CPK – projekt ekonomiczny czy polityczny?

Im szybciej zrezygnujemy z realizacji fantasmagorycznego pomysłu tego portu lotniczego, tym mniejsze będą jego koszty gospodarcze i społeczne.

           Zasadność gigantycznych inwestycji infrastrukturalnych - Centralnego Portu Komunikacyjnego i przekopu Mierzei Wiślanej - jest tematem tegorocznej prezydenckiej kampanii wyborczej. Zdecydowana większość liderów partii opozycyjnych jest przeciwna tym inwestycjom.  
         W oficjalnym stanowisku rządu stwierdza się, że CPK będzie „kołem zamachowym” dla polskiej gospodarki. W ramach tego projektu ma być wybudowany Port Lotniczy „Solidarność” który w pierwszym etapie ma obsługiwać 45 mln pasażerów rocznie, a docelowo - 100 mln. Inwestycja  powinna stworzyć 150 tys. nowych miejsc pracy. CPK będzie w 100 proc. własnością Skarbu Państwa.  Ma być oddany do użytku w 2027 r. Najważniejszym argumentem za budową nowego portu lotniczego  jest ograniczona przepustowość Lotniska im. Chopina. 
W sprawie realizacji koncepcji CPK uchwalona została ustawa. Głosowanie w Sejmie odbyło się w dniu 10.05.2018r.  Znamienne są wyniki głosowania: 235 za, 190 przeciw, 4 głosy wstrzymujące. Wprawdzie to nie jest nigdzie ustalone, ale tak ogromne przedsięwzięcie  jak CPK powinno być przyjęte do realizacji na takich samych zasadach jak zmiana konstytucji (2/3 głosów w Sejmie). oparciu o tę „specustawę” skwapliwie powołano spółkę ds. budowy CPK i obsadzono stanowiska. Ze względu na „ekspresowe” tempo uchwalenia tej „specustawy” pojawiają się pytania : czy przed podjęciem decyzji o realizacji CPK dokonane zostało rzetelne studium przedinwestycyjne? Czy wzięto pod uwagę wszystkie istotne momenty dla realizacji i funkcjonowania tego projektu po jego zakończeniu, zwłaszcza w zakresie rentowności?
          Port Lotniczy w Baranowie ma mieć przepustowość docelową 100 mln   pasażerów rocznie. A ile mają największe porty lotnicze świata i Europy?
             Największe na świecie to Atlanta - 107 mln pasażerów w 2018 r., Pekin (101 mln) i Dubaj (89 mln). Największe porty lotnicze Europy to natomiast Londyn Heathrow (80 mln), Paryż Charles de Gaulle (76 mln), Amsterdam Schiphol                                                    (71 mln) oraz Frankfurt (69 mln).
           Tylko dwa lotniska na świecie mają zdolność obsługi 100 mln pasażerów rocznie - a największym europejskim  lotniskom daleko do tej liczby. Czymże więc CPK Lotnisko Baranów musiałoby zadziwić świat, żeby osiągnąć 100 mln pasażerów odprawianych rocznie?
   Zastrzeżenia do koncepcji CPK zgłosił między innymi Komitet Przestrzennego Zagospodarowania Kraju Polskiej Akademii Nauk.  W dniu 5 marca 2020 r. Komitet przedstawił „Stanowisko w sprawie Strategicznego Studium Lokalizacyjnego CPK”. Zawarł w nim m. in. następujące zastrzeżenia: brak oceny zasadności zmiany całego systemu transportowego Polski, zbyt mały zakres studiów przedinwestycyjnych, ograniczony zakres konsultacji społecznych.
                 Również eksperci lotnictwa wypowiadają się bardzo sceptycznie na temat budowy Portu Lotniczego w Baranowie. Marek Serafin stwierdził: „Od początku mieliśmy ogromne wątpliwości co do racjonalności i realności tej koncepcji. Teraz staje się ona jeszcze bardziej fantasmagoryczna. W sytuacji grożącego nam kryzysu i lawinowo rosnących koniecznych wydatków budżetowych musimy pilnować, aby środki nie były wydawane na projekty, które nie tylko nie są konieczne, ale również stały się całkowicie nieracjonalne” (G.W. z 27.03.2020). 
                             Obecnie mamy dwa porty lotnicze w centrum Polski, które realizują międzynarodowe loty: Okęcie i Modlin. Trzeci -  Radom jest w trakcie modernizacji.
 Rok 2019 był rekordowy jeśli chodzi o liczbę odprawionych pasażerów: Okęcie – 19 mln, Modlin – 3 mln. Jeżeli weźmie się pod uwagę, że lotnisko w Radomiu po rozbudowie  będzie  mogło odprawiać rocznie 3 mln pasażerów, to dostępna przepustowość na trzech lotniskach osiągnie 25 mln pasażerów, tzn. o 3 mln więcej niż w rekordowym roku 2019. 
Potencjał polskich lotnisk można jeszcze powiększyć. Pewne rezerwy są na Okęciu, a przede wszystkim znajdują się one w Modlinie, który mógłby obsłużyć do 40 – 50 mln pasażerów rocznie po zainwestowaniu w jego rozbudowę 7 miliardów zł (opinia prezesa Zespołu Doradców Gospodarczych TOR Adriana Furgalskiego).
         Po co więc te planowane 45 mln odprawianych pasażerów z CPK w pierwszym okresie, a docelowo 100 mln!? Otóż, kalkulacje dotyczące potencjalnych ilości pasażerów  oparto na dwóch założeniach: 
że będzie to port dla pasażerów z krajów Europy Środkowo - Wschodniej („rynek 180 mln pasażerów” - jak stwierdza oficjalna wersja założeń);
że będzie to „hub przesiadkowy” dla pasażerów z całego świata.
    W tym drugim przypadku kalkulacja może opierać się tylko na odebraniu pasażerów lotniskom pełniącym obecnie tę rolę, takim jak np. Frankfurt czy Amsterdam. Takie oczekiwanie jest nierealne.
   Bezpodstawne jest też oczekiwanie, że oferowana przepustowość Portu Baranów zostanie wypełniona pasażerami z krajów Europy Środkowo – Wschodniej. Kraje te mają swoje porty lotnicze i swoje połączenia.
     Bezpodstawne byłoby też zamykanie lotnisk regionalnych i kierowanie całego ruchu do CPK żeby zapełnić te „100 mln”. Lotniska te powstawały nierzadko przy wykorzystaniu środków Unii Europejskiej. Lotniska regionalne mają również połączenia międzynarodowe i nie ma potrzeby „katować” pasażerów żeby „szprychami” dojeżdżali do CPK. Centralizacja nie może przybierać postaci karykaturalnej.
        CPK według założeń ma przejąć wszystkich pasażerów z Okęcia, Modlina i Radomia, a  lotniska te mają być zlikwidowane w zakresie lotów pasażerskich. Czy to jest racjonalne? Jeżeli Okęcie przeszkadza bo jest w środku miasta, to Modlin może przecież przejąć funkcje głównego lotniska kraju. Wydumane „konflikty właścicielskie” nie mogą być powodem jego sekowania.
        Polskim lotniskom należy zapewnić rentowność, a nie budować nowe. Tu należy zwrócić uwagę, że 31.10.2020 r ma być oddane do użytku nowe lotnisko Berlin – Brandenburg – z opóźnieniem ośmiu lat (co też jest ostrzeżeniem) – które będzie stanowić konkurencję dla naszych lotnisk.
