Atak na Amerykę

To jest napad na nasz kraj, to atak!” – przekonywał amerykański prezydent Donald Trump w śmiertelnej ciszy na przedwyborczym mityngu w Teksasie, żeby zaraz – wśród owacji – zapewnić, że na jego rozkaz armia zapewni happy end temu horrorowi. „Napad” to kilka tysięcy emigrantów z Hondurasu idących pieszo w kierunku USA. Mają jeszcze dwa i pół tysiąca kilometrów do przejścia, więc na razie trwa faza narastającej grozy. Chodzi o spisek przeciw Trumpowi, czyli przeciw Ameryce.

 

Jeśli wierzyć prezydentowi i mediom, które go popierają, „karawana migrantów” to ohydna podziemna robota Partii Demokratycznej, Sorosa, Państwa Islamskiego i Wenezueli. To nie żarty. Na kolejnym mityngu prezydent USA mówił o „zagrożeniu terrorystycznym” ze strony „karawany”, gdyż „są w niej osoby pochodzące z Bliskiego Wschodu”, a przecież Amerykanom wiadomo, że mają one monopol na terroryzm. Nazajutrz wiceprezydent Mike Pence ciągnął ten wątek mówiąc, że to „niepojęte, że są” tam takie osoby, „ale są”. Dodał od siebie, że rozmawiał z prezydentem Hondurasu Juanem Orlando Hernandezem, któremu Amerykanie pomogli zdobyć i utrzymać to stanowisko: „ujawnił ” on, że pochód migrantów to sprawka „lokalnych lewaków finansowanych przez Wenezuelę”, która chce „zagrozić amerykańskiej suwerenności”.

Trump mówi o terrorystach i gangsterach, ale na każdym mityngu sugeruje przede wszystkim, że to jednak konkurencja, amerykańscy demokraci, właściwie zdrajcy ojczyzny, zorganizowali tę „inwazję” z Hondurasu. W ten sposób mieli mu zafundować główny temat jego kampanii, na którym surfuje w oczekiwaniu na sukces, choćby w Senacie, jeśli z Izbą Reprezentantów się nie uda. Posunął się nawet do groźby strzelania do honduraskiego pochodu, gdyby ktoś rzucał kamieniami w dzielnych amerykańskich żołnierzy. Obiecał, że wyśle na meksykańską granicę więcej wojska, niż jest go w Afganistanie, czyli to nie przelewki. Czy US Army, która już rozpoczęła operację „Wierny patriota”, odeprze atak czterotysięcznej, zmordowanej biedoty, w większości kobiet i dzieci? Krytycy jego dyskursu zwracają uwagę, że ogłaszając przyszłe wielkie zwycięstwo psuje jednocześnie suspens…

 

Amerykańskie marzenie

23-letnia Marisol Hernandez w zaawansowanej ciąży kuleje idąc po rozpalonym asfalcie drogi w południowomeksykańskim stanie Chiapas. Operator kamery robi zbliżenie na jej zakrwawione stopy. Wyruszyła jak inni 13 października z San Pedro Sula, milionowego miasta na północy Hondurasu. Mówi, że dwa miesiące temu gang zastrzelił jej męża murarza. Nie mogła już wyżywić swych dwojga małych dzieci, zostawiła je swojej matce i chce, by jej trzeci syn był Amerykaninem. Marzy, że „wykształci się, będzie mówił po angielsku i zostanie informatykiem”. Po chwili dodaje, że myśli o rezygnacji z dalszego marszu. Tęskni za dziećmi. „Myślę, że ani ja, ani dziecko nie wytrzymamy tego dłużej.” Od tygodni, podobnie jak ok. pół setki innych ciężarnych, śpi na ziemi, na kartonach, w parkach, na wiejskich boiskach, czasem w kościołach. Z siedmiu tysięcy, które wyruszyły z Hondurasu, ponad trzy tysiące już zawróciły.

Gdy Trump dowiedział się z telewizji o matkach, które chcą urodzić w Stanach, zapowiedział, że dekretem zniesie amerykańskie prawo ziemi, bo przyznawanie obywatelstwa tym, którzy urodzili się w jego kraju wydaje mu się „aberracją”. Ktoś mu uświadomił, że dekretem tego załatwić się nie da, ale do ostatniego mityngu mówił o tym, jakby imperium amerykańskie miało upaść z powodu groźnych noworodków. Poza tym w „karawanie” pozostaje ok. półtora tysiąca dzieci. Na trasie ludzie ofiarowują idącym rodzinom wodę, mleko, pieluchy, ale najmłodsi coraz gorzej znoszą tę wędrówkę.

