Kim pan jest, panie Kurski?

Samosądy nie prowadzą nas ku sprawiedliwości. W epoce społeczeństwa sieciowego uporczywe rozpowszechniane informacji sugerującej winę danej osoby jest coraz częściej narzędziem niszczenia człowieka.

Motywy mogą być różne: osobista zemsta, psychopatyczna przyjemność z przejęcia psychologicznej kontroli, polityczna bądź zawodowa korzyść. Nie możemy ferować wyroków na podstawie zeznań jednej strony. Od ustalenia faktów i wydania werdyktu są prokuratura i sądy.

W państwie PiS prokuratura, a wkrótce również sądy zostały przekształcone w instrumenty walki politycznej. Prześladowana jest opozycja, aferzyści związani z obozem władzy mogą spać spokojnie. Batalia jest brutalna. Opozycja kontratakuje, z dużo mniejszą mocą i skutecznością, ale często za pomocą ostrych zagrań. Bo do takich zaliczyć należy wyciągnięcie sprawy ułaskawienia przestępcy seksualnego przez Andrzeja Dudę podczas kampanii prezydenckiej, a także opisanie przez „Gazetę Wyborczą” możliwego gwałtu Zdzisława Kurskiego, syna Jacka, władcy TVP na dziewięcioletniej dziewczynce. Czy Zdzisław Kurski stosował przemoc seksualną wobec dziecka? Czy trwale okaleczył Magdalenę Nowakowską, córkę ówczesnego podwładnego swojego ojca? Stuprocentowej pewności nie będziemy mieć nigdy. W Polsce nie działają bowiem organy, które mogłyby rzetelnie ustalić stan faktyczny. Na kilka kwestii warto jednak zwrócić szczególną uwagę. Kalendarium wydarzeń nadaje znaczny stopień wiarygodności zeznaniom Magdaleny.

Po pierwsze – sprawa trafiła do prokuratury po raz pierwszy po jej pobycie w szpitalu psychiatrycznym, poprzedzonym aktami autoagresji. Dziewczyna po raz pierwszy przyznała, że była ofiarą gwałtu, na terapii. Była to końcówka roku 2015, Jacek Kurski jeszcze nie został prezesem TVP. Nawet więc jeśli przyjmiemy, że ojciec Magdaleny miał motyw, żeby zemścić się na swoim wcześniejszym pracodawcy (był asystentem Kurskiego w PE, rozstali się w niezgodzie w 2012 roku), to mógł to zrobić znacznie wcześniej, gdy rządziła PO. Po drugie – sprawa została w czerwcu 2016 roku przejęta przez gdańską prokuraturę. Nieco ponad rok później zapadła decyzja o umorzeniu. W styczniu 2016 Zbigniew Ziobro na mocy ustawy o prokuraturze zyskał możliwość ręcznego sterowania śledztwami. Ta sama prokuratura umorzyła ponownie śledztwo w roku 2019, po tym jak sąd w Kwidzynie nakazał je wznowić. Decyzja nie została zaskarżona przez prawników Magdaleny. Dlaczego? Nie byli pewni swoich racji? A może widzieli, że nie mają szans w starciu z opanowaną przez PiS strukturą?

Po trzecie – opis przemocowych zachowań zawiera drastyczne szczegóły. To wstrząsająca historia. Czy dwudziestoletnia osoba lecząca się psychiatrycznie wzięłaby na siebie ciężar zmyślenia i upublicznienia takich informacji? Po co? Co by dzięki temu zyskała? Na jej korzyść przemawia też opinia biegłego, który orzekł, że „nie stwierdzono u pokrzywdzonej skłonności do celowego zniekształcania odtwarzanych zdarzeń”. Po czwarte – tłumaczenia rodziny Kurskich wydają się podejrzane. Wskazywanie na konflikt personalny między ojcem pokrzywdzonej, a prezesem TVP śmierdzi politycznym spinem. Matka Zdzisława Kurskiego, która obecnie nazywa zarzuty „atakiem” i „oszczerstwem”, w 2015 roku w korespondencji mailowej z matką pokrzywdzonej radziła zgłosić sprawę organom ścigania, gdyż nie wie, jak mogłaby wpłynąć na swojego syna. Czyżby wiadomość o gwałcie przez niego dokonanym nie była dla niej zaskoczeniem?

Jacek Kurski jest specem od manipulacji informacją. Jego telewizja dopuściła się w ostatnich czterech latach rzeczy obrzydliwych. W programach TVP krzywdzi się ludzi, niszczy polityków opozycji, podważa krzywdę ofiar, zaciera prawdę i zamazuje sens wydarzeń. Warto sobie więc zadać pytanie: ile warte są wykręty rodziny człowieka, który świadomie, w celu osiągnięcia politycznych korzyści i utrzymania wysokiej pozycji w hierarchii władzy posługuje się wulgarną manipulacją w skali makro? Wreszcie, w jakim środowisku rodzinnym dorastał Zdzisław Kurski? Jakie modele zachowań chłonął jako dziecko? Jakie wartości przekazał swojemu synowi twórca zawodowy spin doktor, twórca największej w dziejach III RP maszyny generującej kłamstwa? Jak to wpłynęło na jego rozwój emocjonalny? Dlaczego Jacek Kurski jest wciąż głównym rozgrywającym w publicznej telewizji?

Sami odpowiedzcie sobie na te pytania.

Przysłowiowo rodzinny Duda

Postanowiliśmy się przyjrzeć o co chodzi, w trzech zadaniach wypowiedzianych przez prezydenta RP.

