Ta władza nie chce mediacji

Wtorkowe orędzie Kaczyńskiego oraz jego środowy występ w Sejmie stanowią kolejne etapy postępującej faszyzacji życia politycznego w Polsce – mówi dr Jacek Kucharczyk w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: W sondażu dla „GW” PiS notuje drastyczny spadek poparcia. Ma 26 proc. KO notuje wynik 24 proc., Hołownia 18 proc. Konfederacja 8 proc., a PSL 3. Dodajmy, że trend spadkowy towarzyszy PiS przynajmniej od września. Zaczął się koniec PiS-u?

DR JACEK KUCHARCZYK: To naprawdę sensacyjny wynik, pokazujący głęboki kryzys rządów Kaczyńskiego. Nie pamiętam drugiego tak szybkiego spadku poparcie dla tej władzy. Dotychczas masowe protesty (np. w obronie Sądu Najwyższego) nie osłabiały poparcia dla PiS.

Nic dziwnego, że władza panikuje.

Wicepremier Kaczyński oskarża opozycję o inicjowanie protestów, wcześniej w dziwnym orędziu mówił o ataku na Polskę, wzywa partyjnych działaczy do obrony kościołów. Dokąd zmierzamy?

Wtorkowe orędzie Kaczyńskiego oraz jego środowy występ w Sejmie stanowią kolejne etapy postępującej faszyzacji życia publicznego w Polsce. Człowiek, który kontroluje wszystkie resorty siłowe, nawołuje bojówkarzy do rozprawy z osobami protestującymi przeciwko działaniom rządu i grozi więzieniem opozycji. To nie mieści się w żaden sposób w nawet najluźniej pojmowanych kanonach europejskiej demokracji.

To, co robi Kaczyński, to całkowite porzucenie pozorów demokratycznego sprawowania władzy. Mówienie, że Kościół jest w niebezpieczeństwie i trzeba go bronić, szczucie na protestujące kobiety to metoda rządzenia przypominająca podpalanie Reichstagu. Wówczas rozprawa z przeciwnikami władzy nastąpiła w obronie narodu niemieckiego, teraz Kaczyński wzywa do obrony narodu polskiego.

To straszny moment i tak nieciekawej historii politycznej Polski ostatnich lat. Ważne, jak wszyscy się do tego odniesiemy i co z tym dalej robić.

Kaczyński mówi o tym, że protestujący stwarzają „zagrożenie powszechne”, a to poważne przestępstwo.

Oczywiście to narracja, którą znamy z innych krajów rządzonych przez autorytarnych populistów czy władze autorytarne, które spektakularnie nie radzą sobie z zarządzaniem sytuacją pandemiczną i szukają kozłów ofiarnych. Jednak to, co robi Kaczyński, to przejście na wyższy poziom. O ile wyrok TK i wrzucenie tematyki aborcji w trudnych dla rządu czasach można uznać za próbę odwracania uwagi od sytuacji służby zdrowia i różnych afer korupcyjnych w obozie władzy, to w tej chwili mamy do czynienia z podniesieniem poprzeczki konfliktu. To jednak coś nowego, to już nie jest szukanie tematów zastępczych.

Kolejna granica została przekroczona przez naszego dyktatora, bo można w tej chwili już chyba tak powiedzieć o Kaczyńskim.

Czy prezes zdaje sobie sprawę, co się dzieje na ulicach, jaki jest opór społeczny i chce wojny domowej, czy tak naprawdę już nie jest świadomy z racji wieku, odcięcia od prawdziwej informacji itd.?

To jest strategia na zastraszenie społeczeństwa, nie tylko tych, którzy wychodzą i protestują, ale też tych, którzy zastanawiają się, czy do tych protestów się przyłączyć. To świadome działanie, aby podnieść koszty uczestnictwa w protestach, a przez to próba zmniejszenia skali protestów. Ich skala przeraża władzę, a im mniej protestujących, tym łatwiej się z nimi rozprawić.

Najpierw trzeba społeczeństwo podzielić, potem zastraszyć. Ta metoda do tej pory Kaczyńskiemu nieźle wychodziła, przez ostatnie 5 lat wydawało się już kilka razy, że tego, co robi rząd, społeczeństwo „nie łyknie”, ale jednak część dawała się ciągle nabrać na propagandę władzy. Teraz Kaczyński znowu sięga po sprawdzone metody, tym bardziej, im silniejszy jest opór społeczny. Kaczyński ma instrumenty w postaci kiboli albo „armii Boga”, których łatwo wysłać, a potem nie brać za to odpowiedzialności.

To także działanie niczym z podręcznika autorytarnego przywódcy, że do agresywnych, łamiących prawo działań nie nie wysyła się regularnych sił porządkowych, tylko jakieś nieoznaczone bojówki.

Zielone ludziki?

