Nielegalne działania przedwyborcze

Premier Mateusz Morawiecki bezprawnie podjął 16 kwietnia ubiegłego roku decyzje, mające doprowadzić do wyborów prezydenckich w dniu 10 maja.
„Nawet sytuacje ekstraordynaryjne, takie jak stan epidemii, nie powinny stanowić powodu do odstąpienia od konstytucyjnej zasady praworządności i od poszukiwania rozwiązań zapewniających gospodarne wydatkowanie środków publicznych” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.
A właśnie naruszenie Konstytucji i niegospodarność, zdaniem NIK miały miejsce przy próbie przeprowadzenia wyborów prezydenckich w dniu 10 maja 2020 r. Rację miał więc Senat RP, będący przeciwko temu terminowi. Inna sprawa, że prominenci PiS w ogóle nie potrzebują żadnych powodów do łamania Konstytucji. Oni łamią ją na co dzień, także i bez powodu.
W rezultacie, bezprawne próby zorganizowania wyborów 10 maja ub. roku doprowadziły do szkody finansowej i niegospodarnego wydania kwoty, jak dokładnie policzyła NIK, w wysokości 56450406,16 zł. To jednak tylko część zmarnowanych, publicznych pieniędzy, gdyż szacuje się, że bezprawne przedwyborcze decyzje premiera i rządu łącznie kosztowały około 130 mln zł.
„NIK negatywnie ocenia proces przygotowania wyborów powszechnych na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych na dzień 10 maja 2020 r., z wykorzystaniem głosowania korespondencyjnego” – stwierdza raport Izby. Wcześniejsze decyzje rządu, polecające Poczcie Polskiej oraz Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych podjęcie działań zmierzających do przygotowania przeprowadzenia wyborów prezydenta RP w trybie korespondencyjnym zostały wydane bez podstawy prawnej. Miały one miejsce 16 kwietnia, tymczasem przepisy ustawy o szczególnych zasadach przeprowadzania wyborów, umożliwiające przeprowadzenie wyborów prezydenta RP w trybie korespondencyjnym weszły w życie z dniem 9 maja 2020 r.
Wprawdzie w kancelarii premiera znaleźli się uczciwi prawnicy, przestrzegający przed bezprawnym podejmowaniem decyzji zmierzających do zorganizowania wyborów prezydenckich, ale ich opinie nie zostały wysłuchane.
„Decyzje z 16 kwietnia 2020 r. zostały wydane w oparciu o art. 11 ustęp 2 w związku z ust. 2a i 3 ustawy antycovidowej oraz w związku z art. 104 kodeksu postępowania administracyjnego, jednak we wskazanej dacie nie istniała żadna norma rangi ustawowej, która upoważniała do wydania poleceń o wskazanej w nich treści, de facto wyłączających stosowanie norm Kodeksu wyborczego. Zgodnie z konstytucyjną zasadą praworządności i hierarchią źródeł prawa, wyłączenie ustawowych kompetencji zastrzeżonych dla określonych organów (tym w przypadku organów wyborczych) mogło bowiem nastąpić wyłącznie na mocy ustawy, nie zaś decyzją administracyjną” – wyjaśnia NIK.
Ponadto, w kancelarii premiera nie wykonano analizy czy choćby oszacowania kosztów, jakie spowoduje realizacja przez Pocztę oraz PWPW poleceń rządu, związanych z organizacją niedoszłych wyborów. Kancelaria premiera miała zaś taki obowiązek, gdyż wykonywanie tych decyzji łączyło się z poniesieniem wydatków z budżetu państwa.
W dodatku, minister spraw wewnętrznych i administracji (Mariusz Kamiński) wbrew swym obowiązkom nie zawarł z PWPW umowy na wydrukowanie odpowiedniej liczby pakietów wyborczych, niezbędnych do przeprowadzenia głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenta RP. Tak więc, wydrukowano je „na gębę”. Zdaniem NIK, ta bezczynność ministra spraw wewnętrznych była nierzetelna, a negatywne skutki jego zaniechań poniosła PWPW. Również i Poczta Polska podejmowała swoje przedwyborcze działania bez żadnej umowy.
Oczywiście i Poczta Polska i Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych także tu ponoszą odpowiedzialność, gdyż obie te państwowe firmy miały możliwość wystąpienia o uzupełnienie lub wyjaśnienie wydawanych im poleceń.
„NIK negatywnie ocenia zaniechanie działań w celu uzyskania przez te Spółki jednoznacznego określenia zadań i obowiązków” – czytamy w raporcie z kontroli przygotowywania niedoszłych wyborów w dniu 10 maja 2020 r. W rezultacie, obie te firmy pokryły wszystkie koszty powstałe w wyniku realizacji swych działań przedwyborczych ze środków własnych (czyli w praktyce, na koszt podatników).
Biorąc to wszystko pod uwagę, NIK postanowiła skierować zawiadomienia do prokuratury dotyczące możliwości popełnienia przestępstwa przez zarządy Poczty Polskiej oraz Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Nie miejmy jednak złudzeń, dopóki panuje PiS, nikomu włos tu z głowy nie spadnie. A zwłaszcza, nie zostaną ukarane, znacznie bardziej winne, ręka i głowa – czyli premier Mateusz Morawiecki, ministrowie oraz samowładnie rządzący nimi wszystkimi prezes Jarosław Kaczyński.

Co się dzieje z budową Muzeum Wojska?

