Euro 2020/21: Szczęście sprzyja walecznym

Potężnie krytykowana po porażce ze Słowacją reprezentacja Polski nieoczekiwanie wywalczyła w Sewilli remis w meczu z faworyzowaną Hiszpanią i wciąż ma szanse na awans do 1/8 finału. Musi jednak koniecznie wygrać ze Szwecją w ostatniej serii spotkań w grupie E.

Cała ekipa biało-czerwonych walczyła w sobotę w Sewilli wspaniale. „Czujemy lekki niedosyt, ponieważ gdybyśmy wszystko idealnie zrobili, to moglibyśmy ten mecz wygrać” – stwierdził przed kamerami TVP Sport Robert Lewandowski. Kapitan naszej reprezentacji był bez wątpienia jeśli nie najlepszym, to jednym z najlepszych graczy na boisku. Miał w spotkaniu dwie dobre strzeleckie sytuacje – w 43. minucie z kilku metrów trafił jednak w bramkarza drużyny Hiszpanii, ale w 54. minucie popisał się znakomitym strzałem głową i doprowadził do wyrównania. „Na pewno zdobycie bramki było fantastycznym uczuciem, mnie jednak bardziej cieszył fakt, że zdołaliśmy rozegrać taki dobry mecz. Od pierwszej minuty widać było w każdym z nas ogromną determinację i wolę walki, czego nie zdołała stłumić nawet stracona bramka. Dalej graliśmy swoje z niezłomną wiarą w powodzenie. Nie pozwalaliśmy Hiszpanom na rozgrywać piłki w ich ulubionym stylu. Oni oczywiście posiadali przewagę w jej posiadaniu, ale dobrze prezentowaliśmy się w defensywie i na dodatek sprzyjało nam szczęście. Myślę, że remis to sprawiedliwy wynik. Dopóki mamy wolę walki to nawet gdy nieco zabraknie umiejętności, możemy to nadrobić determinacją. Teraz przed nami trzeci grupowy mecz ze Szwecją, w którym na pewno nie będziemy faworytami. Musimy twardo stąpać po ziemi, bo czeka nas wyzwanie, w którym znów na szali trzeba będzie położyć maksymalne zaangażowanie i wolę walki” – ocenił sytuację polskiego zespołu Lewandowski, który bezdyskusyjnie w swoim 121. występie w narodowych barwach znów był ojcem sukcesu biało-czerwonych. Zdobyta przez niego bramka była 67. trafieniem w reprezentacji. Pod tym względem „Lewy” jest rekordzistą – następny w klasyfikacji snajperów wszech czasów, Włodzimierz Lubański, ma 48 goli.
Remis z Hiszpanią niewątpliwie mocno zaskoczył spory chór krytyków, który zdążył się ujawnić po porażce ze Słowacją. Paulo Sousa na szczęście nie zna języka polskiego, a rzecznik reprezentacji Jakub Kwiatkowski pewnie oszczędził mu tłumaczenia zjadliwych recenzji, bo portugalski szkoleniowiec po meczu nie skomentował nieprzychylnych mu opinii. Nie szczędził za to pochwał swoim graczom, a szczególnie Lewandowskiemu. „Kluczem była mentalność. Próbowaliśmy sprawić, by piłkarze uwierzyli, że mogą grać z ambicją i odwagą. Z podziwem obserwowałem występ Roberta Lewandowskiego. Byłem pod wrażeniem widząc, jak walczy, chociaż był bezlitośnie kopany przez rywali z każdej strony. Mimo to wygrywał z nimi wszystkie pojedynki, strzelił gola i był na boisku przez cały mecz wszędzie, gdzie powinien być. Robert jest liderem tej drużyny, ale różnym od innych liderów. Nie zgadzam się z negatywną oceną jego występu ze Słowacją. Zrobił w tym spotkaniu wszystko, o co go prosiliśmy. Był jednym z najwięcej biegających piłkarzy, angażował się w każdą niemal akcję, a w meczu z Hiszpanią jego energia i determinacja były jeszcze większe. Dla trenera to wielka rzecz jeśli ma w zespole takiego piłkarza. Inni zawodnicy muszą iść w jego kierunku, a jeśli to zrobią, będziemy dużo silniejsi jako kolektyw” – stwierdził Paulo Sousa w pomeczowej wypowiedzi.
Selekcjoner biało-czerwonych wyróżnił też Kamila Glika, który faktycznie był opoką naszej defensywy, ale na wiele ciepłych słów zasłużył też Wojciech Szczęsny, któremu tym razem sprzyjało nadzwyczajnie szczęście, jakby los postanowił mu w meczu wynagrodzić wszystkie dotychczasowe pechowe wpadki na wielkich turniejach. Jego też po występie przeciwko Słowacji w polskich mediach przeczołgano niemiłosiernie. Przy rzucie karnym co prawda większe zasługi w niestrzeleniu gola położyli Gerard Moreno, który trafił w słupek oraz Alvaro Morata, wyśmiany po meczu za to, że niemiłosiernie spudłował przy dobitce, ale wręcz nieprawdopodobną obroną strzału w końcówce meczu zmazał wszelkie grzechy przeszłości. Wydarzeniem, chociaż trochę innego rodzaju, był też występ Kacpra Kozłowskiego, który w 55. minucie zastąpił Mateusza Klicha. Pomocnik Pogoni Szczecin tym samym w wieku 17 lat, 8 miesięcy i 3 dni został najmłodszym debiutantem w historii mistrzostw Europy. Po remisie z Hiszpanami sytuacja biało-czerwonych nadal jest trudna, bo zajmują ostatnie miejsce w grupie, ale mają los w swoich rękach. Muszą jednak wygrać ze Szwecją. Porażka lub remis oznacza koniec przygody z Euro 2020/21. Zwycięstwo natomiast ze względu na wygraną w bezpośrednim starciu pozwoli naszej drużynie na wyprzedzenie ekipy „Trzech Koron”, a także zespołu który przegra w potyczce Słowacji z Hiszpanią. Taki scenariusz gwarantowałby nam wtedy drugie miejsce w tabeli i pewny awans. Jeśli Słowacy zremisują z Hiszpanami, a my pokonamy Szwedów, wówczas na finiszu będziemy mieć tyle samo punktów co Słowacy i Szwedzi. Bilans meczów bezpośrednich układałby się po równo (Słowacja pokonała Polskę, Szwecja pokonała Słowację, a Polska w takim wariancie pokonałaby Szwecję). Na chwilę obecną najlepszy bilans bramkowy (również w takiej małej tabeli) mają Szwedzi. Ale Polska może jeszcze nawet wygrać grupę E, jeśli pokona Szwecją co najmniej dwoma bramkami, a Słowacja zremisuje z Hiszpanami. Wtedy biało-czerwoni mieliby w małej tabeli różnicę goli +1, Słowacy 0, a Szwedzi -1. Te trzy ekipy zebrałyby na finiszu po 4 punkty, a ostatnia lokatę zajęłaby Hiszpania z 3 „oczkami”. To byłaby jednak sensacja na kosmiczną skalę.
My musimy pamiętać też o tym, że istnieje też czarny scenariusz dla biało-czerwonych. Oprócz porażki gwarantuje go też wynik remisowy ze Szwedami. Tak więc w środę od 18:00 w Petersburgu polski zespół musi walczyć o zwycięstwo równie walecznie, jak robił to w sobotę w Sewilli.

