Lekcje geopolityki Joe Bidena

Amerykański prezydent sprowadził polską klasę polityczną na twardą ziemię.
I znów polskie elity polityczne mogą sobie powzdychać. Pobiadolić o „zdradzonych o świcie” przez podstępne, obce siły.
Joe Biden, zamrażając sankcje wobec firm budujących gazociąg Nord Steam 2, usunął ostatnie przeszkody w jego ukończeniu. Uczynił tak, bo chciał pozyskać Niemcy. Znaleźć w nich sojusznika do polityki blokowania i powstrzymywania gospodarczego Chin.
Niemcy są najsilniejszą gospodarką w Europie. Najpoważniejszym światowym partnerem gospodarczym Chin. Zdolnym do uzyskiwania nadwyżki w handlu z nimi. I nawet jeśli polityczne stosunki niemiecko- chińskie chwilowo osłabną, to silnie zakorzenione niemieckie firmy w Chinach pozostaną. Niezależnie kto będzie rządził w Pekinie i Waszyngtonie.
Zwłaszcza, że dzięki Nord Stream 2 gospodarka niemiecka zapewni sobie długoletnie dostawy taniego rosyjskiego gazu. Dającego niemieckim firmom przewagę konkurencyjną. Tenże gaz będzie spłacany produktami niemieckich firm. Konkurencyjnymi i innowacyjnymi, bo wytwarzanymi dzięki taniej energii.
Czy Rosja znów wykorzysta kooperację z gospodarką niemiecką do zmodernizowania się? To już zależy od jej elit politycznych. Znamy z wieków wcześniejszych podobną, korzystną dla obu państw, kooperację.
Reakcje polskich polityków i dziennikarskiego „komentariatu” na amerykańską decyzję przypominały nastroje człeka gwałtowne wyrwanego z głębokiego snu. Obudzonego z przysłowiową „ręką w nocniku”.
Okazało się, że polska polityka wobec Rosji opierała się na niewzruszonym przekonaniu, że Nord Stream 2 nigdy nie powstanie. Dlatego nie warto było z Rosją rozmawiać.
A Berlinowi trzeba było wysyłać cyklicznie groźne pomruki. Rozbijać jedność Unii Europejskiej. Proponować przeniesienie wojsk amerykańskich z niemieckich baz do polskich „Fortów Trumpów”. Wypominać Niemcom zbrodnie i grabieże z ubiegłego wieku. I wyceniać polskie cierpienia na miliardy euro.
W nocniku, bez fajki
Polski sprzeciw wobec NS2 wynikał z politycznych, nie gospodarczych przesłanek. Był fundamentem polskiej „suwerenności”.Przejawem politycznej solidarności z Ukrainą i trzema republikami bałtyckimi. Bo gospodarczo na NS2 najbardziej straci Ukraina i Litwa.
Polska za rządów PiS przygotowywała się do redukcji zakupów gazu rosyjskiego. Uważanego za broń polityczną Kremla. Elity polityczne PiS planowały stworzyć w naszym kraju wielki port przeładunkowy gazu skroplonego. Importowanego z USA, Kataru i wszystkich innych państw niż Rosja.
W 2022 roku kończy się wieloletnia umowa polsko- rosyjska na dostarczanie gazu w Rosji. Nową umowę elity PiS chciały podpisać na nowych, już „suwerennych” warunkach. Bez ukończonego Nord Stream 2.
Za to z wybudowanymi gazoportami i dodatkowo z rurociągiem „Baltic Pipe” umożliwiającym dostawy norweskiego gazu do Polski. Posiadając takie asy przetargowe można siadać do negocjacji z Gasporomem.
Niestety konkurencyjny NS2 zapewne będzie w 2022 roku gotowy. Za to szumnie zwiastowanej „Baltic Pipe” raczej nie będzie. Przynajmniej do końca 2022 roku.
Bo elity PiS znowu wykazały się niekompetencją. Dopuściły do sytuacji,że władze duńskie cofnęły pozwolenie na budowę Baltic Pipe na jej terenie. W trosce o ochronę środowiska naturalnego.
Oczywiście pozwolenie można przywrócić, ale to wymaga czasu i fachowych działań. Niepodobnych do stylu negocjacji turoszowskich. Wymagających czasu.
