Zbierać, czy może lepiej zaorać?

Wciąż nie umiemy radzić sobie z jabłkową klęską urodzaju. Tegoroczne zbiory były bardzo dobre, a w dodatku jeszcze nie zostały wykorzystane zapasy z ubiegłego sezonu.

Nowa Lewica zwróciła się do rządu z apelem o natychmiastowe podjęcie interwencyjnego skupu jabłek z tegorocznych zbiorów. Jak uzasadniali jej przedstawiciele, powodem podjęcia takiego skupu powinno być to, że polskie sadownictwo znajduje się w stanie agonalnym.

Do  agonii miały doprowadzić drastycznie niskie ceny skupu jabłek deserowych wynoszące 0,5 zł za jeden kilogram oraz jabłek przemysłowych wynoszące 0,30 zł za kilogram. Nie pokrywają one kosztów produkcji, ocenianych na 1 zł – 1,2 zł za kilogram jabłek deserowych i 0,50 zł za kilogram przemysłowych.

Wysoki poziom kosztów to efekt znacznego wzrostu wynagrodzeń, cen nawozów, środków ochrony roślin, paliwa oraz energii elektrycznej. A także wykorzystywanie dominującej pozycji przez korporacje przetwórców i sieci handlowych. To one przede wszystkim decydują o cenie skupu polskich jabłek, to one ustalają cenę ich sprzedaży na poziomie pięciokrotnie wyższym od ceny skupu. Godzą tym samym w interes polskiego sadownika oraz konsumenta.

Ponieważ o niskich cenach skupu jabłek informowano już w sierpniu, to 1 września Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oświadczył: „Rynek rolno-spożywczy znajduje się pod baczną obserwacją Prezesa UOKiK”. Prezes Tomasz Chróstny oznajmił zaś: „Szczegółowo analizujemy sytuację na rynkach owoców. W tym roku, ze względu na wysoką podaż świeżych jabłek oraz poziom zapasów po zeszłorocznych zbiorach, ceny jabłek w skupach są bardzo niskie. Chcemy zbadać, czy trudnego położenia sadowników nie próbują wykorzystywać podmioty skupujące oraz przetwarzające jabłka, w szczególności poprzez zawarcie zmów cenowych czy nieuczciwe wykorzystanie przewagi kontraktowej”.

Kilka dni później, 7 września, zakres kontroli został rozszerzony. Tym razem UOKiK postanowił sprawdzić ceny jabłek oraz innych owoców i warzyw na poszczególnych szczeblach obrotu. Ma to pozwolić oszacować, ile zarabiają producenci, pośrednicy oraz sieci handlowe. „Celem kontroli jest zbadanie, jak kształtują się ceny polskich owoców i warzyw w całym łańcuchu dostaw, rozpoczynając od sklepu sieci handlowej, poprzez kolejne podmioty pośredniczące, aż do producenta rolnego” – ogłosił UOKiK.

Ponieważ wszelkie działania podejmowane przez UOKiK trudno uznać za pośpieszne, więc oczywiste jest, że jakiekolwiek wnioski i decyzje tego urzędu nie będą mieć żadnego wpływu na ceny jabłek oraz innych owoców i warzyw z tegorocznych zbiorów. O ile oczywiście jakieś decyzje i wnioski zostaną w ogóle sformułowane – co nie jest pewne, bo UOKiK od razu wskazał, że to czynniki rynkowe mogą mieć wpływ na niskie ceny jabłek i uznał, iż głównym powodem jest wysoka podaż owoców.

Ta duża podaż wynika z bardzo dobrych tegorocznych zbiorów oraz rekordowych zapasów jabłek zebranych jeszcze w ubiegłym roku. Według danych Światowego Stowarzyszenia Producentów Jabłek i Gruszek w lipcu 2021 r. zapasy  jabłek w Polsce wynosiły  133 tys. ton, czyli 11 razy więcej niż w lipcu 2020 r. Były one również wyższe niż w lipcu 2019 r., a zatem w rok po rekordowych zbiorach z 2018 r.

