Kubacki wygrał, ale reszta zawiodła

Lepszej inauguracji nowego roku Dawid Kubacki nie mógł sobie wymarzyć. Wygrał 68. edycję Turniej Czterech Skoczni i dołączył do Adama Małysza i Kamila Stocha, którzy wcześniej triumfowali w tych prestiżowych zawodach. Kubacki jest też najwyżej z polskich skoczków w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, ale zajmuje dopiero piąta lokatę. W Pucharze Narodów biało-czerwoni plasują się na trzecim miejscu, za Austrią i Norwegią.

Przed turniejem Kubacki nie był wymieniany w gronie faworytów, zwłaszcza że jego występy w grudniowych imprezach były dalekie od doskonałości. Pochodzący z Nowego Targu skoczek zmagania w Turnieju Czterech Skoczni zaczął jednak nadspodziewanie dobrze. Zajął trzecie lokaty w konkursach w Oberstdorfie i Garmisch-Partenkirchen, na nielubianej przez siebie skoczni w Innsbrucku zaskoczył wszystkich zajmując drugie miejsce, zaś na swoim ulubionym obiekcie w Bischofshofen nie dał już rywalom szans i pewnie zwyciężył, triumfując jednocześnie w 68. edycji TCS jako trzeci polski skoczek w historii. Jako pierwszy dokonał tej sztuki Adam Małysz w sezonie 2000/2001, a potem dwukrotnie Kamil Stoch w sezonach 2016/2017 i 2017/2018.

Kubacki zwyciężył w Turnieju Czterech Skoczni z łączną notą 1131,6 pkt, wyprzedzając drugiego w klasyfikacji generalnej Norwega Mariusa Lindvika o 20,6 pkt, a trzeciego Niemca Karla Geigera o 23,2 pkt. Na czwartej pozycji rywalizację zakończył ubiegłoroczny triumfator Japończyk Ryoyu Kobayashi (ze stratą do lidera 35,6 pkt), zaś Kamil Stoch na miejscu 13. (on stracił do Kubackiego aż 108 pkt).

TSC trzyma się już tylko na prestiżu

Ryoyu Kobayashi rok temu wygrał, mając 62,1 punktu przewagi. Stoch dwa lata temu miał 69,6, Słoweniec Peter Prevc przed czterema laty wygrywał z wynikiem o 26,5 pkt lepszym od następnego w kolejności rywala. Tegoroczna przewaga Kubackiego jest zatem najniższą od pięciu lat, gdy Austriak Stefan Kraft pokonał drugiego na podium przeciwnika różnicą sześciu punktów. Natomiast łączna nota Kubackiego jest drugą najlepszą w historii TCS. Lepszy od Polaka pod tym względem był jedynie Peter Prevc.

To tylko obrazuje jak wyrównana była rywalizacja w 68. edycji TCS. Kubacki jest teraz czwartym zawodnikiem w historii, który stawał na podium we wszystkich konkursach TCS, ale wygrał dopiero w ostatnim. Przed nim dokonali tego Fin Kari Ylianttila (1977-1978), Austriak Andreas Goldberger (1994-1995) i Niemiec Jens Weissflog (1995-1996).

Posiadająca prawa telewizyjne do pokazywania skoków narciarskich TVP nie omieszkała, jak ma to w zwyczaju pod rządami Jacka Kurskiego, rozdmuchać sukces Kubackiego do granic śmieszności, przedstawiając go na swojej antenie jakby było to jakieś epokowe wydarzenie. Tymczasem fakty są takie, że Turniej Czterech Skoczni w ostatnich latach mocno podupadł na znaczeniu i dzisiaj ma w hierarchii imprez w tym sporcie mniejsze znaczenie niż choćby norweski cykl Row Air. Jakby to nie zabrzmiało, powodem są pieniądze. Organizatorzy niemiecko-austriackiego turnieju dopiero od niedawna zaczęli dostrzegać, że sam prestiż w dzisiejszym skomercjalizowanym do szpiku kości sporcie już nie jest wystarczającym bodźcem. W 2001 roku triumfujący w TCS Adam Małysz otrzymał w nagrodę samochód oraz finansową premię w wysokości 90 tysięcy franków. Kubacki za ten sam wyczyn 19 lat później dostał de facto tylko 20 tysięcy franków szwajcarskich.

Owszem, w sumie zarobił znacznie większą kwotę, ale tylko dzięki premiom za miejsca zajmowane w poszczególnych konkursach, które są nagradzane tak samo, jak inne imprezy w Pucharze Świata, czyli zwycięzca otrzymuje 10 tys. franków, drugi zawodnik osiem tysięcy, a trzeci sześć tysięcy franków szwajcarskich. To oznacza, że Kubacki za dwa trzecie, drugie i pierwsze miejsca zgarnął łącznie 30 tys. franków, a z premią za końcowy triumf w sumie 50 tys. franków plus drobne kwoty za miejsca zajmowane w kwalifikacji. Tak na marginesie – dla zwycięzcy konkursów kwalifikacyjnych organizatorzy przewidzieli 5 tys. franków, co oznacza, że zawodnik wygrywający te pomocnicze zawody w czterech konkursach mógł zgarnąć w sumie tyle, ile triumfator całego turnieju. Dla porównania, zwycięzca cyklu Row Air dostanie ekstra 60 tysięcy euro.

Turniej Czterech Skoczni nie jest też wydarzeniem mającym znaczący wpływ na przebieg rywalizacji w Pucharze Świata. Pod względem punktacji to tylko cztery kolejne konkursy i nic ponadto. Dlatego Kubacki mimo zwycięstwa zdołał awansować jedynie na piąte miejsce, a jedyna korzyścią jest to, że w klasyfikacji generalnej odrobił sporo punktów do wyprzedzającej go czwórki zawodników. Pozycje lidera z dorobkiem 644 pkt utrzymał Ryoyu Kobayashi, drugi jest Niemiec Karl Geiger (619 pkt), trzeci Austriak Stefan Kraft (539 pkt), a czwarty Norweg Marius Lindvik (469 pkt). Kubacki z 444 pkt na koncie ma za plecami Daniela Andre Tandego (Norwegia) – 374 pkt, Phillippa Aschenwalda (Austria) – 364 pkt, Kamila Stocha – 335 pkt, Petera Prevca (Słowenia) – 323 pkt i zamykającego czołową dziesiątkę klasyfikacji generalnej Johanna Andre Forfanga (Norwegia) – 256 pkt.