Hiszpania – Polska 1:1
Gole: Alvaro Morata (25) – Robert Lewandowski (54).
Hiszpania: Unai Simon – Marcos Llorente, Aymeric Laporte, Pau Torres, Jordi Alba – Koke (68. Pablo Sarabia), Rodri Hernandez, Pedri Gonzalez – Gerard Moreno (68. Fabian Ruiz), Alvaro Morata (87. Mikel Oyarzabal), Dani Olmo (61. Ferran Torres).
Polska: Wojciech Szczęsny – Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek (85. Paweł Dawidowicz), – Kamil Jóźwiak, Mateusz Klich (55. Kacper Kozłowski), Piotr Zieliński, Jakub Moder (85. Karol Linetty), Tymoteusz Puchacz – Karol Świderski (68. Przemysław Frankowski), Robert Lewandowski.
Żółte kartki: Torres, Rodri – Klich, Moder, Jóźwiak, Lewandowski.
Sędziował: Daniele Orsato (Włochy).
Widzów: 11 742.

Euro 2020/21: Paulo Sousa cudu nie dokonał

Piłkarska reprezentacja Polski fatalnie rozpoczęła swój udział w finałach mistrzostw Europy. Na stadionie w Petersburgu biało-czerwoni w kiepskim stylu przegrali ze Słowacją 1:2. Ta porażka de facto przekreśla szanse polskiej drużyny na wyjście z grupy, bo w meczach z Hiszpanią i Szwecją o punkty będzie jeszcze trudniej.

W spotkaniu ze Słowakami trener Paulo Sosua posłał na boisko 15 zawodników, ale po meczu gromy spadły tylko na trzech z nich – Wojciecha Szczęsnego, Grzegorza Krychowiaka i Roberta Lewandowskiego. Pierwszego gola strzelonego przez słowacki zespół zapisano Wojciechowi Szczęsnemu, co uczyniło go pierwszym bramkarzem w historii europejskiego czempionatu z samobójczym trafieniem na koncie. To wręcz nieprawdopodobne jak tego świetnego przecież zawodnika nie odstępuje pech na wielkich imprezach z udziałem reprezentacji Polski. Rzecz jasna media, nie tylko polskie, z miejsca z lubością przypomniały jego wpadki w Euro 2012, Euro 2016 i MŚ 2018. Ale obiektywnie oceniając, to nie Szczęsny zawalił mecz ze Słowacją. Większą winę za utratę pierwszego gola ponoszą na spółkę Bartosz Bereszyński i Kamil Jóźwiak, których Robert Mak ograł jak juniorów, a Bereszyńskiego wręcz ośmieszył puszczając mu bezczelnie piłkę między nogami.
Krytyka pod adresem Krychowiaka jest zdecydowanie bardziej uzasadniona, bo od weterana reprezentacji, który w spotkaniu ze Słowakami po 81. występował w narodowych barwach, można oczekiwać przynajmniej tego, że nie da się „upolować” rywalom i lekko stronniczemu arbitrowi. Niestety, Krychowiak w dwóch sytuacjach zachował się jak nowicjusz i w 62. minucie wyleciał z boiska za dwie żółte kartki. W tym momencie było 1:1, ale siedem minut później słowacki obrońca Milan Skriniar, na co dzień gracz Interu Mediolan, powędrował w pole karne polskiej drużyny i strzelił gola dającego jego drużynie zwycięstwo. Możemy tylko spekulować, że gdyby Krychowiak wtedy był na boisku, to Skriniar pewnie nie miałby tak dużo czasu i swobody na oddanie strzału, bo któryś z naszych piłkarzy by do niego doskoczył.
Co się zaś tyczy krytyki pod adresem Lewandowskiego, to mamy tu powtórkę z mundialu w Rosji. Wtedy także obwiniono go za kiepski występ biało-czerwonych, bo chociaż grał dobrze i walczył ofiarnie, to jednak nie zdobył bramek. W spotkaniu ze Słowacją „Lewy” również gola nie strzelił, lecz teraz na dodatek zaliczył słaby występ. Kapitan naszej reprezentacji nie mógł narzekać na brak podań od kolegów, ani też na brak okazjio strzeleckich, bo w statystykach opublikowanych przez UEFA znalazł się na spółkę z Danim Olmo, pomocnikiem reprezentacji Hiszpanii, na czele klasyfikacji piłkarzy, którzy oddali w pierwszej serii gier najwięcej strzałów, które nie przyniosły ich zespołom bramki – obaj maja taki nieudanych prób na koncie po pięć. Hiszpańskie media alarmują jednak, że trudna sytuacja polskiej drużyny może ją potężnie zmotywować na sobotnie spotkanie z drużyną Hiszpanii. Dziennik „AS” ocenia, że będący teraz pod potężną presją Lewandowski może w tym meczu pokazać swój najwyższy strzelecki kunszt.
Obiektywnie rzecz traktując trzeba jednak uznać, że to nie Szczęsny, Krychowiak i Lewandowski zawalili mecz ze Słowacją, tylko cała polska drużyna, która po doznanej porażce mocno zmniejszyła swoje szanse na awans do fazy pucharowej Euro 2020/21. Wystarczy, że w sobotę biało-czerwoni przegrają z Hiszpanią, co jest przecież wielce prawdopodobne, zaś Szwedzi pokonają Słowaków, co nie będzie żadną sensacją, a polska reprezentacja straci nawet matematyczne szanse na wywalczenie awansu. Osiągnięcie takiego stanu już po drugiej kolejce gier byłoby klęską nie tylko Paulo Sousy, ale przede wszystkim prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. I powodem do zadowolenia dla Jerzego Brzęczka, bo jego portugalski następca na posadzie selekcjonera pozbawił polską drużynę jedynego atutu, jaki miała – skuteczności w grze obronnej. Pod wodzą Brzęczka w meczach z drużynami na podobnym poziomie biało-czerwoni przynajmniej nie dawali strzelać rywalom tyle bramek, a grał przecież m.in. z Włochami, Holandią i Portugalią, natomiast pod wodzą Paulo Sousy w sześciu meczach straciła aż 10 goli. Nasza drużyna w założeniu miała bronić się czwórką obrońców, ale w ataku grać trójką stoperów. Pomysł jak pomysł, wszyscy dzisiaj tak grają, lecz do tego trzeba mieć jeszcze odpowiednich wykonawców, tymczasem Słowacy bili większość naszych piłkarzy nie tylko pod względem technicznym, ale też cechami motorycznymi i nawet walecznością. W kilka dni takich mankamentów nie da się wyeliminować, więc nie ma co się nastawiać na przełom w spotkaniach z genialnie wyszkolonymi Hiszpanami i grającymi atletyczny futbol Szwedami.
Paulo Sousa nie traci jednak rezonu. Na pomeczowej konferencji tak ocenił występ swoich podopiecznych: „Jestem bardzo zawiedziony wynikiem, ale to nie koniec mistrzostw. Mamy jeszcze sześć punktów do zdobycia, ale bez wiary w sukces niczego się nie osiągnie. Muszę teraz odbudować zespół mentalnie. Myślałem w przerwie, czy nie zmienić Krychowiaka z powodu żółtej kartki, ale to zawodnik doświadczony, ważny dla drużyny, więc liczyłem, że sobie poradzi. Po jego zejściu mieliśmy jeszcze trzy okazje na gole. Wszystkie zmarnowane. Zawiodła koncentracja w kluczowych momentach. Pierwsza bramka to był gruby błąd w obronie, ale i fatalny zbieg okoliczności: trzy rykoszety, po których piłka trafiła do siatki. Koncentracja zawiodła też przy drugim golu dla Słowaków. Analizowaliśmy, w jaki sposób wykonują rzuty rożne, wiedzieliśmy, że Milan Skriniar lubi wtedy iść do przodu. Niestety przegapiliśmy go, nikt nie blokował jego uderzenia, zostawiliśmy mu miejsce do strzału. Tak nie wolno nam grać. Nie możemy w taki sposób przegrywać meczów. Źle zaczęliśmy, ale turniej się dla nas jeszcze nie skończył” – zapewnia portugalski selekcjoner biało-czerwonych. Przekonamy się o tym już w najbliższą sobotę.

