Senior, bierz się do roboty!

PiS-owska władza chce zaoszczędzić na emeryturach, więc pragnie, by starsi ludzie pracowali jak najdłużej.
Pod koniec 2019 r. osoby w wieku 60 plus stanowiły 25,3 proc. ogółu populacji w Polsce. Według Głównego Urzędu Statystycznego odsetek ten wzrośnie do 29 proc. w 2030 r. i 40,4 proc. w 2050 r. Jest ich coraz więcej, a władza bardzo by chciała, by także i pracowali oni więcej, niż dotychczas.
„Presja demograficzna będzie stanowić coraz wyraźniejszy bodziec do tworzenia nowych lub wdrażania istniejących strategii w celu zaspokojenia zmieniających się potrzeb społeczno-gospodarczych. Niezagospodarowanie rosnącego potencjału ekonomicznego starzejącej się populacji oprócz kosztów bezpośrednich, to jest rosnących kosztów utrzymania i opieki nad seniorami oraz malejącej podaży pracy, będą generować także znany w teorii ekonomii i trudny do oszacowania koszt alternatywny niewykorzystanych możliwości”- przewiduje, nieco pokrętnie, Polski Instytut Ekonomiczny.
Współczynniki aktywności zawodowej w grupach wiekowych 50 – 59 lat są wysokie (kilkadziesiąt punktów procentowych ponad średnią), ale progi 60 lat i 65 lat stanowią wyraźne granice końca aktywności ekonomicznej. Relatywnie niewielu seniorów decyduje się pozostać na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego, choć z biegiem lat decyzje o przejściu na emeryturę są opóźniane. W 2020 r odsetek osób aktywnych zawodowo w wieku 60 – 64 lata w Polsce wynosił 39 proc, ale w grupie osób w wieku 65 plus było to już tylko 6 proc. Odsetek kobiet, które w 2019 r. przeszły na emeryturę w ciągu pierwszych czterech lat od momentu osiągnięcia wieku emerytalnego wyniósł 96,7 proc. (w przypadku mężczyzn – 91,9 proc.).
Potencjał gospodarczy starszej części społeczeństwa nie realizuje się w pełni. Bariery dla jego uruchomienia można podzielić na twarde (strukturalne, związane z procesami rozwojowymi kraju) i miękkie (opisywane przez nauki behawioralne) – zauważa Polski Instytut Ekonomiczny. I ocenia, że wśród strukturalnych ograniczeń aktywności gospodarczej najbardziej dotkliwe dla seniorów wydają się: wykluczenie transportowe, brak kompetencji potrzebnych w cyfrowej gospodarce oraz problemy zdrowotne. Według PIE, problem wykluczenia społecznego, spowodowany historycznymi procesami polityczno – ekonomicznymi, stanowi silniejszą barierę dla realizacji potencjału gospodarczego starszej części społeczeństwa niż ustawowy wiek emerytalny.
Instytut wskazuje, że barierom strukturalnym towarzyszą ograniczenia behawioralne utrudniające utrzymanie aktywności gospodarczej osób starszych, takie jak np. oddziaływanie negatywnych stereotypów i ich internalizacja, częstsze poleganie na uproszczonych metodach wnioskowania, przeciążenia poznawcze, nie zawsze właściwe przewidywanie wpływu przejścia na emeryturę na własny dobrostan (trudności z tzw. prognozowaniem afektywnym) czy niedostosowanie procesów pośrednictwa pracy do sposobu decydowania charakterystycznego dla seniorów. Jak widać, Polski Instytut Ekonomiczny zagłębia się tu w meandry psychologii, zamiast koncentrować się, zgodnie ze swą nazwą, na aspektach ekonomicznych.
Tym niemniej, popularne stereotypy dotyczące seniorów (mniejsza motywacja do pracy, niechęć do udziału w szkoleniach i rozwoju kariery, niechęć do zmian, nieufność, słaba kondycja zdrowotna i większa trudność w godzeniu obowiązków zawodowych i osobistych) w większości podobno nie znalazły potwierdzenia w prowadzonych badaniach empirycznych. Bariery behawioralne można skutecznie ograniczać, a stereotypowy wizerunek biernej zawodowo starszej osoby, ustępuje wraz z postępującą świadomością przydatności i wartości doświadczonych pracowników oraz możliwości płynących z ich zatrudniania.
Elastyczne formy pracy (w pełnym lub niepełnym wymiarze godzin) w późniejszym okresie życia mogą mieć znaczące korzyści dla samopoczucia seniorów. Pracownicy – emeryci, którzy zdecydowali się na kontynuowanie pracy w niepełnym wymiarze, charakteryzują się wyższym poziomem odczuwanego dobrostanu, niższym stresem oraz są bardziej zadowoleni ze swojej pracy, niż pracownicy zatrudnieni w pełnym wymiarze godzin. Natomiast osoby pracujące charakteryzują się wyższym poziomem dobrego samopoczucia i satysfakcji zdrowotnej oraz niższym poziomem stresu niż niepracujący emeryci – uważa PIE.
Osoby starsze mają też jakoby lepsze predyspozycje do zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej, niż osoby we wczesnej fazie wieku produkcyjnego. Dotyczy to zwłaszcza tych seniorów, których charakteryzuje pozytywne nastawienie do własnego wieku – bo ci, którym nie podoba się to, że się starzeją, będą ponoć gorszymi przedsiębiorcami.
Biorąc to wszystko pod uwagę, Polski Instytut Ekonomiczny rekomenduje wdrożenie „kompleksowej strategii zwalczającej stereotypy” dotyczące seniorów, modyfikacje w procesach pośrednictwa pracy zwiększające szansę powrotu na rynek pracy, wizualizację konsekwencji możliwego przejścia na emeryturę (zapewne chodzi o to, by przejście na emeryturę przedstawiać w możliwie czarnych barwach), wykorzystanie społeczności lokalnych i zaangażowanie w nie samych seniorów – w tym w działalność gospodarczą – oraz wprowadzenie mechanizmu stopniowego przechodzenia na emeryturę (tu PIE ma zapewne na myśli stopniowe podnoszenie wieku emerytalnego). „Zwracamy też uwagę na potrzebę uwzględniania czynników behawioralnych w procesach niwelowania barier strukturalnych hamujących aktywność seniorów w gospodarce” – dodaje Instytut.
W całym tym rozumowaniu, podkreślającym potrzebę dalszej aktywności ekonomicznej seniorów jest jeden zasadniczy błąd. Otóż Polski Instytut Ekonomiczny stwierdza: „Polacy żyją coraz dłużej i cieszą się coraz lepszym zdrowiem”. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Pod panowaniem PiS Polacy żyją coraz krócej, ich umieralność szybko rośnie i „cieszą się” coraz gorszym zdrowiem. Trudno więc mówić, jak czyni to PIE, o ich „rosnącym, niezagospodarowanym potencjale ekonomicznym” – i o potrzebie zagospodarowania tegoż.
