Skoki narciarskie: Tylko Żyła wraca z tarczą z Oberstdorfu

W Oberstdorfie w polskiej ekipie skoczków królem polowania na medale mistrzostw świata był Piotr Żyła. Zdobył złoto na normalnej skoczni, najlepiej też wypadł z biało-czerwonych w piątkowym konkursie indywidualnym na dużej skoczni oraz w sobotnim konkursie drużynowym. Trzeba też oddać honor pozostałym kadrowiczom, zwłaszcza Kamilowi Stochowi, który w „drużynówce” przełamał kryzys formy. Nasi skoczkowie byli bliscy złotego medalu, ale brązowy to też sukces.

Po środowych treningach, w których nie brali udziału pewniacy Stoch, Żyła i Kubacki, trener naszej kadry Michal Doleżal z trójki Klemens Murańka, Jakub Wolny i Andrzej Stękała, jako czwartego w naszej ekipie wyznaczonej do startu w zawodach na dużej skoczni wybrał Stękałę. Kwartet biało-czerwonych bez większych problemów przebrną przez czwartkowe kwalifikacje. Najlepiej spisał się Żyła, a w czołowej dziesiątce zameldował się jeszcze Kubacki. Stoch i Stękała zajęli miejsca w drugiej dwudziestce. Podczas obu prób konkursowych panowały fatalne warunki atmosferyczne (padał gęsty śnieg i wiał zmienny wiatr) dawały się skoczkom mocno we znaki także podczas konkursu. Jedni sobie z nimi radzili lepiej, jak Kraft, który z wynikiem 132,5 m objął prowadzenie, inni gorzej, jak Japończyk Ryoyu Kobayashi, który przy lądowaniu wjechał nartami w sypki śnieg i zaliczył upadek. Na szczęście wstał i o własnych siłach opuścił zeskok. Z Polaków po pierwszej serii najwyżej w klasyfikacji był Żyła, któremu odległość 130,5 m dała piątą lokatę. Taką samą odległość uzyskał Kubacki, ale jemu odjęto jeszcze więcej punktów niż Żyle i dlatego znalazł się na ósmej pozycji. Stoch z wynikiem 120 m zajmował 22. lokatę, a 121,5 m uzyskane przez Stękałę dało mu 24. miejsce.
W drugiej serii wszyscy nasi skoczkowie poprawili swoje wyniki. Stękała zaliczył 122,5 m i ostatecznie zakończył występ na 21. pozycji. Stoch poszybował na odległość 129,5 m i awansował na 19. miejsce, ale rzecz jasna trzykrotny mistrz olimpijski nie mógł być z tego osiągnięcia zadowolony. To nie były dla niego udane mistrzostwa i nie był w stanie ukryć głębokiej frustracji z powodu słabej formy. „Coś się ewidentnie zacięło i nie potrafię znaleźć recepty, chociaż walczę z każdym skokiem. Nic jednak nie rusza do przodu. Z mojej strony zrobiłem, co się dało, ale to nic, bo dalej jestem tam, gdzie jestem. Jeśli trener zdecyduje się mnie wystawić w drużynówce, zrobię, co będę mógł. Umiem tyle, co mogą państwo zobaczyć” – przyznał zgnębiony niepowodzeniem Stoch.
Szansy na dobry wynik w drugim skoku zniweczył natomiast Kubacki. Inna sprawa, że nie wszystko było jego winą. Nasz skoczek został cofnięty z belki startowej, a gdy ponownie się na niej pojawił, dostał sygnał do startu zanim służby techniczne zdążyły odśnieżyć należycie tory. No i Kubacki pojechał zbyt wolno jak na jego potrzeby, przez co zaliczył tylko 119 m i ostatecznie spadł na 15. miejsce. Na placu boju pozostał więc tylko Żyła, który uzyskał znakomity rezultat 137 m, lecz sędziowie tak zamieszali z bonifikatami za wiatr, że Polaka wyprzedził trzeci w klasyfikacji końcowej Niemiec Karl Geiger, chociaż skoczył tylko 132 metry, potem drugi na podium Norweg Robert Johannson (135,5 m), a na końcu zwycięzca konkursu Austriak Stefan Kraft (134 m). „Piotrek miał dobre warunki, dlatego odjęto mu dużo za wiatr w drugiej serii. Przeliczniki też nigdy nie są w stu procentach sprawiedliwe. One często działają z opóźnieniem. Raz się ma to szczęście, raz nie – mówił nasz były skoczek. Dwa lata temu w Seefeld na skoczni normalnej w podobnych warunkach to Kubacki cieszył się ze złota, a drugi był Stoch. Pogoda teraz była podobna jak wtedy, lecz tym razem nie my mieliśmy szczęście” – podsumował sobotni konkurs szef polskiej misji w Oberstdorfie Adam Małysz.
Łączny wynik całego naszego kwartetu w konkursie indywidualnym nie rokował najlepiej przed sobotnią „drużynówką”, ale w konkursie nasi skoczkowie spisali się nadspodziewanie dobrze, zwłaszcza Stoch i Stękała. Trener Doleżal trochę zaskoczył wystawiając w pierwszej grupie skoczków Żyłę, po nim Stękałę i Stocha, a na końcu Kubackiego. Niewykluczone, że po cichu potem tego żałował, bo Żyła w obu skokach konkursowych szybował najdalej z całej stawki, a w drugiej serii przed skokami ostatniej grupy zawodników biało-czerwoni po świetnych próbach Żyły, Stękały i Stocha wyszli na prowadzenie. Niestety, Kubacki nie miał tego dnia takiej mocy jak Żyła, który w obu próbach zaliczył po 139 metrów. Skoczył tylko 127 metrów i nasza zespół z pierwszego miejsca spadł na trzecie. Złoto zdobyli Niemcy, srebro Austriacy.
Trudno jednak wybrzydzać, bo oba medale dla Polski w tegorocznych mistrzostwach świata (złoto Piotra Żyły na skoczni normalnej i brąz w konkursie drużynowym) to wyłącznie zasługa skoczków. Nasza ekipa w klasyfikacji medalowej zajęła dzięki temu siódmą lokatę.

MŚ 2021 w narciarstwie klasycznym: Pogoda i wirus szaleją w Oberstdorfie

W środę 24 lutego rozpoczynają się w Oberstdorfie mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym i potrwają do 7 marca. Polacy w rywalizacji skoczków, biegaczy narciarscy w kombinacji norweskiej na medale mogą liczyć jedynie na tych pierwszych. Impreza z powodu panującej w Niemczech wiosennej pogody oraz wprowadzonych w tym kraju ostrych obostrzeń epidemicznych zapowiada się na trudne organizacyjne wyzwanie.

