Z dymem wysypisk

Gdy chodzi o zwalczanie nielegalnych interesów śmieciowych to nasze państwo, tak jak i w wielu innych sprawach, funkcjonuje tylko teoretycznie.

Jesteśmy świadkami często powtarzających się, teoretycznie przypadkowych pożarów wysypisk śmieci w Polsce i mnożenia się coraz to nowych miejsc nielegalnego składowania odpadów.
To zjawisko ma szerokie negatywne konsekwencje społeczno-gospodarcze. Przede wszystkim tworzy się u nas coraz silniejsza „mafia śmieciowa” – zorganizowane grupy przestępcze, które z nielegalnego procederu odbioru i składowania w niedozwolonych miejscach, a także z importu odpadów z zagranicy, uczyniły potężne źródło nieopodatkowanego dochodu – alarmują Zieloni.
Ich zdaniem, jest to skutek bezradności państwa i tworzenia się mafijnych powiązań z władzą publiczną. Jak wskazują Zieloni, tak właśnie stało się w Bogatyni, gdzie zawiązała się regularna mafia z udziałem przestępców i prominentnych polityków lokalnych, łącząca nielegalny import odpadów oraz ich, także nielegalne, składowanie na publicznym wysypisku.

Władza nic z tym nie robi

Najgorsze jednak, że dochodzi do skażenia środowiska, tak w przypadku samego składowania (zanieczyszczenie ziemi i wód gruntowych, zagrożenie zdrowia obywateli, odór uciążliwy dla mieszkańców, niszczenie estetyki miejscowości), jak i pożarów. Wielomilionowe są koszty akcji gaśniczych, powietrze jest zatruwane groźnymi dymami i pyłami.
Spadają też wpływy publiczne, bo śmieciowe mafie nie uiszczają przecież podatków i opłat, związanych ze swoją działalnością. Często działalność ta prowadzona jest na tzw. słupy – osoby fizyczne bez majątku, spółki pozbawione zarządów itp. Ponadto urzędy miejskie nie dysponują stosownymi uprawnieniami śledczymi, aby ustalić rzeczywistych beneficjentów i organizatorów tego procederu. Konieczna jest współpraca z policją i prokuraturą.
Warto docenić wzorową służbę strażaków. Nie zmienia to jednak sytuacji, że bez współdziałania prokuratury i Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska, jednostki straży pożarnej są bezradne w walce z procederem prowadzenia nielegalnego lub nieprawidłowego składowania odpadów. Nie mają bowiem stosownych kompetencji kontrolnych i śledczych.
„Nieskuteczność władz państwowych przeraża, a dokonana przez Sejm latem 2018 r. nowelizacja ustawy o odpadach okazała się niewystarczająca” – stwierdzają Zieloni.
W rezultacie, na samorządy lokalne przerzucone zostały koszty likwidacji takich składowisk i utylizacji odpadów. Bezskuteczne okazały się działania administracji państwowej mające na celu egzekucję tych obowiązków od sprawców.

A niech się pali

Zieloni wzywają ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego i ministra środowiska Henryka Kowalczyka do: „niezwłocznego wydania rozporządzenia w sprawie wymagań w zakresie ochrony przeciwpożarowej jakie mają spełniać obiekty budowlane lub ich części oraz inne miejsca przeznaczone do zbierania, magazynowania lub przetwarzania odpadów”. Rozporządzenie powinno minimalizować ryzyko związane z zagrożeniem pożarowym.
Państwowa Straż Pożarna, nie dysponując takim rozporządzeniem, ma jak na razie bardzo ograniczone możliwości prowadzenia czynności kontrolnych. Doprecyzowanie wymogów przeciwpożarowych pozwoli na skuteczne kontrole i egzekwowanie przepisów. Konieczne jest też wzmocnienie wydziałów kontrolno-rozpoznawczych Państwowej Straży Pożarnej.
Ściganiem przestępczości przeciwko środowisku powinny zająć się wyspecjalizowane zespoły policjantów i prokuratorów. Dlatego Zieloni apelują do ministrów Zbigniewa Ziobry i Joachima Brudzińskiego o utworzenie wydziałów w ramach komend powiatowych i prokuratur rejonowych, w których pracowałyby osoby posiadające odpowiednie kompetencje fachowe.
Należy zmienić podejście prokuratur, które dotychczas „hurtowo” umarzały postępowania ze względu na rzekomo niską szkodliwość społeczną czynu. Potrzebne są szkolenia dla prokuratorów i policjantów z zakresu zagrożeń ekologicznych. Jak przypominają Zieloni, jedno składowisko na Dolnym Śląsku paliło się 30 razy w ciągu ostatnich 8 lat a osoby za to odpowiedzialne nie poniosły żadnych konsekwencji!
W podobnych sytuacjach mamy do czynienia z działalnością przestępczą, kontrole powinny być zatem prowadzone bez pisemnego uprzedzenia. Tymczasem, często niemożliwe jest przeprowadzenie kontroli ze względu na zamknięcie zakładu lub nie przynosi ona efektu. Na czas kontroli usunięto bowiem nieprawidłowości – a po jej zakończeniu śmiecie przeważnie wracają na miejsce nielegalnego składowania.
Kontrole powinny więc odbywać się bez zapowiedzi, należy również dopuścić kontrole krzyżowe różnych służb. Każdy protokół z kontroli składowiska, który stwierdza naruszenia, z urzędu powinien trafić do prokuratury.
Zieloni zwracają uwagę, że potrzebne jest wsparcie prawników i ekspertów. Apelują więc, aby organy ochrony środowiska wyposażyć w dodatkowe fundusze na zlecanie ekspertyz.
Przydatne byłoby stworzenie ogólnopolskiej bazy biegłych z zakresu ochrony środowiska, z których pracy mogłyby korzystać organy administracji i ścigania. W skomplikowanych sprawach, organy ochrony środowiska powinny zaś uzyskać wsparcie radców Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa. Często bowiem służby ochrony środowiska są bezradne w sporze z przestępcami, których wspierają czołowe kancelarie prawne, a postępowania ciągną się latami.