Polski Instytut Ekonomiczny, tak jak i rząd PiS, martwi się „rosnącymi kosztami utrzymania i opieki nad seniorami”. W istocie, jest to wyraźny kłopot dla rządu. Z jednej strony Prawo i Sprawiedliwość przekupuje seniorów i, na potrzeby kolejnego sukcesu wyborczego mnoży finansowe przywileje emerytalne, sprawiając, ze dziś emeryci są drugą, najzamożniejszą grupą społeczeństwa polskiego (po ludziach pracujących na własny rachunek, czyli przedsiębiorcach). Tak przynajmniej mówi statystyka, pokazująca średnie dochody warstwy społecznej emerytów. W rzeczywistości, jest wśród nich ogromne zróżnicowanie dochodowe, a wysokie świadczenia, zawyżające całą średnią, otrzymuje tylko drobna część z nich, zaś bardzo wielu klepie biedę. Dla PiS-owskiej propagandy sukcesu jest to jednak wystarczający powód do chwalenia się tym, jak to rząd Prawa i Sprawiedliwości dba o seniorów.
W rzeczywistości, rząd PiS ma seniorów w … – i są oni potrzebni rządzącym wyłącznie jako „mięso wyborcze”, mogące swymi głosami zapewnić PiS-owi utrzymanie władzy – a na władzy i płynących z niej apanażach prominentom PiS zależy jak na niczym innym na świecie. Dlatego też emeryci są dla nich ważni.
Z drugiej zaś strony, pieniądze trafiające dla emerytów są jednym z powodów tego, że budżet trzeszczy w szwach, a koszt każdego głosu emeryckiego oddanego w wyborach na PiS, staje się coraz większy. PiS wie wprawdzie, że przekupywanie emerytów jest korzystną strategią wyborczą, bo badania pokazują, że seniorzy są raczej zwolennikami „zjednoczonej prawicy” – ale wie też, że ta strategia pochłania coraz więcej środków, których brakuje na inne cele. W rezultacie, w Polsce na przykład poszerza się strefa skrajnego ubóstwa, bo nie wystarcza pieniędzy na pomoc społeczną, zaś ludzie niepełnosprawni żyją w coraz trudniejszych warunkach, gdyż przy zwiększającej się inflacji, ich świadczenia stoją realnie niemal w miejscu.
Ten stan rzeczy prominentom PiS niby specjalnie nie przeszkadza, bo ani ludzie skrajnie ubodzy, ani niepełnosprawni, to raczej nie jest elektorat tego ugrupowania. Rządzący mogą więc nadal zakręcać im kurek z pieniędzmi, zastępując realne wsparcie dla tych grup, propagandowymi obietnicami z których nic nie wynika, takimi jak np. niedawna „Strategia rządowa na rzecz osób z niepełnosprawnościami”. Ale do czasu. Coraz powszechniejszy niedowład funkcji opiekuńczych państwa, czego drastycznym przykładem jest załamanie systemu opieki zdrowotnej, powoduje, że podsypywanie pieniędzy tylko seniorom i emerytom, ze szkodą dla innych grup społecznych, może nie wystarczyć do kolejnego sukcesu wyborczego.
Jednak z trzeciej strony, PiS nie może seniorom i emerytom odebrać realnie nawet grosza, bo wtedy straci też część ich głosów wyborczych. Jedynym, teoretycznie możliwym dla PiS rozwiązaniem, jest więc zachowanie wszelkich przywilejów emerytalnych – z jednoczesnym namawianiem seniorów, by skorzystali z nich jak najpóźniej. By nie szli na emerytury, pracowali dłużej, aktywizowali się, podejmowali dodatkowe prace zarobkowe. Gdy się tym zajmą, to może będą mniej wyczuleni na, nieunikniony w przyszłości, spadek realnej wartości ich emerytur. Bo PiS wprawdzie nie może podnieść wieku emerytalnego, gdyż straci głosy seniorów, ale jednocześnie, nie może nadal podnosić emerytur tak jak dotychczas, bo budżet tego nie wytrzyma.
Zachowanie wszelkich przywilejów emerytalnych z jednoczesnym namawianiem seniorów, by skorzystali z nich jak najpóźniej, jest jak wspomniano, jedynym teoretycznie możliwym rozwiązaniem dla prominentów PiS. Teoretycznie – bo w praktyce nie ma żadnej gwarancji, że seniorzy zachowają się tak, jak sobie życzy obóz władzy (i jak chciałby to widzieć Polski Instytut Ekonomiczny) – czyli zechcą „aktywizować się ekonomicznie” i będą pracować coraz dłużej w jak największym wymiarze godzin.
Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że seniorzy będą szli na emerytury najszybciej jak tylko mogą – i dopóki PiS te emerytury utrzyma ze względów wyborczych na w miarę przyzwoitym poziomie, to czas wolny przeznaczą na wypoczynek, podróże, reperowanie zdrowia, opiekę nad wnukami, zajmowanie się działką – czyli na to wszystko, na co wcześniej nie mieli czasu.
Zapewne część z nich zechce nadal pracować „na pół gwizdka”, ale z pewnością nie opóźnią przejścia na emeryturę, aby nadal harować w pełnym wymiarze godzin. I nie przekonają ich wyliczenia, o ile to wyższe będzie ich świadczenie emerytalne, jeśli zaczną je pobierać pięć czy dziesięć lat później.
Seniorzy doskonale wiedzą, że pod rządami PiS nie jest pewne, czy przeżyją jeszcze te pięć czy dziesięć lat. I że znacznie lepiej brać jak najszybciej emeryturę, co roku waloryzowaną i czasami zwiększaną różnymi „trzynastkami” i „czternastkami”, oraz trochę do niej dorabiać, zamiast stresować się w pracy, pragnąc dotrzymać tempa młodszym. Znane przysłowie „lepszy wróbel w garści” pasuje tutaj jak ulał.
Tak więc, wszelkie dalekosiężne plany intensywnego „aktywizowania ekonomicznego” ludzi w wieku 60 i 65 plus, są skazane na niepowodzenie. Seniorzy doskonale bowiem wiedzą, że podstawowym elementem jakości ich jesieni życia jest emerytura, pobierana najwcześniej jak to tylko możliwe. Można trochę do niej dorabiać, można z dorabiania zrezygnować – ale przejścia na emeryturę na pewno nie wolno odkładać nawet o kilka miesięcy.
Prominenci PiS naturalnie bardzo by chcieli zmusić głodem seniorów do dłuższej pracy. Dopóki jednak w Polsce są wciąż jeszcze w miarę wolne wybory, nie mogą sobie na to pozwolić w sposób zbyt nachalny, bo stracą władzę.
Prawo i Sprawiedliwość już jednak próbuje brać głodem emerytów i w ten sposób zapędzać ich do pracy, choć oczywiście próbuje utrzymać w tajemnicy te swoje działania. Jak informuje Federacja Przedsiębiorców Polskich, z najnowszych danych na temat wysokości emerytur wynika, że obecnie aż 365 tys. emerytów otrzymuje świadczenia mniejsze, niż oficjalnie obowiązująca emerytura minimalna, która wynosi na rękę 1066 złotych. W praktyce, spora część tej liczącej 365 tys. grupy otrzymuje emerytury wynoszące kilkaset złotych miesięcznie.
Od 2015 roku liczba seniorów dostających emeryturę mniejszą od minimalnej, zwiększyła się ponad trzykrotnie. Tak właśnie Prawo i Sprawiedliwość w rzeczywistości dba o ludzi w jesieni życia! Jeśli liczba osób z głodowymi emeryturami będzie rosnąć w obecnym tempie, to za pięć lat będzie ich około 1,1 miliona. Niech więc seniorzy się dobrze zastanowią, czy chcą przykładać swój głos wyborczy do procederu ograbiania samych siebie.