„Żeby państwo było silne, musi dbać o rodzinę, a rodzina musi być oparta na swoim najważniejszym fundamencie: na tradycji. Musimy go strzec i nie możemy narzucić sobie pseudo nowoczesności w tym zakresie. Wiemy, co pozwoliło nam przetrwać najtrudniejsze momenty w naszych dziejach: rodzina, która miała dzieci, wychowywała je w polskości” – wykrzykiwał w Jędrzejowie Andrzej Duda.
Żeby zrozumieć o czym mówi, wypada sięgnąć do tego co stanowi clou tradycji. Znaczy do mądrości pokoleń przekazywanej w formie odwiecznych prawd – do polskich przysłów ludowych. Dzięki nim można się przekonać, że prezydent wie o czym mówi. Postępy „pseudo nowoczesności” poczyniły wszak olbrzymie spustoszenia w społecznej świadomości.
Jak inaczej można zinterpretować fakt, że policja w tamtym roku dostała ledwie ok. 65 tys. zgłoszeń o biciu kobiet przez swoich facetów. Nawet gdyby przyjąć za socjologami, że na policję trafia tylko co dziesiąty przypadek spuszczenia babie łomotu, to i tak wyszłoby, że tradycyjnych wartości rodzinnych przestrzega ledwie 650 tys mężczyzn. Niepomnych widać wielowiekowej tradycji mówiącej, że „gdy chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije”. Nie ma zatem miłości w polskiej rodzinie. Gdyby była, jak nakazuje odwieczny przykaz stanowiący, że „kto się czubi, ten się lubi”, to wpierdol partnerce winno przecież spuszczać jakieś 15 milionów facetów.
Polscy mężczyźni zapomnieli już, że „babska droga: od pieca do proga”? Nie pamiętają, że wedle tradycji „złe gospodarstwo, gdzie kądziel przewodzi nad mieczem”? Mamusie i babcie nie nauczyły współczesnych mężczyzn, iż „ani na wsi, ani w mieście nie wierz niewieście”?
Współczesne pokolenia nie są chyba jednak „wychowywane w polskości”. Gdyby było inaczej, to nie miałyby żadnych praw. Choćby dlatego, że dla każdego jasnym być powinno, że „baby mają długie włosy, a krótki rozum”. Dzięki czemu „nim się baba uszpili, chłop przejdzie pół mili”. Nie wspominając już o tym, że „co mąż zbierze workiem, to żona wyniesie garnkiem”.
„Pseudo nowoczesność” zatriumfowała na tyle, że niewielu stosuje się do wyniesionej z domu prawdy „ożeń syna, kiedy zechcesz, a wydaj córkę, kiedy możesz”. A to dlatego, że „jak się córka urodzi, to jakby się siedmiu złodziei do komory podkopało”.
Tradycja ma się źle i w kwestii posiadania i wychowania dzieci. W tamtym roku wpierdol – według policyjnych statystyk- dostało tylko 12 tysięcy nieletnich. I nawet gdyby to przemnożyć razy dziesięć, to spośród kilku milionów małoletnich, tradycyjnej polskości w wychowaniu zaznał ułamek z nich. Tradycja zaś mówi jasno, że „kto folguje rózdze, nienawidzi syna swego, lecz kto go miłuje, ustawnie ćwiczy”. Gdyby, komuś tej historycznej wiedzy było mało, to winien się wsprzeć wskazaniem płynącym tak z tradycji jak i z nieba. Wszak „różdżką Duch Święty dziateczek bić radzi, różdżka bynajmniej zdrowiu nie zawadzi”.
Andrzej Duda w gloryfikowaniu tradycyjnej rodzinnej polskośći popadł przy okazji w konflikt z faktami. Tradycja nie każe mieć licznego potomstwa, a wręcz przeciwnie. Powiedzenie „dał Bóg dziecko, da i na dziecko”, od zawsze wyrażało raczej sarkazm niż nadzieję. Ludowa prawda była inna, i wyrażała się słowami „kto ma pszczoły, ma miód- kto ma dzieci, ma smród”. Naród mawiał też – nie bez sensu – „ubogiemu dzieciątko, bogatemu cielątko”.
Jeśli jednak się progenitura komuś przytrafiła, to jej rola sprowadzała się do niebycia, bo „dzieci i ryby głosu nie mają”. Pseudo nowoczesne partnerstwo jednak i w tej działce robi tradycji wbrew. Jak dziś rodzic, posiadacz komórki, może sprostać narodowemu wezwaniu „jeszcze tego nie było, by jajko kurę uczyło”, kiedy to właśnie latorośl zna się na elektronicznym badziewiu lepiej?
Statystyki dotyczące pracowitości Polaków, pokazują niestety, że i tu pseudo progresywiści są górą. Nie wyssaliśmy z mlekiem matki, tego, co nakazuje bycie Polakiem. Opieprzania się znaczy. Nie trafiło nam do przekonania twierdzenie „praca nie zając, nie ucieknie”. Większość społeczeństwa nie wierzy też w prawdziwość sformułowania „pracuj, a garb ci sam wyrośnie”. Ani nawet w to, że „rób a rób, zarobisz na grób”.
Całkiem inaczej rzecz się ma z narodowym etosem spożywania alkoholu. Duda na tym polu może być dumny z rodaków. Znów zaczęliśmy dbać o tradycję, w związku z czym spożycie procentów rośnie. Naród wie bowiem, że „aniołowie pijanych na rękach swych noszą”. Oraz to, że „nic tak dobrze nie przenika jak gorzałka do przełyka”.
Zdrowotność społeczeństwa wskazuje, że w tym aspekcie tradycja narodowa podupada. Pseudo nowoczesność wygrywa ze staropolska prawdą, iż „lepiej zjeść i odchorować niż się miałoby zmarnować”. Lewactwo notuje też sukcesy w nihilistycznej koncepcji higieny. Jakże urągającej staropolskiemu przekonaniu, że „świnia się nie myje – i żyje”.
Przyrodzona nam ponoć tolerancja i gościnność kwitną jak zwykle, w myśl przysłowia „gość i ryba trzeciego dnia cuchną”. Bycie Polakiem od zawsze stanowiło dla Polaka nobilitację. Przynależność do innych nacji – wręcz przeciwnie. Stąd mamusie wpajały dzieciom „nie udawaj Greka”. Postponowały jes słownie by „nie nosiło ich jak Żyda po pustym sklepie”. Przestrzegały przed słuchaniem intelektualistów, twierdząc, że to „austriackie gadanie”. I raz tylko jeden stawiały nie Polaka za wzór, co prawda skrupulatności, ale zawsze. Mówiły przecież „kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi”. Oczywiście wspomniane braterstwo w kontekście międzynarodowym też występowało, ale mało kto widać słów babci, że „jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem” słuchało, o czym świadczą miliony naszych pracujących i mieszkających dziś za Odrą., i Piszczek z Lewandowskim też.
Gloryfikujący tradycję, prezydent na pewno jest dumny, z wielowiekowych wartości polskich, z dziedziny poczucia prawa i sprawiedliwości. Wie, że naród wychowany w myśl tezy, że „lepiej dać kije stu niewinnym jak puścić płazem jednemu winnemu”, jest świadom tego iż, „jak się chce psa uderzyć, kij się znajdzie”. W swojej zbiorowej mądrości Polacy już dawno orzekli, że „bardziej to ludziom smakuje, czego prawo zakazuje”.Wie, że tolerancyjność w tym zakresie nie ma sobie równych, bo „na tym cała sztuka, kto kogo oszuka”. A ponieważ przy okazji Polacy wyznają tezę „dwóch głupich: jeden, co daje, drugi, co nie bierze”, to Duda wciąż może sobie spokojnie robić zdjęcia nawet z ministrem Szumowskim.
Wszak szacunek do władzy winniśmy mieć w genach. To w DNA pobrzmiewają bowiem takie mądrości jak „jedz chleb z każdą warzą, a rób, co ci każą”, z nieprzemijajacą tezą „co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.
Gdyby przyjąć, że przysłowia są mądrością narodów, to zdać by się mogło, że Polacy są mądrzejsi inaczej. Tymczasem z punktu widzenia prazydenta tak nie jest. Jeżdzi zatem po kraju i świecie opowiadając bzdury o rodzinie, dzieciach i tradycji. Ma świadomość, że stoją za nim miliardowe transfery socjalne. A jak stanowi stare polskie przysłowie „kto pieniądze ma, temu duda gra”.

