grę wchodzą trzy najważniejsze sprawy.

Po pierwsze: młode pokolenie jest w swej większości progresywne, wolne od konserwatyzmu obyczajowego pokoleń starszych, bardziej skłonne kwestionować autorytety kościelne, bardziej tolerancyjne w stosunku do mniejszości ( w tym seksualnych), odważnie domagające się prawa do decydowania o utrzymaniu lub zakończeniu ciąży. W tych sprawach pokolenie to natrafiło na skrajnie konserwatywne i nietolerancyjne rządy, których symbolem jest minister Czarnek z jego kuriozalnym programem oświatowego zacofania.

Po drugie: jest to pokolenie Europejczyków, dumnych z tego, że są obywatelami Unii Europejskiej i czujących się w niej jak we własnym domu. Gdy marszałek Witek powiada „tu jest Polska, a nie Unia Europejska”, daje mimo woli dowód tego, iż nie rozumie pokolenia dla którego Polska to jest także Unia Europejska. Skierowana przeciw Unii polityka obecnych władz nie może znaleźć zrozumienia, a tym bardziej poparcia, wśród młodych Polek i Polaków.

Po trzecie: jest to pokolenie rozczarowane i niepewne swej przyszłości. Sondaże po raz pierwszy odnotowują rozpowszechnione przekonanie, że perspektywy życiowe młodego pokolenia są i będą gorsze niż perspektywy ich rodziców i dziadków. Wtedy – także, a może szczególnie w latach Polski Ludowej – dominowało poczucie, że będzie lepiej, że życie ludzi młodych będzie łatwiejsze i szczęśliwsze niż ich rodziców. Dziś tego poczucia nie ma – w każdym razie nie na taką skalę. Składają się na to dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą jest zablokowanie kanałów awansu, także przez edukację. Dyplom uniwersytecki nie daje dziś takich gwarancji sukcesu zawodowego, jak 30-40 lat temu. Socjologiczne badania struktury społecznej sygnalizują jej zamykanie się, w czym niemałą rolę grają dziedziczone środki materialne i kapitał kulturowy. Atrakcyjna staje się emigracja na Zachód, ale nie może ona być rozwiązaniem dla wszystkich.
Drugą przyczyną rozczarowania jest poczucie, że świat zmierza ku katastrofie ekologicznej – lub, w lepszym wypadku, do takiej zmiany, która pociągnie za sobą wielkie wyrzeczenia materialne. Dla ludzi młodych wizja katastrofy ekologicznej, jaka może nastąpić w drugiej połowie obecnego stulecia, nie jest czymś abstrakcyjnym (jak dla mojego pokolenia, które tego nie dożyje), lecz bardzo realną perspektywą własnego losu.

Rozczarowanie młodego pokolenia może prowadzić do jego politycznej absencji, ale może także stać się zaczynem dla nowej polityki. Pytanie dla nas podstawowe brzmi: czy lewica potrafi wyjść naprzeciw lękom i oczekiwaniom młodego pokolenia, pokazać mu drogę skutecznego działania, stać się jego polityczną reprezentacją. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć.

PS. Dzień po publikacji mojego poprzedniego artykułu (o kryzysie lewicowej polityki, 16 bm.) życie dopisało do niego swoisty komentarz. Otwarty konflikt w kierownictwie Nowej Lewicy jest bardzo groźnym sygnałem alarmowym. Ponieważ od niemal dziesięciu lat nie pełnię żadnych funkcji partyjnych (moją ostatnią było przewodniczenie Krajowej Komisji Etyki SLD), nie znam okoliczności tego konfliktu i nie mam wyrobionego zdania na temat racji obu stron. Wiem jednak, że jest to droga do klęski. Przypominam, czym skończył się rozłam w SLD w 2004 roku: katastrofalnym wynikiem wyborczym i trwałym zmarginalizowaniem lewicy. W dawnej SdRP, pod przywództwem Aleksandra Kwaśniewskiego, nieraz spieraliśmy się o to, jaką podjąć decyzję, ale były to zawsze spory przyjaciół prowadzone w klimacie życzliwości i skutkujące wspólnym działaniem, nie zaś wykluczeniem czy zawieszeniem mających inne zdanie. Czy od dzisiejszych działaczy Nowej Lewicy można oczekiwać tego samego?

Nowa Lewica ma dwie drogi

Czerwcowe zamknięcie projektu Wiosny Biedronia i rozpoczęcie procesu formalnej konsolidacji ugrupowań lewicowych ujawniło długo skrywane pretensje, ambicje i animozje działaczy.

Chodzi o zbyt dużą (zdaniem części działaczy) uległość wobec mniejszego koalicjanta, ale również o słabe sondaże i konflikt z liberalną opozycją. Powiedzieć, że polska Lewica przeżywa swe największe zawirowania to truizm. Idzie o głębszy dylemat ideologiczny. To problem większości niegdyś potężnych socjaldemokracji.

Wystarczy spojrzeć na sondaże z ostatniej dekady – spadek poparcia dla centrolewicy jest powszechny. Problem jest stary i znany a diagnozy mądrych głów zbliżone: zmiany technologiczne i kulturowe napędzają indywidualizację i liberalizację, utrudniając dawne formy organizacji i rozmywając niegdysiejsze tożsamości grupowe. Klasa robotnicza zanika, ale jej problemy pozostają. Partie lewicowe potrzebują populistycznego przebudzenia, ale problem leży w samej strukturze kapitalizmu, który wchłania wszelkie formy organizacji, nie pozwalając na żadne poważne alternatywy. Starzy socjaliści opierali swoją politykę na pracy u podstaw, z kolei ci nowi już nie chcą być aktywistami. Zdołali urządzić się w tym świecie, podobnie jak znaczna część elektoratu.

Tak zwana Trzecia Droga przyniosła jedynie chwilowe wytchnienie, bo na dłuższą metę neoliberalna lewica nie była nikomu potrzebna (konserwatyści i liberałowie byli bardziej autentyczni). Tymczasem za horyzontem już majaczyli populiści, gotowi obiecać wszystko wszystkim, z solidną dokładką w postaci kulturowych resentymentów i tęsknotą za tym, co „inni” (imigranci/kosmopolici/muzułmanie/lewacy) zabrali. W 2021 roku szwedzka socjaldemokracja traci większość z powodu polityki likwidacji sufitów czynszowych, zaś brytyjska Partia Pracy kończy swój dryf w prawo kolejnym łomotem wyborczym. Problem nie dotyczy tylko złego programu, lecz wiarygodności: wspomniana Labour Party zaliczyła największy upadek za socjalisty Corbyna. Jego plany były popularne i ambitne, ale mało kto uwierzył w możliwość ich realizacji. Kiedy grecka Syriza próbowała wyrwać się z uścisku Międzynarodowego Funduszu Walutowego, bardzo szybko stanęła przed wizją bankructwa kraju. Lewica neoliberalna wyczerpała możliwości, ale udawanie, że można zmienić reguły globalnego kapitalizmu za sprawą czołowego zderzenia, jest równie naiwne.

Są też jaśniejsze punkty, jak socjalistyczne rządy w Portugalii i Hiszpanii. Oba zaczęły przygodę z rządzeniem od parlamentarnych przewrotów wymierzonych w skorumpowane i bezwolne rządy centroprawicy. Podobnie jak w Polsce, tam również kwestionowano prawo lewicy do rządzenia. Zwycięstwa w kolejnych wyborach odsunęły te argumenty. W innych krajach lewica wygrywa kompetencjami np. w Danii (rząd Mette Frederiksen praktykuje migracyjny realpolitik), Finlandii czy Nowej Zelandii (w której postawiono na gospodarczy patriotyzm i feminizm). W dwóch ostatnich krajach rządzą pragmatyczne kobiety biegłe w narracji progresywnej wspólnotowości. Sanna Marin otworzyła debatę o dochodzie gwarantowanym, z kolei Jacinda Arend otwarcie krytykuje kapitalizm, inwestując w odbudowę sektora publicznego. Jeszcze ciekawiej dzieje się w Islandii, tam czerwono-zielona Katrín Jakobsdóttir premierka gabinetu wdraża 4-dniowy tydzień pracy. Co ciekawe – w koalicji z liberałami i konserwatystami. Lewica odnosi sukcesy tam, gdzie podejmuje realne wyzwania gospodarcze, uznając kwestie związane z prawami człowieka za pewnik. Tym samym unika kulturowych wojenek, które są na rękę prawicy.