Mistrzowskiego tytułu na skoczni normalnej będzie bronił Dawid Kubacki. Kamil Stoch w poprzednim światowym czempionacie w Seefeld wywalczył srebrny medal, ale lider naszej kadry zawsze celuje w najcenniejsze trofea. Rywale są jednak w tym sezonie bardzo mocni, zwłaszcza Norweg Helvor Granerud i Niemiec Markus EisenBichler, więc zdobyć w Oberstdorfie medale z najcenniejszych kruszców będzie bardzo trudno. Największe szanse na to nasi skoczkowie mają chyba w konkursie drużynowym, chociaż realna ocena sił wskazuje, że na wyprzedzenie Norwegów i Niemców raczej w tej chwili ich nie stać, ale o miejsce na najniższym stopniu podium są w stanie powalczyć z ekipami Austrii, Japonii i Słowenii. Trudno jednak w tej chwili cokolwiek prorokować, bo prognozy pogody pokazują, że do Oberstdorfu zawitała przedwczesna wiosna, a od poniedziałku temperatury przekraczają 10 stopni Celsjusza, a w czwartek ma być nawet 17 stopni na plusie. Pogoda okaże się łaskawsza dla organizatorów i uczestników mistrzostw dopiero dwa dni później, akurat gdy do rywalizacji na skoczni normalnej przystąpią mężczyźni. Temperatura ma spaść do pięciu stopni na plusie, a siła wiatru ma nie przekraczać 1 m/s.
Z powodu wprowadzonych przez niemieckie władze obostrzeń epidemicznych związanych z nową fala pandemii koronawirusa, po raz pierwszy od lat na mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym nie wybrali się działacze Polskiego Związku Narciarskiego. Cały ciężar zarządzania reprezentacją Polski na tej imprezie spadł więc na barki Adama Małysza, który został obarczony rola szefa polskiej misji. „Nie będzie to dla mnie nowość, bo już taką funkcję pełniłem w czasie mistrzostwa świata juniorów” – zapewnia Małysz. Nasz legendarny skoczek narciarski ma wiele zastrzeżeń do organizatorów mistrzostw. Wcześniej testy PCR na obecność koronawirusa miano robić uczestnikom mistrzostw co 4-6 dni, ale w związku z tym, że zaczynają się pojawiać mutacje tego wirusa, niemieckie służby epidemiczne wydały zarządzenie, że wszyscy bez wyjątku uczestnicy światowego czempionatu w Oberstdorfie muszą dodatkowo wykonywać co dwa dni szybkie testy antygenowe. „To masakra, co oni wymyślili. Wszyscy już mają dosyć tego ciągłego testowania, a tu dokładają jeszcze kolejne. Nie wiem, co chcą udowodnić, bo przecież te testy są robione na bieżąco. To wszystko kosztuje niemałe pieniądze. W tym momencie moim zdaniem to już zaczyna robić się z tego jakiś biznes” – uważa Adam Małysz. I dodaje: „Przecież skoro mamy robić testy co dwa dni i do tego płacić za nie horrendalne kwoty, może lepiej było odwołać te mistrzostwa skoro mają obawy”.
Małysz obawia się też tego, że wprowadzenie dodatkowych testów doprowadzi do pomyłek, które mogą nawet wypaczyć przebieg rywalizacji. Mogą przecież pojawić wyniki niejednoznaczne, jak miało to miejsce w przypadku Klemensa Murańki przed Turniejem Czterech Skoczni. Ciekawe kogo taki pech dopadnie podczas czempionatu w Oberstdorfie…

Nie ma następców Kamila Stocha

Nasi skoczkowie nie popisali się w miniony weekend na Wielkiej Krokwi. W konkursie drużynowym pewne zwycięstwo zaprzepaścił słabym drugim skokiem Andrzej Stękała, ale następnego dnia zrehabilitował się dobrym występem w konkursie indywidualnym. Adam Małysz był tak zadowolony z jego postawy, że publicznie go pochwalił.

W sobotnim konkursie drużynowym na Wielkiej Krokwi biało-czerwoni przegrali przez Stękałę walkę o pierwsze miejsce z Austriakami, ale w niedzielę ten 25-letni skoczek w konkursie indywidualnym zajął piątą lokatę i był najlepsze z szóstki startujących polskich skoczków (Piotr Żyła został zdyskwalifikowany po piątkowych kwalifikacjach) – Kamil Stoch zakończył zawody na 11. miejscu, Dawid Kubacki na 15., Klemens Murańka na 27., Paweł Wąsek na 28., a Jakub Wolny na 33. Ale trener Michal Doleżal na następny turniej PŚ w Lahti do siedmioosobowej reprezentacji włączył Aleksandra Zniszczoła, lecz nie za najsłabszego w Zakopanem Wolnego, tylko za Murańkę.
Mimo słabszego występu na Wielkiej Krokwi pozycja w reprezentacji Polski „żelaznego tercetu”, czyli Stocha, Kubackiego i Żyły, wciąż jest dominująca, a reszta z liczącej 13 zawodników kadrze skoczków na razie jest skazana na walkę o czwarte miejsce w drużynie i cztery miejsca w ekipie na zawody Pucharu Świata. Na razie nie widać w tym gronie zawodnika, który mógł przerwać hegemonię weteranów kadry, co w perspektywie kolejnych sezonów powinno niepokoić zwłaszcza obecnego dyrektora sportowego Polskiego Związku Narciarskiego Adama Małysza, a jeśli wierzyć plotkom, także przyszłego następcy Apoloniusza Tajnera na fotelu prezesa PZN.
Piotr Żyła ma już 34 lata, Kamil Stoch 33., a Dawid Kubacki 30. Tak dla przypomnienia – Adam Małysz zakończył swoją piękną sportową karierę w wieku 34 lat, co rzecz jasna nie obliguje wymienionej trójki do pójścia jego śladem, ale w perspektywie kilku najbliższych lat kadrę polskich skoczków czeka pokoleniowa wymiana. Problem w tym, że jak na razie za plecami „żelaznego tercetu” nie widać zawodnika z potencjałem na nową gwiazdę zdolną nawiązać do sukcesów Małysza, Stocha i Kubackiego.
Gdy Małysz schodził ze sceny, to już na niej jaśniała gwiazda Kamila Stocha. Teraz takiego przekazania pałeczki raczej nie będzie, bo nie mamy skoczka o zbliżonym choćby talencie do Małysza i Stocha. A bez takiego zawodnika trudno będzie utrzymać popularność tej dyscypliny sportu, czego najlepszym dowodem jest gwałtowny spadek zainteresowania biegami narciarskim odkąd karierę zakończyła Justyna Kowalczyk. 25-letni Andrzej Stękała na razie jest jedynie halabardnikiem w ekipie biało-czerwonych, jak przed nim był Maciej Kot, Stefan Hula i Jakub Wolny. W PZN zrodził się ostatnio pomysł zorganizowania w Polsce zawodów na wzór Turnieju Czterech Skoczni czy norweskiego Row Air. Miałby to być cykl zawodów na skoczniach w Szczyrku, Wiśle i Zakopanem.
Pomysł świetny, pewnie nawet znajdą się sponsorzy gotowi ufundować godziwe nagrody, ale żeby impreza zarobiła furorę wśród polskich kibiców, musimy mieć swoich gwiazdorów.

