Polacy nie gęsi?

Już Henryk Sienkiewicz namawiał, by Polacy uczyli się przede wszystkim języka angielskiego.
Pod rządami PiS nasze szkoły mają z tym jednak spore kłopoty.

Bez znajomości języka angielskiego nie można dziś funkcjonować w świecie i z sukcesami uczestniczyć w rozwoju gospodarczym. Potwierdzają to nawet Francuzi.
– Na całym świecie angielski pozostaje docelowym językiem dla biznesu i jest kluczowy, jeśli chodzi o pełne wykorzystywanie zasobów edukacyjnych, czy możliwości, które daje internet – mówi ekspertka Sylwia Rogalska.
Dlatego też znajomość języka angielskiego na świecie jest coraz powszechniejsza, a spośród tych państw, które nie były kiedyś koloniami brytyjskimi, najbieglej posługują się nim mieszkańcy krajów europejskich.

Unia służy nauce języków

Jak wynika z największego na świecie międzynarodowego rankingu (w którym przeanalizowana została znajomość języka angielskiego wśród osób nie będących jego rodzimymi użytkownikami), Polacy awansowali w stosunku do ubiegłego roku o 2 pozycje i zajęli 11. miejsce, wyprzedzając takie kraje, jak Portugalia, Belgia, Francja, Hiszpania czy Japonia. Na pierwszym miejscu znaleźli się Holendrzy.
Ranking jest prowadzony przez firmę Education First i opiera się na wynikach, jednakowego dla całego świata, testu z języka angielskiego. Objęto nim ponad 2 miliony dorosłych ze 100 krajów. Razem z rankingiem prowadzony jest indeks biegłości językowej dla szkół, badający nabywanie znajomości języków przez uczniów szkół średnich i wyższych z 43 krajów.
W pierwszej dziesiątce rankingu jest aż 8 państw członkowskich Unii Europejskiej. Pozostałe dwa to Singapur i Republika Południowej Afryki, w których angielski jest jednym z języków urzędowych. Umiejętności językowe w Europie nie są jednak na równym poziomie. Większość krajów nie należących do UE wyraźnie ustępuje pod względem biegłości w posługiwaniu się angielskim.

Wielki chiński skok

Jeżeli chodzi o postępy w posługiwaniu się tym językiem, to największy na świecie skok zanotowały Chiny, które po raz pierwszy w historii przeszły z niskiego – do umiarkowanego poziomu biegłości posługiwania się językiem angielskim. Nadal jednak oczywiście ustępują pod tym względem takim państwom jak Singapur, Filipiny czy Malezja.
Znaczący wzrost znajomości angielskiego nastąpił także w Ameryce Łacińskiej. Aż 12 z 18 krajów tego regionu poprawiło swoje umiejętności językowe w latach 2017-2018.
Polska cały czas plasuje się wśród państw o najwyższym stopniu zaawansowania języka angielskiego na świecie. W porównaniu do zeszłorocznego rankingu EF, udało nam się awansować o dwie pozycje.
Najlepszy wynik osiągnęliśmy w 2014 roku, kiedy to znaleźliśmy się na bardzo wysokim, szóstym miejscu.

Rząd PiS nie lubi angielskiego

Niestety, polityka edukacyjna prowadzona przez rząd Prawa i Sprawiedliwości spowodowała załamanie w nauczaniu języka angielskiego.
Kolejne lata władzy PiS doprowadziły do spadku Polaków w rankingu znajomości angielskiego z zaszczytnego szóstego miejsca, aż na 13 w 2018 r. I stało się to w kraju, gdzie nie było żadnej katastrofy ekonomicznej, lecz jakoby następuje rozwój cywilizacyjny i rozwijają się relacje ze światem!
To o tyle ewenement, że w ogromnej większości państw świata poprawiały się w ostatnich latach kompetencje językowe. Jednak nie w Polsce rządzonej przez PiS. Wzrost o dwa miejsca od ubiegłego roku nie nastąpił zaś dzięki polityce edukacyjnej obecnej ekipy – lecz mimo niej.
O tym, że w polskich szkołach kuleje nauczanie angielskiego, świadczy też badanie przeprowadzone przez firmę Angloville, z którego wynika, że tylko niespełna połowa polskich uczniów potrafi swobodnie komunikować się w języku angielskim.
„Tylko” – gdyż uczy się go aż 95 proc. dzieci w polskich szkołach. Drobną pociechą może być natomiast to, że wypadliśmy nieco lepiej w porównaniu z Czechami oraz Słowacją (po około 40 proc.).