Słabość polskiej kadry

Patrząc na punktowe osiągnięcia pozostałych polskich skoczków, raczej nie napawają one optymizmem. Pierwszy sezon naszych kadrowiczów pod rządami czeskiego trenera Michala Doleżala nie jest jakoś dramatycznie słaby, głównie dzięki wynikom Kubackiego i w mniejszym stopniu Stocha, ale dokonania Piotra Żyły (19. miejsce w klasyfikacji generalnej z dorobkiem 175 pkt), Macieja Kota (34. lokata i 33 pkt), Stefana Huli (36. miejsce i 28 pkt), Jakuba Wolnego (39. miejsce, 22 pkt) i 57. lokata Klemensa Murańki (ledwie 4 pkt) nie nastrajają optymistycznie. Fakty są oczywiste – w tej części sezonu z naszych skoczków kroku czołówce dotrzymuje jedynie Kubacki, a pozostali zanotowali wyraźny regres formy w porównaniu z poprzednim sezonem, gdy trenerem biało-czerwonych był Austriak Stefan Horngacher.

Potwierdza to pozycja polskiej reprezentacji w Pucharze Narodów. Biało-czerwoni po TCS utrzymali trzecią lokatę, ale ich łączny punktowy dorobek, 1741 pkt, znacznie już odbiega od prowadzących w klasyfikacji Austriaków (2320 pkt) oraz od zajmujących drugie miejsce Norwegów (2064 pkt). A za plecami naszych skoczków czają się Japończycy (1667 pkt) oraz konsekwentnie odrabiający straty z początku sezonu Niemcy (1597 pkt). Jeśli Stoch, Żyła, Kot i Wolny szybko nie poprawią swoich rezultatów, trudno będzie utrzymać naszej ekipie nawet miejsce na najniższym stopniu podium, a co dopiero myśleć o walce o wyższe lokaty.

Kolejne zawody już w najbliższy weekend we włoskim Val di Fiemme. Z Polaków wystartują w nich Kubacki, Stoch, Żyła, Kot, Hula i Wolny.

 

Stoch w końcu odleciał

Kamil Stoch zwyciężył w sobotnim konkursie Pucharu Świata w Engelbergu. Był to jego pierwszy triumf w tym sezonie i 34. w karierze. Stoch wyprzedził Jensa Weissfloga (34 zwycięstwa), a więcej wygranych zawodów na koncie od trzykrotnego mistrza olimpijskiego mają już tylko Gregor Schlierenzauer (53), Matti Nykaenen (46), Adam Małysz (39) i Janne Ahonen (36).

Z powodu niekorzystnych warunków pogodowych organizatorzy zawodów w Engelbergu musieli odwołać zaplanowane na piątek kwalifikacje i przeprowadzić je w sobotę. Z siedmiu reprezentantów Polski nie zakwalifikował się do konkursu jedynie Jakub Wolny, który zajął dopiero 59. miejsce. Z szóstki pozostałych w rywalizacji biało-czerwonych najlepiej skakał Kamil Stoch, zajmując w kwalifikacjach drugą lokatę za Austriakiem Stefanem Kraftem. Siódme miejsce zajął Dawid Kubacki, 18. Piotr Żyła, 28. Maciej Kot, 38. Klemens Murańka i 39. Stefan Hula.

Nie bez powodu mówi sie, że skocznia w Engelbergu to jeden z ulubionych obiektów lidera polskiej kadry. Trzykrotny mistrz olimpijski stawał tu na podium już ośmiokrotnie, a jego forma prezentowana w rywalizacji na Gross-Titlis-Schanze była zwykle zapowiedzią sukcesów w Turnieju Czterech Skoczni. Dwa lata temu zmagania w Engelbergu zaczął od trzeciego miejsca. Dzień później był drugi, a następnie wygrał wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni. Również przed igrzyskami Soczi 2014 podczas szwajcarskiego turnieju zasygnalizował wielką formę, zajmując drugie i pierwsze miejsce.

Nic zatem dziwnego, że zawiedzeni słabym początku sezonu Kamila Stocha fani polskiego skoczka liczyli na jego przełamanie właśnie w Engelbergu. Zaczął od trzeciego miejsca w inaugurującym nowy sezon turnieju w Wiśle, lecz potem zajmował lokaty odległe od podium. Pogłoski o jego wypaleniu i braku wiary okazały się mocno przesadzone i dwukrotny triumfator Pucharu Świata w końcu odpalił. W sobotę wygrał po wyrównanej walce z równie fantastycznie tego dnia usposobionym Austriakiem Stefanem Kraftem. Liderem po pierwszej serii był Polak, który skoczył aż 138 metrów i dostał za to 147,2 pkt. Kraft był drugi z notą 142,7 pkt za odległość 134,5 m. Trzecią lokatę zajmował Niemiec Karl Geiger (140,2 pkt, 133,5 m). Pozostali nasi reprezentanci poradzili sobie dużo gorze. Piotr Żyła zajmował ósmą pozycję, Dawid Kubacki był 16., a Stefan Hula. Klemens Murańka i Maciej Kot nie zdołali awansować do finałowej „30” zawodników.

W drugiej serii Hula skoczył 122 metry i awansował na 25. miejsca, natomiast Kubacki po skoku na odległość 122,5 m spadł na 22. pozycję. Żyła wytrzymał tym razem presję i uzyskał odległość 130,5 m, co dało mu łączną notę 265,4 pkt i pozwoliło utrzymać ósmą lokatę.

Jako ostatni na placu boju z biało-czerwony został Stoch. Lidera naszej kadry nie zdeprymował daleki skok Krafta, który poszybował na odległość 137,5 m. Odpowiedział nie gorszym skokiem i wylądował tylko 1,5 m bliżej od Austriaka (136 m), uzyskując łączną notę 288,7 pkt, lepszą o 1,7 pkt od wyniku Krafta (287 pkt). Na najniższym stopniu podium uplasował się Niemiec Karl Geiger (277,6 pkt), a czwartą lokatę zajął Japończyk Ryoyu Kobayashi (274,1 pkt).

Po sobotnim zwycięstwie Kamil Stoch z dorobkiem 246 pkt awansował na piąte miejsce w klasyfikacji generalnej obecnej edycji Pucharu Świata. Pozycję lidera zajmował Stefan Kraft (356 pkt), a naszego skoczka wyprzedzali jeszcze Ryoyu Kobayashi (340 pkt), Karl Geiger (297 pkt) i Norweg Daniel Andre Tande (273 pkt). Z naszych skoczków w Top 10 zmieścił się jeszcze tylko Dawid Kubacki, który zamykał stawkę z dorobkiem 144 pkt. Natomiast Piotr Żyła był 19. (88 pkt), Maciej Kot 33. (30 pkt), Jakub Wolny 34. (22 pkt), a Stefan Hula 36. (21 pkt).