Zatem z kart przetargowych pozostały tylko gazoport w Świnoujściu,magazyny gazu i własne złoża gazu. Czy wystarczą na „suwerenność energetyczną” dumnej IV RP?
Z boku, na stojaka
Prezydent Biden spotkał się z przywódcami Litwy, Łotwy i Estonii podczas niedawnego szczytu NATO. Zapewne obiecał im jakieś rekompensaty za zgodę na Nord Stream 2. Ukraińskiemu prezydentowi obiecał wsparcie militarne USA i NATO oraz program akcesji Ukrainy do NATO. Pod licznymi warunkami, niełatwymi do spełnienia.
Dzięki temu elity ukraińskie mogą mieć przekonanie, że ich państwo nie utraci kolejnych terenów na rzecz Rosji. Mogą łatwiej pozyskać amerykańskich inwestorów.
USA może naciskać na Rosję grożąc jej,że w razie braku ustępstw na innych polach, postępy amerykanizacji Ukrainy zostaną przyśpieszone.
A polskie elity polityczne zostały wykluczone z gry USA – Unia Europejska – Rosja – Chiny.
O amerykańskiej zgodzie na NS2 polski minister spraw zagranicznych dowiedział się z lektury amerykańskich gazet. Sam to przyznał w wywiadzie dla ”Rzeczpospolitej”. Nie mógł tej informacji potwierdzić w amerykańskiej ambasadzie, bo nie ma w Polsce ambasadora USA.
W czasie ostatniego szczytu NATO doszło co prawda do „historycznego szczytu Duda – Biden”. Obaj prezydenci spotkali się na korytarzu. Rozmawiali na stojaka,około czterech minut aż.
Prezydent Biden zapowiada „rewitalizację demokracji”. Ową „demokrację” będzie używał jako broń polityczną wobec Chin, Rosji i wszystkich innych państw, które uzna za „niedemokratyczne”. Polityka zagraniczna elit PiS polega na „wojnie kulturowej” ze „zdemoralizowaną Unią Europejską” i wojnie politycznej z Rosją.
Gwarantem bezpieczeństwa państwa polskiego elity PiS uczyniły prezydenta USA Donalda Trumpa. On także wojował kulturowo z Unią Europejską.
Generalnie polityka zagraniczna PiS oparta jest na sympatiach, i przede wszystkim antypatiach, personalnych. Nie na interesach gospodarczych. Prezydent Trump dalej jest kochany, a Putin znienawidzony. Choć obaj są na „wojnie kulturowej” z Unią Europejską.
Kanclerz Merkel jest dalej znienawidzona, choć gospodarka niemiecka jest największym partnerem polskiej.
Wszystkie inne oświecone państwa swą politykę zagraniczną budują też na interesach państwowych, nie personalnych miłościach. Dlatego przywódcy USA, Niemiec, Francji zawsze rozmawiają z prezydentem Rosji, którego elity polskie nienawidzą. Teraz w USA, największym gwarancie bezpieczeństwa militarnego państwa polskiego rządzi prezydent, który jest na „wojnie kulturowej” z elitami PiS. I który rozmawia z prezydentem Rosji, bo uznał, że jednak warto.
Co robić?
Można dalej nucić „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. Można też podjąć działania wedle realnej geopolityki. A nie mrzonek z ubiegłego wieku.
Skoro ten Nord Stream 2 jednak będzie skończony, to zamiast pluć na rurę z gazem, można podłączyć się do niej. Skoro „suwerenność energetyczna” oznacza dywersyfikację dostaw gazu, to czemu nie mieć dostępu do gazu amerykańskiego, katarskiego, rosyjskiego i w przyszłości norweskiego? Kupować ten najkorzystniejszy.
Skoro amerykański Wielki Brat rozmawia z Rosją, skoro liderzy Unii Europejskiej rozmawiają z przedstawicielami Rosji, czemu polscy politycy nawet podjąć rozmowy nie chcą? Boją się odrzucenia?
A na dobry początek mogą uczynić dobry gest. Niech władze polskie odmrożą mały ruch graniczny z obwodem kaliningradzkim. Uczynią taki mały krok dobrej woli.
Wyjdą z okopów. Bo teraz walczy się inaczej.

