Polacy nie mogli przegrać z Włochami

Reprezentacja Francji w 5. kolejce Ligi Narodów pokonała na wyjeździe broniącą trofeum Portugalię 1:0 i jako pierwsza zapewniła sobie awans do finału tych rozgrywek. W niedzielę szanse na wywalczenie pierwszego miejsca w swojej grupie mieli także Polacy, ale nie mogli przegrać z Włochami.

Na dwie kolejki przed końcem fazy grupowej Ligi Narodów biało-czerwoni z dorobkiem siedmiu punktów byli na pierwszym miejscu w grupie A1. Wyprzedzali o jeden punkt Włochów i o dwa Holendrów oraz o pięć zamykającą stawkę reprezentację Bośni i Hercegowiny. Z prostego wyliczenia wynikało, że jeśli ekipa Jerzego Brzęczka w niedzielnym meczu z Włochami i środowym z Holandią wywalczy co najmniej cztery punkty, to na pewno wywalczy awans do turnieju finałowego bez oglądania się na wyniki innych spotkań. Inne scenariusze były już jednak od tego uzależnione. Naszej reprezentacji do awansu mogły wystarczyć także dwa remisy, ale wówczas musieli liczyć na pomoc zespołu Bośni i Hercegowiny, który w takim wariancie nie mógłby przegrać z Holandią i Włochami. W przypadku wygranej z Włochami oraz porażki z Holandią biało-czerwoni uzyskaliby awans jeśli Bośniacy w niedzielę nie przegraliby z Holendrami. Natomiast w scenariuszu zakładającym porażkę z Włochami i wygraną z Holandią, Polakom do awansu potrzebne byłaby porażka włoskiej ekipy w ostatniej kolejce w meczu z Bośniakami. Selekcjoner biało-czerwonych nie mierzył jednak tak wysoko. Na przedmeczowej konferencji przed niedzielnym spotkaniem z przetrzebionym przez Covid-19 zespołem Italii (zakończyło się po zamknięciu wydania) przypomniał dla formalności: „Potrzebujemy jednego punktu, żeby wykonać nasz plan minimum, czyli utrzymać się w najwyższej dywizji Ligi Narodów. Dwa ostatnie mecze gramy z faworytami, czyli z Włochami i Holendrami. Wiadomo jednak, że futbol lubi niespodzianki i mam nadzieję, że będziemy w stanie taką sprawić”.
Zwycięzca grupy A1 zorganizuje turniej finałowy Ligi Narodów. Pierwszy finalista jest już znany – awans wywalczyli aktualni mistrzowie świata Francuzi, którzy w „grupie śmierci” okazali się lepsi od broniących trofeum aktualnych mistrzów Europy Portugalczyków oraz aktualnych wicemistrzów świata Chorwatów.
Z reprezentacją Włoch polski zespół w niedzielę zagrał po raz 18. We wcześniejszych 17 spotkaniach biało-czerwoni wygrali tylko trzykrotnie, a w meczu o stawkę tylko raz – podczas pamiętnych dla nas mistrzostw świata w 1974 roku. Osiem razy wywalczyli remis, a sześć zwycięstw odnieśli Włosi. W niedzielę mieliśmy jednak powody aby liczyć na sukces naszych piłkarzy, bo włoski zespół został mocno przetrzebiony przez koronawirusa, który nie oszczędził nawet trenera kadry „Squadra Azzurra” Roberto Manciniego. Z powołanych przez niego do kadry 40 zawodników wielu wypadło z powodu decyzji włoskich służb epidemicznych, a niektórych na zgrupowanie reprezentacji nie puściły kluby. Z tego powodu w kadrze Polski zabrakło bramkarza Fiorentiny Bartłomieja Drągowskiego. Ale on i tak przeciwko ekipie Italii by nie zagrał, bo Brzęczek już wcześniej ogłosił, że w tym meczu na bramce zagra Wojciech Szczęsny. Z podaniem reszty wyjściowego składu selekcjoner biało-czerwonych się już tak nie spieszył. Wiadomo było tylko tyle, że na pewno nie zagra pauzujący za żółte kartki Mateusz Klich, ale reszta powołanych piłkarzy, w tym ośmiu z klubów Serie A (oprócz Szczęsnego we włoskiej ekstraklasie występują na co dzień jeszcze Kamil Glik, Bartosz Bereszyński, Arkadiusz Reca, Karol Linetty, Piotr Zieliński, Arkadiusz Milik i Sebastian Walukiewicz) była gotowa do gry.
Brzęczek musiał jednak szykować równolegle skład na środowe spotkanie z Holandią. Z ekipą „Oranje” nasz zespół przegrał pierwszy mecz w obecnej edycji Ligi Narodów, ale bilans spotkań z holenderską drużyną ma równie kiepski jak z Włochami – trzy zwycięstwa, przy czym ostatnie odniesione w 1979 roku, sześć remisów i siedem porażek. Czasu na przygotowanie się do środowej potyczki nie będzie wiele, chociaż PZPN wynajął samolot czarterowy, którym kadra przyleciała na mecz w sobotę i którym wróci do Polski niemal zaraz po niedzielnym meczu z Włochami w Reggio Emilia.