Tak, a za komuny to byli ormowcy albo straże robotnicze, które tłukły studentów w 1968, to metoda z tego samego tool box, jak mówią Anglicy, czyli „skrzynki z narzędziami” autorytarnych przywódców.

Po co Kaczyńskiemu teraz była ta uchwała TK w krytycznym momencie pandemii?

Ten ruch z TK był próbą ucieczki przed odpowiedzialnością polityczną PiS. Od 2015 roku PiS znajduje się po presją Kościoła katolickiego, który w zamian za poparcie polityczne, którego konsekwentnie udziela tej władzy, chce dostać różne rzeczy w zamian. Zaostrzenie ustawy aborcyjnej byłoby jedną z form spłaty długu wobec biskupów. Były już próby przeprowadzenia tego przez parlament, ale protest kobiet, słynne czarne parasolki, spowodował, że PiS się z tego wycofał. Teraz Kaczyński mógł uznać, że to dobry moment, bo jest po wyborach, jest pandemia i tych, którzy zaprotestują, będzie można oskarżyć o naruszanie przepisów antypandemicznych.

Jednocześnie pojawiła się nowa okoliczność, to znaczy presja ze strony Ziobry, który podgrzewa krucjatę ideologiczną na prawicy i trzeba go było jakoś zneutralizować.

Kaczyński robi to przejmując od niego te radykalne hasła. Pewnie w momencie, kiedy ustawa była wysyłana do TK, wydawało mu się to dobrym pomysłem. Oczywiście Trybunał mógł trzymać tę ustawę w zamrażarce jeszcze długo i nikt nie wierzy, że wyjęcie jej akurat teraz to decyzja pani prezes bez zgody Kaczyńskiego.

Prezes uznał, że teraz jest dobry moment, bo targi w koalicji, presja Kościoła i pandemia łącznie sprawiły, że chciał tę sprawę załatwić. Podejrzewam, że myślał, że orzeczenie TK zakończy sprawę, biskupi podziękują, garstka feministek wyjdzie przed TK i pokrzyczy. Oskarżanie protestujących o to, że są źródłem zagrożeń, to raczej wtórna reakcja na skalę protestów.

Nie sadzę też, że przekonywanie społeczeństwa, że to protestujący roznoszą pandemię, podziała, bo wszyscy wiedzą, że kryzys był zanim zaczęły się protesty. Wszyscy wiemy, że to premier najpierw ogłaszał, że pandemia się skończyła, a jeszcze zanim protesty się rozpoczęły mieliśmy ponad 10 tys. zachorowań dziennie.

Nie sądzę też, aby to straszenie lewicowym faszyzmem odniosło taki skutek jak wcześniej straszenie LGBT czy uchodźcami przed wyborami europejskimi. Sądzę, że teraz sytuacja jest inna.

Czy zostanie wprowadzony stan nadzwyczajny?

To rozwiązanie, które jest zapewne rozważane przez Kaczyńskiego, bo pozwoliłoby zalegitymizować, przynajmniej formalnie, represyjne działania ze strony władzy. Opozycja powinna się na taki scenariusz poważnie przygotowywać, bo od tej strategii będzie wiele zależeć w tym niezwykle niebezpiecznym momencie.

Prezydent Duda przebywając na kwarantannie długo milczał, a Pałac tłumaczył, że to dlatego, że prezydent nie ma możliwości połączenia się.
Choroba prezydencka ma wszelkie znamiona „choroby dyplomatycznej”. Biorąc pod uwagę poziom dezinformacji ze strony obozu władzy, nie jestem pewien, czy prezydent faktycznie jest chory, czy wygodniej mu było ogłosić, że jest chory. To ogłaszanie przez kolejnych członków gabinetu czy szerzej, ludzi władzy, że mają koronawirusa, wydaje się dość wygodnym sposobem schowania się przed opinią publiczną.

Być może prezydent postanowił nie brać odpowiedzialności za to, co się dzieje, i schować się przed gniewem społecznym.

Głos zabrała Kinga Duda, doradczyni głowy państwa. „Wierzę, że zgodnie z moimi osobistymi przekonaniami, ja nie zdecydowałabym się na przerwanie ciąży. Nie uważam jednak, że inne kobiety mają myśleć i działać w taki sam sposób jak ja. Każdy człowiek ma wolną wolę. Nie mogę zatem pogodzić się z konsekwencjami, jakie niesie ze sobą wyrok TK” – napisała Kinga Duda. Zaraz potem w telewizji w podobnym duchu wypowiedział się jej ojciec i Pierwsza Dama.