                         Pandemia spowodowała zapaść lotnictwa. Poprzednie prognozy przewidywały ciągły jego rozwój. Na tym opierała się decyzja o budowie  Portu Lotniczego w Baranowie.  Tymczasem wiele wskazuje na to, że lotnictwo ma już szczyt za sobą.            Czy CPK rzeczywiście może być „kołem zamachowym” polskiej gospodarki? Mówi się o zatrudnieniu przy budowie CPK 5 tysięcy pracowników. Liczba ta nie powala z nóg. Pięć tysięcy pracowników pomnożone przez ich wynagrodzenia i pomnożone przez ilość lat budowy CPK (plus oddziaływanie mnożnika) daje kwotę popytu, który stanowi rozdmuchane w propagandzie „koło zamachowe”. Podkreślam: tylko przez okres budowy. I tylko tyle, ile stanowi zarobek pięciu tysięcy pracowników. Poza tym należy zaakcentować, że większość kosztów będą stanowiły prace specjalistyczne, wykończeniowe, do których konieczne  będzie zatrudnienie specjalistów wysokiej klasy – prawdopodobnie z zagranicy. Również specjalistyczne urządzenia trzeba będzie importować.  A import ten będzie „napędzał” inne gospodarki, nie polską.
        Wróćmy do tych  150 tys. nowych miejsc pracy. Te ewentualne miejsca pracy będą dopiero za 7 –  10 lat, a one potrzebne są już, teraz.
   Poza tym te miejsca pracy będą w jednym „punkcie geograficznym”, a potrzebne są w całej Polsce, w każdym powiecie, w każdej gminie.
               A więc epatowanie społeczeństwa  liczbą 150 tys. miejsc pracy jest wyłącznie czynnikiem propagandowym.
   W polskich warunkach jest wiele innych możliwości wykorzystania „koła zamachowego”, takich jak m.in. modernizacja i rozwój kolejnictwa i drogownictwa. Modernizacji kolejnictwa można tylko przyklasnąć (pod warunkiem, że nie będzie to koncepcja CPK) - bo w porównaniu z Europą Zachodnią, nie wspominając o Japonii  i Chinach, jesteśmy po prostu głęboko zacofani.
 Co gorsze – nie wykorzystujemy  tranzytowego położenia naszego kraju. Przy naszej niezrozumiałej polityce w tym zakresie „Nowy Jedwabny Szlak” może nas ominąć. Natomiast dobra współpraca z Chinami w transporcie kolejowym jest naszą dużą szansą. Niestety zaplanowane inwestycje ignorują międzynarodowe połączenia, na co zwraca uwagę Komitet PAN. 
Jeśli chodzi o finansowanie CPK, to brak spójności pomiędzy założeniami przedsięwzięcia, a wypowiedziami Pełnomocnika Rządu ds. budowy CPK. Założenia określają, że CPK będzie w 100 proc. spółką Skarbu Państwa. Natomiast Pełnomocnik swego czasu wypowiadał się, że finansowanie odbędzie się „na zasadach rynkowych”. Z późniejszych wypowiedzi wynika, że liczy na kapitał zagraniczny. To źródło jest niepewne. Europa Zachodnia nie będzie finansować konkurencji. Azja – wątpliwe czy uzna to za dobry interes.          
Krajowego kapitału prywatnego w takich rozmiarach nie mamy. Finansowanie poprzez obligacje Skarbu Państwa: wątpliwe czy społeczeństwo z tego skorzysta, bo biznes jest niepewny.   A kwota kosztów inwestycyjnych jest niebagatelna. Eksperci mówią o 50 mld zł, wymienia się również kwotę 70 mld.  Jakkolwiek by nie rozpatrywać, źródła finansowania nie są definitywnie określone – i co najgorsze – dalece niepewne. Pozostaje budżet państwa. A wówczas „zasady rynkowe” to będzie tylko propaganda na użytek krótkoterminowy, bo koszty budowy CPK obciążą całe społeczeństwo. Inna sprawa czy budżet wytrzyma takie obciążenie w najbliższych latach, w sytuacji dźwigania gospodarki po pandemii.   Taka inwestycja jak CPK ma skutki wybiegające wiele lat w przyszłość. W przypadku niepowodzenia skutki te odczują następne pokolenia. 
           W dniach 4 -5 marca b.r. odbyła się konferencja naukowa Polskiej Akademii Nauk organizowana przez Komitet Prognoz „Polska 2000 Plus”. Na tej konferencji zaprezentowany został referat: „Globalne efekty zewnętrzne, odpowiedzialność międzypokoleniowa i inwestycje publiczne”.  W referacie tym zawarto takie stwierdzenia: „Należy zastanowić się nad wielkimi projektami infrastrukturalnymi typu Centralny Port Komunikacyjny. Pomysł od początku wydaje się spóźniony (ze względu na powstanie – nie bez komplikacji i opóźnień – portu w Berlinie, a także  podjęty nie ze względów ekonomicznych, ale innych (kompleksy?  mania wielkości?). W obecnej sytuacji, po pandemii zapewne będziemy obserwować znaczące przeobrażenia w gospodarce światowej, zmianę paradygmatu jej funkcjonowania (może będzie mniej globalna a bardziej lokalna niż dotąd?)”. Budowa Portu Lotniczego w Baranowie to uwikłanie w żmudny i wieloletni proces, angażujący miliardy złotych, proces, którego efekt jest dalece kontrowersyjny, z wieloma niewiadomymi”.         
Duże przedsięwzięcia inwestycyjne związane są z ryzykiem. Podejmuje się je z dwóch powodów: konieczność lub oczekiwane duże zyski. Czynniki te nie występują w przypadku lotniska w Baranowie. Istniejące lotniska zapewniają nasze potrzeby. Ewentualne zyski – nawet małe – trudno sobie wyobrazić. Przypomnę tylko, że kilka lat temu Lotnisko Okęcie wymagało dofinansowania kilkaset mln zł rocznie. Na czym więc ma być oparta nadzieja na rentowność CPK?  
 Z ekonomicznego punktu widzenia budowa tego lotniska jest przedsięwzięciem nieracjonalnym.  W Polsce nie ma nadwyżki budżetowej. Za to jest zapaść w służbie zdrowia, niedofinansowane szkolnictwo i niedofinansowana nauka, niskie płace pielęgniarek, niskie płace nauczycieli. I na te cele powinny być wydawane pieniądze, a nie na „sen o potędze”: lotnisko Baranów, większe niż Frankfurt, Paryż, Londyn i Amsterdam.            
 Cała inwestycja jest planowana w ramach Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju. A więc - gdzie jest ta odpowiedzialność?
Czy ignorowanie głosów ekspertów lotnictwa jest odpowiedzialne?
Czy brak rzetelnych studiów przedinwestycyjnych jest odpowiedzialny?
Czy ignorowanie ekspertyz Polskiej Akademii Nauk jest odpowiedzialne?
Czy lekceważenie głosów opozycji jest odpowiedzialne?
Czy przewaga 1 proc. w głosowaniu sejmowym i uznanie tej przewagi za wystarczającej do podjęcia tak brzemiennej w skutkach decyzji – jest działaniem odpowiedzialnym?  
       Przekonywanie społeczeństwa, że ta inwestycja to „koło zamachowe gospodarki”– to tylko słowa, na dodatek słowa bez pokrycia.
            Tak poważna inwestycja nie może opierać się tylko na decyzji partii sprawującej władzę, na dodatek podjętej w oparciu o przesłanki czysto polityczne, nie zaś ekonomiczne. Co w przypadku zmian na scenie politycznej może skutkować w pełni uzasadnionym ekonomicznie zaniechaniem budowy.
                 Im szybciej nastąpi rezygnacja z budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, tym mniejsze będą koszty społeczne i ekonomiczne.
            