Messi pokonał Szczęsnego

W 2. kolejce Champions League do uczestniczących w tych elitarnych rozgrywkach polskich piłkarzy (Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny, Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus, Łukasz Piszczek i Tomasz Kędziora) dołączył niespodziewanie w barwach Lazio Rzym Szymon Czyż. 19-letni młodzieżowy reprezentant Polski na co dzień gra w rezerwach rzymskiego klubu, a debiut w Lidze Mistrzów zawdzięcza brakom kadrowym spowodowanym przez Covid-19

Po drugiej serii gier wciąż niepokonane pozostają zespoły Bayernu Monachium, Manchesteru City, Manchesteru United, Liverpoolu i Barcelony. Broniącą trofeum bawarska jedenastka, która tydzień wcześniej rozgromiła u siebie 4:0 słynące z żelaznej defensywy Ateltico Madryt, w 2. kolejce trafiła na równie zawziętą w obronie drużynę Lokomotiwu Moskwa. Był to mecz z udziałem trzech reprezentacyjnych polskich piłkarzy – Roberta Lewandowskiego w barwach Bayernu oraz Grzegorza Krychowiaka i Maciej Rybusa w barwach Lokomotiwu. W sensie zespołowym zwycięsko z tej konfrontacji wyszedł Lewandowski, bo Bayern wygrał 2:1, ale indywidualnie lepiej oceniono występ Krychowiaka, a zwłaszcza świetnie spisującego się na lewej obronie Rybusa. Pilnowany pieczołowicie „Lewy” gola z akcji nie strzelił i w obecnej edycji Ligi Mistrzów król strzelców z poprzedniego sezonu jeszcze trafienia nie zaliczył. Co jest o tyle dziwne, że w Bundeslidze w pięciu kolejkach zdobył już 10 bramek.
W grupie B mamy do czynienia z sytuacją wręcz niebywałą, bo Real Madryt nadal okupuje ostatnia lokatę. „Królewscy” w starciu z Borussią Moenchengladbach do 87. minuty przegrywali 0:2, ale nadludzkim wysiłkiem zdołali jakość doprowadzić do remisu. Co nie zmienia faktu, że po porażce u siebie z Szachtarem w pierwszej kolejce u żadnego z grupowych rywali nie budzą już lęku, więc jeśli nie wygrają w przyszłym tygodniu u siebie z Interem, mogą mieć problem z awansem do 1/8 finału. W grupie C pewnie prowadzi Manchester City, który w angielskiej Premier League na razie spisuje się słabiutko, ale w Lidze Mistrzów jest w tej chwili murowanym faworytem do awansu z pierwszego miejsca. W grupie D dominuje inny z angielskich zespołów, FC Liverpool. Podopieczni trenera Juergena Kloppa w dwóch spotkaniach strzelili tylko trzy gole, ale nie dali sobie wbić żadnego. W tej grupie gra też duński FC Midtjylland, która po dwóch kolejkach jest bez punktu, bez strzelonego gola, za to z sześcioma straconymi. Na razie to zdecydowanie najsłabszy zespół w stawce.
W grupie E po dwóch kolejkach na czele są zespoły Chelsea Londyn i FC Sevilla. W bezpośrednim starciu nie zrobiły sobie wzajemnie krzywdy, remisując 0:0, a w 2. kolejce wywalczyły komplety punktów. W przyszłym tygodniu hiszpańska drużyny ponownie na swoim boisku podejmie FK Krasnodar, a Chelsea u siebie zmierzy się ze Stade Rennes. Ewentualne wygrane gospodarzy de facto rozstrzygną kwestię awansu z tej grupy. W grupie F trochę zaskakuje ostatnia po dwóch kolejkach lokata mistrza Rosji Zenita Petersburg. Pewną niespodzianką jest też jednak pierwsze miejsce zajmowane przez zdziesiątkowaną przez zakażenia Covid-19 ekipę Lazio Rzym. Sytuacja kadrowa w tym włoskim klubie jest ostatnio z tego powodu tak dramatyczna, że trener Simone Inzaghi musiał dokooptować do przetrzebionej kadry zawodników z młodzieżowej drużyny rzymskiego klubu. Wśród wezwanych przez niego na pomoc nastoletnich graczy znalazł się też 19-letni młodzieżowy reprezentant Polski Szymon Czyż, który w potyczce z Club Brugge zagrał od 68. minuty i zaliczył debiut z Lidze Mistrzów, dołączając do nielicznego grona polskich piłkarzy występujących w tym sezonie w tych elitarnych rozgrywkach. W drugim meczu tej grupy Borussia Dortmund pokonała 2:0 Zenit Petersburg i wróciła do gry o awans. Łukasz Piszczek całe spotkanie przesiedział na ławce rezerwowych, bo nie wrócił jeszcze do pełni sił po doznanym w poprzednim tygodniu urazie.
W grupie G na razie zdecydowanie dominuje Barcelona, która prowadzi z kompletem punktów i najlepszym (na spółkę z Manchesterem United) bilansem bramkowym. „Duma Katalonii” pokonała osłabiony brakiem zakażonego koronawirusem Cristiano Ronaldo Juventus Turyn 2:0. W turyńskiej jedenastce jedną z najjaśniejszych postaci był Wojciech Szczęsny, który nie ponosi winy za utracone gole. W drugim meczu tej grupy Dynamo Kijów z Tomaszem Kędziorą na prawej obronie zdobyło pierwszy punkt, remisując na wyjeździe z Ferencvarosem. A w przyszłym tygodniu Kędziora będzie miał okazję zagrać przeciwko Barcelonie na Camp Nou.
W grupie H trochę niespodziewanym liderem jest Manchester United, bo w tej grupie grają czołowe zespoły poprzedniej edycji Ligi Mistrzów – półfinalista RB Lipsk i finalista Paris Saint-Germain. Ale jeśli „Czerwone Diabły” utrzymają formę, mogą pozbawić którąś z tych drużyn awansu do 1/8 finału.

Krezusi w Serie A

Włoski dziennik „La Gazzetta dello Sport” podał najnowszy ranking najlepiej opłacanych piłkarzy w Serie A. Niezmiennie na jego czele znajduje się Cristiano Ronaldo, któremu Juventus płaci rocznie 31 mln euro.