To zresztą dotyczy wszystkich. Międzynarodowa organizacja pozarządowa Narody bez Granic, która ze względów bezpieczeństwa poradziła im emigrację raczej w grupie zamiast pojedynczo lub rodzinami, pierwszy taki marsz zorganizowała wiosną, pod bardziej adekwatną nazwą „droga krzyżowa migrantów”. Wtedy do Stanów dotarła tylko garstka idących i została odepchnięta od granicy. Ci, którzy uciekali wtedy przed skrajną przemocą i biedą Hondurasu przewidują, że tym razem będzie tak samo.

 

Eksport przestępczości

W Polsce mało wiemy o krajach środkowej Ameryki. Honduras i sąsiedni Salwador wtargnęły do szerszej świadomości dzięki Wojnie futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego. Tamten krótki, groteskowo-tragiczny konflikt z 1969 r. między dwiema stereotypowymi bananowi republikami, regularnie wstrząsanymi zamachami stanu (w Hondurasie ostatni, na tradycyjne zlecenie Amerykanów, miał miejsce w 2009 r., by usunąć niespodziewanie lewicującego prezydenta), utrwalił się w ten sposób, że oba kraje od lat 90. wymieniają się pierwszym miejscem na świecie pod względem liczby zabójstw per capita. Ówczesny prezydent Bill Clinton wpadł na pomysł, by deportować skazanych, latynoskich „żołnierzy” amerykańskich gangów, jeśli urodzili się lub mieli rodziców w tych krajach. W Hondurasie znalazło się trzy tysiące gangsterów. Mówili po angielsku i nosili Nike’i, jak w amerykańskich teledyskach. Bezrobotna młodzież poszła za nimi.

Dziś San Pedro Sula, jeśli pozostać przy tym przykładzie, jest ściśle podzielone między pięć ultra-przemocowych gangów („maras”). Można tu zarobić dziurę w głowie za zbyt długie spojrzenie lub kolor butów, więc najbardziej lukratywne są przedsiębiorstwa pogrzebowe, choć większość zabitych kończy na cmentarzach nielegalnych, należących do gangów, gdzie nikt trumien nie używa. Policja, co najmniej w połowie przekupiona, wszczyna śledztwo w sprawie co dziesiątego zabójstwa. Prasa zajmuje się tym rzadko, chyba, że ginie ktoś znany, jak Miss Hondurasu, która przed odlotem na wybory Miss Świata stanęła w obronie siostry oskarżonej przez narzeczonego z gangu o jeden taniec z obcym. Obie znaleziono martwe w nadrzecznym piachu. Miss Hondurasu zginęła od dwóch kul w plecy. Zmieniają się tylko mody inspirowane scenariuszami amerykańskich horrorów: w gangsterskich porachunkach nie wysyła się już rodzinom odciętych głów zabitych, lecz tylko ich twarze, pieczołowicie zdarte z czaszek, lub całą skórę, wysyłaną stopniowo, co parę dni.

 

Nagły socjal

W Hondurasie prawie 70 proc. ludności żyje poniżej lokalnej granicy biedy. Na wsi jedna czwarta nawet poniżej progu ekstremalnego ubóstwa (nędzy). Amerykanie od zawsze traktowali ten kraj, teoretycznie niepodległy od 1821 r., jako zasób prawie darmowej siły roboczej dla swoich koncernów kawowo-bananowych i instalowali tam rządy, które pilnowały tego porządku. Obecny prezydent, którego rodzina – jak wynika z procesów gangów w Nowym Jorku – od lat współpracuje z lokalnymi kartelami przemytniczymi (przez Honduras biegnie szlak przemytu do USA kolumbijskiej kokainy), wystraszony groźbami Trumpa, wystąpił z nieoczekiwaną ofertą do uciekających w „karawanie”. Ogłosił program socjalny „wart 27 milionów dolarów” pod nazwą „bezpieczny powrót”: wszyscy mają dostać pracę, mieszkania lub kawałek ziemi, stypendia szkolne, tanie kredyty… byle wrócili.

