Mieszkania zamiast F-35

W Polsce brakuje 2 mln mieszkań. Mamy pomysł przygotowany ze spółdzielcami. Państwo daje 800 tysiącom ludzi, którzy chcą mieć mieszkania nie większe niż 50 mkw., 50 tys. zł. To wkład własny przy kredycie czy w spółdzielni. To program, który w ciągu 10 lat rozwiąże problem mieszkaniowy na rynku pierwotnym w Polsce. To koszt 40 mld zł, czyli tyle, ile PiS wydał w wyborczym pakiecie, lub tyle, ile kosztuje zakup F-35 z USA wraz z uzbrojeniem i stworzeniem infrastruktury.
Zrównanie najniższej emerytury z najniższą rentą i najniższym wynagrodzeniem. Świadczenia do tej wysokości powinny być wolne od podatku. To koszt 8 mld zł rocznie. Sprawa numer trzy to wprowadzenie stażu pracy jako alternatywnego do granicy wieku warunku przejścia na emeryturę: 35 lat dla kobiet i 40 dla mężczyzn. Kolejna kwestia: każda umowa związana z zatrudnieniem, w tym umowa o dzieło, powinna powodować prawo do urlopu i ubezpieczeń społecznych. Następna sprawa to renta wdowia. Proponujemy, że jeśli emeryt lub emerytka umiera, to współmałżonek ma prawo do 85 proc. świadczenia osoby zmarłej lub zostawienia własnej renty plus 50 proc. świadczenia zmarłego partnera. Jeszcze jedna ważna sprawa to wprowadzenie ubezpieczenia pielęgnacyjnego. To konieczne w momencie, gdy szybko zwiększa się liczba osób w podeszłym wieku. Chcemy także zwrotu praw nabytych dla osób dotkniętych ustawą dezubekizacyjną. Do tego dochodzą postulaty świeckiego państwa. Będziemy mieli ok. 30 takich konkretnych pomysłów.
Nie kupię samolotów szturmowych, bo jako lider SLD nie zamierzam nikogo atakować. Nie będę również budował żadnego superlotniska, a takich absurdów jest masa.

Pokolenie LPP+

Blisko połowa wyborców to pokolenie LPP+, czyli Ludzie Po Pięćdziesiątce. Prawdziwa wyborcza siła.

W tym tygodniu z ust ważnego polityka Sojuszu Lewicy Demokratycznej usłyszałem: „jesteś z nas najstarszy”. Wyczułem zawoalowaną sugestię: czas na ciepłe pantofle i zapiecek. Daj sobie spokój z polityką. Nie! Nie ma zgody na ageizm. Bo to ageizm (czytaj: ejdżyzm) – dyskryminacja ze względu na wiek. I namawiam też z całą mocą wszystkich moich Czytelników i Czytelniczki. Reagujcie zdecydowanie. Gdy ktoś Wam powie, że jesteście gorsi. Bo starsi.

Kursantka

Dwa tygodnie temu media donosiły o tragicznym zdarzeniu. Na placu manewrowym Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Rybniku 68-letnia kursantka podczas swojego pierwszego w życiu egzaminu na prawo jazdy pomyliła pedał gazu i hamulca. Zamiast zahamować, z całym impetem uderzyła w próbującego ją zatrzymać instruktora. Instruktor poniósł śmierć na miejscu. Smutna sprawa.
Tylko co w tej tragicznej sprawie ma do rzeczy wiek kursantki? Mnie też, gdy uczyłem się jeździć, zdarzało się pomylić pedał gazu z pedałem hamulca. Miałem wtedy 18 lat. Odczytajmy newsa o tragicznej śmierci instruktora wraz z zamierzonym przez autora podtekstem. Stara baba. Zamiast siedzieć w domu i niańczyć wnuki, prawa jazdy przed śmiercią jej się zachciało. Pozwolić takiej zasiąść za kółkiem – to tragedia gotowa. To się nazywa właśnie ageizm.
Nie trzeba mieć samochodu, by na co dzień doświadczać ageizmu. Dwa lata temu, za czasów prezydentury Rafała Dutkiewicza, zadecydowano o kupnie nowych tramwajów dla Wrocławia. Problem w tym, że wybrano tramwaje wysokopodłogowe. Z pięciu dostępnych drzwi, tylko jedne nie wymagają drapania się po schodach. Sto tysięcy wrocławskich studentów nie drapie się – po prostu wskakuje. Dla wielu starszych, te dwa schody stanowią nie lada wyzwanie. I ten przejaw ageizmu władz Wrocławia pozostawi swój ślad niemal do połowy wieku. Tyle bowiem trwa czas życia wagonu tramwajowego.