Kontrakt portugalskiego gwiazdora jest jednak absolutnym wyjątkiem, zarówno w Juventusie, jaki i w całej włoskiej ekstraklasie. Dość powiedzieć, że drugi w zestawieniu krezusów, kolega Cristiano Ronaldo z Juventusu, holenderski obrońca Matthijs de Ligt, otrzymuje rocznie 8 mln euro. W pierwszej dziesiątce listy najlepiej zarabiających piłkarzy Serie A znajduje się pięciu graczy Juventusu. Oprócz Cristiano Ronaldo i de Ligta na szóstej pozycji jest Argentyńczyk Paulo Dybala (7,3 mln euro), a na siódmej Francuz Adrien Rabiot oraz Walijczyk Aaron Ramsey – obaj zarabiają po siedem milionów euro. Trzech graczy na liście krezusów ma Inter Mediolan: Belg Romelu Lukaku i Duńczyk Christian Eriksen zajmują wspólnie trzecią lokatę w zestawieniu i obaj kasują za sezon po 7,5 mln euro, tyle samo co napastnik AS Roma, Bośniak Edin Dżeko. Trzeci z graczy Interu, Alexis Sanchez, zarabia siedem milionów, co daje mu miejsce siódme, ex aequo z Rabiotem, Ramseyem i Zlatanem Ibrahimoviciem z AC Milan.
Najlepiej zarabiającym polskim piłkarzem w Serie A jest Wojciech Szczęsny, który w Juventusie zarabia rocznie 6,5 mln euro i na liście płac turyńskiego potentata lokuje się na szóstej pozycji. Inni nasi piłkarze, a gra ich obecnie na włoskich boiskach bez liku, mogą tylko pomarzyć o zarobkach Szczęsnego. Piotr Zieliński, który niedawno po długich negocjacjach w końcu podpisał nowy kontrakt z SSC Napoli, ma wedle niego zarabiać 3,5 mln euro rocznie. Jego kolega z zespołu Arkadiusz Milik, chociaż teraz znajduje się w tym klubie na marginesie, do czerwca 2021 roku zarobi jako rezerwowy SSC Napoli 2,5 mln euro. Taką samą kwotę w ekipie beniaminka Serie A Benevento Calcio otrzyma za sezon gry Kamil Glik, a Karol Linetty po przejściu z Sampdorii Genua do AC Torino zarabia teraz za sezon 1,5 mln euro.

Docenili Wojtka w Italii

Włoska ekstraklasa piłkarska podsumował miniony sezon przyznając wyróżnienia dla najlepszych zawodników na poszczególnych pozycjach. Na najlepszego bramkarza wybrano Wojciecha Szczęsnego.

Bramkarz reprezentacji Polski zaliczył bardzo udany sezon. W naszpikowanym gwiazdami Juventusie, który po raz dziewiąty z rzędu zdobył mistrzowski tytuł, Szczęsny niejednokrotnie był kluczową postacią zespołu. Wielu ekspertów uznało, że jego wkład w sukces ekipy „Starej Damy” był niezaprzeczalny, co poświadczają statystyki. Polak w minionym sezonie zagrał w 29 meczach włoskiej ekstraklasy, z których 11 zakończył z zerowym kontem. Ponadto obronił aż 74 procent strzałów oddanych na jego bramkę. W obu przypadkach nie miał sobie równych w Serie A. Tytuł najlepszego bramkarz sezonu otrzymał więc jak najbardziej zasłużenie. W jego karierze to drugie tego typu wyróżnienie – wcześniej jako zawodnik Arsenalu Londyn w sezonie 2013/2014 zdobył „Złotą Rękawicę”, nagrodę przyznawaną najlepszemu bramkarzowi sezonu w Premier League.
Najlepszym napastnikiem został zdobywca tytułu króla strzelców Ciro Immobile z Lazio Rzym, zdobywca 36 bramek. Włoski napastnik wyrównał rekord Serie A należący do Gonzalo Higuaina, a w pokonanym polu zostawił gwiazdora Juventusu Cristiano Ronaldo, który z dorobkiem 31 goli musiał zadowolić się drugą lokatą w klasyfikacji strzelców. Portugalczyk zresztą w ogóle nie został wyróżniony, bo tytuł MVP, czyli dla najbardziej wartościowego gracza sezonu przyznano jego koledze z ataku „Starej Damy”, Argentyńczykowi polskiego pochodzenia Paulo Dybali. Na najlepszego obrońcę został wybrany Stefan de Vrij z Interu Mediolan, a na najlepszego pomocnika Argentyńczyka Alejandro Gomeza z Atalanty Bergamo.
Dodatkowo wyróżniono najlepszego młodzieżowca, którym został urodzony w Szwecji Macedończyk Dejan Kulusevski z AC Parmy, który od nowego sezonu będzie klubowym kolegą Szczęsnego, bo Juventus który wykupił go w styczniu za 35 milionów euro, a następnie na pół roku wypożyczył do Parmy.

Lewandowski w grze o Ligę Mistrzów

W środę i czwartek rozegrano mecze 1/8 finału Ligi Europy, a w piątek i sobotę odbędą się zaległe rewanżowe spotkania w Lidze Mistrzów. Ostatni mecz w tej fazie rozgrywek, Liverpoolu z Atletico Madryt (2:3) rozegrano 149 dni temu. W piątek zmierzą się Juventus Turyn z Olympique Lyon (0:1) i Manchester City z Realem Madryt (2:1), a w sobotę Bayern Monachium z Chelsea Londyn (3:0) oraz FC Barcelona z SSC Napoli (1:1).

