Paradoks kłamcy

Kiedy kłamca mówi prawdę, a kiedy kłamie? Odpowiedzi na to pytanie filozofowie szukają w szufladach z napisem logika od zarania dziejów. Jest kila przekonujących próba, ale wszystkie bledną przy naszym złotoustym premierze. Złotoustym, choć mowa jest tylko srebrem.

Mój znajomy miał znajomego. Wspólnika. Tenże robił z nim interesy. I przy okazji tych interesów, dymał go na kasę. Znajomy mój o tym nie wiedział. Albo nie chciał wiedzieć. Pech chciał, że ów znajomy zawiązał spółkę, do której doprosił moich bliskich powinowatych. No i oczywiście swojego, starego znajomego, którego przedstawił jako rzutkiego biznesmena, specjalistę od rozkręcania biznesów w trudnych warunkach. Poznałem i ja tego człowieka. Sprawiał dobre wrażenie; obyty, mówił językami. Znajomy mój brał za niego pełną odowiedzialność, zwłaszcza że i tamten inwestował swój grosz. Mniejszy niż reszta, ale zawsze. Pozostałym wspólnikom nie przyszło do głowy, żeby nie ufać mojemu znajomemu, gdyż znali go jako dobrego fachowca i krystalicznie uczciwego kolegę. Ale znajomego mojego znajomego znali tylko z opowieści.

Zaczęło się niewinnie, od remontu lokalu. Ekipa która miała go odrestaurowywać trafiła z majstrem na kwarantannę. Bo covid. Trudno, co zrobić, taki czas. Potem przedłużające się poszukiwania nowej ekipy. Potem wlekący się jak msza remont. Dalej komputery, który znajomy znajomego miał załatwić z bonifikatą, a wyszły droższe niż w katalogu. Dopiero wówczas towarzystwu zaczęło coś świtać; że może być z tym doproszonym wspólnikiem coś nie halo. Wątpiąca część spółki zaczęła dopraszać się rozmów, faktur, rachunków. Koleś najpierw zaczął kluczyć, potem nie odbierać telefonów, a kiedy w końcu przyparto go do muru, pokazano czarno na białym, że ich oszukał, że zawyżał faktury za sprzęt, że odstawił fuszerkę z remonetem, a ekipy z prawdziwego zdarzenia nigdy nie zaangażował, jeno typa od kartongipsów któremu po godzinach pomagała żona i jeszcze kilkanaście podobnych wtop, gdzie zaręczał że wszystkiego dopilonował, ale faktycznie nie załatwił niczego. Ten cały czas upierał się, że to wszystko…kłamstwa. Że on nie ma sobie nic do zarzucenia. Że niczego nie ukradł. Ale, żeby zachować poprawne relacje ze swoim znajomy, który jest jednocześnie moim znajomym, odejdzie ze spółki. Oczywiście po wykupieniu swoich udziałów. Choć złapano go za rękę, ten w żywe oczy łgał,że to nie jego ręka. Do dziś nie wiem, czy miał tak zryty baniak i chorobę w głowie, czy był po prostu patologicznym kłamcą, który nie odróżniał prawdy od fałszu i czynił to co czynił bezwiednie, a tym samym, bez możliwości posądzenia go o złą wolę.

Człowiek ów przypomniał mi się, kiedy oglądałem wystąpienie premiera Morawieckiego w sprawie elektrowni Turów. Wystąpienie sprzed paru miesięcy, w którym człowiek ów, tzn. premier, z zaciętą miną i pewnością siebie informował obywateli, że co się tyczy sprawy elektrowi Turów i konfliktu z Czechami, wszystko mamy załatwione i pohetane. Nikt nie będzie sobie rościł żadnych pretensji, bo nasza dyplomacja w porę wyprostowała całą sprawę. Zabawne,że obok premiera głosu nie zabrał w tej sprawie minister spraw zagranicznych, który w sprawach zagranicznych w ogóle bardzo rzadko zabiera głos. Może obawiał się, że ściema z zapewnieniami o końcu konfliktu o Turów wreszcie kiedyś się wyda i on też wtedy będzie płoną ze wstydu jak hutniczy piec. A może po prostu był w takim kosmosie i nie ogarniał wówczas niczego. To by akurat mogło się zgadzać, bo polskiej dyplomacji na światowych salonach jest tyle, co prawdy w słowach Morawieckiego. Gdyby było inaczej choćby w dziesiątej części procenta, nie byłoby dziś kryzysu na granicy białoruskiej. Ale do tego trzeba mieć ludzi którzy chcią i potrafią się porozumiewać. Najlepiejw obcym języku, ale to akurat da się załatwić. Porozumiewać, tj. dążyć do zgody. Ustępować kiedy trzeba i nie machać szabelką. Ale, niestety, jeśli o takich się rozchodzi, to w tym rządzie szukać ich na próżno. Jak się chce, można znaleć ministra, co to czego państwowego się nie dotknie, wnet rzecz zmarnotrawi i roztrwoni. Ostatnio stawia łuk tryumfalny za publiczne pieniądze pod moim liceum. Jest minister, co to funduje nowy uniwersytet, a rektorem robi weń człowieka z mentalem z XIX wieku. Istne studium osobliwości. Nad wszystki czuwa zaś dobrpoduszny fryzjer o mentalności hycla. Ale dyplomaty nie ma.

Dumam sobie teraz; czy Morawiecki mówiąc o Turowie przed paroma miesiącami kłamał naprawdę, czy jedynie nie odróżniał prawdy od fałszu, gdyż tak zatracił się w mydleniu ludziom oczu, że sam już nie wie, co jest prawdą a co kłamstwem. Bo jeśli tak, to w sumie mi go trochę szkoda. Ale nawet jeśli, to i tak bardziej szkoda mi naszego, umiłowanego narodu. Bo pół bańki euro dziennie piechotą nie chodzi, a jak wie każdy bankier/bankster, rząd nie ma własnych pieniędzy. Ma tyle, ile wyciągnie z kieszeni obywatela. Czas się bać.