Upija się niewielu, płacą wszyscy

Europa, a w niej Polska, to najbardziej rozpity region świata.

Roczne spożycie alkoholu na jednego dorosłego mieszkańca wynosi w naszym kraju ponad 10 litrów czystego spirytusu. Jednak gdy wyłączymy z kalkulacji abstynentów, to według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Polacy przeciętnie konsumują 23 litry czystego alkoholu (ekwiwalent 2300 standardowych porcji alkoholu na osobę rocznie), a Polki 8,3 litra. W przypadku kobiet średnia jest dwukrotnie wyższa niż w całej Unii Europejskiej.
Picie na umór, które jest szczególnie popularne w naszej części Wspólnoty, powoduje zatrważające skutki. Raporty WHO z 2019 r. dotyczące obszaru UE+ Norwegia i Szwajcaria pokazują, że ze względu na spożywanie tej psychoaktywnej substancji przedwcześnie traci życie ok. 290 tys. ludzi rocznie. W Polsce – około 30 tys. Ponad 20 proc. zgonów mężczyzn w wieku 15-54 lata powodują choroby i obrażenia powypadkowe, do których przyczynił się alkohol – zwraca uwagę Cinkciarz.pl.
Ze statystyk polskiej policji wynika natomiast, że wśród dorosłych podejrzanych o zabójstwo i poddanych badaniu na stan trzeźwości 83 proc. było nietrzeźwych. W przypadku podejrzanych o wyrządzenie uszczerbku na zdrowiu, udziału w bójce lub pobiciu, zgwałceniu, rozboju, uszkodzeniu rzeczy oraz przestępstwach przeciwko funkcjonariuszom publicznym odsetek nietrzeźwych wynosi od 64 do 83 proc.
W Polsce mimo olbrzymich problemów społecznych związanych z alkoholem praktycznie nie prowadzi się żadnych działań ograniczających jego spożycie. Spośród wielu sposobów zniechęcających do jego spożywania Polska w pełni wprowadziła tylko dwa – minimalny wiek dla konsumenta oraz koncesję.
Wódkę, wino czy piwo – według danych WHO – można u nas nabyć w dowolnych godzinach (zarówno w lokalu, jak i w sklepie). Nie ma ograniczeń co do zagęszczenia punktów sprzedaży alkoholu. W internecie oraz w mediach społecznościowych dopuszczona jest reklama piwa, nie ma także problemu ze sprzedażą alkoholu w celach promocyjnych poniżej kosztu jego wytworzenia czy sponsorowania wydarzeń sportowych (również tych dla młodzieży) przez producentów wina bądź piwa. Najbardziej jednak dziwi fakt, że polski parlament nie zdecydował się na indeksowanie akcyzy o wzrost przeciętnego wynagrodzenia lub przynajmniej o inflację. I tak dochodzimy do skrajnie patologicznej sytuacji. Nominalne ceny detaliczne alkoholu nie zmieniły się praktycznie od 17 lat – wskazuje Cinkciarz.pl.
Według danych GUS w 2001 r. pół litra 40-procentowej wódki czystej kosztowało 23,52 zł, a w 2018 r. było to 24,39 zł (podwyżka tylko o 3,6 proc.). W tym samym czasie piwo jasne pełne zdrożało tylko o 19 gr (z 2,67 do 2,86 zł, czyli o 7 proc.), a wino białe gronowe wytrawne w latach 2001-2016 o niecałe 4 proc.
W latach 2001-2018 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło natomiast z 2061 zł do 4583 zł, czyli o 122 proc. To oznacza, że Polacy mogą kupić ponad dwa razy więcej wódki czy piwa niż jeszcze 17 lat temu.
Co ciekawe, mimo bardziej destrukcyjnych dla społeczeństwa skutków spożycia alkoholu w porównaniu do papierosów (pokazuje to np. analiza pisma „The Lancet”) cena paczki papierosów wzrosła w podobnym okresie (lata 2001-2017) z 4,08 zł do 13,79 zł, czyli ponad trzykrotnie.
Dlaczego ustawodawcy udało się odpowiednio zareagować na destrukcyjne działanie palenia, a w przypadku alkoholu nie ma takich działań?
Być może presja społeczna na zmianę prawa przez polityków wzrosłaby, gdyby powszechnie znane były np. badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. One dobitnie pokazują, że stosunkowo niewielki odsetek dorosłych (7,3 proc.) spożywa prawie połowę (46,1 proc.) sprzedawanego alkoholu. Choć trudno w to uwierzyć, ale 2 miliony osób może konsumować w Polsce każdego roku ok. 160 mln litrów czystego alkoholu. Oznacza to spożycie na poziomie 80 litrów na osobę rocznie, czyli ekwiwalent półlitrowej butelki wódki każdego dnia lub 7 piw.
Z kolei 46,9 proc. osób spożywa alkohol symbolicznie – do 1,2 litra rocznie czystego spirytusu lub w ogóle, a 34,4 proc. nie przekracza wartości 6 litrów rocznie. Większość problemów związanych z alkoholem generuje niewielki odsetek osób, ale koszty związane z ich leczeniem, przemocą w rodzinach, wypadkami, funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości bądź przestępstwami przeciwko mieniu zwykle ponoszą wszyscy. Do tego dochodzi dodatkowo utrata produktywności tych osób, których koszty np. w wykształceniu poniosło całe społeczeństwo. Zaniedbują oni swoje obowiązki zawodowe, chodzą często na zwolnienia lekarskie, aż wreszcie tracą pracę i przechodzą całkowicie na utrzymanie państwa lub rodziny.
O jakich kosztach mówimy? W USA w 2010 r. wynosiły one 250 mld dolarów (niecałe 1,7 proc. PKB.). W Polsce ten odsetek w relacji do PKB może oscylować wokół 2,1-2,5 proc. Coroczne koszty nadmiernego spożycia alkoholu wynoszą dla Polski prawie 50 mld zł. Tylko ok. jedna czwarta tej kwoty jest zaspokajana przez akcyzę. Za poparciem idei znacznie wyższej akcyzy (docelowo nawet trzykrotnie) na alkohol powinny przemawiać jeszcze inne wyliczenie. Zakup popularnej ostatnio małpki (100 ml wódki) i puszki piwa kosztuje ok. 8 zł. Ten miks pity w ryzykowny sposób powoduje wygenerowanie dodatkowych obciążeń społecznych na poziomie ponad 10 zł.

Budujemy – i wciąż brakuje

W polskim sektorze budowlanym mamy z jednej strony fazę silnego ożywienia, a z drugiej ograniczone zasoby, zwiększającą się konkurencję oraz rosnące koszty – no i ceny.

Ożywienie w branży budowlanej wynika z kumulacji wysokiego popytu w budownictwie ogólnym i sektorze nieruchomości komercyjnych. Główne przyczyny wysokiego popytu to unijne projekty w sferze infrastruktury, a także stały, strukturalny niedobór mieszkań w dużych miastach – takie wnioski płyną z raportu Narodowego Banku Polskiego.
Do tych czynników, sprzyjających koniunkturze, dochodzą niskie stopy procentowe w naszym kraju i w strefie euro, co zachęca do poszukiwania innych, alternatywnych form inwestycji środków finansowych, takich jak właśnie nieruchomości komercyjne, służące do zarabiania pieniędzy (biura, apartamentowce, parkingi itp.).

Drogo, coraz drożej

Skutkiem wszystkich tych tendencji jest to, że w Polsce rosną koszty budownictwa, ceny obiektów, jak również stawki czynszów oraz średnie ceny ofertowe i transakcyjne metra kwadratowego mieszkań na rynkach pierwotnych i wtórnych rosły. Ceny w Warszawie i 9 największych miastach przekroczyły najwyższe poziomy notowane w okresie napięć na rynku (2006-2008). Jednakże dochody gospodarstw domowych rosły szybciej od cen nieruchomości. Oznacza to, że, jak stwierdza NBP: „indeksy cen mieszkań deflowanych wynagrodzeniami nadal wskazywały ujemne wartości”.
Najwyższe nominalne ceny metra kwadratowego mieszkań jak zwykle notowano w Warszawie oraz w Gdańsku, Gdyni, Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu. Tam na ogół wyższe ceny dotyczyły mieszkań małych o powierzchni do 40 mkw. oraz największych, powyżej 80 mkw. Natomiast na rynkach pozostałych większych miast, najwyższe ceny metra notowano tylko dla mieszkań małych.
Średnie stawki najmu (zarówno ofertowe i transakcyjne) w ubiegłym roku wrosły w porównaniu z 2017 r. Ofertowe o 4 proc., a transakcyjne aż o 10,4 proc., co stanowiło czynnik skłaniający zamożniejsze gospodarstwa domowe do inwestycyjnego zakupu mieszkań na wynajem.
Przy obecnym poziomie stawek czynszów, podmioty inwestujące w mieszkania na wynajem osiągały wyższe nominalne stopy zwrotu (liczone jako różnice w poziomach stóp procentowych) niż osiągane z obligacji skarbowych lub depozytów bankowych (oraz podobne do zyskiwanych z inwestycji w nieruchomości komercyjne).
W rezultacie, ludzie bogaci, których stać na takie inwestycje, robią się w Polsce szybko coraz bogatsi – co widać, po dużej liczbie prominentów Prawa i Sprawiedliwości posiadających kamienice i liczne mieszkania.
W przypadku nieruchomości komercyjnych stopa zysku jest o tyle wyższa, że często są one finansowane bardzo nisko oprocentowanymi kredytami w euro. Należy jednak zwrócić też uwagę na nieporównanie wyższy poziom ryzyka inwestycji w takie obiekty, w porównaniu z lokatami bankowymi czy obligacjami państwowymi.
Na rynku nieruchomości biurowych mamy stały wzrost popytu, przy także wysokiej podaży. Jednakże rosnąca podaż powierzchni biurowych może wywołać spadki czynszów, zwłaszcza w budynkach starszych lub niekorzystnie położonych, co wpłynie na dochody właścicieli oraz może utrudnić im spłaty zobowiązań – prognozuje NBP.
Natomiast na rynku powierzchni handlowych kolejny rok z rzędu zmniejsza się udział nowo oddanej powierzchni. Może to oznaczać, że zaspokojony jest popyt na takie obiekty.