Tak właśnie zacznie się finisz najdziwniejszego sezonu w historii europejskich pucharów. Cztery zespoły zdążyły przed wybuchem pandemii wywalczyć awans do 1/4 finału, osiem w piątek i sobotę powalczy w rewanżach o cztery pozostałe miejsca. A potem wszyscy ćwierćfinaliści zjadą do Lizbony, gdzie od środy 12 do niedzieli 23 sierpnia odbędzie się finał tegorocznej edycji Champions League w wersji turniejowej. W związku z pandemią UEFA chciała ograniczyć podróże i na areny decydujących bojów o triumf w Lidze Mistrzów wybrała stadiony dwóch klubów z Lizbony – Benfiki i Sportingu. O awansie do kolejnej rundy zmagań rozstrzygać będzie tylko jeden mecz. Wszystkie starcia będą odbywać się przy pustych trybunach, co eliminuje jakąkolwiek przewagę związaną z pełnieniem roli gospodarza. Dozwolona będzie zmiana pięciu graczy oraz szóstego w przypadku dogrywki.
Do stolicy Portugalii każdy klub będzie mógł zabrać maksymalnie 80 ludzi, z czego 45 będzie miało dostęp do „strefy zero”, czyli boiska i jego najbliższych okolic. Mowa tu o 23 zawodnikach, ośmiu członkach sztabu szkoleniowego oraz 14 pracowników zaplecza technicznego drużyny. Każda z tych osób będzie musiała poddać się badaniom na koronawirusa na dwie doby przed pierwszym meczem, wszystkim będzie mierzona temperatura przed wejściem na stadion, rezerwowi będą musieli zakładać maseczki, a zespoły będą wjeżdżały na teren stadionu co najmniej w dziesięciominutowych odstępach. To powinno uchronić uczestników turnieju przed Covid-19, ale do Lizbony wybiera się nieokreślona jeszcze do końca liczba kibiców. Utrzymać ich w ryzach epidemicznych zarządzeń będzie bardzo trudno.
Wcześniej jednak kibiców czekają emocje w czterech zaległych meczach rewanżowych 1/8 finału. Najmniej spekulacji towarzyszy potyczce Bayernu Monachium z Chelsea Londyn, bo zaliczka trzech goli z pierwszego spotkania w Londynie stawia bawarską jedenastkę w roli stuprocentowego faworyta. Nic dziwnego, że Robert Lewandowski, który na Stamford Bridge był bohaterem spotkania (zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabry’ego i sam strzelił londyńczykom gola), przed sobotnią potyczką na Allianz Arena w Monachium był dobrej myśli. Kpaitan reprezentacji Polski jest mocno zmotywowany, bo po tym jak Ciro Immobile sprzątnął mu sprzed nosa „Złotego Buta”, nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich, chciałby powetować sobie tę stratę zdobyciem korony króla strzelców Ligi Mistrzów. A ma na to realne szanse, bo w tej chwili prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 11 goli. Z grona zawodników, którzy nadal grają w Champions League, najmniej do naszego piłkarz traci jego kolega z Bayernu Serge Gnabry oraz belgijski napastnik SSC Napoli Dries Mertens (obaj mają po sześć goli). Za ich plecami z dorobkiem pięciu trafień czają się jednak groźni konkurenci – Francuz Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City, Josip Ilicić z Atalanty Bergamo i Memphis Depay z Olympique Lyon. Ale biorąc pod uwagę, że w w fazie pucharowej tylko najlepsze zespoły rozegrają po trzy mecze, dogonić Lewandowskiego będzie piekielnie trudno. Zwłaszcza, że przecież on sam też będzie w grze, a ponieważ w tym sezonie prezentuje życiową formę, czego dowodem jest 51 zdobytych przez niego bramek we wszystkich rozgrywkach. „Lewy” jest najskuteczniejszym strzelcem w Europie i dystansuje pod względem liczby trafień nawet dotychczasowych hegemonów w tej „konkurencji”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.
Faworytem zaległych meczów w 1/8 finału, chociaż już nie takim murowanym jak Bayern, wydaje się być też Manchester City, bo trener tej drużyny, Pep Guardiola, raczej nie dopuści do roztrwonienia przez jego zespół przewagi wywalczonej na Santiago Bernabeu (2:1). Ale Realu Madryt nigdy nie należy lekceważyć. W pozostałych dwóch spotkaniach (Juventusu z Olympique Lyon i Barcelony z Napoli) szanse drużyn na wywalczenie awansu można uznać za równe.
Ale wytypowanie już dzisiaj triumfatora Ligi Mistrzów jest czystą loterią. I nie chodzi wyłącznie o to, że większość zespołów uważanych za faworytów znalazła się po jednej stronie turniejowej drabinki. Inną kwestią jest przygotowanie drużyn do gry. Francuskie zespoły (Paris Saint-Germain i Olympique Lyon przystąpią do rywalizacji po pięciu miesiącach przerwy w grze, ale po przejściu pełnego okresu przygotowawczego do nowego sezonu. Z kolei włoskie drużyny (Juventus i Atalanta) do zmagań w Champions League przystąpią praktycznie z marszu, bo Serie A rozgrywki zakończyła w miniony weekend. W podobnej sytuacji są też kluby hiszpańskie – Barcelona, Real i Atletico. Teoretycznie w najlepszej sytuacji znalazły się zespoły niemieckie – Bayern i RB Lipsk, które zakończyły sezon w Bundeslidze miesiąc temu, zdążyły posłać swoich graczy na krótkie urlopy, a po ich powrocie miały czas na przygotowanie ich do zmagań w Lidze Mistrzów. Bawarska jedenastka po pandemii byli w spektakularnej formie i z łatwością obroniła mistrzostwo Niemiec, wygrała też jedyny sparing po powrocie z wakacji (1:0 z Olympique Marsylia), ale w jakiej formie znajduje się teraz, przekonamy się dopiero w sobotę, gdy rozegra mecz z Chelsea. Fani Bayernu liczą, że trener Hansi Flick wykorzysta doświadczenie wyniesione z reprezentacji Niemiec, a to właśnie on jako asystent Joachima Loewa odpowiadał za przygotowanie niemieckiej kadry do mundial w 2014 roku.
Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że drużyny przystąpią do rywalizacji w zmienionych składach, bo przecież trwa letnie okienko transferowe. Z Paris-Saint Germain odeszli z tego powodu Edinson Cavani i Thomas Meunier, z RB Lipsk Timo Werner, a z Manchesteru City Leroy Sane. UEFA ponownie otworzyła okres rejestrowania zawodników do Ligi Mistrzów, ale z zastrzeżeniem, że do listy dopisać można wyłącznie graczy, którzy na początku lutego byli w drużynie. Wykorzystały to m.in. Manchester City, który zarejestrował wracającego do zdrowia Aymerica Laporte czy Barcelona, która liczy na Ousmane Dembele.
My rzecz jasna trzymamy kciuki za kwartet naszych piłkarzy, którzy pozostali jeszcze w grze o triumf w Lidze Mistrzów. Oprócz Lewandowskiego, są to jeszcze Wojciech Szczęsny (Juventus) oraz Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik (SSC Napoli).