Ich zysk jest większy niż twój

O tym, że zaraza koronowirusa przeorała nasze życie, każdy już wspomina. Co rusz słyszę o związanych z nią traumach. Nawet o nastaniu nowej ery w dziejach ludzkości. Czasów przed i po narodzeniu się koronawirusa.
Warto jednak przypomnieć bom mott człowieka minionej epoki. O tym, że są „plusy dodatnie i plusy ujemne”. I dziś, ku pokrzepieniu skołatanych serc, poszukać też tych dodatnich.
Zauważcie, że w czasie zarazy zniknęła propagowana przez elity PiS „polityka historyczna”. Ten rodzaj polskiej pedofilii politycznej polegającej na tym, że elity PiS traktują obywateli naszego kraju, potencjalnych wyborców, jak umysłowe dzieci. I podstępnie wykorzystują je wciskając im propagandowy kit. Dzięki wysiłkom bardzo dobrze opłacanych propagandzistów podszywającym się w narodowo- katolickich mediach pod maski ekspertów, publicystów, dziennikarzy nawet.
Jeszcze niedawno, w czasach przed zarazą bezustannie słyszałem o grożących mi śmiertelnych niebezpieczeństwach. Czyhać miał na mnie podstępny gender, w gminach czaiła się zabójcza „ideologia LGBT”, a za granicą hulała inwazja globalnego „antypolonizmu”.
Ten ostatni wysuwał się na pierwszą flankę antypolskiej agresji. Bo, jak głosili bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im, cała zagranica, z wyjątkiem orbanowskich Węgier, wielce zawistnie zazdrościła Polsce jej aktualnych, epokowych sukcesów. Osiąganych rzecz jasna dzięki rządom jaśnie pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I wiernych mu Jego współpracowników.
Dlatego bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im codziennie ogłaszali, że „bronią Polski” . Za co codziennie wystawiali stosowne faktury spółkom skarbu państwa oraz innym instytucjom żyjącym z naszych podatków.
W dawnej Europie dla odpędzenia zagrażających ludzkości bezbożnych wampirów ówcześni Karnowscy polecali katolickie krzyże i przedmioty im podobne, srebrne kule oraz kołki osinowe. W narodowo- katolickiej IV Rzeczpospolitej na wysysający polską krew „antypolonizm” bracia Karnowscy, redaktor Sakwa i podobni im zalecali przedmioty pomalowane w biało- czerwone barwy. Mogły to być samoloty PLL LOT, naklejki na świninę tuszujące zarażenie afrykańskim pomorem, pseudo patriotyczne fundacje i reduty „broniące dobrego imienia” i jachty pełnomorskie. Te ostatnie, pomalowane w narodowe barwy, miały pływać po morzach i oceanach sławiąc imię IV RP. Dowodzić, że kaczyńska Polska z kolan wstała, pedagogikę wstydu porzuciła i „lewackiej” Unii Europejskiej dumny gest Lichockiej pokazała.
Przyszła jednak zaraza i obnażyła nędzę IV Rzeczpospolitej. Słabiutkie struktury naszego państwa. Okazało się, że rządzące nim elit PiS nie potrafiły zgromadzić niezbędnych zapasów medykamentów potrzebnych w czasach zarazy. Chociaż informacje o jej nadejściu otrzymały z wystarczającym wyprzedzeniem. Za to świetnie poradziła sobie rodzina pana ministra Szumowskiego i podobne im, znakomicie zarabiające na strachu Polaków przed zarazą.
Ich zysk jest większy,
niż nasz, mogą ponucić sobie teraz obywatele naszego kraju.
Okazało się, że pomimo szumnych zapowiedzi pięcioletnie rządy PiS niczego w Polsce nie zreformowały. Nie ulepszyły nawet.
Przeciwnie jeszcze bardziej zdezorganizowały i zubożyły wymagający reform system oświaty, który okazał się w czasie zarazy niezdolny do nowoczesnego, elektronicznego nauczania.
Zubożyły zasoby finansowe samorządów, a teraz obarczyły je kosztami odmrożenia życia społecznego. Zdewastowały służbę zdrowia, co wystarczająco obnażyła zaraza.
Okazało się, że jedynym ratunkiem dla zahamowania zarazy było samo uwięzienie się polskiego społeczeństwa, zamrożenie polskiej gospodarki i życia społecznego. Przeczekanie zarazy w domowych schronach.
Okazało się też, że wielu naszych sąsiadów, tak wcześniej pogardliwie traktowanych przez dumną propagandę PiS, radzi sobie lepiej niż mocarstwowa, kaczyńska Polska. Lekceważone Czechy i Słowacja skuteczniej wychodzą z zarazy niż mieniąca się liderem „Trójmorza” IV Rzeczpospolita.
Rząd firmowany przez pana premiera Morawieckiego ogłosił już czwartą „tarczę antykryzysową” dla osłony polskiej gospodarki. Produkcja takich „tarcz” staje się specjalnością tego rządu. Za miesiąc nasza gospodarka będzie miała pewnie już tuzin kolejnych, triumfalnie ogłaszanych, tarczy. Gdyby pan premier Morawiecki przypiął je wszystkie do swych dumnie wypinanych podczas konferencji prasowych piersi, to wyglądałby dostojniej niż niejeden radziecki generał.
Za to nasz, też pogardzany przez narodowo- katolicką propagandę PiS, niemiecki sąsiad wyprodukował tylko jedną antykryzysową tarczę. Pomimo takiego ich ubóstwa niemiecka gospodarka odmraża się skuteczniej.
Kasa z Unii nie śmierdzi
Jeszcze niedawno słyszałem z ust pana prezydenta Dudy, że Unia Europejska to jakaś „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika./…/ Wspólnota jest potrzebna tutaj, w Polsce, dla nas – własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi; kiedy nasze sprawy zostaną rozwiązane, będziemy się zajmować sprawami europejskimi. A na razie, niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”, tak przekonywał.
Jeszcze niedawno pan premier Morawiecki ogłaszał, że Z Unii Europejskiej nie dostaniemy „ani centa na walkę z wirusem”. Bo to zła Bruksela jest.
Ale szybko okazało się, że ta wraża Unia nie chciała „zostawić nas w spokoju”, choć postulował to pan prezydent Duda.
Dlatego słyszę teraz w narodowo- katolickich mediach, że tylko dzięki wysłanemu listowi pana prezydenta Dudy i aktywności tam pana premiera Morawieckiego teraz Polska będzie największym beneficjentem pomocy finansowej Unii Europejskiej dla państw członkowskich poszkodowanych przez zarazę.
To oznaczą też, że jeśli władza się nie zmieni, to będzie jeszcze więcej pieniędzy dla rodzin szumowsko podobnych. Dla braci Karnowskich, redaktora „Sakwy” i podobnych im. Na odmrożoną przez PiS pedofilię polityczną. Na propagandę anty unijną w telewizji pana Kurskiego. Fundację świrsko podonych. Znajdzie się pewnie też jakiś „euro cent”| na nowy lakier dla paznokcia pani posłanki Lichockiej.
Ech, żyć nie umierać, panie prezesie.

Tacy jesteśmy?

Czas epidemii zdejmuje z nas przebrania i maski. Pokazuje to, co staramy się ukryć. Jakby na przekór konieczności zakrywania twarzy maską realną, zakładaną dla powstrzymania epidemii.