Politycy

Wielu ludzi lewicy kopało mu już polityczny grób. I nie tylko polityczny. Podziwiam Leszka Millera. Obserwowałem jego pełną determinacji kampanię wyborczą. I zasłużoną wygraną. W Parlamencie Europejskim bardzo potrzebni są tak doświadczeni politycy jak on. Również tacy jak Bogusław Liberadzki. To on będzie nauczycielem szóstki europosłów i jednej europosłanki lewicy (SLD i Wiosny), którzy w Brukseli znaleźli się po raz pierwszy.
Kibicuję Joannie Senyszyn. Która mimo przeciwności zdrowotnych, przemierzyła całą trasę warszawskiej Parady Równości. Na łamach Trybuny pisze Czesław Cyrul – radny miasta Wrocławia z ramienia SLD. Znam jego pracowitość, doświadczenie i zaangażowanie. Ale gdy ważyły się losy jego kandydatury, te dwa słowa powtarzano cichaczem. Za stary.
Egzamin z tolerancji – to trudny egzamin. Myślę że przynajmniej wśród ludzi lewicy niewielu jest już takich, którzy na polityczne kwalifikacje Roberta Biedronia chcieliby patrzeć przez pryzmat jego orientacji seksualnej. Albo oceniać kompetencje Riada Haidara, lekarza i kandydata SLD w ostatnich wyborach, wypominając mu syryjskie pochodzenie. Czas na pozbycie się ageizmu. Słowa „za stary” są taką samą obelgą jak „pedał” czy „czarnuch”. I muszą zniknąć z miary, którą oceniamy ludzi.

LPP+

Zbliżają się wybory. Każda partia w swoich programach gdzieś nas upchnie. Nas – ludzi po pięćdziesiątce. Coś obieca. Że będzie więcej łóżek geriatrycznych. Że kolejki do lekarzy będą krótsze. PiS na haczyk wędki naniza trzynastą emeryturę. Która będzie, jak oni wygrają. Zawsze tak było. Przed wyborami. Coś się zmienia? Tak.
Starzejemy się. Każdy indywidualnie. I wszyscy razem. LPP+ to pokolenie Ludzi Po Pięćdziesiątce. Liczące sobie już prawie 14 milionów Polek i Polaków. Gdybyśmy się zebrali wszyscy – nie bacząc na okrzyki „za starzy” – wyborcza lista LPP+ pokonałaby prawicę i lewicę razem wzięte…
To nie jest manifest kolejnej partii. To tylko pokazanie „Kozakiewicza gestu”. Tym politykom, dla których pokolenie LPP+ jest wyłącznie targetem wyborczym. A nie normalnym życiem. Jak każde inne.
Oto pięć postulatów. Nie wiemy jeszcze, czy będzie jeden blok opozycji? Może dwa? Ale jestem zdania, że każda koalicja prodemokratyczna musi zaakceptować postulaty pokolenia LPP+. Ludzi Po Pięćdziesiątce. 14 milionów Polek i Polaków.

Emerytura

28 złotych i 50 groszy dziennie. Na czynsz. Prąd. Ogrzewanie. Jedzenie. Lekarstwa. I wszystkie inne przyjemności. Tyle wynosi budżet ponad 200 tysięcy emerytów zmuszonych do życia za minimalną emeryturę. Winy za ten stan rzeczy nie da się zrzucić na taki czy inny system emerytalny. To ewidentny przejaw ageizmu – przyzwolenia państwa na wykluczenie i dyskryminację całej rzeszy ludzi starszych.
Sojusz Lewicy Demokratycznej postuluje zrównanie najniższych świadczeń emerytalnych i rentowych z płacą minimalną. To słuszne rozwiązanie, do którego powinniśmy dążyć. Jednak po zaordynowanych w ostatnich latach przez PiS transferach socjalnych (nota bene kierowanych w przeważającej części do ludzi młodych) budżet wydaje się być napiętym do granic możliwości. Dlatego proponuję wprowadzenie corocznej indeksacji najniższych rent i emerytur w kwocie dwa lub trzy razy wyższej od wzrostu płacy minimalnej. To pozwoli na stopniowe niwelowanie różnicy pomiędzy minimalną płacą a emeryturą. Aż do pełnego zrównania obu świadczeń.

Zdrowie

Co trzeci pacjent odchodzi od aptecznego okienka z kwitkiem zamiast z lekarstwem. Ponad połowa z nich to ludzie starsi. Taki wynik dały badania przeprowadzone kilka lat temu przez Naczelną Izbę Aptekarską. Nie trudno zgadnąć, że również kolejki do lekarzy są domeną ludzi starszych. W nadchodzących wyborach temat zdrowia będzie z pewnością jednym z kluczowych. Jednak moim zdaniem, konieczne są rozwiązania radykalne.
Ten postulat zgłaszałem niedawno na łamach Trybuny – powołując się na artykuł 68 naszej Konstytucji. Gwarantujący równy i bezpłatny dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej dla wszystkich obywateli i obywatelek bez względu na ich sytuację materialną. Tak, dostęp do każdego lekarza, tego w publicznej przychodni i prywatnym gabinecie, powinien być refundowany ze składek wpłacanych do NFZ. A lekarstwa bezpłatne.
Budżet (również ten Narodowego Funduszu Zdrowia) nie jest z gumy – to oczywiste. Proponuję więc rozpocząć realizację programu całkowicie bezpłatnej opieki zdrowotnej od najstarszych roczników Polek i Polaków. Zakładając jednocześnie, że w przewidywalnym horyzoncie czasowym obejmie on przynajmniej całe pokolenie LPP+.

