Porównywany z Szalapinem

Dziś pośród rosyjskich teatrów operowych niekwestionowanym liderem jest petersburski Teatr Maryjski, od trzech z górą dekad mądrze i energicznie kierowany przez Walerija Giergijewa, w Petersburgu pracujący już na trzech wspaniałych scenach, utrzymujący filie we Władywostoku i Władykaukazie, zarazem często wizytujący inne ośrodki Rosji i bezustannie obecny w światowych mediach, z telewizjami Mezzo i Mezzo live na czele. Przez cały jednak okres radziecki ową pierwszą w życiu operowym Rosji pozycję bezdyskusyjnie zajmował moskiewski Teatr Wielki, czyli słynny „Bolszoj”; od lat siedemdziesiątych aż po dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku międzynarodową rangę i rozgłos jego trupy operowej w znacznym stopniu tworzyła i wyznaczała trójka czołowych solistów – mezzosopranistki Irina Archipowa i Jelena Obrazcowa oraz bas Jewgienij Niestierienko.

W ojczyźnie każdy z tej trójki zgromadził komplet najwyższych wyróżnień, jakie mógł zdobyć radziecki artysta, czyli tytuł Ludowego Artysty ZSRR, Nagrodę Leninowską oraz tytuł Bohatera Pracy Socjalistycznej; za granicą każdy z nich odnosił triumfy na najpierwszych scenach świata.
Żadnego z tej trójki już wśród nas nie ma: najstarsza z nich Irina Archipowa zmarła w 2010 roku, Jelena Obrazcowa pięć lat później; teraz, 20 marca, powikłania po zakażeniu koronawirusem położyły kres życiu Niestierienki.
Odszedł w Wiedniu, gdzie przez ostatnie dziesięciolecia spędzał większość czasu, także jako wykładowca tamtejszego konserwatorium; na zawsze spocznie jednak w Rosji, z którą nigdy bliskich więzów nie utracił, czego świadectwem były choćby urządzane mu w „Bolszom” z okazji 70-lecia i 75-lecia urodzin huczne wieczory jubileuszowe – podczas tego drugiego, w maju 2013 roku, dano fragmenty z „Cyrulika sewilskiego” Rossiniego z Niestierienką w partii Don Basilia oraz ostatni akt „Borysa Godunowa” Musorgskiego z jubilatem w roli tytułowej.
Bas cantante, swobodnie czujący się zarówno w wysokim, jak i niskim rejestrze, Niestierienko niekiedy wykonywał też partie barytonowe – w „Kniaziu Igorze” Borodina zdarzało mu się śpiewać zarówno Konczaka, jak i Igora, i to, jak niegdyś podczas występów „Bolszogo” w Mediolanie, w odstępie kilku dni w tej samej realizacji.
Po raz pierwszy jednak usłyszałem Niestierienkę nie w teatrze, lecz w sali koncertowej – zresztą do tej sfery swej działalności przywiązywał zawsze wagę niemniejszą aniżeli do występów scenicznych.
A ów koncert był wydarzeniem z rzędu doprawdy niezwykłych – odbywał się w najważniejszej sali koncertowej Moskwy, czyli Wielkiej Sali Konserwatorium 12 października 1975 roku, dwa miesiące po śmierci Dymitra Szostakowicza i był poświęcony jego pamięci; dyrygował syn kompozytora Maksym, zaś program wieczoru jakby spinał klamrą całą twórczość Szostakowicza, gdyż znalazły się w nim błyskotliwy debiut symfoniczny – I Symfonia f-moll oraz, właśnie w interpretacji Niestierienki, prawykonanie orkiestrowej wersji jednego z ostatnich dzieł twórcy – monumentalnego, przejmującego cyklu wokalnego do słów Michała Anioła; prawykonanie to złożył w ręce bardzo przez siebie cenionego śpiewaka sam Szostakowicz.
