W mętnej wodzie łatwo łowić ryby

Rząd zanegował wszelkie poprawki Senatu zwiększające przejrzystość finansów publicznych.
Senat wprowadził do ustawy o finansach publicznych kilka poprawek zwiększających przejrzystość finansów publicznych. Zaproponowane poprawki służą zwiększeniu przejrzystości, jawności i czytelności operacji związanych z planowaniem i realizacją budżetu państwa, reguły wydatkowej, raportowania operacji sektora finansów publicznych i długu – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju. Nic nie kosztują, w większości te dane są w Ministerstwie Finansów, a Ministerstwu Finansów też powinno zależeć na przejrzystości. Jednak reprezentujący resort wiceminister Piotr Patkowski bez uzasadnienia negatywnie ocenił wszystkie poprawki. Podobnie senatorzy koalicji rządzącej.
Pierwsza poprawka dotyczyła nałożenia na ministra finansów obowiązku podawania do publicznej wiadomości danych dotyczących wykonania w ciągu roku, np. w odstępach kwartalnych lub miesięcznych, wydatków i dochodów oraz wyniku poszczególnych podmiotów objętych regułą wydatkową. Ten przepis wchodzi w miejsce skreślanego obowiązku publikacji pewnych danych budżetowych. Zakres informacyjny zaproponowany w poprawce w większości przypadków jest dostępny. Chodzi o to, aby resort zebrał te dane np. na stronie internetowej, w jednym miejscu tak, aby społeczeństwo mogło śledzić, jak wydatkowane są środki publiczne w poszczególnych podmiotach objętych regułą wydatkową. Chyba że minister finansów, który zgodnie z konstytucją odpowiada za finanse publiczne, nie ma tych danych? Nie śledzi już ich? Powstało tyle różnych funduszy, że może resort utracił już nad tym kontrolę? Mam nadzieję, że tak nie jest. Parlament musi jednak takich danych wymagać.
Druga poprawka zmierzała do doprecyzowania zasad uwzględniania w regule wydatkowej działań trwale zwiększających dochody sektora finansów publicznych (tzw. działania dyskrecjonalne). Ten element w regule wydatkowej pozwala zwiększyć wydatki na jakiś cel społeczny jeżeli trwale zapewnimy finansowanie tego transferu trwałym wzrostem jakiegoś podatku. Czyli np. nowa opłata cukrowa ma dać nowe, dodatkowe dochody i w związku z tym możemy sobie pozwolić na trwale większe wydatki w jakimś obszarze ochrony zdrowia, np. profilaktyki otyłości. Jednak w przepisie definiującym te dochody od lat jest luka, która w ostatnim okresie zawyżyła limit wydatkowy o kilka miliardów złotych. Chodzi o to, że dzisiaj w tych dochodach możemy uwzględniać nowe opłaty, podatki i daniny generowane poza podmiotami objętymi regułą wydatkową. Absurd. Tę lukę systemową, patologię wskazała Najwyższa Izba Kontroli w analizie wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2020 roku, wykazując zawyżenie limitu wydatków.
Przykładem z 2021 roku jest „opłata mocowa”, nałożona na ceny energii elektrycznej w kwocie ponad 6 mld zł. Jest ona dochodem „Zarządcy Rozliczeń”, czyli podmiotu, którego wydatki nie są zupełnie objęte regułą wydatkową. Zarządca Rozliczeń dostanie z wpływów z tej nowej opłaty kilka miliardów złotych, które wyda na swoje, ustawowe zadania. Równolegle owe kilka miliardów złotych zostało ujęte w „działaniach dyskrecjonalnych” reguły, co powiększyło limit wydatków dla innych podmiotów. De facto te 6 mld zł z nowej opłaty będzie w sektorze finansów publicznych wydane dwa razy. Istne perpetuum mobile. To tak jakby sąsiad dostał podwyżkę, a my na poczet tej podwyżki zwiększylibyśmy trwale swoje wydatki, mimo że dochód przecież jest sąsiada. Ta luka prawna w ostatnim okresie jest kreatywnie używana do omijania reguły wydatkowej na grube miliardy złotych. Poprawka jest prosta, wymaga, aby w regule uwzględniać dochody podmiotów objętych regułą, a nie dochody „sąsiada”.
Trzecia poprawka dotyczy art. 142 ustawy o finansach publicznych, w którym określona jest zawartość uzasadnienia do ustawy budżetowej. Poprawka zawiera kilka zmian. Ten artykuł jest fundamentem zakresu wiedzy, jaką dysponują parlament i społeczeństwo obywatelskie w kwestii corocznego budżetu państwa. Poprawki senatorów w kwestii art. 142 zmierzają do zwiększenia przejrzystości i jawności finansów publicznych przez określenie odpowiedniego zakresu informacji dołączanych do uzasadnienia do projektu ustawy budżetowej, w tym planów finansowych podmiotów objętych regułą wydatkową.
Senatorowie postulują między innymi, aby do ustawy budżetowej dołączać plany wszystkich (a nie tylko wybranych) podmiotów objętych regułą wydatkową. Dotyczy to na przykład planu funduszu przeciwdziałania COVID-19, czyli tego „tajemniczego” funduszu, który finansuje „czeki Morawieckiego” rozdawane samorządom według klucza politycznego. Fundusz ten ma też finansować Polski Ład. To są setki miliardów złotych. Te plany nie są dołączane do ustawy budżetowej. Czas najwyższy to zmienić. Tego wymaga przejrzystość finansów publicznych – uważa FOR.
Senatorzy postulują też uzupełnienie zakresu informacji o całym sektorze finansów publicznych według obiektywnej metodologii europejskiej. Rząd wyrzuca obowiązek prezentowania danych według niepełnej metodologii krajowej, zastępując to wymogiem podawania wyniku finansów według metodologii europejskiej i chwaląc się „przejrzystością”. To tylko pozornie ruch w kierunku większej przejrzystości, bo rząd zostawia sobie dowolność co do zakresu prezentowanych informacji. Przede wszystkim rząd chce pozbawić parlament i społeczeństwo obywatelskie informacji o wydatkach i dochodach sektora finansów publicznych. Nowy przepis ma dotyczyć tylko wyniku, czyli jednej liczby. W nowym zapisie w porównaniu do starego znikają słowa „dochodów i wydatków”. Prawdziwa „czarna skrzynka”. Tu nie może być dowolności i zdania się parlamentu na widzimisię ministra finansów.