Co może mieć piernik do wiatraka?

Dwa tygodnie temu szewc Fabisiak cytował oświadczenie ministra Kurtyki jakoby pomiędzy Polską a Czechami uzgodniono powołanie grup roboczych w celu monitorowanie rozwoju sytuacji wokół kopalni Turów. Wypowiedź ta jest niespójna z tym co przed paroma dniami mówił wicepremier Sasin. Mianowicie to, że polski rząd do powołania takiego zespołu dopiero się przygotowuje.

Wygląda na to, że minister od klimatu i środowiska wzorem premiera Morawieckiego puścił uspokajającego fake newsa. I dopiero prawdomówny tym razem wicepremier wyłuszczył jak w istocie sprawy stoją a właściwie leżą. Po raz kolejny okazało się, że Czechów nie uda się wziąć na przeczekanie. Wnerwieni lekceważącą opieszałością ze strony polskiej zażyczyli sobie aby płaciła im karę w wysokości 5 mln euro dziennie. I dopiero ta perspektywa prawdopodobnie unaoczniła polskiemu rządowi, że jednak należy południowych sąsiadów traktować poważnie i dała impuls do próby podjęcia jakichkolwiek działań. Zanim jednak ów zapowiadany zespół się ukonstytuuje i przystąpi do rozmów ze stroną czeską będzie stukał licznik aż do momentu gdy Polska wreszcie zapłaci zubożając skarb państwa o miliony złotych. Tym jednak – uważa szewc Fabisiak – decydenci chyba niezbyt się przejmują. Skoro można było bezkarnie zmarnować mamonę na niedoszłe wybory, to czemuż by nie utopić kolejnych milionów. I żaden Banaś nam tu nie podskoczy – zauważa szewc Fabisiak. 

Kłopot z kopalnią Turów, choć jest to temat aktualnie nośny i budzący zrozumiałe emocje, nie jest jedynym problemem związanym z górnictwem węglowym a tym samym z przyszłością polskiej energetyki. Szewc Fabisiak nie należy do tych, którzy mają ekologicznego fisia na punkcie szkodliwości węgla. Uważa zatem, że należy go wykopywać póki jeszcze jest. Aż do momentu, gdy jego wydobycie okaże się na tyle kosztowne, że dużo tańsze będzie kupowanie go zagranicą co zresztą już powoli następuje. Natomiast pozostawianie pod ziemią energotwórczego surowca to zwykłe marnotrawstwo. W związku z tym należy odstawić na bocznicę dysputy na temat ewentualnych dat tzw. wygaszania kopalni. Tego typu myślenie jest – zdaniem szewca Fabisiaka – karykaturą gospodarki planowej.

Najczęstszym argumentem wysuwanym przeciwko węglowi jest to. że jego spalanie zanieczyszcza powietrze. Jest to fakt, jednak przy okazji warto zwrócić uwagę na to, że zadymiają nas również efekty spalania benzyny. I to chyba w większym stopniu, jako że kłęby dymu ze spalonego węgla wędrują sobie w grę i rozpływają się gdzieś w okołoziemskiej atmosferze, natomiast spaliny wdychamy bezpośrednio poruszając się po ulicach. Mimo to żaden z odłamów ruchu ekologicznego nie postuluje zaprzestania wydobycia ropy naftowej, której produkty emitują jeszcze bardziej szkodliwe niż węglowe wydzieliny. Czy dlatego, że lobby naftowe, zarówno prywatne jak i państwowe, jest na tyle silne i wpływowe, że podskakiwanie im nie odniosłoby żadnego efektu? Czy może tylko dlatego, że ekologistom brakuje wyobraźni i koncentrują się na szkodliwości węgla pomijając problemy związane z ropą naftową czy też zanieczyszczaniem akwenów wodnych? – zastanawia się szewc Fabisiak. 