Kulturalna starość

Jeśli nie chcesz przymierać głodem na starość – umrzyj nim dostaniesz pierwszą emeryturę.

Według rządu najniższa emerytura to jakieś 1200 zł. Oczywiście to nieprawda, bo rząd z tej kwoty potrąca podatek. Na rękę parę stów mniej.
Na każdy dzień nie ma nawet 40 zł. Z tych pieniędzy ma się najeść, ogrzać, umyć, zapłacić za dach nad głową i bardzo często kupić lekarstwa.
Większość „życzliwych” rodakom Polaków powie, że przecież taki ktoś mógł pracować więcej i lepiej zarabiać. A skoro tego nie robił, to znaczy, że był leniem i na taką właśnie najniższą emeryturę zasłużył. Według takiego rozumowania znakomita część emerytów była przez całe życie obibokami. Bo skoro GUS poddaje, że najczęściej wypłacana emerytura to ok. 60 złotych więcej niż minimalna emerytura, to znaczy, że jesteśmy narodem śmierdzących leni.
Ten sam GUS twierdzi też, że średnia emerytura w Polsce to 2 500 zł. Co oczywiście jest statystycznym pewnikiem, ale na którą to wartość można patrzeć ze śmiechem. Tym samym, który ogarnia Polaków, gdy czytają, że średnie wynagrodzenie u nas to ponad 6 tys. zł miesięcznie.
Ciepłe kraje
Kłamstwo statystyczne nie jest jedynym, które dotyczy emerytów. Największym jest bowiem sama „najniższa emerytura”. Bo – otóż – od czasu reformy Buzka czegoś takiego nie ma. Na ustawowe minimalne brutto załapują się bowiem faceci, którym pracodawca odprowadzał składki emerytalne przez 25 lat i kobiety, którym część wynagrodzenia przesyłano do ZUS przez lat 20. Po ludzku mówiąc, przez tyle właśnie lat jedni i drugie musieli w czasie swojego życia pracować na etacie.
Tymczasem żyjemy w kraju, gdzie w latach 90-tych pracować można było najczęściej na umowach cywilno prawnych, albo wręcz na czarno.
I mimo że ktoś harował na umowie o dzieło, lub umowie-zleceniu, to fundusz emerytalny ZUS nie dostawał z tego ani grosza.
Nie mający o tych czasach i sytuacjach, wielkomiejscy, liberalni mądrale, powiedzą oczywiście, że ludzie mogli się na takie coś nie zgodzić. Oczywiście. Tyle, że jedyną alternatywą było dla nich i ich rodzin żywienie się po śmietnikach i spanie pod mostem.
A jeśli i to nie przekona, nie mających pojęcia o życiu w mniejszych miejscowościach, to może niech spojrzą wokół siebie i spytają dzisiejszych 35-44-latków czy jeszcze kilka lat temu mieli etaty. Nie mieli otóż. Tak samo jak urlopów i mnóstwa świadczeń, które się ma z racji bycia etatowcem.
Zarzucanie lenistwa ludziom, którzy w latach 90-tych spędzali po kilka miesięcy za granicą i z racji niebycia Polski w UE musieli w większości pracować tam na czarno, też jest nie fair. A przecież robiło taki dobrych kilkaset tysięcy Polaków.
Pracodawca ci da
Prawo jest jednak twarde. Jeśli za kogoś przez wymienione w ustawie lata nie płacono składki emerytalnej, to osoba taka nie dostanie „emerytury minimalnej”. Dostanie natomiast – jak we Wrocławiu – co miesiąc 20 gr.
Aż dziw, że podając tę informację ZUS nie zestawił jej z najwyższą wypłacaną w Polsce emeryturą za ponad 60 oskładkowanych lat, wynoszącą ponad 20 tys zł miesięcznie. Byłaby przecież szansa udowodnić że (jak się z tych dwóch kwot zrobi średnią) średnia polska emerytura to 10 tysięcy z groszami.
Niemal bezgłośnie przeszła w mediach informacja, że liczba Polaków bez prawa do minimalnej emerytury wzrosła w ciągu 7 lat ponad dziesięciokrotnie. O ile bowiem w 2011 r. było takich osób niecałe 24 tys, to teraz jest ich trzy czwarte miliona. I ta armia będzie rosła. Według jednych ok 2030 roku będzie ich prawie milion, według zaś innych – nawet 1,5 mln.
Od lat o nieoskładkowane śmieciówki walczą pracodawcy, cały czas opowiadając, jak to uelastycznia rynek pracy, czyli ma nader pozytywny wpływ na gospodarkę. Teraz jednak grono to – konkretnie zaś Federacja Przedsiębiorców Polskich – zostało zaskoczone danymi o licznie niekwalifikujących się na najniższe emerytury. I co wymyślili?
Żeby zrobić ustawę nakazującą ZUS dopisać kapitał za lata, kiedy dana osoba pracowała na śmieciówce. A na dodatek lata te doliczyć do stażu niezbędnego by dostawać emeryturę najniższą. I jest to piękne. Ci, którzy zawsze gardłowali, że państwa ma być jak najmniej, dzięki czemu mogliby płacić pracownikom po uważaniu i zamiast na ZUS przekierowywać ich składki na własne konta. Teraz zaś leją krokodyle łzy nad tymi, których złupili i domagają się, żeby sprawiedliwość wzięło na siebie państwo. Czyli wszyscy podatnicy.
Z kapeluszem po emetyturę
Prawda jest jednak taka, że z emeryturami trzeba coś zrobić. Choćby dlatego, że za dekadę oprócz 1 miliona osób niezasługujących zdaniem ZUS na minimalne świadczenie, tych, którzy będą je dostawali w najniższym wymiarze będą miliony. Choćby tacy, którzy pracują na samozatrudnieniu. Bo mimo, że co miesiąc płacą ZUS jak za zboże, to ich składka emerytalna da dzisiejszym „przedsiębiorcom” właśnie najniższą emeryturę. Do tego dodajmy dotychczasowych beneficjentów „500 plus” i innych świadczeń socjalnych, które wymagają od ludzi wykazywania się minimalnymi zarobkami. Wszystkie te osoby zarabiały zatem oficjalnie jak najmniej. Najczęściej będąc zatrudnionymi na pół etatu. Pracowały zaś ile się da, dostając pieniądze „pod stołem”.
Można iść o zakład, że grono ludzi z najniższą emeryturą zasilą wszelkiej maści twórcy. Od kabareciarzy, przez piosenkarzy, czy muzyków, na dziennikarzach kończąc. W tych zawodach pojęcie etatu jest niemal nieznane. Tak jak nawet samozatrudnienie. Twórcy żyją z umów o dzieło. A od nich nie odprowadza się nawet składki zdrowotne, więc tym bardziej na emeryturę.
Dlatego za 15-20 lat nie zdziwcie się Drodzy Czytelnicy jak w jakimś buszującym w śmietniku kloszardzie rozpoznacie niegdysiejszego celebrytę. Takiego, który miał jeden przebój, którego już od dawna nikt nie chce grać, więc tantiemy też mu się nie należą.
Coraz mniej
OECD, czyli klub najbardziej rozwiniętych ekonomicznie krajów, przeprowadził symulację emerytur wśród swoich członków za 30 lat. Badaczom wyszło, że najwyższe emerytury będą dostawać Holendrzy. Niemal równe przeciętnej pensji. Na drugim miejscu jest Dania, gdzie emerytura będzie stanowić 86 proc. średniego wynagrodzenia. We Włoszech, Austrii, Luksemburgu, USA, Irlandii i Kanadzie, będzie się po przejściu na emeryturę dostawało ponad 70 proc. średnich zarobków.
Taki zaś Polak, czy Polka, gdy przejdą na zasłużony odpoczynek to dostaną ledwie 31 proc. przeciętnej niegdysiejszej pensji. To najgorszy wynik w Europie i drugie po Meksyku najniższe świadczenie na świecie.
W przeliczeniu na obecne pieniądze Polacy będą dostawać średnio niecałe 1200 zł na rękę. Potwierdzają to polscy naukowcy. Według nich będzie jednak nieco gorzej. Bo gdy 30-40 – latkowie przejdą na emeryturę, to 75 proc. z nich otrzyma co najwyżej świadczenie minimalne – czyli co najwyżej odpowiednik dzisiejszych 934 zł. Czeka to praktycznie wszystkie kobiety i ponad połowę mężczyzn.
Za starzy na życie
Dziś emeryci to ok. 6 mln osób. Lada chwila będzie ich jednak ponad 10 milionów. Co znaczy, że ludzi, którzy nie będą mieli pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb będzie 7,5 miliona.
Powinno się wydawać, że dzisiejsze i przyszłe świadczenia dla osób starszych powinny być jednym z głównych haseł tegorocznych kampanii wyborczych. A nie są.
Kaczyński wymyślił dla nich łapówkę w postaci 13. emerytury. Morawiecki snuje wizje dalszego zasilania sektora bankowego poprzez PPK i IKE. Historia OFE nauczyła Polaków, że to ściema, na której zarobią tylko banksterzy. Opozycja problemu emerytów nie dostrzega.
Nikt nie wraca do dyskusji sprzed paru lat gdy partie przerzucały się – niejednokrotnie sensownymi – pomysłami.
Zaczął Waldemar Pawlak, gdy jeszcze był wicepremierem. Powiedział, że na starość jedno na co będzie można liczyć, to utrzymanie przez własne dzieci. A potem dodał, że musimy myśleć o emeryturze obywatelskiej. Czyli takiej, którą dostanie każdy, kto osiągnie wiek emerytalny. Poza nią dostawałby też i tę z ZUS, czy czegokolwiek.
Koncepcji przyklasnęli liberałowie z Centrum im. Adama Smitha. Ich wyliczenia pokazywały, że emerytura obywatelska miałaby być finansowana z podatków i wynosić powinna (parę przecież lat temu) ok. 900 zł.
Szydło mówiła wtedy, że emerytura obywatelska jest jedną z propozycji omawianych w PiS. Jak widać nader nieskutecznie. Choć nie do końca może.
Od zdobycia władzy przez PiS można zaobserwować dość ciekawe zjawisko. Po wielu latach wzrostu wieku umieralności Polaków, trend się odwrócił. Umiera nas znacznie więcej niż przewidywali to demografowie. Może zatem PiS uznał, że problem głodujących emerytów rozwiążą sami emeryci. Poprzez schodzenie z tego łez padołu, tydzień po przejściu na emeryturę.