Podatki

Polskie Stronnictwo Ludowe pierwsze zaproponowało likwidację podatku dochodowego od emerytury. Pełna zgoda. Lewica również jest za likwidacją tej buchalteryjnej fikcji. Bo jak działa podatek od emerytury? Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, wypłacający emerytury i renty, jest corocznie dotowany z budżetu państwa kwotą rzędu 40 mld zł. A za chwilę część tej dotacji wraca z powrotem do budżetu w postaci podatku dochodowego. Klasyczne przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Przy czym obie kieszenie są państwowe. A cały zabieg głównie po to, by emeryci i renciści mieli złudne wrażenie, że ich świadczenia są wyższe.
W całym tym podatkowym galimatiasie jest jedno ale. Licząc na emeryturę bez podatku, nie liczmy na znaczny wzrost świadczenia. Bo dzisiaj od płaconego podatku dochodowego odliczana jest składka zdrowotna. Podatek zlikwidujemy, ale ona pozostanie.

Mieszkanie

Program mieszkaniowy dla seniorów? Każda siła polityczna obiecuje pomoc w uzyskaniu mieszkania ludziom młodym. Przyjmując milcząco, że starsi mieszkania po prostu mają. I tak. I nie. Inne są potrzeby rodziny z trójką dzieci. Inne starszej schorowanej osoby, mieszkającej na trzecim piętrze w domu bez windy. W wielu krajach ten problem dostrzeżono. W Polsce dotychczas nie.
Konieczne jest uruchomienie programu budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego w głównej mierze dla ludzi starszych. Nie, nie chodzi o żadne domy pomocy społecznej. Potrzeba dobrze wyposażonych, niewielkich mieszkań, przeznaczonych dla jednej lub dwóch osób. Z windą. Bez barier architektonicznych. Najlepiej z salką fitness i niewielką świetlicą. Gabinetem zabiegowym w pobliżu.
Drugi konieczny do uruchomienia program, to odwrócony kredyt hipoteczny. W poprzedniej kadencji Sejmu taki projekt był. Został uchwalony. Tylko że nie funkcjonuje. Do tego tematu trzeba powrócić. Odwrócony kredyt hipoteczny pozwoliłby wielu osobom starszym na podniesienie swojego standardu życia, pozwalając wykorzystać wartość posiadanego mieszkania lub domu.

Wypoczynek

Kiedyś były tanie i dostępne wczasy FWP. Potem OFE i złudna wizja emerytur pod palmami. W czerwcu zderzyliśmy się z rzeczywistością. Gdy czytaliśmy o stojącym godzinami w upale pociągu wypełnionym emerytami usiłującymi dostać się do sanatoriów. Dusznym i bez klimatyzacji – bo najtańszym.
Nakłady na leczenie sanatoryjne oscylują wokół 1 proc. wszystkich świadczeń NFZ. Oznacza to wyjazd statystycznego emeryta do sanatorium raz na 25 lat. Kpina. Innych form pomocy państwa w zorganizowanym wypoczynku ludzi starszych w zasadzie brak.
Postuluję odtworzenie popularnej w czasach PRL formuły wczasów FWP. Dofinansowywanych z państwowego funduszu, wczasów przeznaczonych dla najsłabszych ekonomicznie emerytów i rencistów. Pozwalających im, przynajmniej raz na jakiś czas, na spędzenie wakacji poza miejscem zamieszkania.

W Sejmie

Jeśli znajdę się na listach wyborczych w zbliżających się wyborach do Sejmu. Jeśli wyborcy po raz drugi powierzą mi mandat Posła Rzeczypospolitej Polskiej. Kolejne cztery lata chcę poświęcić pracy na rzecz społeczności LPP+. Ludzi Po Pięćdziesiątce. By postulaty ważne dla ludzi starszych przeistaczały się w zapisy polskiego prawa. By nikt więcej nie mówił, że jesteśmy do czegoś lub na coś za starzy. To chciałbym obiecać.

Budownictwo kwitnie, wykonawcy padają

Polski paradoks: im więcej jest w naszym kraju inwestycji, tym większe problemy mają przedsiębiorstwa, które je realizują.

Liczba mieszkań oddanych do użytkowania w ubiegłym roku wzrosła o 3,6 proc w porównaniu do 2017 r. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, zbudowano ich w minionym roku dokładnie 184783.
W ramach dwóch dominujących na rynku mieszkaniowym form budownictwa (deweloperzy i inwestorzy indywidualni) oddano odpowiednio 111,6 tys. (o 6,2 proc. więcej niż w 2017 r. ) i 66,7 tys. mieszkań (o 1,4 proc. mniej ).
Poza tym powstało trochę mieszkań w budownictwie spółdzielczym (3,0 tys. wobec 2,3 tys. w 2017 r.) oraz czynszowym, komunalnym i zakładowym (łącznie 3,5 tys. mieszkań, tj. o 6,0 proc. więcej niż przed rokiem).
W kategorii budownictwa czynszowego miały się też mieścić mieszkania budowane w ramach sztandarowego PiS-owskiego programu tanich mieszkań na wynajem. Program jednak nie wypalił, więc ekipa rządząca woli o nim nie wspominać.