Jak to się wszystko ma do polskiego podwórka? W 2019 roku Koalicja Wiosny, SLD i Razem odtrąbiła sukces i początek wielkiego projektu, ale dwa lata później wciąż nie ma pewności, jaki ostatecznie kierunek obejmie. Pokusa schowania ambicji i wejścia w prosty „anty-PiS”, wydaje się wielka – przynajmniej dla zawodowych polityków, zasępionych perspektywą utraty mandatu. To bezpieczna droga, ale rodząca pytanie: na co komu lewica, która nie ma ambicji realizowania własnego programu? A przecież przyszłość puka do drzwi i trzeba odpowiadać na ważne pytania: jaka transformacja energetyczna? Jakiego modelu ekonomii potrzeba, aby sprostać wyzwaniom globalnego ocieplenia? Czy dochód podstawowy to dobra odpowiedź na automatyzację pracy? Co z masową migracją? Jak zahamować wzrost potęgi wielkich monopoli? Nierówności? Kryzys mieszkaniowy? Usychanie demokratycznych struktur? Politycy z prawej lubią unikać odpowiedzi na te trudne pytania. Kiedy to samo robią ci postępowi konsekwencje są bolesne. Tutaj lewicy faktycznie wolno mniej.

Nowa Lewica ma dwie drogi: powtarzanie błędów siostrzanych formacji z innych krajów lub utrzymanie różnorodnej koalicji, budowanie politycznej podmiotowości i programowej odwagi. To eksperyment bez jakiejkolwiek gwarancji wyborczego sukcesu, ale innej drogi nie ma. Błyskawiczne tempo przemian społecznych pozostawia wielką grupę zagubionych wyborców – oni są gotowi na poważną wizję. Jedno jest pewne: najbliższe miesiące zadecydują o losach polskiej lewicy na lata.

Kryzys lewicowej polityki: próba prognozy ostrzegawczej

Niebezpiecznie zrobiło się ostatnio na lewicy. Utrzymuje się stały i wyraźny spadek notowań sondażowych, przy którym wynik wyborów sejmowych z 2019 roku (12.5% głosów i 47 mandatów) wydaje się nie do powtórzenia – przynajmniej obecnie.

Pojawiły się niebezpieczne tarcia na lewicy, o czym pisze ostatnio Renata Grochal (Newsweek Polska, 5-11 lipca br.). W jednym z sejmików wojewódzkich radni lewicy głosowali za votum zaufania dla opanowanych przez PiS władz, za co zostali – moim zdaniem słusznie – ukarani partyjnym zawieszeniem. Trwają przewlekłe przygotowania do zjednoczenia dwóch głównych partii lewicowych, ale pracom tym brak jakiegokolwiek oddechu ideologicznego. Nie wiadomo, jaka pod względem programowym miałaby być ta nowa partia i jakie widzi dla siebie miejsce w polskim życiu politycznym. Odnoszę wrażenie, że w polityce lewicy zaczął ostatnio przeważać płaski pragmatyzm, co zwłaszcza dla partii nie będącej u władzy jest drogą donikąd – a raczej na margines sceny politycznej.

Sytuację lewicy skomplikował ostatnio powrót Donalda Tuska do kierowania Platformą Obywatelską i zaostrzenie antypisowskiego kursu w polityce tej partii. Tusk nie wykreował politycznej polaryzacji, która od kilku lat nadaje ton polskiej polityce. Wyciągnął natomiast logiczny wniosek z tej polaryzacji. Wskazał wyraźny cel działań opozycji – odsunięcie PiS od władzy, bez czego nie jest możliwe przywrócenie rządów prawa i odbudowanie godnego miejsca Polski w Unii Europejskiej. To nie jest nic nowego, ale Tusk – bardziej niż inni politycy Platformy Obywatelskiej – bardzo jednoznacznie opowiedział się za budowaniem szerokiego frontu opozycji demokratycznej. Łyżką dziegciu w tym przesłaniu było dość wyraźne dystansowanie się byłego premiera od sojuszu z lewicą. Nie dziwi mnie to, gdyż pamiętam, jaka była postawa Donalda Tuska i jego najbliższych współpracowników w stosunku do lewicy przed utraceniem przez nich władzy. Niemniej uważam, że logika spolaryzowanego konfliktu będzie zmuszała przywódcę PO do zrewidowania stanowiska w tej sprawie.
Stanie się tak jednak tylko pod warunkiem, że lewica przemyśli obecną sytuację i wyciągnie wnioski z dotychczasowej polityki. Przypomnę, że spadek poparcia dla lewicy zaczął się w czasie w zeszłorocznych wyborów prezydenckich, w których Robert Biedroń otrzymał żenująco niskie poparcie – 2,2% głosów, a więc mniej nawet niż pięć lat temu padło na niepoważną kandydatkę SLD Magdalenę Ogórek. Nikt z kierownictwa lewicy, w tym także sam Biedroń, nie przedstawił przekonującej interpretacji tego wyniku. Pisałem w czasie tej kampanii, że kandydat lewicy powinien jednoznacznie – i to jeszcze przed pierwszą turą – zapowiedzieć, że w drugiej turze lewica poprze tego kandydata opozycji, który się w niej znajdzie, co w ówczesnej sytuacji oznaczało jednoznaczne opowiedzenie się po stronie Rafała Trzaskowskiego. Zamiast tego otrzymaliśmy kuriozalne stwierdzenie, że nie ma znaczenia, który „kandydat prawicy” wygra wybory. Od tego czasu płacimy za ten błąd polityczny. Stworzył on bowiem wrażenie, że są na lewicy politycy gotowi paktować z Prawem i Sprawiedliwością. To dlatego tak wielkie poruszenie wywołało na lewicy porozumienie w sprawie głosowania nad ratyfikacją Funduszu Odbudowy. Poruszenia tego nie byłoby, gdyby lewica wyraźnie i konsekwentnie broniła tezy, że jej wrogiem politycznym jest obecna partia władzy – autorytarna, antyeuropejska, ksenofobiczna. Niestety dostrzegam w postępowaniu przywódców lewicy dziwaczną niekonsekwencję. Z jednej strony mamy mylącą retorykę dyktowana przez „symetrystów” w rodzaju Rafała Wosia i niektórych polityków partii Razem, którzy gotowi są do flirtu z Prawem i Sprawiedliwością w imię jednostronnie pojmowanego programu socjalnego. Z drugiej – słuszną taktykę wspólnego działania całej opozycji, co dało efekty w postaci istotnej roli Senatu blokującego skutecznie próby PiS opanowania stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich, czy też spektakularny sukces kandydata zjednoczonej opozycji w wyborach prezydenta Rzeszowa – miasta, które rok wcześniej poparło Andrzeja Dudę. Ta niespójność politycznego przekazu powoduje, że lewica nie jest w stanie pozyskać głosów młodego pokolenia – bardzo radykalnie antypisowskiego, ale zarazem nieufnego w stosunku do polityki prowadzonej przez lewicowe partie.

Ten stan rzeczy musi ulec zmianie, jeśli lewica nie chce wrócić do stanu, w jakim znalazła się po wyborach 2015 roku – poza parlamentem, a tym samym na marginesie życia politycznego. Przygotowaniom do zjednoczenia dwóch głównych partii lewicowych powinna towarzyszyć pogłębiona dyskusja programowa. Powinna ona dotyczyć czterech głównych obszarów.
Po pierwsze: wolności i prawa obywatelskie, w tym prawa mniejszości (w tym seksualnych) i liberalizacja prawa antyaborcyjnego, przywrócenie rządów prawa.

