Uciekające owieczki

Instytucja kościoła w Polsce doświadczana jest w ostatnich dziesięcioleciach mocniej niż kiedykolwiek w historii.

Przemiany zachodzą zarówno w samym kościele jak i wśród wiernych. Badania pokazują, że w Kościele nie jest ich już tylu jak chociażby 40 lat temu. Zgodnie z danymi Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego SAC w 1980 roku w niedzielnej mszy uczestniczyło 51 proc. społeczeństwa. W 2016 roku liczba ta spadła do 36,7 proc i… nadal spada. Analizując ogólnoświatową tendencję odchodzenia od kościoła Polska jest obecnie w światowej czołówce. Mimo tak niepodważalnych danych zarówno biskupi jak i przedstawiciele obozu rządzącego próbują wmówić swoim (słuchającym ich) poddanym, że jest inaczej i że Polska jest ostatnim bastionem wiary, o który należy walczyć.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu przedstawiciele kościoła występowali w roli autorytetu, który łagodził konflikty, był pośrednikiem między totalitarną czy autorytarną władzą a społeczeństwem. Całe lata był niezależną od rządu siłą, która odważnie stawała po stronie pokrzywdzonych, społecznie poszkodowanych. Jednak kiedy Polska wyszła już z ciężkiego pełnego opresji okresu swojej historii jego pozycja zmieniła się, a jego wpływ nie był już tak znaczący dla społeczeństwa. Kolejnym uderzeniem było pojawienie się internetu i mediów w każdej nawet najbardziej zapyziałej chatce. Ludzie bezpowrotnie przestali uznawać niedzielne kazanie za jedyny środek przekazu z którego mogliby dowiedzieć się czegoś o świecie, a kontakt ze sztuką przestał ograniczać się do naściennych kościelnych malowideł.
Dla hierarchów kościoła zagrożenie płynące z postępującej marginalizacji wiązało się nie tylko z faktem, że kościół jako instytucja przestał się rozwijać i być jedynym liczącym się medium, ale również dlatego, że jego przedstawiciele nie mieli już takiej siły wpływu na społeczeństwo jaką mieli wcześniej. Taki stan rzeczy nie pozwalał już bowiem dalej na zaspokajanie potrzeby władzy, blichtru i… budowania biznesu.
W czasach, kiedy szczytowy instytucjonalny rozwój polskiego katolicyzmu minął bezpowrotnie i kiedy już kościół sam przestał stanowić o sile polskiego narodu aby przetrwać hierarchowie musieli poszukać sojusznika. Okazał się nim człowiek, który doskonale zna polską demografię i który wie w jaki sposób przejąć wynikającą z niej większość wyborców. Jego partia na nowo więc dała kościołowi szanse odejścia od zapomnienia i pojawienia na salonach. Kościół otrzymał upragnioną władzę i siłę sprawczą. Zawiązany został pakt, który pozwala obojgu utrzymywać się na powierzchni. Na oczach wszystkich patria rządząca i kościelni hierarchowie uwinęli sobie bezpieczne gniazdko, z którego póki co żadna siła nie zdołała ich wykopać.
Polską rządzą obecnie ludzie, którzy czasy dostępu do swojej młodzieńczej siły, już dawno mają za sobą. Co więcej z każdym miesiącem utrwalają znany sobie feudalny model prowadzenia państwa praktykując średniowieczne metody siły i strachu na polskim społeczeństwie. .
Obserwując to co dzieje się w kościele i jak skutecznie uśmierca on sam siebie pojawia się pytanie jak długo będzie on otrzymywał przyzwolenie na swoje obecne działania.

Polska przed filmem i po filmie Ważny tunajt

Niedawno wróciłem z Madrytu, gdzie odwiedziłem m.in. miejscowe muzeum sztuki współczesnej. Jedna z ekspozycji tamże poświęcona była propagandzie okresu wojny domowej 1933-36 oraz latom poprzedzającym jej wybuch. W jednej z gazet republikańskich/socjalistycznych z tamtego okresu, natrafiłem na ciekawy fragment. Brzmiał on mniej więcej tak: „W Sewilli grupa robotników wychodzących z fabryki, napotkała na swojej drodze przechadzającego się księdza. Wobec tak oczywistej prowokacji…”
Parę dni temu w metrze, napotkałem na swojej drodze księdza, który podobnie jak ja, czekał na skład w stronę Młocin. Przypomniał mi się wtedy ten fragment, bo byłem świeżo po seansie filmu braci Sekielskich na wiadomy temat. Rozłożyłem go sobie na trzy razy. Nie dlatego, że nie mogłem przetrawić na raz tych wszystkich okropieństw. Ot, raz za późno zacząłem oglądać i usnąłem. Drugi raz przerwałem, bo ktoś zadzwonił domofonem do drzwi i dopiero za trzecim podejściem ukończyłem całość. Minęło już wówczas trochę czasu od premiery i mogłem jako tako prześledzić ton komentarzy, które wezbrały zaraz po opublikowaniu dokumentu w internetach.
Naturalnie, zgadzam się co do wymowy, że Sekielscy obnażają grzechy Kościoła mocno i bez pardonu, a Kościół polski i jego hierarchowie, miotają się jak zwierzyna w potrzasku, bo nie może im przejść przez usta słowo przepraszam, przynajmniej nie wszystkim. Jednakowoż, bardzo mocno mnie dziwi narracja powtarzana przez media elektroniczne i prasę na lewo od mediów rządowo-toruńskich, że oto mamy za przyczyną filmu braci S. zebrane dowody na kościelną pedofilię, o której wcześniej nikt nie słyszał ani nikt nie mówił. Komu jak komu, ale czytelnikom tej gazety, jak również gazety Urbana i periodyku byłego księdza Romana, chyba nie specjalnie trzeba przypominać, ileż to przypadków kościelnej pedofilii ujawniali na swoich łamach, jeden i drugi, na długo przed tym, kiedy Sekielski Tomasz począł zbierać w sieci pieniądze na realizację swojego projektu. Wszak to, z czym nas film Sekielskich zaznajamia, to dla nas, tej całej hałastry lewackiej, progresywnej, laickiej czy nawet liberalnej pokroju Liberté, sprawy doskonale znane i Ameryki nieodkrywające, a mimo wszystko lud lewicowy dziwi się, jakże to możliwe, że księża w Polsce molestują dzieci i gdyby nie film Sekielskich, nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. Bardziej jednak niż to udawane zdziwienie na pokaz, zirytowało mnie to, z czym chwilę po premierze filmu mieliśmy do czynienia w Sejmie.
Oto w trybie ekspresowym, do tego co prawda już zdążyliśmy za tej kadencji przywyknąć, ale jednak mimo wszystko – ekspresowym – nowelizuje się ustawę o karaniu za przestępstwa seksualne wobec nieletnich. Wygląda to trochę tak, jakby do momentu opublikowania filmu Sekielskich w sieci, nikt z rządzących w Polsce nie wiedział, że coś takiego jak molestowanie występuje, a przynajmniej nie na taką skalę, co z kolei uzasadniać by miało zaostrzenie przepisów. Innymi słowy, było molestowanie małoletnich do filmu Sekielskiego, i to molestowanie zdecydowanie łagodniej należało karać, a po filmie rządzący uznali w jedną noc, że sposób molestowania drastycznie się zaostrzył, takoż trzeba równie drastycznie zaostrzyć za owo molestowanie kary. No i jak pomyśleli, tak zrobili, a efekty oczywiście przyjdą same, bo po zaostrzeniu kar, żaden pedofil, zwłaszcza w sutannie, nie zmolestuje już więcej żadnego pacholęcia, albo przynajmniej poważnie się nad tym zastanowi.
Pomijam przez grzeczność, że takie ekstraordynaryjne poprawianie ustaw nic dobrego polskiej legislaturze nie przyniesie, żeby nie napisać, że najzwyczajniej mocno ją popsuje. Nie uważam też, że cokolwiek zmieni tu komisja śledcza, bo, jak pokazały wszystkie dotychczasowe, jest to dla polskich posłów, darmowa winda autopromocji i darmowego czasu antenowego i tak samo byłoby i z tą. Niemniej, w ferworze ognistej dyskusji podczas debaty sejmowej na wiadomy temat, ciskania przez jednego z posłów bucikami w prezesa, co swoją drogą, było słabe jak barszcz, bo o nic innego tu nie chodziło, jak tylko o tani poklask, zadziwił mnie głos ministra sprawiedliwości, który komentując to, co się w Sejmie w ostatnich dniach wydarzyło… miał rację. Dyskusja na tak poważny temat, powinna być, nawet jeśli emocje nie pozwalają na chłodny osąd, prowadzona z taktem i wyczuciem, a nie jak kolejna karczemna jatka czarnych z białymi i niebieskimi. Naturalnie, powiedział tak pan minister, bo gdyby to on był w opozycji, pewnie robiłby tak samo jak ten od niemowlęcych bucików, a jego alter ego z rządu wytknąłby mu to samo, co jedynie pokazuje jak na dłoni, z towarzystwem jakiego autoramentu mamy dziś w polityce do czynienia.
Kiedy tak sobie stałem na stacji i przyglądałem się księdzu który czekał na metro, pomyślałem sobie, czy niedługo chodzenie przez duchownych po ulicy w stroju służbowym nie zacznie być powodem do wstydu, albo przynajmniej do obciachu. Mnie akurat nie trzeba przekonywać do tego, że tak jak w każdym zawodzie, tak i w tym są prymitywy, karierowicze i wyzyskiwacze, ale są również i ludzie przyzwoici i porządni, bo sam nawet kilku takich znam. Cóż jednak z tego, kiedy kierownictwo zakładu idzie w zaparte i nawet nie chce słyszeć o planie naprawczym. Chciałbym zobaczyć PR-ową strategię polskiego Kościoła na bieżący czas kryzysu. To musiałaby być bardzo krótka lektura. Ale jeszcze bardziej chciałbym zobaczyć agencję PR-ową, która podjęłaby się Kościoła owego reprezentowania…