Od lat zakres informacji w wielu obszarach w uzasadnieniu do ustawy budżetowej jest ograniczany do wymienionych literalnie pozycji. Stąd w celu zachowania zasady jawności i przejrzystości finansów publicznych konieczne jest zabezpieczenie odpowiedniego zakresu prezentowanych danych dla parlamentu i opinii publicznej. Zresztą sama Komisja Europejska, po wybrykach ze statystyką finansów w Grecji, w swoich wymogach co do statystyk finansów publicznych i odpowiednich regulacjach bardzo szczegółowo definiuje zakres prezentowanych danych. Definiuje wręcz konkretne tablice. Trzeba więc dążyć do podobnych standardów w polskiej ustawie o finansach publicznych.
Ponadto zakres informacji o finansach publicznych przedstawiany Komisji Europejskiej i agencjom ratingowym w zakresie finansów publicznych wg metodologii europejskiej jest dużo szerszy niż proponowany przez rząd nowy wymóg, który w zasadzie sprowadza się do jednej liczby. Minister Kościński mówi, że finanse publiczne są przejrzyste, bo wszystko raportuje Komisji Europejskiej i agencjom ratingowym. To niedopuszczalne, aby Sejm i Senat dostawały ubogą informację, a inne instytucje szerszy zakres. Senatorowie proponują więc dołączenie wymogu prezentacji wyniku sektora instytucji rządowych i samorządowych według podsektorów instytucjonalnych, czyli rządowego, samorządowego i funduszy ubezpieczeń społecznych. Cztery liczby zamiast jednej – to chyba możliwe?
Dodatkowo w przypadku całego sektora instytucji rządowych i samorządowych postuluje się, by omówienie uzupełnić o „dochody i wydatki” (które zniknęły), oraz rozbić je według podstawowych transakcji, czyli ile wydatków na inwestycje, ile na transfery socjalne, ile na wynagrodzenia i wydatki bieżące, ile na odsetki, natomiast po stronie dochodów, ile z podatków pośrednich, ile z dochodowych, a ile ze składek. Kilka podstawowych liczb, które są w posiadaniu resortu, chyba że teraz wynik całego sektora jest z sufitu. Takie rozbicie jest prezentowane na potrzeby Komisji Europejskiej. Polski parlament i opinia publiczna też powinna dostawać w budżecie podstawowe dane finansów publicznych w takim rozbiciu. Ponadto nowy przepis nie zawiera wymogu prezentowania długu według metodologii europejskiej. A to właśnie dług poprzez kreatywne operacje w 1/5 został wypchnięty poza definicję konstytucyjną. Senatorowie wprowadzają więc wymóg prezentacji obu definicji i rozliczenie tej różnicy. Czy to dużo?
Kolejna zmiana dotyczy rozliczenia różnicy w podejściu krajowym i europejskim. Wszystkie plany szczegółowe, w tym sam wynik budżetu państwa będą prezentowane według metodologii krajowej. Stąd bez odpowiednich informacji nie będzie możliwe powiązanie danych według metodologii krajowej z danymi według metodologii europejskiej. To tak, jakby składowe, poszczególne plany, były mierzone według jednostek metrycznych, a wynik całego sektora według jednostek imperium brytyjskiego. W tym przykładzie znamy klucz, jak przejść z mil na kilometry czy z funtów na kilogramy. Ale w przypadku finansów publicznych jest to bardzo trudne. Bez kluczy przeliczeniowych, bez tablic przejścia i jego omówienia obraz finansów jest nieprzejrzysty.
Minister finansów dwa razy do roku przekazuje Komisji Europejskiej rozliczenie pokazujące przejście z metodologii krajowej do metodologii unijnej ESA2010. Takie informacje powinien otrzymywać również polski parlament. Jest to niezbędne do zwiększenia przejrzystości i rozliczalności finansów publicznych. W przeciwnym przypadku wynik sektora finansów publicznych, nawet podawany według metodologii ESA2010, będzie „czarną skrzynką”, którą będzie trudno rozliczyć z planami zawartymi w ustawie budżetowej. Polski Sejm i Senat powinien dostawać, podobnie jak Komisja Europejska, rozliczenie przejścia z metodologii krajowej do metodologii europejskiej. I musi to dotyczyć planu budżetowego. To postulują senatorowie.
Kolejna zmiana dotyczy zwiększenia przejrzystości reguły wydatkowej. W tej poprawce chodzi o to, aby podać krok po kroku, z czego składa się limit wydatkowy, jak od kwoty wydatków dochodzi się do limitu nieprzekraczalnego, a z limitu do wydatków budżetu państwa. Dzisiaj reguła wydatkowa jest również „czarną skrzynką”. Te informacje są oczywiście w Ministerstwie Finansów, to jest tzw. schemat reguły wydatkowej. Czas ujawnić te dane. Tego chce polski Senat w imieniu społeczeństwa obywatelskiego.
Co na te wszystkie poprawki minister Patkowski? NEGATYWNIE!
Zgłoszone przez senatorów poprawki to niezbędne minimum zmian służących przejrzystości finansów. Zmiany te realizują wskazania NIK zawarte w analizie wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2020 roku: „Najwyższa Izba Kontroli wskazuje także na potrzebę zwiększenia przejrzystości finansów publicznych”.
Jednak docelowo potrzebna jest gruntowna reforma jawności, przejrzystości i rozliczalności finansów publicznych. Bo jak wskazuje NIK, „zasadne jest przywrócenie budżetowi państwa odpowiedniej rangi związanej z jego szczególnym charakterem oraz centralną pozycją w systemie finansów publicznych”. To wymaga redefinicji pojęcia „budżet państwa”, gruntownego przebudowania układu i szczegółowości prezentowanych danych, tak aby to SPOŁECZEŃSTWO, a nie agencje ratingowe, czy nawet Komisja Europejska, jak się tłumaczy minister Kościński, były usatysfakcjonowane. Przejrzystość jest dla nas. Nie dla agencji i rynków finansowych.