Po drugie: realistyczny program społeczno-ekonomiczny zapewniający trwały wzrost gospodarczy i poprawę sytuacji warstw uboższych, połączony z konsekwentnym wyplenieniem politycznego nepotyzmu, który za rządów PiS osiągnął niespotykany poprzednio poziom.

Po trzecie: rewizja polityki zagranicznej, umocnienie pozycji Polski w Unii Europejskiej i sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi przy równoczesnym dążeniu do poprawy stosunków Z Rosją i przeciwstawianiu się tendencjom „zimnowojennym” w relacjach z Chinami.

Po czwarte wreszcie: odważna i konsekwentna obrona dorobku Polski Ludowej w tych wszystkich obszarach, w których ówczesna polityka dobrze służyła polskiemu interesowi narodowemu, a także stanowczy sprzeciw wobec dyskryminacyjnemu traktowaniu ludzi uczciwie pracujących dla Polski w istniejących przed 1989 rokiem warunkach.

Stosunek do tych kwestii będzie rodził podziały w szeregach opozycji demokratycznej. Na konserwatywnym skrzydle tej opozycji silny jest opór przeciw liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, choć warto zauważyć, że w Platformie Obywatelskiej mają miejsce pod tym względem korzystne – choć raczej nieśmiałe – zmiany. Część – ale tylko część – opozycji hołduje neoliberalnym złudzenio m ekonomicznym. Trzeba w tej sprawie podjąć pogłębiona debatę i wykorzystać wielki dorobek lewicowych ekonomistów, zwłaszcza najwybitniejszego z nich, autora „Strategii dla Polski” Grzegorza Kołodki.

Spory programowe w szeregach opozycji nie powinny jednak nikomu przesłaniać podstawowej kwestii. Dziś i jutro sprawą dla Polski najważniejsza jest obrona ładu demokratycznego, czego nie da si ę uzyskać bez odsunięcia od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego popleczników. Stanowią oni bowiem śmiertelne zagrożenie dla Polski – jej ładu demokratycznego i jej pozycji w świecie. Temu musi jednoznacznie być podporządkowana polityka lewicy – bez wahań i niedomówień. Lewica musi stać się najbardziej konsekwentnym i stanowczym obrońca demokracji i rządów prawa przeciw nowemu autorytaryzmowi i populistycznemu nacjonalizmowi prawicy. Musi chcieć i potrafi c działać w ramach szerokiego frontu opozycji demokratycznej – zachowując swą ideową tożsamość, a zarazem budując szerokie porozumienie sił demokratycznych. Tylko na tej drodze może odbudować a nawet wzmocnić swą polityczna pozycję. Trzeba jednak realistycznie spojrzeć na obecną sytuację. Po wyraźnej poprawie sprzed dwóch lat mamy obecnie do czynienia z niebezpiecznym osłabieniem pozycji lewicy w polityce polskiej. Kiedyś wydawało nam się, że lewica nie może wypaść z Sejmu. Okazało się, że może. Trzeba więc pamiętać, że w polityce nic nie jest dane raz na zawsze. Nie w tym rzecz, by narzekać i siać zwątpienie, lecz by realistycznie patrzeć na rzeczywistość i widzieć zagrożenia. W tym możliwość spełnienia się czarnego scenariusza, w którym lewica ponownie utraci zdolność wpływania na polską rzeczywistość. Temu ze wszech sił trzeba się przeciwstawiać, ale będzie to skuteczne tylko pod warunkiem trafnej oceny istniejących zagrożeń i znalezienia drogi wyjścia.

Róbmy swoje – „Pracę u Podstaw”

Odsunięcie PiS-u od władzy jest warunkiem koniecznym, lecz nie jedynym odnowy społeczeństwa i państwa polskiego. Bardzo ważne zadanie ma do spełnienia w tej sprawie Lewica.

Kolejne wybory za dwa i pół roku, lecz możliwe, też wcześniejsze. Sondażowa średnia Nowej Lewicy w ostatnim roku (04.2020-04.2021) to 9 %, czyli o 3,5 punkta mniej niż wynik elekcji 2019 (12,56 %). Za to optymizm mogą budzić wyniki badań postaw politycznych ludzi młodych (18 -29 lat), spośród których (w zależności od „sondażowni”), 30 do nawet 49 proc. deklaruje poglądy lewicowe.

Sytuacja polityczna w Polsce jest zagmatwana, a w samej lewicy też niejasna. Większość ludzi z tego powodu, ale i dlatego, że na co dzień polityką się nie interesuje, nie do końca rozumie, „co się dzieje”. Zaczyna o polityce myśleć na kilka dni przed wyborami, i to wówczas, gdy postanowi na nie pójść.

Zatem trzeba jak najwięcej osób zainteresować problemem wcześniej i w taki sposób, iżby skorzystała na tym lewica. Trudno to będzie osiągnąć bez osobistej pracy wśród obywateli, wszystkich członków i członkiń partii (a nie tylko liderów, posłanki/posłów), bez ich „pracy u podstaw” w swoim otoczeniu i środowisku, i to na długo przed kampanią wyborczą. Zaangażowanie się ludzi lewicy w wyjaśnianie tych spraw społeczeństwu pomoże umocnić jej miejsce na scenie politycznej. Jest to ważne nie tylko w kontekście bezwzględnej potrzeby odsunięcia od władzy „szkodników”, lecz również, i w związku z koniecznością zdobycia przez lewicę bardzo znaczącej roli w gronie partii opozycji, które sumarycznie wygrają wybory. Bowiem odsunięcie PiS od władzy jest wprawdzie koniecznym warunkiem odnowy społeczeństwa i państwa polskiego, lecz nie jedynym. Bardzo ważną funkcję w przeprowadzeniu owej odnowy ma do spełnienia lewica. Dlaczego? Bo chyba nikt uważnie śledzący polską politykę nie liczy na to, iż KO, PL-50, PSL z ochotą przystąpią po wyborach do realizowania polityki POSTĘPU (dążeń lewicy), jeśli się ich do tego w jakiś sposób nie przymusi (próbkę tego, jacy oni, oraz sprzymierzone z nimi media są naprawdę a także, jaki jest ich rzeczywisty stosunek do lewicy, dali – organizując na nią niebywałą nagonkę w związku z rozmowami z rządem nt. Krajowego Planu i Funduszu Odbudowy).

A przymusić ich można tylko wynikiem procentowym, i liczbą zdobytych mandatów, niczym innym. Dlatego, sprawi Polsce i społeczeństwu wielką różnicę fakt, czy w przyszłych wyborach lewica uzyska 9 proc. i 35 mandatów, czy też 15-20 proc. i 100 mandatów. Od tej, w uproszczeniu, liczby mandatów będzie zależeć, ile owego POSTĘPU, i jakie jego treści wejdą w krwioobieg życia państwowego oraz publicznego, w relacje społeczne, ekonomiczne, kulturowe, po latach rządów sił ciemnogrodzkich? Ile prawdy i racjonalizmu zawita do systemu edukacji i nauki; w jakim kierunku zmierzać będą prawa i partycypacja pracownicza, usługi publiczne, polityka ekologiczna, społeczna, zdrowotna, prawa kobiet i mniejszości, a w jakim przywileje ojców dyrektorów, Obajtków i innych oligarchów.

