Śmiech przez łzy

Maj nie spełnił naszych oczekiwań. Chłodno w dzień, wręcz zimno w nocy, wirusowe ograniczenia, uniemożliwiające zarówno randki kawiarniane, jak i bardziej intymne. Większość narodu nie traciła jednak humoru, bo miłościwie panująca władza dostarczała ciągle powody do śmiechu, który przebijał się nawet przez łzy wyciskane codziennymi komunikatami o ofiarach pandemii.

Wprawdzie moim tarzającym się ze śmiechu przyjaciołom zwracałem nieśmiało uwagę, że śmianie się z postępowania ludzi umysłowo nieco ułomnych jest niegrzeczne i może być niebezpieczne, ale wyraźnie lekceważyli moje starcze ostrzeżenia.

Poczta wyborcza

Pierwszy atak majowej wesołości mieliśmy na początku miesiąca, obserwując zabawne manewry rządu i jego opiekuńczej partii, zmierzające do organizacji wyborów prezydenckich w dniu 10 maja. Pewność wicepremiera, któremu powierzono to zadanie, konfrontowana z realiami, budziła początkowo tylko chichot znajomych pracujących przy kilku poprzednich wyborach. Salwy głośnego śmiechu można było usłyszeć nieco później, gdy do świadomości obywateli dotarła informacja, że operacyjną strona tych wyborów mają się zająć listonosze. To oni mieli do skrzynek około trzydziestu milionów pełnoletnich obywateli doręczyć pakiety wyborcze, w których poza kartą wyborczą miał być jeszcze papierek z informacją o głosującej osobie – z peselem i adresem włącznie. Ci, którzy nie mieli zamiaru głosować, mogli po tym dać te pakiety do zabawy dzieciom własnym lub cudzym, albo rozpalać nimi kominek. Głosujący mieli je wypełnić i wrzucić do specjalnie przygotowanych skrzynek pocztowych, skąd już prostą drogą miały „dojść” do komisji wyborczych.
Ta koncepcja była nie tylko śmieszna. Grzeszyła skrajną niezaradnością organizacyjną i brakiem wyobraźni. Znajomy dziadek – wiekiem i stażem – powiedział mi wprost. „ jak wiesz ja mam, w d… te wybory i jest mi obojętne, kro zostanie prezydentem. Jak dostanę taki pakiecik, to dam go jednemu z 10 letnich wnuków. On się interesuje polityką, to sobie wybierze prezydenta, wypełni druczki moimi danymi i będzie się uczył , jak robi się balona z władzy i społeczeństwa”.

Upadek fortecy

Drugi atak niesmacznej wesołości mieliśmy po informacjach o kilkugodzinnym przesłuchiwaniu przez policję studentów, związanym z tym, że wyrażali swoje niezadowolenie z wykładów pewnej profesorki, wciskającej im wyłącznie jej poglądy. Ze smutkiem wspominaliśmy czasy przed i powojenne, kiedy uczelnie traktowane były jako jednostki eksterytorialne, w których jedyną władzą był rektor, zresztą zarówno wtedy jak i dzisiaj wybierany przez „ciało” profesorskie i reprezentacje organizacji studenckich. Na terenie uczelni policja oczywiście mogła za zgodą rektora ścigać złodziei i innych rozbójników, ale nikomu nie przychodziło do głowy, aby wtrącała się w spory wykładowców i studentów, Ostateczną instancją rozstrzygającą takie spory był rektor lub prorektor „do spraw studenckich”. Jeśli jakieś oskarżenia były kierowane do policji lub prokuratury, to szybko przekazywano je właśnie rektorowi. Uczelnia była traktowana jak niezależna forteca, która teraz upada.

Chłopcy – radarowcy

Grono moich przyjaciół jest jednak wdzięczne policji za wywołanie kolejnego, majowego rozweselenia. Wszyscy umieściliśmy w telefonach i komputerach uroczy obrazek zatrzymywania i wpychania do „suki” młodej rowerzystki, która jeździła po niemal pustym parkingu z niewielkimi plakacikami przyczepionymi dp bagażnika. Napisy na tych plakacikach nie zawierały słów uznawanych za obraźliwe, ale były krytyczne wobec rządzącej partii. Czegóż ta biedna policja nie wymyślała, aby uzasadnić to zatrzymanie. Nie mogła przecież powiedzieć, że wykonuje ciche zalecenia władzy, albo, że chce się tej władzy delikatnie podlizać. Dowiedzieliśmy się więc, że rowerzystka nie chciała podać swoich danych, jeździła po chodniku, którego tam nie było, naruszała przepisy sanitarne związane z epidemią koronawirusa mimo, że na placyku nie było widać żadnego zgromadzenia.

Andrzej Rosiewicz śpiewał kiedyś taką piosenkę „Chłopcy – radarowcy”, o milicjantach i rowerzyście. Powinno się do niej dopisać kolejną zwrotkę. Nic się nie zmieniło, ale jest bardziej śmiesznie. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś nas zapewnia, że teraz to mamy wysoce inteligentną policję, całkowicie bezstronną i działającą tylko zgodnie z prawem.

Mąż opatrznościowy

Żeby naród nie miał pretensji o złą pogodę w majowym raju, to nasze przewidujące władze zafundowały nam jeszcze zabawne zakończenie miesiąca. W ramach kampanii, która nieformalnie trwa od pierwszej dekady maja, pan prezydent i pan premier byli łaskawi odwiedzić budowę kanału przez Mierzeję Wiślaną. Chwalili budowniczych i siebie, co moje towarzystwo potraktowało jako rzecz normalną i zgodną z tradycją od czasów Gierka. W euforię radości wpadliśmy dopiero w końcu przemówienia premiera, który całkiem poważnie wskazywał na prezydenta, jako na opatrznościowego męża stanu, który ma plan rozwoju wielkich inwestycji pozwalających na pokonanie kryzysu zafundowanego przez pandemię koronawirusa. W gronie przyjaciół mam takich, którzy zaocznie lubią naszego obecnego prezydenta,. Sympatyczny, wesoły, chłopięcy i chyba bezkrytycznie wierny rządzącej partii i jej wodzowi. Ale nawet oni wiedzą, że ma niewiele do powiedzenia w hierarchii faktycznej władzy. Chwali prawicę, gani opozycję, podpisuje wszystko co prawicy potrzebne, a resztę przesyła do zaprzyjaźnionego Trybunału Konstytucyjnego. Tam bowiem wiedzą, co jest aktualnie zgodne z wolą najważniejszego, szeregowego posła, coraz częściej zastępującą konstytucję.
Przypuszczam, że majowy śmiech przez łzy przedłuży się w czerwcu. Aktu wyboru prezydenta mamy dokonać w końcu miesiąca, więc mamy przed sobą okres relatywnie krótkiej formalnej kampanii i trochę nieformalnego czasu kłótni i wzajemnego podgryzania. Mój piesek – niemiecki terier myśliwski – już się szykuje, że do tego drugiego zadania ktoś go wynajmie.

Warszawa – Marki, 2.06.2020r.