Budują i plajtują

Z jednej strony rynek budowlany rośnie, co jest pozytywnym zjawiskiem. Z drugiej – ten wzrost rynku obnaża słabość finansową wielu jego uczestników.
Rzecz w tym, że duża skala trwających inwestycji wymaga też odpowiednio dużej skali zaangażowania kapitałowego firm budowlanych oraz współpracujących.
Aby skorzystać na zwiększonej fali zamówień, trzeba najpierw zaangażować – przynajmniej częściowo – środki własne. Banki niechętnie bowiem udzielają kredytów. I z tym wiele firm ma problem.
Niska rentowność w budownictwie nie jest zjawiskiem nowym, ale występuje obecnie ze szczególnym natężeniem. Z analizy Euler Hermes, globalnego ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że wiele firm już w latach ubiegłych zarabiało stosunkowo mało w stosunku do skali prowadzonych prac – i aby finansować swoje zobowiązania podejmowało się coraz to nowych zleceń.
Firmy nie zwiększały więc rentowności, a w ślad za tym nie gromadziły środków własnych – ale zamiast tego zwiększały ryzyko i zadłużenie.
Ta chroniczna słabość finansowa polskich firm budowlanych, a przynajmniej dużej części z nich, jest jedną z przyczyn obecnej fali niewypłacalności w budownictwie. Inne przyczyny to wzrost kosztów materiałów oraz zatrudnienia i stałe problemy ze znalezieniem pracowników.

Bywało już gorzej

– Nie widzimy obecnie warunków, aby sytuacja miała się odwrócić czyli, by kontrakty były na większą skalę renegocjowane za zgodą zamawiających, ceny materiałów i koszty pracy miały spaść, a dostępność pracowników i możliwości przewozowe materiałów zaopatrzeniowych miałyby się szybko zwiększyć – ocenia Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.
Branża doświadcza stałego już wzrostu liczby niewypłacalności. W 2015 r. – 146 upadłości, w 2018 r. – 172.
Ale jeszcze gorzej było w rekordowych pod tym względem latach 2012-2013, gdy upadło odpowiednio 273 i 253 firmy budowlane. Pamiętajmy jednak, że był to okres najniższego po roku 2000 tempa wzrostu gospodarczego w Polsce, wynoszącego w tych dwóch latach 1,9 i 1,6 proc.
Wzrost liczby niewypłacalności o 14 proc. dla całego budownictwa w skali 2018 roku nie świadczy zatem o powszechnym załamaniu. Jest to jednak już widoczny problem w sektorze infrastrukturalnym, gdyż na przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w tych pracach przypada obecnie 70 proc. przypadków upadłości. Pociągają one za sobą na dno wiele zaopatrujących firm produkujących materiały budowlane.
Średniacy mają trudniej
Łącznie całe budownictwo odpowiada za minimum 40 proc. liczby niewypłacalności wszystkich polskich przedsiębiorstw).
Profil upadających firm wskazuje na to, że największe problemy mają obecnie przedsiębiorstwa średniej wielkości, wyspecjalizowane w pracach towarzyszących inwestycjom infrastrukturalnym, głównie drogowym i kolejowym.
Upadają raczej nie najmniejsze i nie te największe – pierwsze są najbardziej elastyczne, szybciej mogą opuścić plac nierentownej budowy i znaleźć nową.
Natomiast największe mają z reguły na tyle zróżnicowane zamówienia oraz własne zaplecze finansowe (spółka matka dająca lub gwarantująca finansowanie), że z reguły nie słyszy się o ich problemach.

Przetrwają najlepsi?

Nic nie zapowiada radykalnych zmian na polskim rynku. Cały czas jest więc tak, że im większa skala inwestycji, tym większe są z reguły problemy z rentownością prowadzących je wykonawców, a więc i skala potencjalnych strat.
To paradoks, bo na świecie zwykle wzrost inwestycji oznacza zwykle okres prosperity dla tych, którzy je realizują – no ale w Polsce jest odwrotnie.
Dodatkowo – wspomniana wcześniej słabość finansowa naszych firm budowlanych widoczna jest nie tylko w trakcie czy na finiszu prac, gdy kontrakt „nie spina się” z poniesionymi kosztami, ale już często na początku, kiedy szerszy front robót wymaga odpowiednio większych nakładów, na które brak środków.
Zbyt rzadko stosowane są w Polsce takie rozwiązania, jak finansowanie zakupu materiałów budowlanych do 90 proc. ich wartości, jeszcze przed wykonaniem prac do których są niezbędne (jak czasami jest już np. na kolei).
– Zapowiedzi indeksacji kosztów i większej elastyczności zamawiających dotyczą nowych kontraktów, więc o ile to nastąpi, będzie mieć realny wpływ na rynek w odroczonej perspektywie kilku kwartałów, może nawet dwóch lat. Do tego czasu nie spodziewam się poprawy sytuacji – uważa Tomasz Starus.
Inna sprawa, że wzrost inwestycji, trudny do opanowania przez nasze firmy i pociągający za sobą falę niewypłacalności, wpływa też na oczyszczenie się rynku. Stopniowo eliminuje z niego firmy, najgorzej sobie radzące w niełatwym modelu polskiego budownictwa.
Dzięki tej selekcji naturalnej powinni przetrwać najlepsi.