Polska – Słowacja 1:2
Gole: Karol Linetty (46) – Wojciech Szczęsny (18 samobójcza), Milan Skriniar (69).
Polska: Wojciech Szczęsny – Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek – Kamil Jóźwiak, Mateusz Klich (85. Jakub Moder), Grzegorz Krychowiak, Piotr Zieliński (85. Karol Świderski), Karol Linetty (74. Przemysław Frankowski), Maciej Rybus (74. Tymoteusz Puchacz) – Robert Lewandowski.
Słowacja: Martin Dubravka – Peter Pekarik (79. Martin Koscelnik), Lubomir Satka, Milan Skriniar, Tomas Hubocan – Lukas Haraslin (87. Michal Duris), Juraj Kucka, Jakub Hromada (79. Patrik Hrosovsky), Robert Mak (87. Tomas Suslov) – Ondrej Duda (90. Jan Gregus), Marek Hamsik.
Żółte kartki: Krychowiak – Hubocan.
Czerwona kartka: Krychowiak (62., za drugą żółtą).
Sędziował: Ovidiu Alin Hategan (Rumunia).
Widzów: 12 862.

W Juventusie już nie cenią Szczęsnego

Jeszcze w marcu Wojciech Szczęsny był uważany za jednego z najlepszych graczy Juventusu Turyn i nic nie zapowiadało, że szefowie „Starej Damy” tego lata będą chcieli go zamienić na innego bramkarza.

Wszystko dlatego, że w kwietniu pojawiła się szansa na pozyskanie z AC Milan 22-letniego reprezentanta Włoch Gianluigiego Donnarummę. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki włoskie media od kilku tygodni biją w Szczęsnego jak w bęben i sugerują, że latem opuści „Bianconerich”. Zdumiewa w tej spoorawie to, że Polak jest zawodnikiem Juventusu od 19 lipca 2017 roku, a 11 lutego 2020 roku zachwyceni jego wysoką formą szefowie turyńskiego potentata sami zaproponowali mu przedłużenie umowy do końca czerwca 2024 roku. Po sezonie 2019/2020 Szczęsny został uznany za najlepszego bramkarza sezonu w Serie A. Do tej pory nasz reprezentacyjny bramkarz rozegrał w barwach Juventusu 134 mecze, w których 53 razy zachował czyste konto. Z ekipą „Bianconerrich” wywalczył trzykrotnie mistrzostwo Włoch, dwa razy zdobył Superpuchar i raz Puchar Włoch. Transferową wartość 31-letniego polskiego bramkarza branżowe portale wyceniają aktualnie na 35 mln euro, a jego zarobki na siedem milionów euro rocznie.
Z całą pewnością pod względem sportowym nie ustępuje Gianluigiemu Donnarummie, ale najwyraźniej nie ma tak dobrego i wpływowego agenta, jak włoski bramkarz, którego interesy reprezentuje Mino Raiola. A ten holenderski pośrednik transferowy akurat w Juventusie ma dobre układy i jeśli Donnarumma, któremu z końcem czerwca tego roku kończy się kontrakt z AC Milan, faktycznie zdecyduje się na przeprowadzkę do Juventusu, sam zarobi krocie na prowizji, a swojemu podopiecznemu załatwi suty kontrakt na poziomie 12 mln euro rocznie. Szczęsnemu zaś nie pozostanie nic innego, jak szybko poszukać sobie innego pracodawcy. Bo może być nawet o klasę lepszy od Donnarummy, ale rywalizacji z reprezentantem Włoch o miejsce w bramce Juve nigdy nie wygra.
Przedsmak tego już ma, bo jeśli wierzyć doniesieniom włoskich mediów, działacze „Starej Damy” po cichu i za jego plecami zaoferowali Szczęsnego Borussii Dortmund, która właśnie rozgląda się za klasowym bramkarzem. Szefowie tego klubu szukają jednak gracza wysokiej klasy, ale taniego i z polskich bramkarzy bardziej ich interesuje zbierający świetne recenzje w Fiorentinie 23-letni Bartłomiej Drągowski. Ale pewnie wzięliby Szczęsnego gdyby Juventus oddał go za 8-10 mln euro, a polski bramkarz przystał na zmniejszenie rocznej pensji o połowę. Skończyło się więc tylko na wstępnych negocjacjach, które jednak podsyciły medialne spekulacje o zmianie bramkarza w Juventusie. Najświeższe mówią, że zainteresowanie pozyskaniem Szczęsnego zgłosił Everton, ale przed turniejem Euro 2021 żadna wiążąca decyzja w kwestii transferu Szczęsnego raczej nie zapadnie.

Debiut Sousy pod presją koronawirusa

Tuż przed wylotem kadry Polski do Budapesztu na mecz z Węgrami wybuchło potężne zamieszanie z powodu pozytywnego wyniku testu na obecność Covid-19 u Mateusza Klicha. To zrodziło obawy, że grający na co dzień w angielskim Leeds United piłkarz mógł zakazić koronawirusem innych kadrowiczów.

Pierwsze informacje o wykrytym przypadku zakażenia w kadrze biało-czerwonych pojawiły się we wtorek wieczorem, ale dopiero w środę przed południem z PZPN wyciekła informacja, że graczem, który miał pozytywny wynik testu na Covid-19 był Mateusz Klich. Oprócz niego koronawirusa wykryto też u asystenta kucharza oraz dwóch pracowników technicznych kadry. PZPN działa zgodnie z przygotowanym przez FIFA i UEFA „Protokołem Powrotu do Gry”. Według niego, gdy jeden z członków reprezentacji jest zakażony, pozostali przebywający na zgrupowaniu są powtórnie badani. Nie ma potrzeby odizolowania całej drużyny. Procedura jest już znana polskiej kadrze po tym, jak podczas październikowego zgrupowania koronawirusem zakaził się Maciej Rybus. „Mateusz czuje się dobrze i nie ma żadnych objawów. Jego izolacja będzie trwać zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami. Zrobiliśmy mu dzisiaj kolejny test i czekamy na jego wynik. Z resztą reprezentacji Mateusz miał kontakt tylko na boisku, a jak wiemy wszystkie badania pokazują, że na boisku jest bardzo trudno się zakazić, bo ten kontakt jest zbyt krótki. Poza tym wszyscy mieszkamy w pokojach jednoosobowych, cały czas wszędzie przemieszczamy się w maseczkach i utrzymujemy dystans” – zapewniał rzecznik prasowy reprezentacji Jakub Kwiatkowski. Jego słowa potwierdził też sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki. „Stosujemy się do zasad wypracowanych przez UEFA i FIFA, wedle których dopóki mamy 14 zdolnych do gry piłkarzy, w tym bramkarza, dopóty gramy. Oczywiście w tym przypadku tak sytuacja ma miejsce, więc lecimy do Budapesztu. Nie ma chyba częściej badanej grupy zawodowej niż piłkarze. Testy są robione praktycznie codziennie, dlatego tak szybko wychwytujemy ewentualne zachorowania” – twierdzi Sawicki.

