I po świętach

Owszem, w niektórych kościołach zawisły ostrzeżenia przed przekroczeniem względnie bezpiecznej liczby zebranych. W innych jednak święcono masowo. Była też polityka.

Bez odwołań do aktualnych wydarzeń nie wyobrażał sobie Grobu Pańskiego proboszcz z kościoła świętych Piotra i Pawła w Łapach w diecezji łomżyńskiej. Zainstalował więc nie tylko figurę martwego Jezusa i żółte żonkile zapowiadające z martwych powstanie, ale też kombinezon pracownika medycznego z oddziału covidowego, górę puszek i butelek po piwie, rozłożył „Gazetę Wyborczą” i dodał jeden z tygodników prawicowych, bo na okładce znalazło się zdjęcie Marty Lempart oraz dwójki znanych aktywistów LGBTQ: Margot i Barta Staszewskiego. Całość opatrzył poruszającym sumienia napisem „Jak zabijam Jezusa”.
Na wszelki wypadek, żeby nikt z wiernych nie pomyślał, że do zabijania przykładają rękę pisma bliskie rządowi, tytuł prawicowego periodyku został zasłonięty. Można było skoncentrować się na twarzach wrogów Kościoła (ba! Jezusa!) i zastanawiać choćby nad tym, jak nie dopuścić do powtórki z jesieni ubiegłego roku, gdy nawet w Łapach, gdzie proboszczowie są ważnymi postaciami, znalazły się kobiety na tyle odważne, by zorganizować protesty przeciwko zakazowi aborcji. Nie masowe, ale jednak. Co ciekawe, w zaproszeniu na jeden z tych spacerów, które ciągle można odgrzebać na Facebooku, widnieje stanowczy apel organizatorek: to pokojowy marsz, nie planujemy iść pod kościoły. Jak widać, gest pozostał niedoceniony.

Kalwaria aborcyjna

Temat aborcji zdominował również uroczystości wielkopiątkowe w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tamtejsi bernardyni w jakimś tam stopniu potraktowali obostrzenia pandemiczne poważnie i odwołali tradycyjne misteria z inscenizacją drogi krzyżowej. Tyle, że później i tak pozwalali wszystkim chętnym gromadzić się na terenie klasztoru i kalwarii, w dużych grupach iść jej drogami, z arcybiskupem Markiem Jędraszewskim przemawiającym z głośników w tle.

A ten kreślił analogię między sądem Piłata i ukrzyżowaniem Jezusa a prawem do przerywania ciąży. Część tej nauki zanotował reporter Wyborczej: ”Piłat przypomniał sobie również, co objaśniali mu przedstawiciele nauk biologicznych, zwłaszcza genetyki i embriologii, że życie człowieka rozpoczyna się w chwili poczęcia i że taka właśnie jest naukowa prawda. Ale że bał się posądzenia o słabość, szybko stłumił w sobie to wspomnienie. „Cóż to jest prawda?” – pomyślał, z satysfakcją przy tym zauważając, że sceptycyzm jest najlepszym lekarstwem na wszelkie prawdy, w tym również naukowe. Jego wahanie bezbłędnie wyczuli przywódcy ludu. „Jeżeli ten zbiór komórek uznasz za człowieka i przyznasz mu prawo do życia, nie jesteś przyjacielem władców tego świata. Co więcej, stajesz się wrogiem mainstreamowych mediów. Każdy, kto tak czyni, sprzeciwia się wolności i postępowi”.

Skromne mandaty

Oczywiście policja, która nie ma przecież zwyczaju wchodzenia do kościołów, nawet bez wysłuchania przemów Jędraszewskiego wiedziała, że kalwaryjscy pielgrzymi to nie protestujące kobiety, nie ma zatem potrzeby egzekwowania żadnych obostrzeń. Były jednak miejsca, gdzie mundurowi ostatecznie się pojawili. Z bloczkiem mandatów, nie z koszykiem pełnym jajek i kiełbasy.

W wielkopolskim Wolsztynie, w parafii św. Józefa, na nabożeństwie w świątyni było 360 osób. Oznacza to, że limit został przekroczony o 140 wiernych. Proboszcz został ukarany mandatem opiewającym na 50 zł. W innym kościele, Maksymiliana Kolbego w Mochach, na nabożeństwo ściągnęło 81 osób, podczas gdy dopuszczalna liczba wynosiła 14. Policjanci stwierdzili naruszenie, po czym wlepili karę w wysokości 20 zł. Dochód z tacy zapewne ekspresowo pokrył stratę… i życie potoczyło się swoim torem. Jak zawsze w Polsce. Święta – i po świętach.

Życzenia od nas

Korona wirus sprawił, że te święta spędzimy w aresztach domowych.

W gronie jedynie najbliższej rodziny.

Dodatkowo, jakby na złość nam wszystkim, rządzący Polską psycho despoci bezustannie straszą nas przymusową wysyłką do urn.

Szalbierskimi wyborami prezydenckimi.

Grożącymi nam powrotem zarazy i przedłużaniem narzuconych rygorów życia.

Jakby im było mało dotychczasowych zgonów.

Jakby im było mało dotychczasowych politycznych sporów i kłótni rodzinnych.

Nawet w tak szczególnym dla Polaków czasie, czasie świąt wielkanocnych, swym maniakalnym, sadystycznym uporem wywołują do kłótni ludzi sfrustrowanych przymusowym zamknięciem w domach, utratą lub groźbą utraty pracy, strachem o zdrowie i życie najbliższych.

Ale nie traćmy nadziei.

Jak każda, także i ta zaraza niebawem ustąpi. Zapewne następne święta spędzimy już bez strachu, bez zagrożenia śmiertelną chorobą.