Wygląda na to, że stratedzy z Pałacu Namiestnikowskiego wymyślili sposób, w jaki Andrzej Duda „może zjeść ciastko i je mieć”. Prezydent długo milczy pod pretekstem wirusa, a w końcu razem z żoną i córką odcina się od wyroku TK. W obecnej sytuacji niewiele z tego wynika poza poczuciem, że prezydent umywa ręce i chce, żeby to Kaczyński posprzątał ten cały bałagan. Zresztą, o ile pamiętam, Duda wcześniej deklarował, że podpisałby sejmową ustawę zaostrzającą prawo aborcyjne.

Prymas, w przeciwieństwie do wicepremiera, nawołuje do spokoju i deeskalacji. Mówi, aby pamiętać przede wszystkim o miłości bliźniego.
Te pojednawcze deklaracje ze strony prymasa są w tej chwili nic niewarte, szczególnie wobec tego, że jeszcze kilka dni wcześniej hierarchowie dziękowali za orzeczenie Trybunałowi. Kościół cały czas parł do tego wyroku i ponosi pełną odpowiedzialność za to, co się dzieje.

To, że protestujący wskazują zarówno na PiS, jak i hierarchów kościoła jako odpowiedzialnych za kryzys, jest jak najbardziej uzasadnione.

Skoro nie Kościół, skoro nie prezydent, to kto może spełnić w rolę mediatora, rozjemcy?

Ta władza nie chce mediacji, może się co najwyżej cofnąć pod presją. Kościół jest tu stroną w sporze, więc nie sadzę, aby mógł powtórzyć ten gest z 1989 roku, gdzie był gwarantem rozmów Okrągłego Stołu. Zresztą sam Okrągły Stół ta władza uważa za zdradę.

Jedyne, co może robić opozycja, to utrzymywać ostry kurs i krytykę władzy, cieszyć się ze wszystkich ustępstw, ale nie uważać, że jakiekolwiek ustępstwo załatwia sprawę. Moim zdaniem zresztą to, co zrobił TK, pogrzebało tak zwany „kompromis aborcyjny”, a postulat powrotu do niego nie jest realistyczny ani pożądany. Ten kompromis został rozbity przez PiS i Kościół i nie nie da się go posklejać. Po stronie opozycji powinien się ukształtować nowy konsensów i odpowiedzialność spoczywa na tej części opozycji, którą byśmy nazwali liberalnymi konserwatystami, a więc głównym nurtem KO. Oni słusznie potępiają działania TK i władzy, ale powinni przestać mówić, że powrót do status quo ante jest dobrym rozwiązaniem. Potrzebna jest fundamentalna zmiana myślenia opozycji o prawach reprodukcyjnych. Zresztą powrót do tego tzw. kompromisu nie jest czymś, co by uspokoiło nastroje społeczne.

Strajk Kobiet głosi radykalne postulaty – dymisja rządu, świeckie państwo, niezależny TK i SN, dostęp do aborcji itd. Jak pan to ocenia, czy nie powinny być bardziej miękkie?

Rolą ruchów protestacyjnych jest stawianie radykalnych postulatów, takich, które niekoniecznie na dziś można zrealizować. Jeżeli przeczytamy uważnie te postulaty i nie będziemy się przejmować formą słowną, która jest uzasadniona w obecnych warunkach, to można je streścić jako postulat przywrócenia prawdziwej demokracji w Polsce i rozliczenia winnych jej niszczenia. W tym oczywiście Kościoła, bo jeżeli chodzi o jego pozycję, to nawet przed 2015 rokiem była ona również niekompatybilna z zasadami pluralistycznej demokracji. Dlatego nie nazywałbym tych postulatów radykalnymi. One oczywiście zebrane w jedno miejsce brzmią radykalnie, bo łączą dwa nurty opozycji w jedno: nurt sprzeciwu wobec rozwalania instytucji demokratycznego państwa prawa, jak TK czy SN, i postulat obrony praw pewnych grup, takich jak mniejszości seksualne, a przede wszystkim praw praw kobiet, które ta władza systematycznie podważa.

Do tej pory jednych bolało bardziej to, co się stało z TK i SN, drugich nagonka na LGBT. Strajk Kobiet te kwestie połączył i opozycja powinna wyciągnąć z tego wnioski.

Być może powinna mówić innym językiem, bo od polityków wymaga się czegoś innego, niż od liderów ruchów protestu, ale sama treść postulatów powinna stać się abecadłem opozycji.

Mocne karty Dudy, ale rozgrywa opozycja

W polskich realiach zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych, jednak w pierwszej turze wyborów prezydenckich tej zależności nie zaobserwowano.

Co więcej, ośrodki sondażowe z reguły zawyżały notowania słabszych kandydatów i zaniżały notowania kandydatów mocniejszych. Przeprowadzone w ostatnich kilkunastu dniach sondaże dotyczące drugiej tury wyborów prezydenckich nie wskazują jednoznacznie ani na zwycięstwo Andrzeja Dudy, ani na zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego. Jednakże sondaże dotyczące pierwszej tury w nieco większym stopniu zaniżały notowania Dudy, ponadto zabrakło mu zaledwie 6,50 punktu procentowego do zwycięstwa, a kandydaci szeroko rozumianej antypisowskiej opozycji nie uzyskali w sumie bezwzględnej większości głosów.