Zmienne wyniki testów Klicha
Te wypowiedzi nie zatamowały jednak rosnącej fali spekulacji, inspirowanej głównie rewelacjami zamieszczanymi w mediach społecznościowych, szczególnie na Twitterze, który w naszej przestrzeni medialnej od kilku lat jest areną rywalizacji między dziennikarzami. Wedle najnowszego trendu na szczycie panującej w tym medium hierarchii plasują się dostawcy informacji, rzecz jasna głównie ze świata futbolu, a że mamy teraz czas na reprezentację, w wyścigu dominują wieści z pierwszego zgrupowania biało-czerwonych pod wodzą Paulo Sousy. Ludzie z obecnie rządzącej w PZPN ekipy wedle sprawdzonej już metody sprytnie je reglamentują i dostępem nagradzają żurnalistów sobie przychylnych, a pozostałych albo trzymają w poczekalni, albo wręcz wprowadzają w błąd sprzecznymi przekazami. Tak było i z przypadkiem wykrycia zakażenia Covid-19 u Klicha, wokół którego narosło mnóstwo plotek i nerwowych spekulacji mnożących liczbę zarażonych. Medialny zgiełk wokół tej sprawy próbował uciszyć Kwiatkowski. „Widzę, że moja rola zaczyna ograniczać się do dementowania plotek. Szczególnie tych, które pojawiają się na Twitterze. Nie ma koronawirusa w sztabie szkoleniowym, pozytywny wynik testu otrzymał tylko piłkarz Mateusz Klich” – zapewniał już na warszawskim lotnisku rzecznik PZPN. Ale potwierdził, że u Klicha wykryto brytyjską odmianę Covid-19.
Pomocnik Leeds United pozostał w Warszawie, lecz jeszcze w środę wieczorem gruchnęła wieść, iż powtórzony u niego test dał wynik negatywny. Wedle oficjalnego stanowiska PZPN przypadek Klicha wygląda tak: piłkarz Leeds United przeszedł w ostatnim czasie kilka testów. Tylko jeden wynik był pozytywny. W poprzedni czwartek miał szczegółowy test PCR w swoim klubie, w Anglii. Wynik był negatywny. W niedzielę przeszedł test na przeciwciała, który także był negatywny. We wtorek, już w Polsce, ponownie miał szczegółowy test PCR, którego wynik okazał się pozytywny, co wykluczyło go z udziału w meczu z Węgrami w Budapeszcie. Ale przeprowadzony u niego kolejny test na obecność przeciwciał znów był negatywny. Kluczowy w jego przypadku będzie więc kolejny test, który przejdzie wraz z resztą kadrowiczów i sztabu szkoleniowego w piątek, po powrocie z Budapesztu. Jeśli Klich ponownie uzyska wynik negatywny, będzie mógł wrócić do zajęć z drużyną i zagrać w kolejnych meczach – z Andorą w niedzielę i Anglią w środę.
Istotne jest jednak to, że wtorkowe negatywne testy na przeciwciała dają nadzieję, że Klich nie zakażał innych, co minimalizuje ryzyko wystąpienia Covid-19 u innych kadrowiczów, a wbrew zapewnieniom rzecznika Kwiatkowskiego, kontakt z Klichem mieli praktycznie wszyscy, co widać choćby w relacjach wideo ze zgrupowania kolportowanych oficjalnie przez służby prasowe PZPN. Tak na marginesie, podobne perypetie przydarzyły się piłkarzowi Lecha Poznań Michałowi Skórasiowi podczas zgrupowania kadry młodzieżowej. On też miał pozytywny wynik testu wykonany po ostatnim meczu w ekstraklasie. Nie poleciał więc z młodzieżową kadrą na zgrupowanie, ale potem trzy kolejne testy wykonane w Lechu Poznań dzień po dniu dały wyniki negatywne.

Rewolucyjne pomysły Paulo Sousy
Rozegrany w czwartek w Budapeszcie mecz z Węgrami (zakończył się po zamknięciu wydania) był pierwszym występem biało-czerwonych pod wodzą Paulo Sousy. Wszystko, co do momentu ogłoszenia składu robił w kadrze portugalski szkoleniowiec było owiane mgłą tajemnicy i przez do jedną wielką zagadką. Wiadomo było w zasadzie tylko tyle, że występu na Puskas Arena w ekipie biało-czerwonych na sto procent mogli być pewni w zasadzie tylko Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny oraz w trochę mniejszym stopniu Piotr Zieliński. W pierwszej relacji wideo ze zgrupowania kadry opublikowanej przez PZPN zarejestrowano odprawę Sousy z kadrowiczami. Na tablicy za plecami selekcjonera widoczny był naszkicowany schemat ustawienia taktycznego. I na tej podstawie w polskich mediach przyjęto jako pewnik, że Portugalczyk będzie chciał grać z Węgrami trzema obrońcami, czwórką pomocników oraz trójką graczy w linii ofensywnej. Niewiadomą były jednak nazwiska graczy, których w ten schemat wtłoczy. Nic zatem dziwnego, że w medialnych spekulacjach przewidywane składy reprezentacji Polski rzadko się pokrywały. Oto dwa przykłady zaczerpnięte z dwóch wiodących portali internetowych. Wersja 1: Szczęsny – Bereszyński, Glik, Bednarek – Jóźwiak, Krychowiak, Moder, Rybus – Zieliński, Milik – Lewandowski. Wersja 2: Szczęsny – Dawidowicz, Bednarek, Bereszyński – Szymański, Krychowiak, Moder, Reca – Zieliński, Milik, Lewandowski.
Generalnie jednak panowało przekonanie, że to Polacy są faworytem czwartkowej potyczki w Węgrami i wszyscy czekaliśmy z niecierpliwością na pierwszy występ biało-czerwonych pod wodzą Paulo Sousy. Z nadzieją na korzystny wynik, ale też z lekką obawą, bo rozegrane w środę pierwsze mecze eliminacyjne pokazały, że murowani faworyci są jedynie na papierze. Mistrzowie świata Francuzi tylko zremisowali u siebie 1:1 z Ukrainą, wicemistrzowie świata Chorwaci przegrali ze Słowenia 0:1, a mistrzowie Europy Portugalczycy z trudem pokonali u siebie Azerbejdżan 1:0. Ale prawdziwą sensację sprawili Turcy pokonując u siebie Holandię 4:2.

