Robotnicy do Sejmu

Demokrację w Polsce wywalczyli robotnicy. I na tym się ich rola skończyła. Nikomu nie przyjdzie nawet do głowy, żeby gdziekolwiek kandydowali, choćby do rady gminy. Uznano, ze nadają się tylko do pracy, a decydować i myśleć będą za nich lepsi goście. Biznesmeni, zawodowi politycy, urzędnicy, właściciele kilku mieszkań, bogacze.

Pan premier spotyka się z biznesem, ale z plebsem, który wcześnie rano wstaje, żeby pomnażać nasz dobrobyt to już nie. Pan prezydent reprezentuje naród, ale nie rozumie, ze naród to właśnie lud roboczy.

Ostatnio przysłuchiwaliśmy się naradzie związkowców. Przyjechali z całego kraju. Ktoś mówi przydaliby się posłowie, którzy wysłuchują naszego głosu. Życzliwi dla pracowników. A ja myślę sobie, ze takich trudno znaleźć, im bliżej do przedsiębiorców, sponsorów. No więc dlaczego pracownicy nie mieliby zacząć kandydować do Sejmu. Nie są głupsi od obecnych posłów. Są mądrzejsi. Wiedzą o czy mówią, a mówią ze swadą bez kartki, na temat, mądrze. Słuchanie ich to po parlamentarnym bełkocie miła odmiana.

Jest mowa o inspekcji pracy, o pomyśle, żeby było więcej inspektorów i żeby mogli coś więcej niż wlepianie mandatów, w symbolicznej wysokości. Popierają ministerialny projekt, żeby mogli przekształcać ze skutkiem natychmiastowym umowy śmieciowe w umowy o pracę wszędzie tam, gdzie umowa cywilnoprawna to zwykła ściema.

Mają świadomość, że polski tzw. cud gospodarczy nie wziął się znikąd tylko z ich ciężkiej licho opłacanej pracy. Przedstawiciel związkowców Kauflandu mówi tak: Państwo mówi przedsiębiorcom, że mogą się bezgranicznie bogacić wyzyskując nas, pracowników, łamiąc nasze prawa. Jego przemówienie robi wielkie wrażenie. W Sejmie tak nie potrafią.

Diety poselskie powstały w Anglii kiedy na listach Partii Pracy na początku XX wieku do Parlamentu weszli robotnicy. Trzeba było te diety stworzyć, bo ci nowo wybrani posłowie nie mieli na bilet do Londynu. Bardzo się od tamtych czasów cofnęliśmy.

Premier nie wzywa robotników, żeby się bogacili. Wie, że to niemożliwe, bo to ich panowie, biznesmeni mają się bogacić i bogacą się kosztem tych, których zatrudniają.

Niedawno dowiedziałem się, że są w Polsce firmy, które zakazują śmiania się w pracy, czy rozmawiania między pracownikami. W amerykańskim Walmarcie takie rozmowy nazywają „kradzieżą czasu”. Zatrudniając ludzi wmawia im się, że firma to rodzina, że ich obowiązkiem jest kochać swoją pracę. A rekrutrzy nie lubią pytań o zarobki. Uważają to za nieprzyzwoite. Tak jak gdyby ludzie szli do pracy dla przyjemności, a nie dla pieniędzy.

Jesteśmy my i oni. My, którzy tworzą swym wysiłkiem wszystko co jest. I oni którzy na naszej pracy zarabiają. Oni są pełnymi poświęceń pół bogami dzięki którym kraj nam rośnie w siłę. Problem polega na tym, że od tego większość z nas nie żyje dostatniej. Nie ma narodu, jest kilkanaście milionów zapierdalaczy, którzy z trudem wiążą koniec z końcem. I z przepracowania zasypiają przy kolacji. A najgorsze, że my, ten gorszy sort nie doceniamy poświęcenia tych, którzy żyją z naszej pracy, pracują od świtu do nocy, bo chcą się wzbogacić. A my, głupi robole, zamiast się tym przejąć, wychodzimy po pracy i chcemy jak najszybciej zapomnieć że tam byliśmy i jak nas tam traktują.

Poznałem stolarza, który czytał wiele traktatów filozoficznych. Ale ciągle zmieniał pracę, bo w żadnej firmie szef nie traktował go jak człowieka. Kochał swoją pracę i miał wiele pomysłów jak ja wykonywać lepiej, ale żaden szef nie patrzył mu w oczy i nie słuchał co ma do powiedzenia. Był tylko rękami, które robią meble, żeby on mógł kupować co chce.

Między światem pracy a światem biznesu jest przepaść. Bogaci rządzą w firmie i w państwie. Nawet jeżeli nie zasiadają w Sejmie czy samorządzie to lobbują za niskimi podatkami i ograniczaniem praw pracowniczych.

Wszystkie kolejne rządy reprezentowały biznes. Ten otrąbiony w mediach sukces gospodarczy Polski nas ludzie pracy nie dotyczy. Nie tylko nie płacą należycie za nasz wysiłek, ale kradną nam czas, kradną nam życie wymuszając wciąż więcej i więcej czasu, pracy, wysiłku., I tak aż do śmierci czy nędznej emerytury.

Gość, który kazał zdjąć zabezpieczenia, żeby taśma szła szybciej, co spowodowało śmierć młodego mężczyzny, który dopiero co się ożenił, nie poniósł kary. Ktoś kto by chciał poinformować, że takie narażenie ludzkiego życia ma miejsce. Ktoś kto by próbował zapobiec tragedii nie jest chroniony prawem. Bo jak mówią związkowcy prawo jest uszyte pod przedsiębiorców i korporacje.

Mój przyjaciel pracował w FSO kiedy była tam kilkunastotysięczna załoga. I mówił, że kiedy wchodził do pracy czuł, ze idzie za nim potęga. Ten gigant się jeszcze obudzi.


Źródło: Facebook – Piotr Ikonowicz

Piotr Ikonowicz

Poprzedni

Spotkanie Xi Jinpinga z premierem Wielkiej Brytanii