Trump wygrażał też Meksykowi, ale odchodząca obecna administracja nie zgodziła się na siłowe zatrzymanie „karawany” – „Nie będziemy wykonywać czarnej roboty dla Stanów” – mówił zirytowany szef meksykańskiej dyplomacji Jorge Castaneda. Władze meksykańskie najpierw zamknęły granicę, a potem przepuściły ludzi zgromadzonych na granicznym moście między Gwatemalą a Meksykiem, bo lały się na nich strugi deszczu. Zresztą część emigrantów przekroczyła graniczną rzekę Suchiate wpław lub na tratwach z nadmuchanych opon. Groźby Trumpa zrobiły jednak pewne wrażenie – Meksyk ogłosił plan „Jesteś w swoim domu” proponując wszystkim ubezpieczenie zdrowotne, pozwolenie na kształcenie dzieci i pracę, byleby poprosili o azyl na miejscu i nie narażali imperium na wdrożenie wojskowej operacji „Wierny patriota”.

 

Odpowiedź siły

Pierwszą groźbą Trumpa było „zawieszenie” amerykańskiej pomocy finansowej dla Hondurasu, ostatnio 180 milionów dolarów rocznie. Nawet przy skromnym państwowym budżecie w wysokości 10 miliardów to niewiele, a prawie wszystko szło na finansowanie sił specjalnych do walki z gangami, co miało być sposobem na ominięcie skorumpowanej policji. Żaden program socjalny Amerykanom nie przyszedł do głowy, więc do przemocy kryminalistów doszła bezlitosna i niejednokrotnie równie ślepa przemoc owych szwadronów śmierci. To nie zatrzymało, lecz jeszcze zwiększyło emigrację.

Takich programów próbowały ugrupowania lewicowe we współpracy z Kościołem katolickim, ale to za mało. Biskup z San Pedro Sula Romulo Emiliani, jeden z miejscowych dinozaurów teologii wyzwolenia, przez 10 lat prowadził program wyciągania z gangów młodzieży. Owszem, pracownicy socjalni odnosili sukcesy, wielu młodych, a nawet starszych udało się wyprowadzić z przedsiębiorstw zbrodni, lecz program zakończono. Przyczyna? Wszyscy, dosłownie wszyscy, którzy odeszli z gangów, zostali zabici, najdalej po siedmiu latach (bo gangów nie można opuszczać). Państwo jest tak przeżarte korupcją, że nie można nań liczyć, jeśli chodzi o jakieś skuteczne programy społeczne. Demokracja niby jest, ale obecny „amerykański” prezydent Hondurasu nie zostałby nim, gdyby nie oszustwa wyborcze.

 

Polityka i chłód

W wywiadzie dla „Democracy Now” Noam Chomsky nazwał trumpowską militaryzację polityki imigracyjnej „niebywałą farsą”, choć wielu ludzi to doskonale wie, może nawet sam Trump. Podkreślił, że składająca się z biedoty „karawana” pochodzi z krajów zdominowanych przez Stany Zjednoczone od lat. Przypomniał, że wojny Ronalda Reagana w latach 80. zdewastowały Gwatemalę, Salwador i Honduras, że kiedy wojskowy zamach stanu w Hondurasie z 2009 r. odsunął reformatorskiego prezydenta Zelayę, cały kontynent to potępił, oprócz USA.

Czy wzniecony strach przed „inwazją” przyniesie wyborczy sukces Trumpowi? (Dziś już wiadomo, że nieszczególnie – „DT”)Czoło „karawany”, które dotarło dziś do stolicy Meksyku, głównie kobiety i dzieci przewiezione z niedalekiego miasta ciężarówkami, ma inne problemy na głowie. Noce zrobiły się zimne i ludzie zaczęli chorować. Jeszcze w Gwatemali porzucili swoje bagaże, by lżej było iść, mają najwyżej kilka letnich rzeczy na zmianę. Granicę Meksyku przekroczyła tymczasem druga, ok. dwutysięczna „karawana” emigrantów z Salwadoru i Hondurasu. Tym razem Meksykanie z Chiapas nie wyszli tłumnie, by dawać im wodę i żywność.