Chyba jeszcze nigdy na polskich placach budów koszt nie urósł tak szybko w tak krótkim czasie.
Jeden ze sztandarowych propagandowych projektów realizowanych przez Prawo i Sprawiedliwość został mocno skrytykowany przez Najwyższą Izbę Kontroli. Chodzi o Muzeum Wojska Polskiego, budowane mozolnie na terenach stołecznej Cytadeli.
W ocenie NIK cały proces inwestycyjny budowy Muzeum Wojska Polskiego jest zbyt przewlekły, a kolejny już – wyznaczony na koniec tego roku – termin zakończenia zagrożony (a właściwie, już zupełnie nierealny). Rząd PiS nie daje sobie rady z tą budową, choć przyszedł na gotowe, bo wszystkie plany i dokumentacja zostały przygotowane przez poprzedników.
Dodatkowym problemem jest to, że na terenie Cytadeli realizowane są obecnie dwie inwestycje – budowa Muzeum Wojska Polskiego i budowa gigantycznego Muzeum Historii Polski. Relacje między generalnymi wykonawcami miało regulować ich wzajemne porozumienie zawarte przy udziale inwestorów. Chodziło m.in. o zasady dojazdu i transportu materiałów na teren obu budów. Projekt porozumienia został uzgodniony, jednak od marca 2019 r. nie został zaakceptowany przez Muzeum Wojska Polskiego, mimo wymogu zawarcia takiej umowy pomiędzy MWP a wykonawcą generalnym.
Przypomnijmy, że Muzeum Wojska zostało powołane dekretem Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego z 22 kwietnia 1920 r. Po II wojnie światowej zostało reaktywowane 22 sierpnia 1945 r. Istniejące Muzeum Wojska Polskiego obecnie dzieli swoje pomieszczenia w jednym kompleksie z Muzeum Narodowym w Warszawie. W 1984 r. wygasła umowa w sprawie użytkowania. Od tego czasu resort obrony ponosi koszty najmu od Muzeum Narodowego i jest zobligowany do zwolnienia zajmowanej od lat 30-ych XX w. części powierzchni Muzeum Narodowego przy Al. Jerozolimskich 3. W związku z zajmowaniem części powierzchni obiektów Muzeum Narodowego przez Muzeum Wojska Polskiego oba muzea mają trudną sytuację jeśli chodzi o przechowywanie i wystawianie rosnących zbiorów.
Jak stwierdza NIK, W czasie przygotowania dokumentacji procesu inwestycyjnego prawidłowo wyznaczono podmioty i osoby odpowiedzialne za realizację zadań związanych z przygotowaniem inwestycji. Właściwie zostały rozpoznane stan prawny i faktyczny nieruchomości oraz inne uwarunkowania. Instytucje i jednostki wojskowe opuściły część terenu Cytadeli przeznaczoną na muzeum, obszar budowy został przygotowany i udostępniony prawidłowo. Został też jednoznacznie dokonany podział terenu wraz z podziałem odpowiedzialności podmiotów na nim funkcjonujących. Wyłonienie wykonawców generalnych prac budowlanych siedziby MWP oraz wjazdu także było właściwe.
Potem jednak zaczęły się schody. W czasie przygotowania procesu inwestycyjnego i wyłonienia wykonawców stwierdzono rozmaite nieprawidłowości. Ułomna była już procedura wyboru projektanta, albowiem w regulaminie konkursu na koncepcję urbanistyczno-architektoniczną kompleksu MWP w Cytadeli Warszawskiej zamieszczono nieprecyzyjne i niewystarczające zapisy dotyczące maksymalnego, planowanego łącznego kosztu wykonania robót realizowanych na podstawie prac konkursowych. Jednocześnie, brak było możliwości odrzucenia ocenianej pracy, nawet w przypadku przekroczenia w niej budżetu.
Mogło to, zdaniem NIK, doprowadzić do otrzymania przez inwestora koncepcji, których z uwagi na zbyt wysokie koszty nie można było zrealizować. Mogło to również nie zapewnić uczestnikom konkursu równoprawnej konkurencji, bo uczestnik nie czując skrępowania określonym limitem mógł przedstawić pracę znacznie ciekawszą niż uczestnik trzymający się reżimu kwotowego. W regulaminie konkursu, jako podstawę odrzucenia wskazano jedynie braki części graficznej, opisowej lub identyfikacyjnej prac oraz wystąpienie elementów prac naruszających ich anonimowość. Koszty już się nie liczyły.
„Nieprecyzyjne zapisy regulaminu, przy jednoczesnym braku określenia dla uczestników konkursu wymaganej szczegółowości prezentowanych założeń finansowych prac oraz braku dopuszczenia do odrzucenia prac niespełniających założeń finansowych, nie gwarantowały optymalnej oferty” – stwierdza NIK.
Program inwestycji nie odpowiadał założeniom finansowym planu robót budowlanych. Już w pierwszym etapie programu koszt oszacowano na ponad dwa i pół raza więcej niż ustalony w regulaminie konkursu. Również w przypadku programu drugiej części inwestycji przekroczono założenia finansowe. Wedle planu prac budowlanych przyjętego w 2016 r., całkowity koszt nowej siedziby muzeum ma wynieść ok. 700 mln zł.
W trybie przetargu nieograniczonego, w marcu 2018 r. wybrano generalnego wykonawcę siedziby Muzeum Wojska Polskiego, konsorcjum firm IDS-BUD oraz MAR-BUD Budownictwo. Warto zauważyć, że za zbudowanie siedziby MWP konsorcjum to zaoferowało cenę niespełna 256 mln zł. Po trzech latach okazało się, jak bardzo była ona nierealna.
W 2021 r. Ministerstwo Obrony Narodowej stwierdziło bowiem, jak gdyby nigdy nic, że łączna wartość kosztorysowa tego przedsięwzięcia wynosi 543,3 mln zł. Czyli, już ponad dwa razy więcej! Jaki będzie w rzeczywistości cały koszt budowy nowej siedziby MWP, oczywiście nie wiadomo.
Parafrazując Churchilla można by powiedzieć, że chyba jeszcze nigdy na polskich placach budowy koszt nie rósł tak bardzo w tak krótkim tempie.
Oprócz kontraktu z generalnym wykonawcą, podpisano także ponad 300 innych umów z różnymi wykonawcami. W zdecydowanej liczbie przypadków nie stosowano prawa zamówień publicznych. Wymóg zamówień publicznych obchodzono, dzieląc umowy na mniejsze części. W ten sposób korzystano z zapisu, który mówi, że prawo zamówień publicznych nie stosuje się do zamówień, których wartość nie przekracza 30 tys. euro. Tym działaniom mógł sprzyjać zauważony przez NIK „nieład kompetencyjny” w nadzorze nad procesem inwestycyjnym.
Jak się okazało w czasie kontroli NIK, wyborów wykonawców dokonywano w oparciu o propozycję sporządzającego wniosek o udzielenie zamówienia, bez wysyłania zapytań ofertowych do innych potencjalnych wykonawców lub zamieszczania ogłoszeń publicznych, a szacowanie wartości zamówienia polegało na ustaleniu przyszłego wynagrodzenia z wybranym już wykonawcą, wskazanym imiennie we wniosku.
„Skutkiem powyższego było funkcjonowanie w MWP systemu udzielania zamówień, który nie gwarantował zlecania usług w sposób konkurencyjny i ponoszenia wydatków w sposób zapewniający uzyskiwanie najlepszych efektów z danych nakładów” – stwierdza NIK. Zdaniem Izby nie było podstaw do ograniczania dostępu do zamówień innym niż wskazanym imiennie we wnioskach osobom i podmiotom.
Takie naruszenia mogą w rezultacie prowadzić do korupcji oraz nieuzasadnionego zawyżania kosztów inwestycji.

Mam migrenę, nie robię!