Trudna nauka mówienia

Okazuje się, że sposoby prowadzenia zajęć z angielskiego nie zmieniają się od dziesięcioleci. Nadal są to tradycyjne lekcje, podczas których nauczyciele kładą nacisk głównie na gramatykę, czytanie ze zrozumieniem oraz pisanie. Cały czas natomiast praktyczne wykorzystanie języka jest na dalszym planie.
Konsekwencją braku pozytywnych zmian w systemie szkolnictwa jest niska ocena uczniów, wystawiana przez nich zajęciom z języka angielskiego (tylko 2,9 pkt. w pięciostopniowej skali).
Dlaczego w polskiej szkole trudno nauczyć się rozmawiania w języku angielskim?
Uczniowie podkreślają, że brakuje im bezpośrednich spotkań z anglojęzycznym lektorem (wskazuje na to 79 proc. ankietowanych),swobodnych konwersacji (74 proc.) a także pracy w małych grupach (54 proc.).
– Skoro uczniowie wyrażają potrzebę bardziej interaktywnych zajęć i dostrzegają rolę bezpośredniego kontaktu z native speakerami, należy szukać nowych i atrakcyjniejszych dla dzieci metod nauczania tego języka. Takich, które zbliżą ich do naturalnych „angielskich” warunków. Warto zanurzać się w języku, tzn. tworzyć warunki nauki przynajmniej zbliżone do tych funkcjonujących w anglojęzycznych krajach. Dobrym początkiem może być chociażby zmiana języka w telefonie z polskiego na angielski. W końcu to w telefonach obecna młodzież spędza najwięcej czasu – mówi ekspert Michał Kelles-Krauz.

Nie inwestujemy w przyszłość

Problemy związane z nauczaniem języka w polskich szkołach, od lat przyczyniają się do rosnącej popularności pozaszkolnych zajęć językowych, z których korzysta już 71 proc. uczniów. Młodzież coraz chętniej wykorzystuje do nauki także media społecznościowe.
Warto zwrócić uwagę, że polscy rodzice raczej słabo stymulują swe potomstwo w kierunku opanowania angielskiego. Oni również uważają, że nauczanie tego języka w szkołach raczej szwankuje – ale jednocześnie, jak pokazuje ankieta, aż 70 proc. dorosłych nie angażuje się w naukę własnych pociech.
Niestety, środki otrzymywane z programu Rodzina 500 plus, na razie raczej nie są inwestowane przez rodziców w przyszłość edukacyjną ich dzieci. Są konsumowane – i trudno się temu dziwić, bo przecież bardzo podobnie wygląda wykorzystanie środków unijnych przez władze samorządowe. Tacy po prostu jesteśmy.

Kondensat prawicowej mowy nienawiści

Wystarczy rzucić okiem tylko na jeden przypadkowy numer „konserwatywnego tygodnika opinii”, by utonąć w jej zalewie.

