PiS robi skok na pieniądze emerytów

Obecny rząd postanowił szybko i jednym ruchem zabrać emerytom 15 proc. zgromadzonych przez nich środków. I niewykluczone, że na tym się nie skończy, bo budżet pęka w szwach.

Co najmniej 19,3 miliardów złotych zabierze emerytom rząd Prawa i Sprawiedliwości pod pretekstem „oddawania” im pieniędzy, zgromadzonych dziś w otwartych funduszach emerytalnych. To dość ostrożne szacunki, bo w praktyce ta kwota może sięgnąć niemal 24 mld zł.
Oczywiście rządowi propagandyści sukcesu, udający dziennikarzy w tzw. „publicznych” czyli także rządowych mediach, nie wspominają ani słowem o rządowym skoku na emerycką kasę. Zamiast tego zachwalają, jak to rząd PiS – naturalnie w odróżnieniu od wrednych poprzedników – zwraca emerytom ich ciężko wypracowane składki. Od razu przypomina się orwellowskie Ministerstwo Miłości.

Przymus, a nie możliwość

Rząd PiS bardzo zabiega o to, by jak najszybciej doprowadzić do przyjęcia przepisów, zmuszających potencjalnych emerytów do przeniesienia swych składek z OFE do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych albo na Indywidualne Konta Emerytalne.
Rząd PO dał przyszłym seniorom tylko taką możliwość, wprowadzając „okienka transferowe”, w których można przenosić składki przechowywane w OFE (aczkolwiek na 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego, z automatu trafiają one do ZUS). Rząd „dobrej zmiany” nie zmusza, aby koniecznie wybrać ZUS – ale wprowadza przymus wycofania składek z OFE.
Rzecz w tym, że pieniądze zgromadzone w OFE są niedostępne dla rządu, który nie może położyć na nich łapy. Z pieniędzmi w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych może natomiast robić co chce, zaś w przypadku przenoszenia składek na IKE pobiera haracz właśnie w postaci opłaty przekształceniowej. Tę opłatę trudno nazwać inaczej, niż rozbojem na prostej drodze, bo wynosi ona aż 15 proc. zgromadzonych składek!

Czas ucieka, kasy brakuje

Rząd unika nazywania opłaty przekształceniowej podatkiem – i ma ku temu swoje, bardzo wymierne powody.
Chodzi o to, że środki gromadzone w OFE są opodatkowane stawką 15 proc. Osoba, odkładająca składki w otwartych funduszach płaci te 15 proc. w chwili, gdy jest już na emeryturze i otrzymuje świadczenie z OFE.
Rząd PiS nie zamierza jednak czekać na pieniądze od kolejnych roczników Polaków odchodzących na „zasłużony odpoczynek” – zwłaszcza, że bardzo prawdopodobne, iż za jakiś czas te pieniądze otrzymałby już inny, nie PiS-owski rząd. Ekipa „dobrej zmiany” chce zgarnąć całą kasę od emerytów jak najszybciej.
Dlatego właśnie PiS-owscy prominenci wymyślili, że te 15 procent rząd zabierze emerytom od razu, gdy tylko zdecydują się na przeniesienie swych składek na IKE. Cała operacja przenoszenia składek ma zostać zrealizowana już w przyszłym roku.
Skoro zaś pieniądze zostaną zabrane emerytom, zanim jeszcze ci je zobaczą, nie nazwano ich podatkiem lecz właśnie opłatą przekształceniową.
Jest jednak jeszcze drugi, znacznie ważniejszy powód takiego nazewnictwa. Jeśli bowiem pieniądze emerytów nie zostaną opodatkowane, lecz obłożone opłatą przekształceniową, to nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby rząd opodatkował je wtedy, gdy emeryci zaczną otrzymywać swe świadczenia.
Nikt nie będzie się wtedy czepiać, że oznacza to podwójne opodatkowanie – no bo przecież za pierwszym razem była to opłata przekształceniowa, a dopiero później podatek właściwy.

De Tocqueville ma rację

Dziś nie można przesądzać, czy rząd na pewno zdecyduje się na powtórne zabranie emerytom części ich świadczeń (razem dawałoby to już 30 proc.). Budżet trzeszczy jednak w szwach i bardzo prawdopodobne, że obecnej ekipie jednak zabraknie pieniędzy na wysokie apanaże dla krewnych i znajomych królika czy na kolejne upamiętnienia „żołnierzy wyklętych”.
Od razu więc nasuwa się na myśl słynny cytat Alexisa de Tocqueville (powszechnie znany w nieco innej niż tu przytaczana, mniej prawidłowej wersji): „Do jak bezprawnych i nieuczciwych praktyk może brak pieniędzy skłonić rządy łagodne, ale działające tajnie i bez kontroli”.
Tym bardziej, że rząd PiS wprawdzie rzeczywiście działa bez kontroli, ale trudno go uznać za łagodny.
Dziś w OFE znajdują się 160 mld zł przyszłych emerytów. Gdyby wszyscy przenieśli swe środki do IKE, rząd zgarnąłby z tego tytułu 24 mld zł. Wiadomo jednak, że tak się nie stanie, gdyż część obywateli najprawdopodobniej wybierze jednak przekazanie składek do ZUS.

Biznesowi nikt nic nie zabierze

Rząd PiS, zmuszając Polaków do wybrania: albo ZUS, albo IKE, zadbał jednocześnie o to, aby włos z głowy nie spadł powszechnym funduszom emerytalnym, czyli firmom (przeważnie zagranicznym) zarządzającym otwartymi funduszami emerytalnymi. Zdecydowano bowiem, że to właśnie powszechne towarzystwa emerytalne będą prowadzić Indywidualne Konta Emerytalne.
Dlatego więc szefowie powszechnych towarzystw emerytalnych zachowują całkowity spokój – i nie krytykują nowych przepisów. Dla tych przyszłych emerytów, którzy wybiorą IKE, w rzeczywistości nic zatem się zmieni. Tak samo, zarówno w OFE, jak i w IKE, ich pieniądze będą mogły w majestacie prawa stopnieć do zera, w przypadku złego zarządzania czy dekoniunktury na rynkach finansowych. Tyle, że wybierając IKE, prędzej stracą te 15 proc., no i nie jest wykluczone, że za jakiś czas będą musieli zapłacić podatek w takiej samej wysokości.
Za to, jeśli wybiorą ZUS, zostaną uderzeni (tzn., ściśle mówiąc nie oni, co ich spadkobiercy) po kieszeni zbójeckim prawem, wedle którego środki złożone w tej instytucji nie mogą być dziedziczone.
„Dobra zmiana” zafundowała więc przyszłym seniorom wybór, taki jak między dżumą a cholerą…

 

Kolejna złamana obietnica PiS

Jeszcze żadna propozycja nie wywołała tak skoncentrowanego nasilenia agresywnego kłamstwa ze strony ludzi bogatych i ich lobbystów, jak słuszny projekt zniesienia limitu wpłat składek na ZUS.