Bardzo duże znaczenie może mieć oddziaływanie przegranych w pierwszej turze kandydatów na swoje elektoraty. Wszystko wskazuje na to, że Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń (18,45 proc. głosów, podczas gdy przewaga Dudy nad Trzaskowskim wyniosła 13,04 proc. głosów) udzielą poparcia Rafałowi Trzaskowskiemu, zaś Krzysztof Bosak zaapeluje do swych wyborców (których znaczna część sympatyzuje z Trzaskowskim, a inna część nie zamierza pójść na drugą turę wyborów prezydenckich), aby zagłosowali w drugiej turze zgodnie z własnymi przekonaniami.

Zastanawiające jest to, czy Koalicja Obywatelska rozważa rozwiązanie alternatywne. W sondażach dotyczących drugiej tury wyborów prezydenckich Szymon Hołownia uzyskiwał zdecydowanie większe poparcie od Andrzeja Dudy. Jeżeli tuż przed 12 lipca notowania sondażowe nie dadzą Rafałowi Trzaskowskiemu znaczącej przewagi, będzie najlepiej dla Polski, gdy Trzaskowski zrezygnuje z kandydowania. Zgodnie z zasadami wynikającymi z polskiego prawa wyborczego, druga tura zostanie wtedy przesunięta na 26. lipca, a wystartują w niej Hołownia i Duda.
Może być bardzo różnie. W najgorszym razie, antypisowska opozycja odegra się za trzy lata, podczas wyborów samorządowych oraz parlamentarnych.

Ostatnie tygodnie prezydentury Dudy?

Jeśli wyjdzie się z założenia, że ośrodki sondażowe zawyżają notowania Andrzeja Dudy w takim samym stopniu jak zawyżały notowania Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich tygodniach przed wyborami parlamentarnymi…

…to w chwili obecnej prezydent Duda uzyskałby poniżej 40 procent głosów, podczas gdy 50 – 55 procent wyborców poparłoby któregoś z czterech kandydatów szeroko rozumianej antypisowskiej opozycji: Rafała Trzaskowskiego, Roberta Biedronia, Władysława Kosiniaka-Kamysza, Szymona Hołownię. W drugiej turze wyborów prezydenckich, przy wspomnianym założeniu (mniej pewnym – w polskich realiach zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych, ale w drugich turach konkurenci mają z reguły porównywalne poparcie) Trzaskowski z przewagą kilku punktów procentowych pokonałby Dudę. Przy wejściu razem z Dudą do drugiej tury, z jeszcze większą przewagą wygrałby
Kosiniak-Kamysz, zaś z największą przewagą wygrałby Hołownia; nawet Biedroń miałby, po korekcie wartości liczbowych notowań jednego z ośrodków sondażowych, szanse na ostateczne zwycięstwo.

Przez wiele lat sondażowe poparcie dla Andrzeja Dudy przewyższało o kilka punktów procentowych sondażowe poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości. Jednak w okresie epidemii notowania Dudy o kilka punktów procentowych się obniżyły, w przybliżeniu zrównując się z
notowaniami PiS-u.

Od pewnego czasu warszawiaków przechodzących Krakowskim Przedmieściem koło Pałacu Prezydenckiego niepokoją dziwne odgłosy. A to tylko Andrzej Duda szczęka zębami ze strachu na myśl o nadchodzących wyborach. Mieszkańcom pobliskich budynków radziłbym przygotować się na narastanie natężenia hałasu.

Zwykła ludzka złość

– Jedni mają dość tego, że Morawiecki ciągle nie powiedział, ile pieniędzy ma u żony na koncie, drudzy mogą mieć dość Banasia. Miejsca by nie starczyło, lista idzie w setki afer- mówi prof. Radosław Markowski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Od początku pandemii w Polsce pana zespół prowadzi badania, m.in. o kondycji polskiego społeczeństwa i preferencjach wyborczych. Co możemy powiedzieć na kilkanaście dni przed I turą?

Zmieniła się konfiguracja, zatem zmieniliśmy czy spowolniliśmy badania. Wcześniej w kwietniu i maju pytaliśmy o sytuację, gdzie głównym politycznym wątkiem były wybory 10 maja i upór rządzących, aby do nich doprowadzić. Wówczas wyraźną niechęć do ich przeprowadzenia wyrażało 70-80 proc. społeczeństwa. Oczywiście nie doszło do wyborów, bo był to taki absurd, że nawet część Zjednoczonej Prawicy nie wytrzymała – Gowin powiedział weto. Ta porażka świty Kaczyńskiego, która miała zapewnić kandydatowi obozu władzy łatwe zwycięstwo, się skończyła i zaczął się okres niepewności, co dalej.