W Italii chwalą Szczęsnego

Pokonując Sampdorię Genua 2:0 w 36. kolejce Serie A Juventus Turyn na dwie kolejki przed końcem rozgrywek zapewnił sobie mistrzostwo Włoch. To dziewiąty z rzędu tytuł bianconerich oraz 36. w historii włoskiej ekstraklasy. Serią dziewięciu kolejnych triumfów w krajowej lidze nie może się pochwalić żaden inny klub z europejskiej czołówki. Po raz trzeci mistrzostwo Włoch zdobył grający w bramce Juventusu reprezentant Polski Wojciech Szczęsny.

Dziewięć kolejno zdobytych mistrzowskich tytułów to rekordowa seria w najsilniejszych europejskich ligach piłkarskich. Drugie miejsce w tym zestawieniu zajmuje Bayern Monachium, który w minionym sezonie triumfował w Bundeslidze po raz ósmy z rzędu. Trzecią lokatę dzierży zespół Olympique Lyon, mający na koncie serię siedmiu kolejnych triumfów w lidze francuskiej w latach 2002-2008. W Hiszpanii rekordzistą pod tym względem jest Real Madryt, który dwukrotnie notował serie pięciu kolejnych triumfów w Primera Division – w latach 1962-1965 oraz 1986-1990.
W lidze angielskiej natomiast najlepszy wynik to tylko trzy triumfy z rzędu, a pochwalić się takim wyczynem mogą cztery zespoły – Huddersfield Town, Arsenal Londyn, FC Liverpool i Manchester United. W polskiej ekstraklasie rekordzistą jest Górnik Zabrze, który był najlepszy przez pięć sezonów z rzędu w latach 1963-1967.
Juventus w meczu z Sampdorią objął prowadzenie tuż przed przerwą po golu strzelonym przez Cristiano Ronaldo. Dla Portugalczyka było to 31 ligowe trafienie w obecnym sezonie, ale wygląda na to, że nie on zostanie królem strzelców Serie A, tylko napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile. Włoski piłkarz w 36. kolejce w wygranym przez jego zespół 5:1 wyjazdowym spotkaniu z Hellas Werona zdobył trzy bramki i ma teraz na koncie 34 gole.
Tym samym Immobile dogonił w klasyfikacji „Złotego Buta” prowadzącego w tym zestawieniu Roberta Lewandowskiego i wszystko wskazuje, że to on w tym sezonie zgarnie nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich. Przeszkodzić w tym może mu już tylko Cristiano Ronaldo. Obaj mają jeszcze do rozegrania dwa ligowe spotkania – Juventus w środę zagra z Cagliari, a w niedzielę z AS Roma, natomiast Lazio czekają potyczki u siebie ze zdegradowaną już z Serie A Brescią oraz na wyjeździe z SSC Napoli.
Wojciech Szczęsny, który w niedzielę świętował z Juventusem także swoje trzecie z rzędu mistrzostwo Italii, został uznany przez włoskie media za jednego z najlepszych graczy „Starej Damy” w obecnym sezonie. Dziennik „La Gazzeta dello Sport” przyznał mu notę 8,5 w dziesięciostopniowej skali, a wyżej od naszego bramkarza z ekipy Juve zostali ocenieni jedynie napastnicy Cristiano Ronaldo i Paulo Dybala, którym wystawiono notę „9”. Szczęsny w tym sezonie we wszystkich rozgrywkach zagrał w 35 meczach, w których przepuścił 38 goli, ale w 13 występach zachował czyste konto. W Serie A zagrał w 29 spotkaniach, 12 z nich zakończył z czystym kontem, ma też najwyższy procent obronionych strzałów – prawie 70 procent i największy procent meczów bez straty gola. Wysoko oceniono też jego duży wpływ na atmosferę w zespole. „Polski bramkarz to wciąż jednak najbardziej niedoceniany zawodnik w kadrze Juventusu. Nie popełnił żadnego poważnego błędu, za to popisał się kilkoma paradami na wagę mistrzostwa, zwłaszcza w ostatnich spotkaniach z Interem, AC Milan, Atalantą, Sassuolo i Lazio” – napisano w komentarzu zamieszczonym przez „La Gazzeta dello Sport”.
Za plecami Juventusu do końca toczyć się będzie jeszcze walka o medale. Drugi Inter ma 76 punktów i tylko jedno „oczko” przewagi nad zajmującymi dwie kolejne lokaty zespołami Atalanty i Lazio, ale cały kwartet ma już zapewniony start w nowej edycji Ligi Mistrzów. Niżej w tabeli trwa też walka o dwa miejsca premiowane udziałem w Lidze Europy – na razie zajmują je piąta w tabeli AS Roma (64 pkt) i szósty AC Milan (60 pkt), ale wyprzedzić je może jeszcze siódme SSC Napoli, które ma na koncie 59 punktów.
Z ligą żegna się ostatni w tabeli SPAL 2013, co dla naszego futbolu jest stratą, bo w tym sezonie w tym zespole występowało w sumie aż czterech polskich piłkarzy – Thiago Cionek, Arkadiusz Reca, Bartosza Salamon oraz 17-letni wychowanek Pogoni Szczecin Jakub Iskra, który zadebiutował w Serie A w 36. kolejce w zremisowanym przez SPAL 1:1 meczu z AC Torino. Do Serie B spadła też już de facto Brescia, a przed losem tych dwóch drużyn broni się jeszcze Lecce, ale zajmująca pierwszą bezpieczną lokatę Genoa ma już nad nim cztery punkty przewagi.