Na czele klasyfikacji Pucharu Narodów nie doszło do zmian. Liderami pozostali Austriacy (1691 pkt), drugą lokatę utrzymała ekipa Norwegii (1399 pkt), a trzecią reprezentacja Polski (1255 pkt). Niedzielny konkurs w Engelbergu zakończył się po zamknięciu wydania.

Indywidualne zwycięstwa Stocha w PŚ:
23 stycznia 2011 (Zakopane); 2 lutego 2011 (Klingenthal, Niemcy); 20 marca 2011 (Planica, Słowenia); 20 stycznia 2012 (Zakopane); 5 lutego 2012 (Predazzo, Włochy); 12 marca 2013 (Kuopio, Finlandia); 15 marca 2013 (Trondheim, Norwegia); 15 grudnia 2013 (Titisee-Neustadt, Niemcy); 22 grudnia 2013 (Engelberg, Szwajcaria); 1 lutego 2014 (Willingen, Niemcy); 2 lutego 2014 (Willingen, Niemcy); 2 marca 2014 (Lahti, Finlandia); 4 marca 2014 (Kuopio, Finlandia); 18 stycznia 2015 (Zakopane); 30 stycznia 2015 (Willingen, Niemcy); 11 grudnia 2016 (Lillehammer, Norwegia); 6 stycznia 2017 (Bischofshofen, Austria); 14 stycznia 2017 (Wisła); 15 stycznia 2017 (Wisła); 22 stycznia 2017 (Zakopane); 12 lutego 2017 (Sapporo, Japonia); 19 marca 2017 (Vikersund, Norwegia); 30 grudnia 2017 (Oberstdorf, Niemcy); 1 stycznia 2018 (Garmisch-Partenkirchen, Niemcy); 4 stycznia 2018 (Innsbruck, Austria); 6 stycznia 2018 (Bischofshofen, Austria); 4 marca 2018 (Lahti, Finlandia); 13 marca 2018 (Lillehammer, Norwegia); 15 marca 2018 (Trondheim, Norwegia); 23 marca 2018 (Planica, Słowenia); 25 marca 2018 (Planica, Słowenia); 3 lutego 2019 (Oberstdorf, Niemcy); 10 lutego 2019 (Lahti, Finlandia); 21 grudnia 2019 (Engelberg, Szwajcaria).

Nawet Stoch nie zachwyca

Po konkursach w Wiśle, Kuusamo i Niżnym Tagile rywalizacja w Pucharze Świata w skokach narciarskich przenosi się do Niemiec. W najbliższy weekend w Klingenthal odbędą się dwa kolejne konkursy – w sobotę drużynowy, a w niedzielę indywidualny. Dla naszych skoczków, którym jak na razie nie wiedzie się najlepiej, to szansa na przełamanie impasu, bo skocznia w Klingenthal zawsze była przyjazna dla biało-czerwonych.

Po trzech turniejach Pucharu Świata w polskiej ekipie nikt nie ma powodów do zadowolenia. Na podium udało się stanąć tylko Kamilowi Stochowi, który w inauguracyjnym konkursie w Wiśle zajął trzecią lokatę. W Finlandii i Rosji nasi zawodnicy byli tylko tłem dla rywali. W dużym stopniu winne temu były fatalne warunki pogodowe, które powodowały, że wyniki każdego skoczka były loterią. Niektórym fortuna jednak sprzyjała, ale dziwnym trafem wśród jej wybrańców nie było żadnego z siedmiu uczestniczących w zawodach Polaków.

Fatalne wyniki biało-czerwoni zanotowali zwłaszcza na nielubianej przez nich skoczni w Niżnym Togile. Na Uralu było śniegu dostatek, ale wiało okropnie i każdy podmuch był loterią. Także dla sędziów, którzy w tych zmiennych warunkach mogli bezkarnie dokładać lub odejmować punkty za wiatr wedle swojej subiektywnej oceny. Nie wiadomo jednak dlaczego dorzucili z tego tytułu do oceny Ryoyu Kobayashiemu, a nie zrobili tego w przypadku choćby Kamila Stocha, trzykrotnego mistrza olimpijskiego. Inna sprawa, że Stoch, jeśli jest w swojej optymalnej formie, w żadnych warunkach pogodowych nie potrzebuje wsparcia, ale przy wyrównanej stawce to oceny za styl czy rekompensaty za warunki pogodowe często decydują o kolejności. Fortuna mocno jednak nie sprzyjała Piotrowi Żyle, który niespodziewanie zakończył swój udział po pierwszej serii, podobnie jak Klemens Murańka. W finale wystąpiło pięciu naszych zawodników, ale żaden nie znalazł się w czołowej dziesiątce, a najlepszy z nich, Stoch, był dopiero 15.

Nowy sezon Pucharu Świata, pierwszy pod wodzą nowego trenera Michala Doleżala, nasi skoczkowie zaczęli więc grubo poniżej oczekiwań, ale ich słaby występ w Niżnym Tagile, najgorszy w tym cyklu zawodów od blisko trzech lat, to już wyraźny sygnał alarmowy. W ostatnich latach konkurs Pucharu Świata bez Polaka w pierwszej dziesiątce to rzadkość. po raz ostatni tak zły występ biało-czerwonych miał miejsce w marcu 2016 roku w Planicy, jeszcze za trenerskich rządów Łukasza Kruczka. Wówczas najlepszy z naszych Maciej Kot także był na 15. miejscu.

Dyrektor sportowy PZN Adam Małysz tak na swoim profilu w mediach społecznościowych ocenił występ kadry skoczków na Uralu: „To był kolejny dziwny konkurs, w którym równie ważne, co umiejętności, było szczęście. Nam go tym razem zabrakło, a wyniki były poniżej oczekiwań i możliwości. Mam nadzieję, że na doskonale znanej nam skoczni w Klingenthal konkursy będą bardziej sprawiedliwe i przekonamy się, na co rzeczywiście stać naszych reprezentantów” – stwierdził Małysz.
Trener Doleżal na razie konsekwentnie stawia na siódemkę zawodników i do Klingenthal ponownie zabrał oprócz Stocha i Kubackiego, także Piotra Żyłę, Macieja Kota, Stefana Hulę, Jakuba Wolnego i Murańkę.