To nie jest tylko zwyczajny ból głowy. W rzeczywistości migrena to choroba, która utrudnia życie pacjentów i skutecznie przeszkadza im w wykonywaniu obowiązków zawodowych.
Migrena to dolegliwość powszechnie znana, ale krąży o niej sporo mitów. Wśród najczęściej powtarzanych nieprawdziwych stwierdzeń są choćby te, że migrena to zwykła histeria i urojenie pań z „lepszego towarzystwa”, albo zwyczajny ból głowy, który można zwalczyć normalną tabletką przeciwbólową. A także to, że na tę „przypadłość” nie powinno przepisywać się zwolnień lekarskich, a jej stwierdzenie przez lekarza bazuje jedynie na subiektywnej ocenie samego pacjenta. Przez powielanie tych opowieści migrena wciąż w świadomości społecznej jest postrzegana jako błahostka czy fanaberia pacjentów. A ci, odczuwając brak zrozumienia, zaufania, odbierają to jako zarzucanie kłamstwa czy próbę wymigiwania się od powierzonych obowiązków.
W rzeczywistości migrena jest autentyczną neurologiczną chorobą mózgu. W najprostszym rozróżnieniu możemy ją podzielić ze względu na częstotliwość jej występowania na epizodyczną i przewlekłą. Ta druga jest szczególnie uciążliwa, wiąże się z trwającym minimum 15 dni w miesiącu bólem głowy, w tym przynajmniej 8 z bólem migrenowym. Dla pacjenta oznacza to przynajmniej pół roku życia z ogromnym bólem. Osoby cierpiące na migrenę to głównie osoby młode, a choroba często wyklucza je z życia społecznego, zawodowego i rodzinnego. Migrena jest jedną z podstawowych przyczyn niepełnosprawności powodowanych przez choroby neurologiczne.
Migrenie towarzyszą objawy takie jak nudności czy wymioty, nadwrażliwość na dźwięk i na światło, na hałas, na dotyk. Pacjenci cierpią często również na szereg chorób współistniejących, m.in. bezsenność, otyłość, nadciśnienie tętnicze, zaburzenia lękowe, depresję. Szacuje się, że na migrenę przewlekłą cierpi około 300 000 osób w Polsce, choć szacunki jak szacunki, mogą być mocno przesadzone. W najtrudniejszej sytuacji są pacjenci z migreną przewlekłą ze współistniejącą depresją, którzy wykorzystali już dostępne możliwości terapeutyczne – ich grupa liczy zaledwie kilka tysięcy osób.
Migrena to nie jest tylko zwykły ból głowy. Ból migrenowy jest bardzo charakterystyczny, dość silny, pulsujący, wręcz tętniący, trudny do wytrzymania. Może się zdarzyć, że pacjent odczuwa go obustronnie lub naprzemiennie. Zazwyczaj jednak skupia się on po jednej ze stron, w okolicy czoła, skroni, a także wokół oka. Ten ból niekiedy niemalże paraliżuje, zatrzymuje pacjenta w miejscu, ogranicza go na wielu polach. Choroba potrafi zakłócać życie nie tylko pacjenta, ale także jego rodziny. – Często słyszałam od innych, że przesadzam, powinnam wziąć się w garść: „Weź tabletkę i na pewno przejdzie”. To bardzo krzywdzące, ale chyba najgorsze jest to, że niektórzy pacjenci nie znajdują zrozumienia również w gronie najbliższych osób. Ktoś kto kiedykolwiek cierpiał z powodu migreny, nigdy by tak nie powiedział. Ten ból sprawia, że pacjent musi zamknąć się w ciemnym, cichym pomieszczeniu, odizolować się od innych ludzi, nawet od swojej rodziny. Każdy najmniejszy szelest, grająca muzyka, ruch, dotyk sprawiają, że ten pulsujący ból w głowie wzmaga się, więc do zachowania ciszy zmuszony jest każdy domownik – opowiada Magdalena Bednar, tak się składa, że fizjoterapeutka, która z migreną przewlekłą zmaga się od prawie 15 lat.
Dolegliwości związane z migreną oraz te zapowiadające jej atak w praktyce uniemożliwiają wykonywanie obowiązków służbowych lub znacząco obniżają efektywność pracownika. I choć często uważa się, że branie zwolnienia lekarskiego z powodu migreny to duże nadużycie, pacjenci niekiedy faktycznie go potrzebują.
W trakcie ataku migreny pacjent ma trudności z tak zwyczajną rzeczą jak dojazd do pracy. Nie powinien ani sam podróżować komunikacją miejską, ani prowadzić samochodu. Nie jest w stanie także wykonywać swojej pracy. Często konieczne okazuje się wzięcie zwolnienia lekarskiego, by po prostu w domowym zaciszu przetrwać atak migreny, choć trudno przewidzieć czas jego trwania, może to być od kilku, do nawet kilkunastu dni. Choroba przejmuje kontrolę nad życiem pacjenta, uniemożliwia samorozwój czy kontynuowanie pracy zawodowej. Ci ludzie chcą pracować normalnie, móc odnosić sukcesy zawodowe, ale choroba im na to nie pozwala.
Z raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego — Państwowego Zakładu Higieny „Społeczne znaczenie migreny z perspektywy zdrowia publicznego i systemu ochrony zdrowia” wynika, że tylko w 2018 roku zarejestrowano łącznie ponad 95 tys. dni absencji chorobowej z tytułu zwolnień lekarskich wystawionych osobom z rozpoznaniem migreny. Należy uznać, że są to uzasadnione przypadki, rozpoznane na podstawie obiektywnych kryteriów i wywiadu z lekarzem.
Jak ze zdumiewającą precyzją policzył wspomniany Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego — Państwowy Zakład Higieny, roczne koszty pośrednie migreny związane z absencją chorobową wynoszą 30 964 139 złotych i 27 groszy.
Natomiast koszty związane z obniżoną wydajnością osoby obecnej w pracy mimo chorowania na migrenę są wielokroć wyższe i idą już w miliardy. Wprawdzie taką obniżkę wydajności nader trudno wyliczyć ale naszemu NIZP – PZH udało się to znakomicie, choć nie bardzo wiadomo w jaki sposób. Tak więc, koszty obniżonej wydajności pracy z powodu migreny, zgodnie z danymi Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego — Państwowego Zakładu Higieny, wahają się od 6 200 073 307 zł i 53 gr, do 8 530 260 130 złotych i 90 groszy rocznie. Jak widać, udało się je ustalić co do grosza, aczkolwiek nieco dziwi, że przy tak wielkiej precyzji są jednocześnie tak duże widełki. – Często ból jest tak silny, że nie mam siły by wstać z łóżka, ubrać się, nie mówiąc o pracowaniu. Sposób w jaki postrzegana jest dziś migrena często jest powodem, dla którego pacjenci nie chcą informować swoich szefów o chorobie i złym samopoczuciu, boją się, że ich ból głowy zostanie potraktowany jako wymówka od obowiązków. Jednak ból migrenowy, szczególnie wśród pacjentów z migreną przewlekłą zmusza nas do brania zwolnień lekarskich, bo z takim bólem po prostu nie da się wykonywać obowiązków służbowych, niezależnie od tego czy wykonuje się pracę fizyczną czy umysłową. Koncentrujemy się tylko na bólu. Światło, rozmowy współpracowników, stukanie w klawiaturę, dzwoniący telefon czy dźwięk ksera jedynie go potęgują. Jeśli ktoś mimo ataku migreny postanawia zostać w pracy, jest po prostu nieefektywny, jego wydajność bardzo spada. To trudne, bo uniemożliwia rozwój zawodowy – opowiada Magdalena Bednar.
Pojawia się niekiedy zarzut, że migrena jest mocno subiektywna, że stwierdza się ją na podstawie tego, co pacjent powie, a lekarz „na słowo” wydaje diagnozę. W świadomości społecznej migrena często jest zwykłym bólem głowy, uważanym po prostu za wyolbrzymienie tego, co przeżywa każdy, na przykład w sytuacjach stresowych. Jednak rozpoznanie migreny jest ustalane na podstawie międzynarodowych kryteriów klinicznych i każdy lekarz neurolog jest w stanie odróżnić ją od innych rodzajów bólu głowy. – Diagnoza migreny przewlekłej nie może opierać się i nie opiera jedynie na subiektywnych odczuciach pacjenta. Mamy do dyspozycji odpowiednie międzynarodowe kryteria rozpoznania, które pozwalają bez wątpliwości ją zdiagnozować. Bardzo ważną rolą lekarza jest jednak obiektywizacja wrażeń pacjenta. Bardzo podobne postępowanie jest normą także w diagnostyce depresji. Nasi pacjenci stosują dzienniczki, w których zapisują każdego dnia swoje objawy i ich nasilenie, co pozwala ocenić liczbę dni z bólem głowy lub z bólem migrenowym. Wiedza i doświadczenie lekarzy neurologów pozwala na podejmowanie odpowiednich decyzji, wyznaczanie drogi leczenia i sprawdzanie jej efektywności – mówi neurolog dr n. med. Magdalena Boczarska-Jedynak.
Często powtarzane rady, by próbować uśmierzyć migrenowy ból głowy środkami przeciwbólowymi mijają się z celem. Tego rodzaju leki nie przerwą skutecznie ataku migreny. Stosowane dziś w leczeniu profilaktycznym migreny leki z grup przeciwpadaczkowych, przeciwnadciśnieniowych czy przeciwdepresyjnych także są nieskuteczne u części chorych, a ponadto powodują szereg objawów niepożądanych, na przykład senność, zaburzenia koncentracji i pamięci, wzrost masy ciała. Są one również powodem podjęcia decyzji o przerwaniu takiej terapii wśród wielu pacjentów. – Leki, które dzisiaj stosujemy w leczeniu profilaktycznym migreny nie sprawdzają się. Są mało skuteczne i często źle tolerowane przez pacjentów. Szczególnym wyzwaniem dla lekarzy jest grupa pacjentów z migreną przewlekłą ze współistniejącą depresją, ponieważ zdarza się, że nie mogą oni przyjmować leków przeciwdepresyjnych, gdyż te mogą potęgować bóle głowy. Jedna choroba wyklucza wtedy leczenie drugiej. Wielu chorym, którzy nie mogą brać leków doustnych, nie mamy nic do zaproponowania.  Do niedawna nie mieliśmy żadnych leków przeznaczonych do leczenia migreny, korzystaliśmy z tych stosowanych w innych jednostkach chorobowych. Istnieją już jednak nowoczesne leki, przeznaczone dla pacjentów chorujących na migrenę. Są to przeciwciała monoklonalne, które wykazują wysoką skuteczność i bezpieczeństwo i są dobrze tolerowane przez pacjentów oraz toksyna botulinowa. Dla tych cierpiących na migrenę przewlekłą, która nie pozwala normalnie żyć, to ogromna nadzieja na lepsze jutro – twierdzi prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.
Jak podkreśla on, Polska powinna być krajem wolnym od bólu, w którym nie należy lekceważyć rzeszy chorych, zmagających się przez większość swojego dorosłego życia z cierpieniami spowodowanymi migreną.

CPK – projekt ekonomiczny czy polityczny?

Im szybciej zrezygnujemy z realizacji fantasmagorycznego pomysłu tego portu lotniczego, tym mniejsze będą jego koszty gospodarcze i społeczne.