Buffon nie odpuszcza

Bramkarz Juventusu Turyn Gianluigi Buffon został w minioną sobotę samodzielnym rekordzistą pod względem występów w Serie A. Derbowy mecz z Torino był jego 648. występem we włoskiej ekstraklasie.

Weteran piłkarskich boisk, 42-letni już Buffon, z którym Juventus nie dawno przedłużył kontrakt na kolejny sezon, zadebiutował w Serie A w barwach AC Parma jako 17-latek w listopadzie 1995 roku, a teraz poprawił rekord w liczbie występów we włoskiej ekstraklasie, który dzielił z inną legendą włoskiego calcio, legendarnym obrońcą AC Milan i reprezentacji Włoch Paolo Maldinim.
Buffon występował w Parmie przez sześć sezonów, rozgrywając w tym czasie 168 meczów w Serie A, a następnie przeniósł się do Juventusu, w barwach którego występuje od lata 2001 roku do dzisiaj, z roczną przerwą w sezonie 2018/2019 na epizod w Paris Saint-Germain. Zdobył z nim dziewięć tytułów mistrza Włoch cztery razy krajowy puchar. „To gracz, którego nie trzeba przedstawiać. Jego historia mówi sama za siebie – to lider i przywódca z czarno-białym DNA „ – napisano w informacji o nowym kontrakcie Buffona na oficjalnej stronie klubu. Warto też przypomnieć, że bramkarz dopiero dwa lata temu zrezygnował z występów w reprezentacji Włoch, w której zaliczył 176 występów, a w 2006 roku zdobył z nią mistrzostwo świata.
W ekipie „Starej Damy” bramkarzem numer 1 oficjalnie jest Wojciech Szczęsny, ale Buffon ma w turyńskim klubie tak mocną pozycję, że w zasadzie to on decyduje, ile spotkań w sezonie chce zagrać. W obecnych sezonie wystąpił do tej pory w 14 meczach – ośmiu w Serie A, pięciu w Pucharze Włoch i jednym w Lidze Mistrzów. Po restarcie rozgrywek zagrał w dwóch meczach Pucharu Włoch oraz we wspomnianym ligowym spotkaniu z Torino, zbierając lepsze recenzje od Szczęsnego. Nasz reprezentacyjny bramkarz na razie nie prezentuje tak wysokiej formy, jaką imponował przed zawieszeniem zmagań. W miniony wtorek w przegranym przez Juventus 2:4 meczu z AC Milan włoskie media oceniły jego występ bardzo słabo uznając, że przy trzech straconych golach mógł „zrobić więcej”.

Problem z Grosickim

Restart piłkarskich rozgrywek w całej Europie sprawił, że niemal wszyscy piłkarze powoływani przez Jerzego Brzęczka do kadry albo wrócili do gry, albo rozpoczęli przygotowania do nowego sezonu. To daje nadzieję, że do wrześniowych meczów w Lidze Narodów z Holandią oraz Bośnią i Hercegowiną wszyscy kadrowicze zdążą osiągnąć wysoką formę. Na razie prezentują się różnie.