Stoch drażni rywali, ale czasem też przegrywa

Sobotni konkurs Pucharu Świata w Titisee-Neustadt był pod względem osiągnięć polskich skoczków drugim najlepszym ich występem w historii. Reprezentanci Polski w sumie zdobyli 268 punktów do klasyfikacji PŚ i umocnili się na prowadzeniu w Pucharze Narodów. Wygrał Kamil Stoch, trzecie miejsce zajął Piotr Żyła, piąte Andrzej Stękała, siódme Dawid Kubacki, a jedenaste Jakub Wolny. W niedzielę biało-czerwonym poszło już jednak znacznie gorzej.

W historii starów polskich skoczków w Pucharze Świata zdarzył się tylko jeden lepszy konkurs od sobotniego w Titisee-Neustadt – w szwajcarskim Engelbergu w 2013 roku biało-czerwoni wywalczyli w sumie 280 punktów. Gdyby nie słabszy skok Kubackiego w drugiej serii, przez który spadł z pierwszego miejsca po pierwszej kolejce na siódme miejsce, pewnie rekordowe osiągnięcie sprzed ośmiu lat zostałoby poprawione. Ale i tak w polskiej ekipie po sobotnim konkursie panował szampański nastrój. Cieszył się zwłaszcza Kamil Stoch, który wygrał trzeci konkurs z rzędu. Był to zarazem jego 39. zwycięstwo w zawodach Pucharu Świata, a to oznaczało, że trzykrotny mistrz olimpijski właśnie wyrównał osiągnięcie Adama Małysza. W klasyfikacji wszech czasów w liczbie turniejowych zwycięstw od dwójki polskich skoczków lepsi są tylko Austriak Gregor Schlierenzauer z 53 zwycięstwami oraz Fin Matti Nykaenen, który wygrywał 46 razy. Stoch nie manifestował jednak przesadnie radości z dorównania w liczbie triumfów legendzie polskich skoków, wolał podkreślać to, że znów odrobił straty w klasyfikacji Pucharu Świata do liderującego Halvora Egnera Graneruda. Norweg po sobotnim konkursie przewodził stawce z dorobkiem 848 punktów, drugą lokatę zajmował Niemiec Markus Eisenbichler (634 pkt), ale kolejne trzy miejsca okupowali już nasi skoczkowie – trzeci Kamil Stoch miał na koncie 608 pkt, czwarty Piotr Żyła 454 pkt, a piąty Dawid Kubacki 433 pkt. Kolejne miejsca w czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej PŚ po sobotnim konkursie zajmowali: Słoweniec Anze Lanisek (350 pkt), Niemiec Karl Geiger (361 pkt), Norweg Robert Johansson (324 pkt), Japończyk Yukiya Sato (281 pkt) i Austriak Daniel Huber (260 pkt). W czołowej „30” klasyfikacji mieliśmy jeszcze dwóch zawodników – 13. lokatę zajmował Andrzej Stękała (240 pkt), a 30. Aleksander Zniszczoł (76 pkt).
W klasyfikacji Pucharu Narodów biało-czerwoni po sobotnim konkursie umocnili się na prowadzeniu z dorobkiem 2286 punktów. Druga w zestawieniu ekipa Norwegii miała na koncie 2144 pkt, zaś zajmująca trzecią lokatę drużyna Niemiec 1933 pkt. Czwarta w klasyfikacji Austria (1353 pkt) i piąta Słowenia (1047 pkt) de facto odpadły już z wyścigu o zwycięstwo w rywalizacji drużynowej. „Zrobiliśmy bardzo duży postęp. Michał nie tylko kontynuuje pracę Stefana Horngachera, ale moim zdaniem uczeń przerósł mistrza. Wprowadził pewne eksperymentalne metody, których Horngacher mógłby się nawet trochę bać. Ale ma nasze pełne wsparcie. Przyznam jednak, że nie spodziewałem się tego, co jest teraz” – przyznał Adam Małysz na antenie TVP Sport.
Wygląda na to, że sukcesy polskich skoczków zaskoczyły też organizatorów niemieckich konkursów. Wszyscy pamiętamy jakie szopki urządzili naszej ekipie przed pierwszym konkursem w Turnieju Czterech Skoczni w Oberstdorfie. W Titisee-Neustadt cyrku z testami na obecność Covid-19 wprawdzie nie zrobiono, ale podczas ceremonii dekoracji Kamila Stocha za zwycięstwo w sobotnim konkursie nie odegrano jak jest to w zwyczaju hymnu kraju, z którego pochodzi zwycięzca. Organizatorzy głupio się później tłumaczyli, że przez czyjeś niedopatrzenie nie mieli pod ręką nagrania „Mazurka Dąbrowskiego”. To kuriozalna sytuacja, bo przecież polski zespół to nie tylko w tym sezonie zalicza się do ścisłej czołówki, a na dodatek Stoch przyjechał do Titisee-Neustadt jako triumfator Turnieju Czterech Skoczni, który zwyciężył tam w dwóch ostatnich konkursach – w Innsbrucku oraz Bischofshofen. Należało zatem przewidzieć, że skoro jest w takiej wielkiej formie, może także triumfować Titisee-Neustadt. Tym bardziej, że ta skocznia należy do ulubionych przez polskich skoczków, którzy odnieśli na niej więcej zwycięstw, niż zawodnicy jakiejkolwiek innej nacji.
Stoch nie krył rozczarowania wpadką organizatorów z hymnem i trochę żartobliwie zapowiedział, żeby w niedzielę już płytę z polskim hymnem mieli pod ręką, bo ten konkurs też zamierza wygrać . Wiatr tego dnia mu jednak nie sprzyjał i już po pierwszej serii było wiadomo, że nie znajdzie się nawet w czołowej dziesiątce konkursu. W drugiej próbie poprawił się o kilka lokat i z 23. miejsca zdołał awansować na 17. Najlepiej z naszych zawodników spisał się Dawid Kubacki, który ukończył niedzielne zawody na szóstej pozycji, Jakub Wolny na dziewiątej, Piotr Żyła na 16., Andrzej Stękała na 21., a Aleksander Zniszczoł na 28. Konkurs zakończył się podwójnym triumfem norweskich skoczków – wygrał Halvor Egner Granerud, przed Andre Danielem Tande, Austriakiem Stefanem Kraftem, Niemcem Marcusem Eisenbichlerem i kolejnym Norwegiem, Mariusem Lindvikiem.