Turniej Pucharu Świata w Klingenthal odbędzie się po trzyletniej przerwie. Ostatnio skoczkowie gościli tam w 2016 roku i Polacy wypadli wtedy znakomicie, wygrywając po raz pierwszy konkurs drużynowy. W sobotę będą mogli powtórzyć ten wyczyn. Na niedzielę zaplanowano zmagania indywidualne. To będzie 11. taki konkurs na skoczni Vogtland Arena (HS 140) w Klingenthal. Do tej pory na podium stawało tam trzech polskich skoczków. Adam Małysz był trzeci w 2007 i drugi w 2010 roku, Stoch wygrał tu w 2011 roku, a w 2013 sensacyjnie zwyciężył Krzysztof Biegun, dla którego był to jedyny taki triumf w karierze.
W grudniu 2016 Polacy wygrali tu konkurs drużynowy, a zwycięski zespół tworzyli Piotr Żyła, Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Maciej Kot. W konkursie indywidualnym trzy lata temu zwyciężył jednak Domen Prevc przed Danielem-Andre Tande i Stefanem Kraftem.

Rywalizacja w Klingenthal rozpocznie się w piątek 13 grudnia od kwalifikacji. W sobotę odbędzie się konkurs drużynowy (początek godz. 16:00), a w niedziele indywidualny (początek także o 16:00).

Liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata jest Tande (260 punktów), który wyprzedza Krafta (196 punktów), Karla Geigera (192 punkty) i Ryoyu Kobayashiego (190 punktów). Najlepszy z Polaków Kamil Stoch zajmuje 8. miejsce (120 pkt). Dawid Kubacki jest 9. (117 pkt), Maciej Kot 28. (30), Piotr Żyła 30. (27), Jakub Wolny 33. (19), a Stefan Hula 35. (15 pkt).

 

Polacy straszą butami

W najbliższy weekend w Wiśle odbędą się inauguracyjne konkursy nowej edycji Pucharu Świata w skokach narciarskich. Organizatorzy zapewniają, że w środę zakończą prace przy naśnieżaniu skoczni im. Adama Małysza. Mimo niesprzyjającej aury impreza nie jest zagrożona.

Odpowiedzialny za przygotowanie obiektu w Wiśle-Malince Andrzej Wąsowicz wyjaśniał w mediach, że wedle pierwotnego planu sztuczny śnieg, który skrzętnie gromadzono już od dłuższego czasu, służby techniczne miały zacząć rozprowadzać na zeskoku od niedzieli, lecz ze względu na wysokie temperatury przesunięto początek prac na poniedziałek. Minimalna ilość śniegu potrzebna do rozegrania zawodów to 1800 metrów sześciennych. Według przepisów FIS zeskok musi być pokryty co najmniej 30-centymetrową warstwą białego puchu. Wąsowicz zapewnia, że tego „towaru” ma więcej niż potrzeba. Dla uczestników zawodów skocznia zostanie otwarta dopiero na oficjalne treningi. W programie weekendowych zmagań kwalifikacje do niedzielnego konkursu indywidualnego rozpoczną się w piątek o 18:00, a konkurs w niedzielę zacznie się od 11:30. W sobotę zostanie natomiast rozegrany pierwszy w nowym sezonie konkurs drużynowy (początek godz. 16:00).

Od zakończenia rywalizacji w Letniej Grand Prix minęło kilka tygodni i aktualna forma skoczków jest wielką niewiadomą, ale polscy kibice już zostali pozytywnie „nakręceni” przez Adama Małysza. Nasz legendarny skoczek, a dzisiaj dyrektor sportowy w Polskim Związku Narciarskim, w okresie przygotowawczym puszczał do mediów kontrolowane przecieki o szykowanych przez naszą ekipę nowinkach technicznych. Wedle wieści kolportowanych przez Małysza jednym z najmocniejszych atutów naszych skoczków mają być buty. Po raz pierwszy w historii ten nader istotny element sprzętowego wyposażenia zawodników wyprodukowała na potrzeby naszej kadry polska firma Nagaba z Krapkowic. To spółka rodzinna działająca na rynku obuwniczym od 1993 roku. Butów narciarskich w swojej aktualnej ofercie nie mają, ale za namową Adama Małysza specjaliści z Nagaba podjęli wyzwanie i wykonali takie buty na potrzeby zawodników naszej kadry.

Po raz pierwszy Kamil Stoch, Dawid Kubacki i spółka założyli je podczas finałowego konkursu Letniego Grand Prix 2019 w Klingenthal. Wywołali tym sensację wśród rywali, bo wszyscy w tym środowisku doskonale wiedzą, jaką przewagę może dać nawet niewielka nowinka techniczna. Dodatkowym atutem jest już sam fakt uniezależnienia się od zagranicznych dostawców, bo sprzęt produkowany przez krajowe firmy to nie tylko korzyść psychologiczna, ale także organizacyjna. Buty dostarczane naszym kadrowiczom przez Nagabe są modelowane pod danego zawodnika i przez nich testowane.

To daje im ten komfort, że mogą je dopasować wedle swoich potrzeb. A dobre buty pomagają nie tylko w locie, ale też na rozbiegu. Inna korzyść jest taka, że każdy problem można w trakcie sezonu błyskawicznie rozwiązać, co w przypadku korzystania ze sprzętu produkowanego przez zagraniczne fabryki w zasadzie nie jest możliwe, bo takie firmy określają w kontraktach długie terminy dostaw i niechętnie wychodzą poza ustalenia.

Jak nowe buty wpłyną na postawę naszych skoczków, przekonamy się już w najbliższy weekend podczas pierwszych zawodów Pucharu Świata w Wiśle.

 

Koniec ery Horngachera

W Planicy nasi skoczkowie zwycięstwem w konkursie drużynowym przypieczętowali swój triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Narodów. Po niedzielnym konkursie indywidualnym Stefan Horngacher wreszcie ogłosił decyzję, której wszyscy się spodziewali. On wybrał pracę dla Niemców, a polską kadrę poprowadzi Czech Michal Doleżal.