Ta umowna liczba mandatów lewicy (mniej, czy więcej oraz, o ile) wpłynie na zasięg i tempo odwrotu Polski od wstecznictwa, a także na wprowadzanie jej na drogę unowocześniania relacji społecznych. To jest miara wyzwania, jakie staje przed ludźmi lewicy, socjaldemokratami i socjalistami, w kwestii naszego zaangażowania w umacnianie i rozwój lewicy, a szczególnie kierunku, jaki przyjmie Polska.
Wiele, jeśli nie wszystko w tych sprawach zależy to od nas samych. Są możliwości i niemałe jeszcze rezerwy: tysiące członków, struktury, koła, rady powiatu; trzeba je wykorzystać w optymalny sposób.
Wkrótce ulegnie zmianie sytuacja epidemiologiczna, będzie można spotkać się w większych grupach. Trzeba organizować zebrania kół i rad, nie czekając na „dyrektywy partyjnej góry”, które opóźniać może tworzenie się partii. Po prostu, róbmy swoje. Ale i góra musi pomóc. Powinna przygotowywać i przekazywać radom i kołom jakąś wykładnię „linii” partii: interpretację i wyjaśnianie podejmowanych decyzji; działań w Sejmie itp. Ostatnio, na przykład – aż się o to prosiło – stanowiska w sprawie KPO (Krajowego Planu Odbudowy) i wykorzystania środków z UE. W rezultacie narosło wokół tego wiele nieporozumień – oskarżeń Nowej Lewicy przez media i inne siły opozycyjne o bratanie się z PiS-em.

Tych banialuk nie potrafiono wyjaśnić (choć decyzje były słuszne), stąd taki kociokwik, też ze strony części elektoratu lewicy. Dlatego aprobując decyzje, krytykuję zarazem sposoby komunikacji w samej partii, ale idąc dalej tym tropem, także sposoby komunikacji partii ze społeczeństwem. Zobaczyliśmy jak na dłoni, iż – w sytuacji, gdy media tak nie lubią lewicy – jedną z niewielu szans dotarcia z prawdą do zmanipulowanego społeczeństwa jest „praca u podstaw”. Powyższa sprawa (tu jako tylko ilustracja konieczności przekazywania przez kierownicze gremia partii swoich stanowisk, uchwał, wyjaśnień do kół i rad niższych szczebli), powinna być, w oparciu o ową linię tematem zebrań rad, kół. Zaopatrzeni na ich forum w wiedzę i informację, członkowie, członkinie partii, mają obowiązek wyjścia do ludzi w swoich środowiskach i otoczeniu – miejscu zamieszkania, pracy; i rozmawiać, wyjaśniać, realizować ową polityczną „pracę u podstaw”.
„Praca u podstaw”, to praca partii ze społecznymi podstawami (przedstawicielami różnych grup i klas społecznych, organizacji społecznych, stowarzyszeń, związków). Szczególną rangę Nowa Lewica/NL, powinna nadać podejmowaniu i rozwijaniu kontaktów z reprezentantami środowisk pracowniczych, robotniczych, studenckich, młodzieżowych, z kręgami osób niegłosujących. Bowiem te klasy i grupy są naturalną bazą lewicy, a dziś są często przez nią opuszczone. NL musi dołożyć maksimum wysiłku, by do nich dotrzeć, przekonać do siebie. Nie wolno np. zmarnować tego potencjału lewicowości, który „generuje się” w młodym pokoleniu (vide wyżej przytoczone badania). Otwiera się tu wielka szansa, a jej zmarnowanie byłoby nie do wybaczenia. Ale wyniki nie przyjdą same, żeby je utrzymać/ poprawić, trzeba wielkiej pracy, także, a nawet przede wszystkim partyjnych „dołów”.

Kwestią zasadniczą jest, co to znaczy „praca partii”, i kto ma ją prowadzić? To oczywiście praca nie tylko samych liderów, lecz wszystkich jej ludzi. Bez ich zaangażowania nie da się zdobyć zaufania obywateli. Działalność liderów, posłanek i posłów w Sejmie, na wiecach, w RTV nie wystarczy.
Każda członkini i członek powinni prowadzić tę pracę wśród współmieszkańców; w organizacjach, do których należą, a często pełnią w nich ważne funkcje; w miejscu zatrudnienia, nie mówiąc już o tak oczywistych miejscach, jak rodzina, sąsiedzi itd. itp.

Ktoś zaraz powie, w jakim celu pisać o tak prostych sprawach? Zatem jeśli to tak proste, dlaczego się nie działo? A może wcale nie jest to tak proste, tylko zapomniano (lub się nie wie) o pracy u podstaw?

W tym momencie, pomny miernych skutków wielu innych apeli, nie mogę, nie wyrazić jakiejś obawy, o utracenie na przykład tych „młodych”.

By do tego nie doszło, i aby praca partyjna nabrała siły i tempa też w innych jej sferach, konieczny jest udział wszystkich ludzi partii. Ale i tych trzeba zorganizować, zmobilizować, zmotywować. Kluczowe zadanie mają do wykonania w tej kwestii koła i rady powiatowe, miejskie. Na nich i na ich zasadniczej formie pracy – zebraniu, spoczywa główna rola zakresie przygotowania członków do działania, do pracy politycznej wśród ludzi.
Warto przypomnieć, iż okres największych sukcesów polskiej lewicy (zwycięstwo wyborcze SLD 2001), to czas niezwykle dynamicznego rozwoju kół oraz stanu osobowego partii (około 150 tysięcy).

Dlatego trzeba ożywiać koła i rady, tworzyć nowe, zabiegać o powiększanie ich liczebności.

O tym, że liczba członków jest dla partii lewicowej ważna, świadczy przykład Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. SPD przeżywa w ostatnich latach kryzys, a mimo tego skupia 435 tys. osób. Brytyjska Partia Pracy ma ponad 500 tyś. osób, a Partia Socjalistyczno-Robotnicza Hiszpanii (PSOE) – 460 tyś.

W realizacji „pracy u podstaw” wyróżniamy formy partyjnej działalności zbiorowej, których głównym organizatorem są instancje i koła. Oraz – będące istotą tej pracy – formy indywidualnej aktywności politycznej każdego członka partii w macierzystym otoczeniu.

Członkini/członek partii, zadanie to może realizować na dwa sposoby. Pierwszy, to praca „twarzą w twarz”: bezpośrednia rozmowa z ludźmi, z sąsiadami, na spotkaniu organizacji. Wszędzie porusza się tematy polityczne, a wokół są ludzie młodzi, znajomi, a także obywatele „bojkotujący” wybory, i inni, z którymi warto pracować, zachęcić i przekonywać do lewicy. Ale teraz, kiedy wielu z nas już potrafi „znaleźć się w sieci” przyszedł też czas na pracę polityczną wśród ludzi przy użyciu internetu, portali społecznościowych. Każda i każdy, ma tam wielu znajomych, przyjaciół. Można z nimi dyskutować, przesyłać materiały otrzymane w radzie lub kole, przekonywać do lewicy i lewicowości.
I to, już teraz i cały czas, a nie dopiero na miesiąc przed wyborami.
Do przygotowania ludzi partii do realizacji tego zadania, nic nie zastąpi spotkań/zebrań kół i rad partii. Ale konkretniej o tej sprawie już następnym razem.

10 proc. Lewicy

Borys Budka wieszczył Lewicy raptowny spadek poparcia za sprawą poparcia Krajowego Planu Odbudowy. Na razie jednak sondaże pokazują raczej niezadowolenie z powodu decyzji Koalicji Obywatelskiej. A Lewica? Nie jest źle, ale przełomu też nie ma.

Nowy sondaż IBRiS zamówiony przez polsatowskie „Wydarzenia” pokazuje, że Polacy chcą Krajowego Planu Odbudowy i wsparcia UE w podnoszeniu się po pandemii. Działania PO, która alarmowała, iż PiS pieniądze rozkradnie, a potem wstrzymała się od głosu, spotkały się z aprobatą tylko 23,9 proc. badanych. Postawę Konfederacji i Solidarnej Polski, które głosowały przeciw KPO, popiera zaledwie 11,5 proc Według 54 proc. odpowiadających KO postąpiła źle.

Aprobatę ankietowanych wywołały za to głosy za KPO. Z tym, że najwięcej punktów zebrało… ugrupowanie Szymona Hołowni. Aż 70 proc. badanych skomentowało pozytywnie jego działania (czyli głosy za KPO kilkorga posłów Polski 2050). Lewica, o której przy planie było najgłośniej, ma 66 proc. głosów na „tak”.