Szalony mecz na Puskas Arenie

Sousie nie udało się przełamać swoistej klątwy – w XXI wieku żadnemu selekcjonerowi reprezentacji Polski nie udało sie jeszcze wygrać w debiucie. Portugalski szkoleniowiec miał przy tym trochę szczęścia, bo biało-czerwoni do 60. minuty przegrywali 0:2. Wtedy Paulo Sousa dokonał trzech zmian, wprowadzając na boisko Kamila Jóźwiaka, Krzysztofa Piątka i Kamila Glika. Najpierw, w 60. minucie Jóźwiak dośrodkował z prawej strony boiska w pole karne. Nieczysto w piłkę trafił Krychowiak, jednak całą akcję wykończył Piątek. Napastnik Herthy z bliska wpakował piłkę do węgierskiej bramki. Niespełna minutę później było już 2:2, gdy Zieliński dostrzegł niepilnowanego w polu karnym Jóźwiaka. Wprowadzony na boisko dwie minuty wcześniej skrzydłowy Derby County z zimną krwią zamienił na wuyrównującą bramkę sytuację sam na sam z golkiperem Madziarów Peterem Gulacsim. W 78. minucie Węgrzy ponownie wyszli jednak na prowadzenie po golu Williego Orbana, który przy biernej postawie Arkadiusza Recy skierował piłkę kolanem do polskiej bramki obok Wojciecha Szczęsnego.
Biało-czerwoni na szczęście nie podłamali się tym niepowodzeniem i po czterech minutach ponownie doprowadzili do wyrównania. Po dośrodkowaniu z prawego skrzydła przez Bereszyńskiego Robert Lewandowski przyjął piłkę w polu karnym i kapitalnym strzełem pod poprzeczke doprowadził do remisu 3:3. Mimo przewagi nasz zespół więcej goli już nie strzelił, a Węgrzy w końcówce oddychali już rękawami i brzydko faulowali polskich graczy, szczególnie Lewandowskiego.

Węgry – Polska 3:3
Gole: Roland Sallai (6), Adam Szalai (52), Willi Orban (78) – Krzysztof Piątek (60), Kamil Jóźwiak (61), Robert Lewandowski (82).
Węgry: 1. Péter Gulácsi – 14. Gergő Lovrencsics (66, 7. Loïc Négo), 5. Attila Fiola, 6. Willi Orbán, 4. Attila Szalai, 3. Szilveszter Hangya (66, 2. Ádám Lang) – 15. László Kleinheisler, 8. Ádám Nagy, 13. Zsolt Kalmár (81, 18. Dávid Sigér) – 20. Roland Sallai (72, 11. Kevin Varga), 9. Ádám Szalai.
Polska: 1. Wojciech Szczęsny – 18. Bartosz Bereszyński, 8. Michał Helik (58, 15. Kamil Glik), 5. Jan Bednarek, 3. Arkadiusz Reca (79, 13. Maciej Rybus) – 19. Sebastian Szymański (59, 21. Kamil Jóźwiak), 16. Jakub Moder (59, 23. Krzysztof Piątek), 10. Grzegorz Krychowiak, 7. Arkadiusz Milik (84, 11. Kamil Grosicki), 20. Piotr Zieliński – 9. Robert Lewandowski.
Żółte kartki: Fiola, Lang, Nagy, Attila Szalai – Helik, Bereszyński.
Czerwona kartka: Attila Fiola (90. minuta, Węgry, za drugą żółtą).
Sędziował: Felix Brych (Niemcy).
Mecz bez publiczności.

W pozostałych meczach grupy I Anglia wygrała u siebie z San Marino 5:0, a Andora przegrał u siebie z Albanią 0:1.

  1. Anglia 1 3 5:0
  2. Albania 1 3 1:0
  3. Polska 1 1 3:3
  4. Węgry 1 1 3:3
  5. Andora 1 0 0:1
  6. San Marino 1 0 0:5

Fabiański rzucił wyzwanie Szczęsnemu

West Ham United pokonał na swoim stadionie Sheffield United 3:0 w meczu 24. kolejki Premier League. W bramce zwycięskiego zespołu po raz 23. w tym sezonie zagrał Łukasz Fabiański i po raz siódmy zachował czyste konto. West Ham z dorobkiem 42 punktów zajmuje piąte miejsce, ale liczy się w walce o jedno z czterech miejsc premiowanych występami w Lidze Mistrzów.

Nowy selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa nie wyjawił jeszcze, którego z bramkarzy obdarzy zaufaniem i powierzy mu w kadrze rolę numeru 1. Zdradził jedynie, że wyboru już dokonał, ale ogłosi to publicznie dopiero podczas marcowego zgrupowania biało-czerwonych. Jeśli portugalski trener wybrał Wojciecha Szczęsnego, to teraz ma niezły ból głowy, bo West Ham United w Premier League w tym sezonie należy do ścisłej czołówki i pod tym względem praktycznie już nie odstaje od przeżywającego gorsze dni w Serie A Juventusu Turyn. A Fabiański regularnie zbiera nie gorsze recenzje za swoje występy od Szczęsnego.
W miniony poniedziałek ekipa „Młotów” rozbiła 3:0 Sheffield United. Pierwszego gola w 41. minucie strzelił z karnego Declan Rice, na 2:0 podwyższył w 58. minucie po rzucie rożnym środkowy obrońca Issa Diop, a wynik spotkania ustalił Ryan Fredericks, ale to Fabiańskiego w mediach wybrano na najlepszego piłkarza meczu. Nie bez powodu – obronił pięć groźnych strzałów, w tym uderzenie głową Davida McGoldricka z kilku metrów i po raz siódmy w tym sezonie zakończył występ z zerowym kontem strat. W swoich 23. występach (opuścił tylko jeden ligowy mecz – z Evertonem) udało mu się to siedmiokrotnie (z Wolverhampton, Southampton, Chelsea, dwukrotnie z Fulham, Burnley i teraz z Sheffield).
West Ham po 24 kolejkach zajmuje piąte miejsce z dorobkiem 42 punktów. Tyle samo punktów, ale lepszy bilans bramkowy ma czwarta w tabeli Chelsea Londyn, a to już jest miejsce premiowane grą w Lidze Mistrzów. Trzeci Leicester City ma 46 „oczek”, tyle samo co drugi Manchester United, zaś lider, Manchester City, prowadzi z dorobkiem 53 punktów i zapasem jednego rozegranego meczu mniej. Za plecami West Hamu ze stratą dwóch punktów plasuje się FC Liverpool.
A Juventus jak na razie jest w Serie A dopiero czwarty ze stratą ośmiu punktów do prowadzącego AC Milan, siedmiu do wicelidera Interu Mediolan i jednego punktu do trzeciej Romy. Ale ma do rozegrania zaległe spotkanie z Napoli.

Real na skraju przepaści

Real Madryt znalazł się od krok od katastrofy. Przegrywając w 5. kolejce Ligi Mistrzów z Szachtarem Donieck (0:2) „Królewscy”, najbardziej utytułowany z europejskich klubów zajmuje w dopiero trzecie miejsce w grupie i po raz pierwszy w historii może nie zakwalifikować się do fazy pucharowej tych elitarnych rozgrywek.