Od początku czerwca pytamy już o wybory, które mają się odbyć 28 czerwca, bo główne siły polityczne zgodziły się na to. Pojawił się nowy ważny kandydat. Oczywiście wokół nich także jest wiele niepewności, chociażby czy pan minister zdrowia nie będzie wykluczał niewygodnych regionów z wyborów bezpośrednich, czy też kwestia dostarczania kart wyborczych chcącym głosować korespondencyjnie…

Co chwila w mediach pojawiają się nowe sondaże dotyczące wyborów prezydenckich. Zapowiada się rekordowa frekwencja. Zatem kto pana zdaniem wygra?

Ktokolwiek będzie dziś opowiadał, jaka będzie frekwencja albo wynik wyborów – moim zdaniem – dopuszcza się grzechu pychy. Zazwyczaj badając wybory na świecie i tu, w Polsce, opieramy się na predykcjach wynikających tak z tego, co ludzie deklarują, jak i wieloletniej wiedzy, jak te ich deklaracje należy metodologicznie obrabiać, by trafnie przewidzieć. Oczywiście są ośrodki, które uważają, że „badają” opinię publiczną, ale de facto tego nie robią. Ot, po prostu pokazują surowe wyniki, a efekt jest taki, że mylą się sromotnie w szacowaniu poparcia kandydatów czy partii.
Moim zdaniem całe 30-lecie naszych badań nad wyborami nie będzie pomocne w przewidywaniu tego, co się stanie. 28 czerwca będziemy mieli do czynienia z wyborami nietypowymi z wielu względów. Lista jest długa, wymieńmy tylko te najważniejsze: epidemia nadal jest wokół nas, a nawet się nasila, nie wiemy, kto zechce skorzystać z głosowania korespondencyjnego i czy nie wykluczy to wielu chcących oddać głos z efektywnego wpływu na wybory, nie wiemy, czy uwzględniona będzie zagranica, nie wiemy, jak silne wsparcie dostanie PiS od Kościoła katolickiego, a zazwyczaj instytucja ta znacząco, jednostronnie opowiadała się za tą partią, nie mamy pewności, ilu z nas ciągle jest jeszcze zniesmaczonych polityką i tym, co się działo w kwietniu, i jakie będzie miało to konsekwencje na frekwencję.

Proszę pamiętać, że Kościół katolicki był do tej pory wręcz fundamentalnym zasobem i robił nie tylko z ambony propagandę, ale też logistycznie pomagał. Nie wiadomo, czy tym razem Kościołowi uda się ta polityczna hucpa. Część ludzi starszych – i słusznie – boi się zakażenia. Tym bardziej, że wielu na ulicach w już zapomniało, że koronawirus jest i zdjęło maseczki, prawdopodobnie za dwa tygodnie będziemy mieli pik zakażeń. Nie wiemy, jak rozwinie się epidemia i jak zachowają się ludzie. Nie wiemy, kto pójdzie, a kto nie. Dlatego ta predykcja jest bardzo skomplikowana.

W zeszłym tygodniu badania pokazywały, że w II turze zarówno Trzaskowski, jak i Hołownia mają szanse pokonać Andrzeja Dudę. Wierzyć w te sondaże czy nie?

Jedne badania, także nasze, tak pokazały, a inne, że wygrywa Andrzej Duda. Te badania są dzisiaj obarczone ogromnym ryzykiem błędu, zwłaszcza gdy pokazuje się surowe dane. Poza tym nasze dane pokazywały ludzkie preferencje w pewnej konwencji, takiej w której głównym tematem nadal była kwestia bojkotu i braku decyzji co do terminu wyborów. A przypominam: w naszym sondażu aż 60 proc. badanych opowiadało się za terminem jesiennym lub wiosny 2021.

Czy jest coś, czego możemy być pewni?

Tak, na początku czerwca wszystkie badania pokazywały – i co do tego nie ma wątpliwości – że jest jeden kandydat, który uzyska najlepszy wynik w I turze, i jest to Andrzej Duda, po drugie dwóch ścigających go, którzy mają szanse na II turę, to Rafał Trzaskowski i Szymon Hołownia, w takiej właśnie kolejności. Po trzecie wiemy na pewno, że trójka pozostałych kandydatów może oczywiście nadal brać udział w kampanii jako formie spędzania czasu wolnego, jednak szanse na wejście do II tury są bliskie zeru. Możemy jeszcze powiedzieć, że w II turze z Andrzejem Dudą zmierzy się prawdopodobnie Rafał Trzaskowski. Dalej zaczynają się schody, ośrodki pokazują różne wyniki, w większości minimalne zwycięstwo Dudy nad Trzaskowskim, ale jak mówię, byłbym bardzo ostrożny w przewidywaniach co do II tury, gdyż wiele może się wydarzyć między kandydatami walczącymi o tę drugą turę.