Milion to za mało

Na nielegalne wysypiska należy patrzeć jak na działalność przestępczą, ponieważ powodują one straty dla budżetu państwa i samorządów oraz stanowią zagrożenie dla środowiska. Dlatego Zieloni postulują aby samo prowadzenie nielegalnego składowiska odpadów było zagrożone karą więzienia.
Powinna zostać także wprowadzona dodatkowa sankcja finansowa, wymierzana stosownie do stworzonego zagrożenia i obszaru składowiska. Obecnie wykazanie przesłanek odpowiedzialności karnej z art. 183 kodeksu karnego jest niesłychanie trudne. W miarę skuteczne postępowania prowadzone są zaś dopiero wówczas, gdy dojdzie do katastrofy ekologicznej.
Jednym z podstawowych celów postępowania karnego jest prewencja. Spełnienie tej roli prawa karnego stanie się możliwe, gdy organy ścigania będą mogły podjąć walkę z nielegalnym prowadzeniem wysypisk zanim jeszcze wydarzy się jakieś nieszczęście.
Niewystarczające są również zawarte w ustawie o odpadach sankcje administracyjne w wysokości do 1 mln złotych. Powinny one bowiem zawsze przewyższać przychód z nielegalnej działalności. Zieloni chcą więc podwyższenia tego limitu i powiązania kary finansowej z oszacowanymi przychodami z działalności przestępczej.
Już samo naruszenie zasad ochrony przeciwpożarowej powinno grozić grzywną przynajmniej 10 tys. złotych – i nałożeniem kolejnej w razie nieusunięcia naruszeń w terminie.
Ważna jest tu także rola organizacji społecznych, których rolą jest monitorowanie niepożądanych zjawisk i zgłaszanie ich właściwym organom, a także pomaganie obywatelom w relacjach z administracją publiczną.
Tymczasem, zgodnie z art. 170 ustawy śmieciowej, do postępowań w sprawach zezwolenia na zbieranie i przetwarzanie odpadów oraz prowadzenie wysypiska nie stosuje się przepisów kodeksu postępowania administracyjnego, stanowiących iż organizacja społeczna może w sprawie dotyczącej innej osoby występować z żądaniem wszczęcia postępowania czy dopuszczenia jej do udziału w postępowaniu, jeżeli jest to uzasadnione celami statutowymi tej organizacji i przemawia za tym interes społeczny.
Tak więc, organizacje społeczne zostały odsunięte od zajmowania się śmieciami i składowiskami.
Oznacza to, że w takich sprawach organizacja społeczna nie może żądać inicjowania postępowania ani dopuszczenia do udziału w charakterze strony. Ponadto, z mocy polskiego prawa, stronami takich postępowań nie mogą być właściciele nieruchomości sąsiadujących z terenem na którym będzie prowadzone zbieranie czy przetwarzanie odpadów. Jakby komuś zależało, by nikt nie przeszkadzał w nieskrępowanym rozwijaniu śmieciowych biznesów…
Należy wyeliminować te przepisy z porządku prawnego – bo to sąsiad wysypiska śmieci i organizacja społeczna powinny być partnerami w postępowaniach dotyczących działalności, która może być bardzo szkodliwa i uciążliwa dla ludzi oraz środowiska. Pozbawienie ich prawa strony w postępowaniu narusza standardy demokratyczne.
W związku z planowanym wprowadzeniem przez państwo monitoringu tzw. ładunków wrażliwych, Zieloni postulują również objęcie tym monitoringiem pojazdów ciężarowych, wożących odpady. Informacja o takich pojazdach powinna spłynąć do organów administracji i każdą ciężarówkę należy rozliczyć. Limit kar administracyjnych za nielegalny transport odpadów należy zaś podnieść z zakresu 2-10 tys. zł do 10-100 tys. zł (z zatrzymaniem pojazdu naruszającego przepisy na poczet kary).