Najbardziej znamiennym przypadkiem odwoływania PiS-owskich obietnic przedwyborczych jest rezygnacja z zniesienia limitu wpłacania najwyżej trzydziestokrotności składek na ZUS. Pokazuje to bowiem, że w Polsce sojusz ludzi bogatych jest ponadpartyjny i nie ma żadnego związku z światopoglądem czy rozmaitymi, rzekomo wyznawanymi wartościami.
Chęć dalszego nabijania sobie kabzy kosztem osób niezamożnych łączy wszystkich bogatych, niezależnie od tego czy są z PiS, PO, PSL, kawiorowej lewicy czy jakiejkolwiek innego ugrupowania. A ponieważ władza w naszym kraju także składa się głównie z ludzi bogatych, więc lobbing na rzecz interesów najzamożniejszej grupy obywateli jest zawsze skuteczny.
PiS przed wyborami złożyło wiele obietnic nierealnych i niepoważnych, ale akurat ta była rozsądna (może dlatego prominenci PiS odwołali ją jako jedną z pierwszych).
Nie ma przecież żadnego uzasadnienia, dlaczego ludzie zarabiający nawet setki tysięcy złotych miesięcznie mają płacić takie same składki na ZUS jak ci, co zarabiają dużo mniej. I dlaczego ktoś, kto ma rosnące zarobki ale nie przekraczające trzydziestokrotności średniej płacy będzie także płacił rosnące składki – lecz ten, którego zarobki zaczną przewyższać granicę trzydziestu średnich pensji nie zapłaci składek nawet o grosz wyższych.
Oczywiste, logiczne i sprawiedliwe jest przecież to, że składki na ubezpieczenie społeczne powinny stanowić stały i niezmienny odsetek zarobków. Gdy więc ktoś zaczyna zarabiać, dwa, trzy czy trzydzieści trzy razy więcej, to i jego składki na ubezpieczenie społeczne powinny wzrastać dwa, trzy czy trzydzieści trzy razy. Jest to zgodne z zasadą sprawiedliwości społecznej – a Polska, zgodnie z art. 2 Konstytucji jest państwem urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Finansowe uprzywilejowanie ludzi najbogatszych, polegające na ich zwolnieniu z płacenia części składek na ZUS jest więc całkowicie sprzeczne z ustawą zasadniczą. Prominenci PiS pokazywali już jednak nieraz, gdzie mają Konstytucję RP.

Festiwal kłamstw

Pomysł zniesienia limitu spowodował bezprecedensową kampanię kłamstw i fałszywych argumentów. Jeszcze żadna z propozycji zmian prawnych zgłoszonych w ostatniej dekadzie nie wywołała tak skoncentrowanego ataku ze strony ludzi zamożnych i wynajętych przez nich lobbystów.
Na przykład, na Onecie regularnie pojawiały się ataki na ten pomysł, mające stwarzać wrażenie, że jakoby wszyscy protestują przeciw zniesieniu limitu. Mogliśmy więc tam m.in. przeczytać: „Przeciwko tej reformie rządu protestują wszyscy. Takiej jedności dawno nie obserwowaliśmy. I przedsiębiorcy, i związkowcy, i eksperci, i główny ekonomista ZUS, i nawet niektóre osoby z rządu. Wszyscy dostrzegają zagrożenia, które mogą pojawić się po zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS”.
To oczywista lipa. W rzeczywistości, żaden uczciwy ekonomista nie protestował przeciw zniesieniu limitu. I, naturalnie, nie ma żadnych zagrożeń, które by się z tym wiązały.
Są to tylko bzdury i kłamstwa. Jeżeli ktoś protestuje przeciw zniesieniu limitu to jedynie ludzie najbogatsi i opłaceni przez nich lobbyści, oraz paru wynajętych i opłaconych, tzw. niezależnych ekspertów. Wicepremier Jarosław Gowin, broniąc limitu, także reprezentuje ludzi bogatych.
Nikt rozsądny, z ugruntowaną pozycją naukową, nie protestuje przeciw zniesieniu limitu – bo wie, że to pomysł słuszny i rozumny. Wynajęci publicyści straszą zagrożeniem dla przyszłości gospodarczej Polski i ucieczką najlepszych, wysoko opłacanych specjalistów.
Ale dochody przekraczające trzydzieści średnich płac osiągają w naszym kraju nie specjaliści lecz najzamożniejsi właściciele przedsiębiorstw. Nie będzie więc żadnej ucieczki tych specjalistów. A jeżeli przyszłość gospodarcza Polski będzie zagrożona to na pewno nie z powodu, że garstka ludzi bogatych będzie musiała płacić nieco wyższe składki.
O opiniach przedsiębiorców nie ma co mówić, bo oni rozumują prosto, mając na względzie wyłącznie swój interes finansowy: chcą od nas żebyśmy więcej płacili, więc trzeba to zwalczać. I oczywiście, jak to przedsiębiorcy, postanowili walczyć kosztem ludzi mniej zarabiających. Zagrozili więc, że jeśli będą musieli płacić wyższe składki na ZUS, obniżą swym pracownikom wynagrodzenia o 11 proc. (tak to sobie wyliczyli).
Federacja Przedsiębiorców Polskich wręcz oświadczyła, że pomysł zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS: „uderzy w najbiedniejszych”. To stwierdzenie poraża swym cynizmem. W rzeczywistości zniesienie limitu uderzy (dodajmy, że bardzo lekko) w najbogatszych – i dlatego stosują oni wszelkie chwyty by temu zapobiec.

