
Imperialne groźby Donalda Trumpa wobec Grenlandii wywołały polityczny wstrząs na wyspie. W odpowiedzi wszystkie liczące się partie grenlandzkie wspólnie odrzuciły amerykańskie naciski i jakąkolwiek zewnętrzną ingerencję, jasno przypominając, że o przyszłości Grenlandii mogą decydować wyłącznie jej mieszkańcy.
Sam Trump przyznał w wywiadzie dla „New York Timesa”, że może stanąć przed wyborem pomiędzy utrzymaniem integralności NATO a przejęciem kontroli nad terytorium należącym do Danii. Deklaracja ta wywołała poruszenie w Kopenhadze. Premier Danii Mette Frederiksen ostrzegła, że ewentualny atak USA na państwo członkowskie NATO oznaczałby „koniec wszystkiego”, podważając fundamenty sojuszu.
Po kolejnych wypowiedziach lokatora Białego Domu, który zapowiedział możliwość użycia „miękkiego” lub „twardego” sposobu w celu przejęcia kontroli nad Grenlandią, scena polityczna autonomicznego terytorium Danii zareagowała jednomyślnie. W piątkowy wieczór 9 stycznia pięć grenlandzkich partii reprezentowanych w lokalnym parlamencie – cztery współtworzące rząd oraz opozycyjna formacja domagająca się szybkiej niepodległości – podpisały wspólne oświadczenie, w którym jednoznacznie sprzeciwiły się amerykańskim roszczeniom.
Liderzy ugrupowań podkreślili, że Grenlandczycy nie chcą być ani Amerykanami, ani Duńczykami, lecz Grenlandczykami, a przyszłość wyspy powinna być rozstrzygana wyłącznie przez jej mieszkańców. Zaznaczono, że żaden inny kraj nie ma prawa ingerować w ten proces, a decyzje dotyczące statusu politycznego Grenlandii muszą zapadać bez presji, pośpiechu i narzucania rozwiązań z zewnątrz. Oświadczenie to uznano za jedną z najsilniejszych manifestacji politycznej jedności w historii autonomii grenlandzkiej.
Trump uzasadnia swoje stanowisko względami bezpieczeństwa narodowego, twierdząc, że Stany Zjednoczone nie mogą dopuścić do przejęcia wpływów na Grenlandii przez Chiny lub Rosję. W jego ocenie strategiczne położenie wyspy w Arktyce czyni ją kluczowym elementem globalnej rywalizacji geopolitycznej, a brak amerykańskiej inicjatywy miałby prowadzić do wzmocnienia obecności Pekinu lub Moskwy. Argumentuje, że skoro Dania – jego zdaniem – nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa Grenlandii, Stany Zjednoczone powinny przejąć to zadanie samodzielnie.
Argument ten spotyka się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem zarówno w Nuuk, jak i w Kopenhadze. Duński minister spraw zagranicznych Lars Løkke Rasmussen podkreślił, że Dania nie podziela tezy o rzekomym zalewie Grenlandii chińskimi inwestycjami, zaznaczając, że władze Królestwa czuwają nad bezpieczeństwem całego swojego terytorium. Duński rząd wskazuje, że obowiązująca architektura bezpieczeństwa czyni amerykańskie argumenty mało przekonującymi.
Kluczowym elementem tej architektury jest porozumienie obronne zawarte w 1951 roku pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Danią i Grenlandią. Umowa, podpisana w realiach wczesnej zimnej wojny, zapewnia USA bardzo szeroki dostęp wojskowy do terytorium wyspy, przy zachowaniu formalnej suwerenności Danii i obowiązku informowania lokalnych władz. W praktyce daje ona amerykańskim siłom zbrojnym znaczną swobodę w zakresie obecności militarnej na Grenlandii.
Geneza tego porozumienia sięga II wojny światowej. Po zajęciu Danii przez nazistowskie Niemcy w 1940 roku Grenlandia, leżąca na kluczowych północnoatlantyckich szlakach, zyskała szczególne znaczenie strategiczne. Duński ambasador w Stanach Zjednoczonych Henrik Kauffmann, działając wbrew rządowi w okupowanej Kopenhadze, zaproponował Waszyngtonowi prawo do zakładania baz wojskowych na wyspie w celu obrony przed ewentualną agresją Niemiec, co doprowadziło do podpisania pierwszej umowy w Waszyngtonie 9 kwietnia 1941 roku.