Państwo nie pomaga

W polskich miastach cięgle rośnie popyt na mieszkania. Jest to związane z brakiem jakiegokolwiek rządowego wsparcia dla zakupu pierwszego własnego M, oraz z niepowodzeniem PiS-owskiego programu budowy tanich mieszkań na wynajem.
Narodowy Bank Polski oględnie mówi o „nieco mniejszej podaży na pierwotnym rynku mieszkaniowym”, nie chcąc oczywiście rozwijać tematu nieskuteczności działań mieszkaniowych obecnej ekipy.
Ponadto, wysoki popyt na mieszkania jest konsekwencją silnego wzrostu wynagrodzeń gospodarstw domowych, utrzymywania przez banki drastycznie niskich stóp procentowych (zarówno depozytów, jak i kredytów), a także wyczerpywania się środków na dopłaty do nabywania mieszkań w ramach rządowego programu Mieszkanie dla Młodych.
Program ten, stworzony przez rząd Platformy Obywatelskiej, z powodzeniem funkcjonował od 2014 r, ale PiS go wstrzymał, uznając, że dzieło wrogów nie może być dłużej kontynuowane. Zastąpiono go propagandowym programem Mieszkanie Plus, czyli w rzeczywistości niczym. Warto też zwrócić uwagę na to, że w 2018 r. zwiększyła się akcja kredytowa banków (aż o 11,8 proc.). Saldo złotowych kredytów mieszkaniowych wzrosło o 30,3 mld zł, do 287,7 mld zł.
NBP podkreśla, iż kredyty walutowe są regularnie spłacane, a dodatkowo poprzez wzrost ceny złotego, wartość zadłużenia walutowego wyrażonego w złotych zmniejszyła się w porównaniu z 2017 r. o 2,4 proc. czyli o 3,1 mld zł (do 127,9 mld zł). Oznacza to, że pogłoski o dramatycznej sytuacji frankowiczów są generalnie, według naszego banku centralnego, nieco przesadzone.
Mieszkania nie rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, ale są sprzedawane dość szybko, średnio w czasie (na koniec 2018 r.) około 3,1 kwartału. „Nadal oznacza to szybką sprzedaż pojawiających się ofert i ograniczenie możliwości wyboru mieszkań dla nabywców” – zauważa NBP.
Natomiast czas sprzedaży mieszkań na rynkach wtórnych (używanych), uwzględniający tylko transakcje zakończone sprzedażą, na koniec 2018 r. na wszystkich rynkach oscylował wokół czterech miesięcy, czyli zmniejszył się względem poprzedniego roku o ok. 0,5 – 1 miesiąc.
Mimo braku wsparcia ze strony rządu, popyt w Polsce na mieszkania jest tak duży, że powoduje też stopniowy wzrost liczby budowanych budynków – oczywiście kosztem ogromnych wyrzeczeń finansowych polskich rodzin.
W 2018 r. oddano do użytkowania ponad 184,8 tys. nowych mieszkań, (wzrost rok do roku o 2,0 proc.). Rozpoczęto budowę ok. 222 tys. nowych obiektów (wzrost r/r o 7,7 proc.) oraz wydano ok. 257 tys. pozwoleń na budowę (wzrost o 2,7 proc.). „Aktywność budownictwa mieszkaniowego kształtowała się na rekordowym poziomie, jednak ze względu na wysoki popyt i sprzedaż nie zaobserwowano nadwyżki podaży mieszkań na rynku” – stwierdza NBP.

Deweloperzy łupią skórę

Ogromny głód mieszkań i utrzymujący się wysoki popyt wpływał bardzo pozytywnie na sytuację ekonomiczną firm deweloperskich, zwłaszcza tych największych.
Udział ich zysku w cenie nowych mieszkań nadal utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie. „Oznacza to, że firmom deweloperskim udało się w znaczącym stopniu przerzucić na nabywców szybko rosnące koszty budowy mieszkań” – podkreśla NBP.
Tak więc, rosnące ceny robót budowlano-montażowych oraz braki kadrowe są odczuwane głównie przez nabywców mieszkań. Podobnie jak i rosnące ceny ziemi pod budownictwo wielorodzinne, które szczególnie w największych miastach znacząco wzrosły w 2018 r.
Jak zauważa w swym raporcie NBP, mimo tego skoku cen ziemi, deweloperzy nie przewidują, aby w okresie najbliższych lat miało zabraknąć ziemi pod budownictwo mieszkaniowe. „Oznacza to, że deweloperzy zakładają akceptację coraz wyższych cen przez kupujących” – wskazuje raport.
Firmom deweloperskim pieniędzy nie brakuje, finansują się kapitałem własnym, przedpłatami klientów, obligacjami i kredytami, a także tym, że… z opóźnieniem regulują swoje zobowiązania. Nie muszą więc brać kredytów (ich udział w finansowaniu budów jest niewielki i nie przekracza ok. 10 proc.).
Zgodnie z zasadą, że nawet dziadowski handelek jest lepszy niż złoty szpadelek, korzystna koniunktura na rynku mieszkaniowym sprawia, że deweloperzy zarabiają krocie, ale firmom budowlanym nie przyniosła jak dotąd znaczących korzyści ekonomicznych. Ponoszą one straty w wyniku wzrostu kosztów materiałów budowlanych i kosztów pracy. Nowe kontrakty są podpisywane na krótsze etapy prac, co lepiej uwzględnia rosnące ryzyko kosztów budowy.
W Polsce zwiększa się liczba mieszkańców największych miast, natomiast w mniejszych ośrodkach następuje wyludnienie, co jest zgodne z obserwowanymi trendami światowymi. Występuje też ciągle przenoszenie się mieszkańców poza granice administracyjne miast (szczególnie widoczne w Poznaniu), mimo coraz większych kłopotów z dojazdami.

Przerwa w boomie?

Po bardzo dobrym drugim kwartale bieżącego roku, w budownictwie ponownie nastąpił wzrost liczby firm mających problemy. Wśród nich są zarówno przedsiębiorstwa infrastruktury drogowej (zajmujące się np. kanalizacją czy pracami elektrycznymi), jak i budownictwa ogólnego (co jest pewną niespodzianką zważywszy na popyt na rynku mieszkaniowym), a także stawiające biura czy magazyny.
W sierpniu – czyli w środku sezonu budowlanego – łącznie 13 firm budowlanych ogłosiło swoją niewypłacalność – informuje Euler Hermes. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, czego skutkiem jest upadłość bądź któraś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
Wygląda na to, że budownictwo notuje przerwę w boomie. Pytanie, czy krótkotrwałą? Na rynku budowlanym kontraktów i pieniędzy jest i będzie w najbliższych miesiącach trochę mniej. Obecnie rozpisywane przetargi zaczną wchodzić w fazę realizacji najwcześniej pod koniec przyszłego roku. Zmniejszyła się więc pula zleceń i firmy zaczęły ponownie o nie mocno konkurować. Tymczasem zaś, koszty pracy i materiałów utrzymują się na wysokim poziomie, co jest dla wykonawców coraz większym problemem.

 

Dzieci wesoło wróciły do szkoły

Początek roku szkolnego wiąże się z naprawdę sporymi kosztami, których nie da się uniknąć.

Mowa o wyposażeniu, określanym nieśmiertelnym terminem „wyprawki szkolnej”, na co się składa zakup zeszytów, książek (część uczniowie dostają za darmo), materiałów piśmienniczych, obuwia szkolnego, czasami nowego plecaka czy tornistra i innych potrzebnych rzeczy.
Z tegorocznych badań Deloitte wynika, że w przypadku rodzin z jednym dzieckiem na wyprawkę przeznaczymy średnio 1388 zł, z dwojgiem 1898 zł, a z trojgiem aż 2742 zł. Są to znaczące kwoty, nawet jak na rodzinę, w której pracują i dobrze zarabiają oboje rodzice.
Rządowy program 300+ pokryje około 20 proc. tych jednorazowych kosztów. Skąd wziąć zatem resztę? Głównym źródłem jest oczywiście budżet domowy, w którym w sierpniu i we wrześniu musi się znaleźć brakujące 80 proc. W sytuacji gdy w wakacje mamy jeszcze letnie wydatki, zwykle jest to dość trudne dla większości rodzin. Mimo to uważajmy i uodpornijmy się na reklamy z szybkimi pożyczkami, które mogą doraźnie rozwiązać problem. Pamiętajmy bowiem, że pożyczki na konsumpcję kosztują najwięcej.
Budżet domowy powinien pomieścić koszty związane z powrotem dzieci do szkoły. Potrzebne jest jednak odpowiednie bieżące zarządzanie, trzymanie się pewnej dyscypliny i jak w tym przypadku, przewidywanie większych wydatków. Jeśli z odpowiednim wyprzedzeniem będziemy odkładać nawet niewielkie kwoty, to wyprawka szkolna nie powinna być dla nas dużym zaskoczeniem
Oczywiście, jeśli zostawimy problem na ostatni dzwonek, może być trudno, ale nie ma wyjścia, trzeba sobie z tym poradzić. Wtedy można np. kupić używane podręczniki, odłożyć lub rozłożyć w czasie większe zakupy, poczekać na jesienne wyprzedaże. Powrót do szkoły to także większe comiesięczne koszty. Wyżywienie, transport, zajęcia dodatkowe, a niejednokrotnie dodatkowe czesne zwiększają nasze wydatki.
– Zawsze w takiej sytuacji proponuję podział budżetu domowego na mniejsze części i następnie trzymanie się ustalonych miesięcznych kwot na poszczególne cele. W moim przypadku doskonale sprawdza się podział przychodów na sześć mniejszych budżetów, z których należy wygospodarować część właśnie na koszty edukacji dzieci. Ten budżet nazywamy „Edukacja” i co miesiąc przeznaczamy na niego 10 proc. tego, co wspólnie zarabiamy. Z tego budżetu pokrywamy czesne, dodatkowe zajęcia edukacyjne, wyprawkę szkolną i inne wydatki związane z edukacją dzieci i nas samych. Koszty związane z transportem dzieci do szkoły i ich wyżywienia pokrywamy z największego budżetu, nazywanego w mojej rodzinie „Życiem” (55 proc. miesięcznych przychodów rodziny). Na pozostałe mniejsze budżety składają się „Inwestycje” (10 proc.), czyli pieniądze potrzebne do budowy aktywów i majątku rodziny, „Duże wydatki” (10 proc.) na większe zakupy, jak nowe meble czy wycieczka wakacyjna, oraz „Przyjemności” (10 proc.) na wszystko, czego pragniesz lub potrzebujesz, a co nie mieści się w budżetach „Życie” ani „Dobroczynność” (5 proc.) na finansową pomoc innym – radzi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych.
Bez względu na to, ile zarabiamy, taki podział może się sprawdzić. Tym bardziej, że w rzeczywistości mało która rodzina naprawdę przeznacza 5 proc. swych dochodów na dobroczynność.