Targowica wiecznie żywa

Przedsiębiorcy zapytali też, retorycznie, skąd mają wziąć pieniądze na sfinansowanie wyższych składek na ZUS?
Cóż, odpowiedź jest prosta: będą mieć trochę mniejsze zyski, żeby w przyszłości mieć większe emerytury. Nieco uszczuplą swe aktualne dochody, by w starszym wieku otrzymywać wyższe świadczenia. Zrobią więc dokładnie to samo, do czego namawia się ludzi zarabiających grosze: żeby odkładali dodatkowo ze swych marnych pensji, aby pod koniec życia nie popaść w biedę.
Róznica jest taka, że w Polsce klasa posiadająca ma z czego odkładać na swe przyszłe emerytury. Te nieco wyższe składki na ZUS mogłaby więc płacić bez problemu – ale oczywiście nie chce.
A jeśli komuś przeszkadza widmo dostawania w przyszłości wysokich emerytur, to niech przeznacza ich część na cele charytatywne albo zwróci do budżetu (w poczuciu głębokiej odpowiedzialności za los kraju, która jakoby cechuje przedsiębiorców, inteligentów i wszelkich innych groszorobów zgarniających dużą kasę). Pobieranie wysokich emerytur nie jest obowiązkiem!
Jedynym rzeczywistym zagrożeniem jakie niesie ze sobą zniesienie limitu jest właśnie to, że ludzie bogaci musieliby płacić nieco większe niż dotychczas składki na ubezpieczenie społeczne. I to jest dla nich tak straszne, ze limitu bronili jak niepodległości – a w rzeczywistości, dużo bardziej zajadle niż broniliby zagrożonej niepodległości.
Skojarzenia z Targowicą są tu oczywiste – pod koniec osiemnastego wieku magnateria miała w nosie niepodległość Rzeczypospolitej oraz los biedniejszych warstw narodu. Chodziło jej tylko o to, żeby nadal nie płacić podatków jak za Sasów i nie ponosić żadnych ciężarów na rzecz państwa. Niestety, nasze dzisiejsze pożal się Boże „elity” także są dokładnie skażone tym szlacheckim sposobem na życie.
Lobby ludzi bogatych wmawia mniej zamożnym Polakom, że powinni odkładać część swych zarobków, żeby mieć wyższe emerytury. Sami bogaci jednak jakoś nie chcą odkładać więcej na swe emerytury – i zwalczyli pomysł zniesienia limitu, który miał im to umożliwić. Argumentują, że wystarczą im takie emerytury, jakie wypracują przy swych obecnych zarobkach. Ale te zarobki, choć nieporównanie wyższe niż ich przyszłe emerytury, jednak im nie wystarczają. Nie godzą się więc nawet na minimalne uszczuplenie swych dochodów poprzez zwiększenie składek.

Jeden sprawiedliwy

W całym tym festiwalu kłamstwa i fałszu nie można pominąć głosu jednego sprawiedliwego. Okazał się nim wicepremier Jacek Sasin, który stwierdził: „Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć: to jest rozwiązanie, które w żadnym wypadku nie zmienia na gorsze sytuacji absolutnie zdecydowanej części osób, które pracują czy prowadzą działalność gospodarczą”. Niestety, był to głos wołającego na puszczy.
Najczęstszym chyba kłamstwem powtarzanym w obronie limitu jest opinia, że wyższe emerytury, jakie w wyniku podniesienia składek będzie się wypłacać garstce bogaczy, zrujnują finanse państwa i spowodują załamanie systemu emerytalnego. To kolejna oczywista bujda. Nie ma bowiem żadnej uczciwej symulacji, która pokazywałaby, że skutki zniesienia limitu będą zagrażać stabilności ZUS.
A zresztą, jeżeli jest jednak choćby cień przypuszczenia, że sprawdzi się taki scenariusz, można z łatwością tego uniknąć. Wystarczy wprowadzić przepis, że ludzie bogaci będą płacić wyższe składki na ZUS także po przekroczeniu trzydziestokrotności średniej pensji – ale emerytury będą dostawać takie, jakby ich zarobki nie przekroczyły tej granicy. Można to zrobić w całkowitej zgodzie z Konstytucją.
Bogaci, w poczuciu swej głębokiej odpowiedzialności za losy ojczyzny powinni sami zaproponować takie rozwiązanie. Sytuacja wymaga, by drobną częścią swych gigantycznych dochodów podzielili się z Funduszem Ubezpieczeń Społecznych. Z pewnością to zrozumieją. A gdyby nie, to państwo ma narzędzia, by im w tym pomóc – ale potrzebny byłby do tego inny rząd.

Nie ma o czym gadać

Nie i już! Organizacje przedsiębiorców w Polsce nie chcą nawet rozmawiać o tym, żeby składki na ZUS mogły wzrastać proporcjonalnie do wzrostu dochodów ich firm.

Przedsiębiorcy podkreślają, że spośród wszystkich postulatów, które padły podczas niedawnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości, największe ich obawy wzbudziła zapowiedź uzależnienia wysokości składek ZUS dla przedsiębiorców, od osiąganych przez nich dochodów.
Propozycja ta brzmiała logicznie i jest dość sprawiedliwa, bo niby dlaczego, w sytuacji, gdy mamy w praktyce liniowy podatek dochodowy (98 proc. obywateli płaci go według pierwszej stawki), także składki na ZUS muszą być liniowe?
Może proporcjonalny wzrost składek na ZUS pozwoliłby na zwiększenie nakładów na opiekę medyczną, doprowadzoną do skrajnej zapaści przez rządy Prawa i Sprawiedliwości?.
Proporcjonalny ZUS oznaczałby też pożądane uszczuplenie dochodów ludzi najzamożniejszych, co dobrze służyłoby ograniczeniu nierówności społecznych i ekonomicznych w Polsce.
Organizacje przedsiębiorców biadolą jednak, że wiązałoby się to ze skokowym wzrostem obciążeń dla ogromnej części przedsiębiorców w Polsce, w tym m.in. relatywnie dobrze zarabiających przedstawicieli wolnych zawodów i innych przedstawicieli tzw. klasy średniej.
Z dużą ulgą przyjęli oni zatem wyjaśnienia minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz, zgodnie z którymi propozycja zmiany zasad ustalania wysokości składek na ZUS skierowana jest wyłącznie do przedsiębiorców osiągających niewielkie dochody i korzystających w tej chwili z preferencji tzw. małego ZUS.

