Jak ograniczano nabór i utrwalono niedobór lekarzy

22 mar 2026

Chroniczny brak lekarzy w Polsce to polityczny skutek błędów transformacji i kolejnych rządów III RP. Państwo ograniczało nabór zamiast planować kadry, a samorząd lekarski współtworzył i legitymizował ten model. Dziś jego cenę widać w kolejkach, przeciążeniu systemu i pogłębiającym się kryzysie ochrony zdrowia.

W końcówce lat 80. na studia medyczne przyjmowano jeszcze ponad 6 tysięcy osób rocznie. Potem przyszły lata 90. i logika cięć — ograniczania wydatków publicznych, oszczędzania na usługach społecznych i podporządkowywania wszystkiego bieżącemu budżetowi. Dla ochrony zdrowia oznaczało to tyle, że państwo przestało traktować kadry medyczne jak zasób strategiczny. Zamiast planować przyszłe potrzeby zdrowotne kraju, zaczęto ograniczać kształcenie lekarzy do poziomu, który pasował do bieżącej polityki.

To był poważny błąd transformacji, później powielany przez kolejne rządy. W efekcie na początku XXI wieku skala naboru runęła, a w 2002 roku liczba przyjęć spadła do około 2 tysięcy rocznie. Utrwalało się myślenie, że ograniczanie naboru jest racjonalne, nowoczesne i odpowiedzialne. W tle pobrzmiewała też teza, że Polska po PRL miała rzekomo zbyt wielu lekarzy. Było to myślenie błędne. Odpowiedzialna polityka kadrowa nie polega na mechanicznym cięciu naboru, lecz na prognozowaniu przyszłych potrzeb. Państwo powinno było brać pod uwagę demografię, starzenie się społeczeństwa, wydłużanie życia, rosnącą liczbę chorób przewlekłych, przyszłe odejścia lekarzy na emeryturę i nierówności regionalne.

Niestety, ustalane w kolejnych latach limity przyjęć nie wynikały przede wszystkim z potrzeb zdrowotnych społeczeństwa, lecz z tego, ilu studentów uczelnie były w stanie przyjąć przy istniejącej kadrze, infrastrukturze i bazie klinicznej. Nie wychodzono od pytania, ilu lekarzy naprawdę będzie potrzebować Polska, tylko ilu studentów da się dziś obsłużyć. Państwo nie budowało długofalowej strategii, lecz uznawało bieżące ograniczenia systemu za granicę własnej polityki. Tymczasem jeśli system nie był w stanie kształcić tylu lekarzy, ilu kraj będzie potrzebował w przyszłości, należało ten system rozbudowywać — zwiększać bazę dydaktyczną, kliniczną i kadrową — zamiast traktować jego niedostatki jako wygodne uzasadnienie dla trwałego ograniczania naboru.

Za ten model odpowiada oczywiście przede wszystkim państwo, bo to minister zdrowia ustala limity. Ale samorząd lekarski nie jest w tym układzie neutralny. Opiniował i wzmacniał argumenty o jakości kształcenia, liczbie nauczycieli akademickich, bazie klinicznej oraz możliwościach dydaktycznych uczelni. Formalnie nie wydawał rozporządzeń, lecz realnie współuczestniczył w modelu, który utrwalał zachowawcze podejście do zwiększania naboru i utrzymywania go na zbyt niskim poziomie.

Nie jest to bez znaczenia, bo środowisko lekarskie ma w takiej logice własny interes. Im bardziej ograniczony dopływ nowych ludzi do zawodu, tym silniejsza pozycja tych, którzy już w nim są — ekonomiczna, statusowa i zawodowa. Nie trzeba robić z tego teorii spiskowej. To zwykła logika korporacyjna. Mechanizm jest zresztą dobrze znany także z innych profesji, choćby prawniczych, gdzie przez lata broniono ścisłej kontroli nad wejściem do zawodu. Mamy tu oczywisty konflikt interesów — grupa zawodowa nie powinna współuczestniczyć w opiniowaniu skali wejścia do profesji, której sama jest częścią.

Oczywiście argumenty o jakości kształcenia, bezpieczeństwie pacjenta czy brakach infrastrukturalnych nie są zmyślone. Problem polega na tym, że zastąpiły myślenie strategiczne. Samorząd zawodowy może pilnować standardów i etyki wykonywania zawodu. Nie powinien jednak współkształtować liczby lekarzy potrzebnych społeczeństwu, bo wtedy interes środowiska zbyt łatwo zaczyna dominować nad interesem publicznym.

Przez lata wygodnie było powtarzać, że źródłem problemu są wyjazdy lekarzy za granicę. Emigracja ma znaczenie, ale nie ona stworzyła ten kryzys. Kryzys zaczął się od krótkowzrocznej polityki kadrowej państwa. Dopiero na tak osłabiony system nałożyła się emigracja, która jeszcze bardziej pogłębiła braki.