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Księga wyjścia

Ballada, ale trochę inna

Gdy już na dobre wróciłem do polskiego życia, odniosłem wrażenie, że ponownie odkryłem „Amerykę”. Chwilowe oderwanie dało mi cenny dystans do obserwacji. Pora więc je spisać nim ponownie spowszednieją. Ale najpierw trochę prywaty.
Pod jednym z moich felietonów pojawił się komentarz, który miał podważyć moją wiarygodność. Brzmiał on mniej więcej tak: „Jak można ufać komuś, kto pracował w NIE”. Bez wątpienia napisał to ktoś o skrajnie katoprawicowych poglądach, umknęło mu jednak, że pracowałem również w „Faktach i Mitach”, ba byłem tam nawet zastępcą naczelnego, a obecnie piszę dla „Dziennika Trybuna”, który jak najbardziej gazetą lewicową jest. Nie wytknął mi – co nawet bym zrozumiał – niewiarygodności spowodowanej nałogami, ponieważ uderzyłoby to w dwóch czołowych polityków PiS, mam na myśli – marszałków Kuchcińskiego i Terleckiego.
Nie wytknął mi również pracy w najmniej wiarygodnym medium, czyli w samym TVP, TVP info, i tego, że maczałem palce w programie prowadzonym obecnie przez Magdalenę Ogórek – dzięki czemu udało mi się kiedyś publicznie zdemaskować kłamstwo samego prezesa Kurskiego – ale na rehabilitacje środowisk liberalnych nie mam co liczyć. Praca w propagandowej tubie rządzących definitywnie dyskwalifikuje moją wiarygodność w oczach liberałów zwanych obecnie lewicą, praca w „NIE”, „Trybunie”, „FiM” i portalach o jasno określonej linii politycznej jest nie do strawienia dla prawicy, nawet tej najbardziej umiarkowanej. A nałogi czynią mnie niewiarygodnym dla pozostałej części społeczeństwa.
Ponieważ jednak żyjemy w kraju paradoksów, jest spora grupa, która czyta te felietony, mało tego udostępnia je i cytuje. Może właśnie dlatego, że żyjemy w świecie kłamstwa i manipulacji, wiarygodnym jest ten, kto potrafi publicznie powiedzieć „zachlałem”, „skłamałem”, „ukradłem”, „pomyliłem się”, „oszukałem” itp.
Gdyby najbardziej znany lokalny polityk, czyli radny z Żor powiedział: „mam gdzieś cały ten wasz protest przeciwko PiS-owi i sprzedaję im swoje poglądy za stanowisko”, wszyscy mieliby go za chuja, ale takiego z jajami. Wytrąciłby tym argument manifestującym. Wyobraźmy sobie taką scenę: idzie tłum wkurzonych mieszkańców Żor z transparentem „Kałuża, sprzedałeś się za stanowisko”, ten wychodzi naprzeciw i przez megafon spokojnym tonem odpowiada: „No przecież już o tym mówiłem”, po czym spokojnie wraca na obiecane przez PiS stanowisko. Zdaje się, że chodziło o fotel marszałka województwa. Manifestujący zostaliby z ręką w nocniku, bo jak tu się kłócić z kimś, kto przyznaje rację.
Istnieją dwa rodzaje polityków – przyłapani i nieprzyłapani. Nie ma w Polsce kategorii polityka skompromitowanego, czołowi działacze PiS-u tak już podbili poprzeczkę, że coś co kiedyś oburzyło cały kraj – choroba filipińska, zapalenie goleni Aleksandra Kwaśniewskiego – teraz pewnie nie zostałoby nawet zauważone przy „wyskokach” obecnych prominentów. A tak swoją drogą przypomniało mi się zdjęcie posła Bogdana Pęka, gdy w korytarzu sejmowego hotelu dopadły go bakterie tej filipińskiej zarazy, przez co biedak zasnął w poprzek sejmowego korytarza niczym mulda w osiedlowej uliczce.
Wtedy jeszcze PiS udawał uczciwą partię, Pęk wyleciał. Kiedyś usuwali nawet wartościowych dla nich krętaczy – działaczy, jeśli zostali przyłapani na jakimś „przekręcie”. Pewnie dlatego wyleciał Hofman i Kamiński, gdyby sytuacja wyszła teraz, to jestem pewien, że włos by im z głowy nie spadł. Nieprzyłapani mają spokój dopóki nie wypłyną nagrania, lub nie wybuchnie afera. A gdy wybuchnie, to wystarczy milczeć jak w przypadku SKOK-u, z czasem sprawa ucichnie. W najgorszym wypadku powstanie jakaś komisja, która powoła podkomisję, ta z kolei po obiedzie – właśnie obiad to jedyne co zapamiętałem z obrad słynnej podkomisji zwołanej przez ministra Macierewicza. Gdy grupa członków w pośpiechu biegła na stołówkę, a jedyne co powiedzieli wtedy czekającym na jakąś informację dziennikarzom, to, klepiąc się po brzuchach, że są głodni. Nikt tak do końca nie wie czym się zajmują i nawet najbardziej dociekliwy dziennikarz nie dojdzie na jakim jest etapie prac. Wiadomo że formalnie istnieje, że generuje spore koszty, ale dawno nikt tam nikogo nie widział, telefon milczy, a zapytani politycy PiS-u odsyłają pod adres, gdzie nikogo nie ma. Nam pozostają jedynie domysły, że po wyborach – nigdy przed – objawi się z nowymi termobarycznymi rewelacjami. Tegoroczny budżet tego dziwnego gremium to dwa miliony złotych, chociaż urzęduje tam jedynie sekretarka.
Odbiegłem trochę od tematu słowa „ale”, chciałem podzielić się z Wami wnioskami jakie nasuwają się człowiekowi, który po blisko roku ponownie zainteresował się krajową polityką. A opisana wyżej sprawa, zwłaszcza z Wacławem Berczyńskim, była chyba ostatnią sensacją zanim opuściłem ojczyznę (czemu nie matczyznę, albo rodziczyznę?).
Przyłapani zawsze bronią się tym magicznym „ale”. Zawsze gdy coś wypłynie, ktoś zostanie nagrany, przyłapany lub diametralnie zmieni barwy partyjne dodaje od razu, „ale wynikało to z interesu publicznego…”, lub „ale dzięki temu będę mógł zrobić to czy tamto”.
Zwróćcie uwagę na magiczne słowo „ale”, które zastosowane w zdaniu podrzędnym zawsze kasuje zdanie nadrzędne, czyli zwykle jakąś winę. Mógłbym napisać tak: jestem lewicowym dziennikarzem, ale zatrudniłem się w TVP, by przemycać antyprawicowe treści, a w „Studio Polska”, by blokować rasistowskie tweety. Jedno małe „ale” i już wychodzę na Klosa i Wallenroda w jednym. Guzik prawda, potrzebowałem pracy i kasy, a o tym że będę między innymi cenzurował tweety dowiedziałem się później.
Może właśnie dlatego ktoś, kto nie dorabia ideologii zmieniając redakcję i bez ogródek opowiada o swoich upadkach. Mówi wprost o tym co inni chowają pod dywan, lub czynią różne akrobacje, by wytłumaczyć publicznie takie, a nie inne decyzje (czytaj kłamstwa), co chwilę używając spójnika „ale” jako wykrzyknika zaprzeczającego, lub wyrażającego przeciwieństwo przypisywanym intencjom. Nie wiem dlaczego, zawsze gdy słyszę „ale” mam przed oczami Ryszarda Czarneckiego – to tak na marginesie.
Żyjemy w czasach, gdzie prawdę można wyłowić jedynie z potoku kłamstw i manipulacji, ale żeby to zrobić trzeba trochę poćwiczyć krytyczne myślenie. U mnie nauka powinna iść w parze z zawodem, ale wierzcie mi, niewielu dziennikarzy zdaje sobie sprawę, że są manipulowani. Ja zorientowałem się gdy wróciłem z wojny w byłej Jugosławii i zobaczyłem w Polskiej telewizji (we wszystkich kanałach) relacje diametralnie odbiegające od tego, co widziałem na miejscu. Niezłą lekcją oddzielania ziarna od plew są fejsbukowe programy Kuby Wątłego – niezależnie czy się z nim zgadzamy czy nie, obnaża mechanizmy jakimi mamią nas media i jak z tej papki wyłowić przynajmniej jakiś zarys prawdy, obnaża jak nie łykać każdej bzdury uwiarygodnionej odpowiednią oprawą i powagą dużej stacji telewizyjnej.
Tyle o polityce. Codzienność też ukazała mi się na nowo. Bardzo często korzystam z publicznego transportu. Chcąc nie chcąc jestem świadkiem rozmów prowadzonych przez współpasażerów. Do wszelkich naszych przywar dołożyłbym jeszcze jedną – „mądrości” zaczerpnięte z „podblokowej” ławki, lub knajpy i kolportowane jako niepodważalne fakty.
Przy okazji przypomniała mi się historia sprzed ponad dwudziestu lat. Pracowałem wtedy w puławskim oddziale „Dziennika Wschodniego”, mieliśmy siedzibę w jednym z pawilonów. Wchodziło się więc jak do zwykłego sklepu, nie było sekretarek i każdy kto przekroczył próg wchodził wprost do redakcji.
Przyszedł kiedyś pewien mężczyzna, bez większego skrępowania usiadł na krześle i powiedział: „Panie redaktorze, musi pan to napisać, to bardzo ważne”. Zaintrygował mnie i przerwałem pracę w oczekiwaniu co powie. Po krótkiej pauzie, która podniosła napięcie zaczął wreszcie mówić: „Wszystko przez tych Żydów” – powiedział i spojrzał na mnie w oczekiwaniu na pytanie dzięki któremu będzie mógł kontynuować. „Kogo ma pan na myśli – mieszkańców Izraela, czy wyznawców judaizmu?” – zapytałem. „Chodzi mi o tych Żydów, przez których świat jest pełen zła, tych co ukrzyżowali Jezusa” – odparł. Nie wdając się w szczegóły, odpowiedziałem mu w najprostszy możliwy sposób: „Myli się pan, Jezus sam był Żydem, a ukrzyżowali go Rzymianie” – powiedziałem. Faceta zmroziło, dobrą chwilę milczał nie wiedząc co powiedzieć, w końcu wstał i drapiąc się w głowę odrzekł – „To ja już kurwa nic nie rozumiem”.
Potraktował bardzo poważnie moją odpowiedź, która zburzyła mu całą teorię zła, zwalającą na tego okropnego Żyda wszystko. Od braku gminnej drogi przez nieurodzaj i oczywiście to, że krowa padła. Już nie chodzi o nację, prawdziwym problemem tego faceta – z wyglądu rolnik – było to, że nie miał już na kogo zwalić winy.
Wracając jednak do teraźniejszości, każdego dnia jeżdżę albo do Kazimierza Dolnego, albo do Lublina. Za każdym razem autobusem. Jestem świadkiem najprzeróżniejszych rozmów. Ponownie uderzyła mnie ta nasz narodowa pewność własnej opinii.
O ile nie wchodziłem w dyskusję o bogu, religii i obgadywaniu znajomych (kolejna nasza cecha), to gdy usłyszałem rozmowę o „księżycowym kłamstwie”, zacząłem jej się uważnie przysłuchiwać. Obaj rozmówcy byli pewni – Amerykanie nigdy na księżycu nie byli. Siedzieliśmy w autobusie, w jednym z tych czteroosobowych miejsc, czyli foteli naprzeciwko siebie. Rozmówcy szydzili z tego „kłamstwa” przerzucając się dowodami. Zaintrygowało mnie to do tego stopnia, że postanowiłem włączyć się w tę rozmowę. Zapytałem skąd takie wnioski, jak dotarli do takich wiadomości? „Flaga powiewała mimo, że księżycu nie ma wiatru” – powiedział jeden z nich. Drugi wspomniał o odcisku buta: – „Nie ma takiej możliwości, by na suchym piachu pozostawić ślad. A na księżycu nie ma przecież wody” – odpowiedział pewnie.
Zapytałem więc, czy oglądali film ze słynnym lądowaniem – potwierdzili, następnie zapytałem czy wiedzą jaka jest tam grawitacja i atmosfera. Gdy skończyłem zdanie jeden patrzył w okno, drugi sprawdzał czy ma odpowiednio zawiązanego buta. Udałem, że nie zauważam konsternacji i ciągnąłem dalej, tak jakbym założył, że obaj doskonale wiedzą, a pytanie było retoryczne. Kontynuowałem więc już całkiem poważnie. Oczywiście, mógłbym od razu zapytać skąd wiedzą, że na księżycu nie ma ani wiatru, ani wody, powiedzieć, że najnowsze dane NASA są zupełnie inne, wymyślić naprędce kilka tytułów nieistniejących książek opisujących nigdy nieprzeprowadzone badania i powołać się na kilka zmyślonych nazwisk dodając przed każdym „profesor” – ale to urwałoby całą zabawę, bo nie potrafiliby podać kontrźródeł i albo by zamilkli, albo zmienili temat. A ja zamiast zasiać wątpliwość – co było moim celem – puściłbym w obieg zwykłe kłamstwo. Postanowiłem nie czepiać się więc drobiazgów i rzetelnie wyłożyć mój tok rozumowania.
„Rozmawiacie o słynnym lądowaniu w 1969 roku, gdy cały świat zaparł oddech oglądając telewizję. Czy była to prawda czy mistyfikacja – nie wiem, ale jeśli Amerykanie nakręcili to w jakimś studiu, to tam też nie ma wiatru. Nie wiem jak zachowa się w próżni i przy sześciokrotnie słabszym przyciąganiu płachta materiału wprowadzona w ruch podczas niesienia. Może zamiast opadać podobnie jak na ziemi, będzie jeszcze jakiś czas łopotać, nie znam też struktury księżycowego gruntu. Mówimy o nim piach, pył, oczywiście na ziemi w suchym pyle nie byłoby szans żeby zostawić tak wyraźne ślady buta. Ale dlatego, że ziemski piach przypomina miniaturowe, gładkie kamyki, a ja nie mam pojęcia czy tam są takie same. A może ich powierzchnia jest jak papier ścierny, lub haczykowata? Nie mam pojęcia czy Amerykanie byli na księżycu, czy też nie. Panowie to podważacie. Lot o którym rozmawiamy był w 1969 roku, czyli w samym szczycie zimnej wojny. Zarówno Rosjanie jak i Amerykanie wsadzali swoich szpiegów gdzie się da, korumpowali, szantażowali i wzajemnie nafaszerowali się agenturą bardziej niż świąteczna strucla rodzynkami. Jeśli Rosjanie wykryliby blamaż, druga strona długo nie pozbierałaby się po takim ciosie. Ogromne ryzyko. Na chłopski rozum: czy były wówczas możliwości techniczne takiego przedsięwzięcia? Pewności oczywiście nie mam, ale wiem, że bezzałogowe już tam lądowały, sowieckie również – więc jest to bardzo prawdopodobne. Jeśli nie, to czy nie lepiej byłoby nie udawać lotu, niż zostać skompromitowanym – przypominam, że w tamtym czasie byłoby to kosmicznym samobójstwem dla USA, katastrofą większą niż zawalenie Manhattanu. Chociaż pewności mieć nie mogę, to jednak myślę, że jest to bardziej prawdopodobne niż teza o mistyfikacji” – zakończyłem wyjaśnienie, w momencie gdy autobus minął Bochotnicę i powoli zbliżał się do Kazimierza. „Brzmi to nawet sensownie, ale gdyby naprawdę polecieli wtedy na księżyc, to już by nie odpuścili i polecieliby tam znowu”, autobus zatrzymał się już na przystanku. „Zaraz, zaraz – zapytałem wychodząc – to pan nie wie o pozostałych lotach? Było ich sześć, tych załogowych oczywiście, ostatni w grudniu 1970 roku” – odpowiedziałem sam sobie. Machnąłem im ręką na pożegnanie – ale sprawiali wrażenie zahipnotyzowanych i pewnie wzięli mnie za idiotę.
„Sonda właśnie dotknęła ZIEMI” – przypomniałem sobie relację telewizyjną ze słynnego pierwszego lądowania na Marsie. No cóż, dziennikarz, wydawca, czy lektor nie muszą znać się na astronomii, ale powinni wiedzieć, że powierzchni Marsa, raczej „ziemią” nazwać nie można. Grunt, podłoże i wiele innych synonimów. Ale ziemia? Może jednak faceci w autobusie mieli rację pomyślałem i parsknąłem śmiechem.