Po raz ostatni zaś słuchałem Niestierienki też poza teatrem – w lipcu 1992 roku na moskiewskim placu Czerwonym we wspaniałym plenerowym koncercie, podczas którego występował wraz z m. in. Anną Tomową-Sintow, José Carrerasem i Leo Nuccim.
W bardzo obszernym repertuarze scenicznym Niestierienki (w 1982 roku mówił mi o 44 pierwszoplanowych rolach operowych) szczególne miejsce zajmowały oczywiście opery rosyjskie. Partię Borysa Godunowa w operze Musorgskiego opanował i śpiewał w trzech wersjach dzieła: pierwszej i ostatecznej redakcji kompozytora oraz redakcji Rimskiego-Korsakowa. Fascynował jako Dosifiej w „Chowańszczyźnie” Musorgskiego, Rusłan i Iwan Susanin w operach Glinki czy Salieri w „Mozarcie i Salierim” Rimskiego-Korsakowa. Gdy w 1984 roku w Warszawie podczas gościnnych występów swego teatru śpiewał Griemina w „Eugeniuszu Onieginie” Czajkowskiego, owacje po słynnej arii „Lubwi wsie wozrasty pokorny” zdawały się niemal tak długie jak sama aria.
Z dzieł mniej w Polsce znanych był świetnym Młynarzem w „Rusałce” Dargomyżskiego, operze dla nas o tyle ważnej, że komponowanej niemal równocześnie z „Halką” Moniuszki i wielce ją przy tym przypominającej swoim librettem – i tu, i tam idzie o pokrzywdzoną i porzuconą przez pana wiejską dziewczynę, choć u Dargomyżskiego koniec akcji przenosi się w sferę baśniową. Z repertuaru zachodniego odnosił Niestierienko sukcesy jako Mefistofeles w „Fauście” Gounoda i „Mefistofelesie” Boita, Filip II i Wielki Inkwizytor w „Don Carlosie” Verdiego, Sarastro w „Czarodziejskim flecie” Mozarta czy też Mojżesz w specjalnie dlań wystawionej przez La Scalę operze Rossiniego.
Z dużym upodobaniem sięgał Niestierienko po dzieła dwudziestowieczne – to właśnie z jego inicjatywy np. w 1978 roku „Bolszoj” włączył do swego repertuaru „Zamek księcia Sinobrodego” Bartóka, a kreacje, które stworzyli w tym przedstawieniu Niestierienko jako Sinobrody i Obrazcowa jako Judyta, pamiętam po dziś dzień.
Monografista artysty Aleksander Gusiew pisał o jego interpretacjach tak: „W jego wykonaniach wszystko jest przemyślane do najmniejszej drobnostki, nie ma niczego niepotrzebnego. Każda kreacja Niestierienki ujawnia precyzyjnie kontrolowaną równowagę elementów intelektualnych i emocjonalnych…
Bywają momenty, gdy artysta osiąga wstrząsający stopień ekspresji. Ale właśnie na tym właśnie polega wysoki profesjonalizm Niestierienki, że nigdy nie pozwala on sobie „zachłysnąć się” emocjami na tyle, by wykroczyło to poza granice artystycznego smaku.”
W opiniach krytyki nieraz pojawiały się porównania z Szalapinem, tym bardziej zasadne, że, podobnie jak jego legendarny poprzednik, Niestierienko objawiał wyjątkowe zdolności aktorskie, w tym niezwykłą umiejętność charakterystyki plastycznej swych bohaterów.
Swoje zawodowe doświadczenia i refleksje opisał i zawarł w dwóch książkach oraz dziesiątkach artykułów i wywiadów. Wiele zrobił też jako pedagog; wśród jego moskiewskich uczniów był, także już nieżyjący, nasz znakomity Leonard Andrzej Mróz.

Dzika reprywatyzacja wraca?