Każda dyktatura podobna jest zarazie. Ona też pojawia się znienacka, powoli zniewala całe społeczeństwa, potem rujnuje niejedno życie.

Ale też kiedyś mija.

Oby następne święta obywały się już w zdrowej Polsce. I wolnej od cynicznej psycho dyktatury.

Z każdej zarazy trzeba wyciągać wnioski. Zamieniać dotychczasowy styl życia, przewartościować skalę priorytetów, życiowych celów.
I znaleźć szczepionkę przeciw zabójczemu wirusowi.

Podobnie jest z dyktaturami. Też po jej obaleniu warto przedyskutować, zmienić dotychczasowe wzorce szczęścia, sprawiedliwości, praworządności, wzrostu gospodarczego.

I też szukać szczepionki na dyktatorskie zapędy politycznych elit.

Życzymy Wam świąt zdrowych, spokojnych, i wesołych nawet.
Świąt wolnych od dyktatorskiej zarazy.

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

Życzenia od wicemarszałka Sejmu

Szanowni Państwo!
To będą inne święta niż co roku.
Spotkamy się w węższym gronie. Nasze myśli będą krążyć wokół niepewności
dotyczącej pracy i zdrowia. Naszego i naszych najbliższych.
Mam nadzieję, że w czasie świąt każdy odnajdzie
promyki nadziei i optymizmu.
Zostańmy w domach, ale duchowo bądźmy razem
i wspierajmy się trudnych chwilach.

Dzięki temu wygramy
z pandemią!

Życzę wszystkim
SPOKOJNYCH ŚWIĄT.

Włodzimierz Czarzasty
Wicemarszałek Sejmu RP

Wielkanocny zajączek z prezentami

Na Śląsku i na Wielkanocne Święta dzieciaki otrzymują prezenty, które w różnych miejscach pozostawia zajączek.
Dorośli też otrzymali prezenty od zajączka, które, jako przypomnienie, od dawna im się należały.