Z twarzy ministra Szumowskiego z łoskotem spadła maska troskliwego, zapracowanego i współczującego lekarza. Spoza niej wyskoczyła gęba podporządkowanego partyjnym wytycznym urzędnika. Pierwszy raz obsunęła się maska, kiedy lekarz walczący z epidemią i zapewniający o swojej nieustającej pracy i wsparciu dla medyków, jako poseł i urzędas zagłosował przeciw powszechnemu testowaniu pracowników systemu opieki zdrowotnej. Wbrew logice, wbrew wszystkim doświadczeniom z państw, które testując tysiące swoich obywatelek i obywateli, a przede wszystkim pracowników systemu zdrowia, pierwsze osiągnęły sukces w powstrzymaniu zakażeń. Zdrowy rozsądek podpowiada, że skoro istnieje wysokie prawdopodobieństwo przenoszenia się zakażeń od osób chorujących bezobjawowo lub z tylko skąpymi objawami oraz, że najbardziej na zakażenie narażeni są ludzie pracujący w systemie ochrony zdrowia, to należy możliwie szybko i skrupulatnie rozpoznać zakażonych i oddzielić ich od pozostałych. Odsetek zakażonych koronawirusem medyków, pielęgniarek, fizjoterapeutów i pracowników DPS-ów jest w Polsce zatrważający. Szpitale i DPS-y stały się ogniskami epidemii.

Szumowski wbrew logice powtarza, że nie ma wskazań do prewencyjnego testowania. Zgrzyt spadającej z oblicza ministra zdrowia maski słyszeliśmy w powtarzanych komunikatach o kolejnym zamkniętym z powodu zakażenia DPS-ie, którego jednak nie ma powodu ewakuować, nawet wtedy gdy umierają tam bezbronni starzy i chorzy pensjonariusze, a załoga chora z przepracowania i zakażenia wbrew prawu zmuszana jest do pracy. Minister nie „zamyka DPS-ów”, może zrobić to jedynie Inspekcja Sanitarna”. Maska spadła z hukiem do końca gdy minister raczył wydać „rekomendację w sprawie wyborów prezydenckich”. Mimo blisko 10 tys. dotąd potwierdzonych, wzrastającej codziennie liczby nowych wykrywanych zakażeń i rosnącej liczbie zmarłych z powodu covid -19, minister zdrowia oświadczył, że wybory prezydenckie mogą i powinny się odbyć albo w maju jako „korespondencyjne i bezpieczne” albo dopiero za dwa lata. Nieważne, że nie ma do tego żadnych podstaw prawnych. Że wybory w maju bez względu na ich formę zagrażają zdrowiu i życiu milionów wyborców. Że ustawa zamieniająca powszechne, równe, tajne i bezpośrednie wybory Prezydenta RP w „usługę pocztową” jest niekonstytucyjna i nie została uchwalona. A jeśli władza przepchnie ją butem, nie będzie czasu na minimalne choćby przygotowanie do jej prawidłowego przeprowadzenia. Gdy nie ma siły argumentów, władzy zostaje argument siły. Szumowski zrzucając maskę lekarza pokazał gębę podporządkowanego, partyjnego urzędnika.

Połowa Klubu „Lewica” zagłosowała w ostatnim tygodniu za dalszym procedowaniem ohydnego projektu ustawy przywracającej możliwość udziału dzieci w polowaniach oraz przeciw testowaniu wszystkich pracowników sytemu ochrony zdrowia. Nikt z Klubu nie wyjaśnił powodu. Spadły maski lewicowych polityczek i polityków. Zobaczyliśmy ludzi niemających pojęcia za czym i dlaczego oddają głosy. I nieczujących obowiązku ani potrzeby jakiegokolwiek wyjaśnienia swoich wyborów.
Maska sprawnego i odpowiedzialnego włodarza Mazowsza zjechała z twarzy wojewody Konstantego Radziwiłła, gdy prawem władcy absolutnego, pod groźbą odebrania pracy i kar finansowych „kierował” pielęgniarki do pracy w umierających DPS-ach. Gęba oślizgłego węża, którą już wcześniej prezentował Radziwiłł jako lekarz i „ekspert” od zdrowia wylazła na wierzch i poraziła swoją szpetotą. Zadanie dbałości o bezpieczeństwo i zdrowie obywatelek i obywateli okazało się trudniejsze niż posłużenie się batem grzywny, kary, poniżenia godności. Można rzec – Radziwiłł pełną gębą.

Jeszcze niedawno klaskali z balkonów lekarzom i pielęgniarkom. Internet zalewały podziękowania i wyrazy wsparcia. Po tygodniu coraz częściej, w realu, w progu bloku, wracających ze szpitali medyków spotyka złość sąsiadów. Słychać syk „zaraz nam tu syfa przyniesie” i rozkazy „wyprowadź się”. Pojawiają się ogłoszenia w sklepikach – „lekarzy i pielęgniarek w naszym sklepie nie obsługujemy”.

W powiecie gnieźnieńskim jakaś „dobra dusza” wrzuciła do Internetu listę osób w kwarantannie. Inspekcja Sanitarna potwierdziła, że dane są prawdziwe. Prokuratura i policja wszczęły dochodzenie. Zamknięci w swoich domach ludzie boją się linczu.

Starosta z Wysokiego Mazowieckiego wpadł na racjonalizatorski pomysł „oznaczania” domów osób zakażonych koronawirusem. Przekonywał, że taka informacja jest „niezwykle istotna dla pozostałej części społeczeństwa”. Propozycja upadła, a starosta skomentował: „z niewinnego pomysłu zrobił się problem”.

Gdzieś w Polsce ktoś wpadł na pomysł odmowy przyjęcia lekarskiego dziecka do przedszkola, oczywiście w imię „dobra dzieci”.

Maski spadły a zza nich wylazły gęby odwiecznego polskiego kołtuna.
Tylko prezes nie zmienia maski. Maska potwora pałającego żądzą władzy i zemsty na każdej i każdym, kto staje mu na drodze na zawsze już zastąpiła ludzką twarz prezesa. Stała się nią. I jest. Nawet wtedy, gdy prezes udając, że także jego dotyczą „rządowe rozporządzenia na czas epidemii” zasłonił twarz chirurgiczną maseczką.

Tacy jesteśmy, Polki i Polacy wiosną 2020r.

Ps. Wiem o solidarności, która nas „łączy z chorującymi i lekarzami”, wiem o „ofiarności”, „zbiórkach funduszy”, „szyciu masek dla lekarzy”, „posiłkach dostarczanych za darmo do szpitali”, „ochotnikach i ochotniczkach zgłaszających się na apel do pomocy w DPS-ach”. To wszystko jest piękną prawdą. Chylę przed nią czoło, doceniam i podziwiam. Ale jeśli uznamy, że ta „piękna” powinna przysłonić nam tę „niechcianą, brzydką” prawdę, to znowu za moment okażemy się bezradni. Jak wtedy, gdy wielbiąc Solidarność przez duże „S”, nie chcieliśmy wiedzieć, że logo było maską zasłaniającą brak zwyczajnej ludzkiej solidarności, obskurantyzm, pospolite karierowiczostwo i zwyczajne draństwo.

Głupi Polak po szkodzie

Kiedy ujrzałem 10 kwietnia jaśnie pana prezesa Kaczyńskiego w otoczeniu świty…

czyli pani Marszałek Sejmu RP Elżbiety Witek, pana premiera Mateusza Morawieckiego, panów wicepremierów Glińskiego i Sasina, kuzyna jaśniepana prezesa pana Tomaszewskiego, panów ministrów obrony Błaszczaka i Macierewicza, pana prezesa TVP Macieja Łopińskiego i licznych innych reprezentantów elit PiS, czyli Polaków najlepszego sorta jawnie i ostentacyjnie łamiących prawa i nakazy obowiązujące w Polsce w czasie zarazy, to zobaczyłem, że przez ostatnie dziesięć lat Oni niczego się nie nauczyli.