Lokatorzy warszawskich kamienic, na które zęby ostrzą sobie zawodowi „odzyskiwacze”, wciąż nie mogą spać spokojnie. Ratusz zamierza zezwolić na przejmowanie budynków przez „właścicieli roszczeń”. Jak twierdzi – został postawiony pod ścianą.

Za rządów Rafała Trzaskowskiego w warszawskim ratuszu jak dotąd proceder przejmowania nieruchomości przez wątpliwej reputacji „spadkobierców” przedwojennych właścicieli pozostawał w stanie zawieszenia. Od jesieni 2018 w ręce prywaciarzy trafił tylko jeden teren – 387 m kw. działka na Pradze.

Nie ma ustawy

Problemem ratusza jest jednak brak regulacji określających warunki, na mocy których posiadacze roszczeń mogliby się ubiegać o zwrot nieruchomości. Rząd PiS, zajęty innymi sprawami, wciąż nie uchwalił ustawy reprywatyzacyjnej, co przyczynia się do utrzymywania patologicznego statusu quo.

Nie brakuje głosów, że to celowe działanie władzy, która chce postawić w niewygodnej sytuacji prezydenta stolicy, jednego z najbardziej rozpoznawalnych polityków Platformy Obywatelskiej. Powrót reprywatyzacji miałby być pierwszym krokiem do przejęcia sterów Warszawy przez PiS po wyborach samorządowych w 2023.
Dlaczego ratusz jest zmuszony ponownie dać zielone światło na przekazywanie budynków? Ponad 100 spraw, w których przypadku urząd miasta wnioskował do Samorządowego Kolegium Odwoławczego nie może zostać odwołanych, bo SKO nie wyraża na to zgody.

Powstrzymać przekręty

– Kolegium nie chce uznawać naszych wniosków o unieważnienie decyzji. Mogłoby zająć się tym z urzędu, ale nie chce tego robić, ponieważ musiałoby przyznać, że i tam popełniane były błędy. Liczymy na autorefleksję SKO. My w urzędzie miasta nie odżegnujemy się od tego, że były tutaj wydawane również wadliwe decyzje – mówi w rozmowie z „GW” wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej, odpowiedzialny za reprywatyzację.
Ratusz zapowiada, że zrobi wszystko, by nieruchomości nie trafiły w ręce przestępców podających się za spadkobierców. Ma w tym pomóc analiza historyczna aktów prawnych, a także przedwojennej prasy.

Czy można wierzyć Platformie?

Jednak obrońcy praw lokatorów nie są wcale przekonani co do wiarygodności tych gwarancji ani co do tego, na ile włodarze naprawdę chcą się zaangażować w zabezpieczenie interesów lokatorów. Mówił o tym w wywiadzie na łamach „Dziennika Trybuna” Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.

W dobre intencje władz Warszawy nie wierzy demaskator reprywatyzacyjnych przekrętów Jan Śpiewak.

– To jest wstrząsające, ale nie zaskakujące. Od początku twierdziłem, że ukrytym celem Trzaskowskiego i Rabieja jest powrót do tego haniebnego procederu handlowania ludźmi – napisał działacz na Facebooku.

Mafia wróci?

– Nie po to ratusz wydaje miliony, żeby zwalczać korzystne dla siebie decyzje Komisji Weryfikacyjnej, nie po to ja mam w sumie 25 pozwów i aktów oskarżenia, żeby biznes miał się nie kręcić. Kasa musi się zgadzać – wskazuje działacz miejski.

W ocenie Śpiewaka nowe skandale i dramaty lokatorów są w stolicy wyłącznie kwestią czasu.

– Taka decyzja otwiera drogę do powrotu mafii reprywatyzacyjnej w stolicy. Ratusz musi mieć tego pełną świadomość. Wie też, że większość zwrotów była nielegalna, ale najważniejszy jest interes lobby reprywatyzacyjnego. Trybunał Konstytucyjny dwukrotnie się wypowiadał w sprawie reprywatyzacji i dwukrotnie jego orzeczenia oznaczały, ze zdecydowana większość warszawskich zwrotów była nielegalna. Nie można na gruncie polskiego prawa unieważniać decyzji administracyjnych, które były wydane 70 lat temu i przyniosły nieodwracalne skutki. Wie o tym każdy prawnik w Warszawie, ale nie wie o tym Trzaskowski – napisał Jan Śpiewak.