Dziś wojna w Polsce toczy się na kilku frontach. Pierwszym jest walka o przetrwanie z epidemią koronawirusa, drugim koła ratunkowe (a nie tarcze w realnej formie durszlaków) dla firm, z których ok. 60 tys. zgłosiło już upadek, dla przedsiębiorców i rozpoczętych masowych zwolnień, co doprowadzić może do 20-30 proc. bezrobocia i kilku milionów ludzi bez środków do życia. Trzecim opór przeciw prezydenckim wyborom mającym odbywać się w warunkach niespełniających wymogów demokracji.
Czwartym wreszcie jest konieczne odrodzenie się idei rzeczywistej międzyludzkiej pomocy (nie piszę solidarności bo to wyświechtane politycznie słowo, zostało pozbawione swoich desygnatów), wspólnoty działań, wzajemnego ratunku w śmiertelnym czasem zagrożeniu, pomoc walczącym na pierwszym froncie z epidemią zastępująca, albo uzupełniająca funkcje państwa. Także codzienna troska o starszego sąsiada, o którym zapomnieli jego najbliżsi, o sprawunki dla zamkniętych w domach, również o tych, którzy już dziś, a na pewno niedługo dosięgnąć może nie tylko brak możliwości spłaty kredytów, ale przede wszystkim głód. To najważniejsze nie tylko na dziś. Musimy to wszystko wkuwać niejako od nowa, bowiem przez minione trzydzieści lat kapitalizmu skutecznie oduczyliśmy się tych wspólnotowych reakcji na rzecz indywidualnego sukcesu, który nam ciągle jako wzór przedstawiano. Jeżeli miał miejsce, a miał niewątpliwie i to często, to dotyczył jedynie wąskich grup, a pozostali mogli być usatysfakcjonowani sukcesem pełnych półek w supermarketach. Próby i poczynania w tym zakresie o charakterze charytatywnym, łącznie z godną najwyższego szacunku Orkiestrą Świątecznej Pomocy i Szlachetną Paczką, dowodziły przede wszystkim niesprawności państwowego systemu, który wspierać musieli, także we własnej samoobronie, obywatele.
Zajączek od systemu
Neoliberalna mutacja kapitalizmu, którą z taka nadzieją, a nawet entuzjazmem przyjęło bardzo wielu Polaków, umacnianych przez lata III RP przez rządzące partie, tzw. autorytety i media, że jest najlepszą i tą wyśnioną, nie zdaje i nie zda tego koronawirusowego egzaminu, bowiem na taką okoliczność nie jest przygotowana. Pod hasłami wolności, demokracji i pełnej obywatelskiej swobody dokonywał się, naturalny w tym ustroju, niesprawiedliwy podział zysków, w którym bezpieczeństwo socjalne obywateli, ochrona ich zdrowia, oświata i kultura nigdy nie były ważnym celem i w dostatecznym stopniu uwzględnianym. Oczywiście, że socjaldemokratyczne standardy, tam gdzie lewica sprawowała rządy, także w niektórych bardzo bogatych krajach z wieloletnią demokratyczną tradycją, w poważnym stopniu te braki niwelowano.
Na polskim podwórku ośmioletnia bezrozumna polityka rządów Platformy Obywatelskiej, sprowadzająca się do roli śpiącego stróża nie tylko w dzień, ale i w nocy, pogłębiona przez Prawo i Sprawiedliwość, bezpardonowym zawłaszczeniem struktur władzy i jej pochodnych wraz z demoralizującym przekupstwem politycznym, doprowadziły do demontażu ważnych funkcji państwa i, jak twierdzi wielu, jego tekturowego stanu.
Oczywiście, że żadne państwo na świecie, tak jest i z Polską, nie było wcześniej odpowiednio przygotowane na tego rodzaju powszechne pandemiczne zagrożenie, ale jego sprawność i szerzej – jego sens istnienia dla obywateli – dowodzi godzina próby. Nastała ona w Polsce nie poprzez wyimaginowaną propagandowo rosyjską agresję pozwalającą rządzącym wydatkować wielomiliardowe sumy na produkty amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego; równie bezsensowne były pomysły budowy gigalotniska i przekopu mierzei. Natomiast przypomnieć należy jak traktowano przez ostatnie lata kluczową dziś służbę zdrowia, dla której zawsze brakowało pieniędzy: lekarzy, którzy mieli iść w kamasze albo mogli wyjechać sobie zagranicę, pielęgniarki zwalczane różnymi sposobami gdy założyły namiotowe miasteczko i rezydentów lekarzy, których żądania odsyłano z kwitkiem. Obserwacja dnia codziennego potwierdza, że polskie pisowskie państwo okazuje pełną bezradność, bo nawet o tak hucznie zapowiadanych dostawach chińskiego sprzętu ratunkowego zapadła cisza. A Witold Gadomski dodaje „Kiedy przyszedł wirus, skończył się karnawał”(„GW”,16.03.2020).
Zajączek dla millenialsów i pokolenia Z
Odchodzą pokolenia, które doświadczyły w II RP nędzy, a często i głodu, także następne z dodatkowo traumatycznym wspomnieniem lat wojny. Ci, którzy urodzili się podczas jej trwania, i wszyscy następni, jakby ciężko w tamtych okresach nie było, żyli w coraz bardziej spokojnych ekonomicznie czasach, które dla milionów nie tylko z chłopskich i robotniczych rodzin oznaczały awans społeczny i rozwój, a przede wszystkim ekonomiczne bezpieczeństwo zapewniane przez państwo całymi latami Polski Ludowej. I tego faktu nie przekreśli powtarzana bez końca fraza o sklepowych półkach tylko z musztardą i octem oraz wspominane, a organizowane przez Solidarność, propagandowe marsze głodowe latem 1981. Ponowny strach o jutro wraz z nędzą i głodnymi dziećmi przyniosła tzw. transformacja ustrojowa, a dziś skutki ekonomiczne pandemii.
Pokolenia millenialsów i Z, przekonane, że zawsze będzie spokojnie, że praca na nie czeka a nie one na nią, że można na samozatrudnieniu, w swojej firemce albo w korporacji żyć w miarę dostatnio i bezpiecznie, że jest, mimo licznych kłopotów i problemów w sumie ok, właśnie zaczynają doświadczać zupełnie czegoś odwrotnego. A to dopiero początek, którego końca nikt przewidzieć nie jest w stanie.