Zamiast węgla  lansuje się odnawialne źródła energii. Są one co prawda ekologicznie czystsze, to jednak dużo mniej wydajne. Przede wszystkim są uzależnione od klimatycznych uwarunkowań na które nie mamy wpływu. Zostawmy węgiel, niech sobie gnije pod ziemią i zacznijmy używać wiatraków. I w tym momencie – jak zauważa szewc Fabisiak –  traci na aktualności znane porzekadło: co ma piernik do wiatraka. Otóż zasilane wiatraczną energią elektrownie będą wytwarzać prąd, który następnie zostanie wykorzystany przez zakłady cukiernicze do produkowania pierników. Z kolei kiedy wiatry będą wiały, to co prawda na zewnątrz będzie zimno ale za to w domu ciut cieplej zanim wiatr nie przestanie wiać. Dobra jest też energia słoneczna. Zwłaszcza zimą, kiedy słońce świeci krótko a kiedy jest zachmurzenie to już kicha. Można też budować elektrownie atomowe, które będą działać tak długo aż nie wybuchną.      Pozostaje jeszcze gaz z którym jednak możemy mieć kłopot. Obrażona na rosyjski gazociąg Nord Stream 2 i nie lubiąca Rosji jako takiej dumna Polska ma zamiar zrezygnować z dostaw rosyjskiego gazu. W zamian umyśliła sobie gazoport mający podobno przywozić nam gaz z Kataru. Podobno, gdyż o tych katarskich transportach jakoś ostatnio cicho – zwraca uwagę szewc Fabisiak. Ubytek gazu rosyjskiego ma rekompensować przypływający do tegoż gazoportu amerykański gaz skroplony. Będzie on prawdopodobnie droższy od tego z Rosji a jego dostarczane nam ilości raczej nie pokryją naszego zapotrzebowania. A właściwie nie raczej a na pewno – wprowadza korektę szewc Fabisiak – skoro przymierzamy się do budowy przewodów do przesyłania gazu z Morza Północnego za pośrednictwem tzw. Baltic Pipe. Tu jednak pojawia się problem, gdyż część tego gazociągu miałaby przebiegać na terytorium Danii. A ta nie wyraża na to zgody wyżej sobie ceniąc egzystencję zamieszkałych na tych terenach myszy i nietoperzy. W efekcie może dojść do tego, że będziemy zmuszeni kupować od Niemców gaz dostarczany tam politycznie groźną rurą Nord Stream 2 i zarobi na tym jakiś pośrednik. Polskie władze to jednak mają łeb do interesów – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak również na podstawie afery związanej z kopalnią Turów.

Fikcja rządowych działań antymonopolowych

UOKiK od ponad trzech lat pokazuje, jak to stara się zapobiec budowie gazociągu Nord Stream 2. W praktyce jednak, strona polska nic nie robi w tym celu.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył karę w postępowaniu przeciw Gazpromowi i pięciu międzynarodowym podmiotom, odpowiedzialnym za finansowanie i budowę gazociągu Nord Stream 2.
172 mln zł – tyle ma zapłacić spółka Engie Energy za nieudzielenie informacji. Oczywiście wiadomo, że nie zapłaci, ale UOKiK chce pokazać, że coś jednak robi w sprawie zwalczania Nord Stream 2. Szkoda, że to, co robi, robi tak powoli.
Wymierzona kara jest wynikiem braku współpracy w postępowaniu prowadzonym przez polski urząd antymonopolowego – Marka Niechciała. Postępowanie to UOKiK prowadzi już od dawna i bez żadnych efektów.

