
Donald Trump znów sięgnął po swoją ulubioną metodę uprawiania polityki, czyli ultimatum. Dał Iranowi 48 godzin na ponowne otwarcie cieśniny Ormuz, grożąc w przeciwnym razie zniszczeniem infrastruktury energetycznej kraju, w tym największych elektrowni. Zamiast przybliżać koniec wojny, Biały Dom po raz kolejny dolewa jednak oliwy do ognia. Ta groźba nie świadczy o sile Waszyngtonu, lecz o tym, że administracja USA coraz wyraźniej grzęźnie w wojnie, którą prowadzi razem z Izraelem.
Po kilku dniach względnego osłabienia walk na Bliskim Wschodzie wczorajszy komunikat Donalda Trumpa znów podniósł napięcie. Region i tak żył już obawą przed dalszą eskalacją starcia między Izraelem a Iranem, które może doprowadzić do katastrofy na znacznie większą skalę. W tej sytuacji amerykański prezydent nie przedstawił żadnego politycznego wyjścia z kryzysu. Zamiast tego wystosował groźbę, niemal z definicji prowokującą odpowiedź.
I odpowiedź przyszła. Teheran nie zasygnalizował ustępstw, lecz zapowiedział jeszcze ostrzejszy odwet wobec państw Zatoki Perskiej, ich instalacji energetycznych i zakładów odsalania wody. Ze strony irańskiego kierownictwa padły też deklaracje o możliwości uderzeń w strategiczną infrastrukturę naftową, co mogłoby trwale podbić ceny ropy. W praktyce oznacza to, że zamiast wygaszać konflikt, ultimatum Trumpa otwiera kolejny etap eskalacji.
Problem Białego Domu polega na tym, że za groźbami nie stoi jasna i spójna strategia. Od początku tej wojny cele amerykańskiej operacji zmieniają się niemal z tygodnia na tydzień. Na starcie mówiono o scenariuszu maksymalnym: osłabieniu irańskiego reżimu, zniszczeniu jego zdolności wojskowych i nuklearnych, a nawet o politycznym przełomie w samym Teheranie. Dziś ta narracja wyraźnie się cofa. Obecnie Trump mówi raczej o tym, by Iran nie zbliżył się do zdolności nuklearnych i by Stany Zjednoczone zachowały możliwość szybkiej reakcji. To już nie brzmi jak plan zwycięstwa, lecz jak próba obniżenia oczekiwań bez przyznania się do porażki.
W tym sensie Waszyngton znalazł się niemal w punkcie wyjścia. Po bombardowaniach irańskich obiektów jądrowych w czerwcu 2025 roku administracja USA przekonywała, że opanowała sytuację i powstrzymała zagrożenie. Dziś wraca do tej samej deklaracji: Iran nie może zbliżyć się do zdolności nuklearnych. Jeśli po 12-dniowej wojnie sprzed roku, a potem po kolejnych tygodniach obecnej eskalacji i następnych nalotach Ameryka mówi de facto to samo, trudno uznać to za strategiczny sukces.
Coraz więcej wskazuje też na to, że Biały Dom nie był przygotowany na gospodarcze i geopolityczne skutki obecnej fazy wojny. Szczególnie wyraźnie widać to na rynku energii. Zamknięcie cieśniny Ormuz uderzyło w globalne bezpieczeństwo dostaw ropy i gazu, a administracja Trumpa zaczęła gorączkowo szukać sposobów ograniczenia skutków własnej polityki. Jednym z najbardziej wymownych sygnałów jest sięgnięcie po strategiczne rezerwy ropy, które według tej analizy są zapełnione jedynie w około 60 procentach. Taki stan nie pokazuje siły, lecz brak przygotowania na dłuższy kryzys.
Jeszcze bardziej kompromitująco wygląda polityka sankcyjna. Waszyngton zaczął łagodzić część restrykcji wobec Rosji, która korzysta na droższej ropie, a jednocześnie kontynuuje wojnę przeciw Ukrainie. Równolegle poluzowano część ograniczeń wobec samego Iranu, choć USA codziennie go bombardują. To paradoks, który dobrze pokazuje strategiczny chaos tej administracji: z jednej strony prowadzi ona działania wojenne, z drugiej próbuje ratować rynek energii, ułatwiając handel państwom, które oficjalnie uznaje za przeciwników.
