Laski, piaski, karaski i… Zakrzewski

Serock pod Warszawą. Kto mieszka w stolicy nie od przedwczoraj i kto lubi zjeść coś niebanalnego,
dobrze wie, co to znaczy „skoczyć do Serocka na rybkę”.

Zaczynali w latach 80. Może stąd ta sława? W epoce octu, pustych półek, czołgów szarżujących po ulicach, łapanek i mszy za ojczyznę, fajnie było na chwilę wyjść z podziemia, odłożyć na bok paczki z darami, wsiąść do samochodu i skoczyć do Serocka…
Czasy się zmieniły, a mimo to wolni obywatele – choć wokół skolko ugodno McDonaldów, King Burgerów, Starbucksów i pizzerii, nadal cenią sobie świeżutkie co nieco prosto z wody.
Pewnego dnia podkusiło i Tadeusza Zakrzewskiego. Czy jego żonie nie chciało się obiadu gotować, czy może Zakrzewski chciał, żeby odpoczęła, dość, że wpadli do Serocka.
Nagle, owinięty kombatancką poświatą, pojawił się w restauracji także Zbigniew Janas, osobą własną. TEN JANAS! Niegdyś maszynista kolejowy i elektromonter w ZPC Ursus, symbol robotniczego buntu. Związał się z KOR-em, potem z „Solidarnością” i kierował walką robotników o godność, wolność i demokrację – zarówno legalnie, jak i w podziemiu. Gdy już zwyciężył, nigdy do Ursusa nie wrócił. Został posłem, a gdy elektorat przestał go wybierać, politykiem – ROAD, UD, UW i PD… Że, co? Że nie bardzo Państwo wiedzą, o co chodzi? Powiedzmy ogólnie, że nieprzerwanie działał w kręgu Unii Wolności, jakkolwiek się ona nazywała.
Z Zakrzewskim się znali, gdyż Zakrzewski, jako dziennikarz telewizji reżimowej często w Ursusie bywał. Był na bieżąco z produkcją, z ludźmi, z problemami firmy, no i z historią, która przez ZPC przewalała się kłębiastymi chmurami. Znał więc i pana Janasa, wielokrotnie rozmawiali – zarówno w Ursusie, jak i w Pałacu Namiestnikowskim, gdy już ciemną noc komuny rozświetlała jutrzenka wolności. O wiele słodsza ona by była, gdyby nie nadciągała ze wschodu, no, ale to już ani od pana Janasa nie zależało, ani nawet od Zakrzewskiego, mimo, że on znał Gorbaczowa osobiście. Jutrzenka tak już ma, że wstaje na wschodzie, czy się to komuś podoba, czy nie. Wtedy, uczestnikom Okrągłego Stołu podobała się bardzo.
Janas jak zwykle walczył o wolność – tym razem by była ona precyzyjnie zapisana w porozumieniu Okrągłego Stołu, a Zakrzewski jak zwykle filmował, rozmawiał, pytał i pokazywał telewidzom, zarabiając na swoje kolejne „Złote Ekrany” i dziesiątki innych nagród dziennikarskich, których zebrał tyle, co nie przymierzając pan
Janas orderów.
I tak oto, po latach, tych dwóch ludzi, te dwa życiorysy, znów się spotkały – tym razem przypadkiem, w podwarszawskiej knajpie, w Serocku.
– Dzień dobry, panie Zbigniewie, zakrzyknął serdecznie Zakrzewski, bo on już tak ma, że jest serdeczny i każdemu zawsze życzliwy.
Pan Janas oczywiście poznał go:
– A dzień dobry, odpowiedział równie grzecznie. Pan jeszcze pracuje?
– Już nie, jestem na emeryturze. A co u pana, panie Zbyszku (bo kiedyś na Cpanie Zbyszku” i „panie Tadku” byli)? Co słychać w Ursusie?
– To pan nie wie? Nie ma już „Ursusa”, nie ma fabryki…
Zakrzewski poczuł się nieco skonfundowany – wiedział oczywiście, że polski przemysł ciągnikowy w zasadzie szlak trafił, ale nie wiedział, czy pan Janas poczytuje to za swoją klęskę, czy za zasługę? W końcu trząsł tym zakładem, gdy był on jeszcze w pełni sprawny. Potem jednak z całym oddaniem był po tej stronie, która w walce z „czerwonym” gotowa była na każde poświęcenie, zwłaszcza na poświęcenie państwowego majątku.
Głowa buzowała Zakrzewskiemu od tych myśli. W końcu uznał, że zgon ZPC Ursus, jednego z „socjalistycznych molochów”, pan Janas na pewno zapisał w swoim życiu po stronie osiągnięć.
– I dobrze, powiem panu, panie Zbigniewie, że robotnicy już nie muszą zasuwać przy tych silnikach, tytłać się w smarach i w ogóle tak się męczyć. Też mogą jechać na rybkę…
W czasach powszechnego wypierania z pamięci Polski Ludowej, a więc i własnych życiorysów, taki ktoś jak Zakrzewski jest nieocenionym świadkiem, jak było. Nie jak teraz uczą, co mówią, co kręcą, tylko jak było naprawdę.