Udawać, że coś się robi

Sprawa budowy Nord Stream 2 była analizowana przez UOKiK w sierpniu 2016 roku. Wówczas prezes urzędu uznał, że planowana koncentracja między rosyjskim Gazpromem oraz pięcioma spółkami międzynarodowymi mogłaby doprowadzić do ograniczenia konkurencji – i przedstawił zastrzeżenia.
Uczestnicy konsorcjum dla pozoru wycofali więc wniosek w sprawie koncentracji spółek, ale w praktyce, robili to samo co dotychczas.
Ówczesna decyzja UOKiK w praktyce oznaczała zakaz połączenia. Formalnie nikt więc się z nikim nie połączył, ciężar budowy gazociągu wziął na siebie Gazprom – a budowa Nord Stream 2 postępowała bez przeszkód. Nasz UOKiK podchodził do tej sprawy jak pies do jeża, bo jest to wszak urząd rządowy, zaś polityka rządu PiS jest taka, że różni prominentni działacze obecnej ekipy gardłują przeciwko temu gazociągowi. Robią to jednak tylko na użytek krajowej publiczności, dla zwiększenia poparcia w sondażach. W praktyce jednak, rząd boi się zdecydowanie postawić stronie niemieckiej oraz rosyjskiej i nie chce jednoznacznie stwierdzić, że sprzeciwia się tej inwestycji. UOKiK niby więc zajmuje się próbami opóźnienia budowy Nord Stream 2, ale są to działania pozbawione jakiegokolwiek realnego znaczenia.

Urząd pokazuje, jak pręży muskuły

Gdy jednak wszem i wobec stało się wiadome, że nic nie dały zastrzeżenia urzędu zgłoszone wobec koncentracji spółek, UOKiK, chcąc nie chcąc, musiał znowu zająć się rosyjsko-niemieckim gazociagiem.
Od kwietnia 2018 roku UOKiK zatem ponownie analizuje sprawę tej inwestycji. Oczywiście trwa to długo i nie daje rezultatów, co szefowie UOKiK wyjaśniają tym, iż jest to precedensowe postępowanie antymonopolowe.
– Prowadzimy bardzo ważne postępowanie antymonopolowe w sprawie Nord Stream 2, którego skutki mogą mieć charakter międzynarodowy. Ustalając wysokość kary na Engie Energy braliśmy pod uwagę znaczenie tych informacji dla prowadzonego postępowania, a także umyślność działania tej spółki. Decyzja o ukaraniu to tylko jeden z etapów tego projektu – dodaje Marek Niechciał.
Jak informuje urząd, prezes UOKiK postawił zarzuty sześciu spółkom, które podejrzane są przezeń o sfinalizowanie transakcji mimo braku zgody polskiego urzędu antymonopolowego. Są to przedsiębiorcy należący do międzynarodowych grup: Gazprom z Federacji Rosyjskiej, Engie ze Szwajcarii, a także czterech pochodzących z Holandii: Uniper, OMV, Shell oraz Wintershall.
Zdaniem urzędu, działania uczestników konsorcjum mogą być próbą obejścia przepisów poprzez utworzenie spółki finansującej budowę gazociągu bez zgody organu antymonopolowego. Zarówno bowiem wycofane zgłoszenie utworzenia joint venture, jak i zawarcie późniejszych umów – które zawarto nie przejmując się zastrzeżeniami UOKiK – miało ten sam cel: sfinansowanie budowy Nord Stream 2.
Obecna decyzja UOKiK dotyczyła jednej z sześciu spółek – Engie Energy. Tyle, że UOKiK nałożył na nią karę nie za to, za co ją podejrzewa, czyli za udział w nielegalnym konsorcjum. lecz za …niedostarczenie dokumentów.
– Prosiliśmy spółkę o dokumenty i dane dotyczące umów zawartych z Gazpromem. Interesują nas informacje o paliwach gazowych, w szczególności dotyczące umów przesyłu, dystrybucji, sprzedaży, dostaw czy magazynowania. Dane te są niezbędne w prowadzonym postępowaniu antymonopolowym, w którym sprawdzamy czy Engie Energy oraz pięciu innych podmiotów utworzyły wspólnego przedsiębiorcę bez naszej zgody – tłumaczy Marek Niechciał prezes UOKiK.
Za nieudzielenie informacji podczas prowadzonego postępowania urząd może nałożyć na przedsiębiorcę maksymalnie karę do 50 mln euro. Korzystając z tego prawa, prezes UOKiK ukarał Engie Energy Management Holding Switzerland sankcją w wysokości 172 mln zł (równowartość 40 mln euro).
Uzasadniając tę decyzję UOKiK
wyjaśnia, iż spółka „uporczywie i bezpodstawnie” odmawiała przekazania UOKiK-owi żądanych dokumentów i materiałów.
– Spowodowało to istotne opóźnienie w prowadzeniu naszych działań dotyczących finansowania budowy gazociągu Nord Stream 2 – dodaje Michał Holeksa wiceprezes UOKiK.