Gospodarka 48 godzin

Biedni słyszą gorzej

Najnowsze dostępne dane demograficzne Głównego Urzędu Statystycznego mówią, że w Polsce jest blisko 10 milionów mieszkańców (9 800 233) mających ponad 60 lat. Właśnie ta grupa objęta została reprezentatywnym na skalę kraju badaniem dotyczącym słuchu seniorów. Jak wynika z sondaży przeprowadzonych przez instytut badań IQS na zlecenie Amplifon, problem ze słuchem może dotyczyć nawet 2 646 062 nigdy niediagnozowanych pod tym kątem osób po 60. roku życia. Co najmniej co czwarty senior nigdy bowiem nie badał słuchu.

Dodatkowo, aż 45 proc. polskich seniorów badało słuch dawno, bo ponad trzy lata temu. Skala kłopotów ze słuchem wśród Polaków jest poważna. Na związane z nimi niekorzystne konsekwencje występujące w codziennym funkcjonowaniu wskazało aż 49 proc. badanych seniorów. Ci ludzie cierpieli lub nadal  cierpią na problemy ze słyszeniem w codziennych sytuacjach, a co 6. z tych osób odczuwa takie dolegliwości stale. Wśród najczęstszych konsekwencji wskazywanych podczas wywiadów znalazły się trudności w trakcie oglądania telewizji lub słuchania muzyki (30 proc.), ogólna frustracja z powodów kłopotów z komunikacją głosową (21 proc.), niemożliwość skutecznego porozumiewania się z najbliższymi (11 proc.), problemy z załatwieniem spraw urzędowych (10 proc.) oraz niezrozumienie z rodziną, a zwłaszcza wnukami (8 proc.).

Przyczyn związanych z ubytkiem słuchu jest wiele. Mogą być one spowodowane długotrwałym nadmiernym hałasem, zalegającą woskowiną lub nagromadzeniem płynów w przewodzie słuchowym, przebitą błoną bębenkową, nadciśnieniem czy cukrzycą. Utrata słuchu może być również dziedziczna. – Jedynym kluczem i pierwszym niezbędnym krokiem do poprawy jakości życia osób z zaburzeniami słuchu jest skuteczna diagnostyka. Bardzo często osoby starsze, które nie słyszą dobrze popadają w depresję lub wycofują się z życia społecznego, ponieważ czują się sfrustrowane lub zawstydzone tym, że nie rozumieją, co zostało powiedziane – mówi Ada Lewandowska, dyplomowany protetyk słuchu. Wady słuchu najczęściej nie występują z dnia na dzień, lecz rozwijają się przez dłuższy czas. Często usypia to czujność wielu starszych osób, przez co potrzeba profilaktycznych badań jest marginalizowana i odkładana „na później”. Niestety w efekcie wtedy czasami bywa już za późno na podjęcie skutecznego przeciwdziałania. Do przyczyn nie badania słuchu przez Polaków należą: mylne przeświadczenie o braku wady słuchu (17 proc.), zbyt długi czas oczekiwania na wizytę u okulisty w uspołecznionej służbie zdrowia (8 proc.), a także brak środków pozwalających na prywatną wizytę (10 proc.). Słaby słuch wprawdzie z powodzeniem można korygować poprzez stosowanie specjalistycznych aparatów słuchowych. Badania pokazały jednak także problemy z dostępnością tego rodzaju urządzeń – 11 proc. pytanych zwraca uwagę na nieposiadanie aparatu ze względu na brak możliwości jego zakupu. Teoretycznie, takie urządzenia są dofinansowywane z budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia i podlegają refundacji. Alternatywą może być skorzystanie z funduszy PFRON, czyli Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Poziom wsparcia finansowego wyliczany jest w tym przypadku na podstawie wysokości dochodu. Do uzyskania dodatkowej refundacji konieczne jest posiadanie orzeczenia o niepełnosprawności. Osoby o najniższych dochodach mogą liczyć również na wsparcie Powiatowych Centrów Pomocy Rodzinie. Tyle, że wszystkie te drogi są dosyć żmudne i wymagają sporo zachodu.