Kontrreformacja trwa nadal

Popatrzmy na obraz Jana Matejki „Batory pod Pskowem”: Batory siedzi zblazowany, choć z nagą szablą i spod półprzymkniętych powiek przygląda się upokorzonym Ruskim. Z lewej – hetman wielki koronny Jan Zamojski, a z prawej – legat papieski Antonio Possevino (oczywiście, nie tylko o Inflanty chodzi,
ale i o jedynie słuszną wiarę rzymską).

Podobnie ma się rzecz z malowidłem Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą”. Nad Polakami – na obłoku w białej szacie i niebieskim płaszczu – Maryja Dziewica. No i oczywiście na czele ks. Ignacy Skorupka z krzyżem w dłoni, piętnujący bolszewików, nie symbolami polskości (jak przystałoby na obronę niepodległości kraju), lecz jednoznacznym atrybutem Kościoła rzymskiego. Tak więc skojarzenia są jasne i czytelne: po jednej stronie azjatycka, prawosławna, pisząca cyrylicą dzicz o komunistycznej proweniencji, z nami natomiast (jak zawsze) – siły niebieskie, Kościół (ks. Skorupka jest symbolem stanu duchownego), siły wzniosłe, absolutnie dobre i intencjonalnie czyste. Chodzi o walkę dobra ze złem, a dobrem tu jest oczywiście katolicyzm rzymski w trydenckiej wersji.
A nam jak najsnadniej do państwa moskiewskiego przyjść
aniż inszym do tamtych Indów, każdy to baczyć może.
A dostawszy tego moglibyśmy też potężnością i bogactwem
i każdym narodom i królestwom w chrześcijaństwie dorównać.
Paweł PALCZOWSKI (1609)
Na polską myśl i charakter narodowy, na miejscową kulturę, na jej irracjonalizm, na mentalność i pojmowanie świata nie Reformacja i Oświecenie (oraz to co w ich wyniku nastąpiło) wywarły głównie wpływ (jak na Zachodzie), ale zwycięstwo Kontrreformacji. Wyznaczyła ona ramy naszej kultury w każdym aspekcie, przede wszystkim – religijne, jurydyczne, polityczne i społeczne. Wraz z wyborem Zygmunta III Wazy (1587) na króla, stajemy się egzemplifikacją idei kontrreformacyjnych, wyznaczających (poprzez króla i rządzące elity wraz z istniejącą strukturą społeczną i mentalnością szlachty polskiej) centralne miejsce w imperializmie katolickim, w jego parciu na Wschód i jego re-katolicyzacji. Na ów trend nałożył się polsko-katolicko-oligarchiczny (czyli magnacko-szlachecki) kolonializm, obecny przede wszystkim na ziemiach współczesnej Ukrainy środkowej i wschodniej oraz Białorusi i Litwy. Polska ekspansja na Wschód miała wówczas wymiar zarówno ekonomiczny, polityczny jak i religijny (niebywale wzmocniony właśnie ideologią kontrreformacyjną, co musiało owocować oprócz antynomii ekonomicznych i społecznych także konfliktami na tle religijno-kulturowym). Degrengolada I RP, rozbiory, 123 lata braku niepodległości, a przez to kształtowanie się nowoczesnego narodu (i jego atrybutów) w cieniu kontrreformacyjnego Kościoła rzymskiego po dziś wyciskają piętno na tzw. charakterze narodowym Polek i Polaków. I to bez względu na proweniencję społeczną, polityczną, kulturową, wykształcenie etc.
Dziś egzemplifikuje to się tym, co dla nadwiślańskich elit ma być zasadniczą ideą niesioną na Wschód w postaci tzw. kanonów cywilizacji Zachodu, których my mamy być głównym i jedynie-prawdziwym przedstawicielem: demokracja, wolność, prawa człowieka, indywidualizm, neoliberalizm oraz takaż wersja przedsiębiorczości (oczywiście w imieniu korporacji zachodnich, najlepiej – amerykańskich), tzw. wartości chrześcijańskich – de facto; katolickich.
Ta nachalna promocja naszego, polskiego rozumienia pojęć demokracji i wolności obywatelskich, (cech, będących w świecie uważanym za cywilizowany efektem Reformacji i Oświecenia, których polskie społeczeństwo nie doświadczyło, a na drobnej części naszych elit, które ledwo ich liznęły, nie zostawiło głębszego śladu) jest tyle megalomańska, co szkodliwa z punktu widzenia pragmatyki czy strategii politycznej. Prof. Andrzej de Lazari stwierdza: „…Nie jesteśmy dla Rosjan autorytetem i nie mamy im czym zaimponować. Przestańmy ich nauczać i pouczać”. Ten passus rozciągnąć można swobodnie z Rosjan na mieszkańców całego Wschodu Europy.
Jeśli w sposób bezwarunkowy uznajemy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka (na dodatek we współczesnej wersji neoliberalnej) – służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość – i jako przepełnieni neoficką megalomanią nuworysze (ciągłe podkreślanie po 1989 roku tzw. powrotu do Europy czyli kompleks niższości wobec Zachodu) ponowoczesny wymiar Kontrreformacji w naszym nadwiślańskim wydaniu staje się faktem. Wzmacniają go obecne w nas od zawsze megalomania, paternalizm (zwłaszcza wobec INNEGO, stojącego niżej cywilizacyjnie i kulturowo według nas, a pochodzącego ze Wschodu), mitomania, katolicki mesjanizm i połączona z nim tromtadracja oraz napuszenie. Gdy do tego dodać jeszcze dziwaczne połączenie antykomunizmu, rusofobii, kontrreformacyjnej megalomanii i wspomnianego paternalizmu, z jednoczesnym pańskim stylem bycia katolickich elit na dalekich Kresach I RP (emanacja mentalności tzw. ziemiaństwa i czci dla kultury dworku) łatwo pojąć jak i czemu na zasadzie sprzężenia zwrotnego oraz procesów społeczno-kulturowych nastąpiło kompletne pomieszanie i wymieszanie antynomicznych zdawałoby się pojęć: z jednej strony wszyscy poczuli się sukcesorami tradycji pańskiej, szlacheckiej, nosicielami idei złotej wolności i liberum veto (wystarczy posłuchać każdego przesiedleńca z Kresów – każdy przed 1939 r. był posesjonatem, panem, utracił w wyniku Jałty niesłychane dobra i własności, choć cywilizacyjna zapaść, bieda i ubóstwo tamtych terenów były przysłowiowe), a z drugiej – znaczna część inteligencji będącej niejako sukcesorem klasy Panów Braci Herbowych zakaziła się tą chłopską, folwarczną niechęcią do INNOŚCI, do mądrości, do nietradycyjnych i nieszablonowych sposobów myślenia. Konserwatyzmem, tradycyjnością, uśpieniem rozumu i leniwością umysłu. Typowymi produktami polskiej Kontrreformacji.
Kontrreformacja trwa ciągle w polskich umysłach, świadomości, decyzjach politycznych, spojrzeniu na otaczający świat i ludzi. Od przeszło 300 lat. Zawirowania – najszerzej pojęte – z jakimi mamy do czynienia na Wschodzie Europy oraz postawa wobec nich polskich elit świadczą o tym najlepiej. Bo zdjęliśmy co prawda żupany, odpięliśmy karabele, zrzuciliśmy z grzbietów kontusze, ale mentalność i umysły pozostały w nas post-sarmackie czyli kontrreformacyjne, kolonialne, folwarczne i paternalistyczno-pańskie.