A ile głosów zdobyłaby w wyborach? Mniej, niż w 2019 r. i mniej więcej tyle samo, co w innych sondażach z ostatnich miesicy – 10,7 proc. Na czele stawki niezmiennie PiS z wynikiem 33,9 proc. Ale na drugim miejscu już nie KO, a Polska 2050 z wynikiem 18.,9 proc. Partia Borysa Budki nadal może liczyć na 15,3 proc. wskazań. Opozycję niedemokratyczną, czyli Konfederację, chce poprzeć 9 proc. wyborców. PSL walczy o przetrwanie z wynikiem 4,5 proc. (który przy urnach zapewne byłby jednak nieco lepszy). Drobne korekty w prawdziwym głosowaniu zrobiliby też niezdecydowani. Dziś mamy ich niecałe 8 proc.

Rzeszów za Fijołkiem

W wyborach na prezydenta Rzeszowa wygrałby popierany przez opozycję Konrad Fijołek z rezultatem 41,9 proc. – wynika z sondażu IBRiS dla Radia Zet. Do II tury weszłaby kandydatka PiS Ewa Leniart z 24 proc. poparcia.

Jak wynika z opublikowanego w niedzielę sondażu IBRiS, jeżeli wybory na prezydenta Rzeszowa odbyłyby się dzisiaj, najwięcej głosów otrzymałby Konrad Fijołek, którego popiera Koalicja Obywatelska, Lewica, PSL i Polska 2050. Na samorządowca swój głos oddałoby 41,9 proc. badanych. Z kolei na kandydatkę Prawa i Sprawiedliwości, wojewodę podkarpackiego Ewę Leniart chciałoby głosować 24 proc.

Do drugiej tury nie wszedłby polityk Solidarnej Polski, wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł, któremu poparcia udzielił ustępujący prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc. Na Warchoła swój głos oddałoby 16,6 proc. respondentów. Czwarte miejsce w wyścigu zająłby poseł Konfederacji Grzegorz Braun, który w sondażu cieszy się poparciem na poziomie 11,2 proc. 6,4 proc. badanych mieszkańców Rzeszowa nie wie, na kogo odda głos.

Z sondażu wynika, że rzeszowianie są zainteresowani wzięciem udziału w wyborach. „Zdecydowanie” weźmie w nich udział 42,5 proc. pytanych, a „raczej tak” – 17,3 proc. Wybory zaplanowano na 9 maja, jednak ze względu na sytuację pandemiczną mogą zostać przełożone. Generalny Inspektor Sanitarny sugeruje koniec czerwca.

Młoda Polska patrzy w lewo!

Tytułowe słowa napisała na Twitterze posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. I nie ma w tym entuzjazmie przesady.

Po sondażu z początku roku, w którym najmłodsi wyborcy (18-29 lat) najchętniej określali swoje poglądy jako lewicowe, pojawiło się kolejne badanie opinii publicznej, w którym lewa strona w tej grupie wiekowej wygrywa zdecydowanie.

Sondaż przeprowadzony przez pracownię IBRIS dla polsatowskich Wydarzeń pokazuje niesamowite 49 proc. poparcia dla zbiorowo ujętej Lewicy (Lewica Razem, Nowa Lewica i Wiosna) w grupie młodych dorosłych. W tym segmencie wiekowym PiS i PO nie mają szans – rządząca partia wyciągnęła 8 proc., Platforma zaledwie 3. Młodzi wyborcy chcą mocnego i jednoznacznego przekazu, nie lawirowania, a ich poglądy uległy mocnej polaryzacji – dlatego miejsce za lewicą zajmuje Konfederacja.
Sondaż uwzględniający całość społeczeństwa jest już mniej sensacyjny: z wynikiem 32,6 proc. wygrywa Zjednoczona Prawica. Gdyby zaś prawica przestała być zjednoczona, PiS nadal dystansowałby Platformę i wygrałby z wynikiem 30,1 proc., natomiast ziobrystów (2,2 proc.) i gowinowców (1,6 proc.) w parlamencie już byśmy nie zobaczyli. O drugie miejsce w każdym z układów biją się KO z Hołownią. Lewica nie poprawia znacząco swoich notowań z ostatnich wyborów – ma 11,5 proc.

Tak czy inaczej, młode pokolenie wyborców wnosi do polityki swoje wartości i oczekiwania. Nie chce już kompromisów z Kościołem, religii w szkołach i pouczania, co to jest prawdziwa rodzina. Część tych ludzi łączy również przywiązanie do praw człowieka z marzeniem o równości, równych szansach, dostępie do mieszkań czy stworzeniu w Polsce podstawowych warunków godnego życia – od sprawniej działającej służby zdrowia zaczynając. Lewica ma pole do popisu. Pamiętajmy też, że na protesty kobiet chodziły też 15, 16-latki. Potencjał tego pokolenia jest dla lewej strony ogromny.

Jadą, jadą dzieci polityczną drogą,

i nadziwić się nie można, jak im trudno zrozumieć ten współczesny, polski świat.

Każdego nieomal dnia, a tygodnia niewątpliwie, dowiadujemy się o kolejnych inicjatywach, pomysłach, wystąpieniach, projektach tzw. Zjednoczonej Prawicy oraz wszelkich innych, sympatyzujących z nią gremiach.

Poza ograniczeniem wolności mediów przez wydumany domiar do reklam, mający w konsekwencji je ograniczać bądź likwidować, dziś przeczytałem, że:

minister Przemysław Czarnek przyznał wyjątkową pozycję naukową czasopismom, w których sam publikował. Dołożył do tego także m.in. pismo kojarzone z o. Tadeuszem Rydzykiem oraz periodyk wydawany przez resort Zbigniewa Ziobry. Gdy lista wejdzie w życie, o wiele łatwiej będzie zrobić karierę naukową dzięki pismom wspierających władzę;doszło do afery z udziałem polskich dyplomatów na Filipinach;
prezydent, premier i wiceminister reagują na słowa prezydenta Niemiec, które nie padły;
Sejm niedługo zajmie się obywatelskim projektem czyli Instytutu Ordo Iuris „Tak dla rodziny, nie dla gender”, który zakłada wypowiedzenie Konwencji stambulskiej. To zapowiedź uczynienia z Polski lidera nowej, skrajnie konserwatywnej Europy;
uczeni Uniwersytetu Łódzkiego policzyli, ile drzew wycięto w trakcie obowiązującego tzw. Lex Szyszko. Okazuje się, że w 2017 r. pozbyto się tylu drzew, ile przez dziewięć innych lat.

Mało jak na jeden dzień? No i jeszcze dowiedziałem się, że moja druga tura szczepienia odsuwa się ad calendas graecas, ponieważ punkt szczepień nie dostał tego preparatu.

Jutro c.d.n. pisowskiego serialu, dzień jak co dzień.

Nie ma w tej sytuacji,

trwającej i stale narastającej od lat, niczego ważniejszego w polskiej polityce, niż odsunięcie wszelkimi, możliwymi metodami, PiS-u od władzy.
A tym czasem w piaskownicy dzieci kłócą się, które jest ważniejsze i którego piaskowy zamek najładniejszy. Czasem w tych sporach nawet łopatkami się obkładają. I trwać to będzie do czasu jak w tym starym dowcipie z gajowym i partyzantami – wreszcie prezes Kaczyński wygoni ich, tym razem nie z lasu, a z piaskownicy. Jest również wersja optymistyczna – po raz pierwszy – jak donosi CBOS – od dwudziestu lat w grupie najmłodszych dorosłych (18-24 lata) bardziej popularne jest deklarowanie sympatii lewicowych, które wzrosły do 30 %. Odsetek osób, które określiły się jako zwolennicy i zwolenniczki lewicy wzrósł od 2019 r. radykalnie co miejmy nadzieję zapowiada, że ochrzczeni policyjna pałką wykażą więcej determinacji i rozumu niż rozpieszczone swoją władzą obecne bachory. I koniecznie dodać należy, że dotyczy to całej tzw. klasy politycznej, bo Zjednoczona Prawica jest tak samo zjednoczona jak i prawicowa.