Pusty śmiech wywołują zmartwienia handlowców, którzy boją się zamieszek pod sklepami w związku z wprowadzeniem godzin senioralnych, bowiem ich obawy powinny raczej dotyczyć sytuacji, gdy polecą w celach rabunkowych sklepowe szyby, co już przewidziano na Avenue des Champs-Élysées w Paryżu zabezpieczając je deskami. Podobnie śląska policja cieszy się, że obecnie dostaje mniej zgłoszeń o kradzieży i rozbojach, choć narzekań na koronawirusowych oszustów jest sporo. Do czasu, bo jak zabraknie pieniędzy na niespłaconą hipoteczną pożyczkę mieszkaniową bądź za czynsz, jak koniczność przetrwania odrzuci wszelkie hamulce, i jak jeszcze, korzystając z tej szczególnej sytuacji, włączy się rosnący element przestępczy, to przecież nie ochronicie wszystkich okradanych w biały dzień na środku ulicy.
Pokolenia urodzone w III RP doświadczą w największym stopniu skutków ekonomicznego kryzysu. Zwali on na bruk ich dotychczasowy świat i dokona brutalnego zepchnięcia, czasem na sam dół ekonomiczno-społecznej drabiny, do zasadniczego obniżenia standardów życia. Przeżyty grupowy Armagedon w nieunikniony sposób zmusi do refleksji i publicznej aktywności całe te generacje, do tropienia lepszych dróg i sposobów bytowania na świecie jako, że przed nimi wiele lat życia. W nieunikniony sposób będą to przede wszystkim poszukiwania o charakterze lewicowym: sprawiedliwszego i bezpieczniejszego świata, wolności rzeczywistej a niesterowanej z bankierskich gabinetów bądź biskupich pałaców, demokracji prawdziwej a nie reinterpretowanej przez polityków i jeszcze ziemi zielonej, a powietrza czystego.
Zajączek od Kaczyńskiego
jest o tyle wyjątkowy, że pomimo wcześniejszego, z jego niewątpliwie polecenia, wielokrotnego łamania Konstytucji, dziś on sam szermuje obroną konstytucyjnego terminu wyborów 10 maja, jednocześnie ponownie zamierza złamać prawo wyborcze o obowiązujących w nim terminach możliwych zmian, proponując głosowanie korespondencyjne, które jeszcze niedawno odrzucał, uważając je za możliwe do sfałszowania. Jeśli to nie jest paranoja, to zapewne najzwyklejsze polityczne szalbierstwo dokonujące się na publicznej scenie, bez mrugnięcia okiem, bez żenady. I dziwić się nadal wypada, że ten tak katolicki i honorny naród, uwiedziony częściowo pisowskimi srebrnikami, nie tylko tego nie rozumie i nie potępia, ale nadto przystaje, aby mu pluto prosto w twarz. Rzecz się ma podobnie z „wrzutką” Gowina o dwuletnim przedłużeniu kadencji PAD, stanowiącą ratunek dla umykającej władzy. A po tym czasie, jak gołębie w Krakowie gruchają, sam chętnie zająłby miejsce w prezydenckim pałacu.
I to wszystko dokonuje się z wielką troską o zdrowie Polaków w czasie epidemii, także głęboko podzielanej przez opozycję. Ale trochę przynajmniej myślący wiedzą, że pierwszemu chodzi o utrzymanie władzy za wszelką cenę, drugiej o odsunięcie od niej PiS. Myliłby się ten, który uzna powyższą opinie za zgniły symetryzm, bowiem opozycja wykorzystując niesprzyjającą PiS-owi sytuację odsunięcia wyborów w przewidzianych obowiązującym prawem terminach, ani prawa tego nie łamie, ani też nie narusza Konstytucji.
Zapewne w Zjednoczonej Prawicy trwa ciężka praca myślowa a’la jak mieć ciastko i zjeść ciastko, i być może narodzą się jeszcze inne pomysły. Dziwnym trafem nie sięgnęli jeszcze do dobrze wypróbowanych z okresu II RP, jak najście oddanych wojskowych na obrady Sejmu, ale być może wszystko jeszcze przed nami. Mają zresztą w zanadrzu, ciągle możliwy do użycia tuż przed 10 maja „Stan klęski żywiołowej” i wtedy z całą faryzeuszowską mocą podkreślą jak bardzo dbają o zdrowie Polaków, zapominając o poprzednich matactwach.
Abstrahując od politycznych gierek oraz od nieszczęsnych wypowiedzi kierownictwa Ministerstwa Zdrowia na temat lekarzy i znikającego sprzętu, ciekawe będzie stanowisko ministra Szumowskiego, gdy rosnąć nadal będzie liczba zarażonych i zmarłych, bo w swoim czasie zarzekał, że żadnym politycznym naciskom nie podda się. Pan Minister ma zapewne lustro w domu.
Zajączek dla nowego, innego świata
Nikt nie wie, a tylko przewidywać może, jak to się wszystko dalej potoczy w świecie zdominowanym pandemią COVID-19 i jaki nastanie po jej zakończeniu. Stąd we wszystkich zagranicznych i krajowych mediach czytamy teksty z takimi tytułami: Niepewność jutra, Kiedy kryzys się skończy, Przygotujcie się na całkiem nową globalizację, Jaki świat czeka nas po tej pandemii, Ile zostanie w nas człowieka, Kto ocali Europę od barbarzyństwa, Potrzebny „nowy ład”, Nowy plan Marshalla, To nie zwykły kryzys, ale czas totalnej zmiany. W tych i podobnych pytaniach, i rozważaniach żadną miarą odnaleźć jednak nie można myśli o konieczności zasadniczej reorientacji dotychczasowych celów produkcji, konsumpcji, pożądanej roli państwa i zbioru naszych najważniejszych wartości.
Tylko „Gazeta Wyborcza” na tytułowej stronie twierdzi, że odchodzący świat był rajem (4-5.04.2020), a Gadomski dodaje, pisząc o przyszłości gospodarki, że „Nie będzie lepszego świata”. Zawsze ten tytuł szokował bezrozumną krytyką całego okresu PRL oraz wszelkich lewicowych poglądów i dążeń, z jednoczesną obroną, jak niepodległości, zdobytego przez Solidarność status quo, bo i oni, zatrzymując się w przeszłości, raz zdobytych wpływów żadną miarą nie chcą się pozbyć.
Natomiast jako bardzo bliskie przyjmuję słowa prof. Zbigniewa Mikołejko (Onet, 4.04.2020): „są w ojczyźnie – skoro już przywołuję poetów – „rachunki krzywd”, których tak łatwo nie da się zabliźnić i przejść jak gdyby nic do „normalnego życia”. Czeka nas więc raczej bolesna naprawa, jeśli zależy nam na życiu godziwym, rozmaitych połaci naszego zbiorowego istnienia. Także rekonstrukcja prawa i sprawiedliwości. I elementarnego poczucia prawdy.”
A może
Jan Kania ze „Złota dezerterów” miał racje mówiąc: „Teraz na świecie trzeba będzie zmienić wszystko, żeby znowu było tak, jak było”.