Całość tekstu poświęconego tym (i nie tylko) zagadnieniom znaleźć można w artykule mego autorstwa pt. „Wszyscyśmy z kontrreformacji”,www.sprawynauki.edu.pl nr 2 / 187 / 2014.

Gdzie jest „pokolenie JP II”?

W największym państwie Ameryki Łacińskiej, w I turze wyborów prezydenckich, przygniatającą liczbę głosów uzyskał mizogin, rasista, homofob wielbiciel krwawych dyktatur latynoamerykańskich, admirator doktryny neoliberalnej w gospodarce i sprawach społecznych, entuzjasta prezydentury Trumpa – Jair Messias Bolsonaro. W Polsce sąd skazał Jerzego Urbana na karę ponad 120 tys. z art. 196 (obraza uczuć religijnych), za grafikę z Jezusem o zdziwionej twarzy. Szokuje wymiar kary pieniężnej, bo procesy tego typu odbywały się już nad Nergalem, Kozyrą czy Dodą, ale z taką nawiązką za obrazę uczuć religijnych opinia publiczna się nie spotkała. Te wydarzenia tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego.
Kult Jana Pawła II w Polsce zawsze miał wymiar groteskowy, infantylny i bałwochwalczo pogański. Serwilistyczne media niegdyś powołały do życia i nieustannie mieliły w różnych konfiguracjach retorycznych, termin „pokolenia Jana Pawła II”.Nadwiślański mainstream – od lewa do prawa (poprzez tzw. liberałów i mikroskopijne, co dziś widać, środowiska „katolików otwartych”) – nigdy nie zdobył się na racjonalne, zdystansowane, pozbawione ludyczności oraz bezrefleksyjnej manifestacyjności podejście do tego dorobku. Pęd ku coraz to nowym pomnikom papieża nosił i nosi cały czas znamiona idolatrii. Nawet dziś, kiedy sprawa pedofilii w Kościele tak ekscytuje opinię publiczną, o niechlubnej roli papieża Polaka (np. relacjach JP II z „umiłowanym synem” Marcialem Macielem Degollado) mówi się półgębkiem, jakby pobocznie.
Polscy bezkrytyczni entuzjaści tego pontyfikatu – ci tzw. liberalni również – przypisują mu fałszywie liczne zasługi, ignorując, że papież odrzucał wszystko to, co charakterystyczne dla demokratycznego i oświeceniowego porządku społecznego: pluralizm, tolerancję, prawa kobiet i mniejszości seksualnych, zdobycze socjalne świata pracy (encyklika „Laborem exercens”, niby najdonioślejsza w tej mierze praca papieża to powielenie tez Karola Marksa, zwłaszcza w kontekście antynomii pracy i kapitału, ale podlana religijnym, korporacjonistycznym w stylu Piusa XI, sosem). Był jawnym wrogiem zwiększenia roli kobiet w Kościele, zniesienia celibatu, osiągnięć genetyki, ginekologii czy seksuologii, a nawet wolności badań teologicznych. Od Vaticanum II nie było tylu prześladowanych przez Kongregację Doktryny i Wiary kapłanów.
Pacyfikacja ożywczego prądu teologii wyzwolenia, stłumienie w obrębie latynoamerykańskiego katolicyzmu tych idei i debaty, zaowocowało zwycięstwem wyznań ewangelikalnych rodem z USA, niesłychanie konserwatywnych światopoglądowo, często skrajnie neoliberalnych i uprawiających kult zysku, rywalizacji, konkurencji. To z tego typu wspólnot rekrutuje się elektorat ultraprawicowy, popierający rozwiązania à la Bolsonaro, bądź prawicowo-populistyczny Mariny Silvy de Lima.
Psycholog społeczny Jarosław Klebaniuk stwierdził w 2011 r. w rozmowie z Piotrem Szumlewiczem, że pokolenie JP II to medialny twór zakorzeniony bardziej w formie reklamowomentalnej niż w identyfikacji i przestrzeganiu papieskiego nauczania. Czyli emocjonalno-afektywny humbug podparty prawicowym, tradycjonalistycznym, niechętnym wszystkiemu co inne katolickim fundamentalizmem. A jednak pokolenie JP II istnieje. Nie w formie autoidentyfikacji, nie w przestrzeni dosłownej organizacji, ale w formie nieformalnych grup osób skłaniających się ku określonej wizji świata: ultra-zachowawczej, konserwatywnej, opartej o paternalistyczno-hierarchiczne wartości, które limitują ich decyzje i wybory bez względu na pozycję w drabinie społecznej, deklarowane poglądy polityczne, status majątkowy etc. To pokolenie jest w Platformie Obywatelskiej, Nowoczesnej, ale przede wszystkim w Prawie i Sprawiedliwości, Kukiz’15, ONR-ze, kibolach pielgrzymujących na Jasną Górę. Także i w różnych odłamach tzw. polskiej lewicy. Ono ma twarz byłego księdza Jacka Międlara, ks. prof. Dariusza Oko, ks. Romana Kneblewskiego, o. Tadeusza Rydzyka. O hierarchach, którzy otrzymywali od papieża birety i kapelusze szkoda nawet wspominać.

Księże nieuku, przeczytaj

Raz jeszcze okazało się, że polscy księża katoliccy nie znają, lub nie chcą znać, obowiązującego w Polsce prawa. Ale lubią nim posługiwać się w obronie swych interesów. Czyli księżowskiej kasy.

Znany katolicki celebryta ksiądź Tadeusz Isakowicz-Zalewski zagrzmiał na Facebooku w stronę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
„W imię jakich wartości podległa Panu instytucja z kieszeni polskich podatników/w tym katolików/opłaciła film „Kler”? Zwłaszcza, że tylu innym projektom odmówiono?” .
Dołączył się do akcji w Internecie upowszechniającej ulotkę o treści:
„Skandal w ministerstwie Kultury, a nie w Kościele. Minister Piotr Gliński dofinansował najnowszy ohydny film Wojciecha Smarzowskiego, który jednoznacznie i tendencyjnie pokazuje polski Kościół”.
Na to minister Gliński odparował na Twitterze: „Informuję, że NIE DALEM ANI GROSZA na ten cel. Był on natomiast finansowany decyzjami p. Odorowicz i Sroki – b. dyrektorek PISF, mianowanych przez poprzedników. Na których działania – zgodnie z prawem, niemieliśmy wpływu”.

W odciecz panu wicepremierowi i ministrowi Glińskiemu ruszył prawicowy, poPiSowski tygodnik „Do Rzeczy”. Publikując artykuł „Kasa na „Kler” podpisany przez Agnieszkę Niewińską.
Dziennikarkę, która, podobnie jak ksiądz Isakiewicz-Zalewski, wprowadza w błąd opinię publiczną.
Redaktor Agnieszka Niewińska pisze, że „PISF, czyli Polski Instytut Sztuki Filmowej, zasilił konto producentów „Kleru” kwotą 3,5 mln zł z wnioskowanych przez nich 4 mln zł. Całkowity koszt produkcji wnioskodawcy określili n blisko 10,5 mln zł”.

I dalej długo wyjaśniała, że „panie dyrektorki” Instytutu zostały mianowane przez poprzednich ministrów kultury. Co rzeczywiście prawda jest.

Prawdą też jest, że tylko jedna trzecia środków przeznaczonych na film „Kler” pochodziła z funduszy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Instytutu powołanego mocą ustawy o kinematografii z 2005 roku.
Jestem współautorem tej ustawy. Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że katolicki celebryta ksiądz Isakiewicz-Zalewski i redaktor Niewińska nie piszą prawdy.
Pieniądze Instytutu nie pochodzą z „kieszeni polskich podatników”, czyli wszystkich obywateli RP. Pochodzą z podatków i dani płaconych przez wszystkie instytucje korzystające z polskich filmów i zarabiających na ich upowszechnianiu.