Społeczna niesprawiedliwość

Przedsiębiorcy twierdzą: „Nie ulega wątpliwości, że dla rozwiniętych,sprawnie funkcjonujących działalności gospodarczych, ryczałtowy ZUS jest modelem korzystnym. Znajduje to swoje, dosyć oczywiste, uzasadnienie – przedsiębiorcy sami odpowiadają za uiszczane składki, sami ponoszą ryzyko prowadzonej działalności, a także są bardziej skłonni do oszczędzania środków na własną rękę, bądź inwestowania ich.”.
Trzeba to sprostować. Ryczałtowy ZUS jest korzystny nie dla „sprawnie funkcjonujących działalności gospodarczych”, lecz dla majątków przedsiębiorców i ich rodzin, co nie musi mieć niczego wspólnego z efektywnością działań gospodarczych w Polsce. Przeciwnie, obniżka dochodów zmusiłaby przedsiębiorców do większej aktywności gospodarczej, co dobrze posłużyłoby rozwojowi naszego kraju. Mniej mieliby czasu na prymitywne popisywanie się swymi możliwościami finansowymi.
Organizacje przedsiębiorców dodają – cynicznie ale prawdziwie – że proporcjonalny ZUS powoduje, iż przedsiębiorcy osiągający wyższe dochody płacą składki w wysokości proporcjonalnie niższej, niż etatowi pracownicy. Święte słowa! I właśnie tę niesprawiedliwość trzeba w końcu zmienić.

Proporcjonalnie – i dla wszystkich

Stały, przymusowy ZUS niezależny od osiąganych dochodów, stanowił do tej pory szczególny problem dla dwóch grup przedsiębiorców. Pierwszą z nich są ci, którzy dopiero zaczynają prowadzić działalność gospodarczą. Perspektywa opłacania stałej składki co miesiąc, niezależnie od tego, czy uda się w danym okresie wygenerować jakikolwiek dochód, wiele osób odwiodła od otworzenia własnego biznesu, innych z kolei zmusiła do zamykania swoich działalności. Problem ten został jednak już w pełni wyeliminowany – przedsiębiorcy mogą przez 24 miesiące opłacać składki ZUS na preferencyjnych warunkach (z dużo niższą podstawą wymiaru), a przez pierwsze pół roku prowadzenia działalności, w ogóle nie płacić składek na ubezpieczenia społeczne (opłaca się w tym czasie wyłącznie składkę zdrowotną).
W rezultacie, nowe firmy mają dwa i pół roku na osiągnięcie poziomu rozwoju, który umożliwi im opłacanie składek na ZUS w pełnej wysokości. Wydaje się, że to czas absolutnie wystarczający do tego, by stwierdzić czy dany pomysł na biznes ma w danych realiach rynkowych rację bytu.
Druga grupa firm, dla których ryczałtowy ZUS stanowi problem, to przedsięwzięcia prowadzone „dla utrzymania”, z natury generujące niewielkie dochody. W ich zakres wchodzą wszelkie drobne usługi, świadczone przez osoby prowadzące działalność gospodarczą dlatego, że nie mają innego wyboru, w ramach swoistego substytutu dla etatu, którego zostali pozbawieni. Z punktu widzenia tych ludzi, kluczowe było wprowadzenie tzw. małego ZUS-u, uzależniającego wysokość opłacanych składek od osiągniętych przychodów.
W ramach małego ZUS-u, przedsiębiorca oblicza przeciętny miesięczny przychód za rok poprzedni i mnoży go przez specjalny mnożnik ogłaszany przez prezesa ZUS, uzyskując tym samym kwotę stanowiącą podstawę wymiaru składek.
System jest skonstruowany tak, by najniższa podstawa wymiaru składek była równa preferencyjnej podstawie składek obowiązującej przez pierwsze 24 miesiące prowadzenia firmy. Skomplikowane to oraz nie chroni w pełni tych, którzy mają pecha i nie osiągali ostatnio dochodów.
Dlatego słuszna jest deklaracja rządu PiS, że modyfikacja składek w kierunku ZUS proporcjonalnego i uzależnionego od dochodu dotyczyć będzie najdrobniejszych rodzajów działalności. To jednak zdecydowanie nie wystarcza. System ubezpieczeń społecznych dla przedsiębiorców powinien w pełni stanowić model proporcjonalny, zarówno dla firm wielkich, jak i najmniejszych.

Poświęćcie głowę Gowina!

Polscy przedsiębiorcy nie chcą nawet rozmawiać o pomysłach wprowadzenia bardziej proporcjonalnego ZUS dla większych firm. „Podkreślamy – jakakolwiek dyskusja o proporcjonalnych składkach na ZUS dla wszystkich firm jest niebywale groźna” – ostrzega Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, wskazując, że dyskusja ta wiązałaby się potencjalnie z radykalnym wzrostem obciążeń polskich firm. Na to zaś nie ma i nigdy nie będzie ich zgody.
Przedsiębiorcy bardzo się więc cieszą, że obecny rząd nie planuje działań w tym kierunku. Niestety, rząd PiS, który tradycyjnie podejmuje działania antyspołeczne, wymierzone w interesy pracowników najemnych, ugiął się przed oznakami niezadowolenia wyrażanym przez reprezentantów świata biznesu – i zarzeka się, że nie planuje powszechnego wprowadzenia proporcjonalnych składek dla działalności gospodarczej.
Pozostaje nadzieja, że po ewentualnym zwycięstwie wyborczym PiS, dramatyczna sytuacja budżetu państwa zmusi jednak władzę do zweryfikowania tych zapewnień – i spowoduje wreszcie wprowadzenie proporcjonalnego ZUS-u także dla większych przedsiębiorców. Ostatnio Jarosław Gowin zadeklarował, że jego tak zwany „obóz polityczny” nie podniesie składek ZUS dla przedsiębiorców – i jest to zupełnie oczywiste. Stwierdził też, że kładzie za to swoją głowę polityczną na szali.
„Głowa polityczna” Jarosława Gowina jest niewiele warta – więc istnieje spora nadzieja, że rząd PiS zdecyduje się na jej poświęcenie, w zamian za sprawiedliwszy i służący dobru Polaków, system ubezpieczeń społecznych.