Nadal uważają, że można stanowić prawo, tworzyć procedury bezpieczeństwa po to aby je potem z dumnie podniesionym czołem bezwstydnie łamać. Bo prawo i procedury są dla plebsu, dla tych gorszego sorta.

Jaśniepaństwo jest ponad takimi ograniczeniami.

Dziesięć lat temu elity PiS łamiąc obowiązujące procedury bezpieczeństwa i zdrowy rozsądek zaprosiły na pokład jednego samolotu reprezentację najwyższych władz państwowych. Potem lekceważąc wszelkie procedury bezpieczeństwa doprowadziły do wielkiej katastrofy lotniczej.Bo pożądany wtedy sukces wyborczy był ponad prawem i bezpieczeństwem obywateli.

Teraz aby uczcić ofiary złamanych wtedy procedur bezpieczeństwa jaśniepan prezes i jego świta ponownie złamali prawo, ponownie lekceważyli procedury bezpieczeństwa.

Raz jeszcze dowiedli, że pod rządami elit PiS prawem staje się to, co się akurat jaśniepaństwu spodoba.

Piotr Gadzinowski

PS. Trzynastego kwietnia dziennikarze „Wiadomości” TVP po kolejny raz złamali prawo i etykę zawodową. Kolejny raz okłamali swych widzów, tym razem donosząc, że dziennikarze TVN krytykowali jaśniepana prezesa Kaczyńskiego za składanie hołdu na grobie jego matki. W rzeczywistości w TVN skrytykowano jaśniepana prezesa za wspomniane wyżej łamanie prawa.

Krytyczną postawę telewizji TVN wobec elit PiS redaktorzy „Wiadomości” objaśniali „ciemnemu ludowi”, czyli widzom TVP, powiązaniami rodziców dziennikarzy TVN z władzami Polski Ludowej oraz przynależnością obecnego dyrektora programowego TVN Edwarda Miszczaka do dawnej PZPR.

O tym, że aktualny prezes TVP SA Maciej Łopiński, człowiek ze świty jaśniepana prezesa, był w latach 1971- 1981 prominentnym członkiem PZPR, redaktorzy TVP już nie wspomnieli.

Między parezją a hipokryzją

Poniższe uwagi dedykuję holenderskiemu dziennikarzowi Ekke Overbeekowi, który jako pierwszy zaczął się dziwić różnicom polskiej i holenderskiej religijności.

Właśnie wróciłem z kilkudniowego pobytu w Lejdzie, gdzie próbowałem zrozumieć praktyczne i teoretyczne aspekty postsekularyzmu społeczeństwa holenderskiego. Jak wiadomo w wyobrażeniu większości polskich katolików należy ono do cywilizacji śmierci, by nie powiedzieć, że jest tej cywilizacji sercem. Już o tym pisałem po moich poprzednich pobytach w Amsterdamie, więc tym razem ograniczę się tylko do kilku uwag natury ogólnej.
Otóż wydaje mi się, że problemy z obecnością religii w przestrzeni publicznej, z jakimi borykamy się w naszym kraju (Holendrzy tego problemu nie mają, bo ludzie są religijni w sposób dyskretny i do jej wyrażania nie potrzebują wsparcia polityków) powinny być rozwiązywane przez ludzi religijnych. Z tego prostego powodu, że dla ludzi niereligijnych, a tym bardziej dla przeciwników religii jest rzeczą niezwykle trudną (a czasem wręcz niemożliwą) zrozumieć emocje i związane z nimi zachowania, których źródłem jest doświadczenie religijne. A więc z samej natury im obce.
Co gorsza, im głośniejsze głosy krytyki pod adresem instytucjonalnych form obecności religii w przestrzeni publicznej, tym radykalniejsze głosy jej obrońców (w polskich realiach ma to związek przede wszystkim z Kościołem katolickim, który dla wielu jest wręcz synonimem religii). A jak pokazują ostatnie miesiące — tym brutalniejsze stają się ataki niektórych przedstawicieli katolicyzmu na wymyśloną przez nich „cywilizację śmierci”. Przybiera ona różne kształty i oblicza, ale przeważnie staje się poręcznym narzędziem, by uciszać krytyków Kościoła, a zwłaszcza kleru.
Spirala emocji wydaje się nie do zatrzymania, a polityczny kontekst (zbliżające się wybory parlamentarne w październiku 2019) jedynie je potęguje. Moim zdaniem kres tej eskalacji emocji, słów, a coraz częściej i czynów, może przyjść tylko ze strony ludzi religijnych. To właśnie ludzie prawdziwie wierzący mogą i powinni udowodnić, że związki religii z mową nienawiści i z polityką są nie do pogodzenia z autentycznym rdzeniem religii, a w polskim kontekście z chrześcijaństwem i wyznawanym przez większość katolicyzmem.
Jak na razie tych głosów w Polsce brak. To oczywiście wcale nie oznacza, że ich nie ma. Po prostu nie są słyszalne w przestrzeni publicznej (a jak się pojawiają, to są skutecznie wyciszane przez hierarchów lub agresywnych publicystów, którzy uważają, że tylko oni mają monopol na określanie, co jest autentycznym katolicyzmem, a co się z nim rozmija).
To właśnie z tego powodu polskie społeczeństwo znalazło się na szybkiej ścieżce sekularyzacyjnej. Od razu chcę zaznaczyć, że mnie to nie martwi. Wręcz przeciwnie jestem bardzo rad, że coraz więcej polskich katolików zaczyna dostrzegać zgubne konsekwencje splotu upolitycznionej religii z ureligijnioną polityką oraz słów nasyconych agresją i nienawiścią, jakie padają ze strony ludzi Kościoła i polityków. To swoje rozumienie muszą przełożyć na konkretne decyzje wyborcze. I te decyzje nie odnoszą się tylko do wyborów politycznych, ale również wyborów konkretnego kościoła bądź wręcz odrzucenia instytucjonalnych form religii (jak ja to zrobiłem przed laty).
I na koniec uwaga o wspomnianym postsekularyzmie. Nawet jeśli to pojęcie jest problematyczne i niektórzy socjologowie religii wręcz kwestionują jego analityczną przydatność, to moim zdaniem ma ono przyszłość, zwłaszcza w Europie. Pozwala bowiem spojrzeć życzliwie i z empatią na ludzi niepodzielających moich poglądów czy przeświadczeń na temat religii. Michel Foucault jedną z ostatnich swoich książek (a właściwie wykładów wydanych pośmiertnie: Discourse & Truth: the Problematization of Parrhesia poświęcił pojęciu parezji. Również papież Franciszek chętnie go używa w swoich tekstach i przemówieniach. Warto je włączyć do swojego prywatnego słownika słów często używanych. Oznacza ono po prostu gotowość mówienia w sposób jasny i zdecydowany, niezależnie od okoliczności i możliwych konsekwencji, tego, co się naprawdę myśli. Jak wiadomo przeciwieństwem parezji jest hipokryzja.
Mam świadomość, że każde uogólnienie jest ryzykowne i często krzywdzące. Niemniej jednak pozwolę sobie na takowe. Może się mylę, ale mam nieodparte wrażenie, że większość polskich katolików zachowuje się tak jakby bliższe było im pojęcie hipokryzji niż parezji. U Holendrów jest odwrotnie, chętnie mówią, co myślą i dziwią się, jeśli człowiek ma dwie wersje prawdy, jedną na użytek publiczny i drugą na prywatny. Oczywiście chciałbym się mylić i chętnie zmienię zdanie. Może najbliższe wybory mi w tej zmianie pomogą.