Od dziecka znał życie od prawdziwej strony – okupacyjnej biedy z jej wyprawami na podwarszawskie pola po kradzione kartofle, od strony nadwiślańskiej wieży spadochronowej, z której patrzył na płonące powstanie, od przytuliska u „dziadka” Kazimierza Lisieckiego, twórcy Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy, oglądał życie oczami młodocianego robotnika „Wedla”.
Został bardem codzienności, szarości, biedy. Najpierw praskiej, potem warszawskiej, a potem Mazowsza, Kurpi i Podlasie. Los zdarzył bowiem, że dostał do ręki nowe, poczęte w 1966 roku telewizyjne dziecko: „Telewizyjny Kurier Mazowiecki”.
Przez kilkanaście lat włóczył się po wsiach, PGR-ach, gminnych domach kultury, klubach Ruchu, szkołach, szpitalach, miasteczkach i fabrykach. Opowiadał o siłaczkach i siłaczach – nauczycielach, inżynierach rolnych, mechanizatorach, instruktorach, bibliotekarkach, położnych, dentystkach, meliorantach, o lekarzach wreszcie, którzy nagle ze zdumieniem stawali bezradni wobec wtórnego analfabetyzmu. Bo owszem – Polska Ludowa nauczyła czytać, ale nie w każdym wyrobiła nawyk czytania.
– Umieć, umiem, ale zacina mi się – pan wie, panie doktorze jak to jest…
– To niech pan pamięta – niebieskie proszki trzy razy dziennie, a te białe dwa razy…
To tylko dziś, co rodak, to szlachcic rodowodowy urodzony w dworku ocienionym kasztanami. Powojenna bieda, nieprawdopodobny mozół, żeby z niej wyjść, gigantyczny wysiłek, żeby z każdego wydobyć na wierzch jego człowieczeństwo są dziś wspominane bardzo niechętnie.
A Zakrzewski pamięta. Był, gadał, widział… Filmował, opowiadał – teraz zaś pisze. Ma dziesiątki brulionów, kalendarzy, zeszytów z zapisanymi zdarzeniami, ważnymi datami, ludźmi. I sypie książkami jedna za drugą.
Właśnie – nakładem Książki i Wiedzy – ukazała się kolejna: „Mazowsze Kurpie i Podlasie w obiektywie kamery 1966-1981”.
„Kiedy autobus z napisem Biała Niedziela zajechał do Mącic wyszło, że miejscowi po raz pierwszy widzą ludzi w białych kitlach. Dotąd leczyli się sami. Najczęściej – za pomocą »wstrząchów«. Metoda polegała na obłożeniu chorego deskami i owinięciu kocem. Potem delikwenta podnoszono do góry raz za nogi, raz za głowę. I upuszczano. Kurpiom pomagało na każdą chorobę.
Nikt ze starszych nie dał sobie usunąć zęba rękami stomatologa. Robili to za pomocą mocnej nitki przymocowanej do furtki. Nagłe szarpnięcie załatwiało sprawę. Kobiety ciężarne unikały badań ginekologicznych. I porodówek.
„Bo tam każą ścinać kołtuny hodowane na głowie, a baby nie chcą sprowadzić na siebie nieszczęścia« – tłumaczył jeden z miejscowych.”
Tak było zaledwie pół wieku temu – niecałe jedno życie…
Z Mącic jest 9 kilometrów do Chorzeli, 27 do Szczytna, 34 do Przasnysza i 46 do Ostrołęki. Pół godziny jazdy samochodem – wtedy wrony tam zawracały.
Grójec, Pruszków, Mława, Karczew, Pułtusk, Myszyniec – wszędzie nowe sprawy i buzująca wokół historia. Zakrzewski był z Mazowszem, Kurpiami i Podlasiem na dobre i na złe. Poznał tysiące ludzi. Gdy przyszedł czas Solidarności – nie tylko Janasa. Pamiętam, jak uczestnicy Okrągłego Stołu ze zdumieniem obserwowali, że Zakrzewski i Michnik witają się jak znajomi. Skąd się znali?
„W Otwocku dwóch pijanych chłopaków obrzuciło kamieniami kolejowy posterunek MO. Podczas zatrzymania zaczęli wrzeszczeć, że są bici. Zebrał się tłum. Około tysiąca osób stanęło w obronie aresztowanych. Przepychanki trwały godzinami, około północy protestowało 300 najbardziej agresywnych. Podpalili budynek, a równocześnie podziurawili węże gaśnicze, by utrudnić interwencję strażakom.
Sytuację rozładowali Bujak i Michnik. Tego drugiego »Kurier« zaprosił do studia na rozmowę, co było sensacją, uchodził za najzacieklejszego wroga komuny”…
Polecam tę książkę wszystkim ciekawym niemalowanej, zwykłej Polski… A tak po cichu, żeby nas nikt nie usłyszał, polecam ją wszystkim dziadkom i babciom, którzy prowadzą w domu „tajne” komplety historii współczesnej dla swoich wnuczek i wnuków, karmionych w szkołach historią a la IPN. Zakrzewski, niczym Bilomag – odświeża pamięć i wywołuje własne wspomnienia.