Rozwojowy początek lata

Produkcja w Polsce rośnie, koniunktura się poprawia, wyniki są lepsze od oczekiwań. Ryzyko związane z koronawirusem może jednak zniweczyć ten optymistyczny scenariusz.
Lepsze od oczekiwań dane o aktywności gospodarczej w maju wskazują na mocne odbicie gospodarcze. Produkcja sprzedana przemysłu (wyrównana sezonowo) wzrosła o 0,8 proc. , kompensując z nawiązką lekki spadek z kwietnia (jedyny w ciągu ostatnich 13 miesięcy). Nic przy tym nie wskazuje, by pogorszyć się miała bardzo dobra koniunktura w przemyśle – zauważa Paweł Durjasz, główny ekonomista PZU.
Czerwcowy wskaźnik koniunktury Markit PMI po raz drugi z rzędu był rekordowo wysoki. W maju po raz trzeci z kolei mocno wzrosła produkcja budowlano – montażowa. Po zimowej zapaści w budownictwie nie ma już śladu.
W nie tak długiej perspektywie powinny zacząć być realizowane inwestycje w ramach „Polskiego Ładu”, a zbliżające się w 2022 roku wybory samorządowe powinny sprzyjać uruchamianiu inwestycji lokalnych – przewiduje Paweł Duriasz. Do tego wyrównana sezonowo sprzedaż detaliczna wzrosła w maju aż o 12,2 proc. w porównaniu z kwietniem, przewyższając wyraźnie skumulowany spadek z poprzednich dwóch miesięcy, związany z „antypandemicznym” zamknięciem części sklepów. To dynamiczne odbicie sprawiło, że sprzedaż detaliczna przewyższyła już o 3 proc. poziom z lutego 2020 roku, a więc sprzed pandemii.
Można oczekiwać, że konsumpcja po „uwolnieniu” usług też mocno wzrosła. Po danych z dwóch miesięcy drugiego kwartału – zakładając brak negatywnych niespodzianek w czerwcu – można oceniać, że dynamika PKB mogła w II kwartale przekroczyć nawet 11 proc. rok do roku, a „odsezonowany” PKB mógł wzrosnąć o ok. 2,5 proc. w porównaniu z I kwartałem – ocenia główny ekonomista PZU.
Zmniejszenie skali zachorowań na Covid-19 i odmrażanie gospodarki sprzyjało także wzrostowi zatrudnienia. W sektorze przedsiębiorstw zwiększyło się ono w maju o 22 tys. etatów (2,7 proc. r/r), przewyższając nieco prognozy rynkowe. Wzrost liczby ofert zatrudnienia świadczy o solidnym popycie na pracę. Na razie zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw utrzymuje się jeszcze wyraźnie poniżej poziomów sprzed pandemii. Tempo wzrostu przeciętnej płacy w maju w przedsiębiorstwach (10,1 proc. r/r) było zgodne z oczekiwaniami, a wpływ na tę wysoką dynamikę miała niska baza z ub.r. W całym 2021 roku tempo wzrostu wynagrodzeń może wynieść średnio ok. 7 proc. – szacuje P. Duriasz.
W czerwcu inflacja obniżyła się do 4,4 proc. wobec 4,7 proc. w maju. Ponowny wzrost światowych cen ropy naftowej i związany z tym wzrost cen paliw nie pozwolą zapewne na dalszy spadek inflacji w najbliższych miesiącach. Skok inflacji w 2021 r. jest na razie wynikiem działania czynników podażowych i podwyżek cen administrowanych. Sprzyjają temu „wąskie gardła” w produkcji w warunkach zsynchronizowanego światowego ożywienia w przemyśle. Dochodzą do tego podwyżki cen usług, towarzyszące otwieraniu się tego sektora po trzeciej fali pandemii. Na razie oczekiwania inflacyjne konsumentów są zaskakująco stabilne, podczas gdy firmy zdecydowanie oczekują dalszego wzrostu cen.
Niewykorzystane zasoby siły roboczej powinny jeszcze przez jakiś czas przeciwdziałać rozkręceniu się spirali wzrostu cen i płac. Postpandemiczny wzrost produkcji pozwala zaś zwiększyć produktywność i tym samym przyczynia się krótkookresowo do obniżenia dynamiki kosztów pracy. Powinno to łagodzić presję na wzrost cen. Kierując się tymi przesłankami, Rada Polityki Pieniężnej zapewne poczeka do wiosny 2022 r., kiedy wpływ wstrząsów podażowych z 2021 r. powinien wygasać. Jednak najpóźniej w 2022 roku – po ograniczeniu skupu aktywów – konieczne będzie rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp (choć zważywszy na ich bardzo niski poziom, lepiej pasuje tu słowo „normalizacja”) – wskazuje P. Duriasz. Projekcje samego NBP wskazują na dynamiczny wzrost PKB w perspektywie 2023 r. i utrzymywanie się inflacji w pobliżu górnej granicy odchyleń od celu inflacyjnego.
Czwarta fala Covid-19, wywołana przez wariant Delta, wzbiera już szeroko w Europie, ale fala zgonów podąża za nią na razie tylko tam, gdzie odsetek zaszczepionych jest stosunkowo niski. Widać ją w Rosji, nie widać w Wielkiej Brytanii czy na Cyprze, w Portugalii, Hiszpanii i innych krajach strefy euro. Dzięki szczepieniom ścisły związek pomiędzy wzrostem zakażeń a przeciążeniem służby zdrowia i wzrostem zgonów wydaje się przerwany. Daje to nadzieję na uniknięcie poważniejszych skutków gospodarczych nowej fali zakażeń w kluczowych gospodarkach świata.
W niektórych krajach przywrócono różne środki ostrożności, ale te mniej uciążliwe dla gospodarki. W tych warunkach prognozy wzrostu gospodarczego pozostają bardzo optymistyczne. Zdaniem głównego ekonomisty PZU, odblokowanie odłożonego popytu da silny globalny impuls do wzrostu PKB. Sprzyja temu powszechny wzrost mobilności i odbudowa wskaźników ufności konsumenckiej. Wskaźniki koniunktury gospodarczej pozostają od kilku miesięcy blisko rekordowo wysokich poziomów. Ryzyko związane z nowymi wariantami koronawirusa ciągle jest jednak największym zagrożeniem dla tego optymistycznego scenariusza.
Bieżące dane o aktywności gospodarczej mogą przy tym kreować fałszywy obraz sytuacji – ostrzega P. Duriasz. W strefie euro majowa produkcja przemysłu przetwórczego obniżyła się o 1 proc. (zaważył tu spadek produkcji samochodów), a nowe zamówienia w Niemczech spadły o 3,7 proc. m/m. Nie jest to jednak objaw zamierania ożywienia w przemyśle. Winne są „wąskie gardła” w produkcji, powstające w warunkach mocnego, zsynchronizowanego ożywienia – braki surowców, półproduktów, zakłócenia dostaw, problemy z dostępnością środków transportu itd. Przy dużej skali zakumulowanych już przez firmy zamówień, prawdziwym problemem jest obecnie redukcja zaległości produkcyjnych, a nie pozyskiwanie nowych zleceń. Problemy z „wąskimi gardłami” będą z czasem rozwiązywane, a produkcja w przetwórstwie przemysłowym pozostanie w tej sytuacji wsparciem dla ożywienia gospodarczego w dalszej części tego roku.
Wychodzeniu z wiosennej fali pandemii towarzyszy silny wzrost cen, wywołany właśnie przez „wąskie gardła” w produkcji i transporcie oraz podwyżki cen w usługach. Inflacja bazowa sięgnęła najwyższego poziomu od 1991 r. (4,5 proc. r/r), ale w strefie euro czerwcowy wskaźnik inflacji wyniósł zaledwie 0,9 proc. r/r. Jak wskazuje P. Duriasz, w strefie euro problemem jest zatem zbyt niska inflacja. Osiągnięcia celu inflacyjnego Europejskiego Banku Centralnego (zmodyfikowanego w czerwcu do 2 proc.) nie oczekuje się przed 2024 r. EBC prognozuje w 2023 r. inflację na poziomie 1,4 proc. Trudno zatem spodziewać się podwyżek stóp procentowych w strefie euro w najbliższych latach, ale ograniczenia skupu aktywów, już tak.

Gospodarka 48 godzin

Na co wydano

Około 66 miliardów złotych środków publicznych wydał dotychczas rząd, za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego (formalnie – z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 działającego w BGK) na łagodzenie skutków pandemii. To prawie trzy razy mniej niż na przykład Szwajcaria. BGK do tej pory głównie dofinansował wynagrodzenia pracowników objętych przestojem albo obniżonym wymiarem czasu pracy. Dopłacano też do zarobków osób, które nie są etatowymi pracownikami oraz zatrudnionych w organizacjach pozarządowych. Zwracano również część kosztów prowadzenia działalności przez osoby samozatrudnione i organizowano pożyczki dla mikroprzedsiębiorców. Ponadto, BGK sfinansował niektóre zakupy sprzętu medycznego i innych produktów, służących do walki z koronawirusem. Nie wiadomo, jakie środki zostaną jeszcze przeznaczone na łagodzenie skutków pandemii, gdyż jak powiedział prezes Polskiego Funduszu Rozwoju Paweł Borys, w Polsce nie ma obecnie pilnej potrzeby uruchomienia takich działań antykryzysowych, jakie podjęto wiosną.