Po trzech latach pracy z reprezentacją Polski trener Stefan Horngacher ogłosił, że nie przedłuży kontraktu z Polskim Związkiem Narciarskim i nie będzie już trenerem naszych skoczków. Od nowego sezonu austriacki szkoleniowiec będzie prowadził kadrę Niemiec. „Ogłaszam oficjalnie, że nie będę kontynuować pracy z polską kadrą. Chcę podziękować całemu zespołowi, moim współpracownikom, kolegom, zawodnikom, mojemu przyjacielowi Adamowi Małyszowi. Te trzy lata to był najlepszy okres w mojej karierze trenerskiej. Tym razem musiałem podjąć decyzję sercem, a ono jest w Niemczech, bo tam mam rodzinę i większe perspektywy na przyszłość. Na razie nie mogę powiedzieć nic na temat nowego kontraktu. Czekają mnie jeszcze spotkania i niemiecka strona wkrótce poda szczegóły. Zachowam jednak w pamięci wszystkie zdobyte medale i odniesione zwycięstwa z polskimi zawodnikami, zwłaszcza pierwsze w konkursie drużynowym w Klingenthal i to ostatnie, w sobotę w Planicy. Dziękuję bardzo wszystkim kibicom w Polsce za wieloletnia życzliwość” – powiedział na pożegnanie Horngacher.

Trzy lata spektakularnych sukcesów

Austriacki trener przejął kadrę Polski przed sezonem 2016-2017. Namówił go do tego Adam Małysz, który właśnie po czteroletniej przygodzie z rajdami samochodowymi wrócił na łono PZN w roli dyrektora sportowego. Była to ryzykowna decyzja, bo 46-letni wtedy Horngacher wcześniej nie prowadził samodzielnie żadnej kadry narodowej – był wyłącznie asystentem w Austrii i Niemczech. W sezonie 2004-2005 pracował w Polsce z zespołem B.

Nasz legendarny skoczek miał jednak nosa, bo zatrudnienie Horngachera okazało się jedną z najlepszych decyzji, jakie polski związek podjął w ostatnich latach. Już pierwszy rok jego pracy przyniósł fantastyczne wyniki. Na wysokim poziomie i na dodatek regularnie zaczęli skakać inni zawodnicy – Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot, Stefan Hula i Jakub Wolny, dzięki czemu polskie skoki nie stały już tylko Stochem, a nasza reprezentacja zaczęli się liczyć także w rywalizacji drużynowej.
Biało-czerwoni dwa lata temu w Lahti po raz pierwszy w historii wywalczyli drużynowe mistrzostwo świata, a Piotr Żyła w nieudanym dla Kamila Stocha konkursie indywidualnym wywalczył brązowy medal na dużej skoczni. W ubiegłym roku w Pjongczangu po złoty medal olimpijski sięgnął Kamil Stoch, zaś z kolegami wywalczył brąz w konkursie drużynowym. Ponadto Stoch zdobył „Kryształową Kulę” za triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, wygrał po raz drugi z rzędu Turniej Czterech Skoczni i triumfował w cyklu Raw Air.

W tegorocznych mistrzostwach świata w Seefeld mistrzem świata na małej skoczni został Dawid Kubacki, a Stoch zdobył srebrny medal. Pożegnalny sezon pod wodza Horngachera nasi skoczkowie kończą na pierwszym miejscu klasyfikacji Pucharu Narodów i trzema zawodnikami w pierwszej piątce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata (trzeci jest Stoch, czwarty Żyła, a Kubacki piąty).

Doleżal obiecuje, że będzie lepiej

Nowy trener polskiej kadry Michal Doleżal był asystentem Horngachera od 2016 roku, a wcześniej prowadził czeską kadrę B. Nowy selekcjoner biało-czerwonych przyznał, że prowadził rozmowy z Polskim Związkiem Narciarskim na temat przejęcia funkcji pierwszego trenera już od mistrzostw świata w Seefeld. „Odczuwam ekscytację i dużą odpowiedzialność, ale nie boję się takich wyzwań, bo mam bardzo mocny sztab współpracowników i wszyscy będziemy pracować tak, jak dotąd pracowaliśmy, a może nawet jeszcze lepiej. Jeśli chodzi o przygotowanie motoryczne, to będziemy kontynuować to, co robiliśmy wcześniej. Nie możemy stać w miejscu i mam nadzieję, że zawodnicy to zaakceptują. Mamy pewne pomysły, ale najpierw muszę je omówić z profesorem Haraldem Pernitschem. Dla mnie to bardzo ważne, że zostaje z nami i jest bardzo zmotywowany do dalszej pracy z polską kadrą. W przyszłym tygodniu spotkamy się całą grupą i będziemy planować pracę przed nowym sezonem”. – powiedział Doleżal.

Puchar Świata:
1. Ryoyu Kobayashi (Japonia) – 2085 pkt
2. Stefan Kraft (Austria) – 1349
3. Kamil Stoch – 1288
4. Piotr Żyła – 1131
5. Dawid Kubacki – 988
6. Robert Johansson (Norwegia) – 974
7. Markus Eisenbichler (Niemcy) – 937
8. Johann A. Forfang (Norwegia) – 892
8. Timi Zajc (Słowenia) – 833
10. Karl Geiger (Niemcy) – 765

22. Jakub Wolny – 328
40. Stefan Hula – 69
47. Maciej Kot – 25
67. Paweł Wąsek – 4

Puchar Narodów:
1. Polska – 6083 pkt
2. Niemcy – 5650
3. Japonia – 4813
4. Austria – 4530
5. Norwegia – 3936
6. Słowenia – 3736
7. Szwajcaria – 1467
8. Czechy – 1056
9. Rosja – 867
10. Finlandia – 396
11. Bułgaria – 134
12. USA – 18
13. Kanada – 18
14. Estonia – 12
15. Włochy – 7.

Stoch nawalił w drużynówce

W końcówce sezonu lider naszej kadry skoczków niespodziewanie obniżył poziom i jest daleki od formy prezentowanej w okresie poprzedzającym mistrzostwa świata w Seefeld, a nawet tej z austriackiego czempionatu, w którym zdobył indywidualnie srebrny medal na normalnej skoczni.

W norweskim cyklu zawodów Raw Air bronił trofeum wywalczonego przed rokiem, ale szybko stracił na to szansę, bo w Oslo był dopiero 13., w Trondheim 17., a w Lillehammer czwarty. W sobotę w Vikersund, gdzie Polacy rywalizowali w konkursie drużynowym, Stoch okazał się najsłabszym ogniwem w naszej reprezentacyjnej czwórce. Przed jego skokiem w pierwszej serii podopieczni Stefana Horngachera zajmowali drugą lokatę, z której spadli na szóstą. Niewiele lepiej poszło mu w serii finałowej. Piotr Żyła i Jakub Wolny ponownie oddali znakomite skoki, a swój kiepski wynik z pierwszej próby poprawił także Dawid Kubacki, dzięki czemu biało-czerwoni wywindowali się na trzecią pozycję. Niestety, nasz trzykrotny mistrz olimpijski znów się nie popisał i po jego słabiutkim skoku polski zespół spadł na czwarte miejsce. Po zawodach Stoch nie chciał rozmawiać z mediami i dopiero po jakimś czasie za pośrednictwem dziennikarza Eurosportu Kacpra Merka przeprosił za swoje zachowanie. „Mistrzem się jest, nie bywa. Kamil Stoch wrócił właśnie przeprosić kibiców, że nie jest w stanie dziś pogadać o swoich skokach. Prosił, żebyście nie byli źli” – przekazał Merk za pośrednictwem Twittera.