Bezradny organ

Wojewódzkie Inspekcje Ochrony Środowiska są w myśl przepisów ustawy o odpadach podstawowym organem kontrolnym i nakładającym sankcje. Zieloni apelują o poddanie Inspekcji Ochrony Środowiska władaniu marszałków województw. Marszałkowie, jako reprezentanci samorządu, powinni bowiem być żywotnie zainteresowani sprawną służbą ochrony środowiska. Dziś natomiast nie zawsze wypełnia ona swoje podstawowe obowiązki.
Pożądane byłoby także rozszerzenie kompetencji WIOŚ, aby umożliwić inspektorom ochrony środowiska kontrolowanie osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej. Częstokroć właśnie takie osoby prowadzą nielegalne składowiska odpadów.
Ze względu na podział kompetencji organów powołanych do zwalczania nielegalnych wysypisk, potrzebna jest współpraca poszczególnych służb – i dobra wola na wszystkich szczeblach. Konieczne byłoby powołanie wspólnych zespołów roboczych, dzielenie się ustaleniami i zebranym materiałem dowodowym, wreszcie wspólne kontrole. Potrzeba tu współpracy strażaków, policjantów, WIOŚ, RDOŚ, starostów, wójtów, burmistrzów i prezydentów, strażników miejskich.
Wystarczy powiedzieć, że bez działania WIOŚ nie da się uzyskać wyników kontroli i nałożyć administracyjnej kary pieniężnej. Bez udziału wójta czy burmistrza bądź prezydenta nie można wydać decyzji nakazującej usunięcie odpadów. Bez straży pożarnej nie dojdzie do ustalenia naruszenia warunków ochrony przeciwpożarowej. Bez starosty niemożliwe będzie cofnięcie zezwolenia na składowanie odpadów, a bez pracy prokuratury i policji nie da się ustalić organizatorów i beneficjentów procederu.
Dziś tej współpracy brakuje, co pozwala przestępcom zarabiać miliony złotych kosztem zdrowia Polaków i skażenia środowiska.

Odzyskiwanie wolności

W świecie malejącej stabilności i rosnących nierówności postawienie na odzyskiwanie przez lewicę pojęcia wolności brzmi na straceńczą misję. Z drugiej strony – cóż jest do stracenia?

Rzut oka na ideową linię frontu nie napawa optymizmem. Przed wiosennymi wyborami do Parlamentu Europejskiego wzrost znaczenia populistycznej prawicy nie ulega wątpliwości. Kolejne państwa zaczynają być podatne na jej przekaz niechęci do elit, lęku przed obcymi oraz odrzucenia wizji ponadnarodowych wspólnot politycznych.
Nowy porządek polityczny
Do listy krajów, w których zaczęła odnosić swoje sukcesy – na razie na poziomie regionalnym – dołączyła niedawno Hiszpania. W wyniku wzrostu jej znaczenia przeciągają się próby utworzenia rządu w Szwecji. Gdy jej reprezentanci wychodzą z ław belgijskich gabinetów rządowych trzęsie to całą tamtejszą sceną polityczną.
Jednocześnie – wbrew prognozom sprzed 10 lat – globalny kryzys ekonomiczny nie przyniósł światu zdecydowanego odejścia od neoliberalizmu. Choć nie da się ukryć, że pojawiło się więcej przestrzeni do głoszenia alternatywnych przekonań, a także nieco więcej przyzwolenia na obieranie bardziej pragmatycznego kursu przez rządy, to jednak skala wdrażanej w różnych zakątkach globu polityki cięć i zaciskania pasa i jej skutki (od Brexit po wysokie bezrobocie w Grecji) nie dają nam zapomnieć o sobie po dziś dzień.
W tak zarysowanym kontekście mówienie o wolności – szczególnie w lewicowym czy progresywnym wydaniu – nie jest sprawą prostą. Jedna z ważnych stron ideowego sporu preferuje wyidealizowaną wspólnotę, dla której wolność stanowić może zagrożenie. Nie po to odbudowuje się poczucie narodowej dumy, jedności i wartości, by ktoś miał je bezkarnie kwestionować.