Tadeusz Zakrzewski – „Mazowsze, Kurpie i Podlasie w obiektywie kamery 1966-1981”, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 2019, s. 360, ISBN: 9788305136785.

Emeryt cudownie rozdwojony

Weszliśmy w XXI wiek. Szum pracujących serwerów z wolna zastępuje sapanie maszyn parowych i warkot silników.Można powtórzyć za Bułatem Okudżawą: Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie – I tyle już aut i rakiety unoszą nas w dal…

Zmienia się nasz sposób komunikowania się z państwem. Zamiast stać w ogonkach do okienek i mierzyć się z groźnym spojrzeniem urzędnika używamy e-poczty i wielu ogólnokrajowych programów (PUE, e-PIT e-dowód) i wielu, wielu e-innych, których nie zliczę.
Mimo to zdarzają się sytuacje, o których nie śniło się filozofom.
Sprawa dotyczy mojej partnerki. Żeby nie być posądzonym o defetyzm, czarnowidztwo a przede wszystkim brak wiary w zdolności naszych urzędników muszę przyznać, że ma ona szczególny talent do uczestniczenia w zdarzeniach kuriozalnych i statystycznie mało prawdopodobnych. Jeżeli upuścimy skórkę od banana, ci sami ludzie będą się na niej przewracać, jeżeli coś jest mało prawdopodobne spotka to moją partnerkę. Nawet poprawna pisownia jej imion, w skutek splotu zdarzeń urzędniczych i rodzinnych jest dla mnie zagadką.
Nie dawno obydwoje osiągnęliśmy wiek emerytalny. Załatwienie formalności staraliśmy się rozwiązywać przy pomocy komputera (PUE), Mimo kilku zgrzytów, u mnie, zakończyło się sukcesem. Bogusię (partnerka) zaczęły spotykać wydarzenia, które możemy nazwać paradoksami. Pocztą otrzymała legitymację emeryta a po paru dniach drugą z innym numerem. System PUE, przy pomocy, którego próbowała zbadać temat, obraził się i przestał z nią konwersować.
Nie było to kłopotliwe, więc na jakiś czas zaprzestaliśmy drążenia tematu, tylko Bogusia przez jakiś czas liczyła na dwie emerytury. Niestety dostaje
tylko jedną!
Przyszedł czas wypełniania PIT-ów.
Pocztą sukcesywnie otrzymywaliśmy rozliczenia podatku. A tu znowu zdarzenie zagadkowe i tajemnicze. Bogusia dostała, jak należy PIT 11, Emerycki PIT 40/A i nie wiadomo skąd PIT 11a z urzędu praskiego z roku 2015. W roku tym była pracownikiem innej instytucji a w tamtym urzędzie nie pozostawiła żadnego kawałka swojej zawodowej kariery.
Mamy program e-PIT. Logowanie jest nieco kłopotliwe, brak opcji ekranu dla słabło widzących, ale jest ogólnie niezły. Rozliczyliśmy się bez problemu mimo zastanawiającej korespondencji z ZUS-em, to znaczy oboje zostaliśmy zobowiązani do zapłacenia podatku.
Bogusię temat jednak nurtował dalej. Udała się, więc rozwiewać swoje wątpliwości do swojego urzędu ZUS.
Pani urzędniczka spojrzała na nią z życzliwą obojętnością a wtedy Bogusia wyłuszczyła sprawę dwóch legitymacji emeryta. Na czole pani w okienku pojawiła się niewielka zmarszczka, lecz odpowiedź była natychmiastowa. „Proszę się nie przejmować ta druga będzie na zapas”
Tu muszę zwrócić uwagę, że taka legitymacja upoważnia do niewielkich, ale zawsze, ulg. Gdyby moja partnerka okazała się osobą niepraworządną to tą zapasową mogłaby wynajmować.
Następnie moja partnerka wytoczyła większy kaliber, pokazała kontrowersyjny PIT 11a (autorstwa ZUS). Pani w okienku zaczęła tracić cierpliwość, zaproponowała: „to proszę je zsumować w zeznaniu podatkowym”.
Bogusia zadała fundamentalne pytanie „A dla czego?” Nić porozumienia zerwała się ostatecznie i po ustaleniu protokołu niezgodności panie się rozstały.
Historia jest pewnie zabawna, choć może nie dla wszystkich. Lecz każdy felieton musi zawierać jakieś wnioski.
Po pierwsze, zaczynam się zastanawiać czy nie mamy do czynienia ze zjawiskiem gogolowskich „martwych dusz” w niektórych urzędach.
Po drugie, rozbudowany system administracji państwa opisuje obywatela ogromną ilością identyfikatorów. Spróbuj czytelniku wypisać je na kartce (PESEL, NIP, Nr dowodu itd. itd.). Pisz drobno, bo kartki ci nie starczy. Wszystkie one, a może wystarczy jeden, powinny prowadzić do zintegrowanej bazy naszych danych osobowych z której każdy urząd czerpałby informację. Mam wrażenie, że obfitość baz i identyfikatorów trochę błądzi po meandrach sieci informatycznych.
I po trzecie, informatyzacją powinni zajmować się wybitni fachowcy, w Polsce ich nie brak, zamiast nominatów partyjnych.

Przymus emerytalny to nonsens

Jeśli ktoś nie chce płacić składek emerytalnych za samego siebie, nasze państwo nie powinno go do tego zmuszać.