           Zasadność gigantycznych inwestycji infrastrukturalnych - Centralnego Portu Komunikacyjnego i przekopu Mierzei Wiślanej - jest tematem tegorocznej prezydenckiej kampanii wyborczej. Zdecydowana większość liderów partii opozycyjnych jest przeciwna tym inwestycjom.  
         W oficjalnym stanowisku rządu stwierdza się, że CPK będzie „kołem zamachowym” dla polskiej gospodarki. W ramach tego projektu ma być wybudowany Port Lotniczy „Solidarność” który w pierwszym etapie ma obsługiwać 45 mln pasażerów rocznie, a docelowo - 100 mln. Inwestycja  powinna stworzyć 150 tys. nowych miejsc pracy. CPK będzie w 100 proc. własnością Skarbu Państwa.  Ma być oddany do użytku w 2027 r. Najważniejszym argumentem za budową nowego portu lotniczego  jest ograniczona przepustowość Lotniska im. Chopina. 
W sprawie realizacji koncepcji CPK uchwalona została ustawa. Głosowanie w Sejmie odbyło się w dniu 10.05.2018r.  Znamienne są wyniki głosowania: 235 za, 190 przeciw, 4 głosy wstrzymujące. Wprawdzie to nie jest nigdzie ustalone, ale tak ogromne przedsięwzięcie  jak CPK powinno być przyjęte do realizacji na takich samych zasadach jak zmiana konstytucji (2/3 głosów w Sejmie). oparciu o tę „specustawę” skwapliwie powołano spółkę ds. budowy CPK i obsadzono stanowiska. Ze względu na „ekspresowe” tempo uchwalenia tej „specustawy” pojawiają się pytania : czy przed podjęciem decyzji o realizacji CPK dokonane zostało rzetelne studium przedinwestycyjne? Czy wzięto pod uwagę wszystkie istotne momenty dla realizacji i funkcjonowania tego projektu po jego zakończeniu, zwłaszcza w zakresie rentowności?
          Port Lotniczy w Baranowie ma mieć przepustowość docelową 100 mln   pasażerów rocznie. A ile mają największe porty lotnicze świata i Europy?
             Największe na świecie to Atlanta - 107 mln pasażerów w 2018 r., Pekin (101 mln) i Dubaj (89 mln). Największe porty lotnicze Europy to natomiast Londyn Heathrow (80 mln), Paryż Charles de Gaulle (76 mln), Amsterdam Schiphol                                                    (71 mln) oraz Frankfurt (69 mln).
           Tylko dwa lotniska na świecie mają zdolność obsługi 100 mln pasażerów rocznie - a największym europejskim  lotniskom daleko do tej liczby. Czymże więc CPK Lotnisko Baranów musiałoby zadziwić świat, żeby osiągnąć 100 mln pasażerów odprawianych rocznie?
   Zastrzeżenia do koncepcji CPK zgłosił między innymi Komitet Przestrzennego Zagospodarowania Kraju Polskiej Akademii Nauk.  W dniu 5 marca 2020 r. Komitet przedstawił „Stanowisko w sprawie Strategicznego Studium Lokalizacyjnego CPK”. Zawarł w nim m. in. następujące zastrzeżenia: brak oceny zasadności zmiany całego systemu transportowego Polski, zbyt mały zakres studiów przedinwestycyjnych, ograniczony zakres konsultacji społecznych.
                 Również eksperci lotnictwa wypowiadają się bardzo sceptycznie na temat budowy Portu Lotniczego w Baranowie. Marek Serafin stwierdził: „Od początku mieliśmy ogromne wątpliwości co do racjonalności i realności tej koncepcji. Teraz staje się ona jeszcze bardziej fantasmagoryczna. W sytuacji grożącego nam kryzysu i lawinowo rosnących koniecznych wydatków budżetowych musimy pilnować, aby środki nie były wydawane na projekty, które nie tylko nie są konieczne, ale również stały się całkowicie nieracjonalne” (G.W. z 27.03.2020). 
                             Obecnie mamy dwa porty lotnicze w centrum Polski, które realizują międzynarodowe loty: Okęcie i Modlin. Trzeci -  Radom jest w trakcie modernizacji.
 Rok 2019 był rekordowy jeśli chodzi o liczbę odprawionych pasażerów: Okęcie – 19 mln, Modlin – 3 mln. Jeżeli weźmie się pod uwagę, że lotnisko w Radomiu po rozbudowie  będzie  mogło odprawiać rocznie 3 mln pasażerów, to dostępna przepustowość na trzech lotniskach osiągnie 25 mln pasażerów, tzn. o 3 mln więcej niż w rekordowym roku 2019. 
Potencjał polskich lotnisk można jeszcze powiększyć. Pewne rezerwy są na Okęciu, a przede wszystkim znajdują się one w Modlinie, który mógłby obsłużyć do 40 – 50 mln pasażerów rocznie po zainwestowaniu w jego rozbudowę 7 miliardów zł (opinia prezesa Zespołu Doradców Gospodarczych TOR Adriana Furgalskiego).
         Po co więc te planowane 45 mln odprawianych pasażerów z CPK w pierwszym okresie, a docelowo 100 mln!? Otóż, kalkulacje dotyczące potencjalnych ilości pasażerów  oparto na dwóch założeniach: 
że będzie to port dla pasażerów z krajów Europy Środkowo - Wschodniej („rynek 180 mln pasażerów” - jak stwierdza oficjalna wersja założeń);
że będzie to „hub przesiadkowy” dla pasażerów z całego świata.
    W tym drugim przypadku kalkulacja może opierać się tylko na odebraniu pasażerów lotniskom pełniącym obecnie tę rolę, takim jak np. Frankfurt czy Amsterdam. Takie oczekiwanie jest nierealne.
   Bezpodstawne jest też oczekiwanie, że oferowana przepustowość Portu Baranów zostanie wypełniona pasażerami z krajów Europy Środkowo – Wschodniej. Kraje te mają swoje porty lotnicze i swoje połączenia.
     Bezpodstawne byłoby też zamykanie lotnisk regionalnych i kierowanie całego ruchu do CPK żeby zapełnić te „100 mln”. Lotniska te powstawały nierzadko przy wykorzystaniu środków Unii Europejskiej. Lotniska regionalne mają również połączenia międzynarodowe i nie ma potrzeby „katować” pasażerów żeby „szprychami” dojeżdżali do CPK. Centralizacja nie może przybierać postaci karykaturalnej.
        CPK według założeń ma przejąć wszystkich pasażerów z Okęcia, Modlina i Radomia, a  lotniska te mają być zlikwidowane w zakresie lotów pasażerskich. Czy to jest racjonalne? Jeżeli Okęcie przeszkadza bo jest w środku miasta, to Modlin może przecież przejąć funkcje głównego lotniska kraju. Wydumane „konflikty właścicielskie” nie mogą być powodem jego sekowania.
        Polskim lotniskom należy zapewnić rentowność, a nie budować nowe. Tu należy zwrócić uwagę, że 31.10.2020 r ma być oddane do użytku nowe lotnisko Berlin – Brandenburg – z opóźnieniem ośmiu lat (co też jest ostrzeżeniem) – które będzie stanowić konkurencję dla naszych lotnisk.