Jak zwykle w sytuacjach alarmowych do akcji wkroczył dyrektor sportowy PZN Adam Małysz. Nasz legendarny skoczek tak próbował tłumaczyć słabsze występy Stocha. „Nam wszystkim jest przykro. Kamil na pewno chciał skoczyć jak najlepiej. On się jednak trochę ostatnio pogubił i jego technika nie funkcjonuje jak należy. Dla takiego zawodnika jak on to trudna sytuacja. Wygląda na to, że Kamil chce w swoich skokach wszystko kontrolować i chyba to go blokuje. Nie ma luzu, który zawsze w nim był i przez to brakuje mu łatwości latania” – tłumaczy Małysz.

Stoch w pierwszej serii miał dopiero dziewiąty wynik w czwartej grupie, a w drugiej ósmy. To już, jak wyliczył serwis skijumping.pl, dziewiąty konkurs drużynowy, w którym słabsza postawa Stocha wpłynęła na wynik drużyny.
Z bardzo dobrej strony pokazał się za to Jakub Wolny, który podczas sobotniej „drużynówki” dwa razy bił swój rekord życiowy na mamuciej skoczni. Najlepszy w polskim zespole w konkursie drużynowym był jednak bezsprzecznie Piotr Żyła.

Przed niedzielnym konkursem indywidualnym (zakończył się po zamknięciu wydania) nasi skoczkowie nie liczyli się już w walce o triumf w cyklu Raw Air. W klasyfikacji generalnej najwyżej był Kubacki (szósty). Polacy mieli jednak o co walczyć w Pucharze Świata. Stoch o odzyskanie drugiej lokaty, a Żyła o miejsce na podium. Natomiast wszyscy nasi zawodnicy mieli za zadanie utrzymać topniejącą przewagę nad reprezentantami Niemiec w Pucharze Narodów. Biało-czerwoni prowadzili z dorobkiem 5289 pkt i mieli przewagę 370 pkt.

 

Horngacher chyba przekombinował

Stefan Horngacher stracił najważniejsze atuty w grze o posadę. Negocjując kontrakt z niemiecką federacją miał w odwodzie nie mniej intratna ofertę Polskiego Związku Narciarskiego. Teraz jednak sytuacja się zmieniła, bo PZN już znalazł ewentualnego następcę, a Niemcy z tego skorzystali i mocno zubożyli swoją wcześniejszą ofertę.

Prezes PZN Apoloniusz Tajner jeszcze w trakcie mistrzostw świata w Seefeld przyznał, że szanse na zatrzymanie Horngachera są niewielkie. Austriak trzymał jednak polskich pracodawców w szachu, bo mimo wcześniejszych obietnic nie zdradził swoich zamiarów. I chyba mocno tym zachowaniem wkurzył Tajnera i Adama Małysza, bo od poniedziałku w polskich mediach zaczęły pojawiać się informacje, że działacze PZN zaczęli intensywne poszukiwania nowego selekcjonera kadry skoczków. Wedle nich najpoważniejszym kandydatem na objęcie tej posady jest czeski asystent Horngachera Michal Doleżal.

Tymczasem szefowie niemieckiej federacji podczas negocjacji z Horngacherem zaczęli stawiać weto niektórym jego oczekiwaniom, co ponoć mocno zirytowało austriackiego trenera. Do tego stopnia, że zaczął na nowo rozważać przedłużenie kontraktu z Polakami. Problem w tym, że Tajner nie jest już dla niego taki miły. Owszem, oficjalnie podtrzymuje wersję, że nadal czeka na ostateczną decyzję Horngachera, ale po cichu wraz z Małyszem szykują się do zmiany. W sumie to będzie ona niewielka, bo cały sztab chce zostać, trzeba mu tylko zmienić głowę.

 

Chwała skoczkom

W zakończonych w niedzielę mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym w klasyfikacji medalowej triumfowała ekipa Norwegii, która zdobył aż 25 krążków, w tym 13 złotych. Polska z dorobkiem dwóch medali (złoto Dawida Kubackiego i srebro Kamila Stocha) zajęła czwarte miejsce.

Piątkowy konkurs na normalnej skoczni w Seefeld był ostatnią szansą Polaków na zdobycie medalu. Gwoli przypomnienia – na dużej skoczni w Insbrucku biało-czerwoni nie zdobyli żadnego trofeum. W konkursie indywidualnym najlepszy z nich Kamil Stoch był tylko piąty, a w „drużynówce” nasz zespół zajął czwarte miejsce. Nadzieje na medalowe zdobycze dawały jednak skoki treningowe i kwalifikacyjne na obiekcie w Seefeld. w czwartkowych kwalifikacjach Stoch był trzeci, a Kubacki czwarty. Z kolei na ostatnim treningu tuż przed zawodami Stoch osiągnął najlepszy wynik (104,5 m), Stefan Hula (100 m) był dziewiąty, Dawid Kubacki trzynasty, a Piotr Żyła skoczył dokładnie tyle samo co Kubacki (98 m), ale w znacznie korzystniejszych warunkach i dało mu to 21. pozycję.