Pozytywne zaskoczenie

O ile sierpniowe dane dotyczące rozwoju polskiej gospodarki były niemiłym rozczarowaniem, o tyle te wrześniowe stały się bardzo pozytywną niespodzianką. W sierpniu 2020 r. produkcja przemysłowa wzrosła zaledwie o 1,5 proc. w porównaniu z sierpniem ubiegłego roku. Jednak już we wrześniu wzrost wyniósł aż 5,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny. Tymczasem specjaliści oczekiwali najwyżej wzrostu sięgającego 3,8 proc. Na ów nieoczekiwanie pozytywny wrześniowy rezultat najbardziej wpłynęły wyniki branży motoryzacyjnej, która na początku lata bardzo narzekała na dramatyczne skutki pandemii. Jak widać – na szczęście – narzekania te były nieco na wyrost. Dynamika odbicia w fabrykach samochodowych była bardzo wyraźna i w porównaniu z sierpniem produkcja wrześniowa wzrosła tu o aż 47,3 proc. (na co pewien wpływ miało też to, że sierpień był miesiącem wakacyjnym). Spośród innych ważnych branż bardzo wzrosła produkcja urządzeń elektrycznych – o 26,6 proc. rok do roku. Dobre wyniki odnotował przemysł gumowy (wzrost o 10,7 proc.), produkcja wyrobów z metali (wzrost o 7,8 proc.) oraz branża spożywcza, w której roczna dynamika wyniosła 5,8 proc. W energetyce i ciepłownictwie produkcja spadła o 4,3 proc. rok do roku. Jednocześnie w naszej gospodarce zwiększyły się także zatrudnienie i wynagrodzenia. Po gospodarczej zapaści pandemicznej nastąpiła zatem niemal pełna odbudowa. We wrześniu zatrudnienie w firmach mających od 10 pracowników wzwyż wzrosło o 17 tys. osób, a płace były wyższe o 5,6 proc., rok do roku. Jak wskazuje GUS, dane o zatrudnieniu to skutek przywracania pełnego wymiaru czasu pracy i nowych przyjęć. Z pewnością dużo gorsze – ale nie wiadomo dokładnie jakie – są informacje o płacach i zatrudnieniu w przedsiębiorstwach małych, mających poniżej 10 pracowników. Nawet organizacja Pracodawcy RP zauważa, że prawie odrobiliśmy straty w przemyśle i tylko 0,2 proc. zostaje do osiągnięcia poziomu z lutego bieżącego roku, ostatniego miesiąca przed pandemią. Niestety, w wyniku zaniedbań rządu Prawa i Sprawiedliwości, skutki drugiej fali pandemii mogą być u nas bardzo dotkliwe.

Dwa oblicza kwietnia na rynkach finansowych

W którą stronę poprowadzi nas pandemia koronawirusa? Odmrażanie gospodarek niekoniecznie musi być początkiem długotrwałego okresu wzrostów.
Kwiecień był bardzo zróżnicowanym miesiącem na rynkach. Co w pierwszej kolejności przykuwa uwagę, to generowane przez niektóre indeksy akcji, wysokie stopy zwrotu. W zależności od rynku, są one najwyższe w ostatnich 20-30 latach, bądź znajdują się w ścisłej czołówce miesięcznych wyników.
Przykładowo, ostatni tak dobry miesiąc dla indeksu Standard&Poor’s 500 (największych amerykańskich firm notowanych na giełdach) miał miejsce w grudniu 1991 r., gdy w kinach królował film „Milczenie Owiec” Jonathana Demme.
Teraz był to jednak przede wszystkim miesiąc spółek IT (informatycznych). Netflix i Amazon na rynku amerykańskim, czy CD Project, Playway i Ten Square Games na rodzimym, ustanowiły historyczne szczyty. Do grona rekordowych spółek na krajowym rynku zaliczyć należy również Dino.
Stopa zwrotu z części wymienionych spółek przekroczyła 40 proc. licząc tylko sam kwiecień. Co ciekawe, dobrze radziły sobie również inne aktywa, jak złoto, które zyskało ponad 8 proc.
Najbardziej jaskrawą wartością były jednak tygodniowe dane z amerykańskiego rynku pracy, gdzie przedział tygodniowych odczytów z poziomu 200-300 tysięcy wniosków przeniósł się na poziom 3-6,5 mln nowych wniosków o zasiłek – co nie miało miejsca nigdy wcześniej w historii publikacji tych danych.
Szereg innych publikacji makroekonomicznych również wskazywał na postępujące spowolnienie, jak chociażby wstępne odczyty kwietniowych indeksów aktywności gospodarczej PMI. Wrażenie robią w szczególności dane z Francji, gdzie wartość łącznego wskaźnika dla sektora usług i przemysłu spadła do poziomu 11,2 pkt., w tym dla sektora usług do 10,4 pkt. – dla porównania, wartość tego wskaźnika z lutego tego roku wynosiła 52,5 pkt.
Podobnie wyglądała sytuacja w większości krajów strefy euro, zaś wskaźniki wskazywały na historycznie niskie poziomy, bądź w najlepszym wypadku wieloletnie minima. Liczba chorych na COVID-19 wzrosła zaś w ciągu miesiąca z niespełna 800 tys. do ponad 3 mln przypadków.
Nietrudno o wrażenie, że te dwa obrazy kwietnia nie współgrają ze sobą. Warto oczywiście pamiętać, że wysokie wzrosty indeksów giełdowych nastąpiły po bezprecedensowych spadkach w marcu, ale w dalszym ciągu czuje się pewien dysonans.
Oczywiście powodem wzrostów indeksów giełdowych były najpierw, ogłaszane stopniowo, kolejne pakiety pomocowe, zarówno fiskalne, jak i monetarne – oraz sam fakt, że reakcja władz w odróżnieniu od poprzednich kryzysów, była niemal natychmiastowa. Dodatkowym wsparciem były kolejne informacje o stopniowym otwieraniu poszczególnych gospodarek, które postępuje we wszystkich regionach świata.
Trudno jednak nie mieć wrażenia, że entuzjazm uczestników rynku, w zestawieniu z wciąż trudnym do oszacowania rejestrem szkód gospodarczych i tym, że w większości krajów pandemia w dalszym ciągu nie została skutecznie opanowana, nie jest do końca spójny. Fakt jest taki, że inwestorzy wyceniają już szybkie odbicie gospodarcze po otworzeniu poszczególnych gospodarek. Można jednak sądzić, że nie doceniają trudności, które gospodarki mogą napotkać po drodze.
Prawdopodobnie tak silne załamanie indeksów, jakie miało miejsce w marcu, już nie nastąpi. Nie oznacza to jednak, biorąc pod uwagę poziom obecnych wycen i spadek prognozowanych zysków (dużo wyższy niż jeszcze dwa miesiące temu), drugiej fali korekty – gdy okaże się, że zarówno nawyki konsumentów, jak i tempo wychodzenia z kryzysu nie jest tak szybkie, jak niektórzy by sobie tego życzyli.
Ponadto, kolejnym niewycenianym scenariuszem jest przywracanie części restrykcji w niektórych przypadkach, co już pokazuje przykład Chin. Wszystko to zebrane razem pozwala stwierdzić, że najbliższe miesiące na pewno będą ciekawe.