Księga Wyjścia (49)

Ballada, o współczesnej twarzy humanizmu.

Od śmiechu, przez wątpliwości, dezorientację, zaprzeczenie, panikę, aż po depresje, tysiące spiskowych teorii (z paleniem masztów 5G jako potencjalnego źródła wirusa), aż po przystosowanie i akceptację. Z zawieszonym w próżni pytaniem – co dalej?
Najpierw spór o maseczki, już nie będę pisał o hienach sprzedających je po pięćdziesiąt złotych. Ale maseczki to świetny przykład empatii. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że to nic nie daje, to załóżmy je. Choćby po to by mijający nas ludzie, którzy być może żyją w znacznie większym strachu niż my, poczuli się trochę lepiej, dajmy im odrobinę komfortu. Spokoju, że jeśli przechodząc kichniemy, to maseczka powstrzyma chmurę wyziewu z naszych ust. Paszcz, jak kto woli.
Mam wielu znajomych zarażonych wirusem HIV, każda, najdrobniejsza infekcja może być dla nich wyrokiem śmierci. Ci ludzie żyją w niewyobrażalnym przerażeniu. Choćby z tego powodu powinniśmy je nosić. Kłóci się to wprawdzie z powszechnym u nas przekonaniem, że „nikt mi nie będzie mi mówił co mam robić, swoje wiem”, „jak jest przepis, to znajdę sposób i go ominę”. Zwykle wtedy wyobrażam sobie człowieka, z drzwiami od stodoły na twarzy. Moja perfidna wizualizacja ignoranta. Takie podejście spowoduje jedynie, że będzie coraz więcej dziwnych, nieprzemyślanych i często bezsensownych zakazów. Bezsensownych z racjonalnego punktu widzenia człowieka, który z epidemiologią nie miał nic do czynienia. Doskonale zdaję sobie sprawę, że większość jest robiona „na szybko” żeby tylko coś zrobić. Są one jednak odpowiedzią na naszą nieodpowiedzialność.
Świadczy też o sile państwa, umiejętności mobilizacji oraz współpracy świadomego społeczeństwa. U nas próżno tego szukać. Dlatego ani model szwedzki, ani koreański – gdzie nie ma zakazów wychodzenia, w Seulu są nawet otwarte kluby, w Polsce nie jest możliwy.
Jedni przeszli już całą tę ścieżkę, od śmiechu po akceptację, niektórzy odrzucili spiskowe teorie, innym wciąż daleko by przystosować się do panujących warunków i robią wszystko, żeby je ominąć.
Wszyscy jednak głośniej lub ciszej zadajemy sobie pytanie – jaki będzie świat, gdy już to się przewali? Czy w ogóle się przewali? Jeśli tak, to czy jest szansa na powrót do dawnego stylu życia? Z telewizją śniadaniową, ze specjalistami od posiłków, diet, „zdrowego egoizmu”, międzyludzkich relacji – po porady coachów i złote myśli celebrytów – brakuje Wam tego? Sam przerobiłem wiele ze wspomnianych wcześniej etapów, staram się jednak nie popaść w panikę i nie poddać depresji. Nie jest to łatwe, chociaż wykonanie najprostszych rzeczy wymaga ogromnego wysiłku. Nawet pisanie, coś co jest moim żywiołem, stało się trudne.
Każda czynność to walka z samym sobą. Przywołuję wtedy w pamieci Jana Lesmana, znanego później jako Jan Brzechwa, który podczas okupacji, będąc ściganym i poszukiwanym Żydem, napisał przepiękną baśń „Akademię pana Kleksa”. Po wojnie przybrał nazwisko „Brzechwa” tylko dlatego, że jego bardzo bliski kuzyn, również znany poeta już coś opublikował pod nazwiskiem Leśmian. Tak, Bolesław Leśmian, był bliskim krewnym Brzechwy.
Wracając do głównego wątku. Jak nazwać to zjawisko? Zjawisko społeczno, medyczno, ekonomiczno epidemiologiczne? Czy naprawdę świat postanowił dać nam po nosie, który za bardzo zadzieraliśmy? Według mnie najbardziej pasuje teraz określenie „mała apokalipsa” (nie jest to nawiązanie do książki Konwickiego). Coś, co pokazuje nieodwracalność, ale daje jeszcze nadzieję.
Przed miesiącem nikomu nie przyszłoby to do głowy. A jednak – stało się. Stało się coś nieprzewidywalnego, niemożliwego, coś o czym jeszcze niedawno nikt by nie pomyślał, coś co dotknęło – w mniejszym lub większym stopniu – niemalże każdego.
Tak w skrócie określiłbym ostatnie tygodnie w Europie. Ponieważ sytuację szeroko rozumianej zagranicy znam jedynie z przekazów – jakże różnych zresztą – skupię się na tym co sam obserwuję w kraju. Obserwuję nie przez ekran telewizora, czy wpisy szalonych paranaukowców, ale przez pryzmat codziennych zakupów czy choćby wyjścia do śmietnika.
Wbrew pozorom to co się teraz dzieje ma również swoje dobre strony. Zanim Drogi Czytelniku oburzysz się na mnie, proszę, przeczytaj do końca. W wyniku pandemii bardzo wielu ludzi, często zarabiających naprawdę duże pieniądze, z dnia na dzień straciło pracę. Byli na śmieciówkach, prowadzili firmy, część zarobków zżerały zobowiązania kredytowe, reszta szła na ciut bardziej wystawne życie, kawę za kilkanaście złotych, markowe ciuchy, samochody, drogich fryzjerów i wizażystki, kosmetyczki, prywatne szkoły dla dzieci, najlepsze zajęcia pozalekcyjne i wykupione wcześniej egzotyczne wakacje. Ludzie pracujący w teatrach, operach, balecie, renomowanych orkiestrach, zespołach tanecznych itp. wszyscy byli na zleceniach. W całym szołbiznesie naprawdę prawie nikt nie pracuje na etacie. Ludzie ci, na codzień zamożni, też żyli „od pierwszego do pierwszego”. Tylko na znacznie wyższym poziomie. Teraz z dnia na dzień zostali bez pracy. Gorzej, zostali również bez oszczędności – przecież zawsze miało być pięknie – byli o tym przekonani.
To co dzieje się teraz to uboczny produkt tej zarazy, czyli sprawdzian i test naszego człowieczeństwa. Kto naprawę jest przyjacielem i na kogo możnemy liczyć. Pod tym względem zaczynaliśmy zadzierać trochę nosa, więc biologia po tym nosie postanowiła nam dać. I dała. Jeśli wyciągniemy z tego lekcję, to obronimy nasze człowieczeństwo. Jeśli będzie jak było, to znaczy że nie jesteśmy warci pomocy. Traktując koronawirusa jako sprawdzian naszej empatii, ludzkich odruchów – to jest to zjawisko pozytywne. Z pewnością temu co się dzieje nie pomagają stacje telewizyjne. Niekiedy odnoszę wrażenie, że w poszukiwaniu taniej sensacji robią wszystko by maksymalnie podkręcić spiralę strachu – to nawet nie wrażenie, to wiedza zdobyta empirycznie.
Pracowałem jakiś czas w TVP-INFO – oczywiście jak większość wyleciałem, ale jeśli konkurencyjna, prywatna stacja podała jakąś sensacyjną informację, to szybko należało zrobić wszystko, by mieć tej sensacji więcej u siebie. Tak samo jest teraz trzeba wyszukać jakiś instytut naukowy jak najbardziej zbliżony do tematu sensacji, bo te, które się tym zajmują nie mają czasu na rozmowy z dziennikarzami. Kiedy uda się coś znaleźć, jakąś placówkę, ośrodek – bardziej lub mniej – naukowy, który niekoniecznie specjalizuje się w dziedzinie koronawirusa, ale ma podobny profil, łapiemy pierwszego z brzegu pomocnika pracownika naukowego – który to zazwyczaj jest zapracowany i nie ma czasu ani ochoty wyjść przed kamery i tłumaczyć.
W obliczu pandemii wszystkie ręce na pokład, te pokrewne również – więc z tego pomocnika robimy autorytet. Odpowiednio wyszkolony i sprytny reporter tak kieruje rozmową, by wyszło jak najbardziej sensacyjnie, lepiej niż u konkurencji. I tak oto zdradziłem Państwu fragment „kuchni” tej fabryki grozy jaką ostatnio stały się stacje telewizyjne i dodam, że sam od kilku tygodni nie włączyłem telewizora, bo jeśli w ciągu minuty osiem razy pada słowo koronawirus, SARS, pandemia, odmienione przez wszystkie przypadki, to tak po ludzku trafia mnie szlag. Zamiast deeskalować napięcie, edukować, to przestałem oglądać telewizję jeszcze gdy była w fazie budowania tej grozy.
Jest coś, co mnie zaniepokoiło. Sklepy z bronią, tą legalną w Polsce, wiatrówki, pistolety i karabiny HDR – czyli na kule gumowe, wszelkiego rodzaju straszaki itp. wszystko to dwukrotnie podrożało. Nawet najgorszej jakości wiatrówki, są już niedostępne w magazynach. Większość broni – tej legalnej – została już wykupiona. Według pracowników Amazona to obecnie najczęściej kupowane produkty. Po co? Przecież tym nie zabijemy wirusa. Odradzam też używania jej do obrony.
Bez odpowiedniego przygotowania i treningu w mgnieniu oka znajdzie się w rękach napastnika i sami oberwiemy z kupionych przez nas – za nasze pieniądze – pistolecików. Wierzycie mi, w życiu wygląda to trochę inaczej niż w filmach, czasami lepiej nie mieć tej wiatrówki, straszaka, czy prawdziwego i nawet nabitego pistoletu na ostrą amunicję, jeśli nie mieliśmy wcześniej odpowiedniego przeszkolenia, niż stracić życie.
Sugeruję zachować rozsądek, pozbyć się paniki, bo na naszym strachu żerują media. Nie dajmy się i pamiętajmy o sobie wzajemnie. Teraz jest trudny czas, ale myślę że prawdziwa próba człowieczeństwa przyjdzie wtedy, gdy pozbędziemy się ostatniej pałeczki wirusa. Jak wtedy się zachowamy? Teraz rozsądek, potem umiar i godność. Teraz – gdy świat nas unieruchomił, zajrzyjmy w głąb samych siebie i wyciągnijmy to co mamy najpiękniejsze. Zamiast przeklinać pandemię, wytyczne, zarządzenia i wszystko wokół. Przecież i tak nie mamy na to wpływu. Mamy jednak wpływ na to, co ze sobą zrobimy, jak spędzimy ten czas.
Czy pełni wściekłości, czy może lepiej popracować nad najwyższym szczeblem piramidy Maslova, czyli samorealizacją i spełnieniem. Nad tym co zawsze odkładaliśmy na później – zawsze mówiliśmy – „w wolnej chwili”, aż zapomnieliśmy co jest tak naprawdę istotne. Po sobie wiem jakie to teraz trudne i jednocześnie istotne.
Zapomnieliśmy o marzeniach, wspomnieniach, uniesieniach, pięknie załamujących się w oknie promieniach słońca i milionie innych, indywidualnych pięknościach. Tych tylko naszych, własnych, prywatnych wręcz intymnych.
A co będzie potem? Nic wielkiego. Po prostu, umrze kapitalizm. Chętnie popatrzę na orszak. Nawet się uśmiechnę.
Jeśli się uda, to będzie znaczyło, że obroniliśmy humanizm. Wyszliśmy z pańszczyzny i średniowieczna. Możemy śmiało mówić, że jesteśmy społeczeństwem XXI wieku i z humanizmem nam do twarzy.