Dwa artykuły w Trybunie („Rzecznik chce likwidacji nonsensu emerytalnego” oraz „Strata emerytalna, której nie będzie”) o których wspomina powyżej prof. Inetta Jędrasik-Jankowska nie dotyczą sytuacji, gdy pracodawca jest obowiązany płacić do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych część składki emerytalnej za swojego pracownika. Co do tego, że musi, nikt nie ma żadnych wątpliwości.
Oczywiste jest, że składki za zatrudnionych trzeba płacić i nikt, kto zatrudnia pracowników, nie może być uwolniony od tego obowiązku. Oczywiste jest też, że nigdy żaden artykuł opublikowany w Trybunie nie proponował – i nie zaproponuje – by ów obowiązek został zniesiony. Przypadki – wciąż się niestety zdarzające – że pracodawca nie płaci składek za swego pracownika trzeba zaś ścigać z całą surowością prawa.
Zupełnie inaczej jest – a przynajmniej powinno być – gdy chodzi o płacenie składek za samego siebie. Wydaje się oczywiste, że nikt nie powinien być do tego zmuszany – i temu właśnie były poświęcone dwa wspomniane artykuły w Trybunie. Publikacje te zwracały uwagę na niczym nieuzasadniony przymus, jakiego doświadczają w Polsce jednoosobowe firmy, czyli osoby mające zarejestrowaną działalność gospodarczą.
Prawo zmusza do tego, by ludzie ci płacili za siebie składki do ZUS, z których najbardziej obciążająca jest składka emerytalne. Tymczasem to absolutnie nie powinno mieć miejsca!. Jedyna uczciwa reguła wydaje się tu prosta i jasna: ten, kto chce mieć w przyszłości emeryturę, ten płaci za siebie składki emerytalne. (w wysokości dowolnie ustalanej przez siebie). Ten, kto godzi się z tym, że nie będzie mieć emerytury, nie płaci składek emerytalnych. Tertium non datur.
Są ludzie, którzy mają inny niż emerytura, pomysł na sfinansowanie jesieni życia. Mogą mieć odziedziczony majątek. Mogli zarobić już w życiu tyle, że nie interesuje ich to, co w przyszłości dostaną ze swoich obowiązkowych składek emerytalnych. Może mają bogatą rodzinę i środki spływające co miesiąc na konto z tytułu dożywotniego zapisu. Może wreszcie (oby nie) są poważnie chorzy – i wiedzą, że na pewno nie doczekają wieku emerytalnego. Powodów, dla których ktoś może nie chcieć płacić za siebie składek emerytalnych, jest wiele – i nie powinno tu być żadnego przymusu, a aparatowi państwowemu i przepisom nic do tego.
Od 1999 r. istnieje w Polsce system emerytalny, polegający na tym, że każdy będzie mieć taką emeryturę, ile sobie na nią odłożył. W związku z tym, nie ma racji istnienia przymus odkładania składek emerytalnych za samego siebie. Przepisy, które to nakazują należy jak najszybciej zlikwidować.
Jeśli ktoś świadomie nie chce płacić składek na własną emeryturę, to jest to tylko jego sprawa. Ludzie mają wolną wolę i nie należy za nich decydować w sprawach finansowych. Oczywiste wydaje się, że każdy powinien mieć prawo decydowania o tym, czy i jaka część swoich dochodów chce zamrozić – i korzystać z nich dopiero po ukończeniu 60 lub 65 roku życia. Jeśli ktoś chce natomiast wykorzystać swoje zasoby finansowe wcześniej, to jego święte prawo. Państwo nie powinno się w to wtrącać za pomocą żadnych nakazów płacenia składek. Niechże zapanuje tu wreszcie dobrowolność.
Tymczasem dziś mikroprzedsiębiorcy, czyli osoby mające zarejestrowaną własną działalność gospodarczą, podlegają usankcjonowanemu terrorowi państwa. Przepisy nakazujące płacenie minimalnych składek emerytalnych za samego siebie, to nic innego, jak zalegalizowany prawnie zabór prywatnego mienia przez państwo. I należy jak najusilniej poprzeć wszelkie parlamentarne czy społeczne inicjatywy, mające na celu likwidację tego groźnego nonsensu emerytalnego.
Jeśli Prawo i Sprawiedliwość chciałoby naprawdę zyskać głosy milionów drobnych przedsiębiorców, powinno jak najszybciej zlikwidować obowiązek płacenia składek emerytalnych za samego siebie.

Emerytka przymusowa?

Posłanka Krystyna Pawłowicz ogłosiła, że odchodzi z polityki. Spekulacjom nie ma końca. Najbardziej wiarygodna teoria głosi, że na polityczną emeryturę pani poseł poszła jednak nie z wyboru, a z konieczności. Miał ją „wygasić” sam prezes Kaczyński. To nowa taktyka PiS?

 

Posłowie opozycji zapewniają, że nie będą za nią tęsknić. A mi jednak trochę żal. Już nie będzie jedzenia sałatek i kanapek podczas posiedzeń Sejmu i głosowania ustaw?
„Proszę powiedzieć koleżance, żeby zamknęła mordę!”, „flaga Unii Europejskiej to szmata!”, „lewackie kundle” – pani Krystyna zaskakiwała przez całą kadencję – tę i poprzednią: maniery przekupki, a dyplom profesora prawa. Opozycja na pewno nie będzie za nią tęsknić. A Prezes? Wygląda na to, że również niekoniecznie… ale o tym za chwilę.
„Mój czas w polityce w te Święta dobiegł końca – teraz młodzi” – ten tweet rozpoczął serię deklaracji o przejściu parlamentarzystki na zasłużony odpoczynek. Wszyscy odebrali deklarację Krystyny Pawłowicz jako dramatyczny gest. Znajomi dzwonili do mnie z zagadką: „Czy orientujesz się może, kto przejmie mandat po posłance Krystynie?”. Niestety nie potrafiłam udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie.