Śmiertelność 2019-nCoV jest znacznie niższa niż H1N1 i Eboli

Chińskie władze przytaczają dane, z których wynika, że śmiertelność potwierdzonych przypadków zapalenia płuc będących wynikiem zarażenia nowym koronawirusem w Chinach, do nocy 3 lutego wyniosła 2,1 procent i jest znacznie niższa niż w przypadku grypy H1N1, MERS i Ebola w poprzednich latach.

4 lutego, rzeczniczka MSZ Chin Hua Chunying, podczas internetowej konferencji prasowej powiedziała, że śmiertelność epidemii nowego koronawirusa w Chinach wynosi około 2,1 procent, jest znacznie niższa niż w przypadku innych epidemii, a od 1 lutego zauważono, że liczba osób, które wyzdrowiały przewyższa liczbę zgonów.
Śmiertelność z powodu grypy H1N1 w 2009 r. w Stanach Zjednoczonych wyniosła 17,4 procent, śmiertelność MERS w 2012 r. wyniosła 34,4 procent, a w przypadku wirusa Ebola było to 40,4 procent.
Chińska Narodowa Komisja Zdrowia (NHC) na konferencji prasowej w dniu 4 lutego podała, że wskaźnik śmiertelności potwierdzonych przypadków nowego koronawirusa w Wuhanie wyniósł 4,9 procent, znacznie powyżej średniej krajowej (2,1%) dlatego, że możliwości leczenia w Wuhanie na początkowym etapie nie były dostosowane do skali epidemii.
Przedstawiciel NHC Jiao Yahui powiedziała, że początkowo w Wuhanie wyznaczono tylko trzy szpitale, o łącznej liczbie 110 łóżek, do leczenia pacjentów z zapaleniem płuc wywołanym zarażeniem nowym koronawirusa, ale było to zbyt mało.
Oprócz wyznaczonych szpitali, pacjenci zarażeni nowym koronawirusem zostali rozmieszczeni w przeszło 20 innych placówkach medycznych w całym mieście. Jednak brak jednolitego zarządzania i sprawnej dystrybucji wysokiej jakości materiałów medycznych przyczynił się do stosunkowo wysokiej śmiertelności, dodała Jiao.
NHC potwierdziła, że brak środków medycznych w walce z nowym koronawirusem jest nadal bardzo dotkliwy. Szczególnie brakuje kombinezonów ochronnych i masek N95.
Jiao zaznaczyła, że do 5 lutego liczba personelu medycznego, wysłanego do Wuhan w celu walki z epidemią osiągnęła w blisko 10 tys.
W całych Chinach kontentalnych utworzono 15 tys. klinik do walki z gorączką i 2092 szpitali do zwalczania epidemii, zaspokajając podstawowe potrzeby pacjentów w kraju, z wyjątkiem w prowincji Hubei – centrum epidemii.
Jiao dodała, że ponad 3000 lekarzy z głównych szpitali w kilkunastu prowincjach zostanie wysłanych do przejęcia nowo wyznaczonych oddziałów szpitalnych w Wuhanie, do leczenia pacjentów w stanie krytycznym, zarażonych wirusem.

Do pracy, rodacy

Spada aktywność zawodowa Polek i Polaków. Wnioski? Potrzebne skrócenie czasu pracy, wyższe wynagrodzenia, koniec śmieciówek.

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa z niepokojem przyjął najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w ciągu ostatniego roku spadła liczba aktywnych zawodowo Polaków i Polek. Wyniki badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) wskazują, że osoby aktywne zawodowo stanowiły w II kwartale 2019 roku 56,2 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. W porównaniu z II kwartałem 2018 roku wskaźnik ten spadł o 0,3 p. proc., czyli o 151 tys. osób. Stało się tak pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego. W II kwartale 2019 r. na 1000 osób pracujących przypadało aż 837 osób bezrobotnych lub biernych zawodowo. Warto zwrócić uwagę, że w tym czasie nie zmienił się wskaźnik aktywności mężczyzn, a wskaźnik aktywności zawodowej kobiet spadł o 0,5 pkt proc. Obecnie aktywnych zawodowo mężczyzn jest 64,9 proc., a aktywnych zawodowo kobiet tylko 48,3 proc.. Różnicami między płciami przekracza więc 16 pkt proc.
Tak wysoki odsetek osób biernych zawodowo i bezrobotnych grozi kryzysem finansów publicznych i niewydajnością systemu emerytalnego. Brak pracy zarobkowej ma też negatywne skutki społeczno-psychologiczne, pozbawiając wielu osób kontaktów z innymi osobami i uniemożliwiając samorealizację zawodową.
W ciągu ostatniego roku mieliśmy też do czynienia ze stagnacją odnośnie odsetka osób pracujących. Osoby pracujące stanowiły w II kwartale 2019 roku 54,4 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej, czyli dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. Warto natomiast zwrócić uwagę że nastąpił spadek zatrudnienia u kobiet o 0,3 pkt proc. i zarazem wzrost zatrudnienia u mężczyzn – również o 0,3 pkt proc. W konsekwencji wzrosła różnica między odsetkiem pracujących kobiet i mężczyzn. Wskaźnik zatrudnienia u mężczyzn wyniósł 62,8 proc., a u kobiet zaledwie 46,8 proc., co jest jednym z najgorszych wyników w Unii Europejskiej.
W tym kontekście apelujemy do rządu i opozycji o pilne przedstawienie rozwiązań na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej polskiego społeczeństwa, w tym szczególnie wdrożenie programu na rzecz godnej pracy dla kobiet.
Szczególnie ważne jest wdrożenie rozwiązań pozwalających na łączenie ról zawodowych i rodzinnych – chodzi tu między innymi o rozpowszechnienie wysokiej jakości publicznych żłobków i przedszkoli, wprowadzenie do szkół pełnowartościowych posiłków, rozwinięcie i dofinansowanie opieki senioralnej. Potrzebny jest też pakiet na rzecz wyższych płac i bardziej stabilnego zatrudnienia. Dlatego zaproponowaliśmy podniesienie płacy minimalnej w przyszłym roku co najmniej do poziomu 50 proc. średniego wynagrodzenia, czyli około 2620 zł brutto oraz podniesienie wynagrodzeń o 15 proc. w sektorze publicznym, w którym kobiety stanowią większość. Naszym zdaniem szczególną rolę w jakości życia społecznego odgrywa służba zdrowia, edukacja i pomoc socjalna – dlatego w tych trzech branżach wynagrodzenia w przyszłym roku powinny wzrosnąć o 30 proc.. Uważamy też, że bardzo negatywnie na wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia wpływa wysoki odsetek umów niestandardowych, które na dodatek często są narzucane bezprawnie. Dlatego opowiadamy się za bezwzględnym egzekwowaniem 22 artykułu Kodeksu Pracy, zgodnie z którym, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to pracodawca ma obowiązek podpisać z pracownikiem umowę na etat. Skala umów zleceń i samozatrudnienia powinna być radykalnie ograniczenia. Uważamy też, że dla wielu osób bardzo korzystnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie 2,5 razy wyższych wynagrodzeń za każdą pracę w niedzielę, co pozwoliłoby im ograniczyć czas pracy w dni powszednie. Pożądanym rozwiązaniem dla polskiego rynku pracy byłoby również skrócenie czasu pracy przynajmniej o 2 godziny tygodniowo oraz wydłużenie urlopu wypoczynkowego do 32 dni. Istotnym wyzwaniem jest też aktywizacja zawodowa seniorów i seniorek, w tym skrócenie czasu pracy dla osób starszych.