Granerud, któremu organizatorzy bez problemu odegrali hymn podczas dekoracji, odskoczył rywalom w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Norweski skoczek prowadzi z dorobkiem 948 pkt, przed Eisenbichlerem (684), Stochem (622), Kubackim (473), Żyłą (469) i Karlem Geigerem (391). W Top 30 klasyfikacji generalnej PŚ mamy jeszcze 14. Stękałę (250 pkt), i 30. Zniszczoła (79), ale Wolny z dorobkiem 69 pkt awansował na 34. miejsce.

Kolejne zawody Pucharu Świata już w najbliższy weekend odbędą się w Zakopanem – w sobotę zostanie rozegrany konkurs drużynowy, a w niedzielę indywidualny. Biało-czerwoni mimo słabszego utrzymali prowadzenie w klasyfikacji Pucharu Narodów.

Polacy wśród faworytów Turnieju 4 Skoczni

Od 28 grudnia zaczną się zmagania w 69. edycja Turnieju Czterech Skoczni na obiektach w Oberstdorfie, Garmisch-Partenkirchen, Innsbrucku i Bischofshofen. Do 6 stycznia najlepsi skoczkowie walczyć będą na nich o „Złotego Orła”. Wśród faworytów wymienia się dwóch polskich triumfatorów tych zawodów – Kamila Stocha i Dawida Kubackiego.

Trener reprezentacji Polski Michal Doleżal do startu w tej edycji Turnieju Czterech Skoczni mógł wystawić siedmiu zawodników. Zdecydował się postawić na Kamila Stocha, Dawida Kubackiego, Piotra Żyłę, Andrzeja Stękałę, Klemensa Murańkę, Aleksandra Zniszczoła oraz Macieja Kota. W historii T4S Polacy triumfowali do tej pory czterokrotnie. W 2001 roku „Złotego Orła” za zwycięstwo w turnieju sięgnął Adam Małysz, potem dwukrotnie z rzędu w niemiecko-austriackim turnieju triumfował Kamil Stoch, w 2017 i 2018) roku, a w edycji 2019/2020 zwyciężył Dawid Kubacki.
W poprzedni weekend w końcu z dobrej strony w tym sezonie Pucharu Świata pokazał się Kamil Stoch. 33-latek w pierwszym indywidualnym konkursie w Engelbergu zajął drugie miejsce, a dzień później był siódmy. Zdaniem Andreasa Goldbergera, Stoch jest jednym z faworytów do wygrania Turnieju Czterech Skoczni. Legendarny austriacki skoczek przypomniał, że Stoch ma rzadką umiejętność mobilizowania się na najważniejsze imprezy. „Gdy zobaczyłem jak skacze w Engelbergu, od razu przypomniały mi się jego zwycięskie starty w poprzednich latach. Wtedy także zaczynał łapać wielką formę właśnie tuż przed rozpoczęciem Turnieju Czterech Skoczni. Kamil ma 33 lata i niesamowite doświadczenie, ale poza tym to człowiek na duże imprezy, który potrafi skupić się na zadaniach jak nikt inny. I to jest ogromną zaletą podczas takich wyczerpujących i wymagających długiej koncentracji imprezach” – podkreślił Goldberger w wywiadzie dla portalu chiemgau24.de. Nam nawet nie wypada kwestionować jego opinii, bo po pierwsze – chcielibyśmy żeby okazały się trafne, zaś po drugie – triumfator TCS z 1993 i 1995 roku zapewne dostrzega takie niuanse, których być może nie zauważają nawet szkoleniowcy polskiej kadry. Austriacki mistrz podkreślił też inną rzecz, taką mianowicie, że na końcowy wynik Stocha w tegorocznym T4S decydujący wpływ będą miały jego rezultaty osiągnięte w pierwszym konkursie w Oberstdorfie. „Dla Stocha jest niezmiernie ważne, by dobrze rozpocząć zmagania. Jeśli mu się to uda, jego pewność siebie będzie odpowiednio wysoka. Uważam, że on może wygrać po raz trzeci TCS”– zapewnia z przekonaniem Andreas Goldberger.
Inni eksperci wśród faworytów umieszczają też drugiego z naszych skoczków, Dawida Kubackiego, zwycięzcę poprzedniej edycji, który co prawda w tym sezonie jeszcze niczym specjalnym nie zachwycił, ale cały czas plasuje się w czołówce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata i w ostatnich zawodach plasował się w czołowej dziesiątce.
Ale Polacy rzecz jasna obaj Polacy nie są głównymi faworytami do wygrania całej imprezy. Na tej liście numerem jeden jest oczywiście lider klasyfikacji generalnej PŚ Norweg Halvor Egner Granerud, a zaraz za nim Niemcy Markus Eisenbichler i Karl Geiger, Słoweniec Anze Lanisek i Japończyk Yukiya Sato. Gwoli przypomnienia – w poprzedniej edycji za zwycięskim Dawidem Kubackim na podium stanęli Norweg Marius Lindvik i Karl Geiger, a Stoch był dopiero 13., Eisenbichler 15., Saro 19., Lanisek 21., a Granerud w ogóle nie startował.
W ramach Turnieju Czterech Skoczni rozegrane zostaną cztery konkursy, które będą jednocześnie zaliczane do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Wszystkie kwalifikacje do zawodów, których wyniki decydują o zestawieniu par KO, pokaże na żywo stacja Eurosport 1. Z kolei wszystkie cztery konkursy turnieju będzie można obejrzeć na antenach Eurosportu 1, TVP1 i TVP Sport.