Śnieg i wiatr pomieszały szyki

Casino Arena w Seefeld jest skocznią o punkcie K zlokalizowanym na 99. metrze. Jej aktualnym rekordzistą jest Marjan Jelenko ze Słowenii, który w 2010 roku skoczył tu 114,5 metra. Uwagę zwraca przede wszystkim rozmiar austriackiej skoczni. Dla porównania obiekt normalny, na którym rozgrywano konkurs mistrzostw świata przed dwoma laty w Lahti, punkt K ma umiejscowiony na 90. metrze, zaś jego wielkość zmierzono na 100 metrów. Identycznymi parametrami co do rozmiaru, charakteryzuje się też skocznia w Falun, gdzie zawodnicy przystąpili do wyścigu o tytuł mistrza świata w 2015 roku. W Seefeld mogliśmy więc oglądać wyjątkowo dalekie skoki jak na obiekt tej kategorii, ale nie pozwoliła na to wyjątkowo kapryśna aura.
Obfite opady śniegu wywróciły jednak do góry nogami hierarchię i skaczący na końcu najmocniejsi w stawce zawodnicy, w tym trójka Polaków – Stoch, Dawid Kubacki i Piotr Żyła – w fatalnych warunkach osiągała wyniki gorsze od startujących na początku w lepszych warunkach słabeuszy. Kubacki po pierwszej serii zajmował dopiero 27. miejsce, Stoch 18. Na niewiele zdawało się trzykrotne podnoszenie belki. Poza tym zmienił się gwałtownie kierunek wiatru. Gdy najlepsi Polacy oddawali swe skoki w I serii, zaczęło wiać z tyłu. „System nas rozłożył po raz kolejny. Patrząc na warunki, nasi praktycznie nie mieli szans. Chłopcy opowiadali, że trzymało ich na rozbiegu tak mocno, że to aż niewiarygodne. Na dodatek, zmienił się wiatr z przedniego na tylny i nie mieli z czego odlecieć. Pokazał to zresztą Geiger, który również był bezradny” – stwierdził wyraźnie wzburzony przebiegiem rywalizacji Adam Małysz.

Los nagrodził pokrzywdzonych
Ale w serii finałowej los nagle uśmiechnął się do pokrzywdzonych i wszystko się przewróciło do góry nogami. Kubacki z 27. miejsca awansował na pierwsze, a Stoch z 18. na drugie. Trzecie miejsce na podium zajął Austriak Stefan Kraft. Nic dziwnego, że po takich rozstrzygnięciach głębokie oburzenie zaczęli objawiać Niemcy, a burczeli nawet powściągliwi zwykle Japończycy, co nie dziwi, bo Ryoyu Kobayashi z pierwszego miejsca po pierwszej serii zleciał do drugiej dziesiątki. „Dla mnie to było niemożliwe, żeby pokonać tyle miejsc i zostać mistrzem świata. Te zawody były bardzo dziwne. Nigdy wcześnie nie widziałem czegoś takiego. Fatalna pierwsza seria, wydawało się, że nie mamy szans w drugiej, tymczasem wszystko się odwróciło. Wielkie gratulacje dla naszych zawodników” – powiedział po zawodach wyraźnie zadowolony trener naszej kadry Stefan Horngacher. Austriak nie omieszkał jednak dodać, że takich loteryjnych konkursów nikt nie potrzebuje, a przecież zawody można było przenieść na niedzielę. ”Pierwsza seria była niesprawiedliwa dla nas, druga dla Geigera, Kobayashiego i innych skoczków. Zawody były przez to nie fair” – przyznał austriacki szkoleniowiec.
Co kombinuje Horngacher?
W sobotę Stoch i Kubacki wystartowali raz jeszcze, w konkursie drużyn mieszanych. Obok świeżo upieczonych mistrza i wicemistrza świata w polskiej drużynie, która po raz pierwszy wzięła udział w zawodach tej rangi, znalazły się 17-letnia Kamila Karpiel i rok od niej starsza Kinga Rajda. Po pierwszej serii skoków biało-czerwoni, głównie rzecz jasna za sprawą znakomicie i daleko skaczących Kubackiego i Stocha, zajmowali sensacyjne trzecie miejsce, ale ostatecznie wywalczyli znakomite szóste miejsce (na trzynaście startujących w zawodach ekip). Dzięki temu nasze młode skoczkinie otrzymają za zdobycie punktowanego miejsca w mistrzostwach świata stypendium i będą miały lepsze warunki do treningów. Kto wie, może w następnym czempionacie nasza drużyna będzie już w stanie powalczyć o medale. A w Seefeld złoty medal zdobyła reprezentacja Niemiec, srebrny Austriacy, a brązowy medal Norwegowie.

Przyzwoity wynik uzyskał też w rywalizacji drużynowej nasza drużyna kombinatorów norweskich w składzie: Adam Cieślar, Paweł Twardosz, Paweł Słowiok i Szczepan Kupczak, która zajęła ósme miejsce. Wygrali Norwegowie, przed Niemcami i Austriakami. Nasi zawodnicy nie kryli jednak radości, bo rok temu w olimpijskim starcie w Pjongczangu zajęli dziewiąte miejsce. Do ósmego, które zapewnia prawa do stypendium, zabrakło im niespełna 11 sekund. Dla nich głównym celem w austriacki czempionacie było właśnie ósme miejsce. Ciekawe, czy mając już stypendium poprawią ten wynik.

A polscy kibice wciąż czekają na informację, co dalej z Horngacherem. Mimo zapowiedzi austriacki trener po mistrzostwach nie zdradził swoich planów na przyszłość.

 

Biało-czerwoni do Seefeld bez Kota

Rywalizacja w zawodach Pucharu Świata w Willingen była ostatnim testem przed rozpoczynającymi się w środę mistrzostwami świata w Seefeld. Biało-czerwoni w Willingen zdeklasowali rywali w konkursie drużynowym, dobrze wypadli też w dwóch konkursach indywidualnych. Z kadry wypadł najsłabszy w niej Maciej Kot.

Przed dwoma laty w mistrzostwach świata w Lahti nasi skoczkowie w składzie Kamil Stoch, Piotr Żyła, Dawid Kubacki i Maciej Kot, zdobyli złoty medal w konkursie drużynowym, zaś indywidualnie krążek wywalczył tylko Piotr Żyła, zajmując trzecie miejsce na dużej skoczni. W obu konkursach indywidualnych zwyciężył Austriak Stefan Kraft, a srebro w obu zagarnął Niemiec Andreas Wellinger. Brąz na małej skoczni wywalczył inny z niemieckich skoczków, Markus Eisenbichler.

Kobayashi faworytem MŚ 2019

W tegorocznej edycji światowego czempionatu faworytem jest sensacyjny lider Pucharu Świata Japończyk Ryoyu Kobayashi, który wprawdzie w Willingen w piątkowej „drużynówce” okazał się gorszy od trójki Polaków (Jakuba Wolnego, Piotra Żyły i Kamila Stocha), a w sobotę w konkursie indywidualnym przegrał z Niemcem Karlem Gaigerem i Stochem, na zakończenie Willingen Five w niedzielę dał wszystkim rywalom prawdziwy pokaz mocy. Z naszych skoczków walkę z Japończykiem tym razem do końca toczył tylko Piotr Żyła, który wywalczył ostatecznie trzecie miejsce i w końcu po serii czwartych lokat stanął na podium w Pucharze Świata. Kobayashi wygrał drugi konkurs PŚ w Willingen i zarazem drugą edycję cyklu Willingen Five, w której nagroda dla triumfatora była premia w wysokości 25 tys. euro. Drugą pozycje zajął Markus Eisenbichler, piąty był Dawid Kubacki, a lider naszej kadry Kamil Stoch zakończył zmagania na siódmym miejscu.