Na święty nigdy

Te tłumaczenia pokazują, jaką linię argumentacji przyjmuje UOKiK, pragnąc usprawiedliwić swoją – czyli rządową – bezczynność. Okazuje się zatem, że ponad półtora roku cennego czasu UOKiK poświęcił tylko na to, aby dojść do wniosku, że wspomniana spółka nie dostarczyła mu w terminie wymaganych informacji. A jest tych spółek aż sześć! Zapewne UOKiK przeznaczy po półtora roku na ustalenie, że każda z pięciu pozostałych spółek także nie przekazuje wymaganych informacji.

Widać, że te wszystkie działania „antymonopolowe” są zwykła fikcją. Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku, a UOKiK wciąż jeszcze będzie wyjaśniać, że nic nie może zrobić, bo firmy uczestniczące w budowie gazociągu nie chciały mu udostępnić oczekiwanych informacji. I o to właśnie chodzi rządowi PiS: pokazywać elektoratowi, że walczy o polskie interesy, ale żeby jednocześnie nic nie zrobić w celu wstrzymania budowy Nord Stream 2.

 

Energetyczne gry

Gaz przetaczany pod powierzchnią Bałtyku i tankowce pływające przez Cieśninę Ormuz, choć geograficznie odległe, mają ze sobą wiele wspólnego. I obie podejrzanie interesują Wuja Sama.

Komisja spraw zagranicznych amerykańskiego Senatu przyjęła projekt ustawy nakładającej sankcje na przedsiębiorstwa biorące udział w budowie gazociągu Nord Stream 2. projekt autorstwa senatorów Teda Cruza i Jeanne Shaheen poparli zarówno demokraci jak republikanie. Za jego przyjęciem głosowało 20 członków komisji, przeciw padły dwa głosy.
Jeśli wejdzie w życie ustawa zabroni wjazdu do USA wszelkim osobom mającym związek ze „sprzedażą, dzierżawą, udostępnianiem lub pomocą w udostępnianiu statków” do układania rosyjskich gazociągów morskich na głębokości 30 metrów i więcej, a także zamrożenie ich aktywów, znajdujących się pod jurysdykcją Stanów Zjednoczonych. Takie sformułowanie oznacza, że zapisy ustawy będą mogły się stosować również do budowy innych gazociągów, na przykład między Rosją a Turcją.
Projekt powiela modelowe rozwiązania chętnie stosowane przez USA wobec firm i osób wziętych na celownik, opierające się na założeniu, że prawodawstwo amerykańskie może się rozciągać na wszystkich, którzy robią coś, co Ameryce się nie podoba. A nawet ingerować w sprawy, które Stanów Zjednoczonych nie dotyczą, nie dzieją się na ich terytorium i penalizować działania innych niż amerykańskie podmioty w nich uczestniczących. Już sam tytuł ustawy „Ustawy o ochronie bezpieczeństwa energetycznego Europy” brzmi ciekawie, bo – jakkolwiek sprawa budowy gazociągu Nord Stream 2 w Unii Europejskiej budzi kontrowersje i jest niechętnie traktowana przez szereg państw (m.in. Polskę), obrona „bezpieczeństwa energetycznego” kontynentu położonego po drugiej stronie Atlantyku w stosunku do USA jest obroną nieproszoną. Inna tylko sprawa, że tytuł mówiący wprost, że chodzi o obronę amerykańskich interesów przed konkurencją w postaci możliwości zwiększenia dostaw rosyjskiego gazu do Zachodniej Europy (przepustowość Nord Stream 2 ma wynieść miliardów metrów sześciennych gazu rocznie) wobec ambicji zastąpienia ich droższym skroplonym gazem amerykańskim. A zatem – jest to czysta hipokryzja i obrona nie Europy, a własnych interesów ekonomicznych.
Należy spodziewać się, że ustawa – choć musi być jeszcze przyjęta przez obie izby Kongresu i ewentualnie „sklejona” z projektem przygotowywanym przez Izbę Reprezentantów oraz podpisana przez prezydenta – wejdzie w życie. Pytanie, czy na tyle szybko, żeby faktycznie mogła zablokować budowę Nord Stream 2, bo według szefa austriackiego koncernu naftowo-gazowego OMV Rainera Seele układanie rurociągu zostało już zakończone w 70 proc. Oznacza, że pierwszy gaz może popłynąć jeszcze w tym roku.
Tymczasem sankcji doczekał się irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif. Amerykański Departament Skarbu ogłosił w tym samym komunikacie wszakże przedłużenie zgody na działanie zagranicznych firm biorących udział w irańskim cywilnym programie nuklearnym. Te sprzeczne sygnały tłumaczy, że dzięki temu jest wgląd w jego funkcjonowanie.
Z kolei amerykańskie projekty zablokowania Iranu poprzez zorganizowanie wspólnej misji wojskowej w cieśninie Ormuz, przez którą przepływa ok. 20 proc. światowego handlu ropą naftową, zorganizowanej pod hasłem „obrony bezpieczeństwa żeglugi” poza Wielką Brytanią nie spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem. Zdecydowanie negatywnie wypowiedział się o niej wicekanclerz i minister finansów RFN Olaf Scholz. Słowa Scholza należy uznać za wiążącą decyzję, gdyż zastępuje on faktycznie Angelę Merkel podczas urlopu. W publicznej telewizji ZDF powiedział on, iż ewentualny udział Niemiec w sporze między Iranem i Stanami Zjednoczonymi mógłby doprowadzić do dalszej eskalacji konfliktu, a sytuacja w regionie jest już i tak nadzwyczaj napięta.
Inicjatywa powołania wspólnych sił morskich operujących w tym rejonie pojawiła się po incydentach z udziałem jednostek irańskich oraz po zatrzymaniu przez Iran brytyjskiego tankowca Stena Impero pod zarzutem dokonania wykroczeń.