Między populizmem a liberalizmem

Powody do wpisania kogoś na ten nieprawomyślny rejestr mogą się zresztą – o czym warto pamiętać – zmieniać. W monokulturowej Polsce podejrzana może być właściwie każda odmienność, podczas gdy np. Marie Le Pen sprawnie udaje się przekonać niemało francuskich gejów, że stoi po ich stronie w kontrze nawet nie tylko do radykalnych islamistów, co do muzułmanów w ogóle.
Po drugiej stronie mamy obóz liberalny, który przez długie lata zrównywał wolność z wolnością gospodarczą. W efekcie opowieść o wolności przestała kojarzyć się na przykład z wolnością od niedostatku – tak jak prawa człowieka często kojarzą się dziś z (niewątpliwie ważnymi) demonstracjami czy maratonami pisania listów, a nie prawem do opieki zdrowotnej, edukacji czy świadczeń społecznych.
Pokryzysowy liberalizm retorycznie próbuje się przesuwać, w różnych językach prezentując opowieść o tym, jak to „byliśmy głupi”. Praktyka rządzenia pokazuje niestety, że z utartych kolein wychodzi się trudniej, niż poprzez parę deklaracji o trosce o planetę czy potrzebie wzmacniania klasy średniej. Chcący budować ropociągi Justin Trudeau czy podnoszący akcyzę na paliwa i zapominający o stworzeniu wiarygodnej alternatywy dla transportu samochodowego Emmanuel Macron są tego najlepszymi przykładami.
Dla formacji ekopolitycznych wyzwanie to okazuje się podwójnie trudne. W jaki sposób przekonywać do regulacji, niezbędnych do walki ze zmianami klimatu, które krytykowane będą z prawej strony za „atak na wolność”? Jak pokazywać, że odpowiedzią na konsumpcyjny idealizm nie jest autorytarna wspólnota, dla której różnorodność jest siłą, a nie słabością?

Skandynawska zieleń

Odpowiedzi na te pytania próbuje udzielić lider duńskiej partii ekopolitycznej Alternatywa, Uffe Elbaek. Fakt, że przed jej założeniem był ministrem kultury z ramienia tamtejszej partii socjalliberalnej zdaje się tłumaczyć, dlaczego wciąż do wątku wolności podchodzi z pewnym sentymentem – sentymentem, który nie przeszkadza mu jednak w podkreślaniu roli nordyckiego modelu społecznego czy otwartego na różnorodność społeczeństwa.
Swoje przemyślenia przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi przelał na karty swej nowej publikacji The Next Denmark. Freedom and Community – a New Narrative. Już sam tytuł wskazuje na ideowe filary wizji Elbaeka, które – by przynieść najlepszą synergię – powinny iść ze sobą w parze.
Nieprzekonanych uspokajam – dla tego duńskiego polityka nie ma nic lepszego, niż progresywne podatki i powoływanie się na Thomasa Piketty’ego. Marząc o wspólnocie podkreśla, w jaki sposób była ona podmywana przez lata neoliberalnego kursu ekonomicznego. Za źródła kryzysu liberalnego porządku demokratycznego uważa nierówności, ślepą pogoń za wzrostem gospodarczym oraz wynikłą z tego połączenia alienację.
Na kryzys demokracji radzi on… więcej demokracji – i to nie tylko w systemie politycznym, ale również w gospodarce. Zaufanie zamiast kontroli, tolerancja zamiast murów, funkcjonowanie w obrębie granic ekosystemowych zamiast pogoni za statusem materialnym – oto skrócony wyciąg z recepty na odnowienie naszych społeczeństw w duchu kreatywnej, demokratycznej rewolty przeciwko status quo. I tu właśnie w tę opowieść wkracza wolność – a nawet trzy wolności. Fundamentem wizji Elbaeka nie jest „wolność od”, na przykład wszechogarniającego państwa, lecz „wolność do” życia w demokratycznych, dających naszemu życiu sens społecznościach, do doświadczania harmonii, równowagi i bliskości oraz do równych praw i możliwości życiowych. To wizja, w której wolność nie zależy od zasobności portfela, ale która przenika wszystkie dziedziny życia. Jej poszerzanie na całe społeczeństwo nie jest fanaberią, lecz warunkiem jej zaistnienia.