Bigos tygodniowy

Wasyl Hołoborodko, główny bohater ukraińskiego serialu komediowego „Sługa narodu” wygrał wybory prezydenckie i wystąpi w roli Wołodymyra Zełenskiego, prezydenta Ukrainy. Mimo dramatycznych trudności jakie przeżywa, naród ukraiński jest najdowcipniejszym narodem na świecie.

*****
Dowcipny jest także sam Zełenski, o którym prasa zachodnia, głównie anglojęzyczna, pisze dość powszechnie per „jew”. Niestety, brak treningu w serialu komediowym uniemożliwia bycie dowcipnym premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Jego amerykańskie wypowiedzi o polskich sędziach pozbawione są nie tylko komizmu, ale także dobrego smaku, a nade wszystko odrobiny nawet sensu i logiki.

*****
Strajk nauczycieli ciągle trwa mimo zmasowanego ataku rządowej propagandy dyfamacyjnej, różnych pęknięć i pewnego słabnięcia determinacji. Propaganda władzy uporczywie powtarza zwrot o „dzieciach” jako „zakładnikach ZNP”. „Dzieci”, wiadomo, to w Polsce to sentymentalny fetysz. Ale jakie tam znów dzieci? Niech nie wkurzają młodzieży, bo ona to nie żadne „dzieci”, jeno „uczniowie” i „młodzież” właśnie. Dzieci to są w żłobku i przedszkolu.