                         Pandemia spowodowała zapaść lotnictwa. Poprzednie prognozy przewidywały ciągły jego rozwój. Na tym opierała się decyzja o budowie  Portu Lotniczego w Baranowie.  Tymczasem wiele wskazuje na to, że lotnictwo ma już szczyt za sobą.            Czy CPK rzeczywiście może być „kołem zamachowym” polskiej gospodarki? Mówi się o zatrudnieniu przy budowie CPK 5 tysięcy pracowników. Liczba ta nie powala z nóg. Pięć tysięcy pracowników pomnożone przez ich wynagrodzenia i pomnożone przez ilość lat budowy CPK (plus oddziaływanie mnożnika) daje kwotę popytu, który stanowi rozdmuchane w propagandzie „koło zamachowe”. Podkreślam: tylko przez okres budowy. I tylko tyle, ile stanowi zarobek pięciu tysięcy pracowników. Poza tym należy zaakcentować, że większość kosztów będą stanowiły prace specjalistyczne, wykończeniowe, do których konieczne  będzie zatrudnienie specjalistów wysokiej klasy – prawdopodobnie z zagranicy. Również specjalistyczne urządzenia trzeba będzie importować.  A import ten będzie „napędzał” inne gospodarki, nie polską.
        Wróćmy do tych  150 tys. nowych miejsc pracy. Te ewentualne miejsca pracy będą dopiero za 7 –  10 lat, a one potrzebne są już, teraz.
   Poza tym te miejsca pracy będą w jednym „punkcie geograficznym”, a potrzebne są w całej Polsce, w każdym powiecie, w każdej gminie.
               A więc epatowanie społeczeństwa  liczbą 150 tys. miejsc pracy jest wyłącznie czynnikiem propagandowym.
   W polskich warunkach jest wiele innych możliwości wykorzystania „koła zamachowego”, takich jak m.in. modernizacja i rozwój kolejnictwa i drogownictwa. Modernizacji kolejnictwa można tylko przyklasnąć (pod warunkiem, że nie będzie to koncepcja CPK) - bo w porównaniu z Europą Zachodnią, nie wspominając o Japonii  i Chinach, jesteśmy po prostu głęboko zacofani.
 Co gorsze – nie wykorzystujemy  tranzytowego położenia naszego kraju. Przy naszej niezrozumiałej polityce w tym zakresie „Nowy Jedwabny Szlak” może nas ominąć. Natomiast dobra współpraca z Chinami w transporcie kolejowym jest naszą dużą szansą. Niestety zaplanowane inwestycje ignorują międzynarodowe połączenia, na co zwraca uwagę Komitet PAN. 
Jeśli chodzi o finansowanie CPK, to brak spójności pomiędzy założeniami przedsięwzięcia, a wypowiedziami Pełnomocnika Rządu ds. budowy CPK. Założenia określają, że CPK będzie w 100 proc. spółką Skarbu Państwa. Natomiast Pełnomocnik swego czasu wypowiadał się, że finansowanie odbędzie się „na zasadach rynkowych”. Z późniejszych wypowiedzi wynika, że liczy na kapitał zagraniczny. To źródło jest niepewne. Europa Zachodnia nie będzie finansować konkurencji. Azja – wątpliwe czy uzna to za dobry interes.          
Krajowego kapitału prywatnego w takich rozmiarach nie mamy. Finansowanie poprzez obligacje Skarbu Państwa: wątpliwe czy społeczeństwo z tego skorzysta, bo biznes jest niepewny.   A kwota kosztów inwestycyjnych jest niebagatelna. Eksperci mówią o 50 mld zł, wymienia się również kwotę 70 mld.  Jakkolwiek by nie rozpatrywać, źródła finansowania nie są definitywnie określone – i co najgorsze – dalece niepewne. Pozostaje budżet państwa. A wówczas „zasady rynkowe” to będzie tylko propaganda na użytek krótkoterminowy, bo koszty budowy CPK obciążą całe społeczeństwo. Inna sprawa czy budżet wytrzyma takie obciążenie w najbliższych latach, w sytuacji dźwigania gospodarki po pandemii.   Taka inwestycja jak CPK ma skutki wybiegające wiele lat w przyszłość. W przypadku niepowodzenia skutki te odczują następne pokolenia. 
           W dniach 4 -5 marca b.r. odbyła się konferencja naukowa Polskiej Akademii Nauk organizowana przez Komitet Prognoz „Polska 2000 Plus”. Na tej konferencji zaprezentowany został referat: „Globalne efekty zewnętrzne, odpowiedzialność międzypokoleniowa i inwestycje publiczne”.  W referacie tym zawarto takie stwierdzenia: „Należy zastanowić się nad wielkimi projektami infrastrukturalnymi typu Centralny Port Komunikacyjny. Pomysł od początku wydaje się spóźniony (ze względu na powstanie – nie bez komplikacji i opóźnień – portu w Berlinie, a także  podjęty nie ze względów ekonomicznych, ale innych (kompleksy?  mania wielkości?). W obecnej sytuacji, po pandemii zapewne będziemy obserwować znaczące przeobrażenia w gospodarce światowej, zmianę paradygmatu jej funkcjonowania (może będzie mniej globalna a bardziej lokalna niż dotąd?)”. Budowa Portu Lotniczego w Baranowie to uwikłanie w żmudny i wieloletni proces, angażujący miliardy złotych, proces, którego efekt jest dalece kontrowersyjny, z wieloma niewiadomymi”.         
Duże przedsięwzięcia inwestycyjne związane są z ryzykiem. Podejmuje się je z dwóch powodów: konieczność lub oczekiwane duże zyski. Czynniki te nie występują w przypadku lotniska w Baranowie. Istniejące lotniska zapewniają nasze potrzeby. Ewentualne zyski – nawet małe – trudno sobie wyobrazić. Przypomnę tylko, że kilka lat temu Lotnisko Okęcie wymagało dofinansowania kilkaset mln zł rocznie. Na czym więc ma być oparta nadzieja na rentowność CPK?  
 Z ekonomicznego punktu widzenia budowa tego lotniska jest przedsięwzięciem nieracjonalnym.  W Polsce nie ma nadwyżki budżetowej. Za to jest zapaść w służbie zdrowia, niedofinansowane szkolnictwo i niedofinansowana nauka, niskie płace pielęgniarek, niskie płace nauczycieli. I na te cele powinny być wydawane pieniądze, a nie na „sen o potędze”: lotnisko Baranów, większe niż Frankfurt, Paryż, Londyn i Amsterdam.            
 Cała inwestycja jest planowana w ramach Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju. A więc - gdzie jest ta odpowiedzialność?
Czy ignorowanie głosów ekspertów lotnictwa jest odpowiedzialne?
Czy brak rzetelnych studiów przedinwestycyjnych jest odpowiedzialny?
Czy ignorowanie ekspertyz Polskiej Akademii Nauk jest odpowiedzialne?
Czy lekceważenie głosów opozycji jest odpowiedzialne?
Czy przewaga 1 proc. w głosowaniu sejmowym i uznanie tej przewagi za wystarczającej do podjęcia tak brzemiennej w skutkach decyzji – jest działaniem odpowiedzialnym?  
       Przekonywanie społeczeństwa, że ta inwestycja to „koło zamachowe gospodarki”– to tylko słowa, na dodatek słowa bez pokrycia.
            Tak poważna inwestycja nie może opierać się tylko na decyzji partii sprawującej władzę, na dodatek podjętej w oparciu o przesłanki czysto polityczne, nie zaś ekonomiczne. Co w przypadku zmian na scenie politycznej może skutkować w pełni uzasadnionym ekonomicznie zaniechaniem budowy.
                 Im szybciej nastąpi rezygnacja z budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, tym mniejsze będą koszty społeczne i ekonomiczne.
            