40 zł dla rencistów i części emerytów

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Jeśli projekt przejdzie pomyślnie przez parlament oznaczać to będzie, że ogół polskich podatników sfinansuje waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych.
Rząd informuje, że wszystkie emerytury i renty zostaną podwyższone wskaźnikiem waloryzacji 103,84 proc., z gwarantowaną kwotą podwyżki 50 zł. Warto jednak wyjaśnić, że w rzeczywistości będzie to podwyżka wynosząca mniej, bo 40,50 zł miesięcznie. To znaczna różnica in minus w porównaniu z przedwyborczymi obietnicami Prawa i Sprawiedliwości w 2019 r. Wtedy, by zachęcić Polaków do głosowania na PiS obiecywano podwyżkę tych świadczeń o 70 zł.
W 2021 r. najniższe świadczenia zostaną podwyższone do 1250 zł brutto w przypadku najniższej emerytury, renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy, renty rodzinnej i renty socjalnej, oraz 937,50 zł brutto w przypadku najniższej renty z tytułu częściowej niezdolności do pracy.
W przypadku renty z tytułu częściowej niezdolności do pracy i renty inwalidzkiej III grupy kwota waloryzacji wyniesie 37,50 zł brutto czyli jeszcze mniej.
W 2020 r. najniższa gwarantowana emerytura brutto to 1200 zl miesięcznie, czyli 1028 zł na rękę. Podwyżka o 50 zł brutto oznacza emeryturę netto wynoszącą 1068,50 zł. Faktyczna podwyżka wyniesie więc 40 i pół złotego miesięcznie
W przypadku osób pobierających emeryturę częściową (w 2021 r. będzie ich prawie pół miliona), kwota waloryzacji nie będzie mogła być niższa bardziej niż o połowę, czyli wyniesie tylko 25 zł zł. Tak więc, jak zwykle w Polsce, najubożsi dostaną najmniej.

Niemiecka emerytura dla 75-latków?

Niemiecki bank centralny ogłosił właśnie swój październikowy raport, w którym zaleca przechodzenie na emeryturę najwcześniej w wieku 69 lat i czterech miesięcy, a najlepiej jeszcze później, nawet w wieku 75 lat, by zachować dotychczasowy poziom emerytur. Neoliberalna tendencja powiązania przechodzenia na emeryturę ze średnią długości życia zaczyna wywoływać rosnące niezadowolenie.

Siedem lat temu Niemcy przeżyli pierwszy szok, gdy rząd Angeli Merkel przeforsował reformę podnoszącą wiek emerytalny z 65 do 67 lat. Tak się stało, choć nigdy w historii Niemcy nie były tak bogate jak teraz. Zalecenie Bundesbanku nie oznacza jeszcze zmiany przepisów, ale dla wielu emerytów (i nie tylko) nowa, ewentualna nowa reforma odbiera sens pracy i bogacenia się.
Bardzo wpływowy politycznie Bundesbank podaje trzy powody swej propozycji. Po pierwsze, od lat 20. bieżącego wieku na emeryturę zacznie przechodzić pokolenie „baby-boomersów”; po drugie, wzrasta średnia długość życia, po trzecie, od lat rodzi się coraz mniej Niemców, którzy mieliby finansować emerytury, a imigracja nie wystarczająco temu przeciwdziała. Podobne argumenty podają inne ideologiczne ośrodki światowego neoliberalizmu, jak Komisja Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju skupiająca 36 najbogatszych państw świata).
Tak się składa, że w łonie rządzącej koalicji trwa właśnie konflikt na temat „Grundrente” (emerytury bazowej). W przyszłym miesiącu ma zostać opublikowany „bilans połowy kadencji”, co w razie braku porozumienia da SPD okazję do przewidywanego już wcześniej wycofania się z prawicowej koalicji. Po propozycjach Bundesbanku upadek rządu Angeli Merkel stał się dużo bardziej prawdopodobny.

Przymus służący wszystkim

Niech nikt nie myśli, że składka płacona na ubezpieczenie społeczne stanowi własność ubezpieczonego.

W jednym z sierpniowych wydań „Trybuny” zwróciłam uwagę na artykuł zatytułowany „Trudne życie wolnych najmitów” i przypomniałam sobie wcześniejsze teksty redakcji dotyczące tematu emerytury: „Rzecznik chce likwidacji nonsensu emerytalnego” oraz „Strata emerytalna, której nie będzie”.
Jest tam mowa o wyliczeniach, które wskazują, że zwolnienie przedsiębiorców z obowiązku płacenia składek na ubezpieczenie społeczne przyniosłoby korzyści, a ponadto są też inne osoby dobrze sytuowane, którym ubezpieczenie społeczne jest na nic. W związku z tym Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców proponuje dobrowolne płacenie przez nich składki na ubezpieczenie społeczne.
Domyślam się, że Redakcja solidaryzuje się z tymi wypowiedziami. Dlatego postanowiłam napisać kilka słów na temat co to jest ubezpieczenie społeczne i czym różni się od ubezpieczeń gospodarczych typu OC, które też są obowiązkowe – mając nadzieję, że Redakcja postara się zmienić ogólne zapatrywanie na rolę ubezpieczeń społecznych.
Nie można mówić, że ubezpieczenie społeczne to nonsensowna instytucja – jakkolwiek w ostatnich latach nagromadziło się trochę bezsensownych regulacji w tym zakresie.
Ubezpieczenie społeczne to instytucja mająca umocowanie w Konstytucji RP z 1997r. Z jej art. 67 wynika, że stworzenie systemu zabezpieczenia społecznego to obowiązek państwa. To państwo musi zabezpieczyć obywateli na wypadek choroby i starości. Nasze państwo ten swój obowiązek realizuje, tworząc system powszechnego ubezpieczenia społecznego i system zaopatrzenia społecznego dla służb mundurowych.
To nie jest system przymusowego ubezpieczenia się przez obywateli (płacenia składki). Ubezpieczenie społeczne to system tworzony ze środków przeznaczonych na ten cel z dochodu narodowego.
Środki te kierowane są bezpośrednio (a nie via wynagrodzenie za pracę) do odrębnego funduszu, z którego są wypłacane świadczenia, różnicowane według udziału ubezpieczonych w wytworzeniu tych środków. Kryteria różnicowania to z reguły czas udziału w wytwarzaniu środków przeznaczonych na świadczenia (staż pracy) i kwalifikacje (zarobki).
Od 1999 r środki przeznaczone (przez państwo) na ów fundusz zostały „rozpisane” na indywidualny udział każdego ubezpieczonego w ich wytworzeniu, nazwane składką i dopisane do wynagrodzenia za pracę ( wynagrodzenie brutto).
W systemie obowiązkowego ubezpieczenia społecznego obywatel mający tytuł do ubezpieczenia (np. zawarł umowę o pracę albo podjął działalność gospodarczą) jest ubezpieczony z mocy ustawy ( przez państwo) od momentu kiedy ma ów tytuł – nawet jeśli składka nie została przekazana.
Obowiązek wydzielenia środków na ubezpieczenie społeczne i „ rozpisania” ich na poszczególnych ubezpieczonych w postaci składki spoczywa na osobie wypłacającej wynagrodzenie za pracę.
To płatnik odprowadza składkę i on ponosi odpowiedzialność za ewentualne błędy w jej wyliczeniu, a nie ubezpieczony. Osoba prowadząca działalność pozarolniczą występuje wówczas w podwójnej roli płatnika i ubezpieczonego, za którego (jako jednocześnie płatnik) płaci składkę.
Błędem ustawowym i naruszeniem Konstytucji jest różnicowanie skutków niezapłacenia składki. Składka jest bowiem wyliczoną w złotówkach miarą udziału ubezpieczonego w wytworzeniu środków przeznaczonych przez państwo na ubezpieczenie społeczne.
Inaczej mówiąc, składka nie jest własnością ubezpieczonego, bo nie jest częścią jego wynagrodzenia za pracę, (co potwierdził Trybunał Konstytucyjny), jakkolwiek tak usiłowali ją przedstawiać pomysłodawcy Otwartych Funduszy Emerytalnych (ustanawiając dziedziczenie publicznych środków!), a w roczniku statystycznym za 1999 r wykazano prawie 20 – procentowy wzrost wynagrodzeń.
Konstytucyjne umocowanie prawa do emerytury daje gwarancję, że różnego rodzaju projekty dotyczące likwidacji ubezpieczenia społecznego nie zostaną zrealizowane. Nie należy tej konstrukcji społecznej nazywać nonsensem i domagać się likwidacji obecnego systemu.
Liczę, że Redakcja nie będzie popierać takich sugestii, choćby dlatego, że nic lepszego, chroniącego ludzi żyjących z pracy, dotychczas nie wymyślono. A z drugiej strony, pobieranie emerytury jest tylko prawem obywatela, a nie obowiązkiem. Osoby dobrze sytuowane, mające własne zasoby, mogą się po nią nie zgłaszać.