Po niedzielnych zawodach trener biało-czerwonych Stefan Horngacher ogłosił skład kadry na mistrzostwa świata w Seefeld. Wśród pięciu wybranych przez niego skoczków nie znalazł się członek złotej drużyny z Lahti Maciej Kot. Decyzja austriackiego szkoleniowca nie była jakimś wielkim zaskoczeniem, bo w obecnym sezonie Kot odstaje od reszty kadrowiczów i tej opinii nie zmienia nawet to, że w niedzielę w Willingen wreszcie przebił się do drugiej serii. Zajął w niej ostatnie, 30. miejsce. Tym razem okazał się lepszy od 34. w klasyfikacji Stefana Huli, lecz mimo to to jego starszy kolega dostał powołanie. Horngacher najwidoczniej uznał, że lepiej mieć w rezerwie zdecydowanie równiej skaczącego Hulę, niż wciąż bezskutecznie poszukującego dawnej formy Kota. W przypadku jakiejś niedyspozycji Stocha, Kubackiego, Żyły czy Wolnego Hula daje w tej chwili większą gwarancję, że nie zawali konkursu drużynowego. Tak na marginesie, Kot nie miał pretensji do Horngachera za odstrzelenie z kadry tuż przed najważniejszą imprezą sezonu i bez szemrania zgodził się wystartować w zawodach Pucharu Kontynentalnego.

Zanim trener podejmie decyzję

Taka postawa zawodnika, który mimo wszystko mógł poczuć się pokrzywdzony, dużo mówi o stosunkach jakie panują w polskiej kadrze pod austriackimi rządami. Dyrektor sportowy PZN Adam Małysz niedawno w jednym z wywiadów wyjawił, że Horngacher przyznał się szczerze swoim podopiecznym, że faktycznie dostał intratną ofertę z niemieckiej federacji, ale zapewnił ich, że decyzję co do swojej przyszłości podejmie dopiero po mistrzostwach świata w Seefeld, a może nawet dopiero po zakończeniu sezonu, a póki co będzie pracował z polską reprezentacją na sto procent. Dał też im jasno do zrozumienia, że tego samego oczekuje też od nich.

Mistrzostwa w Seefeld rozpoczną się w środę 20 lutego i potrwają do 3 marca. Skoczkowie pierwszą walkę o medale stoczą w sobotę 23 lutego na dużej skoczni (HS130). Dzień później zostanie rozegrany na tym samym obiekcie konkurs drużynowy, w którym mamy prawo spodziewać się medalu, także z najcenniejszego kruszcu. Podstawę do optymizmu daje choćby miażdżące zwycięstwo biało-czerwonych w Willingen. W piątek 1 marca odbędzie się konkurs indywidualny na małej skoczni (HS109).

 

Najazd skoczków na Sapporo

Kadra polskich skoczków na dwa konkursy w Sapporo wyruszyła w najmocniejszym składzie. Nasi skoczkowie po niezbyt udanym występie w Zakopanem muszą teraz w Japonii powalczyć o utrzymanie wysokich pozycji w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Biało-czerwoni po słabym występie na Wielkiej Krokwi w Zakopanem muszą odrabiać straty i do Japonii polecieli w najmocniejszym składzie. Na pokład czarterowego samolotu wsiedli zatem Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot, Stefan Hula i Jakub Wolny. Ostatnie konkursy w Japonii były bardzo udane dla Polaków. W 2017 roku zakończyły się podwójnym zwycięstwem Polaków – pierwszego dnia zwyciężył Maciej Kot ma spółkę ze Słoweńcem Peterem Prevcem, a drugiego najlepszy w stawce był Kamil Stoch. W ubiegłym roku zawodów Pucharu Świata w Sapporo nie organizowano.
W tym roku gwiazdą zawodów w Kraju Kwitnącej Wiśni będzie rzecz jasna idol japońskich kibiców, lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata Ryoyu Kobayashi. W Zakopanem Japończyk co prawda sprawiał wrażenie, jakby złapał zadyszkę, ale drugim skokiem w niedzielnym konkursie indywidualnym dał sygnał, że nadal może daleko skakać.

Na swoim terenie japoński skoczek na pewno będzie chciał pokazać, że jego przewaga z pierwszej części sezonu nie była dziełem przypadku. Tak więc Kamil Stoch raczej w Sapporo nie zniweluje ogromnej różnicy punktowej (504 pkt) jaka dzieli go w „generalce od Kobayashiego. Ale celem naszej ekipy jest utrzymanie stanu posiadania – trzeciego miejsca Piotra Żyły i piątej lokaty Dawida Kubackiego.

W Sapporo nie wystartuje Norweg Daniel Tande. Trzeci zawodnik ubiegłego sezonu zdobył do tej pory zaledwie 17 punktów. Trener Alexander Stoeckl nie zabrał go do Predazzo i Zakopanego, teraz także do Sapporo. Niemcy z kolei są niemile zaskoczeni kiepską formą Andreasa Wellingera. Złoty i srebrny medalista olimpijski z Pjongczangu zaczął sezon od drugiego miejsca w Kuusamo, potem popadł w przeciętność. Kryzys dopadł też Petera Prevca. Słoweniec, który trzy sezony temu wygrał 15 konkursów, jest cieniem samego siebie. Do Sapporo nie przyjedzie też rewelacyjny jeszcze kilka tygodni temu Rosjanin Jewgienij Klimow.

Zmagania w Sapporo rozpoczną się w piątek 25 stycznia od serii treningowej (początek godz. 8:00 czasu polskiego), a o godz. 10:00 rozpoczną się kwalifikacje do sobotniego konkursu. Początek sobotnich zawodów zaplanowano na godz. 8:00, do których seria próbna zacznie się godzinę wcześniej. Wyzwaniem dla fanów skoków narciarskich w Polsce będzie konkurs niedzielny, do którego kwalifikacje rozpoczną się godzinę po północy polskiego czasu, a o 2:00 zacznie się konkurs indywidualny.