Trump został też zmuszony do zwrócenia się o pomoc do sojuszników. Po miesiącach upokarzania Europejczyków, gróźb pod ich adresem i demonstracyjnego lekceważenia partnerów Biały Dom oczekuje teraz od nich wsparcia w zabezpieczeniu Ormuzu. Do tego amerykański prezydent pozwala sobie jeszcze krytykować ich za brak entuzjazmu wobec wojny, której nie konsultował i której nie planował wspólnie z sojusznikami. To kolejny dowód na to, że jednostronna polityka siły w praktyce doprowadziła Waszyngton do izolacji, a nie do dominacji.
Z amerykańskich i europejskich przecieków dyplomatycznych wyłania się przy tym obraz administracji autentycznie zaskoczonej skalą irańskiego oporu. Trump najwyraźniej zakładał, że po zabiciu najwyższego kierownictwa politycznego i wojskowego Iran szybko się załamie i poprosi o warunki kapitulacji. Liczono też, że siła uderzenia wywoła pęknięcia w Korpusie Strażników Rewolucji i pozwoli znaleźć nowych partnerów do zmiany reżimu. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Państwo irańskie zostało ciężko uderzone, ale nie rozpadło się ani politycznie, ani militarnie w stopniu, który pozwalałby USA ogłosić przełom.
Trump wydaje się więc ofiarą własnych wcześniejszych sukcesów. Bombardowania z czerwca zeszłego roku, które doprowadziły do krótkotrwałego uspokojenia poprzedniej odsłony konfliktu, a także spektakularne operacje wymierzone w przeciwników USA w innych częściach świata mogły utwierdzić go w przekonaniu, że szybki pokaz siły wystarczy, by złamać każdego przeciwnika. Problem w tym, że obecna wojna jest zupełnie inna. Jest szersza, bardziej chaotyczna, kosztowniejsza i znacznie trudniejsza do zamknięcia jednym ciosem.
Nie przypomina to ograniczonej operacji ani punktowego uderzenia, po którym można ogłosić sukces przed kamerami. To wojna asymetryczna, w której przewaga militarna nie daje automatycznie politycznego zwycięstwa. Iran nie musi wygrać w klasycznym sensie — wystarczy, że będzie przedłużał konflikt, destabilizował region, podbijał ceny ropy i obciążał kosztami sojuszników USA. Właśnie dlatego skutki tej wojny rozlewają się daleko poza sam front: na cały Bliski Wschód, globalny rynek energii i relacje Waszyngtonu z partnerami. W takiej sytuacji prymitywne ultimatum nie rozwiązuje problemu. Ono tylko potwierdza, że Biały Dom nie ma dziś wiarygodnej odpowiedzi na pytanie, jak z tej wojny wyjść.
Im bardziej Trump podnosi stawkę, tym wyraźniej widać, że nie kontroluje już dynamiki wydarzeń. Zniszczenie irańskiej infrastruktury energetycznej nie otworzy automatycznie Ormuzu, nie złamie natychmiast oporu Teheranu i nie uspokoi rynków. Znacznie bardziej prawdopodobny jest scenariusz odwrotny: dalsza destabilizacja regionu, kolejne uderzenia odwetowe, wzrost cen ropy i jeszcze większa presja na sojuszników USA. W ten sposób groźby, które miały wymusić kapitulację, stają się narzędziem pogłębiania kryzysu.
Trump lubi przedstawiać swoje ultimata jako dowód zdecydowania. W rzeczywistości często są one oznaką politycznej bezradności. Gdy za wielkimi słowami nie stoi realistyczny plan zakończenia wojny, pozostaje już tylko coraz ostrzejsza retoryka. A ta może imponować w mediach społecznościowych, ale nie kończy konfliktów. Zwłaszcza takich, które samemu doprowadziło się do poziomu niebezpiecznej, wielowymiarowej wojny.