Nie ma się co spieszyć

Wcale nie jest tak, że im wcześniej zapłacimy za przelot i za rezerwację hotelu, tym mniej nas to będzie kosztować. Czasem jest wręcz odwrotnie.

Przemyślane zaplanowanie urlopu może naprawdę się opłacać. Eksperci portalu KAYAK.pl przeanalizowali miliony wyszukiwań, aby znaleźć najlepszy moment na przygotowanie wyjazdu do najpopularniejszych miast Europy i świata.
Okazuje się, że wiedząc, ile miesięcy wcześniej zarezerwować loty i noclegi, w 2019 roku podróżni z Polski będą mogli, organizując swoje podróże, zaoszczędzić niekiedy nawet aż do 60 proc. – choć oczywiście nie będzie to częste.

Wcześniej to nie zawsze taniej

Osoby, które nie lubią planować wyjazdów z dużym wyprzedzeniem, mogą odetchnąć z ulgą. Okazuje się, że najlepszy czas na zarezerwowanie lotu do najchętniej odwiedzanych europejskich miast nie przekracza trzech miesięcy przed datą wyjazdu. Loty do Londynu, Lizbony i Splitu najlepiej rezerwować na dwa miesiące przed podróżą, a kupując bilety lotnicze do Rzymu, Santa Cruz de Tenerife, Luqi czy Malagi zaledwie miesiąc przed dniem wylotu, podróżni zapłacą za bilet co najmniej jedną trzecią mniej, niż w najmniej korzystnym momencie na dokonanie rezerwacji. Co więcej, zbyt wczesne zarezerwowanie lotów jest wręcz niewskazane, szczególnie w przypadku typowo wakacyjnych kierunków – najmniej korzystny moment na zakup biletów lotniczych do Barcelony, Rzymu, Aten czy Malagi to jedenaście miesięcy przed datą wylotu.
Polacy wybierający się do najpopularniejszych miast Europy mogą zaoszczędzić co najmniej 30 proc. ceny biletów. Największe różnice w cenach można zaobserwować w przypadku lotów do Luqi, Aten i Santa Cruz de Tenerife – bilety zakupione w najkorzystniejszym momencie są wtedy o ponad połowę tańsze. Jednak liderem tego zestawienia jest Londyn, ponieważ kupując lot do stolicy Anglii w odpowiednim momencie, podróżni zapłacą aż o 60 proc. mniej!
Natomiast podczas planowania dalszych podróży warto pomyśleć o zakupie biletów lotniczych z nieco większym wyprzedzeniem. Najwcześniej o rezerwacji lotów powinni pomyśleć podróżni wybierający się do Stanów Zjednoczonych. Zakup biletów do Los Angeles na 11 miesięcy przed datą wylotu pozwala oszczędzić 28 proc. w porównaniu do najmniej korzystnego momentu, a bilety lotnicze do Nowego Jorku kupione już na 10 miesięcy przed podróżą mogą kosztować o 25 proc. mniej.
Dobry „timing” ma największe znaczenie w lotach do Dubaju. Podróżni, którzy rezerwują tam bilety w najbardziej korzystnym momencie – czyli 5 miesięcy przed wyjazdem – płacą za nie o 56 proc. mniej niż osoby, które za planowanie wyjazdu zabiorą się z większym, 11-miesięcznym wyprzedzeniem.

Nocleg może poczekać

Może być zaskoczeniem, że nawet w przypadku niektórych odległych kierunków, czekając z kupnem biletów niemal na ostatnią chwilę, podróżni są w stanie nieco zaoszczędzić. Najlepszym momentem na zarezerwowanie lotu do Malé jest miesiąc, a do Phuket – 2 miesiące przed wylotem. Planując z większym wyprzedzeniem – odpowiednio 11 i 10 miesięcy – podróżni zapłacą za bilety lotnicze do obu miejsc ok. 15 proc. więcej.
Zwykle po kupieniu biletów lotniczych można zaczekać chwilę z zarezerwowaniem noclegu. Dla niemal połowy najpopularniejszych miast Europy najlepszym momentem na dokonanie rezerwacji w hotelach 3 – lub 4-gwiazdkowych są dwa miesiące – a w przypadku Rzymu zaledwie miesiąc przed datą przyjazdu, co może przynieść oszczędności wysokości nawet 40 proc., tak jak i w przypadku Pragi. O wcześniejszym zaplanowaniu noclegu – czyli nawet na 10-11 miesięcy przed podróżą – powinni zaś pamiętać podróżni wybierający się do Lizbony, Pafos i Paryża.
Podobna zasada dotyczy popularnych kierunków podróży położonych poza Europą. Podróżni z Polski planujący wyjazd do połowy miast z czołówki zestawienia – takich jak Dubaj, Bangkok czy Los Angeles – nie muszą się martwić o nocleg nawet do 1-2 miesięcy przed wyjazdem.