Przypowieść o Pawle

Parę lat temu straciłem wygodną robotę, która nie dawała mi żadnej satysfakcji, ale dawała mi pieniądze. No i wiedzę. Czyli w sumie jakąś satysfakcję jednak dawała. Ale jak to mówią spece od kołczingu, pozbawiono mnie mojej cieplutkiej strefy komfortu, w której tkwiłem przez ponad dekadę. W międzyczasie dano mi do zrozumienia, że muszę przejść na samozatrudnienie, jeśli chcę w tej strefie jeszcze trochę pozostać. Rok się tak przemęczyłem, jako jednoosbowa działalność… Mój kolega z kapeli, który swego czasu mieszkał na wsi pod Warszawą, opowiedział mi niedawno pewną, pouczającą historię. Pewnego, ciepłego wieczora zorganizował w domu pod miastem imprezę, na którą zjechało się bardzo dużo ludzi. Napatoczył się też, z braku lepszego pomysłu na życie, Paweł, sąsiad, nieszkodliwy schizofrenik, lat ok.40, mieszkający od zawsze z matką. Kiedy skończyła się wódka, kolega dał Pawłowi parę groszy i wysłał go na „metę” po następną flaszkę, gdyż sklep był już nieczynny, a zapasy dawno wyszły. Paweł poszedł, towarzystwo czekało…ale się nie doczekało. Nazajutrz mój kolega spotyka Pawła pod płotem, przy obejściu. Zapytuje go, co się stało. Nic-rzecze tamten. A gdzie pieniądze, gdzie wódka? Ot, odpowiada Paweł, jak wracałem z flaszką, to nie chciało mi się już do was zachodzić, więc poszedłem do domu, a wódkę wypilim właśnie z matką do śniadania. Rząd, ustami premiera, obwieścił właśnie, że każdy obywatel do 26 roku życia, który pójdzie do pracy, będzie zwolniony z podatku. I to jest w tej bajeczce ta kasa na wódkę od mojego kolegi. Niemniej, jak ktoś wpadnie na pomysł, żeby dokonać na swojej osobie samozatrudnienia, nawet przed ukończeniem 26 lat, z podatku zwolniony nie będzie. I to w tej historii jest właśnie pan Paweł, który co prawda po wódkę poszedł, ale już nie doniósł. Niewiele później, dało się usłyszeć, już nie z ust premiera, a z wrażych mediów, że rząd planuje od 2020 r. podnieć składkę ZUS dla biznesu. Z 1300 prawie, która obowiązuje dziś, do 1500 zł. Argumentuje to potencjalnym wzrostem płac. Jak mniemam, finał będzie taki, jak w historyjce o Pawle i wódce-nie dość, że przedsiębiorczy, młody człowiek, który ma pomysł na własny interes, nie dostanie podatkowej wolnizny, to jeszcze, jak skończy mu się „mały ZUS” dostanie domiar z „dużego”. Innymi słowy, państwo ustami swoich najlepszych synów (czyt. pan Paweł) pije szampana (czyt. wódkę), na którą zrzucili się mali przedsiębiorcy (czyt. mój kolega ze wsi pod Warszawą).
Pojechaliśmy w bożociałowy łykend grupą koleżeńską nad jezioro kołowy Iławy. Spędziliśmy naprawdę urocze chwila z dala od miasta, a co najważniejsze, od innych ludzi, w zupełnej niemal głuszy. Do „gieesu” chodziliśmy z dziećmi na piechotę, polną dróżką, jak drzewiej. Dzień po tym, gdy zakotwiczyliśmy nad jeziorem, dojechali do nas znajomi, którzy akuratnie bawili na monciaku w Sopocie od dwóch dni wcześniej. Opaleni, szczęśliwi, lekko skacowani. Pytamy więc, jak było. Nie no, super, rewelacja. Mnóstwo ludzi, ukrop jak w piekle, przepełnione knajpy, śnięta, mrożona ryba, ciepłe piwo…ale za to drogo!

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Jaki system emerytalny: OFE, PPK, IKE czy świadczenie emerytalne oparte na solidarności pokoleniowej? Kto zapłaci za kolejne eksperymenty na pracownikach i weteranach pracy? Jaka będzie jesień życia młodego dziś pokolenia?

Otwarte Fundusze Emerytalne wprowadzono decyzja rządu AWS w 1999r,czyli mija 20 lat od tamtego pełnego marketingowych sztuczek zachęcania Polaków do nowej formuły oszczędzania na emeryturę. Radykalna reforma podważająca dotychczasowy solidaryzm społeczny po latach okazała się konstrukcją karmiącą kapitał z jednej strony a z drugiej rujnującą finanse publiczne.
Ekipa Donalda Tuska w 2013 roku zorientowała się że dalsze trwanie w błędzie rujnuje Polskę. Polacy powinni wiedzieć, że tylko 5 z 28 państw Unii Europejskiej wprowadziły zdefiniowaną składkę emerytalną, pozostałe 23 utrzymuje tradycyjny system zdefiniowanego świadczenia. Neoliberalna rewolucja 1999 roku doprowadziła do drastycznego obniżenia świadczeń emerytalnym otwierając drogę do OFE. Dla przypomnienia taką drogę preferowali prominenci Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Decyzje przekazania środków z OFE do ZUS w 2011 i 2014 zmniejszyło deficyt budżetowy ale nie zlikwidowało źródła błędnych decyzji z 1999r. Środki OFE uznane przez Trybunał Konstytucyjny za publiczne ,są łakomym kaskiem dla rządzących, którzy zaproponowali w ostatnim czasie likwidację OFE ale aktywa tak chcą przesuwać aby mieć te środki nadal do swojej dyspozycji przez opłatę przekształceniową proponowaną dotychczasowym uczestnikom.
O fundamentalnych dla młodego pokolenia decyzjach kształtujących w przyszłości ich dobrostan emerytalny dyskutować będą:
– prof. Leokadia Oręziak, kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej
– Piotr Kuczyński, publicysta ekonomiczny i doradca rynków finansowych.
Dyskusję będzie moderować Kamil Łukaszek (Społeczne Forum Wymiany Myśli w Warszawie).