Rozenek kandydatem SLD w Warszawie

– Kilka dni temu mieliśmy do czynienia ze skandaliczną sytuacją, kiedy to kandydat na prezydenta koalicji SLD Lewica Razem został brutalnie i bezpodstawnie zaatakowany przez jednego z kontrkandydatów. Andrzeja Celińskiego, co do którego uczciwości i przeszłości nie ma żadnych zastrzeżeń, próbowano uwikłać w aferę reprywatyzacyjną, co w naszej ocenie jest działaniem skandalicznym i nie tak powinna się toczyć debata na temat kto w przyszłości zasiądzie w fotelu prezydenta Warszawy – powiedział Sebastian Wierzbicki, przewodniczący SLD w Warszawie rozpoczynając konferencję prasową, która odbyła się przed wejściem do Pałacu Kultury i Nauki 27 lipca 2018 r.
– Nie zmienia to faktu, iż reakcja kandydata Andrzeja Celińskiego była zbyt emocjonalna. Rozumiemy go doskonale jako człowieka oraz jego emocje, jednakże uważamy, iż w debacie publicznej język jakim odpowiedział Andrzej Celiński nie powinien funkcjonować – ocenił polityk Sojuszu.
– W związku z powyższym, wczorajszy Zarząd Warszawski SLD podjął decyzję o cofnięciu rekomendacji dla Andrzeja Celińskiego, jako kandydata koalicji SLD Lewica Razem i jednocześnie zadecydował, że kandydatem Sojuszu na prezydenta w najbliższych wyborach samorządowych w stolicy będzie Andrzej Rozenek – oświadczył Wierzbicki. – Decyzja zapadła jednomyślnie – dodał.
Przewodniczący warszawskiego SLD podziękował Andrzejowi Celińskiemu za gotowość do startu. – Planowaliśmy ruszyć z kampanią w momencie jej oficjalnego ogłoszenia, a nie tak jak robią inni kandydaci, którzy czynią to już teraz. Andrzej Celiński miał przygotowaną bardzo dobrą ofertę dla warszawianek i warszawiaków, niestety nie było mu danego tego programu przedstawić – podsumował.
– Jestem przekonany, iż Andrzej Rozenk będzie znakomicie reprezentował Sojusz Lewicy Demokratycznej w nadchodzących wyborach, który będzie głośno i czytelnie artykułował co Sojusz do tej pory zrobił w Warszawie i co pragnie zdziałać w przyszłości, co w mieście działa się źle i jak chcemy to naprawić. Uważam, że Andrzej Rozenek osiągnie w tych wyborach bardzo dobry wynik i listy do Rady Miasta i Sejmiku, które państwu wkrótce zaprezentujemy, pokażą, iż SLD w tych wyborach wystawia bardzo mocną ekipę – poinformował.
– Dziękuję za zaufanie i tę rekomendację. Postaram się nie zawieść i udowodnię, iż trzecia siła polityczna w Polsce ma dobrego kandydata na prezydenta stolicy – rozpoczął swoje wystąpienie Andrzej Rozenek.
– Warszawa jest moim miastem przez całe życie. Znam problemy stolicy i niedługo zaprezentuję program, który będzie atrakcyjny dla każdego warszawiaka – stwierdził polityk lewicy.
– Przed nami kampania, która się przecież jeszcze nie zaczęła. Kiedy się zacznie, będą mógł się odnosić do tego, jak nowa Warszawa powinna wyglądać, a powinna być uczciwa, przyjazna oraz być bardzo nowoczesnym miastem – poinformował.
– W historii chamskie ataki polityczne były dwa. Pierwszy na zlecenie Platformy Obywatelskiej na Włodzimierza Cimoszewicza w wyborach prezydenckich. Drugi bezczelny na Andrzeja Celińskiego, który odbył się kilka dni temu – powiedział Włodzimierz Czarzasty podczas spotkania z dziennikarzami.
Przewodniczący SLD przypomniał, iż Łodzi, Rzeszowie, Krakowie, czy też we Wrocławiu powstały ponadpartyjne komitety wyborcze, w których kandydaci lewicy zostali poparci przez min. PO, czy też Nowoczesną co miało miejsce w Krakowie i Rzeszowie lub też SLD poparło kandydatów z innych ugrupowań, co miało miejsce w Łodzi, czy też we Wrocławiu. – W Warszawie kilka miesięcy temu chcieliśmy poprzeć pana Rafała Trzaskowskiego. Niestety, nasza propozycja nie została przyjęta, a pragnęliśmy, aby tak jak w Krakowie, Łodzi, czy też w Lublinie powstał ponadpartyjny komitet pana Trzaskowskiego, do którego to komitetu SLD chętnie by pół roku temu wstąpiło. Dostaliśmy następującą informację, że albo będziemy szli na listach Platformy Obywatelskiej i będziemy popierali kandydata tylko i wyłącznie PO, albo możemy iść sami – obwieścił. – Zdecydowaliśmy się więc na wystawienie własnego kandydata – dodał.
– W Warszawie był kryzys, ale został opanowany, mamy świetnego kandydata – Andrzeja Rozenka. Andrzeju jesteś świetnym kandydatem do walki o Warszawę – oświadczył Czarzasty i podziękował Andrzejowi Celińskiemu za współpracę. – Kłaniamy się Andrzejowi Celińskiemu, pozostaniemy przyjaciółmi – podkreślił.