Upija się niewielu, płacą wszyscy

Europa, a w niej Polska, to najbardziej rozpity region świata.

Roczne spożycie alkoholu na jednego dorosłego mieszkańca wynosi w naszym kraju ponad 10 litrów czystego spirytusu. Jednak gdy wyłączymy z kalkulacji abstynentów, to według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Polacy przeciętnie konsumują 23 litry czystego alkoholu (ekwiwalent 2300 standardowych porcji alkoholu na osobę rocznie), a Polki 8,3 litra. W przypadku kobiet średnia jest dwukrotnie wyższa niż w całej Unii Europejskiej.
Picie na umór, które jest szczególnie popularne w naszej części Wspólnoty, powoduje zatrważające skutki. Raporty WHO z 2019 r. dotyczące obszaru UE+ Norwegia i Szwajcaria pokazują, że ze względu na spożywanie tej psychoaktywnej substancji przedwcześnie traci życie ok. 290 tys. ludzi rocznie. W Polsce – około 30 tys. Ponad 20 proc. zgonów mężczyzn w wieku 15-54 lata powodują choroby i obrażenia powypadkowe, do których przyczynił się alkohol – zwraca uwagę Cinkciarz.pl.
Ze statystyk polskiej policji wynika natomiast, że wśród dorosłych podejrzanych o zabójstwo i poddanych badaniu na stan trzeźwości 83 proc. było nietrzeźwych. W przypadku podejrzanych o wyrządzenie uszczerbku na zdrowiu, udziału w bójce lub pobiciu, zgwałceniu, rozboju, uszkodzeniu rzeczy oraz przestępstwach przeciwko funkcjonariuszom publicznym odsetek nietrzeźwych wynosi od 64 do 83 proc.
W Polsce mimo olbrzymich problemów społecznych związanych z alkoholem praktycznie nie prowadzi się żadnych działań ograniczających jego spożycie. Spośród wielu sposobów zniechęcających do jego spożywania Polska w pełni wprowadziła tylko dwa – minimalny wiek dla konsumenta oraz koncesję.
Wódkę, wino czy piwo – według danych WHO – można u nas nabyć w dowolnych godzinach (zarówno w lokalu, jak i w sklepie). Nie ma ograniczeń co do zagęszczenia punktów sprzedaży alkoholu. W internecie oraz w mediach społecznościowych dopuszczona jest reklama piwa, nie ma także problemu ze sprzedażą alkoholu w celach promocyjnych poniżej kosztu jego wytworzenia czy sponsorowania wydarzeń sportowych (również tych dla młodzieży) przez producentów wina bądź piwa. Najbardziej jednak dziwi fakt, że polski parlament nie zdecydował się na indeksowanie akcyzy o wzrost przeciętnego wynagrodzenia lub przynajmniej o inflację. I tak dochodzimy do skrajnie patologicznej sytuacji. Nominalne ceny detaliczne alkoholu nie zmieniły się praktycznie od 17 lat – wskazuje Cinkciarz.pl.
Według danych GUS w 2001 r. pół litra 40-procentowej wódki czystej kosztowało 23,52 zł, a w 2018 r. było to 24,39 zł (podwyżka tylko o 3,6 proc.). W tym samym czasie piwo jasne pełne zdrożało tylko o 19 gr (z 2,67 do 2,86 zł, czyli o 7 proc.), a wino białe gronowe wytrawne w latach 2001-2016 o niecałe 4 proc.
W latach 2001-2018 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło natomiast z 2061 zł do 4583 zł, czyli o 122 proc. To oznacza, że Polacy mogą kupić ponad dwa razy więcej wódki czy piwa niż jeszcze 17 lat temu.
Co ciekawe, mimo bardziej destrukcyjnych dla społeczeństwa skutków spożycia alkoholu w porównaniu do papierosów (pokazuje to np. analiza pisma „The Lancet”) cena paczki papierosów wzrosła w podobnym okresie (lata 2001-2017) z 4,08 zł do 13,79 zł, czyli ponad trzykrotnie.
Dlaczego ustawodawcy udało się odpowiednio zareagować na destrukcyjne działanie palenia, a w przypadku alkoholu nie ma takich działań?
Być może presja społeczna na zmianę prawa przez polityków wzrosłaby, gdyby powszechnie znane były np. badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. One dobitnie pokazują, że stosunkowo niewielki odsetek dorosłych (7,3 proc.) spożywa prawie połowę (46,1 proc.) sprzedawanego alkoholu. Choć trudno w to uwierzyć, ale 2 miliony osób może konsumować w Polsce każdego roku ok. 160 mln litrów czystego alkoholu. Oznacza to spożycie na poziomie 80 litrów na osobę rocznie, czyli ekwiwalent półlitrowej butelki wódki każdego dnia lub 7 piw.
Z kolei 46,9 proc. osób spożywa alkohol symbolicznie – do 1,2 litra rocznie czystego spirytusu lub w ogóle, a 34,4 proc. nie przekracza wartości 6 litrów rocznie. Większość problemów związanych z alkoholem generuje niewielki odsetek osób, ale koszty związane z ich leczeniem, przemocą w rodzinach, wypadkami, funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości bądź przestępstwami przeciwko mieniu zwykle ponoszą wszyscy. Do tego dochodzi dodatkowo utrata produktywności tych osób, których koszty np. w wykształceniu poniosło całe społeczeństwo. Zaniedbują oni swoje obowiązki zawodowe, chodzą często na zwolnienia lekarskie, aż wreszcie tracą pracę i przechodzą całkowicie na utrzymanie państwa lub rodziny.
O jakich kosztach mówimy? W USA w 2010 r. wynosiły one 250 mld dolarów (niecałe 1,7 proc. PKB.). W Polsce ten odsetek w relacji do PKB może oscylować wokół 2,1-2,5 proc. Coroczne koszty nadmiernego spożycia alkoholu wynoszą dla Polski prawie 50 mld zł. Tylko ok. jedna czwarta tej kwoty jest zaspokajana przez akcyzę. Za poparciem idei znacznie wyższej akcyzy (docelowo nawet trzykrotnie) na alkohol powinny przemawiać jeszcze inne wyliczenie. Zakup popularnej ostatnio małpki (100 ml wódki) i puszki piwa kosztuje ok. 8 zł. Ten miks pity w ryzykowny sposób powoduje wygenerowanie dodatkowych obciążeń społecznych na poziomie ponad 10 zł.

Budujemy – i wciąż brakuje

W polskim sektorze budowlanym mamy z jednej strony fazę silnego ożywienia, a z drugiej ograniczone zasoby, zwiększającą się konkurencję oraz rosnące koszty – no i ceny.

Ożywienie w branży budowlanej wynika z kumulacji wysokiego popytu w budownictwie ogólnym i sektorze nieruchomości komercyjnych. Główne przyczyny wysokiego popytu to unijne projekty w sferze infrastruktury, a także stały, strukturalny niedobór mieszkań w dużych miastach – takie wnioski płyną z raportu Narodowego Banku Polskiego.
Do tych czynników, sprzyjających koniunkturze, dochodzą niskie stopy procentowe w naszym kraju i w strefie euro, co zachęca do poszukiwania innych, alternatywnych form inwestycji środków finansowych, takich jak właśnie nieruchomości komercyjne, służące do zarabiania pieniędzy (biura, apartamentowce, parkingi itp.).

Drogo, coraz drożej

Skutkiem wszystkich tych tendencji jest to, że w Polsce rosną koszty budownictwa, ceny obiektów, jak również stawki czynszów oraz średnie ceny ofertowe i transakcyjne metra kwadratowego mieszkań na rynkach pierwotnych i wtórnych rosły. Ceny w Warszawie i 9 największych miastach przekroczyły najwyższe poziomy notowane w okresie napięć na rynku (2006-2008). Jednakże dochody gospodarstw domowych rosły szybciej od cen nieruchomości. Oznacza to, że, jak stwierdza NBP: „indeksy cen mieszkań deflowanych wynagrodzeniami nadal wskazywały ujemne wartości”.
Najwyższe nominalne ceny metra kwadratowego mieszkań jak zwykle notowano w Warszawie oraz w Gdańsku, Gdyni, Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu. Tam na ogół wyższe ceny dotyczyły mieszkań małych o powierzchni do 40 mkw. oraz największych, powyżej 80 mkw. Natomiast na rynkach pozostałych większych miast, najwyższe ceny metra notowano tylko dla mieszkań małych.
Średnie stawki najmu (zarówno ofertowe i transakcyjne) w ubiegłym roku wrosły w porównaniu z 2017 r. Ofertowe o 4 proc., a transakcyjne aż o 10,4 proc., co stanowiło czynnik skłaniający zamożniejsze gospodarstwa domowe do inwestycyjnego zakupu mieszkań na wynajem.
Przy obecnym poziomie stawek czynszów, podmioty inwestujące w mieszkania na wynajem osiągały wyższe nominalne stopy zwrotu (liczone jako różnice w poziomach stóp procentowych) niż osiągane z obligacji skarbowych lub depozytów bankowych (oraz podobne do zyskiwanych z inwestycji w nieruchomości komercyjne).
W rezultacie, ludzie bogaci, których stać na takie inwestycje, robią się w Polsce szybko coraz bogatsi – co widać, po dużej liczbie prominentów Prawa i Sprawiedliwości posiadających kamienice i liczne mieszkania.
W przypadku nieruchomości komercyjnych stopa zysku jest o tyle wyższa, że często są one finansowane bardzo nisko oprocentowanymi kredytami w euro. Należy jednak zwrócić też uwagę na nieporównanie wyższy poziom ryzyka inwestycji w takie obiekty, w porównaniu z lokatami bankowymi czy obligacjami państwowymi.
Na rynku nieruchomości biurowych mamy stały wzrost popytu, przy także wysokiej podaży. Jednakże rosnąca podaż powierzchni biurowych może wywołać spadki czynszów, zwłaszcza w budynkach starszych lub niekorzystnie położonych, co wpłynie na dochody właścicieli oraz może utrudnić im spłaty zobowiązań – prognozuje NBP.
Natomiast na rynku powierzchni handlowych kolejny rok z rzędu zmniejsza się udział nowo oddanej powierzchni. Może to oznaczać, że zaspokojony jest popyt na takie obiekty.