Wielkie powroty do łask

Są miejsca, które od lat niezmiennie królują w rankingach popularności, jak i takie, które na nowo dopiero zaczynają podbijać serca turystów lub wracają do ich łask. W 2018 roku największym wzrostem zainteresowania wśród podróżnych z Polski cieszy się południe Włoch, czego dowodem jest skok, jaki odnotował Neapol. Jak w przypadku większości europejskich kierunków podróży z zarezerwowaniem lotów do Neapolu warto wstrzymać się do 2 miesięcy przed wyjazdem, kiedy loty są o 58 proc. tańsze w porównaniu do najdroższego miesiąca.
Spośród pozaeuropejskich miast najbardziej wyróżnił się Tel Awiw, który w 2018 roku znalazł się na 18. miejscu zestawienia najpopularniejszych kierunków podróży, mimo że dwa lata wcześniej spadł aż na 63. pozycję. Rezerwując loty do Tel Awiwu, również warto pamiętać o dobrym timingu, ponieważ kupując bilety lotnicze w najkorzystniejszym momencie, czyli na 10 miesięcy przed wylotem, można zaoszczędzić nawet 46 procent.
Phuket i Palma de Mallorca to kierunki podróży, które w ostatnich latach stopniowo zdobywały popularność wśród podróżnych z Polski, by w 2018 roku znaleźć się w ścisłej czołówce rankingu: odpowiednio na 11. i 12. pozycji zestawienia. Także w przypadku tych miejsc zakup biletów lotniczych z 2-miesięcznym wyprzedzeniem to najlepsza strategia, aby zarezerwować lot w najlepszej cenie i oszczędzić odpowiednio 20 i 58 proc. w porównaniu do najmniej korzystnego miesiąca.
Najpopularniejsze wśród użytkowników z Polski kierunki podróży dla lotów i hoteli zostały określone na podstawie wyszukiwań przeprowadzonych na KAYAK.pl między 1.01.18 a 1.11.18 dla podróży w 2019 z miejscem wylotu w Polsce. Najlepszy moment na zaplanowanie podróży, dni podróży oraz ceny dla tych miejsc zostały określone na podstawie wyszukiwań przeprowadzonych między 1.01.17 a 1.11.18 dla podróży w 2018 roku.
Z tych analiz wynika, że odpowiednie planowanie potrafi bardzo pozytywnie wpłynąć na wakacyjny budżet. Często powtarzanym mitem jest to, że loty oraz noclegi należy rezerwować z jak największym wyprzedzeniem. Jednak może być całkiem odwrotnie, a wszystko zależy od tego, dokąd się wybieramy.

Nasz dług z wyższą oceną

To pozytywny sygnał, choć nie można twierdzić, że jest on wskaźnikiem dobrych perspektyw gospodarczych Polski. Zagrożeń bowiem nie brakuje.

 

W październiku agencja Standard & Poor’s podniosła wycenę długu publicznego Polski.
Długookresowy rating w walutach obcych został podniesiony z „BBB+” do „A-” (poziom A oznacza, że nasze obligacje są bezpieczne i warto je kupować), długookresowy rating w złotówkach z „A-” do „A”, natomiast krótkookresowy rating w złotówkach podniesiono z „A-2” do „A-1”.

 

Powrót do przeszłości

Wielu obserwatorów potraktowało ten ruch jako poprawę oceny długofalowych perspektyw gospodarczych Polski, podczas gdy w rzeczywistości to jedynie powrót do tego, co już było wcześniej.
Jest to bowiem cofnięcie obniżki ratingu, której S&P dokonała prawie trzy lata temu, w styczniu 2016 roku na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Tak wysoki rating, jak obecnie, Polska miała już w latach 2007-2015 – i to pomimo, że przypadał na nie globalny kryzys finansowy i kryzys wypłacalności w strefie euro.
Przywrócenie wcześniejszego ratingu to wynik m.in. pozytywnych zmian strukturalnych w sektorze prywatnym, które trwają niezależnie od polityki gospodarczej rządu PiS.
Rozwój sektora przedsiębiorstw, przy jednoczesnym odpływie pracowników z rolnictwa, podnosi produktywność polskiej gospodarki.
Oznacza to, że działania PiS nie zatrzymały pozytywnych zmian zachodzących w sektorze prywatnej przedsiębiorczości, chociaż ograniczyły stopę inwestycji prywatnych.