*****

Tymczasem na horyzoncie rysuje się ponowny strajk lekarzy, którzy po roku od podpisania z nimi porozumienia z ministrem zdrowia Szumowskim alarmują, że rząd nie dotrzymuje umowy. Pojawiły się też sygnały niepokojów wśród pracowników opieki społecznej, może jeszcze drastyczniej niedopłaconych niż nauczyciele. Takich grup zawodowych w budżetówce jest wiele, choćby szeroko rozumiani pracownicy placówek kultury, muzealnictwa, etc. Tyle że oni ani mrugną protestacyjnie.

****
Instytut Badań Pollster zapytał respondentów, „czy religia powinna być nauczana w szkole?”. 50 proc. ankietowanych odpowiedziało „nie”, 38 proc. – „tak”. Odpowiedź „nie wiem/trudno powiedzieć” wybrało 12 proc. Prof. Henryk Domański z Polskiej Akademii Nauk ocenił ten wynik jako „efekt cywilizacyjnego rozwoju i zjawisko, które występuje we wszystkich rozwiniętych demokracjach”. Jego zdaniem „Polacy coraz częściej traktują Kościół jako coś, co powinno być wyborem indywidualnym, a nie strategią narzuconą z góry przez instytucje państwowe. Po prostu nie chcą podporządkowania szkoły Kościołowi” .

*****
Z kolei Kantar Public ogłosił wynik badania, z którego wynika, że Za prawem do aborcji na życzenie jest 58 procent respondentów, przeciw jest 35 procent, bez zdania – 7 procent. Za legalizacją związków partnerskich jest 50 procent respondentów, 46 procent jest przeciw. Rzecz nie w tym jednym badaniu. Rzecz w tym, że podobne wyniki od pewnego czasu się powtarzają i zaczynają układać we wzór, który mówi: koniunktura dla władztwa Kościoła katolickiego wchodzi w fazę schyłkową, a nadzieje na katolicką kontrrewolucję są zdecydowanie płonne. A ponieważ te procesy wyraźnie przyspieszyły po „czarnym proteście” z października 2016 roku, to śmiało można wysnuć wniosek, że żadne rządy tak bardzo nie przyczyniły się do przyspieszenia sekularyzacji w Polsce, jak drugie rządy PiS. A za rządów PO-PSL, a wcześniej SLD-PSL z badań tak bardzo wyzierał konserwatyzm katolicki Polaków, że progresiści w tych formacjach rozkładali ręce w geście bezradności : nic się nie da zrobić. Kościół i konserwatywni katolicy mogliby powiedzieć: było tak dobrze, więc komu to przeszkadzało? No cóż, jedna z żelaznych zasad fizyki mówi, że bodziec o określone silnej, rodzi reakcję o sile mu odpowiadającej. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
*****
ICH publicyści to zauważają. Niezmiennie boleściwy Robert Tekieli napisał w „Gapolu” : „jeśli PiS przegra, oznacza to koniec istnienia Polski, jaką znamy, bo w cztery lata upodobni się do Belgii, Francji czy Niemiec”. Boże Przedwieczny, czy to możliwe, że spełni się moje marzenie żywione od młodości? Żart – ale tylko trochę, bo ta Francja, którą zobaczyłem po raz pierwszy w życiu 38 lat temu, robiła wspaniałe wrażenie, jednak od tamtego czasu to się bardzo obsunęło, z różnych powodów. Tak czy inaczej życzmy sobie Polski w ramach dobrze pojętego, europejskiego kształtu, bez pisiorstwa u władzy i tego męczącego Kościoła wiecznie na karku.

*****
Wspomniany Tekieli wyrzeka na „pokolenie Bosackie i Winnickie za krecią robotę” i na „towarzysza Janusza Korwina Mikke”. „Uszczkną punktów PiS i to zdecyduje o przegranej” – martwi się Tekieli. Inny publicysta prawicowy alarmuje: „Narodowcy w służbie lewactwa”. Jedynie Karnowscy, ci najwierniejsi lejtnanci PiS, martwią się tylko o notowanie Koalicji Europejskiej.

*****
Chamska łupa Pawłowicz przypieprzyła się do Magdaleny Adamowicz za kandydowanie do PE i nie umie uszanować jej dramatu osobistego. Pawłowicz, zamknij się gdzieś w szafie ze swoją sałatką w opakowaniu foliowym i wchłaniaj na osobności. Może ktoś uważa, że teraz idę za ostro? A Pawłowicz to wolno? A poza tym Dostojny Jubilat Jan Kobuszewski uczył w kabarecie, że „chamstwu trzeba przeciwstawiać się siłom”. I oczywiście także „godnościom osobistom”.

*****
Są sygnały, że problem z ministerką finansów Teresą Czerwińskią wcale się nie zagoił i trwa ona uparcie w zamiarze dymisji, tyle tylko, że ją uprosili, by nie odchodziła sama, demonstracyjnie, ale w ramach ogólnej rekonstrukcji rządu. Jednak podobno, z powodu strajku nauczycieli, rekonstrukcja oddala się w czasie.

*****
Katolicy jak zwykle pilnowali nocą grobu Jezusa Chrystusa i jak zwykle im się wymknął.

*****
„Miliony dla Notre Dame, nic dla biedaków”. W wersji bardziej literackiej: „Wszystko dla Notre Dame, nic dla Nędzników”. Protest „żółtych kamizelek” z hasłami więcej niż jakobińskimi – z sankiulockimi i „wściekłymi”. Kłaniają się z zaświatów dechrystianizatorzy z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej – Hebert, Chaumette i inni. Do tego nauczyciele w jednej ze strajkujących polskich szkół upozowali się na słynny obraz Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”. A że przy okazji Notre Dame przywołano dzwonnika Quasimodo, więc można powiedzieć, że ożywa przywiędła od lat moda na Francję.
*****
Na koniec o elektrycznych hulajnogach, nowej pladze naszych czasów. Uważajmy, piesi, na hulajnogi, bo gdy hulajnoga nas przejedzie na chodniku, to nie dość, że odwiozą nas do szpitala (w najlepszym razie), to jeszcze zapłacimy mandat za niewłaściwe poruszanie się po chodniku.