Księże nieuku, przeczytaj

Raz jeszcze okazało się, że polscy księża katoliccy nie znają, lub nie chcą znać, obowiązującego w Polsce prawa. Ale lubią nim posługiwać się w obronie swych interesów. Czyli księżowskiej kasy.

Znany katolicki celebryta ksiądź Tadeusz Isakowicz-Zalewski zagrzmiał na Facebooku w stronę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
„W imię jakich wartości podległa Panu instytucja z kieszeni polskich podatników/w tym katolików/opłaciła film „Kler”? Zwłaszcza, że tylu innym projektom odmówiono?” .
Dołączył się do akcji w Internecie upowszechniającej ulotkę o treści:
„Skandal w ministerstwie Kultury, a nie w Kościele. Minister Piotr Gliński dofinansował najnowszy ohydny film Wojciecha Smarzowskiego, który jednoznacznie i tendencyjnie pokazuje polski Kościół”.
Na to minister Gliński odparował na Twitterze: „Informuję, że NIE DALEM ANI GROSZA na ten cel. Był on natomiast finansowany decyzjami p. Odorowicz i Sroki – b. dyrektorek PISF, mianowanych przez poprzedników. Na których działania – zgodnie z prawem, niemieliśmy wpływu”.

W odciecz panu wicepremierowi i ministrowi Glińskiemu ruszył prawicowy, poPiSowski tygodnik „Do Rzeczy”. Publikując artykuł „Kasa na „Kler” podpisany przez Agnieszkę Niewińską.
Dziennikarkę, która, podobnie jak ksiądz Isakiewicz-Zalewski, wprowadza w błąd opinię publiczną.
Redaktor Agnieszka Niewińska pisze, że „PISF, czyli Polski Instytut Sztuki Filmowej, zasilił konto producentów „Kleru” kwotą 3,5 mln zł z wnioskowanych przez nich 4 mln zł. Całkowity koszt produkcji wnioskodawcy określili n blisko 10,5 mln zł”.

I dalej długo wyjaśniała, że „panie dyrektorki” Instytutu zostały mianowane przez poprzednich ministrów kultury. Co rzeczywiście prawda jest.

Prawdą też jest, że tylko jedna trzecia środków przeznaczonych na film „Kler” pochodziła z funduszy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Instytutu powołanego mocą ustawy o kinematografii z 2005 roku.
Jestem współautorem tej ustawy. Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że katolicki celebryta ksiądz Isakiewicz-Zalewski i redaktor Niewińska nie piszą prawdy.
Pieniądze Instytutu nie pochodzą z „kieszeni polskich podatników”, czyli wszystkich obywateli RP. Pochodzą z podatków i dani płaconych przez wszystkie instytucje korzystające z polskich filmów i zarabiających na ich upowszechnianiu.

Płacą właściciele kin. W Polsce dominują zagraniczne korporacje. Amerykańskie, izraelskie, europejskie. Płaca stacje telewizyjne TVN, Polsat i TVP SA. TVN to kapitał z USA. Płacą telewizje płatne. HBO, „Canal+” i inne. Też zwykle należące do zagranicznych właścicieli. Płacą producenci sprzętu służącego do odtwarzania filmów, czyli kapitał azjatycki, europejski, amerykański. Płaci polskie Lotto.
Płacą, bo tak napisaliśmy wspomnianą ustawę, aby na polskie kino płacili wszyscy kapitaliści. Amerykańscy, żydowscy, azjatyccy i europejscy. I polscy też, bo to dla nich patriotyczny obowiązek i wielka przyjemność.
Zgodnie z obowiązująca ustawą Polski Instytut Sztuki Filmowej nie „daje” pieniędzy na produkcje filmów

tylko pożycza

ich producentom część planowanych kosztów produkcji. Zwykle do 50 procent kosztów.

Jeśli wyprodukowany film zarobi więcej niż jego koszty produkcji, to od razu

zwraca

pożyczone pieniądze od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że niezwykle popularny film „Kler” pożyczone od Instytutu 3,5 miliona złotych szybko mu zwróci.

I te zwrócone miliony złotych Instytut będzie mógł pożyczyć na nowy projekt filmowy.
Na przykład na kolejny film o tak zwanych „żołnierzach wyklętych”. Tym razem bez gwarancji, że ten zrealizowany projekt pożyczkę zwróci. Bo do tej pory produkcje o tej tematyce nie cieszyły się taką popularnością jak teraz film „Kler”.

Zatem prawda jest taka.
• Producenci filmu „Kler” nie dostali pieniędzy z PISF tylko je pożyczyli.
• Pożyczone pieniądze pochodziły podatków i danin zapłaconych przez kapitalistów żydowskich, amerykańskich, azjatyckich, europejskich i polskich patriotów.
• Pożyczone pieniądze producent filmu „Kler” zwróci PISF.
• Instytut będzie mógł te pieniądze ponownie pożyczyć na kolejny projekt filmowy. O polskim papieżu albo o tak zwanych „wyklęciuchach”.

W ten sposób producenci i twórcy filmu „Kler” mogą wesprzeć nowy polski film o polskim papieżu.

 

PS. Ponieważ media komercyjne nie chcą informować, że kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Wilanowa i Ursynowa – proszę o upowszechnianie tej informacji. Kandyduję rzecz jasna z listy lewicy, czyli SLD – Lewica „Razem”.

Nomen omen Stryczek

Ja mówiłem, że tak będzie, że jak ktoś nazywa się Stryczek, to nie może to obejść się bez konsekwencji. Szlachetny Stryczek, jeśli wierzyć jego pracownikom, okazał się Stryczkiem tyranem. Małym, ale zawsze.

 

V Kolumna Szatana czyli Dublin w Warszawie?

Niechybnie działa w Kościele katolickim „piąta kolumna szatana”. Tak stwierdził w „Salonie dziennikarskim” Karnowskich ksiądz-redaktor pisma „Idziemy” (ale dokąd?) Henryk Zieliński. No bo nie może być przypadkiem, że niemal w tym samym czasie Smarzowski wjechał w Gdyni z tym „Klerem”, który przedstawia świątobliwych kapłanów jako „fabrykę małp, fabrykę psów, rezerwat dzikich stworzeń”, wróciła sprawa miliona na którego wypłacenie gwałconej przez księdza – jako nieletnia – młodej kobiecie skazał sąd Towarzystwo Chrystusowe, no i ten Stryczek. To nie może być przypadek, to skoordynowana akcja mająca na celu zniszczenie Kościoła. Będziemy mieli Dublin w Warszawie? Prezes się tego najwyraźniej obawia, bo nakazał magister Przyłębskiej strajk włoski w sprawie wniosków antyaborcyjnych złożonych do tzw. Trybunału Konstytucyjnego. Ta przez chwilę pomachała przyjaźnie ręką do posłanki Sobeckiej, posła Wróblewskiego, a przy okazji do Kai Godek i tyle ją widziano. A co do księdza-redaktora Zielińskiego, to tydzień wcześniej, też u Karnowskich, opowiadał o pobycie w Turcji i mówił jak tam teraz byczo jest.