Sytuacja w grupie B po pięciu kolejkach jest niebywała, bo liderem jest nie najmocniejszy przecież z niemieckich klubów, Borussia Moenchengladbach, a drugą premiowaną awansem lokatę zajmuje Szachtar Donieck, a dwa ostatnie miejsca okupują typowane przed rozpoczęciem rozgrywek na faworytów w tym towarzystwie Real i Inter Mediolan. W ostatniej kolejce spotkań „Królewscy” zmierzą się jednak u siebie z Borussią, a Inter podejmie Szachtar, więc jeśli wygrają swoje spotkania, ostatecznie wywalczą awans do 1/8 finału. Ale już sam fakt, że muszą o to drżeć, dla takich gigantów jak Real i Inter jest wielkim upokorzeniem.
Nic dziwnego, że w hiszpańskich mediach huczy o plotek o rychłej dymisji trenera „Królewskich” Zinedine’a Zidane’a, chociaż władze klubu oficjalnie ogłosiły, że francuski szkoleniowiec, który zdobył z Realem już 11 trofeów, w tym trzy razy z rzędu wygrał Ligę Mistrzów, może być spokojny o swoja posadę. Słynny „Zizou” ma na Santiago Bernabeu status nietykalnej ikony, lecz nawet on może nie utrzymać posady jeśli nie awansuje do fazy pucharowej Champions League. Ewentualna przeprowadzka do Ligi Europy dla fanów „Królewskich” byłaby zapewne nawet bardziej upokarzającą klęską, niż zajęcie przez ich drużynę ostatniego miejsca w grupie. Dlatego mimo deklaracji szefów klubu, że nie rozważają zwolnienia Zidane’a, karuzela z nazwiskami jego potencjalnych następców kręci się w najlepsze. Madrycki dziennik „Marca”, zawsze przychylny Realowi i zwykle dobrze poinformowany, podał, iż w tej chwili najwyżej stoją akcje Mauricio Pochettino, który po dymisji z Tottenhamu od roku pozostaje bezrobotny, a zaraz po nim prowadzącego aktualnie zespół rezerw Realu Raula Gonzaleza. Zidane jednak po kompromitującej porażce w Kijowie zapowiedział, że nie zamierza podawać się do dymisji, bo ma pomysł jak wydobyć zespół z kryzysu. Jeśli jednak w najbliższą środę nie wygra z Borussią Moenchengladbach, decyzja w tej sprawie nie będzie już zależeć od niego.
Tym bardziej, że w Primera Division „Królewskim” też idzie jak po grudzie. W tabeli są na czwartym miejscu z siedmioma punktami straty do prowadzącego nieoczekiwanie Realu Sociedad i sześcioma do zajmującego drugą lokatę Atletico Madryt, ale lokalny rywal ma jeden mecz mniej. W Lidze Mistrzów Atletico też jednak jest w tarapatach po remisie u siebie z grającym w rezerwowym składzie Bayernem i teraz aby awansować do 1/8 finału, musi w ostatniej kolejce zdobyć co najmniej jeden punkt w Salzburgu. Kłopoty obu madryckich zespołów, które jeszcze do niedawna rozdawały przecież karty w Champions League, są zastanawiające, zwłaszcza że znajdujące się także w kryzysie dwa inne hiszpańskie kluby uczestniczące w tych rozgrywkach, FC Barcelona i FC Sevilla, bez większego trudu zapewniły sobie awans do fazy pucharowej. „Duma Katalonii” wygrała wszystkie pięć spotkań, a w minioną środę nawet bez Leo Messiego w składzie gładko ograła na wyjeździe Ferencvaros Budapeszt 3:0.
Z polskich piłkarzy w tej kolejce zagrało tylko czterech. W meczu Juventusu Turyn z Dynamem Kijów (3:0) zobaczyliśmy błyskotliwe parady Wojciecha Szczęsnego (zaliczył 21. występ w Lidze Mistrzów bez straconego gola i wyrównał należący do Jerzego Dudka rekord wśród polskich bramkarzy) oraz Tomasza Kędziorę na prawej obronie ukraińskiej drużyny, w spotkaniu Borussii Dortmund z Lazio Rzym (1:1) po dłużej przerwie w podstawowym składzie niemieckiego zespołu znów pojawił się Łukasz Piszczek, natomiast w dwójki naszych reprezentantów grających na co dzień w Lokomotiwie Moskwa, Grzegorza Krychowiaka i Macieja Rybusa, w przegranym 1:3 u spotkaniu z RB Salzburg wystąpił tylko ten drugi, bo Krychowiak zakaził się koronawirusem.
Robert Lewandowski w tej kolejce dostał od trenera Bayernu wolne, ale pewnie w ostatnim meczu grupowym, z Lokomotiwem na Allianz Arenie, już zagra i może nawet podreperuje swój skromny jak na razie dorobek bramkowy. W obecnej edycji napastnik Bayernu, król strzelców poprzedniego sezonu, ma na razie tylko trzy trafienia, ale do liderów klasyfikacji, Alvaro Moraty z Juventusu, Erlinga Haalanda z Borussii Dortmund i Marcusa Rashforda z Manchesteru United, traci tylko trzy gole. Z tej trójki w ostatniej kolejce na pewno nie zagra Haaland, który nabawił sie kontuzji mięśnia i do końca tego roku już się na boisku nie pojawi. Dla naszego piłkarza to okazja nie tylko do odrobienia do niego dystansu w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów, lecz także odskoczenia Norwegowi w tabeli strzelców Bundesligi.

Polacy nie mogli przegrać z Włochami

Reprezentacja Francji w 5. kolejce Ligi Narodów pokonała na wyjeździe broniącą trofeum Portugalię 1:0 i jako pierwsza zapewniła sobie awans do finału tych rozgrywek. W niedzielę szanse na wywalczenie pierwszego miejsca w swojej grupie mieli także Polacy, ale nie mogli przegrać z Włochami.