Trudno, by taka sytuacja cieszyła sadowników, choć narzekają oni również i wtedy, gdy zbiory jabłek są niskie. W każdym razie, żadna z dotychczasowych klęsk urodzaju jabłek nie doprowadziła do załamania ich produkcji, a powtarzające się cyklicznie groźby zaorania sadów z powodu kosztów drastycznie przekraczających zyski, jak dotychczas nie zostały zrealizowane.

Sadownicy, niezależnie od stosowanej przez siebie retoryki, dobrze wiedzą, że w tej produkcji nie da się uniknąć pewnej cykliczności, więc są przygotowani zarówno na tłuste jak i na chude lata.

Wszystko to nie zmienia faktu, że przy tak dużej podaży jabłek trudno zaakceptować zbójeckie zawyżanie ich cen przez sieci handlowe i sprzedawców. Wiadomo, że UOKiK niczego z tym nie zrobi (jak nie zrobił nigdy dotychczas). Sytuacja ta trwa przecież od wielu lat i nie ulega zmianie mimo obietnic kolejnych rządów. Pokazuje ona słabość rządzących wobec poczynań handlowców i przetwórców. Niewykluczone więc, że przy nieskuteczności UOKiK, pożądane byłoby podjęcie działań interwencyjnych.

„To bezczynność i arogancja rządzących, nieliczenie się z interesami rodzinnych producentów doprowadziła do dzisiejszej katastrofalnej sytuacji. Rządzący od 2014 roku w całości przerzucają skutki prowadzonej w stosunku do Rosji polityki na barki polskich rolników w tym sadowników” – stwierdza Lewica.

Ostatnie zdanie tego oświadczenia wymaga wyjaśnienia. Rosja w 2014 r. wprowadziła embargo na import produktów z państw Unii Europejskiej, Norwegii, Szwajcarii, USA, Australii i Kanady – w odwecie za sankcje unijne, spowodowane aneksją Krymu przez Rosję. Polska Lewica, kierując się jednak jakimś niewytłumaczalnym sentymentem wobec Rosji, uważa, że to „polityka prowadzona w stosunku do Rosji przez rządzących” doprowadziła do embarga na polskie jabłka.

W tym przekazie potrzebne jest ujednoznacznienie, więc dobrze byłoby, gdyby Nowa Lewica wyraźnie podkreśliła, że to Rosja ponosi pełną odpowiedzialność za embargo na polskie owoce. Polska w niczym się do tego nie przyczyniła – czego najlepszym dowodem jest to, że mimo korzystnej dla Rosji polityki rządu PiS (choć na użytek krajowej publiczności PiS-owski przekaz propagandowy jest zgoła odmienny) embargo nadal jest utrzymywane. Bo tu chodzi o relacje Rosji z całą Unią i większością świata zachodniego, a nie z Polską. Tyle, że ceny skupu obowiązujące w innych państwach Unii Europejskiej są marzeniem dla naszych sadowników – a przecież w tych krajach gospodarka również opiera się na regułach wolnego rynku. Jakoś w Polsce, te reguły są mocno wypaczone.

Dlatego Nowa Lewica w tej sytuacji uznaje, za „bezwzględnie konieczne” wprowadzenie działań interwencyjnych między innymi w postaci skupu jabłek przez rząd – i dostarczanie ich np. do szkół, szpitali, domów pomocy społecznej, banków żywności itp. Rozwiązanie to miałoby wpłynąć pozytywnie na poprawę sytuacji na rynku jabłek w tym sezonie co umożliwi „oddalenie ostatecznej katastrofy” polskiego sadownictwa.

Polskiemu sadownictwu oczywiście bardzo daleko do „ostatecznej katastrofy”, tym niemniej, pożądane byłoby, proponowane przez Lewicę, niezwłoczne przystąpienie do opracowania i wdrożenia kompleksowego programu naprawczego dla polskiego rolnictwa z uwzględnieniem sadownictwa.

Poseł Arkadiusz Iwaniak powiedział: „Chcemy poprosić Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, aby zajął się rynkiem jabłek, który chyli się ku upadkowi. Obecny pan minister zaorał rynek drobiu. Walka z ASF (afrykańskim pomorem świń) nie przynosi żadnego skutku, upadają kolejne przedsiębiorstwa, które produkują polską wieprzowinę. Wieprzowina przyjeżdża z Danii, z Holandii, z Niemiec a ministerstwo kompletnie nie reaguje. Kolejny rynek, który chyli się ku upadkowi to jabłka”.