Jeden, przypadkowo znaleziony numer pisma „Sieci”, reklamującego się jako największy konserwatywny tygodnik opinii w Polsce – i absolutnie niezwykłe wrażenia z lektury!.
Jakaż tam finezja argumentacji, błyskotliwa cienkość ironii, niebanalna umiejętność spoglądania inaczej niż wszyscy.
Na przykład, wszyscy wiedzą, że nieudolność PIS-owskiego wojewody mazowieckiego, który nie umiał prawidłowo przygotować wniosku sądowego, sprawiła, iż NSA musiał unieważnić jego decyzję o przymusowych zmianach nazw ulic warszawskich – A „Sieci” piszą, iż to skandal, czczenie komunizmu, eskalowanie konfliktu z PiS-em i opozycja sądowa przeciw „zgodnym z literą prawa działaniom władzy”. („Sieci” to oczywiście tygodnik bliski władzy, redagowany zgodnie z wiernopoddańczą zasadą: „przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”).
Wszyscy wiedzą, że prawo przemieszczania się i wyboru miejsca pobytu to jedno z podstawowych praw obywatelskich – A „Sieci”, zgodnie ze swym chrześcijańskim humanizmem, piszą, że deklaracja ONZ, mówiąca iż każdy człowiek w przyszłości powinien mieć prawo wyboru miejsca do życia, to „szaleńczy pomysł, migracyjny armagedon o skali przekraczającej nawet to, co czynił zbrodniczo Józef Stalin”.
Wszyscy wiedzą, że opozycja jest potrzebna dla demokracji, a samorządy powinny mieć własne kompetencje niezależne od władzy centralnej. – A „Sieci” piszą, iż: „z poziomu samorządów nauczyli się niszczyć polską wspólnotę”, zaś posłowie opozycji: „otwarcie, nawet z pewną dumą, Polsce szkodzą, Polskę niszczą”, i że trzeba ograniczyć możliwości tych „szkodników, agentów, złodziei, itp.”.
Wszyscy wiedzą, że zostanie honorowym obywatelem jakiegoś miasta to powód do dumy – A „Sieci” piszą, że tytułu honorowego obywatela Gdańska nie należy przyjmować, bo „to ryzykowne”. Można się bowiem znaleźć w towarzystwie Adolfa Hitlera, Bolesława Bieruta, trzech sowieckich wysokich oficerów – no i Lecha Wałęsy, który jest honorowym obywatelem Gdańska „mimo, że dziś już nie ma wątpliwości, iż był agentem SB”. Wszyscy wiedzą, że Hitler, Bierut i „sowieccy wysocy oficerowie” już dawno nie są honorowymi obywatelami Gdańska i że jest wiele wątpliwości, czy Wałęsa rzeczywiście był agentem SB – ale dla „Sieci” to oczywiście bez znaczenia.
Wszyscy wiedzą też, że pod rządami PiS wzrósł zasięg ubóstwa ekonomicznego w Polsce (mówi o tym oficjalny komunikat Głównego Urzędu Statystycznego – A „Sieci” piszą, iż: „zadaniem rządzących ma być przekonanie obywateli, że polskie społeczeństwo jest najszybciej bogacącym się w Unii Europejskiej i najszybciej likwidującym biedę”.
Gdy ujawniono zachowania księdza Henryka Jankowskiego, zaczęto się zastanawiać, dlaczego prawda o jego czynach nie wyszła wcześniej na jaw? A „Sieci” dobrze wiedzą dlaczego i kto za to odpowiada. Piszą więc: „Chodzi oczywiście w pierwszym rzędzie o Pawła Adamowicza, który wtedy był u św. Brygidy ministrantem” – i trudno sobie wyobrazić, „żeby z tej pozycji można było nie zauważyć zachowań proboszcza”. „Nie mógł nie wiedzieć, a milczał” – piszą „Sieci”.
„Z tej pozycji”… Prawda jakie to wszystko eleganckie i delikatnie aluzyjne?
Eleganckie są też określenia, jakimi tygodnik „Sieci” określa niektóre osoby i instytucje. Czytamy zatem o „bałwanach z ZNP” i o tym, że telewizja TVN zatrudnia „dziennikarskich czekistów” oraz „bryluje w ożywianiu komunistycznych trupów i pospolitych łajdaków” (oczywiście w odróżnieniu od głęboko pluralistycznej TVP, w której wypowiadają się prawdziwe autorytety bez skazy).
Dla „Sieci” Włodzimierz Cimoszewicz to „komuszek i kapuś służb”, „pospolity aparatczyk”który „zwyczajnie nie ma wstydu”, zaś Roman Giertych to „przechrzta i podnóżek dawnych wrogów”.
Szczególnie barwnie „Sieci” opisują Kazimierza Marcinkiewicza. Według tego tygodnika, to „nie tylko błazen, lecz nade wszystko zdrajca”, „wyznający publicznie swą chuć do jakiejś panienki”, który „do cna upokorzył urząd polskiego premiera”.
Wypada dodać, że widocznie opisywany w „Sieci” zestaw przymiotów był cenny dla Prawa i Sprawiedliwości, skoro tego człowieka uczyniło premierem naszej dumnej ojczyzny…
I tak właśnie wygląda język miłości, zgody i porozumienia w wydaniu reprezentantów „obozu dobrej zmiany”. I to wszystko tylko w jednym, przypadkowo znalezionym numerze prawicowego tygodnika. A „Sieci” przecież nie są żadnym wyjątkiem, bo prorządowych pism prawicowych, które używają identycznego języka mamy w Polsce bez liku.