Państwo nie pomaga

W polskich miastach cięgle rośnie popyt na mieszkania. Jest to związane z brakiem jakiegokolwiek rządowego wsparcia dla zakupu pierwszego własnego M, oraz z niepowodzeniem PiS-owskiego programu budowy tanich mieszkań na wynajem.
Narodowy Bank Polski oględnie mówi o „nieco mniejszej podaży na pierwotnym rynku mieszkaniowym”, nie chcąc oczywiście rozwijać tematu nieskuteczności działań mieszkaniowych obecnej ekipy.
Ponadto, wysoki popyt na mieszkania jest konsekwencją silnego wzrostu wynagrodzeń gospodarstw domowych, utrzymywania przez banki drastycznie niskich stóp procentowych (zarówno depozytów, jak i kredytów), a także wyczerpywania się środków na dopłaty do nabywania mieszkań w ramach rządowego programu Mieszkanie dla Młodych.
Program ten, stworzony przez rząd Platformy Obywatelskiej, z powodzeniem funkcjonował od 2014 r, ale PiS go wstrzymał, uznając, że dzieło wrogów nie może być dłużej kontynuowane. Zastąpiono go propagandowym programem Mieszkanie Plus, czyli w rzeczywistości niczym. Warto też zwrócić uwagę na to, że w 2018 r. zwiększyła się akcja kredytowa banków (aż o 11,8 proc.). Saldo złotowych kredytów mieszkaniowych wzrosło o 30,3 mld zł, do 287,7 mld zł.
NBP podkreśla, iż kredyty walutowe są regularnie spłacane, a dodatkowo poprzez wzrost ceny złotego, wartość zadłużenia walutowego wyrażonego w złotych zmniejszyła się w porównaniu z 2017 r. o 2,4 proc. czyli o 3,1 mld zł (do 127,9 mld zł). Oznacza to, że pogłoski o dramatycznej sytuacji frankowiczów są generalnie, według naszego banku centralnego, nieco przesadzone.
Mieszkania nie rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, ale są sprzedawane dość szybko, średnio w czasie (na koniec 2018 r.) około 3,1 kwartału. „Nadal oznacza to szybką sprzedaż pojawiających się ofert i ograniczenie możliwości wyboru mieszkań dla nabywców” – zauważa NBP.
Natomiast czas sprzedaży mieszkań na rynkach wtórnych (używanych), uwzględniający tylko transakcje zakończone sprzedażą, na koniec 2018 r. na wszystkich rynkach oscylował wokół czterech miesięcy, czyli zmniejszył się względem poprzedniego roku o ok. 0,5 – 1 miesiąc.
Mimo braku wsparcia ze strony rządu, popyt w Polsce na mieszkania jest tak duży, że powoduje też stopniowy wzrost liczby budowanych budynków – oczywiście kosztem ogromnych wyrzeczeń finansowych polskich rodzin.
W 2018 r. oddano do użytkowania ponad 184,8 tys. nowych mieszkań, (wzrost rok do roku o 2,0 proc.). Rozpoczęto budowę ok. 222 tys. nowych obiektów (wzrost r/r o 7,7 proc.) oraz wydano ok. 257 tys. pozwoleń na budowę (wzrost o 2,7 proc.). „Aktywność budownictwa mieszkaniowego kształtowała się na rekordowym poziomie, jednak ze względu na wysoki popyt i sprzedaż nie zaobserwowano nadwyżki podaży mieszkań na rynku” – stwierdza NBP.

Deweloperzy łupią skórę

Ogromny głód mieszkań i utrzymujący się wysoki popyt wpływał bardzo pozytywnie na sytuację ekonomiczną firm deweloperskich, zwłaszcza tych największych.
Udział ich zysku w cenie nowych mieszkań nadal utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie. „Oznacza to, że firmom deweloperskim udało się w znaczącym stopniu przerzucić na nabywców szybko rosnące koszty budowy mieszkań” – podkreśla NBP.
Tak więc, rosnące ceny robót budowlano-montażowych oraz braki kadrowe są odczuwane głównie przez nabywców mieszkań. Podobnie jak i rosnące ceny ziemi pod budownictwo wielorodzinne, które szczególnie w największych miastach znacząco wzrosły w 2018 r.
Jak zauważa w swym raporcie NBP, mimo tego skoku cen ziemi, deweloperzy nie przewidują, aby w okresie najbliższych lat miało zabraknąć ziemi pod budownictwo mieszkaniowe. „Oznacza to, że deweloperzy zakładają akceptację coraz wyższych cen przez kupujących” – wskazuje raport.
Firmom deweloperskim pieniędzy nie brakuje, finansują się kapitałem własnym, przedpłatami klientów, obligacjami i kredytami, a także tym, że… z opóźnieniem regulują swoje zobowiązania. Nie muszą więc brać kredytów (ich udział w finansowaniu budów jest niewielki i nie przekracza ok. 10 proc.).
Zgodnie z zasadą, że nawet dziadowski handelek jest lepszy niż złoty szpadelek, korzystna koniunktura na rynku mieszkaniowym sprawia, że deweloperzy zarabiają krocie, ale firmom budowlanym nie przyniosła jak dotąd znaczących korzyści ekonomicznych. Ponoszą one straty w wyniku wzrostu kosztów materiałów budowlanych i kosztów pracy. Nowe kontrakty są podpisywane na krótsze etapy prac, co lepiej uwzględnia rosnące ryzyko kosztów budowy.
W Polsce zwiększa się liczba mieszkańców największych miast, natomiast w mniejszych ośrodkach następuje wyludnienie, co jest zgodne z obserwowanymi trendami światowymi. Występuje też ciągle przenoszenie się mieszkańców poza granice administracyjne miast (szczególnie widoczne w Poznaniu), mimo coraz większych kłopotów z dojazdami.

Przerwa w boomie?

Po bardzo dobrym drugim kwartale bieżącego roku, w budownictwie ponownie nastąpił wzrost liczby firm mających problemy. Wśród nich są zarówno przedsiębiorstwa infrastruktury drogowej (zajmujące się np. kanalizacją czy pracami elektrycznymi), jak i budownictwa ogólnego (co jest pewną niespodzianką zważywszy na popyt na rynku mieszkaniowym), a także stawiające biura czy magazyny.
W sierpniu – czyli w środku sezonu budowlanego – łącznie 13 firm budowlanych ogłosiło swoją niewypłacalność – informuje Euler Hermes. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, czego skutkiem jest upadłość bądź któraś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
Wygląda na to, że budownictwo notuje przerwę w boomie. Pytanie, czy krótkotrwałą? Na rynku budowlanym kontraktów i pieniędzy jest i będzie w najbliższych miesiącach trochę mniej. Obecnie rozpisywane przetargi zaczną wchodzić w fazę realizacji najwcześniej pod koniec przyszłego roku. Zmniejszyła się więc pula zleceń i firmy zaczęły ponownie o nie mocno konkurować. Tymczasem zaś, koszty pracy i materiałów utrzymują się na wysokim poziomie, co jest dla wykonawców coraz większym problemem.

 

Dzieci wesoło wróciły do szkoły

Początek roku szkolnego wiąże się z naprawdę sporymi kosztami, których nie da się uniknąć.

Mowa o wyposażeniu, określanym nieśmiertelnym terminem „wyprawki szkolnej”, na co się składa zakup zeszytów, książek (część uczniowie dostają za darmo), materiałów piśmienniczych, obuwia szkolnego, czasami nowego plecaka czy tornistra i innych potrzebnych rzeczy.
Z tegorocznych badań Deloitte wynika, że w przypadku rodzin z jednym dzieckiem na wyprawkę przeznaczymy średnio 1388 zł, z dwojgiem 1898 zł, a z trojgiem aż 2742 zł. Są to znaczące kwoty, nawet jak na rodzinę, w której pracują i dobrze zarabiają oboje rodzice.
Rządowy program 300+ pokryje około 20 proc. tych jednorazowych kosztów. Skąd wziąć zatem resztę? Głównym źródłem jest oczywiście budżet domowy, w którym w sierpniu i we wrześniu musi się znaleźć brakujące 80 proc. W sytuacji gdy w wakacje mamy jeszcze letnie wydatki, zwykle jest to dość trudne dla większości rodzin. Mimo to uważajmy i uodpornijmy się na reklamy z szybkimi pożyczkami, które mogą doraźnie rozwiązać problem. Pamiętajmy bowiem, że pożyczki na konsumpcję kosztują najwięcej.
Budżet domowy powinien pomieścić koszty związane z powrotem dzieci do szkoły. Potrzebne jest jednak odpowiednie bieżące zarządzanie, trzymanie się pewnej dyscypliny i jak w tym przypadku, przewidywanie większych wydatków. Jeśli z odpowiednim wyprzedzeniem będziemy odkładać nawet niewielkie kwoty, to wyprawka szkolna nie powinna być dla nas dużym zaskoczeniem
Oczywiście, jeśli zostawimy problem na ostatni dzwonek, może być trudno, ale nie ma wyjścia, trzeba sobie z tym poradzić. Wtedy można np. kupić używane podręczniki, odłożyć lub rozłożyć w czasie większe zakupy, poczekać na jesienne wyprzedaże. Powrót do szkoły to także większe comiesięczne koszty. Wyżywienie, transport, zajęcia dodatkowe, a niejednokrotnie dodatkowe czesne zwiększają nasze wydatki.
– Zawsze w takiej sytuacji proponuję podział budżetu domowego na mniejsze części i następnie trzymanie się ustalonych miesięcznych kwot na poszczególne cele. W moim przypadku doskonale sprawdza się podział przychodów na sześć mniejszych budżetów, z których należy wygospodarować część właśnie na koszty edukacji dzieci. Ten budżet nazywamy „Edukacja” i co miesiąc przeznaczamy na niego 10 proc. tego, co wspólnie zarabiamy. Z tego budżetu pokrywamy czesne, dodatkowe zajęcia edukacyjne, wyprawkę szkolną i inne wydatki związane z edukacją dzieci i nas samych. Koszty związane z transportem dzieci do szkoły i ich wyżywienia pokrywamy z największego budżetu, nazywanego w mojej rodzinie „Życiem” (55 proc. miesięcznych przychodów rodziny). Na pozostałe mniejsze budżety składają się „Inwestycje” (10 proc.), czyli pieniądze potrzebne do budowy aktywów i majątku rodziny, „Duże wydatki” (10 proc.) na większe zakupy, jak nowe meble czy wycieczka wakacyjna, oraz „Przyjemności” (10 proc.) na wszystko, czego pragniesz lub potrzebujesz, a co nie mieści się w budżetach „Życie” ani „Dobroczynność” (5 proc.) na finansową pomoc innym – radzi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych.
Bez względu na to, ile zarabiamy, taki podział może się sprawdzić. Tym bardziej, że w rzeczywistości mało która rodzina naprawdę przeznacza 5 proc. swych dochodów na dobroczynność.