 

Kręgosłup fizyczny czy moralny

„Czas już pomyśleć o życiu poza polityką, zobaczyć jeszcze miejsca rodzinne, podkurować zdrowie, posprzątać po sobie”… owszem, ale jak się okazało – dopiero za niecały rok. Do czasu najbliższych wyborów parlamentarnych Krystyna Pawłowicz będzie pełnić swoje poselskie obowiązki. Czyli de facto ogłosiła, że w następnych wyborach nie będzie już startować. Jako główny powód podała problemy z kręgosłupem, który wymaga rehabilitacji i który „trzeba pilnie podratować”.
A co z mediami społecznościowymi, których była niekoronowaną królową? „Profilu nie likwiduję – można będzie robić wpisy, a na jesieni, po załatwieniu swoich spraw, może wrócę. Można też kontaktować się przez pocztę na moim profilu TT”. Wyobraźcie sobie, Krystyna Pawłowicz zawiesza aktywność w internecie – to tak, jakby pewnego dnia Brigitte Bardot oświadczyła, że już nie będzie zajmować się bezdomnymi zwierzętami, a Angelina Jolie że już nigdy nie adoptuje żadnego dziecka. Słusznie więc komentatorzy nabrali podejrzeń – czy aby na pewno to „wygaszenie” pani Krysia przeprowadziła dobrowolnie?
I wkrótce powoli zaczęły potwierdzać się podejrzenia: – Nie miała wyjścia, musiała odejść – zdradził jeden z posłów partii rządzącej dziennikarzom „Wirtualnej Polski. Na emeryturę miał wysłać posłankę Pawłowicz sam Jarosław Kaczyński, który na ostatnim wyjazdowym posiedzeniu klubu oświadczył twardo, że „należy skończyć z knajackim językiem” – i zapowiedział, że będzie monitorował wypowiedzi posłów w mediach społecznościowych.

 

A może partyjny?

Z kolei politycy opozycji w odejście Pawłowicz wcale nie wierzą. Zdaniem Marcina Kierwińskiego z Platformy, PiS stosuje jedynie znany „zabieg chowania do szafy”, tak jak w przypadku Antoniego Macierewicza, byłego już szefa MON. Schowano go naprawdę skutecznie – nikt nie wie, czym formalnie były minister obrony się zajmuje.
Podobną teorię forsuje przyjaciel Elżbiety Pawłowicz, Przemysław Wiszniewski związany ze środowiskiem KOD:
„Mogę, zupełnie prywatnie i sam od siebie jedynie spekulować, że posłanka należy do fundamentalistycznej frakcji PiS, czyli takiej, która prezentuje tzw. twardy kurs adresowany do równie twardogłowego elektoratu. W związku z przyszłorocznymi wiosennymi wyborami do Europarlamentu – owo oblicze rządzącej partii wymaga taktycznego ukrycia. Pani Krystyna Pawłowicz jest od wielu lat eurosceptyczna, czyli zdystansowana do Unii Europejskiej. PiS w ostatnich tygodniach ów kurs zmienił w przeciwną stronę, jawiąc się jako partia entuzjastyczna wobec Unii, czego dowodem liczne wypowiedzi luminarzy partyjnych, czołowych polityków. PiS bowiem jest partią obrotową, kłamliwą, która dla celów propagandowych i autopromocyjnych jest w stanie sprzeniewierzyć się samej sobie” – miał napisać na Facebooku.
Dla mnie jednak bardziej wiarygodna jest wersja numer jeden: oświadczenie pani Krystyny wydaje się pełne żalu. Ale cóż: prezes każe, poseł musi. Nie oszukujmy się: taka osoba jak ona mogła odejść z polityki, ale z internetu – nigdy! No chyba że… na końcu tej trudnej drogi czeka na nią nagroda.

 

Nagroda czeka w Niebie

– Jeśli nie daj Bóg, PiS wygrałby przyszłoroczne wybory parlamentarne to pani Krystyna Pawłowicz będzie kandydatką do Trybunału Konstytucyjnego albo znajdzie się w Narodowym Banku Polskim. Na pewno prezes nagrodzi milczenie i lojalność pani Krystyny – wyrokuje Borys Budka, jej kolega z sejmowej komisji sprawiedliwości.

 

O co chodzi?

Co ciekawe, siostrę Krystynę doskonale rozumieją siostry feministki. Przykładem Manuela Gretkowska: – Szef PiS tak właśnie traktuje kobiety. Wystawił ją do obrażania ludzi, korzystając z jej ułomności psychicznych i jej temperamentu.
Pisarka dodała, że odchodzącą Pawłowicz można porównać do Beaty Szydło żegnającej się ze stanowiskiem premiera: – Sądziła, że jest w swojej roli, a była zwykłą marionetką – podkreśliła Gretkowska. – Zużyła się, zostanie schowana, będzie następna.

Zapomnijcie o wysokich wypłatach

Symulacje, pokazujące, jak duże świadczenia osiągną pracownicy uczestniczący w Pracowniczych Planach Kapitałowych, zostały aż dwukrotnie zawyżone.

 

Klamka zapadła. Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych wchodzi w życie od 1 stycznia 2019 r., a pierwsze składki popłyną w drugiej połowie przyszłego roku.
Nie brakuje sceptycznych opinii, ale PPK poprzez miękkie zachęty i kary motywują nas do rezygnacji z bieżącej konsumpcji i zmniejszają ryzyko, że na stare lata nasze świadczenie emerytalne będzie głodowe.