Przedwyborcza obniżka podatku dochodowego

Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy obniżający podstawową stawkę podatku dochodowego od osób fizycznych z 18 do 17 proc. Niższa stawka PIT dotyczyć będzie dochodów uzyskanych w 2020 r. Podniesione zostaną również koszty uzyskania przychodów dla pracowników. Zmiany w zdecydowanej większości przysłużą się najmniej zarabiającym, to jest tym, których dochody nie przekraczają w skali roku 85 528,00 zł. Pewne korzyści osiągną także osoby piastujące funkcje korporacyjne, a więc zasadniczo zaliczane do grupy bardziej zamożnej.

Chodzi przede wszystkim o członków zarządów czy osoby zatrudnione na tzw. kontraktach menadżerskich. Podwyższenie kosztów uzyskania przychodów obejmie nie tylko stosunek pracy, lecz także przychody z osobiście wykonywanej działalności przez osoby należące do składu zarządów, rad nadzorczych, komisji lub innych organów stanowiących osób prawnych, a także zarządzające przedsiębiorstwem. Zgodnie bowiem z art. 22 ust. 9 pkt 5 ustawy o PIT do pewnych kategorii przychodów z działalności wykonywanej osobiście stosuje się odpowiednio koszty pracownicze.

Jak zauważa BCC, niepokojące jest to, że te zmiany nie są adresowane do przedsiębiorców i osób dających zatrudnienie. Większą wagę przywiązuje się więc do pozyskania kolejnych wyborców niż stymulowania polskiej gospodarki czy zachęcania firm do inwestowania. Nie można również przejść obojętnie obok skutków, za które zapłacą wszyscy, to znaczy szacowanych na 10 miliardów złotych rocznych kosztów związanych z wejściem w życie proponowanych zmian. Kwota ta może również okazać się większa, co tym bardziej rodzi pytanie, czy staliśmy się już na tyle bogatym krajem, żeby sobie pozwolić na taki spadek wpływów budżetowych przy kosmetycznych różnicach jednostkowych?

Zmiany mogą także uderzyć w samorządy terytorialne, a lakoniczna treść uzasadnienia projektu ustawy zmieniającej nie wskazuje, w jaki sposób rząd zrekompensuje jednostkom samorządu terytorialnego mniejsze wpływy z podatków.

Państwo korzysta na wzroście płac

Zgodnie z najnowszymi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu 2019 r. wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły o 5,3 proc., a zatrudnienie o 2,8 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Dobra passa na rynku pracy trwa. Kto jest jej beneficjentem?

Przeciętne wynagrodzenie brutto w przedsiębiorstwach małych, średnich i dużych (czyli od 10 zatrudnionych wzwyż) wyniosło w czerwcu 2019 r. 5104 zł. Należy jednak pamiętać, że koszt pracy dla pracodawcy był znacznie wyższy – wyniósł bowiem 6212 zł. Jednocześnie na konto pracownika trafiło niecałe 3620 zł. Co się stało z pozostałymi 2,6 tys. zł? To różnego rodzaju podatki, składki, daniny na rzecz państwa. Prawie 42 proc. kosztów pracy nie trafia do pracowników. Luka między kosztem, który ponosi pracodawca zatrudniając pracownika, a dochodem netto tego pracownika jest olbrzymia – 6,2 tys. koszt pracy pracodawcy wobec 3,6 tys. na koncie pracownika.

W czerwcu 2019 r. koszty pracy w przedsiębiorstwach 10 plus wyniosły łącznie prawie 40 mld zł, z czego tylko 23 mld zł trafiły na konta pracowników tych firm. Pozostałe prawie 17 mld zł zasiliło finanse publiczne. W każdym wzroście wynagrodzeń i zatrudnienia partycypuje państwo i jest to oczywiste. Pytanie tylko, czy ta partycypacja powinna mieć tak dużą skalę – aż 42 proc. Jeśli mówimy o konieczności wzrostu wynagrodzeń w Polsce – bo ciągle są one dużo niższe niż w krajach 15 państw „starej” Unii Europejskiej – to patrzymy nie tylko na wynagrodzenia brutto (5,1 tys. zł w czerwcu), ale na to, jakie są koszty pracy (6,2 tys. zł) i ile z tego otrzymuje pracownik (3,6 tys. zł). Ważne dla gospodarki i gospodarstw domowych są bowiem te dwie skrajne wartości, bo one pokazują w jakim stopniu pracownicy i pracodawcy świadczą na rzecz państwa, a dalej – czy te podatki i daniny są efektywnie wykorzystywane.

Czas najwyższy rozmawiać nie o fragmentarycznych zmianach w istniejącym systemie podatkowym, w tym na przykład o obniżaniu podatków dla osób młodych, czy obniżaniu pierwszej stawki podatkowej, ale przygotować generalną zmianę systemu podatku PIT, tak aby zmniejszał on lukę „daninową”. Jest to szczególnie ważne w grupie pracowników o najniższych dochodach. Dobrze przeprowadzona reforma powinna też pozytywnie wpłynąć na poziom inwestycji w przedsiębiorstwach i równocześnie być neutralna dla finansów publicznych (budżetu centralnego i budżetów samorządowych).

Mieszkania zamiast F-35

W Polsce brakuje 2 mln mieszkań. Mamy pomysł przygotowany ze spółdzielcami. Państwo daje 800 tysiącom ludzi, którzy chcą mieć mieszkania nie większe niż 50 mkw., 50 tys. zł. To wkład własny przy kredycie czy w spółdzielni. To program, który w ciągu 10 lat rozwiąże problem mieszkaniowy na rynku pierwotnym w Polsce. To koszt 40 mld zł, czyli tyle, ile PiS wydał w wyborczym pakiecie, lub tyle, ile kosztuje zakup F-35 z USA wraz z uzbrojeniem i stworzeniem infrastruktury.
Zrównanie najniższej emerytury z najniższą rentą i najniższym wynagrodzeniem. Świadczenia do tej wysokości powinny być wolne od podatku. To koszt 8 mld zł rocznie. Sprawa numer trzy to wprowadzenie stażu pracy jako alternatywnego do granicy wieku warunku przejścia na emeryturę: 35 lat dla kobiet i 40 dla mężczyzn. Kolejna kwestia: każda umowa związana z zatrudnieniem, w tym umowa o dzieło, powinna powodować prawo do urlopu i ubezpieczeń społecznych. Następna sprawa to renta wdowia. Proponujemy, że jeśli emeryt lub emerytka umiera, to współmałżonek ma prawo do 85 proc. świadczenia osoby zmarłej lub zostawienia własnej renty plus 50 proc. świadczenia zmarłego partnera. Jeszcze jedna ważna sprawa to wprowadzenie ubezpieczenia pielęgnacyjnego. To konieczne w momencie, gdy szybko zwiększa się liczba osób w podeszłym wieku. Chcemy także zwrotu praw nabytych dla osób dotkniętych ustawą dezubekizacyjną. Do tego dochodzą postulaty świeckiego państwa. Będziemy mieli ok. 30 takich konkretnych pomysłów.
Nie kupię samolotów szturmowych, bo jako lider SLD nie zamierzam nikogo atakować. Nie będę również budował żadnego superlotniska, a takich absurdów jest masa.