Płacą właściciele kin. W Polsce dominują zagraniczne korporacje. Amerykańskie, izraelskie, europejskie. Płaca stacje telewizyjne TVN, Polsat i TVP SA. TVN to kapitał z USA. Płacą telewizje płatne. HBO, „Canal+” i inne. Też zwykle należące do zagranicznych właścicieli. Płacą producenci sprzętu służącego do odtwarzania filmów, czyli kapitał azjatycki, europejski, amerykański. Płaci polskie Lotto.
Płacą, bo tak napisaliśmy wspomnianą ustawę, aby na polskie kino płacili wszyscy kapitaliści. Amerykańscy, żydowscy, azjatyccy i europejscy. I polscy też, bo to dla nich patriotyczny obowiązek i wielka przyjemność.
Zgodnie z obowiązująca ustawą Polski Instytut Sztuki Filmowej nie „daje” pieniędzy na produkcje filmów

tylko pożycza

ich producentom część planowanych kosztów produkcji. Zwykle do 50 procent kosztów.

Jeśli wyprodukowany film zarobi więcej niż jego koszty produkcji, to od razu

zwraca

pożyczone pieniądze od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że niezwykle popularny film „Kler” pożyczone od Instytutu 3,5 miliona złotych szybko mu zwróci.

I te zwrócone miliony złotych Instytut będzie mógł pożyczyć na nowy projekt filmowy.
Na przykład na kolejny film o tak zwanych „żołnierzach wyklętych”. Tym razem bez gwarancji, że ten zrealizowany projekt pożyczkę zwróci. Bo do tej pory produkcje o tej tematyce nie cieszyły się taką popularnością jak teraz film „Kler”.

Zatem prawda jest taka.
• Producenci filmu „Kler” nie dostali pieniędzy z PISF tylko je pożyczyli.
• Pożyczone pieniądze pochodziły podatków i danin zapłaconych przez kapitalistów żydowskich, amerykańskich, azjatyckich, europejskich i polskich patriotów.
• Pożyczone pieniądze producent filmu „Kler” zwróci PISF.
• Instytut będzie mógł te pieniądze ponownie pożyczyć na kolejny projekt filmowy. O polskim papieżu albo o tak zwanych „wyklęciuchach”.

W ten sposób producenci i twórcy filmu „Kler” mogą wesprzeć nowy polski film o polskim papieżu.

 

PS. Ponieważ media komercyjne nie chcą informować, że kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Wilanowa i Ursynowa – proszę o upowszechnianie tej informacji. Kandyduję rzecz jasna z listy lewicy, czyli SLD – Lewica „Razem”.

Znaki

Nadchodzi noc, wieś coniedzielnym zwyczajem popije jeszcze wódeczki, zanim trafi między ciepłe piernaty, natomiast z wielkomiejskich kin wylewają się właśnie tłumy widzów, rozochoconych obejrzanym co dopiero filmem „Kler”.

 

Gdy tłumy dotrą do domów i „odpalą kompa” dowiedzą się na dodatek i tego, że poszukiwanym od lat „kretem” w Watykanie okazał się nie kto inny, a arcybiskup Głódź, który wprawdzie był – być może – nieświadomym współpracownikiem SB, ale jednak…
Słowem, po latach pokonkordatowych szaleństw (rezydencje, mercedesy, wykwintne jadło, 13 ha w prezencie dla każdej parafii, zwrot pałaców, kamienic, szpitali, typowanie wojewodów, prezydentów, dyrektorów, prezesów w zaciszu biskupich gabinetów) na polskie sługi winnicy Pańskiej – niczym meteory – spadają, zasłużone w znacznej mierze, kije-samobije. Po ujawnionych listach z nazwiskami księży, pełniących – obok posługi kapłańskiej – mało chwalebne funkcje TW SB, nadszedł czas na kwestie jeszcze bardziej obrzydliwe, czyli – seksualne wykorzystywanie dzieci.
Mogłabym mieć nieco satysfakcji – w latach 90-tych, gdy publiczne podważanie „kierowniczej roli” biskupów, proboszczów, wikarych skazywało dziennikarza na społeczną izolację i infamię, o wyżej opisanych kwestiach zdarzyło mi się pisać wiele razy. A okazji było aż nadto. Nigdy nie zapomnę samobójczyni z małej wsi po-PGR-owskiej z okolic Wschowy, Zofii Piszczyk, której miejscowy proboszcz odmówił pogrzebu. Odmówił nie przez to, że samobójstwo – w tym przypadku z głodu – jest czynem przez Kościół katolicki potępianym, ale przez to, że sąsiedzi wcale od zmarłej nie bogatsi, nie zdołali zebrać wystarczającej ilości pieniędzy, aby pogrzeb opłacić. A pieniądze proboszczowi były potrzebne, gdyż właśnie nabył… kilkuletniego mercedesa w kolorze jasnego miodu, co to pięknie się prezentował przed świeżo odnowioną plebanią, w słońcu, pod rozłożystą akacją…
Ileż tego było…
A ten miły wieczór w Pałacu Biskupim w Poznaniu, gdy abp Stroba goszcząc komendantów policji, szczypnął pieszczotliwie jednego w policzek, a drugiego pociągnął za ucho…
Ucho, tym razem już symboliczne, nieustannie nadwerężane, urwało się i dzban… Wiadomo.
Pytanie tylko: Co dalej? Nie z jakimś np. ks. Stryczkiem (nomen omen), a z tym, co pomagało wielu żłobić drogę, po której – wolniej lub szybciej – posuwali się od narodzin do śmierci? Co formowało ich sumienia, porządkowało życie osobiste, rodzinne, pozwalało przetrwać chwile najcięższe?
Z wiarą, z życiem religijnym, z chrześcijaństwem, w chwili, gdy instytucja, mająca je umacniać, na swe własne życzenie doznała tak potężnego wstrząsu?
1. Z dzieciństwa zachowałam trzy skromne przedmioty. Krzyż harcerski, pudełeczko po komunijnym różańcu i książeczkę do nabożeństwa. W tej ostatniej śmieszą mnie ślady użycia gumki do mazania i ołówka, którym pilnie podkreślałam grzechy, co to należało je wyznać księdzu na spowiedzi (z biegiem lat, ołówek wędrował ku charakterystycznym dla wieku przykazaniom). Gdzieś w głębi przetrwały jednak nazwy grzechów głównych, nigdy nie zamazała się też w pamięci treść 10 przykazań.
Podobnie jak nigdy nie wygasł ani zachwyt dla pięknie brzmiących kościelnych organów, łacińskich modlitw, woni kadzideł, śpiewu gregoriańskiego, potęgi chóralnych zmagań, ani wiara, już nie tyle w życie pozagrobowe i sąd ostateczny, co w istnienie łagodnych aniołów stróżujących, dobroć Matki Bożej czy św. Franciszka… I ilekroć ozwie się w jakimś znanym czy mało znanym mi człowieku zwykła dobroć albo choćby życzliwość, zawsze słyszę i widzę w tym dotknięcie Absolutu. Tak już mam. Ja – dawniej dziennikarz, piszący z pozycji antyklerykalnych.
2. Co będzie potem, po tej burzy, jaka przetoczy się przez Polskę wielkomiejską (na wsi, co drugi głośno już gada, że nie da na tacę… Resztę zdania pominę). No, coś będzie. I nie będzie to dobre, jak się dzisiaj można by spodziewać. A były przecież „znaki”…
3. W pobliskiej wiosce jest śliczny, poniemiecki kościółek wzniesiony na wzgórzu, tuż nad zawsze zielonym stawem. Nieopodal mieszka bogobojna rodzina B. Wierzący, praktykujący, żyjący wedle przykazań. Dziadkowie dobijają 90-tki, ich synowie i córki (liczna gromadka) – 60-tki, wnukowie (tych już trudno zliczyć) są w sile wieku, zatem rodzą się z nich jeszcze liczniejsze prawnuczęta. Ręce dziadka – jak splecione powrozy, ręce babki – jak kosteczki okryte siateczką zmarszczek. Gdy rodzina raz do roku stanie do fotografii, przedstawia się jak wielka korona drzewa, pełna świeżych pączków i liści, mocno oplatająca silny pień, co wrósł w ziemię dwoma mocnymi korzeniami.
Babka dba o miejscowy„kościółek”, sprząta, omiata, czyści liturgiczne sprzęty. I stara się nie dostrzegać młodego wikarego, jak ten drogim autem, w cywilu (dżinsy, modne skórzane buty i koszula, najnowszy trend) zajeżdża z nową jakąś panną, co zakonną siostrą z całą pewnością nie jest. Babka przeżyła też i taki moment, gdy jakiś dawny proboszcz sprzedał śliczną plebanię, zanurzoną w gąszczu piwonii i wysokich słoneczników, bo mu niepotrzebną była. Nowymi nabywcami okazali się… zielonoświątkowcy.
Z babką B-ową poszłyśmy kiedyś obejrzeć stare, od lat milczące organy. Ktoś powrzucał między drewniane piszczałki stare chorągwie, zatem zabrałyśmy je stamtąd, piszczałki ustawiłyśmy tak jak winny stać i po godzinie odkurzania, zdejmowania pajęczyn, udało się z nich wydobyć kilka prostych melodii. I wtedy Babka B-owa rozmarzyła się – przy dźwięku tych organów brała ślub, chrzciła kolejnych synów i córki, chowała swych rodziców i braci. Ileż by dała, aby stare, skromne, wiejskie organy znów wydały głos…
Jak się zorientowałam, było to bardzo kosztowne marzenie. I, aby nie rozwiać tych nierealnych projektów, nie pojechałam tam więcej.
Ale zanim wyjechałam, późnym popołudniem Babka B-owa zaprowadziła mnie do małej skrytki, pod chórem. Leżały tam pudła ze świecami, lichtarze, alby, komże, stare śpiewniki w czarnej oprawie.
Zaś na samym dole, na płóciennych noszach spoczywała gipsowa figura Chrystusa naturalnej wielkości. Raz do roku, na Wielkanoc, z wielkim trudem wydobywano ją z niszy i przenoszono do kościoła.
Widocznie nie czyniono jednak tego z należytą ostrożnością, bo figura w czasie przenosin doznała wielu zniszczeń. Odłamany kawałek palca, zagubiony fragment ucha, poorana szata, uszkodzony oczodół.
Długo stałam i patrzyłam.
I wreszcie przyszło mi na myśl, że coś bardzo ważnego dla wielu – jakoś tak, niepostrzeżenie, z winy i zaniedbania kustoszy dziedzictwa – przeminęło.
A nawet – skończyło się.
I że – tego jednak żal.