Terminarz 69. edycji T4S
OBERSTDORF
Poniedziałek, 28.12.2020
14:30 – Oficjalny trening
16:30 – Kwalifikacje
Wtorek, 29.12.2020
15:00 – Seria próbna
16:30 – Pierwsza seria konkursowa
(system KO w 1. serii)
GARMISCH-PARTENKIRCHEN
Czwartek, 31.12.2020
11:45 – Oficjalny trening
14:00 – Kwalifikacje
Piątek, 01.01.2021
12:30 – Seria próbna
14:00 – Pierwsza seria konkursowa
(system KO w 1. serii)
INNSBRUCK
Sobota, 02.01.2021
11:15 – Oficjalny trening
13:30 – Kwalifikacje
Niedziela, 03.01.2021
12:00 – Seria próbna
13:30 – Pierwsza seria konkursowa
(system KO w 1. serii)
BISCHOFSHOFEN
Wtorek, 05.01.2021
15:00 – Oficjalny trening
16:30 – Kwalifikacje
Środa, 06.01.2021
15:30 – Seria próbna
16:45 – Pierwsza seria konkursowa
(system KO w 1. serii)

Kadra znów podzielona

Na początku maja Polski Związek Narciarski połączył kadry A i B w skokach narciarskich w jedną 12-osobową grupę, która trenował wspólnie pod okiem trenera reprezentacji Michala Doleżala i jego asystentów.

Teraz jednak PZN ponownie zmienił koncepcję i jednak rozdzielił kadrowiczów na dwie grupy. Na zgrupowanie do Oberhofu pojechali Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Tomasz Pilch, Paweł Wąsek i Klemens Murańka, natomiast pozostali skoczkowie – Stefan Hula, Jakub Wolny, Maciej Kot, Aleksander Zniszczoł, Andrzej Stękała i Kacper Juroszek – w tym czasie będą trenować w Zakopanem pod szkoleniową opieką Macieja Maciusiaka, Andrzeja Zapotocznego i Daniela Kwiatkowskiego. „Oddajemy po 4-5 skoków na każdym treningu, pogoda dopisuje i możemy spokojnie trenować” – zapewnia weteran w gronie ćwiczących w Zakopanem zawodników Stefan Hula.
Dyrektor sportowy PZN Adam Małysz przyznał na łamach portalu skijumping.pl, że wyjazd do Oberhofu jest dla grupy najlepszych obecnie w kadrze skoczków formą nagrody za dobrą pracę. W Niemczech Stoch. Kubacki i spółka trenują pod okiem trenera Doleżala i Grzegorza Sobczyka.

Tajner napadł na Małysza

Adam Małysz w wywiadzie dla TVP Sport napomknął tylko o finansowych kłopotach PZN, ale mimo to sprowokował medialne starcie z prezesem związku Apoloniuszem Tajnerem, który także w mediach bezceremonialnie się po Małyszu za tę jego wypowiedź „przejechał”.

Małysz, który w Polskim Związku Narciarskim pełni funkcję dyrektora ds. skoków narciarskich i kombinacji norweskiej, w rozmowie z TVP sport o sytuacji w tych sportach w czasie pandemii, skupił się na sprawach należących do jego kompetencji. Opowiadał więc, że w tej chwili prowadzi intensywne rozmowy z trenerami poszczególnych reprezentacji – Michalem Doleżalem (trener kadry A), Maciejem Maciusiakiem (trener kadry B) i Wojciechem Toporem (trener kadry juniorskiej). Od zakończenia Pucharu Świata w skokach narciarskich minęło już prawie 1,5 miesiąca. Polscy skoczkowie jednak nie próżnują i wszystkie kadry już dawno wznowiły treningi. Zawodnicy mają w nogach naprawdę mocne zajęcia, a nawet Kamil Stoch w rozmowach z mediami wielokrotnie przyznawał, że w pewnym okresie miał nawet problemy z siadaniem. W tle trwają jednak rozmowy, które mają zdecydować, jak będzie wyglądał kształt kadr narodowych na nadchodzący sezon 2020/2021. Jedno jest pewne, Małysz, Doleżal, Maciusiak i Topór nie mają teraz czasu na głupoty, bo ustalają ważne rzeczy dla wielu ludzi. I mają problemy, bo z powodu nagłego zakończenie sezonu Pucharu Świata, a także odwołania mistrzostw Polski, kilku skoczków nie wypełniło minimów sportowych. Nie mają z tym problemów Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot, Stefan Hula, a z młodych zawodników Paweł Wąsek i Kacper Juroszek, ale już Jakub Wolny, Aleksander Zniszczoł, Klemens Murańka, Andrzej Stękała czy Tomasz Pilch ustalonych kryteriów wynikowych nie wypełnili. W tej skomplikowanej sytuacji zarząd PZN, po konsultacjach ze sztabem szkoleniowym, może powołać do kadry zawodnika, który nie spełnił w stu procentach kryterium. Takie ustalenia przy zielonym stoliku zawsze jednak są kontrowersyjne.
Tym bardziej w czasie zarazy, gdy niepewne są dotychczasowe źródła finansowania. Na ten aspekt zwrócił właśnie uwagę Adam Małysz. „Cięcia wydatków szykują się również w PZN. Są już pierwsze zwolnienia, a umowy dla niektórych trenerów nie są podpisywane. Musimy się liczyć, że nie będziemy mieli tyle pieniędzy, co zawsze” – stwierdził we wspomnianym wywiadzie dla TVP Sport. W innych federacjach sytuacja jest podobna, więc to stwierdzenie Małysza nie było jakimś wielkim szokiem.
Mimo to prezes PZN Apoloniusz Tajner uznał za stosowne skorygować wypowiedź dyrektora i w wywiadzie dla portalu Interia.pl przedstawił sytuację następująco: (…) „Adam nie jest do końca zorientowany w całościowych sprawach, dotyczących związku, ponieważ działa na wąskim odcinku skoków i kombinacji norweskiej. Dlatego to, co on uważa za pewnik, że mamy jakieś problemy, muszę zdementować. Czytałem jego ostatnie wypowiedzi, których on ze mną nie konsultował. To są jego, powiedzmy, przemyślenia lub może nawet jakaś wiedza, ale jego na co dzień w związku nie ma i on tych spraw po prostu dokładnie nie zna. Mogę uspokoić, że sytuacja na pewno nie wygląda aż tak źle, co nie znaczy, że wygląda całkiem dobrze. Z Ministerstwa Sportu mamy już pewną informację, że środki budżetowe na fundusz rozwoju kultury fizycznej, które zostały przyznane dla kadry olimpijskiej i na kadry młodzieżowe, nadal obowiązują, a umowy są podpisane. Jedyna informacja z ministerstwa jest taka, że do 31 maja zawieszone jest korzystanie z tych pieniędzy, jeżeli chodzi o organizację zgrupowań i wyjazdów. To zresztą jest w pełni zrozumiałe. Jeśli chodzi o finanse z ministerstwa, to tylko te wydatki, które są związane z wynagrodzeniami sztabów szkoleniowych i stypendiami dla zawodników, zostały uwzględnione na kwiecień i maj. Natomiast wszystkie zgrupowania skasowane, a środki przesunięte na dalszą część sezonu. Wobec tego ja patrzę na sytuację odwrotnie, a mianowicie do tej pory zawsze korzystaliśmy z dofinansowania ministerstwa, bo w ostatnich miesiącach roku zawsze brakowało nam pieniędzy. Teraz jednak nie wykorzystując ich w kwietniu i maju prawdopodobnie po raz pierwszy nie będziemy musieli korzystać z dofinansowania z ministerstwa w ostatnim kwartale, o które w tym roku zresztą może być nawet trudniej” – zapewnia prezes Tajner, który na czele PZN stoi od 2006 roku, więc na pewno wie, co mówi.
Inna sprawa, że mógłby to powiedzieć Małyszowi przez telefon albo w trakcie wideokonferencji, a tak wyszło z tego niepotrzebne spięcie między najważniejszymi postaciami w polskich skokach.