 

Laski, piaski, karaski i… Zakrzewski

Serock pod Warszawą. Kto mieszka w stolicy nie od przedwczoraj i kto lubi zjeść coś niebanalnego,
dobrze wie, co to znaczy „skoczyć do Serocka na rybkę”.

Zaczynali w latach 80. Może stąd ta sława? W epoce octu, pustych półek, czołgów szarżujących po ulicach, łapanek i mszy za ojczyznę, fajnie było na chwilę wyjść z podziemia, odłożyć na bok paczki z darami, wsiąść do samochodu i skoczyć do Serocka…
Czasy się zmieniły, a mimo to wolni obywatele – choć wokół skolko ugodno McDonaldów, King Burgerów, Starbucksów i pizzerii, nadal cenią sobie świeżutkie co nieco prosto z wody.
Pewnego dnia podkusiło i Tadeusza Zakrzewskiego. Czy jego żonie nie chciało się obiadu gotować, czy może Zakrzewski chciał, żeby odpoczęła, dość, że wpadli do Serocka.
Nagle, owinięty kombatancką poświatą, pojawił się w restauracji także Zbigniew Janas, osobą własną. TEN JANAS! Niegdyś maszynista kolejowy i elektromonter w ZPC Ursus, symbol robotniczego buntu. Związał się z KOR-em, potem z „Solidarnością” i kierował walką robotników o godność, wolność i demokrację – zarówno legalnie, jak i w podziemiu. Gdy już zwyciężył, nigdy do Ursusa nie wrócił. Został posłem, a gdy elektorat przestał go wybierać, politykiem – ROAD, UD, UW i PD… Że, co? Że nie bardzo Państwo wiedzą, o co chodzi? Powiedzmy ogólnie, że nieprzerwanie działał w kręgu Unii Wolności, jakkolwiek się ona nazywała.
Z Zakrzewskim się znali, gdyż Zakrzewski, jako dziennikarz telewizji reżimowej często w Ursusie bywał. Był na bieżąco z produkcją, z ludźmi, z problemami firmy, no i z historią, która przez ZPC przewalała się kłębiastymi chmurami. Znał więc i pana Janasa, wielokrotnie rozmawiali – zarówno w Ursusie, jak i w Pałacu Namiestnikowskim, gdy już ciemną noc komuny rozświetlała jutrzenka wolności. O wiele słodsza ona by była, gdyby nie nadciągała ze wschodu, no, ale to już ani od pana Janasa nie zależało, ani nawet od Zakrzewskiego, mimo, że on znał Gorbaczowa osobiście. Jutrzenka tak już ma, że wstaje na wschodzie, czy się to komuś podoba, czy nie. Wtedy, uczestnikom Okrągłego Stołu podobała się bardzo.
Janas jak zwykle walczył o wolność – tym razem by była ona precyzyjnie zapisana w porozumieniu Okrągłego Stołu, a Zakrzewski jak zwykle filmował, rozmawiał, pytał i pokazywał telewidzom, zarabiając na swoje kolejne „Złote Ekrany” i dziesiątki innych nagród dziennikarskich, których zebrał tyle, co nie przymierzając pan
Janas orderów.
I tak oto, po latach, tych dwóch ludzi, te dwa życiorysy, znów się spotkały – tym razem przypadkiem, w podwarszawskiej knajpie, w Serocku.
– Dzień dobry, panie Zbigniewie, zakrzyknął serdecznie Zakrzewski, bo on już tak ma, że jest serdeczny i każdemu zawsze życzliwy.
Pan Janas oczywiście poznał go:
– A dzień dobry, odpowiedział równie grzecznie. Pan jeszcze pracuje?
– Już nie, jestem na emeryturze. A co u pana, panie Zbyszku (bo kiedyś na Cpanie Zbyszku” i „panie Tadku” byli)? Co słychać w Ursusie?
– To pan nie wie? Nie ma już „Ursusa”, nie ma fabryki…
Zakrzewski poczuł się nieco skonfundowany – wiedział oczywiście, że polski przemysł ciągnikowy w zasadzie szlak trafił, ale nie wiedział, czy pan Janas poczytuje to za swoją klęskę, czy za zasługę? W końcu trząsł tym zakładem, gdy był on jeszcze w pełni sprawny. Potem jednak z całym oddaniem był po tej stronie, która w walce z „czerwonym” gotowa była na każde poświęcenie, zwłaszcza na poświęcenie państwowego majątku.
Głowa buzowała Zakrzewskiemu od tych myśli. W końcu uznał, że zgon ZPC Ursus, jednego z „socjalistycznych molochów”, pan Janas na pewno zapisał w swoim życiu po stronie osiągnięć.
– I dobrze, powiem panu, panie Zbigniewie, że robotnicy już nie muszą zasuwać przy tych silnikach, tytłać się w smarach i w ogóle tak się męczyć. Też mogą jechać na rybkę…
W czasach powszechnego wypierania z pamięci Polski Ludowej, a więc i własnych życiorysów, taki ktoś jak Zakrzewski jest nieocenionym świadkiem, jak było. Nie jak teraz uczą, co mówią, co kręcą, tylko jak było naprawdę.
Od dziecka znał życie od prawdziwej strony – okupacyjnej biedy z jej wyprawami na podwarszawskie pola po kradzione kartofle, od strony nadwiślańskiej wieży spadochronowej, z której patrzył na płonące powstanie, od przytuliska u „dziadka” Kazimierza Lisieckiego, twórcy Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy, oglądał życie oczami młodocianego robotnika „Wedla”.
Został bardem codzienności, szarości, biedy. Najpierw praskiej, potem warszawskiej, a potem Mazowsza, Kurpi i Podlasie. Los zdarzył bowiem, że dostał do ręki nowe, poczęte w 1966 roku telewizyjne dziecko: „Telewizyjny Kurier Mazowiecki”.
Przez kilkanaście lat włóczył się po wsiach, PGR-ach, gminnych domach kultury, klubach Ruchu, szkołach, szpitalach, miasteczkach i fabrykach. Opowiadał o siłaczkach i siłaczach – nauczycielach, inżynierach rolnych, mechanizatorach, instruktorach, bibliotekarkach, położnych, dentystkach, meliorantach, o lekarzach wreszcie, którzy nagle ze zdumieniem stawali bezradni wobec wtórnego analfabetyzmu. Bo owszem – Polska Ludowa nauczyła czytać, ale nie w każdym wyrobiła nawyk czytania.
– Umieć, umiem, ale zacina mi się – pan wie, panie doktorze jak to jest…
– To niech pan pamięta – niebieskie proszki trzy razy dziennie, a te białe dwa razy…
To tylko dziś, co rodak, to szlachcic rodowodowy urodzony w dworku ocienionym kasztanami. Powojenna bieda, nieprawdopodobny mozół, żeby z niej wyjść, gigantyczny wysiłek, żeby z każdego wydobyć na wierzch jego człowieczeństwo są dziś wspominane bardzo niechętnie.
A Zakrzewski pamięta. Był, gadał, widział… Filmował, opowiadał – teraz zaś pisze. Ma dziesiątki brulionów, kalendarzy, zeszytów z zapisanymi zdarzeniami, ważnymi datami, ludźmi. I sypie książkami jedna za drugą.
Właśnie – nakładem Książki i Wiedzy – ukazała się kolejna: „Mazowsze Kurpie i Podlasie w obiektywie kamery 1966-1981”.
„Kiedy autobus z napisem Biała Niedziela zajechał do Mącic wyszło, że miejscowi po raz pierwszy widzą ludzi w białych kitlach. Dotąd leczyli się sami. Najczęściej – za pomocą »wstrząchów«. Metoda polegała na obłożeniu chorego deskami i owinięciu kocem. Potem delikwenta podnoszono do góry raz za nogi, raz za głowę. I upuszczano. Kurpiom pomagało na każdą chorobę.
Nikt ze starszych nie dał sobie usunąć zęba rękami stomatologa. Robili to za pomocą mocnej nitki przymocowanej do furtki. Nagłe szarpnięcie załatwiało sprawę. Kobiety ciężarne unikały badań ginekologicznych. I porodówek.
„Bo tam każą ścinać kołtuny hodowane na głowie, a baby nie chcą sprowadzić na siebie nieszczęścia« – tłumaczył jeden z miejscowych.”
Tak było zaledwie pół wieku temu – niecałe jedno życie…
Z Mącic jest 9 kilometrów do Chorzeli, 27 do Szczytna, 34 do Przasnysza i 46 do Ostrołęki. Pół godziny jazdy samochodem – wtedy wrony tam zawracały.
Grójec, Pruszków, Mława, Karczew, Pułtusk, Myszyniec – wszędzie nowe sprawy i buzująca wokół historia. Zakrzewski był z Mazowszem, Kurpiami i Podlasiem na dobre i na złe. Poznał tysiące ludzi. Gdy przyszedł czas Solidarności – nie tylko Janasa. Pamiętam, jak uczestnicy Okrągłego Stołu ze zdumieniem obserwowali, że Zakrzewski i Michnik witają się jak znajomi. Skąd się znali?
„W Otwocku dwóch pijanych chłopaków obrzuciło kamieniami kolejowy posterunek MO. Podczas zatrzymania zaczęli wrzeszczeć, że są bici. Zebrał się tłum. Około tysiąca osób stanęło w obronie aresztowanych. Przepychanki trwały godzinami, około północy protestowało 300 najbardziej agresywnych. Podpalili budynek, a równocześnie podziurawili węże gaśnicze, by utrudnić interwencję strażakom.
Sytuację rozładowali Bujak i Michnik. Tego drugiego »Kurier« zaprosił do studia na rozmowę, co było sensacją, uchodził za najzacieklejszego wroga komuny”…
Polecam tę książkę wszystkim ciekawym niemalowanej, zwykłej Polski… A tak po cichu, żeby nas nikt nie usłyszał, polecam ją wszystkim dziadkom i babciom, którzy prowadzą w domu „tajne” komplety historii współczesnej dla swoich wnuczek i wnuków, karmionych w szkołach historią a la IPN. Zakrzewski, niczym Bilomag – odświeża pamięć i wywołuje własne wspomnienia.