Na dwie kolejki przed końcem fazy grupowej Ligi Narodów biało-czerwoni z dorobkiem siedmiu punktów byli na pierwszym miejscu w grupie A1. Wyprzedzali o jeden punkt Włochów i o dwa Holendrów oraz o pięć zamykającą stawkę reprezentację Bośni i Hercegowiny. Z prostego wyliczenia wynikało, że jeśli ekipa Jerzego Brzęczka w niedzielnym meczu z Włochami i środowym z Holandią wywalczy co najmniej cztery punkty, to na pewno wywalczy awans do turnieju finałowego bez oglądania się na wyniki innych spotkań. Inne scenariusze były już jednak od tego uzależnione. Naszej reprezentacji do awansu mogły wystarczyć także dwa remisy, ale wówczas musieli liczyć na pomoc zespołu Bośni i Hercegowiny, który w takim wariancie nie mógłby przegrać z Holandią i Włochami. W przypadku wygranej z Włochami oraz porażki z Holandią biało-czerwoni uzyskaliby awans jeśli Bośniacy w niedzielę nie przegraliby z Holendrami. Natomiast w scenariuszu zakładającym porażkę z Włochami i wygraną z Holandią, Polakom do awansu potrzebne byłaby porażka włoskiej ekipy w ostatniej kolejce w meczu z Bośniakami. Selekcjoner biało-czerwonych nie mierzył jednak tak wysoko. Na przedmeczowej konferencji przed niedzielnym spotkaniem z przetrzebionym przez Covid-19 zespołem Italii (zakończyło się po zamknięciu wydania) przypomniał dla formalności: „Potrzebujemy jednego punktu, żeby wykonać nasz plan minimum, czyli utrzymać się w najwyższej dywizji Ligi Narodów. Dwa ostatnie mecze gramy z faworytami, czyli z Włochami i Holendrami. Wiadomo jednak, że futbol lubi niespodzianki i mam nadzieję, że będziemy w stanie taką sprawić”.
Zwycięzca grupy A1 zorganizuje turniej finałowy Ligi Narodów. Pierwszy finalista jest już znany – awans wywalczyli aktualni mistrzowie świata Francuzi, którzy w „grupie śmierci” okazali się lepsi od broniących trofeum aktualnych mistrzów Europy Portugalczyków oraz aktualnych wicemistrzów świata Chorwatów.
Z reprezentacją Włoch polski zespół w niedzielę zagrał po raz 18. We wcześniejszych 17 spotkaniach biało-czerwoni wygrali tylko trzykrotnie, a w meczu o stawkę tylko raz – podczas pamiętnych dla nas mistrzostw świata w 1974 roku. Osiem razy wywalczyli remis, a sześć zwycięstw odnieśli Włosi. W niedzielę mieliśmy jednak powody aby liczyć na sukces naszych piłkarzy, bo włoski zespół został mocno przetrzebiony przez koronawirusa, który nie oszczędził nawet trenera kadry „Squadra Azzurra” Roberto Manciniego. Z powołanych przez niego do kadry 40 zawodników wielu wypadło z powodu decyzji włoskich służb epidemicznych, a niektórych na zgrupowanie reprezentacji nie puściły kluby. Z tego powodu w kadrze Polski zabrakło bramkarza Fiorentiny Bartłomieja Drągowskiego. Ale on i tak przeciwko ekipie Italii by nie zagrał, bo Brzęczek już wcześniej ogłosił, że w tym meczu na bramce zagra Wojciech Szczęsny. Z podaniem reszty wyjściowego składu selekcjoner biało-czerwonych się już tak nie spieszył. Wiadomo było tylko tyle, że na pewno nie zagra pauzujący za żółte kartki Mateusz Klich, ale reszta powołanych piłkarzy, w tym ośmiu z klubów Serie A (oprócz Szczęsnego we włoskiej ekstraklasie występują na co dzień jeszcze Kamil Glik, Bartosz Bereszyński, Arkadiusz Reca, Karol Linetty, Piotr Zieliński, Arkadiusz Milik i Sebastian Walukiewicz) była gotowa do gry.
Brzęczek musiał jednak szykować równolegle skład na środowe spotkanie z Holandią. Z ekipą „Oranje” nasz zespół przegrał pierwszy mecz w obecnej edycji Ligi Narodów, ale bilans spotkań z holenderską drużyną ma równie kiepski jak z Włochami – trzy zwycięstwa, przy czym ostatnie odniesione w 1979 roku, sześć remisów i siedem porażek. Czasu na przygotowanie się do środowej potyczki nie będzie wiele, chociaż PZPN wynajął samolot czarterowy, którym kadra przyleciała na mecz w sobotę i którym wróci do Polski niemal zaraz po niedzielnym meczu z Włochami w Reggio Emilia.

Messi pokonał Szczęsnego

W 2. kolejce Champions League do uczestniczących w tych elitarnych rozgrywkach polskich piłkarzy (Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny, Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus, Łukasz Piszczek i Tomasz Kędziora) dołączył niespodziewanie w barwach Lazio Rzym Szymon Czyż. 19-letni młodzieżowy reprezentant Polski na co dzień gra w rezerwach rzymskiego klubu, a debiut w Lidze Mistrzów zawdzięcza brakom kadrowym spowodowanym przez Covid-19

Po drugiej serii gier wciąż niepokonane pozostają zespoły Bayernu Monachium, Manchesteru City, Manchesteru United, Liverpoolu i Barcelony. Broniącą trofeum bawarska jedenastka, która tydzień wcześniej rozgromiła u siebie 4:0 słynące z żelaznej defensywy Ateltico Madryt, w 2. kolejce trafiła na równie zawziętą w obronie drużynę Lokomotiwu Moskwa. Był to mecz z udziałem trzech reprezentacyjnych polskich piłkarzy – Roberta Lewandowskiego w barwach Bayernu oraz Grzegorza Krychowiaka i Maciej Rybusa w barwach Lokomotiwu. W sensie zespołowym zwycięsko z tej konfrontacji wyszedł Lewandowski, bo Bayern wygrał 2:1, ale indywidualnie lepiej oceniono występ Krychowiaka, a zwłaszcza świetnie spisującego się na lewej obronie Rybusa. Pilnowany pieczołowicie „Lewy” gola z akcji nie strzelił i w obecnej edycji Ligi Mistrzów król strzelców z poprzedniego sezonu jeszcze trafienia nie zaliczył. Co jest o tyle dziwne, że w Bundeslidze w pięciu kolejkach zdobył już 10 bramek.
W grupie B mamy do czynienia z sytuacją wręcz niebywałą, bo Real Madryt nadal okupuje ostatnia lokatę. „Królewscy” w starciu z Borussią Moenchengladbach do 87. minuty przegrywali 0:2, ale nadludzkim wysiłkiem zdołali jakość doprowadzić do remisu. Co nie zmienia faktu, że po porażce u siebie z Szachtarem w pierwszej kolejce u żadnego z grupowych rywali nie budzą już lęku, więc jeśli nie wygrają w przyszłym tygodniu u siebie z Interem, mogą mieć problem z awansem do 1/8 finału. W grupie C pewnie prowadzi Manchester City, który w angielskiej Premier League na razie spisuje się słabiutko, ale w Lidze Mistrzów jest w tej chwili murowanym faworytem do awansu z pierwszego miejsca. W grupie D dominuje inny z angielskich zespołów, FC Liverpool. Podopieczni trenera Juergena Kloppa w dwóch spotkaniach strzelili tylko trzy gole, ale nie dali sobie wbić żadnego. W tej grupie gra też duński FC Midtjylland, która po dwóch kolejkach jest bez punktu, bez strzelonego gola, za to z sześcioma straconymi. Na razie to zdecydowanie najsłabszy zespół w stawce.
W grupie E po dwóch kolejkach na czele są zespoły Chelsea Londyn i FC Sevilla. W bezpośrednim starciu nie zrobiły sobie wzajemnie krzywdy, remisując 0:0, a w 2. kolejce wywalczyły komplety punktów. W przyszłym tygodniu hiszpańska drużyny ponownie na swoim boisku podejmie FK Krasnodar, a Chelsea u siebie zmierzy się ze Stade Rennes. Ewentualne wygrane gospodarzy de facto rozstrzygną kwestię awansu z tej grupy. W grupie F trochę zaskakuje ostatnia po dwóch kolejkach lokata mistrza Rosji Zenita Petersburg. Pewną niespodzianką jest też jednak pierwsze miejsce zajmowane przez zdziesiątkowaną przez zakażenia Covid-19 ekipę Lazio Rzym. Sytuacja kadrowa w tym włoskim klubie jest ostatnio z tego powodu tak dramatyczna, że trener Simone Inzaghi musiał dokooptować do przetrzebionej kadry zawodników z młodzieżowej drużyny rzymskiego klubu. Wśród wezwanych przez niego na pomoc nastoletnich graczy znalazł się też 19-letni młodzieżowy reprezentant Polski Szymon Czyż, który w potyczce z Club Brugge zagrał od 68. minuty i zaliczył debiut z Lidze Mistrzów, dołączając do nielicznego grona polskich piłkarzy występujących w tym sezonie w tych elitarnych rozgrywkach. W drugim meczu tej grupy Borussia Dortmund pokonała 2:0 Zenit Petersburg i wróciła do gry o awans. Łukasz Piszczek całe spotkanie przesiedział na ławce rezerwowych, bo nie wrócił jeszcze do pełni sił po doznanym w poprzednim tygodniu urazie.
W grupie G na razie zdecydowanie dominuje Barcelona, która prowadzi z kompletem punktów i najlepszym (na spółkę z Manchesterem United) bilansem bramkowym. „Duma Katalonii” pokonała osłabiony brakiem zakażonego koronawirusem Cristiano Ronaldo Juventus Turyn 2:0. W turyńskiej jedenastce jedną z najjaśniejszych postaci był Wojciech Szczęsny, który nie ponosi winy za utracone gole. W drugim meczu tej grupy Dynamo Kijów z Tomaszem Kędziorą na prawej obronie zdobyło pierwszy punkt, remisując na wyjeździe z Ferencvarosem. A w przyszłym tygodniu Kędziora będzie miał okazję zagrać przeciwko Barcelonie na Camp Nou.
W grupie H trochę niespodziewanym liderem jest Manchester United, bo w tej grupie grają czołowe zespoły poprzedniej edycji Ligi Mistrzów – półfinalista RB Lipsk i finalista Paris Saint-Germain. Ale jeśli „Czerwone Diabły” utrzymają formę, mogą pozbawić którąś z tych drużyn awansu do 1/8 finału.