Smutna monachomachia naszych czasów

Krytycy, a raczej kręgi potępiające film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego odmawiają mu wiarygodności, określając go jako antyklerykalną czy nawet antykatolicką i antyreligijną agitkę propagandową, „atak na Kościół”.

 

Używają przy tym argumentu, według którego spiętrzenie w tym filmie katalogu najgorszych zjawisk z życia polskiego kleru, jednostronna kumulacja wyłącznie niemal jego przywar, ohydy i okropności, odbiera temu utworowi prawdę. Gdyby stosowanie tego rodzaju argumentu było uzasadnione, to większość dzieł literackich czy filmowych, zaliczanych do nurtu realizmu musiałaby zostać wykreślona z tego nurtu w sztuce.

 

Czym jest realizm?

Rolą dzieła sztuki nie jest jednak literalne dokumentowanie całego spektrum zjawisk w danym społeczeństwie i w poszczególnych jego warstwach, w jakiejś epoce. Nie byłaby bowiem powieścią realistyczną „Lalka” Bolesława Prusa, skoro jej bohaterem jest zdeklasowany szlachcic bogacący się jako kupiec, jego perypetie uczuciowe stanowią istotny składnik powieści, a spektrum zjawisk i postaci daleki jest od pełnej panoramy społecznej ówczesnego, bytującego pod zaborem rosyjskim społeczeństwa polskiego, a nawet tylko Warszawy schyłku XIX wieku. Już sam tylko całkowity niemal brak w fabule powieści jakichkolwiek znaków przemożnej przecież obecności rosyjskiej, mógłby podważyć realistyczną kwalifikację tej powieści. Nie można by też uznać za wielkie dzieło rosyjskiego realizmu krytycznego „Martwych duch” Mikołaja Gogola, bo zawarta w nim syntetaza ducha XIX-wiecznej Rosji wyłania się z dziwnej groteskowej opowieści z życia dziwadeł ludzkich na tamtejszej głuchej prowincji, a kupiecki koncept skupowania „martwych dusz” nijak się ma do rzeczywistych problemów narodu rosyjskiego tamtych czasów. Na podobnej zasadzie można by podważyć realizm „Ojca Goriot” Honoriusza Balzaca, gdyż z powieściowego pensjonatu pani Vauquer położonego w zaułku na ówczesnych peryferiach Paryża i z historii córek okrutnie traktujących swojego ojca, bynajmniej nie da się wywieść literalnej, spełniającej kryterium realizmu, panoramy duchowej i społecznej ówczesnej Francji, a jednak takie miejsce ma to dzieło w historii literatury powszechnej. Podobnie jest z „Klubem Pickwicka” Charlesa Dickensa, który w ramie silnie nasyconej groteską opowieści o wędrówce dziwacznych panów po wiktoriańskiej, prowincjonalnej Anglii pomieścił wiele charakterystycznych rysów społecznych, ekonomicznych i moralnych epoki. Podobnie jest z filmem. „M-morderca” Fritza Langa z 1930 roku, realistycznym kryminałem dotykającym wąskiej kwestii ścigania seryjnego – mordercy psychopaty, a mimo to uznanym za przeczucie zbliżającego się hitleryzmu. Dzieła włoskiego neorealizmu z „Ziemia drży” Luchino Viscontiego, „Rzymem, miastem otwartym” Roberto Rosseliniego czy „Złodziejami rowerów” Vittorio de Sica też dalekie były od reprezentatywności w ukazywania powojennego społeczeństwa włoskiego, a mimo to nie tylko nikt im nie odmawiał przynależności do realizmu, ale metoda według której zostały zrealizowane stała się na długie lata ważnym punktem odniesienia a nawet wzorem dla europejskiego kina. Podobnie było z amerykańskim „kinem drogi” przełomu lat 60-tych i 70-tych („Swobodny jeździec” Dennisa Hoppera, „Nocny kowboj” Johna Schlesingera czy „Strach na wróble” Jerry Schatzberga), których twórcy w formułę opowieści o wędrówkach włóczęgów i wyrzutków społeczeństwa wpisali niepokoje całej ówczesnej Ameryki. A – by odwołać się na koniec do przykładów rodzimych – czyż dramatyczna historia prowincjonalnego przodownika pracy w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, daleka przecież od pełnej panoramy polski bierutowskiej, nie stała się, pars pro toto, odniesieniem do kluczowych problemów PRL na przestrzeni całego ówczesnego ćwierćwiecza? I czy odmawiano atrybutów realizmu, iście gogolowskiego, koronnemu dziełu nurtu „moralnego niepokoju”, „Wodzirejowi” Feliksa Falka, który smutną panoramę schorzeń Polski „przedsierpniowej” zawarł w historii prowincjonalnego pracownika frontu rozrywki estradowej i jego otoczenia? Realizm w sztuce to nie realizm reportażu, newsa dziennikarskiego, książkowej monografii naukowej czy opowieści dokumentalnej. Skrót jest w nim uprawniony, poza tym że zwyczajnie konieczny. Smarzowski jest wybitnie wrażliwym sejsmografem nastrojów, niepokojów czy przeczuć społecznych. Przeczuł zatem, że w katolickim polskim społeczeństwie dojrzał już imperatyw, by bez złudzeń spojrzeć na instytucję, z którą jego ciągle znacząca część jest mniej czy bardziej związana. Krytycy filmu pytają, dlaczego Smarzowski zajął się zepsuciem występującym akurat w konkretnej społeczności, w grupie zawodowej jaką jest kler, a nie w innej, skoro wybór – rzekomo – jest tak duży. A otóż zajął się już inną grupą: w „Drogówce” i niewykluczone, że zajmie się też kiedyś inną grupą, n.p. światem polskiego biznesu, dziennikarzami, prawnikami czy nauczycielami. Jest natomiast bardzo silny argument za tym, że celowe i uzasadnione było zajęcie się w pierwszym rzędzie klerem. Otóż ani biznesmeni, ani dziennikarze, ani nauczyciele, ani przedstawiciele żadnej innej profesji nie kreują się, głównie samozwańczo, przy biernej na ogół akceptacji społecznej, na „pierwszych w narodzie”, jako kapłani najważniejszego i masowego wyznania religijnego, na nauczycieli, wychowawców i przewodników milionów „owieczek”. Z tego to przecież tytułu kler uzyskał w Polsce po 1989 roku wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję w systemie prawnym, wymiarze ekonomicznym oraz w wymiarze prestiżu społecznego. A – zgodnie ze znaną formułą – „komu wiele dane, od tego wiele się wymaga”. Moralność osobista właścicieli sklepów spożywczych, kolejarzy czy artystów nie rozstrzyga w końcu o kształcie społecznej budowli, a weryfikacji podlegają te grupy wtedy, jeśli ich przedstawiciele łamią prawo. Kler natomiast uważa się i przez wielu jest uważany za „sól ziemi” polskiej, drogowskaz moralny, a na dodatek przypisywana mu jest – w dużym stopniu przesadzona i zniekształcona – rola historycznego wspornika narodowej egzystencji.

 

Nie dajcie się zwieść  zwiastunowi tego filmu

To, co uderza już po kilkunastu minutach oglądania „Kleru”, to powód do kompletnego zaskoczenia, jakie może być udziałem kogoś, kto przed pójściem do kina oglądał w telewizji czy w sieci trailera (zwiastuna) tego filmu. Sklepany z nielicznych skrawków sprawia wrażenie, jakby „Kler” był zrealizowany (scena prześmiewczej piosenki odgrywanej przez bohaterów filmu, ostro balujących bawiących na parafii czy strzelanie z procy przy akompaniamencie nucenia: „Oto wielka tajemnica wiary, złoto i dolary”) w hipersatyrycznej stylistyce totalnej „szydery”, w stylistyce charakterystycznej dla takich pism jak tygodniki „Nie”, „Fakty i mity” czy francuski „Le Canard Enchainé”. Jednak ci, którzy spodziewali się po „Klerze” szampańskiej zabawy typu „głupi i głupszy” albo zjadliwej komedii środowiskowej, jakich dziesiątki powstają choćby w USA, mogą być zaskoczeni.

 

Wybitne kino społeczne

Film Smarzowskiego został zrealizowany w stylistyce i estetyce ascetycznej, dyskretnej, surowej, maksymalnie oszczędnej, w szarobrudnej, nieefektownej kolorystyce obrazu i w rytmie bynajmniej nie stymulującym emocji. Tempo filmu jest, jak na obecnie obowiązujące standardy, powolne (w niczym nie przypomina dynamicznego, pędzącego trailera), zastosowane zostały długie ujęcia, a montaż sprawia wrażenie jakby rozmyślnie nieco siermiężnego, wolnego od efektownych sztuczek. Dialogi dalekie są od stylistyki antyklerykalnych skeczów kabaretowych. Przez przeważającą część trwania filmu, jego akcji nie towarzyszy muzyka, co wzmaga odczucie realizmu i uwalnia od dodatkowej presji emocjonalnej na widza. Zrealizowany został w tonacji spokojnej, bez jakichkolwiek efekciarskich grepsów. Do tej poważnej tonacji dostroili się aktorzy (m.in. kapitalni Arkadiusz Jakubik i Jacek Braciak, czy nie mniej wyborni Robert Więckiewicz, Stanisław Brejdygant, Joanna Kulig, Iwona Bielska). Grają swoje postacie serio, jak w dramacie społeczno-psychologicznym z prawdziwego zdarzenia, nie jak w satyrze. Jedynie biskupowi Mordowiczowi nadał grający go Janusz Gajos rys satyryczny, zastosowany jednak przez aktora w sposób bardzo delikatny, bez cienia szarży. Poświadczają to zresztą widzowie: podczas dwugodzinnego seansu nie było ani chichotu, ani jednego wybuchu śmiechu, o rechocie nawet nie wspominając. Stylistyka „Kleru” przypominała fragmentami skromne, wyciszone kino obyczajowe czechosłowackiego czy węgierskiego nurtu małego realizmu, jakie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych robili choćby Milos Forman czy Marta Meszaros, polskie „kino moralnego niepokoju”, angielskie kino nurtu „młodych gniewnych”, Lindsaya Andersona, Karela Reisza czy Tony Richardsona czy społeczno-polityczne kino włoskie po neorealizmie Francesco Rosiego (n.p. „Ręce nad miastem” i „Szacowni nieboszczycy”) czy Damiano Damianiego (n.p.„Zeznanie komisarza policji przed prokuratorem Republiki”). „Kler” może też fragmentami budzić skojarzenia ze quasi-dokumentalną stylistyką „cinema verité” („kina prawdy”), jednego z nurtów kina europejskiego przełomu lat 60-tych i 70-tych. Smarzowski wykorzystał zresztą fragmenty dokumentalnych nagrań ze stanu wojennego czy pojawiający się w ciągu całego filmu motyw ukrytej kamery. Te asocjacje nie zmieniają zresztą faktu, że Smarzowski ma własną, indywidualną kaligrafię. „Kler” to film o ludziach nieszczęśliwych, samotnych, żałosnych, pogubionych na różne sposoby, ludziach w całej swej małości i złu nie pozbawionych rysów, odruchów dobroci i uczciwości. Ale i tak brzydkich i żałosnych, także z estetycznego punktu widzenia, jak otaczająca ich rzeczywistość. Dramatycznej tonacji filmu dopełnia finałowa, dramatyczna scena publicznego, na oczach tłumu wiernych i biskupa, samospalenia się księdza, jak się można domyśleć, w proteście przeciw złu panoszącemu się w jego instytucji. Wśród ateistów czy nawet tylko antyklerykałów ten film może nawet wywołać uczucie niedosytu czy nawet sprzeciwu: ani na jotę nie jest ani antyreligijny, ani nawet antyklerykalny. To dramat humanistyczny, którego bije prawda.