A tym czasem

z niemałym trudem i znojem, acz z zerowym sukcesem, trwają rozliczne, niby poważne dyskusje tak nad programami w poszczególnych opozycyjnych partiach, i jeszcze głębsze rozważania czy da się coś razem zrobić, czy raczej, albo na pewno nie.

Oczywiście, że napisanie partyjnego kanonu jest zadaniem niełatwym, co potwierdza fakt, że należy go pisać, był źle wyobrażony, a może po prostu było jak zawsze – papier swoje, a życie też swoje.

W tej nierozwiązywalnej sytuacji nic innego nie pozostaje partyjnym liderom jak zwrócić się o pomoc do twórców serialu „Ranczo” Wojciecha Adamczyka i Jerzego Niemczuka (Robert Brutter niestety nie żyje), którzy wyłożyli elementarz pisania partyjnego programu. No i jeszcze warto posłuchać Michałowej, która pyta; „Nie można czy nie chce się?”
Może to jedyna droga, gdyż nie skutkuje odwoływanie do polskiej racji stanu w dzisiejszym świecie, do dalszej czy bliższej przeszłości, zakończonej bądź klęską (rozbiory, Wrzesień 1939), bądź deprawacją szczytnych idei (sanacja, realny socjalizm, Solidarność). Ta klasa tego nie naumiała się. Również była na wagarach w czasach szczególnego narodowego zjednoczenia (wojny polsko-bolszewickiej, odbudowy kraju i przywracania obywatelskiej równości, sukcesu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy). W tej pustce myśli i braku woli do skutecznych poczynań żadną miarą nie może, bądź nie chce dostrzec, że ponownie zamienia się nasze państwo w folwark pańszczyźniany, w którym poza panem (PiS) i plebanem (Kościół) nie ma już miejsca nawet dla wójta.

Sformułowanie kilku sentencji,

łączących opozycyjne partie w negatywnej ocenie PiS nie jest wysiłkiem przekraczającym możliwości liderów, tym bardziej, że wielokrotnie w różnej formie padały. Idąc za myślą Mirosława Dzielskiego, przez wszystkich niedocenionego byłego działacza politycznej opozycji w PRL, wyrazić je można również dwoma fundamentalnymi słowami: prawo i wolność. Z tym hasłem – Prawa i Wolności – jednoczącym tak opozycyjne partie, protestujących tłumnie na ulicach i wielu innych akceptujących je, można obalić władzę PiS. Oczywiście pod warunkiem rozumienia tych pojęć w znaczeniu dosłownym i nadto bez liberalnego, lewicowego, prawicowego i każdego innego wnikania i dzielenia włosa na czworo. Dziś nie czas na to, bowiem konieczna jest szybka klęska PiS. Wszystko co później, niewątpliwie bardzo trudne i nie do końca wiadome, zawsze jednak będzie lepsze od współczesności.

Polityka jest różnie definiowana,

także jako sztuka kompromisu, gdyż dzięki niemu osiąga się szybciej i mniejszym kosztem planowane cele. Budowa kompromisu, będącego zresztą elementarną cechą demokracji, trwa zazwyczaj dłużej niż arbitralne decyzje, wymaga szacunku dla odmienności partnera, odnalezienia tego co łączy i często rezygnacji z własnych ambicji, odsunięcia na plan dalszy zamierzeń, preferowanych celów i wizji. To wszystko w imię odtrącenia od władzy PiS.

Na portalu Strajk.eu (12.02.2021) trwały rozważania czy poprzeć protest w sprawie tzw. daniny od reklam. Przekonaniom opisującym jej rzeczywisty cel przeciwstawiono opinię: „Słuchając jednak argumentów koncernów medialnych, nie sposób nie odnieść wrażenia, że swoją ,,niezależność” mierzą one wyłącznie grubością swoich portfeli, a w ich ustach ,,obrona przed pisowskim autorytaryzmem” to po prostu pretekst dla torpedowania wszelkich prób zmuszenia ich do podzielenia się krociowymi dochodami…Jestem święcie przekonany, że gdyby kiedyś z podobnym pomysłem ze szlachetnych pobudek wyszedł w Polsce lewicowy rząd, wycie o ,,ataku na wolne media” byłoby równie paniczne – korporacyjna kasa musi się przecież zgadzać.”

Niejako analogicznie, pod starym, zużytym już hasłem, że podział prawica-lewica jest nieaktualny aktualny, wystąpił Rafał Trzaskowski podczas multimedialnej prezentacji Platformy Obywatelskiej. „Mówiąc szczerze – odpowiadał w „Dzienniku-Trybunie” (12.02.2021) Włodzimierz Czarzasty – nie dziwię się, że liderzy Platformy Obywatelskiej negują podział „prawica-lewica”. Partia, którą kierują zawiera tak wiele sprzecznych poglądów, wartości i interesów, że uporządkowanie ich na tradycyjnej osi podziałów politycznych byłoby niemożliwe. A na pewno skończyłoby się znacznym odchudzeniem PO. Nie chcą tego, mają do tego prawo. Ale lepiej byłoby, aby nie wygłaszali poważnych politycznych diagnoz, które nie wynikają z pogłębionej analizy sił społecznych i ekonomicznych w społeczeństwie, lecz z analizy… układu sił w Platformie”’

Takie są podteksty i dylematy koniecznego kompromisu.

Na białym koniu,

oczywiście w odniesieniu do wyobrażeń z czasów powojennych o zbawczej roli gen. Andersa, nie przyjedzie do Polski nowy prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden. Nie wyzwoli nas od pisowskiej zależności. USA zapewne, jak to już niedawno bywało, zadbają o interesy swoich firm w Polsce i stąd np. stacja TVN może być bezpieczna, ale pozostali niekoniecznie.

Szczególny rodzaj amerykańskiej perfidii w rozgrywaniu światowych interesów tkwi w wybiórczym traktowaniu nie tylko określonych sytuacji, ale i słów, pod którymi się stale podpisują. W preambule do Traktatu Atlantyckiego czytamy, że jego strony „są zdecydowane ochraniać wolność, wspólne dziedzictwo i cywilizację swych narodów, oparte na zasadach demokracji, wolności jednostki i rządów prawa.” Jeżeli na poważnie traktować ten zapis, to co w NATO robi Turcja nie spełniająca już od dawna powyższych warunków, podobnie jak Węgry i Polska. W interesie USA są jednak przede wszystkim własne interesy i globalna polityczna gra. Wszystko sprowadzi się do słów, ładnych i mądrych, podobnie, acz z innych zupełnie powodów, jak w Unii Europejskiej.

Z amerykańskiego czy brukselskiego nieba nie oczekujmy pomocy, sami musimy to zrobić używając także symbolu czerwonej błyskawicy.

Polityka to również gra

dużo bardziej wymagająca i cyniczna niż poker, nie tyle z uwagi na partnerów, ale ze względu na często niebotyczną, czasem wręcz historyczną stawkę. Mieliśmy taki klasyczny przykład u nas w 1989 roku, gdy padło hasło „Wasz prezydent, nasz premier” i Solidarność jakoś nie brzydziła się wejść w konszachty z wieloletnimi, wiernymi sojusznikami PZPR. Oni zresztą też.

Decyzje kierownictw ówczesnego ZSL i SD tłumaczą się dbałością o interesy i przyszłość swoich partii, co zresztą spełniło się połowicznie: powstało PSL, a SD zniknęło z politycznej sceny. Ale w obecnej sytuacji w Polsce dojrzewają zapewne opinie, nie tylko wśród elektoratu, ale także w pewnych, szerokich kręgach władzy Zjednoczonej Prawicy, że wiele kwestii wywołanych arbitralnymi decyzjami prezesa PiS oraz szczególną, tolerowaną przez Kaczyńskiego aktywnością Zbigniewa Ziobry, źle służy ich materii dziś, a jeszcze gorzej w przyszłości. Także osobistym interesom. Stąd wcześniej czy później trwać będzie poszukiwanie jakiegoś aktywnego wyjścia z tego klinczu. Najwcześniej zapewne w partii Gowina.