Tadeusz Zakrzewski – „Mazowsze, Kurpie i Podlasie w obiektywie kamery 1966-1981”, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 2019, s. 360, ISBN: 9788305136785.

Emeryt cudownie rozdwojony

Weszliśmy w XXI wiek. Szum pracujących serwerów z wolna zastępuje sapanie maszyn parowych i warkot silników.Można powtórzyć za Bułatem Okudżawą: Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie – I tyle już aut i rakiety unoszą nas w dal…

Zmienia się nasz sposób komunikowania się z państwem. Zamiast stać w ogonkach do okienek i mierzyć się z groźnym spojrzeniem urzędnika używamy e-poczty i wielu ogólnokrajowych programów (PUE, e-PIT e-dowód) i wielu, wielu e-innych, których nie zliczę.
Mimo to zdarzają się sytuacje, o których nie śniło się filozofom.
Sprawa dotyczy mojej partnerki. Żeby nie być posądzonym o defetyzm, czarnowidztwo a przede wszystkim brak wiary w zdolności naszych urzędników muszę przyznać, że ma ona szczególny talent do uczestniczenia w zdarzeniach kuriozalnych i statystycznie mało prawdopodobnych. Jeżeli upuścimy skórkę od banana, ci sami ludzie będą się na niej przewracać, jeżeli coś jest mało prawdopodobne spotka to moją partnerkę. Nawet poprawna pisownia jej imion, w skutek splotu zdarzeń urzędniczych i rodzinnych jest dla mnie zagadką.
Nie dawno obydwoje osiągnęliśmy wiek emerytalny. Załatwienie formalności staraliśmy się rozwiązywać przy pomocy komputera (PUE), Mimo kilku zgrzytów, u mnie, zakończyło się sukcesem. Bogusię (partnerka) zaczęły spotykać wydarzenia, które możemy nazwać paradoksami. Pocztą otrzymała legitymację emeryta a po paru dniach drugą z innym numerem. System PUE, przy pomocy, którego próbowała zbadać temat, obraził się i przestał z nią konwersować.
Nie było to kłopotliwe, więc na jakiś czas zaprzestaliśmy drążenia tematu, tylko Bogusia przez jakiś czas liczyła na dwie emerytury. Niestety dostaje
tylko jedną!
Przyszedł czas wypełniania PIT-ów.
Pocztą sukcesywnie otrzymywaliśmy rozliczenia podatku. A tu znowu zdarzenie zagadkowe i tajemnicze. Bogusia dostała, jak należy PIT 11, Emerycki PIT 40/A i nie wiadomo skąd PIT 11a z urzędu praskiego z roku 2015. W roku tym była pracownikiem innej instytucji a w tamtym urzędzie nie pozostawiła żadnego kawałka swojej zawodowej kariery.
Mamy program e-PIT. Logowanie jest nieco kłopotliwe, brak opcji ekranu dla słabło widzących, ale jest ogólnie niezły. Rozliczyliśmy się bez problemu mimo zastanawiającej korespondencji z ZUS-em, to znaczy oboje zostaliśmy zobowiązani do zapłacenia podatku.
Bogusię temat jednak nurtował dalej. Udała się, więc rozwiewać swoje wątpliwości do swojego urzędu ZUS.
Pani urzędniczka spojrzała na nią z życzliwą obojętnością a wtedy Bogusia wyłuszczyła sprawę dwóch legitymacji emeryta. Na czole pani w okienku pojawiła się niewielka zmarszczka, lecz odpowiedź była natychmiastowa. „Proszę się nie przejmować ta druga będzie na zapas”
Tu muszę zwrócić uwagę, że taka legitymacja upoważnia do niewielkich, ale zawsze, ulg. Gdyby moja partnerka okazała się osobą niepraworządną to tą zapasową mogłaby wynajmować.
Następnie moja partnerka wytoczyła większy kaliber, pokazała kontrowersyjny PIT 11a (autorstwa ZUS). Pani w okienku zaczęła tracić cierpliwość, zaproponowała: „to proszę je zsumować w zeznaniu podatkowym”.
Bogusia zadała fundamentalne pytanie „A dla czego?” Nić porozumienia zerwała się ostatecznie i po ustaleniu protokołu niezgodności panie się rozstały.
Historia jest pewnie zabawna, choć może nie dla wszystkich. Lecz każdy felieton musi zawierać jakieś wnioski.
Po pierwsze, zaczynam się zastanawiać czy nie mamy do czynienia ze zjawiskiem gogolowskich „martwych dusz” w niektórych urzędach.
Po drugie, rozbudowany system administracji państwa opisuje obywatela ogromną ilością identyfikatorów. Spróbuj czytelniku wypisać je na kartce (PESEL, NIP, Nr dowodu itd. itd.). Pisz drobno, bo kartki ci nie starczy. Wszystkie one, a może wystarczy jeden, powinny prowadzić do zintegrowanej bazy naszych danych osobowych z której każdy urząd czerpałby informację. Mam wrażenie, że obfitość baz i identyfikatorów trochę błądzi po meandrach sieci informatycznych.
I po trzecie, informatyzacją powinni zajmować się wybitni fachowcy, w Polsce ich nie brak, zamiast nominatów partyjnych.

Przymus emerytalny to nonsens

Jeśli ktoś nie chce płacić składek emerytalnych za samego siebie, nasze państwo nie powinno go do tego zmuszać.