Zwalczaj hejt

„Gazeta Wyborcza” głosi zagrożenie hejtem (mowa nienawiści) i piętnuje to zjawisko, co ponoć ma spowodować opamiętanie operujących wyzwiskami i insynuacjami uczestników internetowych połajanek oraz awantur ulicznych.
W ostatnich dniach ukazały się dwa teksty szczególnie zabarwione emocjami i iście bigoteryjnym przekonaniem o posłannictwie i własnej doskonałości. Są to: 11.06.2019 Żaneta Gotowalska. „Musiał, Wieniawa, Kurdej-Szatan – na idoli młodego pokolenia wylała się fala hejtu za udział w Paradzie Równości” oraz 10.06.2019 20:58 „700 komentarzy pod jednym tekstem o głosujących na PiS. Każdy zawzięty antypisior powinien to przeczytać” listy do redakcji, odpowiedź Grzegorza Wysockiego. Podstawę do sformułowania zarzutu bigoterii stanowi to, że Autorka, Autor i Redakcja omawiają treści tzw. komentarzy i dyskutują z nimi argumentami sformułowanymi z zachowaniem kultury języka i logiki bez dostosowywania się do niskiego nieraz poziomu adwersarzy. Postępowanie takie zasługuje bezwzględnie na uznanie. Niestety mamy tu typowe działanie „na pokaz”, w którym GW usiłuje pokazać czytającym, jak to MY jesteśmy zdolni do dialogu z uznaniem godności przysługującej każdej osobie. Nie znam bowiem żadnego (poza dwoma wskazanymi wyżej) przypadku zainteresowania się autorskiego lub redakcyjnego treściami uwag czytelniczych. Publiczność jest traktowana jako osoby bezmyślne, zdolne jedynie do biernego wysłuchania kazań. A sprawa jest tym poważniejsza, że dotyczy to nie tylko GW, lecz wszystkich znanych mi lewicowych oraz liberalnych zarówno mediów, organizacji jak i członkiń i członków tego, co nazwę demokratyczną elitą intelektualną, że wymienię przykładowo kilka czasopism („Przegląd Socjalistyczny”, „Krytyka Polityczna”, „Kultura Liberalna” i in., blogów (Daniel Passent, Maria Szyszkowska i in.), inicjatywy jak Kongres Kultury i Kongres Obywatelski, oraz wszystkie partie polityczne. W polskiej demokracji dialog jako przejaw uznania zdolności do myślenia każdej jednostki nie istnieje. We wspomnianych dwu artykułach wyczuwa się pozostawione bez odpowiedzi pytanie o źródło niszczącego społeczeństwo zła, którego najbardziej widocznym przejawem jest hejt. A skoro nie znamy przyczyny, naiwnie sądzimy, że jedynym sposobem jest zwalczanie przejawów. I stąd wynika zarówno bezsilne piętnowanie hejterów jak i prawione im kazania, czy wołanie o kary dla nich. Przy tym wszystkie te sposoby są przywoływane już dość długo, by przekonać się, że są nieskuteczne, co niestety nie skłania do zastanowienia, czy aby nie popełniamy błędu. Szczególnie uderza staranne przemilczanie głosów wskazujących, że przyczyną zła może być coś, co zagraża dobremu mniemaniu o sobie wspomnianych wyżej mediów, organizacji i elity. A mam tu na myśli zwłaszcza książkę Mirosława Matyi „Polska semidemokracja”, publikację Fundacji im. Stefana Batorego zatytułowaną „Partie polityczne a jakość polskiej demokracji” (autor Paweł Marczewski), oraz niedopuszczane do szerszego obiegu prywatne opinie. To ostatnie dotyczy m. in. pracy Władysława Bujwida p. t. „Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego” Proponuję więc wspólne zastanowienie się nad przyczynami popularności hejtu, który jest po prostu błędnym traktowaniem wymiany zdań, porozumiewania się, dyskutowania. I przedstawiam swoje w tej kwestii zdanie: Powołam się na znane z łaciny twierdzenie, że „scribere scribendo, dicendo dicere disces” (pisania uczysz się pisząc, mówienia zaś – rozmawiając), które wyraża przekonanie, iż umiejętności nabywamy głównie przez samokształcenie i praktykę. Nauczanie, przypominające tresurę prawienie kazań, ma sens jedynie na poziomie elementarnym, w miarę zaś rozwoju coraz większą rolę odgrywa własna inicjatywa, a dotyczy to zwłaszcza dyskursu. I tu właśnie mamy wyjaśnienie: gdy ci, którzy mają wyrobione zasady kulturalnego porozumiewania się, odmawiają prowadzenia dialogu, poprzestają na prawieniu kazań, jako pole zdobywania umiejętności komunikowania się pozostaje dla ogółu podwórko i Facebook, które ofiarują swoje wzory. I rezultat jest taki, jaki mamy. A jeśli nie zaczniemy rozmawiać, nic się nie zmieni. Dla uproszczenia sprawy poruszyłem jedynie palącą sprawę mowy nienawiści, jednak problem jest znacznie szerszy i skomplikowany. Potrzebny nam jest przemyślenie wielu spraw dotyczących kultury i obywatelskości. Warunek: o dopuszczeniu do głosu musi decydować wartość argumentacji. Nie można pozwalać na to, by tak jak dzieje się to obecnie, pomijane były te opinie, które nie odpowiadają aktualnie lansowanej strategii politycznej, kwestionują autorytet „naszych” osób i organizacji, „mogą źle wpłynąć” na odbiór medium itp. O taki dyskurs apeluję.