Pokolenie LPP+

Blisko połowa wyborców to pokolenie LPP+, czyli Ludzie Po Pięćdziesiątce. Prawdziwa wyborcza siła.

W tym tygodniu z ust ważnego polityka Sojuszu Lewicy Demokratycznej usłyszałem: „jesteś z nas najstarszy”. Wyczułem zawoalowaną sugestię: czas na ciepłe pantofle i zapiecek. Daj sobie spokój z polityką. Nie! Nie ma zgody na ageizm. Bo to ageizm (czytaj: ejdżyzm) – dyskryminacja ze względu na wiek. I namawiam też z całą mocą wszystkich moich Czytelników i Czytelniczki. Reagujcie zdecydowanie. Gdy ktoś Wam powie, że jesteście gorsi. Bo starsi.

Kursantka

Dwa tygodnie temu media donosiły o tragicznym zdarzeniu. Na placu manewrowym Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Rybniku 68-letnia kursantka podczas swojego pierwszego w życiu egzaminu na prawo jazdy pomyliła pedał gazu i hamulca. Zamiast zahamować, z całym impetem uderzyła w próbującego ją zatrzymać instruktora. Instruktor poniósł śmierć na miejscu. Smutna sprawa.
Tylko co w tej tragicznej sprawie ma do rzeczy wiek kursantki? Mnie też, gdy uczyłem się jeździć, zdarzało się pomylić pedał gazu z pedałem hamulca. Miałem wtedy 18 lat. Odczytajmy newsa o tragicznej śmierci instruktora wraz z zamierzonym przez autora podtekstem. Stara baba. Zamiast siedzieć w domu i niańczyć wnuki, prawa jazdy przed śmiercią jej się zachciało. Pozwolić takiej zasiąść za kółkiem – to tragedia gotowa. To się nazywa właśnie ageizm.
Nie trzeba mieć samochodu, by na co dzień doświadczać ageizmu. Dwa lata temu, za czasów prezydentury Rafała Dutkiewicza, zadecydowano o kupnie nowych tramwajów dla Wrocławia. Problem w tym, że wybrano tramwaje wysokopodłogowe. Z pięciu dostępnych drzwi, tylko jedne nie wymagają drapania się po schodach. Sto tysięcy wrocławskich studentów nie drapie się – po prostu wskakuje. Dla wielu starszych, te dwa schody stanowią nie lada wyzwanie. I ten przejaw ageizmu władz Wrocławia pozostawi swój ślad niemal do połowy wieku. Tyle bowiem trwa czas życia wagonu tramwajowego.

Politycy

Wielu ludzi lewicy kopało mu już polityczny grób. I nie tylko polityczny. Podziwiam Leszka Millera. Obserwowałem jego pełną determinacji kampanię wyborczą. I zasłużoną wygraną. W Parlamencie Europejskim bardzo potrzebni są tak doświadczeni politycy jak on. Również tacy jak Bogusław Liberadzki. To on będzie nauczycielem szóstki europosłów i jednej europosłanki lewicy (SLD i Wiosny), którzy w Brukseli znaleźli się po raz pierwszy.
Kibicuję Joannie Senyszyn. Która mimo przeciwności zdrowotnych, przemierzyła całą trasę warszawskiej Parady Równości. Na łamach Trybuny pisze Czesław Cyrul – radny miasta Wrocławia z ramienia SLD. Znam jego pracowitość, doświadczenie i zaangażowanie. Ale gdy ważyły się losy jego kandydatury, te dwa słowa powtarzano cichaczem. Za stary.
Egzamin z tolerancji – to trudny egzamin. Myślę że przynajmniej wśród ludzi lewicy niewielu jest już takich, którzy na polityczne kwalifikacje Roberta Biedronia chcieliby patrzeć przez pryzmat jego orientacji seksualnej. Albo oceniać kompetencje Riada Haidara, lekarza i kandydata SLD w ostatnich wyborach, wypominając mu syryjskie pochodzenie. Czas na pozbycie się ageizmu. Słowa „za stary” są taką samą obelgą jak „pedał” czy „czarnuch”. I muszą zniknąć z miary, którą oceniamy ludzi.

LPP+

Zbliżają się wybory. Każda partia w swoich programach gdzieś nas upchnie. Nas – ludzi po pięćdziesiątce. Coś obieca. Że będzie więcej łóżek geriatrycznych. Że kolejki do lekarzy będą krótsze. PiS na haczyk wędki naniza trzynastą emeryturę. Która będzie, jak oni wygrają. Zawsze tak było. Przed wyborami. Coś się zmienia? Tak.
Starzejemy się. Każdy indywidualnie. I wszyscy razem. LPP+ to pokolenie Ludzi Po Pięćdziesiątce. Liczące sobie już prawie 14 milionów Polek i Polaków. Gdybyśmy się zebrali wszyscy – nie bacząc na okrzyki „za starzy” – wyborcza lista LPP+ pokonałaby prawicę i lewicę razem wzięte…
To nie jest manifest kolejnej partii. To tylko pokazanie „Kozakiewicza gestu”. Tym politykom, dla których pokolenie LPP+ jest wyłącznie targetem wyborczym. A nie normalnym życiem. Jak każde inne.
Oto pięć postulatów. Nie wiemy jeszcze, czy będzie jeden blok opozycji? Może dwa? Ale jestem zdania, że każda koalicja prodemokratyczna musi zaakceptować postulaty pokolenia LPP+. Ludzi Po Pięćdziesiątce. 14 milionów Polek i Polaków.

Emerytura

28 złotych i 50 groszy dziennie. Na czynsz. Prąd. Ogrzewanie. Jedzenie. Lekarstwa. I wszystkie inne przyjemności. Tyle wynosi budżet ponad 200 tysięcy emerytów zmuszonych do życia za minimalną emeryturę. Winy za ten stan rzeczy nie da się zrzucić na taki czy inny system emerytalny. To ewidentny przejaw ageizmu – przyzwolenia państwa na wykluczenie i dyskryminację całej rzeszy ludzi starszych.
Sojusz Lewicy Demokratycznej postuluje zrównanie najniższych świadczeń emerytalnych i rentowych z płacą minimalną. To słuszne rozwiązanie, do którego powinniśmy dążyć. Jednak po zaordynowanych w ostatnich latach przez PiS transferach socjalnych (nota bene kierowanych w przeważającej części do ludzi młodych) budżet wydaje się być napiętym do granic możliwości. Dlatego proponuję wprowadzenie corocznej indeksacji najniższych rent i emerytur w kwocie dwa lub trzy razy wyższej od wzrostu płacy minimalnej. To pozwoli na stopniowe niwelowanie różnicy pomiędzy minimalną płacą a emeryturą. Aż do pełnego zrównania obu świadczeń.

Zdrowie

Co trzeci pacjent odchodzi od aptecznego okienka z kwitkiem zamiast z lekarstwem. Ponad połowa z nich to ludzie starsi. Taki wynik dały badania przeprowadzone kilka lat temu przez Naczelną Izbę Aptekarską. Nie trudno zgadnąć, że również kolejki do lekarzy są domeną ludzi starszych. W nadchodzących wyborach temat zdrowia będzie z pewnością jednym z kluczowych. Jednak moim zdaniem, konieczne są rozwiązania radykalne.
Ten postulat zgłaszałem niedawno na łamach Trybuny – powołując się na artykuł 68 naszej Konstytucji. Gwarantujący równy i bezpłatny dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej dla wszystkich obywateli i obywatelek bez względu na ich sytuację materialną. Tak, dostęp do każdego lekarza, tego w publicznej przychodni i prywatnym gabinecie, powinien być refundowany ze składek wpłacanych do NFZ. A lekarstwa bezpłatne.
Budżet (również ten Narodowego Funduszu Zdrowia) nie jest z gumy – to oczywiste. Proponuję więc rozpocząć realizację programu całkowicie bezpłatnej opieki zdrowotnej od najstarszych roczników Polek i Polaków. Zakładając jednocześnie, że w przewidywalnym horyzoncie czasowym obejmie on przynajmniej całe pokolenie LPP+.