Dwa artykuły w Trybunie („Rzecznik chce likwidacji nonsensu emerytalnego” oraz „Strata emerytalna, której nie będzie”) o których wspomina powyżej prof. Inetta Jędrasik-Jankowska nie dotyczą sytuacji, gdy pracodawca jest obowiązany płacić do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych część składki emerytalnej za swojego pracownika. Co do tego, że musi, nikt nie ma żadnych wątpliwości.
Oczywiste jest, że składki za zatrudnionych trzeba płacić i nikt, kto zatrudnia pracowników, nie może być uwolniony od tego obowiązku. Oczywiste jest też, że nigdy żaden artykuł opublikowany w Trybunie nie proponował – i nie zaproponuje – by ów obowiązek został zniesiony. Przypadki – wciąż się niestety zdarzające – że pracodawca nie płaci składek za swego pracownika trzeba zaś ścigać z całą surowością prawa.
Zupełnie inaczej jest – a przynajmniej powinno być – gdy chodzi o płacenie składek za samego siebie. Wydaje się oczywiste, że nikt nie powinien być do tego zmuszany – i temu właśnie były poświęcone dwa wspomniane artykuły w Trybunie. Publikacje te zwracały uwagę na niczym nieuzasadniony przymus, jakiego doświadczają w Polsce jednoosobowe firmy, czyli osoby mające zarejestrowaną działalność gospodarczą.
Prawo zmusza do tego, by ludzie ci płacili za siebie składki do ZUS, z których najbardziej obciążająca jest składka emerytalne. Tymczasem to absolutnie nie powinno mieć miejsca!. Jedyna uczciwa reguła wydaje się tu prosta i jasna: ten, kto chce mieć w przyszłości emeryturę, ten płaci za siebie składki emerytalne. (w wysokości dowolnie ustalanej przez siebie). Ten, kto godzi się z tym, że nie będzie mieć emerytury, nie płaci składek emerytalnych. Tertium non datur.
Są ludzie, którzy mają inny niż emerytura, pomysł na sfinansowanie jesieni życia. Mogą mieć odziedziczony majątek. Mogli zarobić już w życiu tyle, że nie interesuje ich to, co w przyszłości dostaną ze swoich obowiązkowych składek emerytalnych. Może mają bogatą rodzinę i środki spływające co miesiąc na konto z tytułu dożywotniego zapisu. Może wreszcie (oby nie) są poważnie chorzy – i wiedzą, że na pewno nie doczekają wieku emerytalnego. Powodów, dla których ktoś może nie chcieć płacić za siebie składek emerytalnych, jest wiele – i nie powinno tu być żadnego przymusu, a aparatowi państwowemu i przepisom nic do tego.
Od 1999 r. istnieje w Polsce system emerytalny, polegający na tym, że każdy będzie mieć taką emeryturę, ile sobie na nią odłożył. W związku z tym, nie ma racji istnienia przymus odkładania składek emerytalnych za samego siebie. Przepisy, które to nakazują należy jak najszybciej zlikwidować.
Jeśli ktoś świadomie nie chce płacić składek na własną emeryturę, to jest to tylko jego sprawa. Ludzie mają wolną wolę i nie należy za nich decydować w sprawach finansowych. Oczywiste wydaje się, że każdy powinien mieć prawo decydowania o tym, czy i jaka część swoich dochodów chce zamrozić – i korzystać z nich dopiero po ukończeniu 60 lub 65 roku życia. Jeśli ktoś chce natomiast wykorzystać swoje zasoby finansowe wcześniej, to jego święte prawo. Państwo nie powinno się w to wtrącać za pomocą żadnych nakazów płacenia składek. Niechże zapanuje tu wreszcie dobrowolność.
Tymczasem dziś mikroprzedsiębiorcy, czyli osoby mające zarejestrowaną własną działalność gospodarczą, podlegają usankcjonowanemu terrorowi państwa. Przepisy nakazujące płacenie minimalnych składek emerytalnych za samego siebie, to nic innego, jak zalegalizowany prawnie zabór prywatnego mienia przez państwo. I należy jak najusilniej poprzeć wszelkie parlamentarne czy społeczne inicjatywy, mające na celu likwidację tego groźnego nonsensu emerytalnego.
Jeśli Prawo i Sprawiedliwość chciałoby naprawdę zyskać głosy milionów drobnych przedsiębiorców, powinno jak najszybciej zlikwidować obowiązek płacenia składek emerytalnych za samego siebie.

Emerytka przymusowa?

Posłanka Krystyna Pawłowicz ogłosiła, że odchodzi z polityki. Spekulacjom nie ma końca. Najbardziej wiarygodna teoria głosi, że na polityczną emeryturę pani poseł poszła jednak nie z wyboru, a z konieczności. Miał ją „wygasić” sam prezes Kaczyński. To nowa taktyka PiS?

 

Posłowie opozycji zapewniają, że nie będą za nią tęsknić. A mi jednak trochę żal. Już nie będzie jedzenia sałatek i kanapek podczas posiedzeń Sejmu i głosowania ustaw?
„Proszę powiedzieć koleżance, żeby zamknęła mordę!”, „flaga Unii Europejskiej to szmata!”, „lewackie kundle” – pani Krystyna zaskakiwała przez całą kadencję – tę i poprzednią: maniery przekupki, a dyplom profesora prawa. Opozycja na pewno nie będzie za nią tęsknić. A Prezes? Wygląda na to, że również niekoniecznie… ale o tym za chwilę.
„Mój czas w polityce w te Święta dobiegł końca – teraz młodzi” – ten tweet rozpoczął serię deklaracji o przejściu parlamentarzystki na zasłużony odpoczynek. Wszyscy odebrali deklarację Krystyny Pawłowicz jako dramatyczny gest. Znajomi dzwonili do mnie z zagadką: „Czy orientujesz się może, kto przejmie mandat po posłance Krystynie?”. Niestety nie potrafiłam udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie.

 

Kręgosłup fizyczny czy moralny

„Czas już pomyśleć o życiu poza polityką, zobaczyć jeszcze miejsca rodzinne, podkurować zdrowie, posprzątać po sobie”… owszem, ale jak się okazało – dopiero za niecały rok. Do czasu najbliższych wyborów parlamentarnych Krystyna Pawłowicz będzie pełnić swoje poselskie obowiązki. Czyli de facto ogłosiła, że w następnych wyborach nie będzie już startować. Jako główny powód podała problemy z kręgosłupem, który wymaga rehabilitacji i który „trzeba pilnie podratować”.
A co z mediami społecznościowymi, których była niekoronowaną królową? „Profilu nie likwiduję – można będzie robić wpisy, a na jesieni, po załatwieniu swoich spraw, może wrócę. Można też kontaktować się przez pocztę na moim profilu TT”. Wyobraźcie sobie, Krystyna Pawłowicz zawiesza aktywność w internecie – to tak, jakby pewnego dnia Brigitte Bardot oświadczyła, że już nie będzie zajmować się bezdomnymi zwierzętami, a Angelina Jolie że już nigdy nie adoptuje żadnego dziecka. Słusznie więc komentatorzy nabrali podejrzeń – czy aby na pewno to „wygaszenie” pani Krysia przeprowadziła dobrowolnie?
I wkrótce powoli zaczęły potwierdzać się podejrzenia: – Nie miała wyjścia, musiała odejść – zdradził jeden z posłów partii rządzącej dziennikarzom „Wirtualnej Polski. Na emeryturę miał wysłać posłankę Pawłowicz sam Jarosław Kaczyński, który na ostatnim wyjazdowym posiedzeniu klubu oświadczył twardo, że „należy skończyć z knajackim językiem” – i zapowiedział, że będzie monitorował wypowiedzi posłów w mediach społecznościowych.

 

A może partyjny?