Uciekające owieczki

Instytucja kościoła w Polsce doświadczana jest w ostatnich dziesięcioleciach mocniej niż kiedykolwiek w historii.

Przemiany zachodzą zarówno w samym kościele jak i wśród wiernych. Badania pokazują, że w Kościele nie jest ich już tylu jak chociażby 40 lat temu. Zgodnie z danymi Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego SAC w 1980 roku w niedzielnej mszy uczestniczyło 51 proc. społeczeństwa. W 2016 roku liczba ta spadła do 36,7 proc i… nadal spada. Analizując ogólnoświatową tendencję odchodzenia od kościoła Polska jest obecnie w światowej czołówce. Mimo tak niepodważalnych danych zarówno biskupi jak i przedstawiciele obozu rządzącego próbują wmówić swoim (słuchającym ich) poddanym, że jest inaczej i że Polska jest ostatnim bastionem wiary, o który należy walczyć.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu przedstawiciele kościoła występowali w roli autorytetu, który łagodził konflikty, był pośrednikiem między totalitarną czy autorytarną władzą a społeczeństwem. Całe lata był niezależną od rządu siłą, która odważnie stawała po stronie pokrzywdzonych, społecznie poszkodowanych. Jednak kiedy Polska wyszła już z ciężkiego pełnego opresji okresu swojej historii jego pozycja zmieniła się, a jego wpływ nie był już tak znaczący dla społeczeństwa. Kolejnym uderzeniem było pojawienie się internetu i mediów w każdej nawet najbardziej zapyziałej chatce. Ludzie bezpowrotnie przestali uznawać niedzielne kazanie za jedyny środek przekazu z którego mogliby dowiedzieć się czegoś o świecie, a kontakt ze sztuką przestał ograniczać się do naściennych kościelnych malowideł.
Dla hierarchów kościoła zagrożenie płynące z postępującej marginalizacji wiązało się nie tylko z faktem, że kościół jako instytucja przestał się rozwijać i być jedynym liczącym się medium, ale również dlatego, że jego przedstawiciele nie mieli już takiej siły wpływu na społeczeństwo jaką mieli wcześniej. Taki stan rzeczy nie pozwalał już bowiem dalej na zaspokajanie potrzeby władzy, blichtru i… budowania biznesu.
W czasach, kiedy szczytowy instytucjonalny rozwój polskiego katolicyzmu minął bezpowrotnie i kiedy już kościół sam przestał stanowić o sile polskiego narodu aby przetrwać hierarchowie musieli poszukać sojusznika. Okazał się nim człowiek, który doskonale zna polską demografię i który wie w jaki sposób przejąć wynikającą z niej większość wyborców. Jego partia na nowo więc dała kościołowi szanse odejścia od zapomnienia i pojawienia na salonach. Kościół otrzymał upragnioną władzę i siłę sprawczą. Zawiązany został pakt, który pozwala obojgu utrzymywać się na powierzchni. Na oczach wszystkich patria rządząca i kościelni hierarchowie uwinęli sobie bezpieczne gniazdko, z którego póki co żadna siła nie zdołała ich wykopać.
Polską rządzą obecnie ludzie, którzy czasy dostępu do swojej młodzieńczej siły, już dawno mają za sobą. Co więcej z każdym miesiącem utrwalają znany sobie feudalny model prowadzenia państwa praktykując średniowieczne metody siły i strachu na polskim społeczeństwie. .
Obserwując to co dzieje się w kościele i jak skutecznie uśmierca on sam siebie pojawia się pytanie jak długo będzie on otrzymywał przyzwolenie na swoje obecne działania.

Maszyny zabierają pracę ludziom

Dziś, tak jak dziesiątki i setki setki lat temu, wielu pracowników jest zagrożonych przez automatyzację. To problem znany od zawsze – i zawsze świat jakoś sobie z nim radził. Tak będzie i tym razem.

Najnowszy raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD)„Future of Work 2019” wskazuje, iż 14 proc. zawodów w gronie państw OECD zagrożonych jest automatyzacją. Natomiast 32 proc. ulegnie „zdecydowanej zmianie” poprzez wdrożenie innowacyjnych technologii cyfrowych.
Raport sytuuje nasz kraj w grupie państw o wysokim prawdopodobieństwie automatyzacji istniejących miejsc pracy.