 

Plusy PPK

Zagwarantowana w ustawie została prywatność środków. Dysponowanie oszczędnościami w PPK zasadniczo będzie podobne do tego, co obowiązuje w Indywidualnych Kontach Emerytalnych czy w Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego, oczywiście z uwzględnieniem wszystkich różnic formalnych pomiędzy programami.
Często podnoszoną wadą tego programu jest fakt, że symulowane wypłaty z PPK są obliczane tylko na okres 10 lat, czyli znacznie mniej niż wynosi średni okres życia na emeryturze.
Z drugiej jednak strony, może to zachęcać wiele osób, by dłużej pozostawać na rynku pracy – i tym samym zwiększać swoje całościowe świadczenie (razem z wypłatą z ZUS). Wystarczająco długie odkładanie w PPK może wystarczyć nawet na relatywnie wysokie świadczenie dożywotnie.
Jak wskazuje Cinkciarz.pl,, PPK to także korzyści dla kraju. Poprzez zwiększenie poziomu oszczędności w gospodarce będzie więcej kapitału na inwestycje. Kapitał dodatkowo będzie miał pochodzenie krajowe, co powinno uniezależniać Polskę od dopływu środków na rozwój z zagranicy.

 

Obliczenia hurraoptymistyczne

By przyszły świadczeniobiorca oszacował swoją wypłatę z PPK, Polski Fundusz Rozwoju uruchomił kalkulator przyszłej wypłaty z PPK. Jest to użyteczne narzędzie pozwalające ocenić wartość naszego dochodu podczas jesieni życia.
I tak na przykład, 30-latek zarabiający 4 tys. zł brutto i wybierający podstawowy wariant programu, czyli składka pracodawcy wynosząca 1,5 proc. wynagrodzenia, składka własna 2 proc. oraz dopłata od państwa, po 35 latach oszczędzania, na podstawie wyliczeń kalkulatora przez 10 kolejnych lat będzie otrzymywał po 1824 zł miesięcznie.
To dużo, biorąc pod uwagę, że beneficjent PPK rezygnuje z zaledwie 2 proc. (ok. 80 zł) swojego dochodu, a udział pracodawcy i państwa to drugie 80 zł.
Można jednak pójść dalej i orzec, że to wręcz zadziwiająco dużo, biorąc pod uwagę fakt, że założenia są dość realistyczne. Roczna stopa zwrotu w okresie oszczędzania w okolicach 3,5 proc. jest możliwa do osiągnięcia. Również roczny wzrost wynagrodzenia na poziomie 2,8 proc. także nie wydaje się przesadzony. Gdzie więc tkwi haczyk?
Otóż, ten model, zgodnie z przekazanymi przez Polski Fundusz Rozwoju informacjami, nie uwzględnia inflacji oraz opłat za zarządzanie.
Tymczasem naiwne byłoby oczekiwanie, że ceny przez 35 lat w ogóle nie wzrosną.
Gdyby jednak ceny rosły każdego roku o ok. 1,5 proc. (to jest nasze ostrożne założenie, biorąc pod uwagę, że cel inflacyjny większości banków centralnych to 2,0 proc, a NBP 2,5 proc.) i uwzględniono opłatę za zarządzanie tymi środkami (ok. 0,5-0,6 proc. rocznie), to ujęte w przykładzie 1824 zł po 35 latach będzie warte tylko około połowę, czyli 966 zł miesięcznie w bieżącej wartości pieniądza.

 

Oszczędzanie niewarte zachodu?

Po uwzględnieniu inflacji i kosztów zarządzania. można także postarać się o symulację wariantu dożywotniego świadczenia pobieranego z PPK.
Dane Eurostatu pokazują, że 65-letni mężczyzna ma przed sobą jeszcze średnio 16 lat życia. Wprawdzie, gdy zaczną się wpłaty z PPK, statystyczna długość życia jeszcze wzrośnie, ale dla uproszczenia przyjmijmy obecne warunki.
Jeżeli chcemy dostawać emeryturę przez 16 lat, to świadczenie na koniec oszczędzania spada do 1232 zł, bez uwzględnienia inflacji i opłat za zarządzanie, oraz do zaledwie 652 zł miesięcznie z uwzględnieniem tych obu elementów.
W przypadku kobiety ta wypłata będzie jeszcze niższa ze względu na dłuższy okres życia. Uwzględniając scenariusz, że wiek emerytalny dla kobiet wzrośnie do tego czasu do poziomu 65 lat, jej realne świadczenie, biorąc pod uwagę inflację i opłaty za zarządzanie, wyniesie ok. 530 zł miesięcznie, a nie 999 zł, jak pokazuje kalkulator.
Trochę dziwić może nieodpowiednia budowa kalkulatora. Polski program PPK jest praktycznie kalką brytyjskiego – ale szacunki przyszłych świadczeń na Wyspach pokazują wartości z uwzględnieniem inflacji i opłat za zarządzanie.

 

Skąd aż taki błąd?

Dodatkowo, w brytyjskiej symulacji większość parametrów jest modyfikowalna i obywatel sam może oszacować, w jakim stopniu dane rozwiązanie jest dla niego satysfakcjonujące. U nas natomiast mimo sporego wysiłku związanego z wprowadzeniem programu i akcji promocyjnej, tego brakuje.
Poważne niedopatrzenia dotyczącego kalkulatora nie zmieniają faktu, że sam program PPK jest ciekawy i warty uwagi dla większości pracowników.
Jeżeli okaże się sukcesem, to powinien przyczynić się do wzrostu oszczędności Polaków i lepszych perspektyw rozwoju dla całego kraju.

List Włodzimierza Czarzastego do służb mundurowych

Z uwagą zapoznałem się z postulatami przedstawionymi przez Federację Związków Zawodowych Służb Mundurowych.