Z kolei politycy opozycji w odejście Pawłowicz wcale nie wierzą. Zdaniem Marcina Kierwińskiego z Platformy, PiS stosuje jedynie znany „zabieg chowania do szafy”, tak jak w przypadku Antoniego Macierewicza, byłego już szefa MON. Schowano go naprawdę skutecznie – nikt nie wie, czym formalnie były minister obrony się zajmuje.
Podobną teorię forsuje przyjaciel Elżbiety Pawłowicz, Przemysław Wiszniewski związany ze środowiskiem KOD:
„Mogę, zupełnie prywatnie i sam od siebie jedynie spekulować, że posłanka należy do fundamentalistycznej frakcji PiS, czyli takiej, która prezentuje tzw. twardy kurs adresowany do równie twardogłowego elektoratu. W związku z przyszłorocznymi wiosennymi wyborami do Europarlamentu – owo oblicze rządzącej partii wymaga taktycznego ukrycia. Pani Krystyna Pawłowicz jest od wielu lat eurosceptyczna, czyli zdystansowana do Unii Europejskiej. PiS w ostatnich tygodniach ów kurs zmienił w przeciwną stronę, jawiąc się jako partia entuzjastyczna wobec Unii, czego dowodem liczne wypowiedzi luminarzy partyjnych, czołowych polityków. PiS bowiem jest partią obrotową, kłamliwą, która dla celów propagandowych i autopromocyjnych jest w stanie sprzeniewierzyć się samej sobie” – miał napisać na Facebooku.
Dla mnie jednak bardziej wiarygodna jest wersja numer jeden: oświadczenie pani Krystyny wydaje się pełne żalu. Ale cóż: prezes każe, poseł musi. Nie oszukujmy się: taka osoba jak ona mogła odejść z polityki, ale z internetu – nigdy! No chyba że… na końcu tej trudnej drogi czeka na nią nagroda.

 

Nagroda czeka w Niebie

– Jeśli nie daj Bóg, PiS wygrałby przyszłoroczne wybory parlamentarne to pani Krystyna Pawłowicz będzie kandydatką do Trybunału Konstytucyjnego albo znajdzie się w Narodowym Banku Polskim. Na pewno prezes nagrodzi milczenie i lojalność pani Krystyny – wyrokuje Borys Budka, jej kolega z sejmowej komisji sprawiedliwości.

 

O co chodzi?

Co ciekawe, siostrę Krystynę doskonale rozumieją siostry feministki. Przykładem Manuela Gretkowska: – Szef PiS tak właśnie traktuje kobiety. Wystawił ją do obrażania ludzi, korzystając z jej ułomności psychicznych i jej temperamentu.
Pisarka dodała, że odchodzącą Pawłowicz można porównać do Beaty Szydło żegnającej się ze stanowiskiem premiera: – Sądziła, że jest w swojej roli, a była zwykłą marionetką – podkreśliła Gretkowska. – Zużyła się, zostanie schowana, będzie następna.

Zapomnijcie o wysokich wypłatach

Symulacje, pokazujące, jak duże świadczenia osiągną pracownicy uczestniczący w Pracowniczych Planach Kapitałowych, zostały aż dwukrotnie zawyżone.

 

Klamka zapadła. Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych wchodzi w życie od 1 stycznia 2019 r., a pierwsze składki popłyną w drugiej połowie przyszłego roku.
Nie brakuje sceptycznych opinii, ale PPK poprzez miękkie zachęty i kary motywują nas do rezygnacji z bieżącej konsumpcji i zmniejszają ryzyko, że na stare lata nasze świadczenie emerytalne będzie głodowe.

 

Plusy PPK

Zagwarantowana w ustawie została prywatność środków. Dysponowanie oszczędnościami w PPK zasadniczo będzie podobne do tego, co obowiązuje w Indywidualnych Kontach Emerytalnych czy w Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego, oczywiście z uwzględnieniem wszystkich różnic formalnych pomiędzy programami.
Często podnoszoną wadą tego programu jest fakt, że symulowane wypłaty z PPK są obliczane tylko na okres 10 lat, czyli znacznie mniej niż wynosi średni okres życia na emeryturze.
Z drugiej jednak strony, może to zachęcać wiele osób, by dłużej pozostawać na rynku pracy – i tym samym zwiększać swoje całościowe świadczenie (razem z wypłatą z ZUS). Wystarczająco długie odkładanie w PPK może wystarczyć nawet na relatywnie wysokie świadczenie dożywotnie.
Jak wskazuje Cinkciarz.pl,, PPK to także korzyści dla kraju. Poprzez zwiększenie poziomu oszczędności w gospodarce będzie więcej kapitału na inwestycje. Kapitał dodatkowo będzie miał pochodzenie krajowe, co powinno uniezależniać Polskę od dopływu środków na rozwój z zagranicy.

 

Obliczenia hurraoptymistyczne

By przyszły świadczeniobiorca oszacował swoją wypłatę z PPK, Polski Fundusz Rozwoju uruchomił kalkulator przyszłej wypłaty z PPK. Jest to użyteczne narzędzie pozwalające ocenić wartość naszego dochodu podczas jesieni życia.
I tak na przykład, 30-latek zarabiający 4 tys. zł brutto i wybierający podstawowy wariant programu, czyli składka pracodawcy wynosząca 1,5 proc. wynagrodzenia, składka własna 2 proc. oraz dopłata od państwa, po 35 latach oszczędzania, na podstawie wyliczeń kalkulatora przez 10 kolejnych lat będzie otrzymywał po 1824 zł miesięcznie.
To dużo, biorąc pod uwagę, że beneficjent PPK rezygnuje z zaledwie 2 proc. (ok. 80 zł) swojego dochodu, a udział pracodawcy i państwa to drugie 80 zł.
Można jednak pójść dalej i orzec, że to wręcz zadziwiająco dużo, biorąc pod uwagę fakt, że założenia są dość realistyczne. Roczna stopa zwrotu w okresie oszczędzania w okolicach 3,5 proc. jest możliwa do osiągnięcia. Również roczny wzrost wynagrodzenia na poziomie 2,8 proc. także nie wydaje się przesadzony. Gdzie więc tkwi haczyk?
Otóż, ten model, zgodnie z przekazanymi przez Polski Fundusz Rozwoju informacjami, nie uwzględnia inflacji oraz opłat za zarządzanie.
Tymczasem naiwne byłoby oczekiwanie, że ceny przez 35 lat w ogóle nie wzrosną.
Gdyby jednak ceny rosły każdego roku o ok. 1,5 proc. (to jest nasze ostrożne założenie, biorąc pod uwagę, że cel inflacyjny większości banków centralnych to 2,0 proc, a NBP 2,5 proc.) i uwzględniono opłatę za zarządzanie tymi środkami (ok. 0,5-0,6 proc. rocznie), to ujęte w przykładzie 1824 zł po 35 latach będzie warte tylko około połowę, czyli 966 zł miesięcznie w bieżącej wartości pieniądza.

 

Oszczędzanie niewarte zachodu?

Po uwzględnieniu inflacji i kosztów zarządzania. można także postarać się o symulację wariantu dożywotniego świadczenia pobieranego z PPK.
Dane Eurostatu pokazują, że 65-letni mężczyzna ma przed sobą jeszcze średnio 16 lat życia. Wprawdzie, gdy zaczną się wpłaty z PPK, statystyczna długość życia jeszcze wzrośnie, ale dla uproszczenia przyjmijmy obecne warunki.
Jeżeli chcemy dostawać emeryturę przez 16 lat, to świadczenie na koniec oszczędzania spada do 1232 zł, bez uwzględnienia inflacji i opłat za zarządzanie, oraz do zaledwie 652 zł miesięcznie z uwzględnieniem tych obu elementów.
W przypadku kobiety ta wypłata będzie jeszcze niższa ze względu na dłuższy okres życia. Uwzględniając scenariusz, że wiek emerytalny dla kobiet wzrośnie do tego czasu do poziomu 65 lat, jej realne świadczenie, biorąc pod uwagę inflację i opłaty za zarządzanie, wyniesie ok. 530 zł miesięcznie, a nie 999 zł, jak pokazuje kalkulator.
Trochę dziwić może nieodpowiednia budowa kalkulatora. Polski program PPK jest praktycznie kalką brytyjskiego – ale szacunki przyszłych świadczeń na Wyspach pokazują wartości z uwzględnieniem inflacji i opłat za zarządzanie.

 

Skąd aż taki błąd?

Dodatkowo, w brytyjskiej symulacji większość parametrów jest modyfikowalna i obywatel sam może oszacować, w jakim stopniu dane rozwiązanie jest dla niego satysfakcjonujące. U nas natomiast mimo sporego wysiłku związanego z wprowadzeniem programu i akcji promocyjnej, tego brakuje.
Poważne niedopatrzenia dotyczącego kalkulatora nie zmieniają faktu, że sam program PPK jest ciekawy i warty uwagi dla większości pracowników.
Jeżeli okaże się sukcesem, to powinien przyczynić się do wzrostu oszczędności Polaków i lepszych perspektyw rozwoju dla całego kraju.