
Religijny fanatyzm nie kończy się na modlitwie. Kończy się na trupach. Najpierw pojawia się opowieść o narodzie wybranym, dziejowej misji i walce dobra ze złem. Potem kaznodzieje, generałowie i politycy zaczynają mówić jednym głosem. A na końcu lecą bomby. W samej wierze nie ma nic złego. Zło zaczyna się wtedy, gdy religia przestaje być sprawą sumienia, a staje się paliwem dla przemocy i imperialnej polityki – albo przynajmniej zaczyna ją rozgrzeszać.
Wczoraj pisałem o niespójności amerykańskiej narracji wokół tej wojny i o tym, że w praktyce USA weszły do niej dlatego, że Izrael i tak był gotów uderzyć. Dziś, patrząc na modły nad Trumpem w Gabinecie Owalnym, warto spojrzeć na drugi wymiar tej historii – religijną ideologię, która potrafi zamienić zwykłą wojnę w rzekome wypełnianie „boskiego planu” i jednocześnie w moralne rozgrzeszenie dla grzesznego prezydenta.
Bo nie chodzi już o to, że Trump lubi pozować na obrońcę chrześcijaństwa, sprzedawać Biblie i fotografować się z pastorami. Chodzi o to, kto nad nim stoi, kto go błogosławi i jakim językiem mówi dziś o wojnie. Jak przeczytałem rano na portalu Elona Muska (X) – i jak widać na okładkowym zdjęciu, które nie jest żadnym wytworem AI – Donald Trump siedzi przy biurku w Gabinecie Owalnym z zamkniętymi oczami. Wokół niego pastorzy ewangelikalni i liderzy religijnej prawicy wyciągają ręce nad głową prezydenta supermocarstwa. Proszą Boga o „błogosławieństwo i łaskę” dla Trumpa, o „mądrość z nieba”, która ma wypełnić jego „serce i umysł”, a także o „ochronę” dla amerykańskich żołnierzy. To nie był obrazek prywatnej pobożności. To była polityczna msza nad amerykańskim ajatollahem.
Obok Trumpa stała Paula White-Cain, szefowa Biura Wiary Białego Domu i jego wieloletnia doradczyni duchowa. To właśnie ona od lat łączy trumpizm z najbardziej radykalnymi środowiskami ewangelikalnej prawicy. Ludźmi wierzącymi, że Ameryka jest narodem wybranym, a polityka powinna realizować „biblijny porządek”. W modlitwie nad prezydentem jeden z pastorów mówił: „Modlę się o twoją łaskę i twoją opiekę nad nim. Modlę się o twoją łaskę i twoją opiekę nad naszymi wojskami oraz wszystkimi mężczyznami i kobietami służącymi w naszych siłach zbrojnych”. A potem dodał zdanie jeszcze bardziej znaczące: prosił Boga, aby Trump prowadził Amerykę, gdy ta „powraca do bycia jednym narodem pod Bogiem”.I tu właśnie kończy się religia jako sprawa wiary, a zaczyna religia jako narzędzie polityki. A z niej już tylko krok do opowieści, że bomby spadające na Teheran są częścią boskiego planu.
I właśnie w ten „plan” wierzą tzw. rapture preppers. To środowiska, z których wyrasta spora część trumpowskiej prawicy. Chodzi o radykalnych ewangelikałów, dla których wojny na Bliskim Wschodzie nie są tylko konfliktem o wpływy, ropę, bezpieczeństwo i regionalną dominację, lecz elementem większej układanki prowadzącej do „porwania” wiernych, Armagedonu i powrotu Chrystusa. Ten nurt od lat oplata amerykańską politykę, zwłaszcza republikańską. W tym duchu myślą i mówią ludzie tacy jak Mike Johnson, Ted Cruz, Mike Huckabee, Pete Hegseth, Lindsey Graham, Elise Stefanik, a szerzej także Marco Rubio czy JD Vance. Nie każdy z nich używa identycznego słownika, ale wszystkich łączy jedno: chrześcijański syjonizm, czyli przekonanie, że bezwarunkowe wsparcie dla Izraela ma wymiar nie tylko polityczny, ale też eschatologiczny. Według przywoływanych przez komentatorów i media badań około połowa amerykańskich ewangelikałów popiera Izrael właśnie dlatego, że widzi w tym spełnianie proroctw. Jeśli tym kierują się wspomiani wyżej to można by to określić jako politykę zagraniczną podszytą objawieniem.