Serdecznie zapraszamy do aktywnego uczestnictwa w naszym spotkaniu.

Symulacja naszych świadczeń

Na OFE utuczyły się powszechne towarzystwa emerytalne. Czy uda się pozbawić je możliwości żerowania na pieniądzach odkładanych na emerytury?

Dyskusja o likwidacji otwartych funduszy emerytalnych koncentruje się na tzw. opłacie przekształceniowej. Niestety, istnieje też inna opłata – która spowoduje, że prawdopodobnie to Zakład Ubezpieczeń Społecznych będzie korzystniejszym wyborem niż Indywidualne Konto Emerytalne.
Chodzi o pobieranie przez prywatne instytucje prowizji od zarządzania naszymi środkami. W końcowym rozrachunku może ona uszczuplić naszą wypłatę nawet o kilkanaście procent.
Tyle można odłożyć
Pobranie 15-procentowej opłaty przekształceniowej za przejście z OFE (otwarty fundusz emerytalny) do IKE (indywidualne konto emerytalne) niewiele różni się od koncepcji zapłaty standardowego podatku od przyszłej emerytury w ZUS. Zakładając oczywiście, że nasze przyszłe świadczenie w całości będzie objęte stawką pierwszego progu podatkowego.
Można się spierać, który model przyniesie wyższą roczną stopę zwrotu. Dla uproszczenia warto przyjąć, że będzie ona podobna i w obu przypadkach wyniesie w ujęciu nominalnym na przykład 5 proc.
Średnio w OFE Polacy mają zgromadzone po ok. 10 tys. zł. Przyjmijmy zatem, że w obu formułach (ZUS i IKE) zarobimy nominalnie 5 proc. rocznie przez kolejne 25 lat od naszego początkowego kapitału.
W rezultacie, przy wariancie z IKE, po 15-procentowej opłacie przekształceniowej (8,5 tys. dostajemy na start) dostajemy po 25 latach 28 800 zł. Od tej kwoty nie płacimy już podatku.
W ZUS natomiast otrzymamy ok. 33 900 zł, ale po potrąceniu podatku będzie to 27 800, czyli nawet o 1 tys. zł mniej. Czemu więc lepiej zostać w ZUS?
Jeśli będzie prowizja
Otóż, w prywatnej instytucji, która może zarządzać pieniędzmi gromadzonymi na IKE, należy się liczyć z prowizją od zarządzania naszymi środkami. Trudno sprecyzować jej procentową wartość, ale np. w Pracowniczych Planach Kapitałowych będzie ona wynosić 0,5-0,6 proc. rocznie od całości aktywów.
Z kolei dane Komisji Nadzoru Finansowego zamieszczone w cokwartalnych raportach o rynku OFE pokazują, że rocznie opłata za zarządzanie aktywami w OFE wynosi ok. 800 mln zł (ze 160 mld zł zgromadzonych aktywów), czyli także mniej więcej 0,5 proc. każdego roku.
Należy zatem spodziewać się podobnej opłaty w przypadku konta IKE, powstałego po przekształceniu OFE – ocenia Cinkciarz.pl. A to dosyć poważnie zmienia wyniki przedstawionych tu obliczeń.
Jeżeli okaże się, że nasze środki z OFE będą w IKE objęte opłatą za zarządzanie według stawki 0,5 proc. rocznie, wtedy po 25 latach wcale nie dostaniemy 28 800 zł, tylko o 11,7 proc. mniej – czyli 25 400 zł.
W przypadku dłuższego oszczędzania (na przykład 30 lat) prowizja może sięgać już prawie 14 proc. finalnie zgromadzonego przez nas kapitału.
W rezultacie, w większości przypadków zdecydowanie lepiej będzie zostawić te środki w ZUS, zakładając przyjętą teoretycznie opłatę za zarządzanie w IKE na poziomie 0,5 proc. rocznie.

Emeryt cudownie rozdwojony

Weszliśmy w XXI wiek. Szum pracujących serwerów z wolna zastępuje sapanie maszyn parowych i warkot silników.Można powtórzyć za Bułatem Okudżawą: Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie – I tyle już aut i rakiety unoszą nas w dal…