 

Na kawę z tragarzami

Premier Matołusz Morawiecki przechodził akurat obok Sądu Najwyższego z tragarzami, więc wpadł do emerytowanej prezes Małgorzaty Gersdorf na pogawędkę przy kawie. „Dobra była” – pochwalił kawę premier. Tylko kawę, bo Sąd Najwyższy znów objawił śliskość węgorza i znów umknął ziobrowemu knutowi. Żartowałem z tą spontaniczną kawą. Premier Matołusz chciał mieć argument dla Unii Europejskiej, że „prowadzi dialog”, ale niechcący poleciało mu z rąk i zjadowiwszy prezes Gersdorf, utwardził ją. A wydawało mu się, że taką blondynkę łatwo podejść.W rewanżu tzw. komisja dyscyplinarna SN, najnowsze dziecko Ziobra wezwała na przesłuchanie trójkę sędziów, których postawa nie podoba się: Ewę Maciejewską, Igora Tuleyę i Krystiana Markiewicza. To swoją drogą wyjątkowa bezczelność szykanować sędziów na przykład za wysłanie pytania prejudycjalnego do Trybunału Sprawiedliwości. Tak czy inaczej, wymiar sprawiedliwości okazał się dla PiS orzechem twardszym do zgryzienia niż to się śniło filozofom. Na domiar złego Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że lekceważąc wolę niektórych tzw. rodzin smoleńskich, które sprzeciwiały się ekshumacji ciał ich bliskich, władza PiS złamała art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka dotyczący prawa do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego. Przyznano im po 16 tysięcy euro odszkodowania. Zapłacimy więc wszyscy za pisowską nekromanię („Rodzić trupy i wykopywać trupy”).

 

Niezawodna Gienia

Jednak nie z każdej strony władza może się spodziewać oporu. Są też sojusznicy. Ot, choćby ex-towarzyszka z SLD, profesor Genowefa Grabowska od prawa konstytucyjnego, udzieliła wywiadu portalowi Karnowskich w polityce.pl i żyruje tam dewastowanie wymiaru sprawiedliwości przez PiS. „Kiedy grupie sędziów, przechodzących zgodnie z ustawą w stan spoczynku, nie udało się zablokować reformy na gruncie krajowym, to postanowiła przenieść spór na poziom europejski. To jest sprawa wyjątkowo smutna. Takie niemiłe uczucie, kiedy obywatel danego kraju szuka wsparcia za granicą. Smutne jest także to, że niektórzy sędziowie nie akceptują prawa, które obowiązuje. Skoro w całej Polsce wiek emerytalny to 65 lat, i tylko w niektórych przypadkach można go wydłużyć, to trzeba to zaakceptować. Wszyscy musimy respektować obowiązujące prawo, sędziowie nie są z tej reguły wyłączeni” – taką oto czystą narracją pisowską pojechała w tym wywiadzie Grabowska. No a konstytucja, Pani konstytucjonalistko? Pawka Morozow by się nie powstydził.

 

Nauczyciele i policjanci

Drugi z najpoważniejszych obok sądów problem PiS to narastające niezadowolenie w budżetówce, która w sobotę wyszła z dużym marszem protestacyjnym na ulice Warszawy, od nauczycieli do policjantów. Tu problem, bo niektórzy mówią, że PiS tworzy państwo policyjne, ale przecież zgodnie z formułą Lenina, państwo policyjne to takie, w którym policjant zarabia więcej niż nauczyciel. PiS jak wiadomo lubi dać, ale tylko tam, gdzie mu się to opłaca politycznie, na swoich warunkach. Gdy nie spodziewa się takiego efektu i gdy warunki próbują mu narzucać inni, wkłada do kieszeni węża wielkiego jak pyton. Premier Matołusz powinien zadzwonić na Woronicza do Kurskiego i zobowiązać go do złożenia zapewnienia, że zaprzestanie tego nieustannego pokazywania w propagandzie telewizyjnej stosów forsy, foliowanej albo furczącej jak proporce na wietrze w maszynkach liczących. Nic dziwnego, że lud pracujący nabiera ostrego apetytu na podwyżki płac, skoro mu się co rusz pod nos podstawia takie obrazki. A jak wiadomo, co z oczu to i z serca.

 

Przerwa w remisji u Antoniego

Po sławetnej dymisji w styczniu Antoni Macierewicz ucichł i jakoś zmarniał. Jednak podkomisja smoleńska, którą polecono mu się bawić, zwłaszcza po zakończeniu smoleńskiego cyklu miesiączkowego to nie to, co Ministerstwo Obrony Narodowej, co tak między Bogiem a Prawdą, w Polsce PiS oznaczało de facto bycie Naczelnym Wodzem, następcą Rydza i Sikorskiego. Ostatnio jednak reaktywował się i ogłosił, że jeśli PiS opanuje stolicę, to należy zburzyć Pałac Kultury a na jego miejsce postawić Kolumnę Chwały Wojska Polskiego. A już był taki całkiem spokojny okres remisji.

 

Krycha wymiata

Krystyna Pawłowicz dała przykład jak można nie bawić się w kurtuazję z europejską zarazą nawiedzającą nasz kraj. Po Polsce krążyła delegacja Komisji Praw Obywatelskich i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego (LIBE) pod przewodnictwem Claude Moraesa, która przybyła, by ocenić jak w tym zakresie w Polsce sprawy się mają. Odbyły się spokojne rozmowy z różnymi instytucjami, z jednej strony z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, z drugiej z Ordo Iuris. Inaczej było w tzw. KRS. Tam przyjęła ich m.in. rzeczona Pawłowicz i tak wydarła się na lewactwo i tak je wymiotła, że bardzo szybko zmyli się jak niepyszni, niczym menele pogonieni od straganu przez energiczną i rezolutną przekupę.

 

W imię ojca i syna albo martwe dusze

Tymczasem bohaterami dni są nade wszystko Morawieccy. Syn kłamie jak najęty i będzie pozwanym w pierwszym procesie w trybie przedwyborczym. Natomiast wrocławscy aktywiści z partii jego ojca poszli śladem Cziczikowa z „Martwych dusz” Mikołaja Gogola i tak jak on skupował, tak oni zbierali martwe dusze z przeznaczeniem na listy wyborcze. Od Cziczikowa różni ich to, że poza duszami uzyskali także ich podpisy.

 

„Kler” zbliża się

Czy się jednak Krycha sroży i wymiata, czy nie, „Kler” i tak zbliża się, jako że ogólnopolska premiera już w najbliższy piątek. Wojciech Smarzowski okazał się niewdzięcznikiem i to pomimo wakacyjnej emisji jego „Wołynia” w TVP 1 z przytupem i umizgów „Kury”. Gdyńskie jury nie przyznało mu jednak głównej nagrody Złotych Lwów, może nie chcieli ostatecznie konfliktować się z władzą. Pisowskie media już intensywnie pracują nad frekwencją „Kleru”, ogłaszając że jest on częścią ataku na Kościół katolicki.

Prywatne jest polityczne

Minął miesiąc od wybuchu afery wokół romansu posła Pięty. I co? I nic.