Przypij piątkę Kaczyńskiemu

Rząd wezwał wódkę na ratunek. Wódko daj żyć, poprosił.

Dziś każdy trzeźwy ekonomista widzi, że bez wódki „Piątka Kaczyńskiego” zdechnie jak pies. I żadne dodatkowe „Jarkowe” strumieniem pieniężnym też nie popłynie.

Bo budżet IV RP wysycha.

Nie stać go na jednoczesne kupowanie głosów wyborczych, dotowanie kolejnymi miliardami narodowo-katolickiej TVP Jacka Kurskiego i Imperium Zmysłów Ojca Dyrektora Rydzyka.
Dodatkowo pani minister finansów alarmuje, że narastający deficyt budżetowy może przekroczyć granice bezpieczeństwa. I zagrożone są nawet coroczne premie i nagrody dla ministrów tego najliczniejszego rządu w historii III i IV Rzeczpospolitej!
Suche wyliczenia resortu finansów są jednoznaczne – bez przelewów z podwyższonej akcyzy na alkohol budżet IV Rzeczpospolitej wyschnie jak Morze Aralskie. Dlatego, aby utrzymać go przy życiu i obiecywaną „Piątkę Kaczyńskiego”, rząd pana premiera Morawieckiego musi podwyższyć akcyzę na alkohol. O całe 3 procent.
Teraz od każdej flaszki taniego wina sprzedawanego w polskim lub polskojęzycznym markecie za 15 złotych, narodowo-katolicki rząd ma 1,11 złotych. Za piwo sprzedawane tam po 3 złote, rząd ma 0,48 złotych.
Za to od każdej flaszki najtańszej wódki sprzedawanej za 20 złotych pan premier dostaje 11,41 złotych. Bo akcyza na wódkę jest najwyższa. Stanowi aż 57 procent ceny każdej flaszki.
Koszty produkcji wódki są też tańsze od wyrobu wina i piwa.
Dodatkowo wódkę produkujemy wyłącznie z produktów polskiego pochodzenia. Polskiego kartofla, polskiej pszenicy i żyta.
Pan prezes Kaczyński obiecał po pięćset złotych każdej polskiej krowie produkowanej z polskiej trawy i po stówce każdej polskiej świni spasionej polskimi kartoflami.
A flaszce wódki pędzonej wyłącznie na polskich ziemniakach nic!

Ani grosza dopłaty.

Takie to mamy prawo. I gdzie tu sprawiedliwość?
Statystyczny obywatel IV Rzeczpospolitej wypija rocznie niecałe 10 litrów statystycznego, stuprocentowego alkoholu. Spożycie alkoholu za czasów rządów PiS systematycznie rośnie, co dobitnie dowodzi renesansu patriotycznych, tradycyjnych postaw Polek i Polaków. Co jest sukcesem rządowej polityki historycznej. Polityki przywracania godności wszystkiemu co polskie, dowartościowania narodowych wartości.
Spośród wszystkich alkoholowych trunków, Polki i Polacy, najwięcej wypijają piwa – ponad 50 procent. A potem wódki – ponad 35 procent.
„Piwo bez wodki – diengi na wietier”, mawiał Stalin, bo znał się na trunkach i potrafił ekonomicznie skalkulować proces ludzkiego upijania się. Nic dziwnego, że nauki tego klasyka popijawek znajdują w Polsce podatny grunt i głębokie zrozumienie.
Dziś rząd pana premiera Morawieckiego trzeźwo postawił na wzrost wpływów z płynącego do narodowych i katolickich gardeł alkoholu. Bo jego pan prezes Kaczyński postanowił kupić sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze.
Ale zdążył te nasze pieniądze wydać już na swe, nietrzeźwe ekonomicznie obietnice wyborcze.
Zatem w wódce i wódkopijcach pozostała ostatnia nadzieja Prawa i Sprawiedliwości. Pod jej obronę ucieka się narodowo-katolicka polska prawica. Już dziś każdy polski patriota, każdy przywiązany do trakcyjnych wartości polski katolik musi wyciągnąć pomocną dłoń ku panu prezesowi. I dłoń ta nie może być pusta. Trzeźwa „Piątka Kaczyńskiego” nie pożyje długo.
„Małpki w dłoń, kufle w dłoń, „Piątkę Kaczyńskiego chroń!” – już słychać patriotyczne uniesienia.
Pić trzeba, Polki i Polacy, bo kampania wyborcza PiS polega na wprowadzeniu obywateli IV Rzeczpospolitej w stan chronicznej nietrzeźwości umysłowej.
Upijania wyborców przez upajanie ich mile szumiącymi w głowach obietnicami kolejnych, rozdanych pieniędzy.
Niestety, radość z picia, nawet najbardziej patriotycznej wódeczki, nie jest wieczna. Następstwem jej jest przykra suchość organizmu i nieznośny ból głowy.
Obiecywana „Piątka Kaczyńskiego” podobna jest piciu wódki. Najpierw szał, potem kac.

Ale idą święta.

Niech zatem pocieszą się obietnicami wszyscy obdarowani. Rachunek za rządy PiS przyjdzie nam zapłacić później.
Pij, pij, pij braci pij, na starość torba i kij!

Ps. Już teraz rząd może zlikwidować zbędną Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Wielkich oszczędności nie będzie, bo budżet agencja ma kusy, ale prezes Kurski albo Ojciec Dyrektor każdą kasę łykną.