Księga Wyjścia (7)

Ballada o słowach ważnych i głupich

Od 15 lutego, czyli od kiedy opuściłem szpital, zacząłem stabilizować sobie życie. Do tego stopnia, że od tamtej pory nie byłem nawet w Warszawie. Spędzam czas w Puławach, regularnie jeżdżąc do Lublina po dwutygodniową rację suboxonu i na terapię.
Wcześniej nie było tygodnia, bym nie musiał pojechać na dwa, trzy dni, żeby załatwić tysiąc różnych spraw. I zawsze byłem w pędzie.
Wytłumaczeniem tego może być to, że wszyscy moi znajomi, współpracownicy i działacze społeczni – czyli ludzie, którzy dotychczas potrzebowali mojej pomocy – postanowili dać mi czas, bym się jakoś w spokoju urządził. Bez wiecznego pędu i tysiąca nakładających się na siebie spraw. Utrzymujemy jedynie kontakt telefoniczny i mogę być im jedynie wdzięczny, że dali mi czas na rozruch. Wiem też, że gdyby moja obecność była naprawdę niezbędna – dostałbym taką wiadomość i natychmiast pojawiłbym się w stolicy.
Dzięki temu „urlopowi” od działalności redakcyjno – społeczno – politycznej miałem czas by urządzić sobie mieszkanie. Wreszcie zrobiłem to kompleksowo, od początku do końca tak jak chciałem. Może dlatego, że potrzebowałem „swojego” miejsca na ziemi, a dotychczas czułem się tu cholernie obco. Teraz się to zmieniło i tak naprawdę nie mam już ochoty na dłużej opuszczać tego gniazda. Oczywiście, gdy poczuję zew, to ponownie ruszę w świat, ale wtedy wrócę do mieszkania z prawdziwą przyjemnością. Ten zew niebawem się pojawi, gdy zacznie się ostatnia faza kampanii do Parlamentu Europejskiego pojadę wesprzeć moich przyjaciół z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej – wiem, wiem RSS idzie do wyborów wspólnie z partią na „R”, z której wielokrotnie kpiłem, ale powodem tych kpin był ich narcyzm, w jaki wpadli po uzyskaniu w miarę dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych. W miarę dobrego, czyli takiego, który gwarantował subwencje ze skarbu państwa, ale nie dawał ani jednego mandatu w Sejmie. Czyli kasa bez żadnej odpowiedzialności. Partia na „R” uwierzyła w swój geniusz i postanowiła nie kłaniać się na ulicy przedstawicielom innych lewicowych organizacji. A co dopiero współpracować.
Nie wiem, czy wyniki sondaży wpłynęły na decyzję, by jednak te siły połączyć, czy wreszcie zrozumieli, że jedynie zjednoczona lewica ma jakieś szanse, by przebić się przez ten szklany sufit, który od jakiegoś czasu zaczął się już coraz szybciej obniżać. Zwróćcie uwagę, że w latach dziewięćdziesiątych zarówno „Gazeta Wyborcza” jak i „Tygodnik Powszechny” uchodziły – słusznie zresztą – za gazety prawicowe. Teraz dla przeciętnego „Kowalskiego” (Mariana również) tytuły te kojarzone są z lewicą. To nie jest tak, że redakcje zmieniły poglądy, to zachowawczość i wieczna ustępliwość lewicy spowodowała, że została ona praktycznie wyparta z parlamentarnej sceny politycznej, a co za tym idzie świadomości przeciętnego oglądacza telewizji.
Śledzę więc sobie politykę w sposób bierny, czytając prasę, oglądając telewizję i – o zgrozo – czytając wpisy na FB. Jedną z naszych cech narodowych jest – może nie lekceważenie – ale brak wiary w siłę słów. Używamy najmocniejszych określeń w sytuacjach zupełnie nieadekwatnych.