 

Policjanci, strażacy i pracownicy pożarnictwa, funkcjonariusze Służby Granicznej, Służby Więziennej i Służby Celno-Skarbowej wykonują niezwykle trudną i odpowiedzialną pracę. Stanowi ona podstawową gwarancję bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz prawidłowego działania państwa. Dzięki Waszej codziennej służbie, w której ryzykujecie własnym zdrowiem i życiem, z roku na rok rośnie społeczne poczucie bezpieczeństwa, a jego różne zagrożenia maleją. Z tego powodu zasługujecie na godne warunki pracy i płacy oraz korzystne zasady zaopatrzenia emerytalno-rentowego. Państwo, które nie dba o funkcjonariuszy służb mundurowych nie dba bowiem o bezpieczeństwo swoich obywateli!
Nie jest to jedynie pusta deklaracja: Sojusz Lewicy Demokratycznej od wielu lat występuje w obronie interesów służb mundurowych. W 2012 r. sprzeciwialiśmy się wprowadzonym przez Platformę Obywatelską i Polskie Stronnictwo Ludowe zmianom w zaopatrzeniu emerytalnym służb mundurowych. W 2008 i 2009 r. popieraliśmy zgłaszane przez celników postulaty, by Służba Celna stała się jednolitą służbą mundurową, a jej funkcjonariusze byli objęci właściwymi dla takiej formacji uprawnieniami emerytalnymi. Od 2017 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej podejmuje natomiast, wspólnie z Federacją Stowarzyszeń Służb Mundurowych, systematyczne działania zmierzające do uchylenia ustawy pozbawiającej uprawnień emerytalnych i rentowych osób służących w służbach mundurowych przed 1989 r. Zebraliśmy ponad 300 tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy przywracającym te prawa.
Z tych powodów w imieniu Sojuszu Lewicy Demokratycznej zobowiązuję się, że warunkiem naszego udziału we wszelkich przyszłych koalicjach będzie zgodna z postulatami Waszych środowisk poprawa warunków zatrudnienia i zaopatrzenia emerytalno-rentowego funkcjonariuszy służb mundurowych.

To nie reforma emerytalna

Pracownicze Plany Kapitałowe mogą mieć pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy, ale nie rozwiążą problemów systemu emerytalnego spowodowanych obniżeniem wieku emerytalnego przez rząd PiS.

 

PPK, podobnie jak Otwarte Fundusze Emerytalne mają inwestować wpłacane przez uczestników składki na rynku kapitałowym. Ze względu na dobrowolny – z punktu widzenia pracownika – charakter PPK, ich wprowadzenia nie należy traktować jako reformy powszechnego systemu emerytalnego, lecz budowę dodatkowego systemu oszczędzania.
Powstanie PPK może wspierać wzrost gospodarczy poprzez wzrost stopy oszczędności i zmianę ich struktury. Wzrost stopy oszczędności nie jest jednak przesądzony i będzie zależał od liczby osób niewypisujących się z PPK oraz od tego, czy odprowadzana do PPK składka będzie finansowana z ograniczenia konsumpcji, czy z rezygnacji z innych form oszczędzania.
Pozytywnie na gospodarkę wpłynie wzrost oszczędności lokowanych na rynku kapitałowym. Te korzyści będą jednak ograniczone, jeśli istotna część środków trafi pod zarząd państwowego Polskiego Funduszu Rozwoju, którego decyzje inwestycyjne są upolitycznione. Ponadto, jeśli powstaniu PPK będzie towarzyszyła likwidacja OFE połączona z przejęciem 25 proc. ich aktywów przez państwo, będzie to równoznaczne z cofnięciem rozwoju PPK o co najmniej 3 lata.
PPK będą dobrowolne dla pracowników, a obowiązkowe dla pracodawców, co w krótkim okresie oznacza wzrost kosztów pracy. Dodatkowe koszty dla pracodawców (4 – 5 mld zł według założeń rządowych) są kolejną daniną nakładaną na firmy przez rząd PiS, wśród których należy wymienić m.in. podatek bankowy (4,6 mld zł), wyodrębnienie źródeł finansowania w CIT (2 mld zł), opłatę emisyjną (1,7 mld zł) zniesienie limitu składek ZUS (ponad 3 mld zł po stronie pracodawców). Choć z czasem podatki te są przenoszone na pracowników i klientów, to obecnie ograniczają możliwości rozwoju przedsiębiorstw – ocenia Forum Obywatelskiego Rozwoju.
PPK nie rozwiążą problemów spowodowanych obniżeniem wieku emerytalnego. Statystyczna kobieta odprowadzająca dodatkową składkę do PPK, czyli oszczędzająca większą część swojej pensji niż dotychczas, ciągle otrzyma znacznie niższą emeryturę ze względu na krótką aktywność zawodową związaną z obniżeniem wieku emerytalnego do 60 lat (czyli najniższego poziomu w UE). Jej emerytura spadnie o 22 proc. w stosunku do wariantu wieku emerytalnego 67 lat i kontynuacji OFE.
Odprowadzanie składek do PPK podniesie co prawda emeryturę statystycznego mężczyzny o 6 proc., ponieważ PPK zrekompensuje obniżenie wieku emerytalnego z 67 do 65 lat i likwidację OFE – ale odbędzie się to kosztem odkładania większej części pensji.