Zmienia się nasz sposób komunikowania się z państwem. Zamiast stać w ogonkach do okienek i mierzyć się z groźnym spojrzeniem urzędnika używamy e-poczty i wielu ogólnokrajowych programów (PUE, e-PIT e-dowód) i wielu, wielu e-innych, których nie zliczę.
Mimo to zdarzają się sytuacje, o których nie śniło się filozofom.
Sprawa dotyczy mojej partnerki. Żeby nie być posądzonym o defetyzm, czarnowidztwo a przede wszystkim brak wiary w zdolności naszych urzędników muszę przyznać, że ma ona szczególny talent do uczestniczenia w zdarzeniach kuriozalnych i statystycznie mało prawdopodobnych. Jeżeli upuścimy skórkę od banana, ci sami ludzie będą się na niej przewracać, jeżeli coś jest mało prawdopodobne spotka to moją partnerkę. Nawet poprawna pisownia jej imion, w skutek splotu zdarzeń urzędniczych i rodzinnych jest dla mnie zagadką.
Nie dawno obydwoje osiągnęliśmy wiek emerytalny. Załatwienie formalności staraliśmy się rozwiązywać przy pomocy komputera (PUE), Mimo kilku zgrzytów, u mnie, zakończyło się sukcesem. Bogusię (partnerka) zaczęły spotykać wydarzenia, które możemy nazwać paradoksami. Pocztą otrzymała legitymację emeryta a po paru dniach drugą z innym numerem. System PUE, przy pomocy, którego próbowała zbadać temat, obraził się i przestał z nią konwersować.
Nie było to kłopotliwe, więc na jakiś czas zaprzestaliśmy drążenia tematu, tylko Bogusia przez jakiś czas liczyła na dwie emerytury. Niestety dostaje
tylko jedną!
Przyszedł czas wypełniania PIT-ów.
Pocztą sukcesywnie otrzymywaliśmy rozliczenia podatku. A tu znowu zdarzenie zagadkowe i tajemnicze. Bogusia dostała, jak należy PIT 11, Emerycki PIT 40/A i nie wiadomo skąd PIT 11a z urzędu praskiego z roku 2015. W roku tym była pracownikiem innej instytucji a w tamtym urzędzie nie pozostawiła żadnego kawałka swojej zawodowej kariery.
Mamy program e-PIT. Logowanie jest nieco kłopotliwe, brak opcji ekranu dla słabło widzących, ale jest ogólnie niezły. Rozliczyliśmy się bez problemu mimo zastanawiającej korespondencji z ZUS-em, to znaczy oboje zostaliśmy zobowiązani do zapłacenia podatku.
Bogusię temat jednak nurtował dalej. Udała się, więc rozwiewać swoje wątpliwości do swojego urzędu ZUS.
Pani urzędniczka spojrzała na nią z życzliwą obojętnością a wtedy Bogusia wyłuszczyła sprawę dwóch legitymacji emeryta. Na czole pani w okienku pojawiła się niewielka zmarszczka, lecz odpowiedź była natychmiastowa. „Proszę się nie przejmować ta druga będzie na zapas”
Tu muszę zwrócić uwagę, że taka legitymacja upoważnia do niewielkich, ale zawsze, ulg. Gdyby moja partnerka okazała się osobą niepraworządną to tą zapasową mogłaby wynajmować.
Następnie moja partnerka wytoczyła większy kaliber, pokazała kontrowersyjny PIT 11a (autorstwa ZUS). Pani w okienku zaczęła tracić cierpliwość, zaproponowała: „to proszę je zsumować w zeznaniu podatkowym”.
Bogusia zadała fundamentalne pytanie „A dla czego?” Nić porozumienia zerwała się ostatecznie i po ustaleniu protokołu niezgodności panie się rozstały.
Historia jest pewnie zabawna, choć może nie dla wszystkich. Lecz każdy felieton musi zawierać jakieś wnioski.
Po pierwsze, zaczynam się zastanawiać czy nie mamy do czynienia ze zjawiskiem gogolowskich „martwych dusz” w niektórych urzędach.
Po drugie, rozbudowany system administracji państwa opisuje obywatela ogromną ilością identyfikatorów. Spróbuj czytelniku wypisać je na kartce (PESEL, NIP, Nr dowodu itd. itd.). Pisz drobno, bo kartki ci nie starczy. Wszystkie one, a może wystarczy jeden, powinny prowadzić do zintegrowanej bazy naszych danych osobowych z której każdy urząd czerpałby informację. Mam wrażenie, że obfitość baz i identyfikatorów trochę błądzi po meandrach sieci informatycznych.
I po trzecie, informatyzacją powinni zajmować się wybitni fachowcy, w Polsce ich nie brak, zamiast nominatów partyjnych.

Wybrańcy PiS

Zaprezentowane przez PiS listy kandydatów tzw. „1” i „2” do Parlamentu Europejskiego to pewien szok. PiS chce wysłać do PE dużą część swoich czołowych działaczy.
(Tak na marginesie – dziennikarze mają różne spekulacje, ale jak na razie nie słyszałem żeby ktoś sprawdził znajomość języków obcych u tych skądinąd wybitnych działaczy, co przecież jest kluczowe do robienia polityki w kuluarach instytucji UE).
Ale rodzą się różne pytania i interpretacje:
1) wersja oficjalna PiS – czyli PiS przywiązuje wielką wagę do działalności w strukturach UE. Jak wiemy póki co, jakoś nie było to prawdą,
2) Prezes planuje w dużej skali zmianę funkcjonowania PiS w w wymiarze personalnym i programowym w kolejnej kadencji sprawowania władzy. Znając wyobraźnię i wolę walki Jarosława Kaczyńskiego jest to zupełnie zrozumiałe. Kaczyński pokazywał, że potrafi dokonywać gwałtownych zmian – nawet za chwilową stratę – żeby przetrwać i tworzyć nową jakość. Jeśli tak, to nie jest ważne co będzie w Brukseli, tylko co Kaczyński planuje w Polsce.
3) część polityków PiS czuje się już na tyle zużyta i zmęczona, że planuje już tylko 4 lata działalności – tym razem w Brukseli – i przejście na „zasłużoną” emeryturę tyle tylko, że nie w wysokości płaconej przez ZUS, tylko przez UE. A przecież wiemy, że różnica jest ogromna!

O tych, którzy robią legalnie

Oficjalny wizerunek obcokrajowców pracujących w Polsce nie obejmuje milionów osób, zatrudnionych w szarej strefie.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych opublikował opracowanie dotyczące imigrantów zarobkowych w Polsce (tych, którzy płacą składki). Wynika z niego, że imigranci zarabiają mniej niż obywatele naszego kraju i jest wśród nich niezwykle niskie bezrobocie. Dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazują zaś pozytywny wpływ imigrantów na polski produkt krajowy brutto.
Według wspomnianego opracowania ZUS („Cudzoziemcy w polskim systemie ubezpieczeń społecznych”) w Polsce na koniec trzeciego kwartału 2018 r. zgłoszonych do ubezpieczenia rentowego i emerytalnego było 569 tys. pracowników z zagranicy.

Nieco mniej od nas

W porównaniu z rokiem 2014 nastąpił przyrost o ok. 445 tys. osób. Największa zmiana dotyczyła obywateli Ukrainy. W niecałe cztery lata liczba płacących składki zwiększyła się z blisko 50 tys. do 425 tys., czyli ponad ośmiokrotnie.
Większość imigrantów przybywających do Polski to ludzie młodzi. W wieku 19-44 lata jest aż 430 tys. osób, czyli 75 proc. populacji, która przyjechała do naszego kraju. Mają oni przed sobą wiele lat aktywności zawodowej, a jeżeli pozostaną w Polsce, mogą tu zakładać rodziny. Odsetek kobiet, które przyjechały do Polski w wieku 20-24 lata, jest ponad dwukrotnie większy niż w całej populacji.
Według ZUS-u przeciętna miesięczna podstawa wymiaru składek imigrantów zarobkowych na ubezpieczenie emerytalne i rentowe wynosiła w dziewięciu miesiącach 2018 r. – 2,8 tys. zł, a w przypadku ogółu ubezpieczonych – 3,6 tys. zł. Wynagrodzenia mogą więc być o nieco ponad 20 proc. niższe wśród imigrantów niż wśród obywateli Polski.