Pamiętam jak PiS objął władzę, wszystkie główne media – poza publiczną oczywiście – trąbiły o zamachu stanu, końcu demokracji, a niektórzy komentatorzy wieszczyli nawet wojnę. Nic takiego miejsca nie miało. PiS przejął władzę i urządza kraj według swojego pomysłu, co chwilę wybucha jakaś afera, a to nepotyzm, a to dziwnie nagrody, pensje czy fascynacja filmem „Wniebowzięci”, bo gdzie tylko jest jakieś lotnisko i da się wylądować, tam z pewnością jakiś wpływowy funkcjonariusz rządzącej partii sobie poleci. Najcięższe zarzuty stawiane PiS-owi to wrogość wobec osób LGBT, skrajne podejście do zakazu aborcji i prymitywna mowa nienawiści – ukierunkowana zarówno wobec opozycji, imigrantów i mniejszości etnicznych. Po drugiej stronie mamy PO, które zarzuca rządzącym wymienione przed chwilą „przewiny”, mimo że podczas swoich rządów zachowywali się dokładnie tak samo. Również mieli w dupie – dobre słowo – osoby LGBT, nepotyzm aż wyciekał z każdej szczeliny instytucji zależnej od rządzących, również przekłamywali historię – może nie czcili jak obecni leśnych bandytów – ale doskonale pamiętam jak Bronisław Komorowski, będąc jeszcze prezydentem mówił, że w Polsce nie było żadnych obozów dla jeńców bolszewickich. Od obecnej władzy różnili się jedynie tym, że posługiwali się inną narracją, głównie eufemizmami, co nadawało temu ładne brzmienie i nikt nie mógł powiedzieć o nich „chamy”.
Wracając jednak do głównego wątku, to śledząc Internet, fejsbukowe wpisy i telewizyjne komentarze, odnoszę wrażenie, że trwa jakiś wyścig kto nazwie Kaczyńskiego większym „kurduplem”, a rządzących większymi idiotami. Rozmawiałem kiedyś o tym z Grześkiem Walińskim i bardzo ładnie określił to zjawisko – „inflacja słowa”.
Zawsze komplikowaliśmy zdania wsadzając jak najwięcej – mniej lub bardziej mądrych – słów opatrzonych przymiotnikami. Wtedy wydaje nam się, że będziemy uchodzić za znacznie lepiej wykształconych, możniejszych intelektualnie, o wyższym statusie? Może to jakiś kompleks „arystokraty”? Kiedyś usłyszałem takie zdanie: te elementy powinny ze sobą kolaborować – mówiącemu chodziło o to, że powinny być zsynchronizowane i zwyczajnie ze sobą współpracować.
Często dodajemy całą masę przymiotników przed słowem właściwym: „okropnie straszny, wręcz niewyobrażalny koszmar” – słyszymy od rozmówcy, który opisuje swoje wrażenia np. z kolejki w markecie. Jak więc przebić tego typu zdanie, gdy wydarzy się katastrofa kolejowa? Jeśli tysiąc razy mówiliśmy „kocham” w sytuacjach zupełnie niepotrzebnych, to jak powiedzieć „kocham” gdy już poznamy wagę tego słowa? Oczywiście będziemy dodawać setki różnych przymiotników i porównań – ale waga tego słowa nie ma już właściwej swojej mocy.
Pamiętam, jak kolega mieszkający we Francji opowiadał mi jak tam przywiązują wagę do tego typu słów. Powiedział mi nawet, że nie pamięta, by jego druga żona wyznała mu słownie miłość, mimo, że byli ze sobą dziesięć lat. Sami sobie popsuliśmy język i gdy ktoś mówi, że sytuacja jest tragiczna, machamy ręką sądząc, że przesadza.
To zjawisko doskonale widać w polityce, zarówno wśród polityków, jak i ich wyznawców. To nasza kolejna przywara – jeśli popieramy jakiegoś polityka, to nawet jeśli popełni głupstwo, będziemy go zażarcie bronić. Tu też przywołam Francję, kolega o którym wspomniałem, mówił mi również, że jego obecna żona popierała i głosowała na Macrona, a teraz jest jego zagorzałym krytykiem, co nie znaczy, że zmieniła zdanie. Po prostu uznała, oddała głos na człowieka, a nie nieomylnego świętego, człowieka, który – jak my wszyscy – popełnia błędy i należy mu je wytknąć. W krajowych realiach wygląda to zupełnie inaczej, nawet jeśli polityk, który jest naszym faworytem zostanie przyłapany na kłamstwie, to cała rzesza jego fanów będzie broniła go do upadłego twierdząc nawet, że skłamał w imię racji stanu.