Wspólnota współpracy

Wspomnianemu marzeniu o nowej, lepszej Danii (i świecie) towarzyszy zestaw kilkudziesięciu propozycji programowych, podzielonych na 10 działów. Znajdziemy w nich sporo dobrze znanych z kart programów ekopolitycznych pomysłów, takich jak skrócenie tygodnia pracy (lider Alternatywy proponuje jego ograniczenie do 30 godzin) czy wykorzystanie zamówień publicznych do promowania biznesu realizującego cele społeczne i ekologiczne.
To, co w zaprezentowanej wizji się wyróżnia, to sporo miejsca poświęconego na promowanie modelu spółdzielczego. Dania ma w tym zakresie bogatą, sięgającą XIX wieku historię – ich rozwój napędzała popularność szkół ludowych, a ich kulturowe znaczenie umożliwiło podtrzymanie atrakcyjności tego modelu i jego stosowanie w nowych sektorach, takich jak rozproszona energetyka odnawialna.
Zdaniem Elbaeka model kooperatywny realizuje w praktyce zasady demokracji ekonomicznej i powinien być wspierany, np. poprzez stworzenie dedykowanego spółdzielniom banku inwestycyjno-rozwojowego. Specjalny fundusz spółdzielczy mógłby wspierać finansowo nowe inicjatywy ze środków już istniejących spółdzielni, a pieniądze reinwestowane przez nie w swoją działalność mogłyby z kolei być zwolnione z podatków.
Podobne zwolnienie powinno jego zdaniem przysługiwać również (przez pierwszy rok bądź do osiągnięcia określonej wielkości/obrotów) nowym biznesom – a już na pewno tym, realizującym cele społeczne lub ekologiczne.
Postulat ten wpisuje się w szerszy pakiet doceniania aktywności i kreatywności gospodarczej (np. premiowania firm stawiających w równym stopniu na kwestie ekologiczne, społeczne i ekonomiczne) przy jednoczesnej, konsekwentnej walce z negatywnymi kosztami zewnętrznymi dotychczasowego modelu działalności gospodarczej (opodatkowanie zużycia zasobów naturalnych na szczeblu międzynarodowym, oddzielenie bankowości detalicznej od reszty systemu bankowego).

Nowe horyzonty wolności

Wizja poszerzania wolności sięga w Elbaeka tam, gdzie tradycyjnie ją rozumiejący liberałowie rzadko sięgali. Proponuje on zagwarantowanie – z poziomem konstytucyjnym włącznie – praw przyrodzie, co wymuszałoby np. rekompensowanie lasom za eksploatację surowców, które dostarczają człowiekowi). W ustawie zasadniczej powinny znaleźć się jego zdaniem również prawa i wolności cyfrowe, jakie jak uznanie prawa użytkowników do swoich danych czy ograniczenie inwigilacji do przypadków, w których zgodę na nadzór wyraził sąd.
Z postulatów tych wyłania się obraz ludzi, którzy odzyskują kontrolę i podmiotowość. By marzenie to nie pozostało jedynie na papierze muszą rosnąć musi wpływ pracowników na przedsiębiorstwa, w których są zatrudnieni (od udziału w podejmowanych decyzjach oraz prawa pierwokupu sprzedawanej firmy po dostęp do ich akcji), a demokratyczne doświadczenie przekazywane nie tylko za pomocą teorii, ale również praktyki (3-6 – miesięczna, analogiczna do wojskowej, obowiązkowa służba demokratyczna w organizacjach pozarządowych lub innych inicjatywach społecznych po zakończeniu edukacji szkolnej).
Atrakcyjność tak zaprezentowanej wizji, poza jej holistycznym charakterem, polega na nieoczywistym łączeniu wątków we spójną opowieść o świecie. Świecie, w którym – podobnie jak w publikacji Dirka Holemansa o wolności i bezpieczeństwie w coraz bardziej złożonej rzeczywistości – wolność nie polega na zawierzaniu rzeczywistości niewidzialnej ręce rynku, lecz na jej aktywnym współtworzeniu w każdym aspekcie życia.

Wyborczy test

Być może taka właśnie opowieść, twórczo wiążąca ze sobą stare, dobre ekopolityczne zasady samostanowienia, sprawiedliwości społecznej oraz świadomości ekologicznej, może być dobrym antidotum na rosnące wpływy prawicowego populizmu? Póki co – patrząc się na wyniki z Niemiec czy z Belgii – wykazuje ona pewien potencjał mobilizacyjny, choć głównie w Europie Północnej.
Okazuje się bardziej żywotna, niż można było się tego spodziewać po odrodzeniu oldskulowej polityki walki klasowej w Wielkiej Brytanii czy eksperymentach z lewicowym populizmem na południu kontynentu. Pytanie o to, na ile można ją próbować zaszczepić w Europie Środkowej – i z jakimi wyborczymi skutkami – pozostaje otwarte.

Utworzyć kolejną komisję? NIEBEZPIECZNE ZMIANY KLIMATU

Trwa moda na komisje śledcze. Szefowie partii Zielonych zaapelowali właśnie do posłów o powołanie sejmowej komisji śledczej.