Z naszych badań wynika np., że zdecydowana większość zwolenników Trzaskowskiego (93 proc.) deklaruje chęć poparcia Hołowni, natomiast około 3/4 zwolenników tego ostatniego gotowych jest poprzeć Trzaskowskiego. Konsekwencją tej konfiguracji jest paradoks polegający na tym, że – wskazują na to niemal wszystkie badania – Hołownia ma większe szanse pokonać Dudę, dzięki właśnie zwolennikom Trzaskowskiego, ale w tej drugiej turze pewnie się nie znajdzie także dzięki zwolennikom Trzaskowskiego. Kogo zwolennicy odpadających kandydatów wesprą w II turze, to wielka niewiadoma i o to już teraz powinna toczyć się gra. Proszę też pamiętać, że do tej pory pytaliśmy o Rafała Trzaskowskiego hipotetycznie, bo nie był on „prawdziwym” zarejestrowanym kandydatem. Teraz to się zmieniło. Sądzę, że nawet wszystko to, co było badane do początku czerwca, można schować ad acta i zacząć od nowa.

Skoro nie możemy posługiwać się twardymi danymi, to może zawierzyć odczuciom, a te mówią, że coś się zmieniło, przełamało, nastąpiło nowe otwarcie i że Trzaskowski wywrócił scenę wyborów politycznych.

Moim zdaniem nie, tylko po prostu wszystko wróciło do normy, gdyby przypomnieć, jakie wyniki miała Zjednoczona Prawica i KO w styczniu i w lutym. Wówczas Małgorzata Kidawa-Błońska miała ok. 25 proc., a kandydat Duda ponad 40. Dziś wszystko wróciło do normy. To nam się tylko wydaje, że Rafał Trzaskowski niesłychanie wszystkich zmobilizował, ponieważ w ostatniej chwili Kidawa-Błońska miała 2-3 proc. poparcia. Tylko że to nie było prawdziwe poparcie, po prostu jej elektorat posłuchał kandydatki i powiedział, że nie będzie uczestniczyć w wyborczym szambie przygotowywanym na 10 maja. Po drugie to, że Warszawa entuzjastycznie ustawiała się w kolejki, aby podpisać się pod kandydaturą Trzaskowskiego, nic jeszcze nie znaczy, bo całe Podlasie nadal jest pełne plakatów Kidawy-Błońskiej obok plakatów innych kandydatów. Tam nie ma śladów obecności Rafała Trzaskowskiego…

Jeżeli Rafał Trzaskowski i jego sztab pójdzie błędną drogą Kosiniaka-Kamysza, czyli będzie przeuprzejmym gościem, wygłaszającym taktowne uwagi i okrągłe frazesy, chcącym zagłaskać cały naród i jednoczyć za wszelka cenę, to zrobi błąd. On nie powinien prowadzić walki o 31 milionów uprawnionych, ani też nie skupiać się na wyrywaniu elektoratu Dudzie. Powinien starać się zmobilizować owe 9 milionów ludzi wkurzonych na to, jak rozkradają kraj, demolują jego międzynarodowy prestiż i łamią konstytucję.

Te wybory nie są po to, aby jednoczyć, te wybory można wygrać na emocji, jaką jest słuszna złość. Zwykła normalna ludzka złość, że z naszego państwa uczyniono folwark, pośmiewisko międzynarodowe, że wyprowadza się nas z UE i pozbawi za chwilę środków, że ekipa wokół władzy robi interesy na pandemii. Ludzie nie chcą słuchać o jednoczeniu, tylko o tym, że jak się dojdzie do władzy, to się tych, co teraz rządzą, z tego rozliczy.

Drugim błędem byłoby rozdrabnianie się na dyskusje od polityki rodzinnej po spływ drewna na Dunajcu itd. Oczywiście wizytując jakiś rejon Polski koniecznie trzeba mówić o szczegółach, ale generalnie przekaz powinien być krótki. Tego kandydata nie powinno być za dużo, powinien potrafić się dawkować, bo w polityce jest też popyt i podaż. Jak jest za dużo kogoś, to przestaje być tak atrakcyjny. I jak w dobrej muzyce – ważna pauza, zwłaszcza po intermezzo… Kandydat wchodzący do gry późno to z jednej strony może być obciążenie, ale mądrze pomyślana dawkowana obecność może stać się zaletą. Te 2-3 tygodnie można wykorzystać, aby mówić krótko, celnie i trafić w to, co ludzi boli. Rozumiem, że jak ktoś patrzy z Warszawy, Krakowa czy Poznania, to widzi oczyma wyobraźni zwycięstwo kandydata PO, ale to nie jest cała Polska.

Rafał Trzaskowski ogłosił hasło: „Silny prezydent, wspólna Polska”. Podoba się panu?