Krezusi w Serie A

Włoski dziennik „La Gazzetta dello Sport” podał najnowszy ranking najlepiej opłacanych piłkarzy w Serie A. Niezmiennie na jego czele znajduje się Cristiano Ronaldo, któremu Juventus płaci rocznie 31 mln euro.

Kontrakt portugalskiego gwiazdora jest jednak absolutnym wyjątkiem, zarówno w Juventusie, jaki i w całej włoskiej ekstraklasie. Dość powiedzieć, że drugi w zestawieniu krezusów, kolega Cristiano Ronaldo z Juventusu, holenderski obrońca Matthijs de Ligt, otrzymuje rocznie 8 mln euro. W pierwszej dziesiątce listy najlepiej zarabiających piłkarzy Serie A znajduje się pięciu graczy Juventusu. Oprócz Cristiano Ronaldo i de Ligta na szóstej pozycji jest Argentyńczyk Paulo Dybala (7,3 mln euro), a na siódmej Francuz Adrien Rabiot oraz Walijczyk Aaron Ramsey – obaj zarabiają po siedem milionów euro. Trzech graczy na liście krezusów ma Inter Mediolan: Belg Romelu Lukaku i Duńczyk Christian Eriksen zajmują wspólnie trzecią lokatę w zestawieniu i obaj kasują za sezon po 7,5 mln euro, tyle samo co napastnik AS Roma, Bośniak Edin Dżeko. Trzeci z graczy Interu, Alexis Sanchez, zarabia siedem milionów, co daje mu miejsce siódme, ex aequo z Rabiotem, Ramseyem i Zlatanem Ibrahimoviciem z AC Milan.
Najlepiej zarabiającym polskim piłkarzem w Serie A jest Wojciech Szczęsny, który w Juventusie zarabia rocznie 6,5 mln euro i na liście płac turyńskiego potentata lokuje się na szóstej pozycji. Inni nasi piłkarze, a gra ich obecnie na włoskich boiskach bez liku, mogą tylko pomarzyć o zarobkach Szczęsnego. Piotr Zieliński, który niedawno po długich negocjacjach w końcu podpisał nowy kontrakt z SSC Napoli, ma wedle niego zarabiać 3,5 mln euro rocznie. Jego kolega z zespołu Arkadiusz Milik, chociaż teraz znajduje się w tym klubie na marginesie, do czerwca 2021 roku zarobi jako rezerwowy SSC Napoli 2,5 mln euro. Taką samą kwotę w ekipie beniaminka Serie A Benevento Calcio otrzyma za sezon gry Kamil Glik, a Karol Linetty po przejściu z Sampdorii Genua do AC Torino zarabia teraz za sezon 1,5 mln euro.

Docenili Wojtka w Italii

Włoska ekstraklasa piłkarska podsumował miniony sezon przyznając wyróżnienia dla najlepszych zawodników na poszczególnych pozycjach. Na najlepszego bramkarza wybrano Wojciecha Szczęsnego.

Bramkarz reprezentacji Polski zaliczył bardzo udany sezon. W naszpikowanym gwiazdami Juventusie, który po raz dziewiąty z rzędu zdobył mistrzowski tytuł, Szczęsny niejednokrotnie był kluczową postacią zespołu. Wielu ekspertów uznało, że jego wkład w sukces ekipy „Starej Damy” był niezaprzeczalny, co poświadczają statystyki. Polak w minionym sezonie zagrał w 29 meczach włoskiej ekstraklasy, z których 11 zakończył z zerowym kontem. Ponadto obronił aż 74 procent strzałów oddanych na jego bramkę. W obu przypadkach nie miał sobie równych w Serie A. Tytuł najlepszego bramkarz sezonu otrzymał więc jak najbardziej zasłużenie. W jego karierze to drugie tego typu wyróżnienie – wcześniej jako zawodnik Arsenalu Londyn w sezonie 2013/2014 zdobył „Złotą Rękawicę”, nagrodę przyznawaną najlepszemu bramkarzowi sezonu w Premier League.
Najlepszym napastnikiem został zdobywca tytułu króla strzelców Ciro Immobile z Lazio Rzym, zdobywca 36 bramek. Włoski napastnik wyrównał rekord Serie A należący do Gonzalo Higuaina, a w pokonanym polu zostawił gwiazdora Juventusu Cristiano Ronaldo, który z dorobkiem 31 goli musiał zadowolić się drugą lokatą w klasyfikacji strzelców. Portugalczyk zresztą w ogóle nie został wyróżniony, bo tytuł MVP, czyli dla najbardziej wartościowego gracza sezonu przyznano jego koledze z ataku „Starej Damy”, Argentyńczykowi polskiego pochodzenia Paulo Dybali. Na najlepszego obrońcę został wybrany Stefan de Vrij z Interu Mediolan, a na najlepszego pomocnika Argentyńczyka Alejandro Gomeza z Atalanty Bergamo.
Dodatkowo wyróżniono najlepszego młodzieżowca, którym został urodzony w Szwecji Macedończyk Dejan Kulusevski z AC Parmy, który od nowego sezonu będzie klubowym kolegą Szczęsnego, bo Juventus który wykupił go w styczniu za 35 milionów euro, a następnie na pół roku wypożyczył do Parmy.