Kocioł i garnek

PiS zamachnął się na Sąd Najwyższy, a precyzyjniej na sędziów tegoż sądu, obniżając wiek ich przejścia w stan spoczynku. Wróble ćwierkają, że sędziowie 65+ stali się tylko wiórami w rąbaniu drew, a wszystko po to, by zdjąć togę z I. prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która PiS-u za bardzo nie kocha i – co gorsza – z mocy Konstytucji jest szefową Trybunału Stanu. A Trybunał Stanu może być nie tematem do żartów dla wielu pisowskich prominentnych postaci, tylko zbliżającym się realnym przeżyciem.
W burzy jaka się rozpętała jedni grzmią, że obniżenie wieku przejścia w stan spoczynku jest bezprawne, drudzy, że właśnie prawne, bo wiek ten określa ustawa. Jedni, że łamie to Konstytucję RP, drudzy, że wprost przeciwnie. Argumenty mijają się w locie jak strzały i trafiają raz w sedno, raz w płot. Jednak nikt jakoś nie dostrzega dość istotnej sprawy – że tak naprawdę, to jest to klasyczny bój w imię kretynizmu, tyle że raz większego a innym mniejszego.
Stan spoczynku, to dla niektórych zawodów (między innymi sędziów) forma emerytury. I nikt temu nie przeczy. I tak jak dla „cywilów” emerytura jest PRAWEM, nie obowiązkiem, tak samo powinno być dla tych, którzy objęci są PRAWEM do skorzystania z przejścia w stan spoczynku. Osiągnięcie granicy wieku, gdy nabiera się prawa nie oznacza i nie powinno oznaczać, że „paszoł won” z posady jak tylko w urodzinowy tort trzeba wsadzić 65 świeczek.
Sędzia to zawód specyficzny. Drżę, gdy widzę, że sprawę prowadzi jurysta w wieku tak trochę po trzydziestce. Wolę, gdy nad łańcuchem z orłem jest głowa solidnie przyprószona siwizną. Doświadczenie życiowe jest nie do zdobycia z książek i Internetu, dają je tylko lata spędzone na tym łez padole w sądowych salach, zmagania się z codziennością wymiaru sprawiedliwości i setki, jeśli nie tysiące wysłuchanych stron, świadków, biegłych, adwokatów i prokuratorów.
Z sędziami jest tak samo jak w przypadku lekarzy – wiedza i przede wszystkim doświadczenie są bezcenne. Czy ktokolwiek zdrów na umyśle wpadłby na pomysł, by odsunąć od uprawiania zawodu profesora medycyny z wieloletnim doświadczeniem klinicznym i dydaktycznym, gdy tylko skończy 65 lat? Chyba nie.
Jedną gębą rząd przekonuje i wzywa do aktywności zawodowej po osiągnięciu wieku emerytalnego, co ma być z korzyścią dla wszystkich, drugą zaś w tym samym czasie stwierdza, że sędzia 65+ to stetryczały dementywny staruch, którego strach wpuścić na sądową salę.
Moim zdaniem zarówno poprzedni wiek obligatoryjnie odsuwający od zawodu sędziów, jak i ten wprowadzony przez PiS to marnotrawstwo najlepszych prawników, kompletna głupota i to w dodatku niezgodna z Konstytucją. Wszak dyskryminacja z racji wieku jak nic łamie artykuł 32 punkt 2 naszej ustawy zasadniczej. Tak więc cała awantura pomiędzy PiS a resztą świata to klasyczny przykład na porzekadło – Przyganiał kocioł garnkowi a sam smoli. Bo czy przymusowo wyślemy do niańczenia wnuków sędziego w takim (70), czy innym (65) wieku jest kompletnie bez różnicy, każda taka granica jest sprzeczna z rozumem i Konstytucją. Żądanie, by sędzia przedstawiał jakieś nadzwyczajne zaświadczenia o stanie ciała i umysłu też jakoś do mnie nie przemawia – przecież istnieją okresowe badania pracownicze sprawdzające możliwość świadczenia pracy na określonym stanowisku.
Jak chce sędzia pracować, to niech pracuje (przebadany przez lekarza czy może), jak chce skorzystać ze spoczynku, to niech korzysta (jeśli osiągnął odpowiedni, zapisany w ustawie wiek), ale niech nikt, żaden polityk, żaden urzędnik nie pokazuje mu drzwi i nie wywala z roboty nazajutrz po urodzinach.
Gdyby zgodzić się na tok rozumowania „mędrców” od ustalania wieku, po którym należy zająć się li tylko ogródkiem i wnukami i wprowadzić tę myśl powszechnie, to należałoby pogodzić się z nieobecnością wielu postaci. I tak nie byłoby w polityce (w nawiasie wiek, w którym objęli stanowiska):
Konrada Adenauera (73) – kanclerza RFN przez 14 lat, czyli do 87 roku życia
Ronalda Reagana (70 i 74) – prezydenta USA
Winstona Churchilla (66 i 77) – premiera Wielkiej Brytanii w czasie wojny i powtórnie od 1951 r.
François Mitterranda (65 i 72) – prezydenta Republiki Francuskiej.
Donalda Trump’a (71) – aktualnego prezydenta USA
Czy ktokolwiek stwierdzi z pełnym przekonaniem, że ci faceci zostali wybrani przez idiotów nie rozumiejących, że w pewnym wieku już niczego się nie zdziała i nie wymyśli a jeśli już, to z pewnością będą to dyrdymały podyktowane demencją?
A my spieramy się kto ustali głupszą granicę, po której sędzia ma spocząć.