Bywają jednak wyjątki, gdzie nieodpowiednie słowa trafiają do nieodpowiednich ludzi. Jeśli – co gorsze – ci ludzie zamykają się w świecie jednego przekazu, słuchając tylko jednej stacji radiowej, oglądając jedynie wybrane stacje telewizyjne, czytając tylko wybrane tytuły prasowe i zamykając się na Fb w grupach, które mówią to samo – odrzucając inny pogląd i z góry zakładając, że to kłamstwo, to może prowadzić do nieszczęścia. Jest wielu ludzi, którzy zamykają się w bańce medialnej o jednym światopoglądzie, jest masa ludzi, która zieje nienawiścią do każdego odmieńca, czy jest to osoba LGBT czy człowiek o innym kolorze skóry, prawie zawsze kończy się to co najwyżej sporem z sąsiadem, kłótnią pod blokiem, lub rodzinnymi niesnaskami – znam takie przypadki, że członkowie rodziny nie rozmawiają ze sobą ze względu na poglądy polityczne.
Prymitywny język nienawiści już dwukrotnie doprowadził w Polsce do tragedii – gdy niespełna sto lat temu, Eligiusz Niewiadomski zastrzelił prezydenta Gabriela Narutowicza i teraz osobnik o nieznanym mi nazwisku zasztyletował Pawła Adamowicza. Obu zbrodniarzy łączyło to, że ich czyn był wynikiem nagonki, czyli mowy nienawiści.
Nad językiem nienawiści warto się chwilę zastanowić, nie będę roztrząsał jaki jest cel – to wiadomo – polityczny, ale dlaczego trafia on na podatny grunt, dlaczego ludzie idą za nim jak szczury za melodią fletu. Przecież tak naprawdę jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest: nienawidzę cię, bo cię nienawidzę. Tu żadnego innego argumentu nie ma. Przecież człowiek o odmiennych poglądach, nie zrobił krzywdy temu, który go nienawidzi. A jeśli zrobił krzywdę, to powodem nienawiści już nie są poglądy.
A w tym czasie na Fejsbuku jakiś pan z jakąś panią licytują się, które z nich napisze, że Kaczyński to większy kurdupel – to oksymoron, ale potraktujmy jako związek frazeologiczny. I jak to im wstyd wyjechać gdzieś zagranicę. Tu też Was rozczaruję – gdziekolwiek byłem, w jakimkolwiek kraju, nikt, absolutnie nikt nie wiedział kto w Polsce rządzi. Mało tego, mało kto wiedział czy Polska jest republiką czy królestwem i gdzie dokładnie leży. A najwięcej wstydu przynoszą sami krajanie, którzy naprawdę potrafią narobić za granicą obciachu.
Miałem pisać o trzeźwieniu, a rozpisałem się o polityce i słowach. Zdradzę Wam pewien sekret, każde napisane słowo, zdanie czy akapit są dla mnie nieodłączną częścią trzeźwienia. Dzięki temu mam swój cotygodniowy rytm, głowę nabitą treścią kolejnych odcinków, a samo pisanie wyzwala we mnie serotoninę i dopaminę, czyli te hormony, których nałogowiec potrzebuje najbardziej. Nie myślę więc o głupotach, tylko o tekście, gdy siadam do pisania świat przestaje istnieć i mimo, że param się tym już ćwierć wieku, to za każdym razem gdy felieton ukazuje się w kiosku czuję tę samą radość co dwadzieścia pięć lat temu.
Przemyślcie to o czym napisałem – o wadze słów, może uda nam się powrócić do ograniczenia przymiotników, a wypowiedziane słowo będzie miało wreszcie odpowiadającą mu wagę, którą każdy słuchacz lub czytelnik zrozumie. Bo niebawem na zakończenie felietonu będę musiał napisać: „Bardzo dziękuję za uważne przeczytanie napisanego przeze mnie tekstu, jestem bardzo mocno, wręcz niewymownie gorąco wdzięczny, że włożyliście strasznie dużo wysiłku w przeczytanie mojego skromnego felietonu”.
Do przeczytania za tydzień.