Przedwyborcza obniżka podatku dochodowego

Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy obniżający podstawową stawkę podatku dochodowego od osób fizycznych z 18 do 17 proc. Niższa stawka PIT dotyczyć będzie dochodów uzyskanych w 2020 r. Podniesione zostaną również koszty uzyskania przychodów dla pracowników. Zmiany w zdecydowanej większości przysłużą się najmniej zarabiającym, to jest tym, których dochody nie przekraczają w skali roku 85 528,00 zł. Pewne korzyści osiągną także osoby piastujące funkcje korporacyjne, a więc zasadniczo zaliczane do grupy bardziej zamożnej.

Chodzi przede wszystkim o członków zarządów czy osoby zatrudnione na tzw. kontraktach menadżerskich. Podwyższenie kosztów uzyskania przychodów obejmie nie tylko stosunek pracy, lecz także przychody z osobiście wykonywanej działalności przez osoby należące do składu zarządów, rad nadzorczych, komisji lub innych organów stanowiących osób prawnych, a także zarządzające przedsiębiorstwem. Zgodnie bowiem z art. 22 ust. 9 pkt 5 ustawy o PIT do pewnych kategorii przychodów z działalności wykonywanej osobiście stosuje się odpowiednio koszty pracownicze.

Jak zauważa BCC, niepokojące jest to, że te zmiany nie są adresowane do przedsiębiorców i osób dających zatrudnienie. Większą wagę przywiązuje się więc do pozyskania kolejnych wyborców niż stymulowania polskiej gospodarki czy zachęcania firm do inwestowania. Nie można również przejść obojętnie obok skutków, za które zapłacą wszyscy, to znaczy szacowanych na 10 miliardów złotych rocznych kosztów związanych z wejściem w życie proponowanych zmian. Kwota ta może również okazać się większa, co tym bardziej rodzi pytanie, czy staliśmy się już na tyle bogatym krajem, żeby sobie pozwolić na taki spadek wpływów budżetowych przy kosmetycznych różnicach jednostkowych?

Zmiany mogą także uderzyć w samorządy terytorialne, a lakoniczna treść uzasadnienia projektu ustawy zmieniającej nie wskazuje, w jaki sposób rząd zrekompensuje jednostkom samorządu terytorialnego mniejsze wpływy z podatków.

Państwo korzysta na wzroście płac

Zgodnie z najnowszymi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu 2019 r. wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły o 5,3 proc., a zatrudnienie o 2,8 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Dobra passa na rynku pracy trwa. Kto jest jej beneficjentem?

Przeciętne wynagrodzenie brutto w przedsiębiorstwach małych, średnich i dużych (czyli od 10 zatrudnionych wzwyż) wyniosło w czerwcu 2019 r. 5104 zł. Należy jednak pamiętać, że koszt pracy dla pracodawcy był znacznie wyższy – wyniósł bowiem 6212 zł. Jednocześnie na konto pracownika trafiło niecałe 3620 zł. Co się stało z pozostałymi 2,6 tys. zł? To różnego rodzaju podatki, składki, daniny na rzecz państwa. Prawie 42 proc. kosztów pracy nie trafia do pracowników. Luka między kosztem, który ponosi pracodawca zatrudniając pracownika, a dochodem netto tego pracownika jest olbrzymia – 6,2 tys. koszt pracy pracodawcy wobec 3,6 tys. na koncie pracownika.

W czerwcu 2019 r. koszty pracy w przedsiębiorstwach 10 plus wyniosły łącznie prawie 40 mld zł, z czego tylko 23 mld zł trafiły na konta pracowników tych firm. Pozostałe prawie 17 mld zł zasiliło finanse publiczne. W każdym wzroście wynagrodzeń i zatrudnienia partycypuje państwo i jest to oczywiste. Pytanie tylko, czy ta partycypacja powinna mieć tak dużą skalę – aż 42 proc. Jeśli mówimy o konieczności wzrostu wynagrodzeń w Polsce – bo ciągle są one dużo niższe niż w krajach 15 państw „starej” Unii Europejskiej – to patrzymy nie tylko na wynagrodzenia brutto (5,1 tys. zł w czerwcu), ale na to, jakie są koszty pracy (6,2 tys. zł) i ile z tego otrzymuje pracownik (3,6 tys. zł). Ważne dla gospodarki i gospodarstw domowych są bowiem te dwie skrajne wartości, bo one pokazują w jakim stopniu pracownicy i pracodawcy świadczą na rzecz państwa, a dalej – czy te podatki i daniny są efektywnie wykorzystywane.

Czas najwyższy rozmawiać nie o fragmentarycznych zmianach w istniejącym systemie podatkowym, w tym na przykład o obniżaniu podatków dla osób młodych, czy obniżaniu pierwszej stawki podatkowej, ale przygotować generalną zmianę systemu podatku PIT, tak aby zmniejszał on lukę „daninową”. Jest to szczególnie ważne w grupie pracowników o najniższych dochodach. Dobrze przeprowadzona reforma powinna też pozytywnie wpłynąć na poziom inwestycji w przedsiębiorstwach i równocześnie być neutralna dla finansów publicznych (budżetu centralnego i budżetów samorządowych).

Mieszkania zamiast F-35

W Polsce brakuje 2 mln mieszkań. Mamy pomysł przygotowany ze spółdzielcami. Państwo daje 800 tysiącom ludzi, którzy chcą mieć mieszkania nie większe niż 50 mkw., 50 tys. zł. To wkład własny przy kredycie czy w spółdzielni. To program, który w ciągu 10 lat rozwiąże problem mieszkaniowy na rynku pierwotnym w Polsce. To koszt 40 mld zł, czyli tyle, ile PiS wydał w wyborczym pakiecie, lub tyle, ile kosztuje zakup F-35 z USA wraz z uzbrojeniem i stworzeniem infrastruktury.
Zrównanie najniższej emerytury z najniższą rentą i najniższym wynagrodzeniem. Świadczenia do tej wysokości powinny być wolne od podatku. To koszt 8 mld zł rocznie. Sprawa numer trzy to wprowadzenie stażu pracy jako alternatywnego do granicy wieku warunku przejścia na emeryturę: 35 lat dla kobiet i 40 dla mężczyzn. Kolejna kwestia: każda umowa związana z zatrudnieniem, w tym umowa o dzieło, powinna powodować prawo do urlopu i ubezpieczeń społecznych. Następna sprawa to renta wdowia. Proponujemy, że jeśli emeryt lub emerytka umiera, to współmałżonek ma prawo do 85 proc. świadczenia osoby zmarłej lub zostawienia własnej renty plus 50 proc. świadczenia zmarłego partnera. Jeszcze jedna ważna sprawa to wprowadzenie ubezpieczenia pielęgnacyjnego. To konieczne w momencie, gdy szybko zwiększa się liczba osób w podeszłym wieku. Chcemy także zwrotu praw nabytych dla osób dotkniętych ustawą dezubekizacyjną. Do tego dochodzą postulaty świeckiego państwa. Będziemy mieli ok. 30 takich konkretnych pomysłów.
Nie kupię samolotów szturmowych, bo jako lider SLD nie zamierzam nikogo atakować. Nie będę również budował żadnego superlotniska, a takich absurdów jest masa.