Po zakończeniu wojny Dania rozważała ograniczenie amerykańskiej obecności, jednak szybko stało się jasne, że Waszyngton dostrzegł trwałe znaczenie geopolityczne wyspy. Impas zakończył się w 1949 roku wraz z przystąpieniem Danii do NATO, co umożliwiło zawarcie nowego kompromisu – porozumienia z 27 kwietnia 1951 roku, opartego na zasadach zbiorowej obrony i stanowiącego podstawę obowiązującego do dziś układu.
Dokument ten, często określany mianem „Obrony Grenlandii”, przewiduje tworzenie tzw. stref obronnych, w których Stany Zjednoczone mogą budować i zarządzać infrastrukturą wojskową, stacjonować personel, zabezpieczać teren oraz rozwijać zaplecze logistyczne. Choć formalnie każda rozbudowa wymaga konsultacji, eksperci wskazują, że w praktyce USA dysponują bardzo szeroką swobodą działania. Porozumienie zaktualizowano w 2004 roku, włączając rząd Grenlandii jako formalną stronę umowy. W tamtym czasie Stany Zjednoczone utrzymywały na wyspie jedną bazę wojskową – Pituffik, która do dziś pozostaje jedyną stałą amerykańską bazą na Grenlandii, przy istnieniu dodatkowej infrastruktury wojskowej i radarowej bez statusu bazowego.
W tym kontekście narracja Donalda Trumpa całkowicie się nie klei. Stany Zjednoczone od dekad dysponują na Grenlandii realną obecnością wojskową, mają dostęp do infrastruktury, kontrolują przestrzeń strategiczną i korzystają z mechanizmów NATO, które skutecznie wykluczają jakiekolwiek militarne „przejęcie” wyspy. Straszenie takim scenariuszem nie jest więc ostrzeżeniem, lecz zwyczajnym politycznym teatrem. Oczywiste, że jak zwykle tak jak w przypadku Wenezueli nie chodzi tu o bezpieczeństwo tylko o surowce.
Amerykański imperator próbuje ubić brutalny interes, czyli podporządkować strategiczne terytorium i przejąć w ten sposób kontrolę nad ogromnymi zasobami – w tym metalami ziem rzadkich kluczowymi dla przemysłu zbrojeniowego, elektroniki i technologii kosmicznych, złożami uranu, potencjalnymi zasobami ropy i gazu oraz przyszłymi arktycznymi szlakami handlowymi, które wraz z topnieniem lodu zyskają globalne znaczenie. Zapowiedzi Trumpa to próba uczynienia z Grenlandii prywatnego geopolitycznego trofeum. Język ten nie należy do normalnego sojusznika ani odpowiedzialnego przywódcy, lecz do współczesnego kolonizatora – człowieka kierującego się ego, imperialną obsesją i przekonaniem, że brutalna siła oraz dominacja dają prawo do cudzej ziemi.
Warto przypomnieć, że amerykańskie zainteresowanie Grenlandią wyraźnie poprzedza epokę Donalda Trumpa i ma długą historię sięgającą XIX wieku. Już w 1867 roku, równolegle z zakupem Alaski, Waszyngton rozważał nabycie arktycznej wyspy jako element rozszerzania swojej obecności na północnym Atlantyku. Do tematu powrócono po II wojnie światowej – w 1946 roku administracja prezydenta Harry’ego Trumana zaoferowała Danii 100 milionów dolarów za przejęcie Grenlandii, widząc w niej kluczowe ogniwo nowego porządku bezpieczeństwa. Także ta próba zakończyła się fiaskiem, a wyspa pozostała poza bezpośrednią kontrolą Stanów Zjednoczonych.
Dzisiejsza jednomyślna reakcja grenlandzkich partii pokazuje jednak, że po raz pierwszy w tak jednoznaczny sposób sprzeciw wobec amerykańskich ambicji został połączony z afirmacją własnej podmiotowości. Odrzucenie zewnętrznych roszczeń nie jest już wyłącznie obroną status quo, lecz sygnałem dojrzewania politycznego i coraz wyraźniejszej gotowości do samodzielnego decydowania o przyszłości wyspy. Grenlandia nie tylko mówi „nie” cudzym planom, ale coraz głośniej formułuje własne – w tym perspektywę pełnej niepodległości.