 

Zawieszono go, żeby media dały spokój. Jarosław Kaczyński odgrażał się, odgrażał – ale po 30 dniach Pięta nadal zasiada w czwartym rzędzie sejmowych ław, niedaleko prezesa zresztą. Nadal też jest (sic!) wiceprzewodniczącym sejmowych komisji odpowiedzialności konstytucyjnej oraz ustawodawczej. Pamiętajmy, że PiS ostatecznie nie wyrzucił też ze swoich szeregów „seksposła” Łukasza Zbonikowskiego (tego, który zdradzał żonę z asystentką, dzieląc się ze światem przemyśleniami na temat tego, że idealna małżonka powinna „wiedzieć gdzie jej miejsce” i mieć płaską głowę „żeby można było na niej postawić piwo”).
Konserwatyści nieustannie machają przed oczami flagą z tradycyjnymi wartościami i obroną rodziny, z drugiej strony nienawiść i pogarda dla kobiet wylewa im się ze wszystkich otworów ciała z tak wielką siłą, że są w stanie poświęcić nawet swoją polityczną wiarygodność, by trzymać dalej w partii osobników piętopodobnych. Choć ci realnie stają się dla formacji wizerunkowym ciężarem – to prywatnie nikt ich nie potępia. Prawicowi, głęboko wierzący politycy kierują się logiką, wedle której zbrodnią na rodzinie jest in vitro i nauczenie chłopca, jak się sprząta, ale nie jest nią przemoc domowa ani małżeńska zdrada. Bo to przecież „tylko” dramat kobiety, taka tam przejściowa niedogodność, towarzyski smrodek, obyczajóweczka. Można poklepać kolegę po plecach i powiedzieć: „Stary, sam rozumiesz, że musisz beknąć, ale jesteśmy z tobą – te baby to potrafią dać w kość”.
Zawodowych obrońców życia i rodziny nie bulwersują teksty o płaskiej głowie kobiety i piwie same przez się. Zadeklarowani moraliści nie wyrażają oburzenia, że niegodziwiec zwodzi miesiącami zakochaną w nim kobietę, obiecując jej wspólne życie, jednocześnie oszukując też matkę swoich dzieci, która jest wobec niego wierna i lojalna. Nikt się o nie głośno nie upomina. Co więcej, na nielojalność posła i przedmiotowe traktowanie bliskich mu ludzi nie reagują też jego polityczni oponenci i liberalni komentatorzy. Dla nich istnieje tylko problem nepotyzmu – to, że obiecywał Izabeli Pek intratne posady w państwowych spółkach. Nikogo nie zastanawia, że facet, który bez żenady obnosi się ze swoją niewiernością po komunikatorach internetowych, przyjmuje otwarcie kochankę w sejmowym hotelu – jest po prostu kiepskim materiałem na męża stanu reprezentującego kogokolwiek. Skoro nie jest dla niego oczywiste, że powinien stosować w codziennym życiu wartości, którymi tak ochoczo wyciera sobie gębę służbowo – nie nadaje się na współtwórcę prawa, którego przestrzegać mają wszyscy Polacy. Po prostu.
Obłudnicy, którzy podle traktują kobiety, molestują, znęcają się, zwodzą i zdradzają, powinni być piętnowani, choć nie linczowani. Ale na pewno nie ma mojej zgody na to, aby reprezentowali kobiety w parlamencie, aby decydowali o ustawach zmieniających ich los, wreszcie – aby zachowywali funkcje, stawiające ich w roli autorytetu w sprawach rodziny czy moralności. Tu doktryna „prywatne jest polityczne” powinna zostać wdrożona i działać bezlitośnie. Tymczasem w zawodzie największego społecznego zaufania panuje pełne przyzwolenie na łamanie zasad przyzwoitości – kolesie hipokryci spokojnie poklepują kolesia hipokrytę po plecach, życzliwie radząc, aby schował się na chwilę do szafy. Nie wspominając już o tym, że to Izabela Pek została ochrzczona hieną, dziwką i karierowiczką. Ale to już zupełnie inna historia.

Tylko pod tym znakiem

Polska wzdłuż i wszerz stoi krzyżami, figurami Chrystusa, dekalogami, kapliczkami i Maryjkami. To swoiste „molestowanie religią”.

 

Od czasu, kiedy postawiono tzw. Jezusa Świebodzińskiego, rozpoczął się w Polsce chory trend sakralnej gigantomanii. Krzyże, figury, tablice z dekalogiem – najwyraźniej nikogo nie rażą, w przeciwieństwie na przykład do tablicy czy mogił upamiętniających żołnierzy Armii Czerwonej, którzy oddali życie na polskiej ziemi.
Zadziwiające, że – jak ktoś trafnie określił to zjawisko – „molestowanie religią” nikomu nie spędza snu z powiek, choć przestrzeń publiczna teoretycznie wolna jest od symboli kultu, nie mówiąc już o instytucji szkoły. Polacy stanowią tu naprawdę fenomen na skalę światową: z jednej strony obstawiają się krzyżami nawet we własnym parlamencie (jeśli trzeba, nawet z narażeniem zdrowia, reputacji, regulaminu i pod osłoną nocy), z drugiej strony na koronie wielkiego świebodzińskiego Jezusa montują anteny, żeby lokalny proboszcz mógł mieć internet do monitoringu na terenie parafii.
W podobny sposób obchodzimy się z symbolami narodowymi. Ich znieważenie (zapis będący de facto batem na niepokornych, na przykład na Jerzego Urbana, którego chciano karać za to, że spalił kibicowski szalik) może być okupione więzieniem, ale nikogo nie razi czczony symbol na pościeli, gaciach, torbach na zakupy, piłkach. Nie mówiąc już o tym, że Polacy po prostu nie odróżniają swojej flagi na przykład od bandery. Wtykają obok samochodowych lusterek kupione za 3,50 flagowe paskudztwo, gdzie na biało-czerwonym jest jeszcze godło i napis. Śmiertelnie obrażają się za „szkalowanie narodu polskiego” i powołują w tym celu stosowne instytucje, ale nie wiedzą, jaki rodzaj symbolu może znaleźć się na okręcie, jaki na konsulacie bądź ambasadzie, a jaki powinien wywiesić zwykły obywatel. To to, czy jest sam orzełek, czy orzełek na biało-czerwony, albo czy gdzieś są te śmieszne biało-czerwone kwadraciki – ma, a przynajmniej powinno mieć znaczenie dla każdego patrioty, który nie chce być nazywany tekturowym.
Olbrzymią hipokryzję słychać również z ust pana wójta gminy Tuszów Narodowy na Podkarpaciu. Nie dość, że „narodowy” w nazwie, trzeba jeszcze pokazać, że wierzący i bogobojny. Zamiast więc dodatkowych zajęć na przykład z edukacji obywatelskiej, czy nawet swojskiego WOS, wywieśmy na budynku szkoły tablice z dekalogiem, oczywiście odpowiednio duże, żeby odnotowała je prasa. Jasne, ma pewnie rację pan wójt, że cała ludzkość by na tym skorzystała, gdyby zaczęła żyć zgodnie z boskimi przykazaniami, ale akurat to nie wychodzi jakoś specjalnie dobrze narodowi, wieszającemu wszędzie gdzie się da twarz papieża Polska, ale nie znającemu ani jednej z jego encyklik.