Kiedyś ich nie było

Ponad 40 proc. nowych miejsc pracy powstałych w ostatnich latach (2005–2016) na świecie to miejsca pracy w zawodach związanych z szeroko rozumianą branżą technologii cyfrowych. Według Światowego Forum Gospodarczego (WEF) wiele z tych nowych zawodów nie istniało jeszcze 10 lat temu.
Nie było wtedy m.in. programistów aplikacji mobilnych, menedżerów mediów społecznościowych, specjalistów chmury obliczeniowej, inżynierów transportu autonomicznego, czy operatorów dronów. Dzisiaj są to jedni z najbardziej poszukiwanych pracowników, otrzymujący wysokie wynagrodzenia.
Generalnie, większość nowych zawodów to profesje silnie wyspecjalizowane, wymagające wykwalifikowanej kadry i stosunkowo trudne do szybkiego opanowania, także dla przekwalifikowujących się pracowników z innych dziedzin.
Na potencjalny problem, wynikający z tego faktu, wskazywał profesor Yuval Noah Harari, historyk z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie pisząc: „Dlatego, mimo iż pojawi się wiele nowych miejsc pracy dla ludzi, możemy być świadkami powstania nowej, bezużytecznej klasy. Może nas nawet spotkać najgorsze: będziemy cierpieć jednocześnie z powodu wysokiego bezrobocia i braku wykwalifikowanej siły roboczej”.
Szacunki Oxford Martin School są w tym kontekście niepokojące. Już w 2013 roku wskazywały na 47 proc. zawodów zagrożonych przez automatyzację w ciągu dwóch najbliższych dekad. Niektóre zawody, jak te związane z handlem, są zagrożone nawet w 80 proc.

Polskie szanse

Polska zawdzięcza wzrost gospodarczy w dużej mierze przedsiębiorstwom realizującym prace łatwe do zautomatyzowania. Tak jest w zakładach produkcyjnych (często zajmujących się podwykonawstwem), w administracji (np. centra usług wspólnych), firmach transportowych, czy przedsiębiorstwach z zakresu górnictwa i rolnictwa.
Zdecydowana większość tych przedsiębiorstw ma jeszcze duże możliwości wdrożenia robotyzacji – zarówno jeśli chodzi o sprzęt, jak o oprogramowanie. Istotne jest, by móc możliwie szybko zidentyfikować wszystkie te obszary – oraz opracować systemowe podejście do kształcenia przyszłych pracowników, tak by mogli funkcjonować w nowych zawodach.
Należy również przygotować mapę stopniowego przekwalifikowywania części obecnych pracowników.
Trzeba pamiętać, że jest to proces ciągły, a zmiana zawodu może odbywać się niekoniecznie tylko jeden raz w życiu jednej osoby. Równolegle, należy też stymulować oraz premiować kreatywność, innowacyjność i wynalazczość – bo wszystkie te dziedziny, przynajmniej na dzisiaj, są trudne do zautomatyzowania.

Wszystko się może zmienić

Szeroko rozumiana transformacja cyfrowa przekształca obecnie wszystko – na nowo definiuje gospodarki, zmienia sposób działania firm, wprowadza nowe modele biznesowe, zmienia sposób zarządzania państwami oraz sposób, w jaki ludzie się ze sobą komunikują.
Jesteśmy świadkami daleko idącej transformacji i przechodzenia na tzw. gospodarki oparte na danych. To właśnie dane są obecnie najcenniejszym zasobem.
Szacuje się, że wdrożenie nowoczesnych technologii cyfrowych w samej Unii Europejskiej oznacza powstanie rynku o wartości ponad 415 miliardów euro rocznie. Każdy kto odpowiednio przygotuje się do procesu transformacji cyfrowej oraz nauczy się korzystać z nowych możliwości, jakie dają innowacyjne technologie, wygra we wszystkich dziedzinach życia – czyli społecznej, ekonomicznej oraz politycznej.
By to osiągnąć potrzebna jest odpowiednia strategia, niezależnie, czy patrzymy na to z poziomu dowolnej wielkości biznesu, poszczególnych państw, czy regionów.

Wszystko dla sprzedaży

Większość z nas nie ma świadomości, iż rozwiązania sztucznej inteligencji stosuje się w Facebooku, Netflixie czy Spotify. Reklamowane tam treści są dostosowane do preferencji użytkownika.

 

Przejawem wdrażania sztucznej inteligencji są też filtry antyspamowe w skrzynkach mailowych, optymalizacja reklam, autokorekta i autopodpowiedzi podczas pisania smsów smartfonem, systemy nawigacyjne pozwalające nie tylko na odnalezienie optymalnej drogi, ale i na zaprezentowanie ofert mijanych po drodze obiektów handlowych.
W e-marketingu i e-handlu sztuczna inteligencja „profiluje” klientów na podstawie schematów ich zachowań, w wyniku czego otrzymujemy precyzyjnie dobrane propozycje produktów, które mogą nas interesować. Wykorzystywana jest też do monitorowania rozmów dotyczących produktów i usług w mediach społecznościowych, aby analizować nastroje konsumentów i na tej podstawie tworzyć oferty reklamowe dostosowane do ich potrzeb.
W handlu i logistyce pomaga ulepszać systemy zamówień i zawczasu eliminować potencjalne problemy – chociażby przewidując na podstawie zebranych danych (np. wejść na stronę www, czy wyszukiwanych fraz) większe zapotrzebowanie na dany produkt.
Dzięki temu firma może odpowiednio wcześniej zwiększyć produkcję minimalizując ryzyko braku towaru, zaplanować ile ciężarówek będzie potrzebnych do jego przewiezienia, a w dłuższej perspektywie umożliwić spełnienie pojawiających się oczekiwań klientów, lepsze dostosowanie produktów i usług do ich potrzeb, dokładne prognozowanie podaży i popytu, zdobycie przewagi rynkowej – a w rezultacie, lepsze wyniki biznesowe.
Jednak mimo coraz większej popularności tej technologii, nadal wiele przedsiębiorstw nie wie jak odpowiednio wykorzystać jej potencjał w swoim rozwoju.
Zastosowanie sztucznej inteligencji wymaga połączenia kilku elementów w całość: trzeba posiadać dużą liczbę danych, wiedzę o ich wzajemnych powiązaniach, oraz możliwość przetwarzania olbrzymich zbiorów zmieniających się informacji. Nie można też zapomnieć o najistotniejszym czynniku – o człowieku. Pomimo że to komputery używają algorytmów do uczenia się na przykładach i dynamicznego „oprogramowywania samego siebie”, to jednak człowiek jest autorem tych algorytmów. To człowiek podejmuje kluczowe decyzje biznesowe i dostosowuje algorytmy do zastosowania w konkretnych sytuacjach