Nie przyjeżdżają na bezrobocie

Ciekawostką z raportu ZUS może być także liczba bezrobotnych imigrantów. Na koniec września ubiegłego roku było to 1345 osób w porównaniu do niespełna 570 tys. zatrudnionych. Z tego wynika, że stopa bezrobocia wynosi wśród nich ok. 0,24 proc. W Polsce stopa bezrobocia dla osób w wieku 25-49 lata (czyli w takim wieku, jakim jest większość przyjezdnych) według danych Eurostatu wynosiła 3,5 proc. w trzecim kwartale ubiegłego roku.
Silny napływ imigrantów w ostatnich latach ma korzystny wpływ na polską gospodarkę – uważa Cinkciarz.pl. Dla przykładu, według opublikowanego w lutym bieżącego rokiu raportu MFW o Polsce, wzrost zatrudnienia w 2017 r. wyniósł 1,4 proc., ale gdy dodamy do tego napływ osób z Ukrainy (ich jest u nas najwięcej), to liczba pracujących w krajowej gospodarce zwiększyła się o 2,8 proc., czyli dwukrotnie więcej niż z udziałem samych Polaków.

MFW o Ukraińcach

MFW zaznacza, że Ukraińców do Polski przyciągają znacznie wyższe niż nad Dnieprem wynagrodzenia. W parytecie siły nabywczej (czyli porównaniu wynagrodzeń oraz kosztów życia w obu krajach) w Polsce są one trzy razy większe niż na Ukrainie.
MFW podkreśla, że napływ pracowników z zagranicy do Polski wspiera także konsumpcję, mimo że większa część wynagrodzenia jest przesyłana za granicę.
Biorąc pod uwagę dane MFW i Głównego Urzędu Statystycznego, dodatni wpływ migracji na wzrost polskiego PKB w każdym z ostatnich trzech lat można szacować na ok. 0,5 punktu procentowego. Ten trend może się szybko zatrzymać, gdyż najnowsze dane ZUS opublikowane niedawno przez Polską Agencję Prasową pokazują, że na koniec ubiegłego roku doszło do pierwszego spadku (o 20 tys.) liczby Ukraińców odprowadzających składki w Polsce.

Hodowanie Homo Kapitalismus

Gdzie nie trafić w internecie na ekonomiczną dyskusję, gdzie nie rzucić jakiegoś progresywnego postulatu dotyczącego podatków, gdzie nie poinformować o jakimś strajku i postulatach pracowników, nie daj Boże w budżetówce – tam zawsze wyskoczy dziwnie nadreprezentowany chórek tzw. małych przedsiębiorców, rzekomo najbardziej poszkodowanych przez los. Z jednej strony nic dziwnego – cisną ich wielkie korporacje, z którymi nigdy nie będą w stanie wygrać konkurencji, więc jedyne co im pozostaje, to wołać do państwa o zmniejszenie obciążeń, zlikwidowanie zasiłków, prywatyzację wszystkich dóbr wspólnych. Uczeni fałszywej wiary w to, że są panami własnego losu, a nie marionetkami procesów rynkowych, nauczyli się żyć często poza państwem – z ich egoistycznego punktu widzenia likwidacja służby zdrowia czy szkolnictwa być może rzeczywiście mogłaby przynieść jakieś profity, bo polskie państwo z kartonu od dawna zmusza wielu ludzi do troszczenia się o zdrowie i dzieci za prywatne pieniądze. A ich na to stać.
Do tego dochodzi rzesza samozatrudnionych, tak naprawdę wypchniętych ze stabilnego rynku pracy pracowników najemnych. Ich myślenie także często skupia się na kosztach ZUS-u czy ubezpieczenia zdrowotnego, a nie na tym, że ich forma zatrudnienia jest patologią. Taka jest siła propagandy.
Praktycznie poza dyskusją publiczną jest uprzywilejowanie przedsiębiorców jak niskie podatki czy możliwość wliczania większości zakupów w koszty. Brakuje dyskusji, czy model iście subsaharyjski, w którym jest aż tylu mikroprzedsiębiorców jest dla gospodarki korzystny. Jak niegdyś klasa robotnicza, dziś to przedsiębiorcy są solą ziemi, więc należy na nich chuchać i dmuchać.
W tym roku wprowadzono przepisy, które pozwalają płacić niższy ZUS tym jednoosobowym firmom, które osiągają przychód do 5250 zł. Do tej pory płacili zryczałtowany ZUS, teraz będzie to proporcjonalnie do przychodu, czyli sporo zaoszczędzą. Ma na tym skorzystać blisko 200 tysięcy osób, prowadzących biedabiznesy na granicy opłacalności. Ile osób dzięki temu zamieni etat na działalność, zachęcona przez swoich szefów – nie wiadomo.
Obrona mikroprzedsiębiorców przez wielkich kapitalistów i ich politycznych reprezentantów nie wynika z troski, tylko z potrzeby stworzenia zaplecza politycznego, elektoratu homo kapitalismus – aspołecznego, roszczeniowego typa czy typiary, dla których idealnym systemem jest jakaś wersja libertarianizmu, w którym wielu z nich sądzi, że zostaną milionerami. Nie jest przypadkiem, co udowodniły ostatnie badania Centrum Badań nad Uprzedzeniami, a zwrócił szczególną uwagę Jarosław Flis w Tygodniku Powszechnym, że ludzie nastawieni socjalnie dehumanizują swoich przeciwników znacznie mniej niż ci liberalni. Sztuczne hodowanie małych kapitalistów szkodzi więc także jakości sfery publicznej. Pomaga jednak zachować niesprawiedliwy system, bo mały przedsiębiorca identyfikuje się bardziej z Solorzem niż zwykłym pracownikiem.