Małysz obawia się skutków pandemii

Zaraz po powrocie z Raw Air cała kadra skoczkowie i jej sztab szkoleniowy poddali się dwutygodniowej kwarantannie. Nie była przymusowa, ale wszyscy się zastosowali. Przynajmniej tak zapewniał dyrektor sportowy PZN Adam Małysz. Wedle jego relacji są zalecenia, żeby dalej stosowali kwarantannę, ale już nie tak rygorystyczną. Mogą pojechać na siłownię, jeśli nie ma w niej ludzi, żeby przeprowadzić solidny trening.

W kierownictwie Polskiego Związku Narciarskiego nikt w tej chwili nie martwi się jednak o formę skoczków i ich wyniki w nowym sezonie. Adam Małysz ocenia to tak: „Możemy w ciemno założyć, że niektórzy będą mieli bardzo dobry początek sezonu, a niektórzy jego końcówkę, a jeszcze inni będą równo skakać przez cały czas. To oznacza, że w każdym momencie rywalizacji będziemy mieli w czołówce zawodników walczących o najwyższe laury” – przekonuje dyrektor sportowy PZN.
Jeśli coś spędza sen z powiek legendy polskich skoków narciarskich, to sytuacja gospodarcza w kraju jaka wytworzy się po wygaśnięciu epidemii koronawirusa. „Restrykcje, które wprowadza się dla zwalczenia epidemii, mają olbrzymi wpływ na gospodarkę. To rodzi uzasadnione obawy, że firmom, które w tej chwili sponsorują Polski Związek Narciarski i kadrę skoczków, w którymś momencie może zacząć brakować pieniędzy i zaczną gremialnie rezygnować z promowania się za pomocą sportu. Sponsorzy Polskiego Związku Narciarskiego to głównie duże firmy państwowe, ale są też mniejsze, które najmocniej dotknie kryzys. Zanim wszystko wróci do normalności, na pewno będą cięcia. PZN ma umowy ze sponsorami zawarte wprawdzie na kilka lat, ale na pewno trzeba będzie mocno powalczyć, żeby utrzymać obecny poziom finansowania” – przyznaje Małysz.
Czy zawodnicy ucierpią finansowo z powodu koronawirusa? „Kadrowicze nie dostają regularnego miesięcznego wynagrodzenia, tylko zadaniowe. Jeśli chodzi o zarobki skoczków, na razie nie ma większego zagrożenia, że nie dostaną ustalonych w kontraktach pieniędzy” – zapewnia dyrektor sportowy PZN.
Problem może się jednak pojawić w kolejnych latach. Umowy przestaną obowiązywać, a sponsorzy mogą powoli wycofywać się z kosztownych reklam. Wszystko zależy od tego, jak długo potrwa pandemia i jakie będą jej ekonomiczne skutki. A także czy uda się bezproblemowo przeprowadzić kolejny sezon.
Miniony nie był zły, chociaż kibice odczuwają lekki niedosyt, bo poza Kamilem Stochem, Dawidem Kubackim i Piotrem Żyłą, pozostali skoczkowie nie skakali już dobrze. Ale wszyscy już teraz powinni podjąć ciężką pracę, lecz z powodu epidemii koronawirusa trudno rozplanować nawet treningi, bo światowe władze narciarskie same jeszcze nie podjęły decyzji co do kolejnego sezonu. Nie wiadomo choćby kiedy rozpocznie się cykl Letniej Grand Prix.

Kubacki wygrał, ale reszta zawiodła

Lepszej inauguracji nowego roku Dawid Kubacki nie mógł sobie wymarzyć. Wygrał 68. edycję Turniej Czterech Skoczni i dołączył do Adama Małysza i Kamila Stocha, którzy wcześniej triumfowali w tych prestiżowych zawodach. Kubacki jest też najwyżej z polskich skoczków w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, ale zajmuje dopiero piąta lokatę. W Pucharze Narodów biało-czerwoni plasują się na trzecim miejscu, za Austrią i Norwegią.

Przed turniejem Kubacki nie był wymieniany w gronie faworytów, zwłaszcza że jego występy w grudniowych imprezach były dalekie od doskonałości. Pochodzący z Nowego Targu skoczek zmagania w Turnieju Czterech Skoczni zaczął jednak nadspodziewanie dobrze. Zajął trzecie lokaty w konkursach w Oberstdorfie i Garmisch-Partenkirchen, na nielubianej przez siebie skoczni w Innsbrucku zaskoczył wszystkich zajmując drugie miejsce, zaś na swoim ulubionym obiekcie w Bischofshofen nie dał już rywalom szans i pewnie zwyciężył, triumfując jednocześnie w 68. edycji TCS jako trzeci polski skoczek w historii. Jako pierwszy dokonał tej sztuki Adam Małysz w sezonie 2000/2001, a potem dwukrotnie Kamil Stoch w sezonach 2016/2017 i 2017/2018.

Kubacki zwyciężył w Turnieju Czterech Skoczni z łączną notą 1131,6 pkt, wyprzedzając drugiego w klasyfikacji generalnej Norwega Mariusa Lindvika o 20,6 pkt, a trzeciego Niemca Karla Geigera o 23,2 pkt. Na czwartej pozycji rywalizację zakończył ubiegłoroczny triumfator Japończyk Ryoyu Kobayashi (ze stratą do lidera 35,6 pkt), zaś Kamil Stoch na miejscu 13. (on stracił do Kubackiego aż 108 pkt).