Właśnie dlatego tak niebezpieczny jest trumpizm. To nie jest zwykły sojusz cynicznego narycystycznego polityka z pobożnym elektoratem. To jest układ, w którym cynik oddaje ucho religijnym fanatykom, a fanatycy dostają dostęp do najpotężniejszego państwa świata. Trump nie musi nawet sam wierzyć w każdy apokaliptyczny brednio-przekaz. Wystarczy, że otacza się ludźmi, którzy wierzą. Wystarczy, że ich zaprasza, wzmacnia, promuje i oddaje im symboliczne centrum imperium. Potem wszystko idzie już samo: pastorzy modlą się nad wodzem, aparat państwa przejmuje ich język, a wojna nabiera “boskiego” znaczenia. Trump nie tylko otoczył się kaznodziejami. Pozwolił, by kaznodzieje zaczęli dostarczać sens wojnie.
Najlepiej widać to w Pentagonie. Pete Hegseth, sekretarz wojny trumpowskiej Ameryki, nie wygląda na urzędnika świeckiego państwa, tylko na najwyższej rangi krzyżowca prowadzącego krucjatę. Tatuaż „Deus Vult”, krzyż jerozolimski, ostentacyjne podniecenie bombardowaniami i jego ciągła demonstracyjna pogarda wobec ofiar – wszystko to składa się na wizerunek człowieka, który nie tyle zarządza armią, ile celebruje przemoc jak moralny spektakl, nad którym się ciągle spuszcza. Do tego dochodzą jawne związki z ludźmi marzącymi o chrześcijańskiej teokracji i nabożeństwa wpuszczane do centrum amerykańskiej machiny wojennej. Hegseth nie wpuszcza do Pentagonu zwykłych duszpasterzy. Wpuszcza ludzi pokroju Douga Wilsona – zwolennika chrześcijańskiej teokracji, uchylenia poprawki dającej kobietom prawo głosu i kryminalizacji homoseksualności. Jeżeli taki człowiek staje się mile widzianym kaznodzieją w sercu amerykańskiej machiny wojennej, to nie mamy do czynienia z pobożnością. Mamy do czynienia z religijnym fanatyzmem na poziomie państwowym.
Może trochę nad wyrost jest określanie tego jako dżihad po chrześcijańsku, ale można się pokusić o takie stwierdzenie. Bo gdy religijny fanatyzm staje się narzędziem mobilizacji dla supermocarstwa, efekt końcowy niewiele różni się od tego, co Zachód tak chętnie piętnuje u swoich muzułmańskich przeciwników. O co chodzi? Mianowicie, do Military Religious Freedom Foundation – amerykańskiej organizacji broniącej rozdziału religii od państwa w armii – napłynęło ponad 200 skarg z ponad 50 baz wojskowych ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych, od piechoty morskiej po siły powietrzne i kosmiczne.
Jak opisał to jeden z oficerów, dowódca miał wzywać, by powiedzieć żołnierzom, że „to wszystko jest częścią boskiego planu”, odwoływać się do Księgi Objawienia i twierdzić, że „prezydent Trump został namaszczony przez Jezusa, aby rozpalić ogień sygnałowy w Iranie, który spowoduje Armagedon i upamiętni jego powrót na Ziemię”. Trudno o bardziej jaskrawy przykład tego, jak język sekty miesza się z językiem państwa. Prezes wspomnianego MRFF Mikey Weinstein mówi wprost, że za każdym razem, gdy Izrael lub Stany Zjednoczone angażują się na Bliskim Wschodzie, odzywa się środowisko chrześcijańskich nacjonalistów, które – jego zdaniem – przejęło wpływy w rządzie USA, a także w części amerykańskiej armii.
Dobrym przykładem tej mentalności jest Mike Huckabee – dziś ambasador USA w Izraelu, dawniej pastor i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków religijnej prawicy. Potrafi on powiedzieć, że byłoby „w porządku”, gdyby Izrael zajął „praktycznie cały Bliski Wschód”, bo ta ziemia została mu obiecana w Biblii.
Biorąc pod uwagę powyższe fakty, można odnieść wrażenie, że dochodzi dziś do zderzenia trzech religijnych fanatyzmów: teherańskiego, jerozolimskiego i waszyngtońskiego. Marco Rubio mówi o Iranie jako o państwie rządzonym przez „religijnych fanatyków”. Problem polega na tym, że – jak pokazują opisane wyżej sceny z Gabinetu Owalnego i Pentagonu – religijny fanatyzm nie jest dziś, jak widać, zjawiskiem obecnym wyłącznie w Teheranie.