Moim zdaniem genialne było hasło „Mamy dość” i nie rozumiem, dlaczego je zmienił. Hasło „Silny prezydent, wspólna Polska” jest z konkursu na najnudniejsze hasło. Co to w ogóle znaczy? Prezydent nie ma być silny, tylko taki, jak przewiduje konstytucja, a więc niezależny od innych ośrodków władzy, a społeczeństwa nie trzeba jednoczyć, bo nic zewnętrznego nam nie zagraża, zagraża nam wewnętrzny sabotaż kraju. W ogóle polityka nie jest od jednoczenia, tylko od cywilizowanego ukazywania różnic, konfliktów i sporów oraz pilnowania tego, by owe spory odbywały się z ramach instytucjonalnych rozwiązań, norm i procedur demokracji i państwa prawa, i tego brakowało. Tego wiele milionów „ma dość”.

Hasło „mamy dość” z innego względu było znakomite, bo działa jak test niedokończonych zdań – każdy może dopowiedzieć sobie, czego ma dość. Jedni tego, że Morawiecki ciągle nie powiedział, ile pieniędzy ma u żony na koncie, drudzy mogą mieć dość Banasia, jeszcze inni różnych obrzydliwych rzeczy, które działy się wokół rozdawania pieniędzy w NCBiR przez rodzinę Szumowskich, niechęci prokuratury, by zbadać los 50000 w kopercie dla Kaczyńskiego. Miejsca by nie starczyło, lista idzie w setki afer.

Pozostali kandydaci mówią, że od 15 lat żyjemy w PO-PiS-ie i że trzeba odpartyjnić politykę. Czy to w ogóle poważny postulat?

To bezsensowne gadulstwo. Po pierwsze, bo polityka jest „partyjna” wszędzie, nawet w monopartyjnych systemach, a w cywilizowanych demokracjach partie działają dobrze. U nas problem nie tyle w koncepcji partii, lecz zaściankowej kulturze politycznej. Po drugie, uwagi takie – zwłaszcza w wykonaniu Kosiniaka-Kamysza – są co najmniej niestosowne; kandydat udaje, że cierpi na amnezję. Przypominam, że partia PSL była we wszystkich rządach Polski w ostatnim 25-leciu, była i z postkomunistami i z konserwatywno-liberalną PO. Tylko teraz nie rządzi z PiS-em. Mówienie o strasznym duopolu jest bzdurą, bo co mają powiedzieć Amerykanie czy Brytyjczycy, którzy żyją od 200 lat w duopolu i nic złego się nie działo z tego powodu. Są na świecie systemy dwupartyjne, albo dwublokowe, ale nie jest prawdą, że u nas jest taki system. W ostatnich wyborach w ogóle nie startowała żadna partia polityczna, bo wszystkie 5 bytów, które są w parlamencie, to koalicje. Wybory odbywały się tylko pod szyldem partii ze względów organizacyjno-finansowych. Czym bowiem było zachowanie Gowina, jak nie pęknięciem w koalicji? Można go lubić albo nie, ale to on zablokował te karykaturalne majowe wybory.

„Chamska hołota” Kaczyńskiego ma znaczenie w kampanii wyborczej?

Nie sądzę, elektorat PiS, w zdecydowanej większości ślepo zapatrzony w wodza, podziela tę salonową ocenę. Zaś sam bohater polskiego parlamentaryzmu… No cóż, niektórzy po prostu tak mają, że jak coś idzie nie po ich myśli, to tupią przykrótkimi nóżkami, wylewają pianę, by dać upust swym emocjom. To nie pierwsza utrata intelektualnej kontroli nad własnym językiem w wykonaniu tego posła. Jest też hipoteza, że Kaczyński robi to celowo, aby odwrócić uwagę od największych skandali wokół rodziny Szumowskiego i uwłaszczaniu się nomenklatury PiS na pandemii.
Największy problem jest taki, że my zapomnieliśmy już o palcu Lichockiej, nie rozmawiamy o złodziejstwie, przekrętach, nie pytamy o zasadność budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego i ludzi tam „zatrudnionych” itd., Bo kolejny przejaw warcholstwa jednego człowieka ma przykryć te mega afery.

W naszym badaniu pod koniec maja pytaliśmy też o konflikty. Ciekawe jest to, że Polacy uważają, iż w trakcie pandemii zdecydowanie wzrosły konflikty między pracodawcami a pracobiorcami, między patriotami a tymi, co „nie cenią Polski”, między sektorem publicznym i prywatnym. Jednocześnie są to te konflikty, które tak w ogóle najczęściej wymieniają Polacy jako najbardziej zaognione. Najmniejszy konflikt Polacy dostrzegają miedzy kobietami a mężczyznami, a pandemia nie przyczyniła się do wzrostu tegoż.