 

„Monachomachia” biskupa Krasickiego była weselsza

Tematyka „Kleru” może prowokować do skojarzeń z tradycjami artystycznymi związanymi z krytyką religii, Kościoła, kleru. W polskiej tradycji, w odróżnieniu od francuskiej, takich utworów jest niewiele. Poza „Matką Joanna od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza, „Drewnianym różańcem” Ewy i Czesława Petelskich i „Urzędem” Janusza Majewskiego czy drugorzędnymi epizodami w kilku filmach, polskie kino nie tylko nie podejmowało, ale nawet nie dotykało tej problematyki. Może też się zdarzyć, że komuś przypomni się „Monachomachia” biskupa Ignacego Krasickiego, wydany przeszło dwa wieki temu, heroikomiczny epos, w którym w parodię „Iliady” Homera wpisana została wielopiętrowa drwina z przywar polskiego kleru zakonnego epoki saskiej. Ten archaiczny już dziś utwór, spetryfikowany przez stulecia jako lektura poczciwa, narodowa i prawie patriotyczna, przez dziesięciolecia także szkolna, nigdy tak naprawdę nie spełnił przewidzianej dla niego roli wyrzutu sumienia, choć dotykał spraw w Polsce akurat bardzo żywotnych i kluczowych. Jednak nawet krytyczna, satyryczna wymowa „Monachomachii” została złagodzona u samych początków i prześwietlona przez pogodną, słoneczną osobowość biskupa warmińskiego. Dlatego nawet jeśli komuś „Kler” skojarzy się z tamtym dziełem, to jako „monachomachia” naszych czasów, smutna, ponura, podła i nie pozostawiająca żadnych złudzeń. Odwracając oczy od „Kleru” i potępiając film, kler i wszyscy jego adherenci tracą okazję do spojrzenia w szczere zwierciadło, które mogłoby im pomóc. A widownia i tak masowo głosuje za „Klerem” swoją obecnością w kinach całej Polski. Niedługo być może już ponad milion Polaków zafunduje sobie długo w cichości serca wyczekiwaną odtrutkę od toksyn Kościoła katolickiego. W tym filmie jest wszystko, co miliony Polaków od dawna chciało pomyśleć i powiedzieć o Kościele, ale nie miało na to śmiałości i odwagi.

 

„Kler”, dramat społeczno-psychologiczny, film produkcji polskiej, Profil Film 2018, scenariusz (wspólnie z Wojciechem Rzehakiem) i reżyseria Wojciech Smarzowski, 133 min.

Uwaga: parazyty są odporne

Młody Morawiecki oświadczył, że „gdyby nie Kościół, Polski by nie było”. Wtóruje mu w tym front medialnych sługusów na prawicy, ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich włącznie. A może byłoby i lepiej?

 

Może lepiej byłoby, gdyby nie było Polski takiej jaką mamy dziś, okupowanej przez kler gwałcący ciała jej dzieci i wspierający autorytarny, faszyzujący reżym, który rozpętał do ostatnich granic paroksyzm nacjonalistyczny?

 

Czy „Kler” zbawi ateistów i antyklerykałów?

Od kilkunastu dni przez Polskę, jak długa i szeroka, pędzi chyr, że Kościół kat. w Polsce jest na kwadrans przed upadkiem, że to końcówka jego potęgi, że już tylko czekać, a niedługo będziemy na Wisłą świadkami powtórki syndromu irlandzkiego, że jutrzenka swobody jest za najbliższym pagórkiem. To gorączkowe podniecenie ma swoje źródło głównie w dwóch faktach: orzeczeniu(nieprawomocnym) przez sąd miliona złotych odszkodowania od katolickiej instytucji kościelnej (Towarzystwo Chrystusowe) na rzecz poszkodowanej, za tolerowanie brutalnej pedofilii praktykowanej przez jednego z jej członków oraz w rozgłosie i powodzeniu frekwencyjnym filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Sam bardzo pragnę w to wierzyć, ale przestrzegałbym przed nadmiernym i pospiesznym optymizmem. Kościół kat. w Polsce odznacza się wyćwiczoną przez stulecia umiejętnością radzenia sobie nie z takimi jak obecne problemami, w tym umiejętnością mimikry i treningiem w obłudzie oraz w grze pozorów. Uprawia przy tym te praktyki z rutynowaną cierpliwością. Jest on, Kościół kat., jak niektóre gatunki parazytów i insektów, o których biolodzy mówią, że są bardziej niż ludzie uodpornione na najcięższe potencjalne katastrofy i kataklizmy, z nuklearną włącznie.

 

Nic nowego pod słońcem

Słabością całej tej dyskusji jaka ostatnio rozpętała się wokół Kościoła kat. w Polsce, afer pedofilskich i filmu „Kler” jest towarzyszący jej ton, z którego można by wywnioskować, że kiedyś Kościół ów był wspaniały, duchowy, szlachetny, rozsiewał dobro i „przez tak liczne wieki” podtrzymywał naród we wszystkich aspektach jego życia, będąc jego ober-dobrodziejem i tylko w ostatnich dziesięcioleciach popsuł się, po części z powodu gorszących wpływów zepsutego świata świeckiego. Tymczasem prawda jest taka, że Kościół kat. był przez stulecia w Polsce, Europie, i w niektórych krajach poza Europą, pasożytniczą naroślą na ciele społeczeństw. Straszliwy wyzysk chłopów odbywał się przez wiele stuleci. Na licznych karykaturach z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej można zobaczyć motyw wymizerowanego chłopa uginającego się pod uczepionym do niego opasłym cielskiem klechy, w sutannie czy w habicie, z mszałem lub pastorałem w dłoni. W Polsce przez stulecia uprawiany był ekonomiczny obyczaj pobierania „dziesięciny”, czyli przymusowego i brutalnie egzekwowanego podatku, który obciążał chłopów na rzecz kleru. Nie ma też powodu sądzić, że pedofilia to zjawisko w Kościele nowe, odprysk zepsutego, współczesnego świata. Nie ma powodów by wątpić w to, że setki tysięcy dzieci chłopskich (zapewne nie tylko chłopskich) było przez stulecia seksualnie wykorzystywanych przez proboszczów i opatów, skoro przez owe stulecia szlachta korzystała z upokarzającego obyczaju zwanego „ius prima noctis” („prawo pierwszej nocy”), pozwalającego „panu” „skorzystać” seksualnie, przed nocą poślubną, z nowo poślubionej przez chłopa żony, w trybie pierwszeństwa przed mężem. Tyle, że „prawo” z którego korzystał pan-szlachcic było przynajmniej jawne i niejako usankcjonowane, a kler zawsze działał poza prawem, w cieniu. Gdyby historycy wydobyli na jaw choćby część świadectw pokazujących to straszliwe spustoszenie w domenie seksualnej, jakiego dokonywali funkcjonariusze Kościoła kat. przez stulecia, głównie na polskiej wsi, choć rzecz jasna nie tylko, ujawniona prawda byłaby straszliwa. Kler pasożytował też przez stulecia na instytucjach państwowych, które we własnym interesie politycznym i klasowym wspierały jego działania. Jednym z licznych spektakularnych tego przykładów była Święta Inkwizycja, która skazywała niewinnych ludzi na tortury i śmierć cedując egzekucję swoich wyroków na instytucje świeckie, co było przebiegłą formą „umycia rąk”. Trwało to przez stulecia, a pierwszego przełomu dokonała dopiero Wielka Rewolucja Francuska. Jednak mimo tego wyłomu musiało upłynąć ponad sto lat do momentu, gdy Republika Francuska, jako pierwsza w świecie, dokonała ustawowego rozdziału Kościoła od Państwa (1905).

 

Polskie „libido ignorandi”

Różnica między Polską a innymi krajami jest jednak taka, że większość z nich już dawno (n.p. wspomniana Francja czy Meksyk), część stosunkowo niedawno (Hiszpania, Włochy), a część zupełnie niedawno (Irlandia) zerwały tę chorą narośl ze swojego ciała, a nad Wisłą dopiero zaczęły się procesy społeczno-psychologiczne, które do pewnego stopnia władzę Kościoła kat. i jego popleczników nadwerężą, choć wcale nie ma gwarancji, że odbędzie się to szybko. Struktura psychiczna i mentalna społeczeństwa polskiego jest tak dziwnie i trochę tajemniczo skonstruowana, że to, co wywołuje szybkie efekty w innych społeczeństwach, nad Wisłą może być nieporównywalnie trudniejsze do osiągnięcia. Być może jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest zakorzeniony w polskiej mentalności zakamieniały konserwatyzm typu chłopskiego, rodzaj opacznego, biologicznego „realizmu”, który zasadza się na faktycznym lekceważeniu, przechodzeniu do porządku dziennego nad światem idei i wartości oraz jednoczesnym, wynikającym z umysłowego lenistwa, trwaniu przy atawistycznych nawykach i w ustalonych przez wieki koleinach. Także „libido ignorandi” czyli pragnienie trwania w niewiedzy jest trwałym, przerażającym atrybutem polskiej psychiki. Przykładem owego „realizmu” jest polska wieś, w której trwaniu przy Kościele kat. i czołobitności wobec jego eksponentów towarzyszył w zgodnej, paradoksalnej symbiozie osławiony chłopski, czasem ostry antyklerykalizm.