W kontekście tych rozważań warto przywołać „Onet Rano” (13.02.2021): „Były premier był pytany o to, czy Jarosław Gowin przejdzie do opozycji. – W takich przypadkach trzeba zadać pytanie, jaka jest alternatywa. Gowin bardzo wiele by ryzykował, więc ceną byłoby stanowisko Prezesa Rady Ministrów. Gdyby Gowin to usłyszał i było to poparte wiarygodną ofertą, to mógłby się on nad tym zastanawiać – mówił Miller. – To by całkowicie zmieniło sytuację w Polsce. Ukształtowałaby się inna większość parlamentarna, złożona z dzisiejszej opozycji. Mogłaby ona zmienić marszałka i prezydium Sejmu, a potem w drodze konstruktywnego wotum nieufności, przeprowadzić zmianę Prezesa Rady Ministrów. Nie wiem, czy to jest w ogóle brane pod uwagę. W każdym razie za darmo Gowin niczego nie zrobi. Polityka głównie jest oparta na rachunku zysków i strat. Prawdziwie pełnokrwisty polityk marzy w skrytości ducha o tym, żeby zasiąść na fotelu Prezesa Rady Ministrów”.

A w TVN, w tym samym dniu w programie „Sprawdzam” na pytanie Krzysztofa Skórzyńskiego, czy rozważana jest w Platformie Obywatelskiej jakaś koalicja z Porozumieniem Jarosława Gowina Grzegorz Schetyna odpowiedział: „To jest polityczna fikcja, dziś, jutro i pojutrze.” Po Schetynie, modelowym wzorcu PO. biorąc wszystkie jego wcześniejsze dokonania, powyższej opinii można było się spodziewać.

Polacy powitali ten rok,

jak wynika z badań CBOS, z malejącym od 2008 ograniczonym optymizmem (35% – różne jego stopnie), na co zapewne wpływ miało także pojawienie się wreszcie szczepionki na Covid-19. Przekonania, że będzie on taki sam jak ubiegły, bądź gorszy wyraziło po ok. 24 % badanych, co w sumie uznać należy za brak nadziei i oczekiwanie na zasadnicze zmiany.

Należy więc wyrazić przekonanie, że lewicowi liderzy wyjdą na przeciw tym wymaganiom liczącej się część Polaków i potrafią w tej wyjątkowej sytuacji dać przykład innym. Nie jest to oczywiście łatwe, ale dzwon bije dziś dla Was wszystkich. Później będzie tylko cmentarna sygnaturka.

Ta władza nie chce mediacji

Wtorkowe orędzie Kaczyńskiego oraz jego środowy występ w Sejmie stanowią kolejne etapy postępującej faszyzacji życia politycznego w Polsce – mówi dr Jacek Kucharczyk w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: W sondażu dla „GW” PiS notuje drastyczny spadek poparcia. Ma 26 proc. KO notuje wynik 24 proc., Hołownia 18 proc. Konfederacja 8 proc., a PSL 3. Dodajmy, że trend spadkowy towarzyszy PiS przynajmniej od września. Zaczął się koniec PiS-u?

DR JACEK KUCHARCZYK: To naprawdę sensacyjny wynik, pokazujący głęboki kryzys rządów Kaczyńskiego. Nie pamiętam drugiego tak szybkiego spadku poparcie dla tej władzy. Dotychczas masowe protesty (np. w obronie Sądu Najwyższego) nie osłabiały poparcia dla PiS.

Nic dziwnego, że władza panikuje.

Wicepremier Kaczyński oskarża opozycję o inicjowanie protestów, wcześniej w dziwnym orędziu mówił o ataku na Polskę, wzywa partyjnych działaczy do obrony kościołów. Dokąd zmierzamy?

Wtorkowe orędzie Kaczyńskiego oraz jego środowy występ w Sejmie stanowią kolejne etapy postępującej faszyzacji życia publicznego w Polsce. Człowiek, który kontroluje wszystkie resorty siłowe, nawołuje bojówkarzy do rozprawy z osobami protestującymi przeciwko działaniom rządu i grozi więzieniem opozycji. To nie mieści się w żaden sposób w nawet najluźniej pojmowanych kanonach europejskiej demokracji.

To, co robi Kaczyński, to całkowite porzucenie pozorów demokratycznego sprawowania władzy. Mówienie, że Kościół jest w niebezpieczeństwie i trzeba go bronić, szczucie na protestujące kobiety to metoda rządzenia przypominająca podpalanie Reichstagu. Wówczas rozprawa z przeciwnikami władzy nastąpiła w obronie narodu niemieckiego, teraz Kaczyński wzywa do obrony narodu polskiego.

To straszny moment i tak nieciekawej historii politycznej Polski ostatnich lat. Ważne, jak wszyscy się do tego odniesiemy i co z tym dalej robić.

Kaczyński mówi o tym, że protestujący stwarzają „zagrożenie powszechne”, a to poważne przestępstwo.

Oczywiście to narracja, którą znamy z innych krajów rządzonych przez autorytarnych populistów czy władze autorytarne, które spektakularnie nie radzą sobie z zarządzaniem sytuacją pandemiczną i szukają kozłów ofiarnych. Jednak to, co robi Kaczyński, to przejście na wyższy poziom. O ile wyrok TK i wrzucenie tematyki aborcji w trudnych dla rządu czasach można uznać za próbę odwracania uwagi od sytuacji służby zdrowia i różnych afer korupcyjnych w obozie władzy, to w tej chwili mamy do czynienia z podniesieniem poprzeczki konfliktu. To jednak coś nowego, to już nie jest szukanie tematów zastępczych.

Kolejna granica została przekroczona przez naszego dyktatora, bo można w tej chwili już chyba tak powiedzieć o Kaczyńskim.

Czy prezes zdaje sobie sprawę, co się dzieje na ulicach, jaki jest opór społeczny i chce wojny domowej, czy tak naprawdę już nie jest świadomy z racji wieku, odcięcia od prawdziwej informacji itd.?

To jest strategia na zastraszenie społeczeństwa, nie tylko tych, którzy wychodzą i protestują, ale też tych, którzy zastanawiają się, czy do tych protestów się przyłączyć. To świadome działanie, aby podnieść koszty uczestnictwa w protestach, a przez to próba zmniejszenia skali protestów. Ich skala przeraża władzę, a im mniej protestujących, tym łatwiej się z nimi rozprawić.

Najpierw trzeba społeczeństwo podzielić, potem zastraszyć. Ta metoda do tej pory Kaczyńskiemu nieźle wychodziła, przez ostatnie 5 lat wydawało się już kilka razy, że tego, co robi rząd, społeczeństwo „nie łyknie”, ale jednak część dawała się ciągle nabrać na propagandę władzy. Teraz Kaczyński znowu sięga po sprawdzone metody, tym bardziej, im silniejszy jest opór społeczny. Kaczyński ma instrumenty w postaci kiboli albo „armii Boga”, których łatwo wysłać, a potem nie brać za to odpowiedzialności.

To także działanie niczym z podręcznika autorytarnego przywódcy, że do agresywnych, łamiących prawo działań nie nie wysyła się regularnych sił porządkowych, tylko jakieś nieoznaczone bojówki.

Zielone ludziki?

Tak, a za komuny to byli ormowcy albo straże robotnicze, które tłukły studentów w 1968, to metoda z tego samego tool box, jak mówią Anglicy, czyli „skrzynki z narzędziami” autorytarnych przywódców.

Po co Kaczyńskiemu teraz była ta uchwała TK w krytycznym momencie pandemii?

Ten ruch z TK był próbą ucieczki przed odpowiedzialnością polityczną PiS. Od 2015 roku PiS znajduje się po presją Kościoła katolickiego, który w zamian za poparcie polityczne, którego konsekwentnie udziela tej władzy, chce dostać różne rzeczy w zamian. Zaostrzenie ustawy aborcyjnej byłoby jedną z form spłaty długu wobec biskupów. Były już próby przeprowadzenia tego przez parlament, ale protest kobiet, słynne czarne parasolki, spowodował, że PiS się z tego wycofał. Teraz Kaczyński mógł uznać, że to dobry moment, bo jest po wyborach, jest pandemia i tych, którzy zaprotestują, będzie można oskarżyć o naruszanie przepisów antypandemicznych.