Poza wszelką konkurencją jest w tej chwili Robert Lewandowski, który po restarcie rozgrywek Bundesligi zachwyca skutecznością i mistrzowską formą, więc w jego przypadku możemy być chyba stuprocentowo pewni, że za dwa miesiące nie obniży lotów. Cieszy też coraz lepsza gra Krzysztofa Piątka w Herthcie Berlin, a z kadrowiczów występujących w Bundeslidze jak na razie zawodzi jedynie Dawid Kownacki. Skrzydłowy Fortuny Duessledorf wyleczył już co prawda kontuzję i wrócił do meczowej kadry swojego zespołu, ale na razie grzeje ławę, a na domiar złego Fortunie grozi degradacja do niższej ligi, co może spowodować poważne perturbacje w karierze tego piłkarza. Kownacki jest najdroższym graczem ekipy z Duesseldorfu i po ewentualnym spadku klub pewnie będzie chciał się go szybko pozbyć, a jak wiadomo taka sytuacja raczej nie pomaga w uzyskaniu wysokiej formy.
Po restarcie rozgrywek przeciętnie jak na razie spisują się bramkarze. Wojciech Szczęsny w poniedziałkowym meczu Serie A Juventusu z Bologną (2:0) zachował co prawda czyste konto, ale grał niepewnie i było widać, że długa przerwa źle wpłynęła na jego dyspozycję. Za swój występ zebrał słabe noty. Niewiele lepiej wypadł też grający w Bolognie Łukasz Skorupski. Jeśli chodzi o innych kluczowych kadrowiczów występujących we włoskiej ekstraklasie, to do gry wrócili Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik w SSC Napoli oraz Karol Linetty i Bartosz Bereszyński w Sampdorii Genua. Ale cała czwórka, a także występujący obecnie w ekipie SPAL Arkadiusz Reca, szykują się do zmiany klubowych barw albo negocjują nowe kontrakty, zatem mogą wkrótce znaleźć się w podobnym położeniu, jak wspomniany wyżej Kownacki.
Także Łukasz Fabiański nie błyszczał w bramce West Hamu United w przegranym przez jego zespół 0:2 spotkaniu Premier League z Wolverhampton. Zdecydowanie lepiej oceniono grającego w Southampton na pozycji stopera Jana Bednarka w wygranym przez jego zespół 3:0 wyjazdowym meczu z Norwich. „Święci” mają 11 punktów przewagi nad strefą spadkową i Bednarek nie musi martwić się o swoją przyszłość.
Co innego Fabiański, bo jego drużynie zagraża widmo degradacji do Championship, z której do klubowej elity w Anglii próbują się dostać występujący w drużynie wicelidera tych rozgrywek, Leeds United, Mateusz Klich oraz pozyskany zimą z Hull City przez prowadzący w stawce West Bromwich Albion Kamil Grosicki. Niestety, o ile Klich po wznowieniu rozgrywek nie stracił pozycji podstawowego gracza, to lewoskrzydłowy naszej reprezentacji w nowym klubie nie tylko że nie zdołał wywalczyć miejsca w podstawowej jedenastce, to na dodatek w pierwszej kolejce po restarcie rozgrywek zabrakło dla niego miejsca nawet w szerokiej kadrze na mecz z Birmingham (0:0).
Trener West Bromwich Slaven Bilić w siedmiu ligowych kolejkach rozegranych przed zawieszeniem rozgrywek za każdym razem sadzał reprezentanta Polski na ławce rezerwowych i wpuszczał na boisko dopiero na ostatnie minuty meczów, w starciu z Birmingham nie zdecydował się nawet na takie rozwiązanie. „Chciałem mieć w odwodzie dwóch napastników, dlatego musiałem odesłać na trybuny dwóch pomocników i zdecydowałem, że będą to Conor Townsend i Kamil Grosicki. Wiem, że obaj są tym mocno rozczarowani, ale walczymy o awans i najważniejszy jest interes drużyny” – wyjaśnił chorwacki szkoleniowiec. Miejmy nadzieje, że po bezbramkowym remisie Bilić zmieni zdanie odnośnie przydatności polskiego piłkarza, bo jeśli nie, trener reprezentacji Polski będzie miał we wrześniu problem z obsadą lewego skrzydła, albo będzie musiał postawić na innego zawodnika.
Do gry wróciła też liga rosyjska, ale bez Sebastiana Szymańskiego, który wraz z dwoma innymi graczami Dynama Moskwa zaraził się koronawirusem i wylądował w szpitalu. W trakcie zawieszenia rozgrywek ulotniła się niestety wielka forma Grzegorza Krychowiaka, bo w pierwszym po restarcie meczu Lokomotiwu Moskwa, z FK Orenburg (1:0), nasz piłkarz dostał słabe noty za swój występ. W spotkaniu tym zagrał też Maciej Rybus, który wreszcie wyleczył kontuzję i jest w stanie grać na pełnych obrotach przez cały mecz.
Słabszy występ Krychowiaka nie wywołał w Rosji negatywnych reakcji. „To prawda, zagrał słabiej niż mogliśmy oczekiwać, ale bez wątpienia wkrótce wróci do swojej normalnej formy. Podczas niedzielnego spotkania był dobrze pilnowany i nie był w stanie uwolnić się od rywali. To wszystko dlatego, że jego szybkość nie była jeszcze wystarczająca” – napisano w ocenie występu kluczowego pomocnika reprezentacji Polski. Wypada mieć nadzieję, że „Krycha” szybko nadrobi te braki.

Polscy piłkarze nie zyskują na wartości

Łukasz Piszczek nie zapobiegł porażce Borussii Dortmund we wtorkowym meczu z Bayernem Monachium (0:1) w 28. kolejce Bundesligi, ale skutecznie przeszkodził Robertowi Lewandowskiemu z strzeleniu gola i tym samym znacznie zmniejszył jego szanse na pobicie legendarnego rekordu bramkowego Gerda Muellera.