Jak wskazał pos. Iwaniak, koszt  wyprodukowania kilograma jabłek, podany przez sadowników z Grójca to praca naziemna (35 groszy na kilogram), koszt amortyzacji sprzętu (15 groszy), koszty mediów: wody, prądu oraz gazu (25 groszy), nawozy (30 groszy). Te wyliczenia mogą jednak już być nieaktualne, ponieważ paliwa i nawozy wciąż drożeją. Zgodnie z tym co sadownicy z Grójca przedstawili, koszt wyprodukowania 1 kilograma jabłka to 1 złoty i 5 groszy – ale zdaniem części ekspertów, faktycznie jest to około 1 złoty 60 groszy. Tymczasem cena na skupie to  około 50 groszy za jabłko delikatesowe, które wędruje na półkę sklepowe. Ale takie jabłka delikatesowe, z powodu bardzo dużej podaży, sadownicy niekiedy sprzedają za 22 – 28 groszy, jako jabłko przemysłowe przeznaczone na sok i przetwory.

Jak fatalnie i niesprawiedliwie funkcjonuje więc system, gdzie w sklepie takie jabłko kosztuje 3 albo 4 złote? „Dlaczego ministerstwo pozwala oszukiwać polskiego rolnika, żeby tracił 55 groszy?. To jest czyste oszustwo” – stwierdził pos. Iwaniak.

Jego zdaniem polskie spółki Skarbu Państwa, które produkują nawozy pracują na pół gwizdka. I w dodatku sprzedają ten nawóz za granicę, po to żeby jego cena w Polsce była jeszcze wyższa. Ona wzrosła w ostatnim czasie o 300 do nawet 500 procent. Sadownicy mają zatem dylemat, czy nawozić i opryskiwać? W przyszłym sezonie przełoży się na to, że ilość zbiorów będzie mniejsza.

Nie tak dawno premier Mateusz Morawiecki przedstawił program „Zielony ład dla polskiej wsi”. Zapowiadał on, że rolnicy będą mogli sobie przyjechać i sprzedawać te jabłka samodzielnie, jak na wiejskich straganach. To jednak nie rozwiąże problemu, bo rolnicy mają produkować owoce, zamiast jeździć z nimi i próbować je sprzedawać na straganach.

„To Minister Rolnictwa musi stworzyć taki system, żeby sadownicy nie dokładali do produkcji jabłek.  Pan premier zapowiedział, że rząd będzie wpływał na ceny nawozów (które moim zdaniem są sztucznie podnoszone) poprzez interwencje zakupowe i dopłaty. Kiedy wreszcie przeprowadzicie tę interwencję zakupową i zajmiecie się tym, żeby rolnicy dostali te dopłaty? Czy dopiero wtedy, kiedy za wszystko zapłacą i zbankrutują?” – pytał pos. Iwaniak. Uznał on, że przez sześć lat rządów Prawa i Sprawiedliwości polska wieś i polski rolnik byli  przez PiS oszukiwani. Miały być wyższe dopłaty do hektara, miał być rynek uregulowany. Nie ma!.

Z kolei poseł (i doktor nauk rolniczych) Marcin Kulasek dodał: PiS nie rozwiązało żadnego problemu polskiej wsi.  ASF jak rujnował gospodarstwa tak dalej rujnuje, pojawiła się ptasia grypa, brakuje wizji walki z suszami, a ostatnio nieszczęście spotkało sadowników. Cena skupu jabłek jest poniżej kosztów produkcji.

Lewica zaproponowała stworzenie systemu dopłat do ubezpieczeń upraw i hodowli i złożyła projekt ustawy do laski marszałkowskiej.  Na ten cel powinna być przeznaczona co roku kwota jednego miliarda złotych. Nie może być tak, że na wiosnę kończą się środki na dopłaty do ubezpieczeń. Wedle projektu, rolnicy i sadownicy powinni również móc też ubezpieczyć się od spadku cen skupu. Istnieją potężne i poważne państwowe firmy ubezpieczeniowe np. PZU, które powinny podjąć prace nad stworzeniem takiego produktu właśnie dla rolników. Niech do roboty weźmie się poseł PiS Lech Kołakowski, który doradza Bankowi Gospodarstwa Krajowego, podobno w zakresie rolnictwa. Niech więc doradzi bankowi, jak chronić dochody polskich sadowników.