 

Nowa komisja ma zbadać ignorowanie kryzysu klimatycznego przez Polskę i jej kolejne rządy – oraz wskazać winnych polityków, których należałoby pociągnąć do odpowiedzialności.
Zieloni chcą również powołania rządowego zespołu kryzysowego, który ma stworzyć plan działań do 2050 r. i zbadać wpływ zmian klimatu na polską gospodarkę i społeczeństwo.
Jak alarmują Zieloni, jesteśmy ponoć świadkami największej afery w dziejach Rzeczypospolitej Polskiej. Ma ona polegać właśnie na tym, że kolejne rządy ignorują nadchodzącą katastrofę klimatyczną, która jest najgroźniejszym wyzwaniem dla Polski oraz dla całej ludzkości. Zieloni domagają się wyjaśnienia przyczyn tych zaniechań przez sejmową komisję śledczą.
Ta komisja sejmowa miałaby na przykład ustalić, dlaczego od 1991 r., kiedy powstał pierwszy, ostrzegawczy raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, polskie rządy ignorowały zalecenia klimatycznych ekspertów.
Przez wszystkie te lata żaden z rządów nie opracował planu dostosowania polskiej gospodarki do wyzwań związanych ze zmianami klimatu. W efekcie, emisje naszych gazów cieplarnianych rosną, a dorobek polskiego rolnictwa ekologicznego został zniszczony. „Ponadto, politycy różnych opcji kwestionują naukowo udowodnione zagrożenie zmianami klimatu wywołanymi przez człowieka, wprowadzając opinię publiczną w błąd i umniejszając skalę problemu” – zarzucają Zieloni.
Ponadto, Polska jako gospodarz szczytu klimatycznego COP 24 sabotuje jego ideę, reklamując węgiel i chwaląc się potrawami z dziczyzny. Pytanie, jakie za tym stoją grupy interesu i którzy konkretnie politycy forsują te szkodliwe dla Polski i świata rozwiązania? – zastanawiają się Zieloni.
Żądają oni, żeby komisja zbadała m.in. blokowanie przez Sejm rozwoju czystej energii, przejawiające się m.in. problemami z wprowadzeniem tzw. ustawy prosumenckiej, czy przyjęciem „ustawy odległościowej”, ograniczającej (według nich bezpodstawnie) budowę nowych farm wiatrowych. Komisja mogłaby również zająć się zaniedbaniami po stronie rządu. Takimi zaniedbaniami, zdaniem Zielonych, mają być m.in. brak rządowego planu obniżenia emisji gazów cieplarnianych oraz brak inwestycji w innowacyjną gospodarkę i rolnictwo ekologiczne.
Zieloni domagają się również powołania rządowego zespołu kryzysowego ds. zmian klimatycznych. Plan strategiczny transformacji polskiej gospodarki do 2050 roku, ich zdaniem powinien obejmować m.in, doprowadzenie do zerowej emisji szkodliwych pyłów w gospodarce (co oczywiście jest utopią), odbudowę biosfery oraz przestawienie polskiego rolnictwa na rolnictwo ekologiczne, wspomagane innowacjami technologicznymi.
Przedstawiciele tej partii uważają, że zmiany klimatyczne są dziś najważniejszym tematem politycznym nie tylko w Polsce, ale na świecie.
Zieloni wskazują, że decydują się w tej chwili losy naszych dzieci i przyszłość całej naszej cywilizacji. Dlatego właśnie Komisja Sejmowa ds. Ignorowania Kryzysu Klimatycznego byłaby najważniejszą komisją w historii polskiego parlamentaryzmu. Mogłaby ona pomóc Polsce i jej obywatelom dokonać epokowej zmiany w myśleniu.

Wyjdźmy na ulice!

List do Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia, Adriana Zandberga, Małgorzaty Tracz, Bogusława Gorskiego, Waldemara Witowskiego, Jana Śpiewaka.

 

100-lecie polskiej niepodległości to wyjątkowa okazja, aby przypomnieć polskiemu społeczeństwu rolę lewicy w walce o niepodległość. To również doskonałą okazja do narzucenia własnej narracji historycznej. Zwłaszcza młodemu pokoleniu, które niemal całkowicie ma dziś poglądy prawicowe.

Prezydent RP Andrzej Duda odrzucił propozycję środowisk narodowych, aby uczestniczyć w wspólnym marszu. Zatem jedynym środowiskiem, które wyjdzie, licznie jak zwykle, na ulice Warszawy, będą nacjonaliści. Po raz kolejny to ich środowisko skanalizuje bunty społeczne młodego pokolenia. Lewica, o ile w ogóle, potrafi tego dnia tylko blokować takie marsze. W społecznym odbiorze zatem po raz kolejny lewica zamiast wyjść z własną inicjatywą, podkreślić rolę PPS w walce o niepodległość i sprawiedliwość społeczną, będzie blokowała czyjąś inicjatywę. Tak to będzie odebrane. Lewica sama, na własne życzenie, oddaje pole narodowej prawicy. Jakby zapominając słowa Orwella: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”.