Podatki

Polskie Stronnictwo Ludowe pierwsze zaproponowało likwidację podatku dochodowego od emerytury. Pełna zgoda. Lewica również jest za likwidacją tej buchalteryjnej fikcji. Bo jak działa podatek od emerytury? Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, wypłacający emerytury i renty, jest corocznie dotowany z budżetu państwa kwotą rzędu 40 mld zł. A za chwilę część tej dotacji wraca z powrotem do budżetu w postaci podatku dochodowego. Klasyczne przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Przy czym obie kieszenie są państwowe. A cały zabieg głównie po to, by emeryci i renciści mieli złudne wrażenie, że ich świadczenia są wyższe.
W całym tym podatkowym galimatiasie jest jedno ale. Licząc na emeryturę bez podatku, nie liczmy na znaczny wzrost świadczenia. Bo dzisiaj od płaconego podatku dochodowego odliczana jest składka zdrowotna. Podatek zlikwidujemy, ale ona pozostanie.

Mieszkanie

Program mieszkaniowy dla seniorów? Każda siła polityczna obiecuje pomoc w uzyskaniu mieszkania ludziom młodym. Przyjmując milcząco, że starsi mieszkania po prostu mają. I tak. I nie. Inne są potrzeby rodziny z trójką dzieci. Inne starszej schorowanej osoby, mieszkającej na trzecim piętrze w domu bez windy. W wielu krajach ten problem dostrzeżono. W Polsce dotychczas nie.
Konieczne jest uruchomienie programu budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego w głównej mierze dla ludzi starszych. Nie, nie chodzi o żadne domy pomocy społecznej. Potrzeba dobrze wyposażonych, niewielkich mieszkań, przeznaczonych dla jednej lub dwóch osób. Z windą. Bez barier architektonicznych. Najlepiej z salką fitness i niewielką świetlicą. Gabinetem zabiegowym w pobliżu.
Drugi konieczny do uruchomienia program, to odwrócony kredyt hipoteczny. W poprzedniej kadencji Sejmu taki projekt był. Został uchwalony. Tylko że nie funkcjonuje. Do tego tematu trzeba powrócić. Odwrócony kredyt hipoteczny pozwoliłby wielu osobom starszym na podniesienie swojego standardu życia, pozwalając wykorzystać wartość posiadanego mieszkania lub domu.

Wypoczynek

Kiedyś były tanie i dostępne wczasy FWP. Potem OFE i złudna wizja emerytur pod palmami. W czerwcu zderzyliśmy się z rzeczywistością. Gdy czytaliśmy o stojącym godzinami w upale pociągu wypełnionym emerytami usiłującymi dostać się do sanatoriów. Dusznym i bez klimatyzacji – bo najtańszym.
Nakłady na leczenie sanatoryjne oscylują wokół 1 proc. wszystkich świadczeń NFZ. Oznacza to wyjazd statystycznego emeryta do sanatorium raz na 25 lat. Kpina. Innych form pomocy państwa w zorganizowanym wypoczynku ludzi starszych w zasadzie brak.
Postuluję odtworzenie popularnej w czasach PRL formuły wczasów FWP. Dofinansowywanych z państwowego funduszu, wczasów przeznaczonych dla najsłabszych ekonomicznie emerytów i rencistów. Pozwalających im, przynajmniej raz na jakiś czas, na spędzenie wakacji poza miejscem zamieszkania.

W Sejmie

Jeśli znajdę się na listach wyborczych w zbliżających się wyborach do Sejmu. Jeśli wyborcy po raz drugi powierzą mi mandat Posła Rzeczypospolitej Polskiej. Kolejne cztery lata chcę poświęcić pracy na rzecz społeczności LPP+. Ludzi Po Pięćdziesiątce. By postulaty ważne dla ludzi starszych przeistaczały się w zapisy polskiego prawa. By nikt więcej nie mówił, że jesteśmy do czegoś lub na coś za starzy. To chciałbym obiecać.

Budownictwo kwitnie, wykonawcy padają

Polski paradoks: im więcej jest w naszym kraju inwestycji, tym większe problemy mają przedsiębiorstwa, które je realizują.

Liczba mieszkań oddanych do użytkowania w ubiegłym roku wzrosła o 3,6 proc w porównaniu do 2017 r. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, zbudowano ich w minionym roku dokładnie 184783.
W ramach dwóch dominujących na rynku mieszkaniowym form budownictwa (deweloperzy i inwestorzy indywidualni) oddano odpowiednio 111,6 tys. (o 6,2 proc. więcej niż w 2017 r. ) i 66,7 tys. mieszkań (o 1,4 proc. mniej ).
Poza tym powstało trochę mieszkań w budownictwie spółdzielczym (3,0 tys. wobec 2,3 tys. w 2017 r.) oraz czynszowym, komunalnym i zakładowym (łącznie 3,5 tys. mieszkań, tj. o 6,0 proc. więcej niż przed rokiem).
W kategorii budownictwa czynszowego miały się też mieścić mieszkania budowane w ramach sztandarowego PiS-owskiego programu tanich mieszkań na wynajem. Program jednak nie wypalił, więc ekipa rządząca woli o nim nie wspominać.

Budują i plajtują

Z jednej strony rynek budowlany rośnie, co jest pozytywnym zjawiskiem. Z drugiej – ten wzrost rynku obnaża słabość finansową wielu jego uczestników.
Rzecz w tym, że duża skala trwających inwestycji wymaga też odpowiednio dużej skali zaangażowania kapitałowego firm budowlanych oraz współpracujących.
Aby skorzystać na zwiększonej fali zamówień, trzeba najpierw zaangażować – przynajmniej częściowo – środki własne. Banki niechętnie bowiem udzielają kredytów. I z tym wiele firm ma problem.
Niska rentowność w budownictwie nie jest zjawiskiem nowym, ale występuje obecnie ze szczególnym natężeniem. Z analizy Euler Hermes, globalnego ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że wiele firm już w latach ubiegłych zarabiało stosunkowo mało w stosunku do skali prowadzonych prac – i aby finansować swoje zobowiązania podejmowało się coraz to nowych zleceń.
Firmy nie zwiększały więc rentowności, a w ślad za tym nie gromadziły środków własnych – ale zamiast tego zwiększały ryzyko i zadłużenie.
Ta chroniczna słabość finansowa polskich firm budowlanych, a przynajmniej dużej części z nich, jest jedną z przyczyn obecnej fali niewypłacalności w budownictwie. Inne przyczyny to wzrost kosztów materiałów oraz zatrudnienia i stałe problemy ze znalezieniem pracowników.

Bywało już gorzej

– Nie widzimy obecnie warunków, aby sytuacja miała się odwrócić czyli, by kontrakty były na większą skalę renegocjowane za zgodą zamawiających, ceny materiałów i koszty pracy miały spaść, a dostępność pracowników i możliwości przewozowe materiałów zaopatrzeniowych miałyby się szybko zwiększyć – ocenia Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.
Branża doświadcza stałego już wzrostu liczby niewypłacalności. W 2015 r. – 146 upadłości, w 2018 r. – 172.
Ale jeszcze gorzej było w rekordowych pod tym względem latach 2012-2013, gdy upadło odpowiednio 273 i 253 firmy budowlane. Pamiętajmy jednak, że był to okres najniższego po roku 2000 tempa wzrostu gospodarczego w Polsce, wynoszącego w tych dwóch latach 1,9 i 1,6 proc.
Wzrost liczby niewypłacalności o 14 proc. dla całego budownictwa w skali 2018 roku nie świadczy zatem o powszechnym załamaniu. Jest to jednak już widoczny problem w sektorze infrastrukturalnym, gdyż na przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w tych pracach przypada obecnie 70 proc. przypadków upadłości. Pociągają one za sobą na dno wiele zaopatrujących firm produkujących materiały budowlane.
Średniacy mają trudniej
Łącznie całe budownictwo odpowiada za minimum 40 proc. liczby niewypłacalności wszystkich polskich przedsiębiorstw).
Profil upadających firm wskazuje na to, że największe problemy mają obecnie przedsiębiorstwa średniej wielkości, wyspecjalizowane w pracach towarzyszących inwestycjom infrastrukturalnym, głównie drogowym i kolejowym.
Upadają raczej nie najmniejsze i nie te największe – pierwsze są najbardziej elastyczne, szybciej mogą opuścić plac nierentownej budowy i znaleźć nową.
Natomiast największe mają z reguły na tyle zróżnicowane zamówienia oraz własne zaplecze finansowe (spółka matka dająca lub gwarantująca finansowanie), że z reguły nie słyszy się o ich problemach.

Przetrwają najlepsi?