Skutki tej polityki niedoboru widać dziś bardzo wyraźnie. W 2023 roku w Polsce było 3,9 praktykujących lekarzy na 1000 mieszkańców, podczas gdy średnia unijna wynosiła 4,3. Jeszcze wyraźniej widać to po dostępie do leczenia: według najnowszego profilu OECD i Komisji Europejskiej w 2024 roku 5,2 proc. osób w Polsce, które zgłaszały potrzebę opieki medycznej, nie mogło jej uzyskać z powodu kosztów, kolejek albo odległości. Średnia unijna wynosiła 3,6 proc. To nie są suche liczby ani techniczny problem administracyjny. To bilans wieloletnich zaniedbań, który przekłada się na realne cierpienie ludzi i gorszy dostęp do leczenia.

Do tego dochodzi starzenie się kadr. Jeśli przez długi czas wpuszcza się do systemu zbyt mało nowych lekarzy, skutków nie da się odwrócić jednym rozporządzeniem. Lekarza nie kształci się w rok. Błędy popełniane przez dwie dekady mszczą się potem przez kolejne lata. Dlatego polityka kadrowa w ochronie zdrowia nie może być prowadzona z perspektywy jednej kadencji czy jednego budżetu. Musi być prowadzona z perspektywy państwa i społeczeństwa.

Dlatego nie wystarczy dziś powiedzieć, że limity w końcu rosną. To potrzebne, ale spóźnione nadrabianie strat. Sama liczba miejsc na studiach nie rozwiąże problemu, jeśli nie pójdą za tym lepsze warunki pracy, sensowna organizacja systemu, odpowiednia liczba rezydentur, wsparcie dla szpitali klinicznych i realna polityka zatrzymywania lekarzy w kraju. Państwo musi odzyskać prymat w sprawie strategicznego planowania kadr medycznych, zamiast znów tylko reagować na skutki własnych zaniedbań.

Brak lekarzy nie jest dziełem przypadku. To rachunek za wieloletnią politykę, w której krótkowzroczność państwa spotkała się z korporacyjną logiką części środowiska. Cenę tego modelu płacą dziś pacjenci.

Najnowsze

Sprawdź również

Ustawa pisana pod „Kacprzyków”?

Ustawa pisana pod „Kacprzyków”?

Rząd zapowiedział koniec lekarskich kominów płacowych. W projekcie ustawy zostawił jednak furtkę, przez którą te same pieniądze mogą wrócić pod nazwą „koordynacji”. Projekt ustawy przewiduje podstawową stawkę nieprzekraczającą 240 zł brutto za godzinę. Przy jednym...

Rozpad PiSu czy ustawka Kaczyńskiego?

Rozpad PiSu czy ustawka Kaczyńskiego?

Istotna grupa komentatorów i ekspertów, nie tylko internetowych, uważa, że Kaczyński swoim ultimatum rozpoczął kolejny etap misternej gry mającej na celu odzyskanie utraconego elektoratu i uzyskanie większości w przyszłym parlamencie. Wiara w jego mądrość i posiadanie...

Nawrocki chce znów bezzębnej PIP

Nawrocki chce znów bezzębnej PIP

Prezydent Karol Nawrocki zaskarżył część reformy PIP do Trybunału Konstytucyjnego. Dlatego, że jak domagały się związki zawodowe, powinna być ostrzejsza względem nadużyć ze strony zatrudniających? Wręcz przeciwnie. Domaga się jej osłabienia i ogarniczneia...

Pożegnanie z Jackiem M.

Pożegnanie z Jackiem M.

Z prezydentem Krakowa najdłużej pełniącym swoją funkcję nie sposób rozstać się szybko. To po prostu niemożliwe. Choć formalnie Jacek Majchrowski przestał być prezydentem ponad dwa lata temu, nadal jest punktem odniesienia – zwłaszcza w specyficznej sytuacji, w jakiej...

Ku cywilizacji XXII wieku

Ku cywilizacji XXII wieku

Rozważania wstępne: Futurologiczne przewidywanie rozwoju naszej cywilizacji w XXI i XXII wieku jest przedsięwzięciem niezwykle atrakcyjnym, aczkolwiek bardzo trudnym i ryzykownym – pod względem merytorycznym i intelektualnym. Warto jednak podjąć taką poważną próbę tym...

Wojna z planetą. Ekologiczne koszty zbrojeń

Wojna z planetą. Ekologiczne koszty zbrojeń

Trwa debata nad europejską gorączką zbrojeń. W tle konflikty wokół Ukrainy, Iranu, Gazy, Tajwanu. Mącą ludziom w głowach byli wojskowi, pseudoeksperci z think-tanków, z naciskiem na tanki, ale bez własnych myśli. Główne aspekty tego galimatiasu poznawczo-praktycznego...

Politycy walczą o wpływy, kurierzy o przyszłość

Politycy walczą o wpływy, kurierzy o przyszłość

Rozeszli się, a może się nie rozeszli. Morawiecki z ekipą został wyrzucony czy sami odeszli. Mówią, że lewacy dramatyzują, ale wszystkie inby w lewicowych grupkach są niczym w porównaniu z tymi łzawymi spektaklami na prawicy. W dodatku temat został podchwycony i...