Jednocześnie pojawiła się nowa okoliczność, to znaczy presja ze strony Ziobry, który podgrzewa krucjatę ideologiczną na prawicy i trzeba go było jakoś zneutralizować.

Kaczyński robi to przejmując od niego te radykalne hasła. Pewnie w momencie, kiedy ustawa była wysyłana do TK, wydawało mu się to dobrym pomysłem. Oczywiście Trybunał mógł trzymać tę ustawę w zamrażarce jeszcze długo i nikt nie wierzy, że wyjęcie jej akurat teraz to decyzja pani prezes bez zgody Kaczyńskiego.

Prezes uznał, że teraz jest dobry moment, bo targi w koalicji, presja Kościoła i pandemia łącznie sprawiły, że chciał tę sprawę załatwić. Podejrzewam, że myślał, że orzeczenie TK zakończy sprawę, biskupi podziękują, garstka feministek wyjdzie przed TK i pokrzyczy. Oskarżanie protestujących o to, że są źródłem zagrożeń, to raczej wtórna reakcja na skalę protestów.

Nie sadzę też, że przekonywanie społeczeństwa, że to protestujący roznoszą pandemię, podziała, bo wszyscy wiedzą, że kryzys był zanim zaczęły się protesty. Wszyscy wiemy, że to premier najpierw ogłaszał, że pandemia się skończyła, a jeszcze zanim protesty się rozpoczęły mieliśmy ponad 10 tys. zachorowań dziennie.

Nie sądzę też, aby to straszenie lewicowym faszyzmem odniosło taki skutek jak wcześniej straszenie LGBT czy uchodźcami przed wyborami europejskimi. Sądzę, że teraz sytuacja jest inna.

Czy zostanie wprowadzony stan nadzwyczajny?

To rozwiązanie, które jest zapewne rozważane przez Kaczyńskiego, bo pozwoliłoby zalegitymizować, przynajmniej formalnie, represyjne działania ze strony władzy. Opozycja powinna się na taki scenariusz poważnie przygotowywać, bo od tej strategii będzie wiele zależeć w tym niezwykle niebezpiecznym momencie.

Prezydent Duda przebywając na kwarantannie długo milczał, a Pałac tłumaczył, że to dlatego, że prezydent nie ma możliwości połączenia się.
Choroba prezydencka ma wszelkie znamiona „choroby dyplomatycznej”. Biorąc pod uwagę poziom dezinformacji ze strony obozu władzy, nie jestem pewien, czy prezydent faktycznie jest chory, czy wygodniej mu było ogłosić, że jest chory. To ogłaszanie przez kolejnych członków gabinetu czy szerzej, ludzi władzy, że mają koronawirusa, wydaje się dość wygodnym sposobem schowania się przed opinią publiczną.

Być może prezydent postanowił nie brać odpowiedzialności za to, co się dzieje, i schować się przed gniewem społecznym.

Głos zabrała Kinga Duda, doradczyni głowy państwa. „Wierzę, że zgodnie z moimi osobistymi przekonaniami, ja nie zdecydowałabym się na przerwanie ciąży. Nie uważam jednak, że inne kobiety mają myśleć i działać w taki sam sposób jak ja. Każdy człowiek ma wolną wolę. Nie mogę zatem pogodzić się z konsekwencjami, jakie niesie ze sobą wyrok TK” – napisała Kinga Duda. Zaraz potem w telewizji w podobnym duchu wypowiedział się jej ojciec i Pierwsza Dama.

Wygląda na to, że stratedzy z Pałacu Namiestnikowskiego wymyślili sposób, w jaki Andrzej Duda „może zjeść ciastko i je mieć”. Prezydent długo milczy pod pretekstem wirusa, a w końcu razem z żoną i córką odcina się od wyroku TK. W obecnej sytuacji niewiele z tego wynika poza poczuciem, że prezydent umywa ręce i chce, żeby to Kaczyński posprzątał ten cały bałagan. Zresztą, o ile pamiętam, Duda wcześniej deklarował, że podpisałby sejmową ustawę zaostrzającą prawo aborcyjne.

Prymas, w przeciwieństwie do wicepremiera, nawołuje do spokoju i deeskalacji. Mówi, aby pamiętać przede wszystkim o miłości bliźniego.
Te pojednawcze deklaracje ze strony prymasa są w tej chwili nic niewarte, szczególnie wobec tego, że jeszcze kilka dni wcześniej hierarchowie dziękowali za orzeczenie Trybunałowi. Kościół cały czas parł do tego wyroku i ponosi pełną odpowiedzialność za to, co się dzieje.

To, że protestujący wskazują zarówno na PiS, jak i hierarchów kościoła jako odpowiedzialnych za kryzys, jest jak najbardziej uzasadnione.

Skoro nie Kościół, skoro nie prezydent, to kto może spełnić w rolę mediatora, rozjemcy?

Ta władza nie chce mediacji, może się co najwyżej cofnąć pod presją. Kościół jest tu stroną w sporze, więc nie sadzę, aby mógł powtórzyć ten gest z 1989 roku, gdzie był gwarantem rozmów Okrągłego Stołu. Zresztą sam Okrągły Stół ta władza uważa za zdradę.

Jedyne, co może robić opozycja, to utrzymywać ostry kurs i krytykę władzy, cieszyć się ze wszystkich ustępstw, ale nie uważać, że jakiekolwiek ustępstwo załatwia sprawę. Moim zdaniem zresztą to, co zrobił TK, pogrzebało tak zwany „kompromis aborcyjny”, a postulat powrotu do niego nie jest realistyczny ani pożądany. Ten kompromis został rozbity przez PiS i Kościół i nie nie da się go posklejać. Po stronie opozycji powinien się ukształtować nowy konsensów i odpowiedzialność spoczywa na tej części opozycji, którą byśmy nazwali liberalnymi konserwatystami, a więc głównym nurtem KO. Oni słusznie potępiają działania TK i władzy, ale powinni przestać mówić, że powrót do status quo ante jest dobrym rozwiązaniem. Potrzebna jest fundamentalna zmiana myślenia opozycji o prawach reprodukcyjnych. Zresztą powrót do tego tzw. kompromisu nie jest czymś, co by uspokoiło nastroje społeczne.

Strajk Kobiet głosi radykalne postulaty – dymisja rządu, świeckie państwo, niezależny TK i SN, dostęp do aborcji itd. Jak pan to ocenia, czy nie powinny być bardziej miękkie?

Rolą ruchów protestacyjnych jest stawianie radykalnych postulatów, takich, które niekoniecznie na dziś można zrealizować. Jeżeli przeczytamy uważnie te postulaty i nie będziemy się przejmować formą słowną, która jest uzasadniona w obecnych warunkach, to można je streścić jako postulat przywrócenia prawdziwej demokracji w Polsce i rozliczenia winnych jej niszczenia. W tym oczywiście Kościoła, bo jeżeli chodzi o jego pozycję, to nawet przed 2015 rokiem była ona również niekompatybilna z zasadami pluralistycznej demokracji. Dlatego nie nazywałbym tych postulatów radykalnymi. One oczywiście zebrane w jedno miejsce brzmią radykalnie, bo łączą dwa nurty opozycji w jedno: nurt sprzeciwu wobec rozwalania instytucji demokratycznego państwa prawa, jak TK czy SN, i postulat obrony praw pewnych grup, takich jak mniejszości seksualne, a przede wszystkim praw praw kobiet, które ta władza systematycznie podważa.

Do tej pory jednych bolało bardziej to, co się stało z TK i SN, drugich nagonka na LGBT. Strajk Kobiet te kwestie połączył i opozycja powinna wyciągnąć z tego wnioski.

Być może powinna mówić innym językiem, bo od polityków wymaga się czegoś innego, niż od liderów ruchów protestu, ale sama treść postulatów powinna stać się abecadłem opozycji.