Zdaniem Nowej Lewicy, PiS-owski „ ład dla rolnictwa”, to stary PiS-owski bałagan. Widać to między innymi na przykładzie ubezpieczeń. Zjednoczona Prawica obiecuje wyższe dopłaty dla rolników, rządzi już sześć lat, ma swojego komisarza unijnego do spraw rolnictwa (Janusza Wojciechowskiego, wyjętego z PSL) , a polscy rolnicy dalej mają niższe dopłaty niż nasi sąsiedzi.

Nawet były minister rolnictwa z PiS a obecny europoseł Krzysztof Jurgiel pisze, że na skutek nieudolności swojego następcy, czyli już też byłego ministra Jana K. Ardanowskiego, w Brukseli polscy rolnicy stracili 1,5 miliarda złotych. PiS wciąż obiecuje pieniądze dla rolników, których niszczy ASF, ale rezerwa budżetowa, przeznaczona na zwalczanie chorób zwierzęcych jest znikoma. Chce jakoby odbudować polskie przetwórstwo – ale Narodowego Holdingu Spożywczego jak nie było tak nie ma. Zamiast działań są puste obietnice PiS i pusta kasa!

Pos. Jacek Czerniak powiedział, że dorodne piękne polskie jabłko kosztuje na bazarze, na którym on sam osobiście je kupuje, 4 złote. A sadownik sprzedaje je poniżej 30 groszy, za 20 groszy, a nawet niektórzy mówią, że 15 groszy. Jeżeli dzisiaj jest zmowa, to niech minister rolnictwa wreszcie zacznie działać.

Nasilone problemy w sadownictwie zaczęły się w 2014 roku, kiedy zostało wprowadzone embargo rosyjskie i brak możliwości sprzedaży owoców na rynek wschodni. Nic nie zrobiły z tym kolejne rządy. Poprzedni minister rolnictwa Grzegorz Puda, który dziś jest ministrem funduszy i polityki regionalnej, sugerował sadownikom przekwalifikowanie. Ale to trudne, jeśli ktoś jabłka produkuje już od wielu pokoleń, z dziada pradziada.

Sadownicy mówią: My nie jesteśmy w stanie się przekwalifikować. Zainwestowaliśmy w jabłka swoje pieniądze, całe życie, całe rodziny i chcemy dalej to robić. Ale chcemy to robić godnie!  A w tej chwili, przez koszty produkcji, które wzrosły drastycznie, nie jesteśmy w stanie. Jeżeli będą tak nami rządzić, to niedługo Polska będzie musiała importować jabłka.

Wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty przypomniał, że gdy lewica wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej, ministrem rolnictwa był Wojciech Olejniczak. On zorganizował i wypłacił dopłaty dla wszystkich rolników. Na wiosnę Nowa Lewica zapowiada zwołanie Kongres Wsi Polskiej, który zajmie się problemami rolników oraz innych osób, które na wsiach pracują i mieszkają.  Taki kongres Lewica będzie chciała zwoływać co rok. Miałby on przedstawiać stan wsi polskiej oraz diagnozy jej rozwoju.

Warto tu dodać, że z interwencyjnym skupem jabłek mieliśmy do czynienia już w 2018 roku. Pojawiły się jednak problemy z wypłatami, a wedle opinii ekspertów, ten skup trudno było uznać za sukces, bo dodatkowo zmniejszył, i tak już niski, popyt na jabłka. Ponadto, takie działania interwencyjne zawsze kosztują, zgodnie z zasadą, że nie ma darmowych obiadów. Ale przede wszystkim, PiS wprawdzie bardzo chciałoby się pochwalić jakimś sukcesem wśród producentów rolnych – lecz jeszcze bardziej nie chce, aby ten ewentualny sukces został przypisany Lewicy.

Poprzedni

Na dobrych gumach

Następny

Gospodarka 48 godzin