Dla Borussii potyczka z Bayernem na własnym stadionie była ostatnią okazją, żeby dogonić monachijską jedenastkę, która przed 28. kolejką miała cztery punkty przewagi. Żeby ten ambitny cel udało się osiągnąć, należało w pierwszej kolejności powstrzymać Roberta Lewandowskiego. Jednym z graczy oddelegowanych do tego zadania był Łukasz Piszczek. Od dawna wiadomo, że obaj polscy piłkarze nie mają dobrych relacji, a poza tym Piszczek jest teraz kapitanem drużyny z Dortmundu, zatem miał podwójny powód, żeby nie patyczkować się w starciach z „Lewym”. I trzeba przyznać, że w środkach nie przebierał i kilka razy solidnie najlepszego strzelca bawarskiej jedenastki poturbował. Ostatecznie Lewandowski gola nie strzelił, ale zrobił to w pięknym stylu Joshua Kimmich i to jego trafienie zapewniło Bayernowi komplet punktów. Tak więc nic nie wyszło z wielkiego strzeleckiego pojedynku „Lewego” z okrzyczanym już na jego następcę 19-letnim Norwegiem Earlingiem Haalandem, który także bramki nie zdobył, a jeszcze na domiar złego musiał opuścić boisko z powodu kontuzji.
W niemieckich mediach lepsze noty przyznawano na ogół Piszczkowi, podkreślając przy tym nie bez złośliwości, że „Lewy” zaczął być widoczny dopiero w ostatnich 10 minutach spotkania, gdy boisko opuścił Piszczek, za którego dla wzmocnienia ataku wszedł Mario Goetze. „Staruszek po raz kolejny pokazał, że zasłużył na nowy kontrakt. Po ra kolejny udowodnił, że mimo swoich 34 lat wciąż jest czołowym obrońcą w Bundeslidze” – pisano w komentarzach. Dla Piszczka mecz z Bayernem był 23. występem w tym sezonie Bundesligi i siódmym meczem ligowym z rzędu w roli kapitana zespołu.
Poprzeczka w górę, ale cena w dół
Co się zaś tyczy Lewandowskiego, to znowu poddawany jest w Niemczech niebywałej presji. Tym razem wszyscy fani futbolu w tym kraju zastanawiają się, czy Polak zdoła w tym sezonie pobić legendarny rekord strzelecki Gerda Muellera, który w sezonie 1971/1972 zdobył 40 bramek, co jest do dzisiaj rekordem Bundesligi. Przez blisko pół wieku nikt nawet nie zbliżył się do tego osiągnięcia, a i Lewandowski jest od tego daleki, bo ma w tej chwili na koncie 27 goli, lecz już tylko sześć meczów do końca sezonu. Nawet dla niego uzyskanie 13 trafień w sześciu występach wydaje się zadaniem ponad siły, ale sam fakt, że tyle się w Niemczech o tym spekuluje, bynajmniej nie działa na korzyść kapitana reprezentacji Polski. Wręcz przeciwnie – stawiając tak wysoko Lewandowskiemu poprzeczkę, przestaje się doceniać należycie jego realne dokonania, czyli 27 goli w Bundeslidze i 41 trafień w tym sezonie we wszystkich rozgrywkach. Ale taki to już los tego gracza, że im więcej na boisku pokazuje, tym więcej wszyscy od niego oczekują. I to potem rzutuje na wystawiane mu oceny, wycenę jego rynkowej wartości czy miejsce w prestiżowych rankingach.
Dowodzi tego choćby sporządzona ostatnio przez firmę doradczą KPMG Football Benchmark ocena transferowej wartości najdroższych na rynku polskich piłkarzy. Uczciwie oceniając, od kilku lat Lewandowski jest liderem tego zestawienia i jeśli coś się w tym względzie zmienia, to jedynie różnica między nim a resztą klasyfikowanych graczy.
Wedle oceny sporządzonej przez wspomniana agencję KPMG, rynkowa wartość czołowych pięciu polskich piłkarzy, grających w najsilniejszych ligach europejskich, w efekcie pandemii spadła o około 25 procent, z 245 do 180 mln euro. Numerem 1 jest w tym zestawieniu Lewandowski, którego w lutym wyceniano na 88 mln euro, a teraz jego wartość przeszacowano na kwotę 72 mln euro. To daje mu dopiero piątą lokatę w Bundeslidze, chociaż jest jednocześnie najwyżej wycenionym zawodnikiem Bayernu, lidera rozgrywek i murowanego faworyta do kolejnego z rzędu mistrzowskiego tytułu.
Kwartet także po przecenie
Drugi na liście najwartościowszych polskich piłkarzy jest bramkarz Juventusu Turyn Wojciech Szczęsny, którego rynkowa wartość zmniejszono z 52 do 40 mln euro. Wśród najdroższych bramkarzy w europejskich klubach daje mu to ósme miejsce.
Trzeci na liście jest napastnik SSC Napoli Arkadiusz Milik, którego właśnie ten włoski klub przymierza do transferu i chce za niego równe 50 mln euro. Ale wedle opinii analityków KPMG po przecenie koronawirusowej Milik, za którego Napoli zapłaciło w 2016 roki 35 mln euro, dzisiaj wart jest 27-29 mln euro. Jeszcze mocniej przeceniono trzeciego napastnika w tym gronie, Krzysztofa Piątka, który przeszedł z AC Milan do Herthy Berlin za 27 mln euro, zaś teraz wedle KPMG kosztuje nie więcej niż 21 mln euro. Piątek może jednak na takie wyceny bimbać, bo ma kontrakt do 2025 roku, dopiero 24 lata i sporo czasu, żeby podbić serca kibiców tego berlińskiego klubu.
W miniona środę w końcu przełamał strzelecką niemoc i w wyjazdowym spotkaniu Herthy z RB Lipsk, chociaż znowu wszedł na boisko z ławki rezerwowych, to strzelił gola na 2:2 i zapewnił swojej drużynie cenny punkt. Najdziwniejsza jest jednak przecena wartości Piotra Zielińskiego z 42 na 24 mln euro, bo ten 26-letni pomocnik jest dzisiaj obiektem pożądania kilku topowych europejskich klubów, więc chociaż Napoli oferuje mu za przedłużenie kontraktu podwojenie gaży, to wcale nie musi się na to godzić.
W badaniu KPMG Football Benchmark bierze pod uwagę dziesięć różnych czynników mających wpływ na wartość piłkarza, w tym między innymi wiek, pozycję na jakiej gra, długość kontraktu, wyniki zawodnika oraz klubu, potencjał medialny i reklamowy piłkarza.
Tymczasem piłkarz jest tyle wart, ile ktoś zechce za jego transfer zapłacić. A o tym zawsze decyduje przydatność na boisku.

Szczęsny już w Turynie

Zagraniczni gracze Juventusu Turyn wracają powoli do Włoch. W ekipie lidera Serie A zameldowali się już m.in. Cristiano Ronaldo, Wojciech Szczęsny, Danilo i Douglas Costa. Na razie przechodzą kwarantannę.

Zgodnie z wytycznymi włoskich władz przed wznowieniem treningów piłkarze muszą przejść 14-dniową kwarantannę. We wtorek część zawodników Juventusu, którzy w trakcie przerwy w rozgrywkach przebywali w Turynie, po przejściu testów na obecność koronawirusa wznowiła treningi. Piłkarze na razie mogą jednak ćwiczyć tylko indywidualnie. Z zagranicznych gwiazd Juventusu nie wrócił jeszcze Gonzalo Higuain, który wciąż przebywa w ojczystej Argentynie. Natomiast u innego z argentyńskich graczy „Starej Damy”, Paulo Dybali, wykryto obecność wirusa Covid-19, ale nie ma już objawów choroby. Turyński klub poinformował, że dwa ostatnie testy dały wynik negatywny, zatem można uznać, że piłkarz jest już całkowicie zdrowy.
Wojciech Szczęsny przed powrotem do Turynu przebywał w Warszawie, gdzie ostatnio ćwiczył pod okiem trenera bramkarzy reprezentacji Polski Andrzeja Woźniaka.