Przeciwko mowie nienawiści!

„W moim kraju palą tęczę jak kiedyś ludzi w stodole; hejt nasz polski powszedni jak chleb, jak obiad na stole; Czego nie zniszczyli Hitler, Stalin; Czego Zomo pałą nie zajebało; Czego nie dopalił oświęcimski piec; Polskiej nienawiści zeżre wściekły pies” tymi słowami rozpoczyna się piosenka Marii Peszek pt. Modern Holocaust, która już w 2016 roku zwracała uwagę na wzrost mowy nienawiści w przestrzeni publicznej. Co roku podczas tzw. Marszu Niepodległości jesteśmy świadkami popisów przemocy symbolicznej oraz nienawistnych haseł, które wprost skierowane są do ludzi lewicy, mniejszości etnicznych i seksualnych. Również liberalny mainstream nie jest wolny od haseł odwołujących się do podobnych praktyk. Czym jest bowiem nawoływanie Radosława Sikorskiego do „dorżnięcia watahy” czy też nazywanie przez Donalda Tuska wyborczyń Prawa i Sprawiedliwości „moherowymi beretami”? Nie bez winy są także politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy przypinają łatki „zdradzieckich mord” i „złodziei” swoim przeciwnikom politycznym.
Temperatura politycznego sporu przekłada się na realne akty przemocy. Zabójstwo Marak Rosiaka, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi w 2010 roku na chwilę otrzeźwiło polityków. Przez moment politycy przestali się atakować, język debaty publicznej zelżał. Po paru dniach wszystko wróciło do „normy”, a politycy tak PO jak i PiS wrócili do uprawiania wojny polsko-polskiej.
Szok i przerażenie związane z zabójstwem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniu 2019 roku było zapewne dla nas wszystkich czymś niezwykle dojmującym. Oto w świetle kamer uzbrojony w nóż napastnik dokonuje morderstwa na włodarzu Gdańska. Znów wszyscy zadaliśmy sobie pytanie o znaczenie słów, oskarżeń, nienawiści słownej, która przeradza się z zbrodnię. By przeciwdziałać podobnym zbrodniom w przyszłości trzeba działać, reagować i edukować. Taką rolę mają fundacje polityczne, których zadaniem jest współprowadzić debatę publiczną na w sprawach absolutnie kluczowych dla jakości demokracji. Reagując na to co wydarzyło się w ostatnich latach Centrum im. Ignacego Daszyńskiego wraz z Fundacją im. Friedricha Eberta organizują w nadchodzącą środę 3 kwietnia o godzinie 17:30 dyskusję otwartą pt. „Mowa nienawiści i agresja w życiu publicznym”, która odbędzie się w Gdańsku w Cafe Oficyna przy ul. Chlebnickiej 24/25. O tym skąd biorą się te niebezpieczne zjawiska oraz jak im przeciwdziałać dyskutować będą: dr hab. Małgorzata Niewiadomska-Cudak, dr Łukasz Cora oraz red. Dorota Sobieniecka-Kańska, zaś prowadzenie całości wydarzenia przypadnie koordynatorom Centrum im. Ignacego Daszyńskiego w Gdańsku: dr Magdzie Leszczynie-Rzucidło oraz dr Tomaszowi Bojarowi-Fijałkowskiemu. Zapraszamy do udziału w naszej dyskusji czytelniczki i czytelników „Trybuny”.