Cuda, cuda

Ogłaszają!

 

Przecieram oczy ze zdumienia i zastanawiam się, na jaki etap wkroczy na jesieni kampania wyborcza w Warszawie, skoro jest koniec lipca, a:
– kandydat Platformy Obywatelskiej chwali si znajomością dzieł Morina (chapeau bas, tylko w jaki sposób miałoby si to okazać pomocne na stanowisku prezydenta stolicy?), jadąc metrem, którego istnienie jak sugeruje ciężko przerażona mina dopiero niedawno odnotował;
– kandydat PiS z kolei całą Warszawę chce opasać metrem bez ładu i składu: podpowiadam – nie da się budować na czterech krańcach jednocześnie dwóch linii w ciągu dwóch kadencji. Nie w Warszawie, która i tak jest dostatecznie zakorkowana. Czy Patryk Jaki zamiast tego uruchomi zastępczą komunikację śmigłowcami?
– kandydat Wygra Warszawa zapowiada tysiące mieszkań socjalnych, ale przy okazji puszcza w eter oskarżenia rzucane na zasadzie „może się przyklei”. Powiązanie Andrzeja Celińskiego z generałem Robełkiem wykazało w zasadzie tyle, że obaj panowie mieli kiedyś robotę w tej samej firmie. Dlaczego miałoby to obciążać polityka SLD w kontekście reprywatyzacji, nie wykazano. Zatem wygląda to na brudny chwyt oparty jedynie na niesprawdzonych sugestiach.
– Z kolei kandydat SLD jak się odwinął „chujem” to na całego. Rzecznicy partii muszą teraz pluć sobie w brodę, że reklamowali go jako kandydata o wysokiej kulturze osobistej, unikajacego uwikływania się w dziecinne spory.
Czekam, aż zaczną rozdawa ćmieszkania, a co najmniej bilety miesięczne. Najlepiej na to metro, co w ciągu 8 lat opasze całą Warszawę.
Czym przebije pozostaych Piotr Ikonowicz? Strach si bać…