TSC trzyma się już tylko na prestiżu

Ryoyu Kobayashi rok temu wygrał, mając 62,1 punktu przewagi. Stoch dwa lata temu miał 69,6, Słoweniec Peter Prevc przed czterema laty wygrywał z wynikiem o 26,5 pkt lepszym od następnego w kolejności rywala. Tegoroczna przewaga Kubackiego jest zatem najniższą od pięciu lat, gdy Austriak Stefan Kraft pokonał drugiego na podium przeciwnika różnicą sześciu punktów. Natomiast łączna nota Kubackiego jest drugą najlepszą w historii TCS. Lepszy od Polaka pod tym względem był jedynie Peter Prevc.

To tylko obrazuje jak wyrównana była rywalizacja w 68. edycji TCS. Kubacki jest teraz czwartym zawodnikiem w historii, który stawał na podium we wszystkich konkursach TCS, ale wygrał dopiero w ostatnim. Przed nim dokonali tego Fin Kari Ylianttila (1977-1978), Austriak Andreas Goldberger (1994-1995) i Niemiec Jens Weissflog (1995-1996).

Posiadająca prawa telewizyjne do pokazywania skoków narciarskich TVP nie omieszkała, jak ma to w zwyczaju pod rządami Jacka Kurskiego, rozdmuchać sukces Kubackiego do granic śmieszności, przedstawiając go na swojej antenie jakby było to jakieś epokowe wydarzenie. Tymczasem fakty są takie, że Turniej Czterech Skoczni w ostatnich latach mocno podupadł na znaczeniu i dzisiaj ma w hierarchii imprez w tym sporcie mniejsze znaczenie niż choćby norweski cykl Row Air. Jakby to nie zabrzmiało, powodem są pieniądze. Organizatorzy niemiecko-austriackiego turnieju dopiero od niedawna zaczęli dostrzegać, że sam prestiż w dzisiejszym skomercjalizowanym do szpiku kości sporcie już nie jest wystarczającym bodźcem. W 2001 roku triumfujący w TCS Adam Małysz otrzymał w nagrodę samochód oraz finansową premię w wysokości 90 tysięcy franków. Kubacki za ten sam wyczyn 19 lat później dostał de facto tylko 20 tysięcy franków szwajcarskich.

Owszem, w sumie zarobił znacznie większą kwotę, ale tylko dzięki premiom za miejsca zajmowane w poszczególnych konkursach, które są nagradzane tak samo, jak inne imprezy w Pucharze Świata, czyli zwycięzca otrzymuje 10 tys. franków, drugi zawodnik osiem tysięcy, a trzeci sześć tysięcy franków szwajcarskich. To oznacza, że Kubacki za dwa trzecie, drugie i pierwsze miejsca zgarnął łącznie 30 tys. franków, a z premią za końcowy triumf w sumie 50 tys. franków plus drobne kwoty za miejsca zajmowane w kwalifikacji. Tak na marginesie – dla zwycięzcy konkursów kwalifikacyjnych organizatorzy przewidzieli 5 tys. franków, co oznacza, że zawodnik wygrywający te pomocnicze zawody w czterech konkursach mógł zgarnąć w sumie tyle, ile triumfator całego turnieju. Dla porównania, zwycięzca cyklu Row Air dostanie ekstra 60 tysięcy euro.

Turniej Czterech Skoczni nie jest też wydarzeniem mającym znaczący wpływ na przebieg rywalizacji w Pucharze Świata. Pod względem punktacji to tylko cztery kolejne konkursy i nic ponadto. Dlatego Kubacki mimo zwycięstwa zdołał awansować jedynie na piąte miejsce, a jedyna korzyścią jest to, że w klasyfikacji generalnej odrobił sporo punktów do wyprzedzającej go czwórki zawodników. Pozycje lidera z dorobkiem 644 pkt utrzymał Ryoyu Kobayashi, drugi jest Niemiec Karl Geiger (619 pkt), trzeci Austriak Stefan Kraft (539 pkt), a czwarty Norweg Marius Lindvik (469 pkt). Kubacki z 444 pkt na koncie ma za plecami Daniela Andre Tandego (Norwegia) – 374 pkt, Phillippa Aschenwalda (Austria) – 364 pkt, Kamila Stocha – 335 pkt, Petera Prevca (Słowenia) – 323 pkt i zamykającego czołową dziesiątkę klasyfikacji generalnej Johanna Andre Forfanga (Norwegia) – 256 pkt.

Słabość polskiej kadry

Patrząc na punktowe osiągnięcia pozostałych polskich skoczków, raczej nie napawają one optymizmem. Pierwszy sezon naszych kadrowiczów pod rządami czeskiego trenera Michala Doleżala nie jest jakoś dramatycznie słaby, głównie dzięki wynikom Kubackiego i w mniejszym stopniu Stocha, ale dokonania Piotra Żyły (19. miejsce w klasyfikacji generalnej z dorobkiem 175 pkt), Macieja Kota (34. lokata i 33 pkt), Stefana Huli (36. miejsce i 28 pkt), Jakuba Wolnego (39. miejsce, 22 pkt) i 57. lokata Klemensa Murańki (ledwie 4 pkt) nie nastrajają optymistycznie. Fakty są oczywiste – w tej części sezonu z naszych skoczków kroku czołówce dotrzymuje jedynie Kubacki, a pozostali zanotowali wyraźny regres formy w porównaniu z poprzednim sezonem, gdy trenerem biało-czerwonych był Austriak Stefan Horngacher.

Potwierdza to pozycja polskiej reprezentacji w Pucharze Narodów. Biało-czerwoni po TCS utrzymali trzecią lokatę, ale ich łączny punktowy dorobek, 1741 pkt, znacznie już odbiega od prowadzących w klasyfikacji Austriaków (2320 pkt) oraz od zajmujących drugie miejsce Norwegów (2064 pkt). A za plecami naszych skoczków czają się Japończycy (1667 pkt) oraz konsekwentnie odrabiający straty z początku sezonu Niemcy (1597 pkt). Jeśli Stoch, Żyła, Kot i Wolny szybko nie poprawią swoich rezultatów, trudno będzie utrzymać naszej ekipie nawet miejsce na najniższym stopniu podium, a co dopiero myśleć o walce o wyższe lokaty.

Kolejne zawody już w najbliższy weekend we włoskim Val di Fiemme. Z Polaków wystartują w nich Kubacki, Stoch, Żyła, Kot, Hula i Wolny.

 

Stoch w końcu odleciał

Kamil Stoch zwyciężył w sobotnim konkursie Pucharu Świata w Engelbergu. Był to jego pierwszy triumf w tym sezonie i 34. w karierze. Stoch wyprzedził Jensa Weissfloga (34 zwycięstwa), a więcej wygranych zawodów na koncie od trzykrotnego mistrza olimpijskiego mają już tylko Gregor Schlierenzauer (53), Matti Nykaenen (46), Adam Małysz (39) i Janne Ahonen (36).