 

Historyczny polski pech

Dlatego przestrzegałbym tych, którzy z wypłynięcia ropy pedofilskiej z niektórych klerykalnych czyraków, ze statystycznych danych pokazujących radykalne odchodzenie od Kościoła kat. w młodym pokoleniu czy z ogromnej frekwencji na „Klerze” już po kilku dniach jego wyświetlania w kinach, wyciągają pospieszne wnioski, że ostateczny upadek tej instytucji jest już „ante portas”, że puka do naszych wrót. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności historycznych sprawił bowiem, że u schyłku XVIII wieku ziemie katolickiej Polski znalazły się pod zaborami dwóch mocarstw innowierczych (prawosławna Rosja i protestanckie Prusy). Wskutek tego doszło do nieszczęśliwej interferencji ucisku narodowego i religijnego. Ta zbitka utrwaliła się w zbiorowej świadomości Polaków, przesłaniając nota bene nawet dziedzictwo zdrady narodowej ze strony kleru, do którego przynależy choćby udział biskupów w Konfederacji Targowickiej czy trwająca przez ponad sto lat postawa lojalistyczna większości kleru w stosunku do zaborców, n.p. w Królestwie Polskim. Mit kleru poświęcającego się dla sprawy narodowej w okresie niewoli ufundowany został na postawie takich nielicznych, wyjątkowych postaci jak n.p. księża Stanisław Brzóska czy Piotr Ściegienny. Na nadwerężenie tego mitu nie wpłynęło nawet wielkie artystyczne świadectwo biskupa warmińskiego Ignacego Krasickiego, jakim była jego sławna „Monachomachia”, satyryczny, ale i odstręczający w swej ohydzie obraz trybu życia kleru zakonnego jako warstwy pasożytniczej i próżniaczej. Nie pomogła wielokrotnie przed laty wydawana w setkach tysięcy egzemplarzy znakomita powieść Tadeusza Brezy „Urząd”, ukazująca Kościół kat. jako bezduszną, odhumanizowaną instytucję. Także dziś, mimo gigantycznej ekspansji nowych mediów, mit ten ma się zupełnie dobrze.

 

Nie karnawał, lecz długi marsz

Dlatego choć bardzo bym chciał, nie mogę łatwo poddać się triumfalistycznym nastrojom i nadziejom na rychłą klęskę Kościoła kat. w Polsce. Choć Kościół kat. jest dziś w opałach, to nie wykluczałbym, że potrafi tę burzę przeczekać i nie można być pewnym, że za rok wspomnienie obecnej gorączki nie będzie tylko bladym wspomnieniem, choć bardzo chciałbym się w tym względzie mylić. Przed zwolennikami laickiej, wolnej od władzy Kościoła, politycznego klerykalizmu i bigoterii Polski rysuje się nie szybka perspektywa karnawału i otwierania szampana, lecz długi i żmudny marsz. Nie należy dać się zwieść optymistycznym pozorom. Przed nami jeszcze dużo „potu, krwi i łez”.

„Skarb” państwa PiS

„Twoja pojebana religia to najgorsza choroba Polski. Jesteście ideologicznymi spadkobiercami najgorszych morderców w historii, w imię swojego wymyślonego bożka pomordowaliście setki tysięcy niewinnych ludzi. I wy śmiecie mówić o moralności? Wszystkich was należy pozabijać i spalić wasze świątynie. Przeklęci faszyści co nawet swojej „świętej książeczki” nie czytali. Księża na Księżyc. Obyś zdechł”.

 

Takiego adresowanego do siebie wpisu internetowego doczekał się ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Tak się składa, że akurat ten ksiądz, czego by o nim nie sądzić, należy do grona rozsądniejszych i mniej antypatycznych przedstawicieli swojego stanu.
Na mój gust byłoby bardziej zrozumiałe, gdyby adresatami tych słów stali się raczej osobnicy typu Rydzyka czy księży Oko czy Henryka Zielińskiego z „Salonu dziennikarskiego” Karnowskich w TVP Info. I właśnie dlatego „joby”, jakie zebrał nawet „bogu ducha winny” ksiądz Isakowicz-Zaleski świadczą o tym, że kumulowana i tłumiona przez dziesięciolecia energia resentymentu i nienawiści do kleru wybuchła w końcu ze zwielokrotnioną siłą. Lata demonstrowanej pychy, chciwości, przecherstwa, rozpychania się w życiu publicznym, tolerowania wołających o pomstę do nieba praktyk instytucji, którą Joanna Senyszyn określiła jako „trzy razy be”: „Bogaty, bezideowy i bezczelny” zrobiły swoje.
Ten wybuch niechęci do Kościoła kat., a ściślej biorąc do jego sług, która przez dziesięciolecia przefiltrowywała się przez lekturę tygodników „Nie” czy „Fakty i Mity”, która zaznaczała się w formach relatywnie umiarkowanych i miarkowanych, teraz, pod wpływem jawnie proklerykalnych rządów PiS, wychodzenia na jaw afer pedofilskich i prawdy o moralności kleru, czerpania przezeń całymi garściami z kasy państwowej i wielu innych „grzechów Kościoła”, jak bywa to eufemistycznie określane, objawiła się z całą mocą. I już raczej nie ucichnie.
Na dobre rozpoczął ją „Czarny Protest” sprzed dwóch lat. Później nastąpił potężny marsz z marca 2018 roku przeciw ponownej próbie zaostrzenia zakazu aborcji oraz emocje objawione tak silnie, że siedziby Prymasa Polski przez kilka dni bronił kordon policji. Teraz kolejną falę niechęci do Kościoła kat. wywołał „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Film, który jest jednocześnie rezultatem i membraną tych nastrojów. Film, który przy całym swoim satyrycznym przerysowaniu, oddaje ducha czasu.

 

Front obrony deprawacji

Tymczasem w mediach prawicowo-klerykalnych istny front obrony kleru.
W tygodniku Karnowskich „Sieci” taka oto tajemnicza uwaga w anonimowym tygodniowym przeglądzie wydarzeń politycznych: „W mediach antykościelnie. Ludzie, którzy bardzo często nie umieją pokierować swoim życiem, którzy kończą, kupując samotnie wieczorem w sklepie „flaszkę i parówki”, niszczą jedną z niewielu instytucji, które prowadzą ludzi do dobra. Teraz klaszczą uszytemu na urbanoidalną miarę filmowi „Kler” Wojciecha Smarzowskiego”. Dalibóg, kogo miał na myśli autor tej uwagi? Bo chyba nie chodziło o samego reżysera, który ma dzieci i stwierdził, że to one m.in. zainspirowały go do nakręcenia tego filmu?
Smarzol, wieczorem, po flaszę i parówki? Na swoim portalu „w polityce” Karnowski w patetycznej inwokacji wzywa do obrony „naszych kochanych księży, którzy wyświadczyli nam i naszym dzieciom tyle dobra, przed atakami lewactwa”. „Nie możemy zostawić ich samych” – woła. Także w tygodniku „Gazeta Polska” Tomasza Sakiewicza dumna odpowiedź na „Kler”, a raczej na plakat do niego. Na okładce najnowszego „Gapola” deklaracja z napisem „Kler. Nasz skarb w walce z nazizmem, komunizmem, LGBT i islamistami”, na tle wizerunków Wyszyńskiego, Wojtyły, Popiełuszki i Kolbego wykadrowanych i ustawionych w konfiguracji nawiązującej do sposobu zaprezentowania postaci na afiszu filmowym. Także prezes TVPiS Kurski, który jeszcze rok temu chciał nagradzać Smarzowskiego za „Wołyń”, teraz określił jego kolejny film jako „prymitywny kicz propagandowy”.

 

Młodzieżowe „Non possumus”

Wydaje się jednak, że ta obrona jest na dłuższą metę daremna, bo jeszcze trochę i nie będzie miał kto przejąć owego „skarbu”. Najnowsze badania Kantar Millward Brown pokazały, że w najmłodszej grupie respondentów (15-19 lat) aż 61 procent uczniów jest przeciw lekcjom religii w szkole (23 procent jest „za”), podczas gdy w grupie wiekowej obejmującej badanych do 75 roku życia te proporcje procentowe układają się w wynik 46 procent (za utrzymaniem religii w szkołach) do 39 procent (przeciw). Ten wynik potwierdza ogłoszone kilka miesięcy temu wyniki badań Pew Research Center wskazały na radykalnie i rekordowo w skali światowej malejącą religijność młodzieży w Polsce. Koreluje to z wynikiem przeprowadzonych przez ośrodek IPSOS badań dotyczących stosunku Polaków do prawa do aborcji.
Wskazują one, że 46 procent respondentów jest za prawem do legalnej aborcji na żądanie, a przeciw niemu 43 procent. Jeszcze dwa lata temu, przed „Czarnym Protestem” , za prawem do legalnej aborcji na żądanie było zaledwie 18 procent pytanych. Co prawda na początku lat dziewięćdziesiątych było ich przeszło 50 procent, ale zmasowana propaganda religijna Kościoła kat. i organizacji „prolajf” zazwyczaj wspierana przez państwo, doprowadziła do zmiany społecznego nastawienia.
Jednak wydarzenia ostatnich dwóch lat i wejście na agorę debaty publicznej młodego pokolenia odwróciło ten trend. Pod wpływem perspektywy radykalnego zakazu aborcji w Polsce młodzi ludzie powiedzieli „non possumus”.

 

Będzie „Skarb2”?

A co do wspomnianego frontu obrony kościelnych deprawatorów ze strony klerykalno-pisowskich mediów. Tuż po wojnie (1948) powstała popularna komedia „Skarb” w reżyserii Leonarda Buczkowskiego. Jeśli potentaci medialni Karnowscy (spółka „Fratria”), a nawet lekko ostatnio podupadły Sakiewicz połączą swoje siły finansowe i moralne z poddanym „dobrej zmianie” Polskim Instytutem Sztuki Filmowej oraz ministrem-wicepremierem Glińskim, to są w stanie doprowadzić do realizacji filmu, który będzie odpowiedzią na „Kler” Smarzowskiego. Tytuł mogliby zapożyczyć od Leonarda Buczkowskiego. Udało się ze „Smoleńskiem”, uda się i tym razem. Będzie beczka śmiechu. Jak przystało na „Skarb”.