Nic nie zapowiada radykalnych zmian na polskim rynku. Cały czas jest więc tak, że im większa skala inwestycji, tym większe są z reguły problemy z rentownością prowadzących je wykonawców, a więc i skala potencjalnych strat.
To paradoks, bo na świecie zwykle wzrost inwestycji oznacza zwykle okres prosperity dla tych, którzy je realizują – no ale w Polsce jest odwrotnie.
Dodatkowo – wspomniana wcześniej słabość finansowa naszych firm budowlanych widoczna jest nie tylko w trakcie czy na finiszu prac, gdy kontrakt „nie spina się” z poniesionymi kosztami, ale już często na początku, kiedy szerszy front robót wymaga odpowiednio większych nakładów, na które brak środków.
Zbyt rzadko stosowane są w Polsce takie rozwiązania, jak finansowanie zakupu materiałów budowlanych do 90 proc. ich wartości, jeszcze przed wykonaniem prac do których są niezbędne (jak czasami jest już np. na kolei).
– Zapowiedzi indeksacji kosztów i większej elastyczności zamawiających dotyczą nowych kontraktów, więc o ile to nastąpi, będzie mieć realny wpływ na rynek w odroczonej perspektywie kilku kwartałów, może nawet dwóch lat. Do tego czasu nie spodziewam się poprawy sytuacji – uważa Tomasz Starus.
Inna sprawa, że wzrost inwestycji, trudny do opanowania przez nasze firmy i pociągający za sobą falę niewypłacalności, wpływa też na oczyszczenie się rynku. Stopniowo eliminuje z niego firmy, najgorzej sobie radzące w niełatwym modelu polskiego budownictwa.
Dzięki tej selekcji naturalnej powinni przetrwać najlepsi.

Nie ma się co spieszyć

Wcale nie jest tak, że im wcześniej zapłacimy za przelot i za rezerwację hotelu, tym mniej nas to będzie kosztować. Czasem jest wręcz odwrotnie.

Przemyślane zaplanowanie urlopu może naprawdę się opłacać. Eksperci portalu KAYAK.pl przeanalizowali miliony wyszukiwań, aby znaleźć najlepszy moment na przygotowanie wyjazdu do najpopularniejszych miast Europy i świata.
Okazuje się, że wiedząc, ile miesięcy wcześniej zarezerwować loty i noclegi, w 2019 roku podróżni z Polski będą mogli, organizując swoje podróże, zaoszczędzić niekiedy nawet aż do 60 proc. – choć oczywiście nie będzie to częste.

Wcześniej to nie zawsze taniej

Osoby, które nie lubią planować wyjazdów z dużym wyprzedzeniem, mogą odetchnąć z ulgą. Okazuje się, że najlepszy czas na zarezerwowanie lotu do najchętniej odwiedzanych europejskich miast nie przekracza trzech miesięcy przed datą wyjazdu. Loty do Londynu, Lizbony i Splitu najlepiej rezerwować na dwa miesiące przed podróżą, a kupując bilety lotnicze do Rzymu, Santa Cruz de Tenerife, Luqi czy Malagi zaledwie miesiąc przed dniem wylotu, podróżni zapłacą za bilet co najmniej jedną trzecią mniej, niż w najmniej korzystnym momencie na dokonanie rezerwacji. Co więcej, zbyt wczesne zarezerwowanie lotów jest wręcz niewskazane, szczególnie w przypadku typowo wakacyjnych kierunków – najmniej korzystny moment na zakup biletów lotniczych do Barcelony, Rzymu, Aten czy Malagi to jedenaście miesięcy przed datą wylotu.
Polacy wybierający się do najpopularniejszych miast Europy mogą zaoszczędzić co najmniej 30 proc. ceny biletów. Największe różnice w cenach można zaobserwować w przypadku lotów do Luqi, Aten i Santa Cruz de Tenerife – bilety zakupione w najkorzystniejszym momencie są wtedy o ponad połowę tańsze. Jednak liderem tego zestawienia jest Londyn, ponieważ kupując lot do stolicy Anglii w odpowiednim momencie, podróżni zapłacą aż o 60 proc. mniej!
Natomiast podczas planowania dalszych podróży warto pomyśleć o zakupie biletów lotniczych z nieco większym wyprzedzeniem. Najwcześniej o rezerwacji lotów powinni pomyśleć podróżni wybierający się do Stanów Zjednoczonych. Zakup biletów do Los Angeles na 11 miesięcy przed datą wylotu pozwala oszczędzić 28 proc. w porównaniu do najmniej korzystnego momentu, a bilety lotnicze do Nowego Jorku kupione już na 10 miesięcy przed podróżą mogą kosztować o 25 proc. mniej.
Dobry „timing” ma największe znaczenie w lotach do Dubaju. Podróżni, którzy rezerwują tam bilety w najbardziej korzystnym momencie – czyli 5 miesięcy przed wyjazdem – płacą za nie o 56 proc. mniej niż osoby, które za planowanie wyjazdu zabiorą się z większym, 11-miesięcznym wyprzedzeniem.

Nocleg może poczekać

Może być zaskoczeniem, że nawet w przypadku niektórych odległych kierunków, czekając z kupnem biletów niemal na ostatnią chwilę, podróżni są w stanie nieco zaoszczędzić. Najlepszym momentem na zarezerwowanie lotu do Malé jest miesiąc, a do Phuket – 2 miesiące przed wylotem. Planując z większym wyprzedzeniem – odpowiednio 11 i 10 miesięcy – podróżni zapłacą za bilety lotnicze do obu miejsc ok. 15 proc. więcej.
Zwykle po kupieniu biletów lotniczych można zaczekać chwilę z zarezerwowaniem noclegu. Dla niemal połowy najpopularniejszych miast Europy najlepszym momentem na dokonanie rezerwacji w hotelach 3 – lub 4-gwiazdkowych są dwa miesiące – a w przypadku Rzymu zaledwie miesiąc przed datą przyjazdu, co może przynieść oszczędności wysokości nawet 40 proc., tak jak i w przypadku Pragi. O wcześniejszym zaplanowaniu noclegu – czyli nawet na 10-11 miesięcy przed podróżą – powinni zaś pamiętać podróżni wybierający się do Lizbony, Pafos i Paryża.
Podobna zasada dotyczy popularnych kierunków podróży położonych poza Europą. Podróżni z Polski planujący wyjazd do połowy miast z czołówki zestawienia – takich jak Dubaj, Bangkok czy Los Angeles – nie muszą się martwić o nocleg nawet do 1-2 miesięcy przed wyjazdem.

Wielkie powroty do łask

Są miejsca, które od lat niezmiennie królują w rankingach popularności, jak i takie, które na nowo dopiero zaczynają podbijać serca turystów lub wracają do ich łask. W 2018 roku największym wzrostem zainteresowania wśród podróżnych z Polski cieszy się południe Włoch, czego dowodem jest skok, jaki odnotował Neapol. Jak w przypadku większości europejskich kierunków podróży z zarezerwowaniem lotów do Neapolu warto wstrzymać się do 2 miesięcy przed wyjazdem, kiedy loty są o 58 proc. tańsze w porównaniu do najdroższego miesiąca.
Spośród pozaeuropejskich miast najbardziej wyróżnił się Tel Awiw, który w 2018 roku znalazł się na 18. miejscu zestawienia najpopularniejszych kierunków podróży, mimo że dwa lata wcześniej spadł aż na 63. pozycję. Rezerwując loty do Tel Awiwu, również warto pamiętać o dobrym timingu, ponieważ kupując bilety lotnicze w najkorzystniejszym momencie, czyli na 10 miesięcy przed wylotem, można zaoszczędzić nawet 46 procent.
Phuket i Palma de Mallorca to kierunki podróży, które w ostatnich latach stopniowo zdobywały popularność wśród podróżnych z Polski, by w 2018 roku znaleźć się w ścisłej czołówce rankingu: odpowiednio na 11. i 12. pozycji zestawienia. Także w przypadku tych miejsc zakup biletów lotniczych z 2-miesięcznym wyprzedzeniem to najlepsza strategia, aby zarezerwować lot w najlepszej cenie i oszczędzić odpowiednio 20 i 58 proc. w porównaniu do najmniej korzystnego miesiąca.
Najpopularniejsze wśród użytkowników z Polski kierunki podróży dla lotów i hoteli zostały określone na podstawie wyszukiwań przeprowadzonych na KAYAK.pl między 1.01.18 a 1.11.18 dla podróży w 2019 z miejscem wylotu w Polsce. Najlepszy moment na zaplanowanie podróży, dni podróży oraz ceny dla tych miejsc zostały określone na podstawie wyszukiwań przeprowadzonych między 1.01.17 a 1.11.18 dla podróży w 2018 roku.
Z tych analiz wynika, że odpowiednie planowanie potrafi bardzo pozytywnie wpłynąć na wakacyjny budżet. Często powtarzanym mitem jest to, że loty oraz noclegi należy rezerwować z jak największym wyprzedzeniem. Jednak może być całkiem odwrotnie, a wszystko zależy od tego, dokąd się wybieramy.