 

PiS nie zaszkodził gospodarce

Polska w 2017 roku po raz pierwszy od 1995 r. zanotowała nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących (0,3 proc. produktu krajowego brutto), co wskazuje na poprawę konkurencyjności naszej gospodarki. S&P przypisuje to zwłaszcza silnej nadwyżce w rozwijającym się sektorze usług.
Jak zauważa Fundacja Obywatelskiego Rozwoju, PiS wycofało się także z części kosztownych obietnic wyborczych (takich jak przewalutowanie kredytów frankowych czy podniesienie kwoty wolnej od podatku), a realizację pozostałych rozłożyło w czasie.
W efekcie roczny koszt realizacji wyborczych obietnic w ubiegłym roku wyniósł ok. 27 mld zł zamiast 59 mld zł zapowiadanych w kampanii – pomimo obniżenia wieku emerytalnego oraz wprowadzenia programu „Rodzina 500+”.
W 2018 r. szacowany koszt realizacji tych obietnic wzrośnie do ok. 35 mld zł (ze względu zwłaszcza na rosnące koszty obniżenia wieku emerytalnego). Opóźniając realizację części obietnic wyborczych i wycofując z innych, w warunkach dobrej koniunktury rząd miał czas na zwiększenie dochodów i obniżenie innych wydatków.
Samo zamrożenie progów podatkowych w podatku dochodowym od osób fizycznych, będące efektywnym wzrostem opodatkowania, przyniosło w ciągu trzech lat ok. 3-4 mld zł. Podatek bankowy to dodatkowe 4 mld zł.

 

Rząd zaprasza cudzoziemców

Jednocześnie, rząd hamując dynamikę płac w sferze budżetowej, w tym samym okresie zaoszczędził kolejne 4-5 mld zł. To zaś, w połączeniu z wyższymi wpływami z VAT dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego (obecnie szacowanemu na 13-19 mld zł) oraz dobrej koniunkturze (która podnosi także wpływy z innych podatków), zapobiegło wzrostowi deficytu pomimo nowych wydatków.
Ponadto, znaczny napływ cudzoziemców do Polski wspiera wzrost gospodarczy uzupełniając braki pracowników. Rząd PiS, wbrew antyimigracyjnej retoryce, nie zablokował ich napływu. NBP szacuje, że w 2017 r. przebywało w Polsce przeciętnie 900 tys. pracowników z Ukrainy.
Agencja S&P, pomimo przywrócenia wcześniejszego ratingu Polski, wymienia jednak szereg posunięć rządu PiS, negatywnych dla wzrostu gospodarczego.
W szczególności, jest to konflikt z Komisją Europejską który może zaważyć na dopływie funduszy UE dla naszego kraju, a także gorsza ocena rządów prawa w Polsce przez inwestorów.
Ponadto, niepewność regulacyjna hamuje inwestycje zagraniczne oraz małych I średnich przedsiębiorstw. Obniżenie wieku emerytalnego pogarsza perspektywy wzrostu gospodarczego, zaś podatek bankowy może osłabiać rentowność sektora bankowego.
Według FOR, dążenie do nacjonalizacji banków jest ryzykowne dla branży, polityka fiskalna jest nieco pro-cykliczna zamiast kontr-cykliczna, a szybki wzrost płacy minimalnej może przełożyć się na inflację.
Pozytywna natomiast była poprawa ściągalności VAT-u oraz ułatwienia dla cudzoziemców, wprowadzane przez rząd PiS. Potencjalnie, dobrym rozwiązaniem mogą się także okazać Pracownicze Plany Kapitałowe.

 

Mniejsze ryzyko

Na koniec, należy przypomnieć, że misją agencji ratingowych nie jest ocena perspektyw długofalowego wzrostu gospodarki danego kraju – ale ocena ryzyka niewypłacalności z punktu widzenia wierzycieli.
Dlatego agencje myślą raczej – i formułują swoje oceny – w perspektywie możliwości spłaty najdłuższych emitowanych obligacji skarbowych, których horyzont to 10-15 lat.
A zatem, traktowanie ocen agencji ratingowych jako wskaźników perspektyw długofalowego wzrostu w dłuższej perspektywie, na przykład 30 lat, czy dogonienia poziomu życia Zachodu, jest nieporozumieniem.

Firmy upadają, gospodarka kwitnie

Prawidłowością naszego życia gospodarczego jest to, że im szybciej rośnie produkcja, tym większa jest liczba przedsiębiorstw niewypłacalnych.

 

Liczba upadłości przedsiębiorstw w Polsce wciąż rośnie – a więc rośnie i ryzyko biznesowe prowadzenia działalności gospodarczej.
W pierwszym półroczu ogłosiło niewypłacalność 511 przedsiębiorstw wobec 418 w I półroczu 2017 r. – to jest o 22 proc. więcej niż przed rokiem. Rekordowy był czerwiec – zarówno pod względem liczby (105 niewypłacalności) jak i tempa ich przyrostu (wzrost o 48 proc. w stosunku do czerwca 2017 r.).

 

Nie zapłacimy – i co nam zrobicie?

Niewypłacalności te oznaczają niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców i innych partnerów, powodującą upadłość bądź konieczność podjęcia postępowania restrukturyzacyjnego. W żadnym z sektorów naszej gospodarki liczba plajt nie uległa zmniejszeniu.
Ciekawe, że choć mamy szybkie tempo rozwoju gospodarczego, liczba upadłości polskich firm wciąż rośnie – pomimo statystycznie wysokiego punktu odniesienia już w roku ubiegłym. Oznacza to, że polskie firmy w niezbyt wielkim stopniu korzystają z efektów tego wzrostu gospodarczego.
Owszem, produkcja i sprzedaż rosną, ale przy utrzymującej się z reguły niskiej rentowności oznacza to większe zaangażowanie kapitału własnego, bez proporcjonalnego wzrostu zysków.