W Jerozolimie religijny język – o czym warto przypomnieć – również jest na pierwszym planie. Benjamin Netanjahu ochoczo sięga po figurę Amaleka. Dla czytelnika niezaznajomionego z terminologią judaizmu może to brzmieć jak egzotyczny cytat z Tory, ale sens jest prosty. Amalek w biblijnej tradycji oznacza absolutnego wroga, którego należy zniszczyć. Kiedy Netanjahu mówi: „Pamiętaj, co Amalek ci zrobił. Pamiętamy – i działamy”, nie prowadzi debaty strategicznej. Sakralizuje przemoc.
W tej mesjanistycznej opowieści łatwo znikają zwykli ludzie. Amerykańskie i izraelskie bombardowania wcale nie są tak precyzyjne, jak lubi opowiadać ichniejsza propaganda. Tak samo jak w Gazie, także tutaj opowieść o chirurgicznych uderzeniach w terrorystów i cele wojskowe zbyt często kończy się śmiercią ludzi, którzy nie są ani strategami, ani bojownikami, ani ideologami. Cywile znikają pod gruzem, a potem ktoś na konferencji prasowej opowiada o „koniecznej operacji” i „wyższej racji”.
W takim układzie cywil przestaje być człowiekiem. Staje się przeszkodą, statystyką, „ubocznym kosztem”, ofiarą wpisaną w dziejowy plan. Dlatego ten religijny ton jest tak groźny. Nie dlatego, że obraża świeckie ucho. Dlatego, że zabija. Najpierw padają słowa, a potem spadają bomby.
Laureat „pokojowej nagrody FIFA”, Donald Trump nie jest żadnym mężem stanu. Jest raczej teleewangelistą w czerwonym krawacie, który zrozumiał, że na apokaliptycznym rynku politycznym można zarobić więcej niż na zdrowym rozsądku. Raz sprzedaje Biblię, innym razem sprzedaje wojnę, a najlepiej sprzedaje wojnę opakowaną w Biblię – szczególnie w kraju, w którym około dwóch trzecich społeczeństwa deklaruje religijność, a miliony ludzi traktują Biblię jako dosłowne słowo Boga.
To właśnie dlatego obrazek z Gabinetu Owalnego jest tak ważny. Nie pokazuje przecież prywatnej modlitwy starszego pana. Pokazuje polityczny model Ameryki Trumpa. Prezydent siedzi nieruchomo, pastorzy kładą na nim ręce, a gdzieś dalej żołnierzom tłumaczy się, że wszystko to jest częścią większego planu. Najpierw pastorzy błogosławią prezydenta, potem generałowie błogosławią operację, a na końcu cywile płacą za to życiem.
Ajatollahowie mają dziś różne języki, różne stroje i różne flagi. Jedni siedzą w Teheranie, inni w Jerozolimie, jeszcze inni w Waszyngtonie. Jedni cytują szyickie proroctwa, drudzy Torę, trzeci Apokalipsę św. Jana. Ale mechanizm jest ten sam: władza miesza się z religijnym obłędem, a potem każe światu płacić rachunek za swoje urojenia. Na Bliskim Wschodzie trwa nie tylko wojna państw i interesów. Trwa także wojna fanatyzmów. I jak zawsze w takich wojnach giną również ci, którzy nie siedzą w gabinetach władzy.
I jeszcze jedno, o czym warto pamiętać, zanim ktoś znów zacznie sprzedawać tę – nazwaną jak kolejny tytuł filmu o Rambo z Sylvestrem Stallone – kampanię. Amerykanie ochrzcili ją „Operation Epic Fury”, Izraelczycy „Roaring Lion”. Już same nazwy brzmią jak zapowiedź hollywoodzkiego widowiska, a nie jak opis wojny, w której giną ludzie. A przecież wciąż próbuje się ją przedstawiać jako walkę o demokrację, prawa człowieka i lepszy Bliski Wschód.
Bombardowaniami nie udało się trwale zmienić żadnego reżimu w sposób, który przyniósłby pokój, stabilność i wolność dla zwykłych ludzi. Waszyngton dobrze o tym wie. Dlatego to, co robi dziś, ma inne podłoże. Mniej chodzi tu o demokrację i życie ludzi, bardziej o ideologię, obsesję, geopolityczną dominację i służalcze podporządkowanie się wizji Izraela jako państwa narodu wybranego, które chciałoby coraz więcej ziemi, coraz mniej ograniczeń i coraz więcej cudzej krwi rozlanej w imię własnego bezpieczeństwa.