Odzyskanie przez Polskę niepodległości było w dużej mierze zasługą socjalistów. Czerwone flagi nie były wówczas synonimem bolszewizmu. W odróżnieniu od prawicy, kolaborującej z zaborcami i zerkającej na obce mocarstwa, to socjaliści 7 listopada 1918 r., nie oglądając się na nikogo, stworzyli pierwszy polski rząd gwarantujący prawo do strajku, 8 godzinnego dnia pracy i równości płci.
W narodowe święto niepodległości nie usłyszymy o zdobyczach socjalnych pierwszego niepodległego rządu polskiego, na czele którego stanął Ignacy Daszyński z PPS. Socjaliści, bili się nie tylko o niepodległość, ale również o kształt państwa. Ich główny postulat to przekształcenie państwa w demokratyczną Republikę Ludową. W myśl manifestu wszyscy obywatele mieli otrzymać równouprawnienie pod względem politycznym i obywatelskim, co miało wyrażać się wolnością sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, i strajków. W ramach dążeń do poprawy warunków socjalnych zapowiedziano ośmiogodzinny dzień pracy w przemyśle, handlu i rzemiośle.

Jako jeden z pierwszych rządów na świecie Tymczasowy Rząd Ludowy potwierdza i gwarantuje prawa wyborcze kobiet, wyprzedzając tym samym większość państw europejskich, a także USA. Manifest ustala 8-godzinny dzień pracy w przemyśle, rzemiośle i handlu. Rząd deklaruje natychmiastowe przystąpienie do reorganizacji organów samorządu terytorialnego i utworzenie milicji ludowej. Zobowiązuje się wnieść do Sejmu Ustawodawczego projekty reform dotyczących: przeprowadzenia reformy rolnej; upaństwowienia niektórych działów przemysłu i komunikacji; udziału robotników w administrowaniu prywatnymi przedsiębiorstwami; wprowadzenia prawa o ubezpieczeniach i ochronie pracy; powszechnego, świeckiego i bezpłatnego nauczania w szkołach.

Odezwa „Do ludu Polskiego” nie pozostawiała wątpliwości, jaki charakter mieć będzie przyszła Polska – „Nad skrwawioną i umęczoną ludzkością wschodzi zorza pokoju i wolności. W gruzy walą się rządy kapitalistów, fabrykantów i obszarników, rządy militarnego ucisku i społecznego wyzysku mas pracujących. Wszędzie lud pracujący dochodzi do władzy. I nie zaświta lepsza dola nad narodem polskim, jeżeli rdzeń i olbrzymia jego większość, lud pracujący, nie ujmie w swoje ręce budowy podwalin naszego życia społecznego i państwowego.”

Zdezorientowana prawica, która skompromitowała się współpracując z zaborcami, m.in. podczas rewolucji 1905 roku, przystępuje do działania. Nie zgadza się na rewolucyjne zmiany, jakie postulowani socjaliści. Narodowa demokracja przeciwna była m.in. prawem do głosu dla kobiet oraz dalszą klerykalizacją kraju. Ignacego Daszyńskiego zastępuje inny socjalista, Jędrzej Moraczewski, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego. To wówczas powstają dwa poważne dokumenty – Dekret o ośmiogodzinnym dniu roboczym” oraz „Warunki służbowe minimalne dla niższej służby folwarcznej (parobków)”, które zostają zatwierdzone przez Piłsudskiego. Dla robotników i chłopów, ważna była wszak nie tylko odzyskana niepodległość, ale przede wszystkim warunki, jakie stworzy niepodległe państwo. Czy miała to być w dalszym ciągu pańszczyzna, 16-godzinnny czas pracy bez możliwości strajku, czy demokratyczne i egalitarne państwo? Co robi prawica? W nocy z 4 na 5 stycznia 1919 przygotowuje zamach stanu na socjalistyczny gabinet premiera Jędrzeja Moraczewskiego.

Dziś zagrożenie ze strony skrajnej prawicy jest minimalne. To margines, groźny, głośny, ale margines. Zamiast straszyć faszyzmem, lepiej wyjść na ulice z własnymi hasłami. W tym roku nadarza się wyjątkowa okazja. Odsłonięty bowiem zostanie pomnik Ignacego Daszyńskiego. Policzmy się, wszyscy! Czy lewice jednak stać na ten organizacyjny wysiłek? Przed wojną wyjście na ulice było dla lewicy czymś naturalnym. Odnoszę wrażenie, że po 1989 roku stało się synonimem obciachu i wysiłkiem przekraczającym możliwości.

Głos lewicy

Początek drogi

Jeżeli państwo myślicie, że będę miał smutną minę, to jest to nieprawda. To jest początek drogi. Ta droga rozpoczęła się, niestety, od wypadnięcia z Sejmu. Powoli będziemy budowali poparcie dla naszego środowiska. Pierwszy etap to 5,7 proc. Poczekajmy do jutra, bo wierzę, że 6 proc. przebijemy. Drugi etap to są wybory do Parlamentu Europejskiego, a potem wybory parlamentarne. Musimy wrócić do Sejmu. To jest dobra zaliczka, ale tylko zaliczka.
Chciałem również potwierdzić, że jeżeli chodzi o partie lewicowe, to czeka nas kawałek roboty do zrobienia. Myślę, że trzeba mieć w sobie mądrą refleksję na temat naszego wyniku powyżej progu oraz tych partii lewicowych, które tego progu nie uzyskały. Kiedy wszystkie wyniki zostaną policzone, to będziemy apelowali spokojnie do wszystkich struktur o spotkanie i przemyślenie drogi polskiej lewicy w najbliższym czasie.
Dziękuję wam bardzo, to naprawdę dobra koalicja. I to jest koalicja, która gwarantuje nam powrót do Sejmu, chociaż jeszcze wiele jest do zrobienia.
Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD 21.10.2018 r.