 

Państwo nie pomaga firmom

Przedsiębiorcom utrudniają życie niekorzystne zmiany otoczenia biznesowego – rosną koszty pracy i zaopatrzenia.
Ponadto zaś, jak zauważa Euler Hermes, jeden z wiodących na świecie ubezpieczycieli należności handlowych, problemy polskich przedsiębiorstw wynikają z wprowadzania niekorzystnych dla nich zmian prawnych i podatkowych.
Znaczenie mają wreszcie czynniki leżące po stronie samego biznesu w naszym kraju: niewielka kreatywność, inercja, niewystarczająca aktywność, nie wykreowanie marek własnych – czyli wartości dodanej własnych produktów i usług – oraz brak poprawy efektywności zarządzania i zwrotu z kapitału.
Całe pierwsze półrocze 2018 r., a w szczególności drugi kwartał to zatem z jednej strony rosnące wskaźniki wzrostu gospodarczego, a z drugiej, równie szybko, a nawet bardziej intensywnie narastające sygnały ostrzegawcze dotyczące kondycji samych firm.

 

Koszty rosną szybciej od cen

Każdy sektor gospodarki ma specyficzne uwarunkowania, ale podstawowy powód tak szybkiego wzrostu liczby niewypłacalności jest jeden: koszty rosły szybciej niż ceny produktów i usług końcowych. W rezultacie spadały marże i wskaźniki rentowności. Szczególnie ciekawym przykładem jest budownictwo – osiąga kolejne rekordy, a jednocześnie ma coraz większe długi i problemy z płynnością.
Okazuje się, że wzrost popytu i konsumpcji pociąga za sobą większą skalę produkcji i sprzedaży ze strony polskich przedsiębiorstw – ale już niekoniecznie większe zyski, przynajmniej proporcjonalnie do skali wzrostu zaangażowanych środków własnych.
Nie rosną ceny, o czym świadczy niska dotychczas inflacja, zaś marże są ograniczane przez rosnące koszty. Zakaz handlu w niedzielę i wdrażanie przepisów RODO (nie mających żadnego znaczenia praktycznego, a wywołujących jedynie problemy) także rodzą dodatkowe koszty po stronie przedsiębiorstw.

 

Trudniej ale uczciwiej

– Można nawet powiedzieć, iż gremialnie firmy nie korzystają na zwiększonej konsumpcji, jak i na wzroście gospodarczym. One je finansują, i nie mówimy tu jedynie o „zacieśnianiu podatkowym” czy przeciwdziałaniu karuzelom vatowskim. Wprowadzenie mechanizmu podzielonej płatności może, przy zaletach tego rozwiązania dla budżetu mieć negatywny wpływ na płynność polskich firm – ocenia Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.
Jego tezie o tym, że polskie firmy finansują wzrost gospodarczy, przeczą jednak w oczywisty sposób ogromne wolne środki leżące na kontach przedsiębiorstw.
Wspomniany mechanizm podzielonej płatności oznacza, że firmy nie będą mogły tak jak dotychczas obracać „podatkową” częścią otrzymywanych należności. Będą dysponować będą jedynie należnością netto, same jednocześnie płacąc swoim dostawcom pełną należność brutto.
Część przedsiębiorców narzeka więc, że w tej sytuacji ich firmy de facto kredytować będą podatki. Niewątpliwie jednak zmusi ich to do większej uczciwości w działaniu.

 

Bez pomysłu i innowacji

Patrząc na profil upadłości firm produkcyjnych w Polsce dostrzec można w tym gronie sporą grupę firm produkujących różne wyroby z metali. To poniekąd wynik tendencji ogólnoświatowych: nadwyżki w produkcji stali i wyrobów ją wykorzystujących, co prowadzi do ostrej konkurencji cenowej.
Towarzyszy temu dodatkowo wzrost kosztów spowodowany zwłaszcza wyższymi cenami energii. Producenci nie mogą go sobie w prosty sposób zrekompensować równorzędnym wzrostem cen wyrobów końcowych.
Na szybkie dostosowanie cen wyrobów do kosztów produkcji pozwolić sobie mogą jedynie firmy, których produkty wyróżniają się pod względem niepowtarzalności, marki, renomy.
Niestety, nie ma w tej branży polskich producentów (produkujących zazwyczaj komponenty na eksport, a nie wyroby końcowe), którzy posiadaliby silną, rozpoznawalną markę w kraju i za granicą.
Polskie firmy zderzają się już z barierami średnich efektywności i przychodu. Ich nazwy nie są z reguły kojarzone z nowoczesnością, automatyzacją, innowacyjnością. Wręcz przeciwnie, wiele z nich wydaje się być przedstawicielami bardzo tradycyjnie prowadzonych biznesów i wykazują niezbyt dużą efektywność działania.
Wiele z tych firm przegrało walkę konkurencyjną, a przy stosunkowo dużych kosztach stałych i małej elastyczności, musiały one rozpocząć procedury upadłościowe.