Inne warte przytoczenia ogólne wyniki wskazuję, ze nadal ponad 60 proc. uważa, że to źle, że organizujemy teraz wybory. W oficjalne dane rządowe nt. koronawirusa nie wierzy 53 proc, a jedynie co czwarty uważa je za rzetelne. Większość badanych, bo 72 proc., chciałoby obciążyć kosztami za wybory, które się nie w maju, partię rządzącą, co oznacza, że także część elektoratu PiS tak uważa. Wiele innych – omawianych szeroko w prasie – opinii naszych badanych wskazuje wyraźnie, że większość Polaków ma dzisiaj opinie na temat ważnych kwestii publicznych, w tym epidemii, postępowania rządzących, sprzeczne z działaniami tych ostatnich. Ciekawe czy przełoży się to na wynik wyborów prezydenckich.

Wyobraźmy sobie…

Wyobraźmy sobie taką sytuację: powstaje szeroka Koalicja Obywatelska od lewa do prawa – od PSL-u, przez PO, nieistniejącą już [edit: jako samodzielny byt] Nowoczesną, nieistniejący jeszcze Ruch Biedronia, Partię Razem, Zielonych i SLD. Wygrywa wybory. Uff, „pokonaliśmy PiS”. Schetyna zostaje premierem.
I co dalej? Teraz jest ten moment, zapowiadany zresztą przez wielu zwolenników Frontu Jedności Narodu, w którym następuje „a potem się kłóćcie do woli”. No to tak:
– na pierwsze 100 dni rządu Razem i SLD oczekują od rządu progresywnych podatków i wyższej stawki godzinowej
– Fasadowa Nowoczesna żąda obniżki podatków i zajęcia się losem ciemiężonych przedsiębiorców (przywrócenia elastycznych form zatrudnienia)
– SLD, Razem i Zieloni domagają się natychmiastowej liberalizacji aborcji i wypowiedzenia konkordatu
– PSL chce utrzymania konkordatu i zachowania status quo w sprawie aborcji
– Nowoczesna z Biedroniem chcą, by kobieta musiała konsultować swoją decyzję dotyczącą ciąży z jakąś komisją
– Platforma chce obniżenia podatków, podwyższenia wieku emerytalnego i niezajmowania się sprawami które „dzielą Polaków”. Premier Schetyna wygłasza mocne orędzie, w którym mówi, że właśnie wreszcie udało się naród scalić i pogodzić, i apeluje do Polek i Polaków, by nie zajmowali się tematami ideologicznymi. „Teraz jest czas odbudowy państwa po PiS-ie, musimy się zająć przywróceniem demokracji i niezależnego sądownictwa, o sprawy takie, jak aborcja, spierać się będziemy mogli później, teraz trzeba odbić z pisowskich rąk kluczowe instytucje demokratyczne: TK i SN. Musimy napisać specustawy, które to wszystko odkręcą”.
– Schetyna pisze specustawy, Duda, który jest prezydentem jeszcze przez rok, ich nie podpisuje. Ponieważ do Sejmu dostały się tylko dwa bloki: PiS i Anty-PiS, nie ma jak odrzucić prezydenckiego weta, bo d’Hondt spowodował, że opozycyjny klub PiS to 48% składu Sejmu. Duda nie podpisuje generalnie ŻADNEJ ustawy. Te mniej ważne kieruje od razu do wciąż obsadzonego nominatami PiS-u TK. TK je uwala (nie będzie przecież kręcił sobie sznura na własną szyję).
– Jest grudzień 2019 roku, trzeba uchwalić budżet. Jeśli nie uda się go przegłosować w Sejmie, to za 4 miesiące oznacza to koniec rządu Anty-PiSu i przedterminowe wybory, bo prezydent zarządzi skrócenie kadencji. No więc lewica chce w budżecie zwiększenia pomocy socjalnej dla emerytów i rencistów i obniżenia wydatków na zbrojenia, zamiast tego chce te pieniądze przekazać na oświatę. Nie zgadza się PO i N. W nocy 16 grudnia przychodzi do tzw. „Pieczary” Grzegorza Schetyny Kamila Gasiuk-Pihowicz i komunikuje mu, że albo ona zostaje premierem, albo ma w dupie budżet i ona i inni dysydenci z Nowoczesnej nie zagłosują za uchwaleniem budżetu. Schetyna każe jej wyp***, ale ona i jej frakcja nie przychodzą na głosowanie w sprawie budżetu. By się ratować, Schetyna zamyka wszystkie wyjścia z Sejmu, ale i tak nie ma wystarczającej liczby posłów, bo niektórzy skorzystali z metody opracowanej przy okazji głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety i zacięli się w kiblu. Rządowi nie udaje się uchwalić budżetu. Prezydent Duda ogłasza skrócenie kadencji Sejmu i muszą się odbyć nowe wybory.