 

Milion głosów na lewicę

– Cieszy mnie to, bo to zmobilizowało elektoraty wszystkich ugrupowań. Myślę, że ta frekwencja pomogła nam w jakiś sposób i ostatecznie dobijemy do 7 proc. – powiedziała Anna-Maria Żukowska i dodała, że wynik Sojuszu w tych wyborach samorządowych daje poczucie, że lewica może się odbić na jeszcze wyższy wynik w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
– Pokazuje to, że naszych wyborców jest sporo. To w przeliczeniu na głosy ponad milion osób. Myślę więc, że ten wynik, to dobry zaczyn i dowód na to, że SLD Lewica Razem przekracza próg wyborczy – zaznaczyła.

 

Nowy gatunek

– Ewolucja jest nieubłagana. W roku 2018 naszej ery w środkowej Europie nastąpiła ekspansja nowego gatunku politycznego, nazwanego Partia Zieloni. Ten niepozorny, zwinny, żyworodny, a co najważniejsze stałocieplny gatunek jest zapowiedzią zmierzchu ery dinozaurów – tak reklamuje swoje ugrupowanie przewodnicząca Zielonych we Wrocławiu Małgorzata Tracz.

Bawarskie zaskoczenie

Główni rozgrywający niemieckiej sceny politycznej tracą na znaczeniu. Potwierdziły to niedzielne wybory do landtagu Bawarii. Dotychczasowy hegemon – partia CSU, będąca lokalnym odpowiednikiem ogólnokrajowej CDU zdobyła najwięcej głosów, lecz po raz pierwszy od 68 lat straciła większość w zgromadzeniu.

 

Według sondaży exit polls CSU zdobyła 35,3-35,4 proc, co oznacza, ze chadecy stracili co czwartego wyborcę. Jest to najgorszy wynik wyborczy potężnego regionalnego ugrupowania do 68 lat. Komentatorzy nie mają wątpliwości. – To trzęsienie ziemi w bawarskiej polityce – powiedział Adam Eberhardt z Ośrodka Studiów Wschodnich. Wstępne badania pokazują, że zwolennicy CSU przesunęli swoje sympatie w stronę ekstremistycznej Alternatywy dla Niemiec. Antyimigrancka formacja po raz pierwszy osiągnęła w Bawarii wynik dwucyfrowy – zagłosowało na nią ok. 11 proc. uczestników elekcji, co sprawi, że AfD wprowadzi swoich deputowanych do landtagu.

To jednak nie koniec sensacji. Jeśli wynik CSU jest ogromnym rozczarowaniem dla tego ugrupowania, to o prawdziwej katastrofie mogą mówić socjaldemokraci. SPD była dotychczas drugą siłą polityczną w Bawarii. W poprzednich wyborach otrzymała 20 proc. głosów, w obecnych – połowę mniej, spadając na piątej miejsce, co jest kolejny klarownym sygnałem – wyborcy mają dosyć wyniszczającego samodzielność partii sojuszu z chadekami. Najwięcej zwolenników socjaldemokracja straciła na rzecz Zielonych, którzy do wyborów poszli z odważnym programem, zakładającym budowę tanich mieszkań, ulepszenie transportu publicznego, walkę z erozją terenów zielonych oraz uruchomienie programów umożliwiających integracje uchodźców. W efekcie Zieloni zdobyli aż 18 proc. głosów, stając się drugą siłą w landstagu.

Dla głównych polityków CSU – premiera Markusa Södera i kontrowersyjnego szefa federalnego MSW Horsta Seehofera oznacza to prawdopodobnie konieczność usunięcia się w cień. W ciągu ośmiu lat poparcie społeczne dla ich partii skurczyło się z 60 do 33 proc. Tak spektakularnego upadku nie da się porównać z żadnym innym współczesnym procesem politycznym w RFN. Pokazuje to również, że elektorat nie godzi się na agresywny, antyimigrancki język, którym politycy bawarskiej chadecji próbowali konkurować z AfD. Teraz partie czeka konieczność zawarcia koalicji z Zielonymi, których 33-letnia liderka Katharina Schulze nie pozostawiła złudzeń – oczekuje zakończenia ksenofobicznej kampanii władz.