Z powodu niekorzystnych warunków pogodowych organizatorzy zawodów w Engelbergu musieli odwołać zaplanowane na piątek kwalifikacje i przeprowadzić je w sobotę. Z siedmiu reprezentantów Polski nie zakwalifikował się do konkursu jedynie Jakub Wolny, który zajął dopiero 59. miejsce. Z szóstki pozostałych w rywalizacji biało-czerwonych najlepiej skakał Kamil Stoch, zajmując w kwalifikacjach drugą lokatę za Austriakiem Stefanem Kraftem. Siódme miejsce zajął Dawid Kubacki, 18. Piotr Żyła, 28. Maciej Kot, 38. Klemens Murańka i 39. Stefan Hula.

Nie bez powodu mówi sie, że skocznia w Engelbergu to jeden z ulubionych obiektów lidera polskiej kadry. Trzykrotny mistrz olimpijski stawał tu na podium już ośmiokrotnie, a jego forma prezentowana w rywalizacji na Gross-Titlis-Schanze była zwykle zapowiedzią sukcesów w Turnieju Czterech Skoczni. Dwa lata temu zmagania w Engelbergu zaczął od trzeciego miejsca. Dzień później był drugi, a następnie wygrał wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni. Również przed igrzyskami Soczi 2014 podczas szwajcarskiego turnieju zasygnalizował wielką formę, zajmując drugie i pierwsze miejsce.

Nic zatem dziwnego, że zawiedzeni słabym początku sezonu Kamila Stocha fani polskiego skoczka liczyli na jego przełamanie właśnie w Engelbergu. Zaczął od trzeciego miejsca w inaugurującym nowy sezon turnieju w Wiśle, lecz potem zajmował lokaty odległe od podium. Pogłoski o jego wypaleniu i braku wiary okazały się mocno przesadzone i dwukrotny triumfator Pucharu Świata w końcu odpalił. W sobotę wygrał po wyrównanej walce z równie fantastycznie tego dnia usposobionym Austriakiem Stefanem Kraftem. Liderem po pierwszej serii był Polak, który skoczył aż 138 metrów i dostał za to 147,2 pkt. Kraft był drugi z notą 142,7 pkt za odległość 134,5 m. Trzecią lokatę zajmował Niemiec Karl Geiger (140,2 pkt, 133,5 m). Pozostali nasi reprezentanci poradzili sobie dużo gorze. Piotr Żyła zajmował ósmą pozycję, Dawid Kubacki był 16., a Stefan Hula. Klemens Murańka i Maciej Kot nie zdołali awansować do finałowej „30” zawodników.

W drugiej serii Hula skoczył 122 metry i awansował na 25. miejsca, natomiast Kubacki po skoku na odległość 122,5 m spadł na 22. pozycję. Żyła wytrzymał tym razem presję i uzyskał odległość 130,5 m, co dało mu łączną notę 265,4 pkt i pozwoliło utrzymać ósmą lokatę.

Jako ostatni na placu boju z biało-czerwony został Stoch. Lidera naszej kadry nie zdeprymował daleki skok Krafta, który poszybował na odległość 137,5 m. Odpowiedział nie gorszym skokiem i wylądował tylko 1,5 m bliżej od Austriaka (136 m), uzyskując łączną notę 288,7 pkt, lepszą o 1,7 pkt od wyniku Krafta (287 pkt). Na najniższym stopniu podium uplasował się Niemiec Karl Geiger (277,6 pkt), a czwartą lokatę zajął Japończyk Ryoyu Kobayashi (274,1 pkt).

Po sobotnim zwycięstwie Kamil Stoch z dorobkiem 246 pkt awansował na piąte miejsce w klasyfikacji generalnej obecnej edycji Pucharu Świata. Pozycję lidera zajmował Stefan Kraft (356 pkt), a naszego skoczka wyprzedzali jeszcze Ryoyu Kobayashi (340 pkt), Karl Geiger (297 pkt) i Norweg Daniel Andre Tande (273 pkt). Z naszych skoczków w Top 10 zmieścił się jeszcze tylko Dawid Kubacki, który zamykał stawkę z dorobkiem 144 pkt. Natomiast Piotr Żyła był 19. (88 pkt), Maciej Kot 33. (30 pkt), Jakub Wolny 34. (22 pkt), a Stefan Hula 36. (21 pkt).

Na czele klasyfikacji Pucharu Narodów nie doszło do zmian. Liderami pozostali Austriacy (1691 pkt), drugą lokatę utrzymała ekipa Norwegii (1399 pkt), a trzecią reprezentacja Polski (1255 pkt). Niedzielny konkurs w Engelbergu zakończył się po zamknięciu wydania.

Indywidualne zwycięstwa Stocha w PŚ:
23 stycznia 2011 (Zakopane); 2 lutego 2011 (Klingenthal, Niemcy); 20 marca 2011 (Planica, Słowenia); 20 stycznia 2012 (Zakopane); 5 lutego 2012 (Predazzo, Włochy); 12 marca 2013 (Kuopio, Finlandia); 15 marca 2013 (Trondheim, Norwegia); 15 grudnia 2013 (Titisee-Neustadt, Niemcy); 22 grudnia 2013 (Engelberg, Szwajcaria); 1 lutego 2014 (Willingen, Niemcy); 2 lutego 2014 (Willingen, Niemcy); 2 marca 2014 (Lahti, Finlandia); 4 marca 2014 (Kuopio, Finlandia); 18 stycznia 2015 (Zakopane); 30 stycznia 2015 (Willingen, Niemcy); 11 grudnia 2016 (Lillehammer, Norwegia); 6 stycznia 2017 (Bischofshofen, Austria); 14 stycznia 2017 (Wisła); 15 stycznia 2017 (Wisła); 22 stycznia 2017 (Zakopane); 12 lutego 2017 (Sapporo, Japonia); 19 marca 2017 (Vikersund, Norwegia); 30 grudnia 2017 (Oberstdorf, Niemcy); 1 stycznia 2018 (Garmisch-Partenkirchen, Niemcy); 4 stycznia 2018 (Innsbruck, Austria); 6 stycznia 2018 (Bischofshofen, Austria); 4 marca 2018 (Lahti, Finlandia); 13 marca 2018 (Lillehammer, Norwegia); 15 marca 2018 (Trondheim, Norwegia); 23 marca 2018 (Planica, Słowenia); 25 marca 2018 (Planica, Słowenia); 3 lutego 2019 (Oberstdorf, Niemcy); 10 lutego 2019 (Lahti, Finlandia); 21 grudnia 2019 (Engelberg, Szwajcaria).