Bałtycka rura pokoju?

W barszczu kampanii wyborczej, rosole walk z kościelnymi pedofilami, polskiej opinii publicznej umknęło wiele ważnych, dziejących się fundamentalnych wydarzeń.

Nie wszyscy odnotowali, że państwo polskie właśnie zakończyło spór z państwem duńskim o bałtyckie terytoria. O tak zwaną „szarą strefę” leżąca między polskim bałtyckim wybrzeżem a duńską wyspą Bornholm. Teraz strefa ta została podzielona na duńską i polską strefę ekonomiczną. Duńczycy dostali znacznie więcej ze spornego od 40 lat terytorium. Polka za zgodę na mniejsze terytoria dostała duńską akceptację na budowy polskich morskich farm wiatrowych i wsparcie dla budowy gazociągu Baltic Pipe.
Czas pokaże, czy taki podział morza był strategicznie dla Polski korzystny.
Baltic Pipe ma połączyć polski system przesyłowy gazu ziemnego z systemem duńskim. I dzięki temu także z europejskim systemem transportującym gaz ziemny ze złóż norweskich.
Porozumienie o jego budowie podpisały w 2007 Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, duńska firma Energinet oraz operator gazociągów przesyłowych Gaz-System. W listopadzie 2018 podpisano umowę pomiędzy Polska a Danią o budowie gazociągu. Jego ukończenie spółka PGNiG planuje do 2022 roku.
W 2017 na podstawie sporządzonego studium opłacalności przedsięwzięcia uznano, że gazociąg będzie zyskowny przy rocznych dostawach do Polski 10 mld metrów sześciennych gazu. Dzięki temu, po wygaśnięciu obowiązującego do 2022 roku kontraktu na dostawy gazu z Gazpromem, nowy gazociąg pozwoli na zmianę głównego, czyli rosyjskiego, kierunku dostaw gazu do Polski. A może nawet umożliwi jego reeksport.
Gaz polityczny
Polsko-duński podmorski gazociąg ma być odpowiedzią na zagrożenia wynikające z budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream II. Poprowadzonego z rosyjskiego Wyborgu do niemieckiego Greifswaldu.
O długości ponad 1200 kilometrów. Ukończenie tej inwestycji zaplanowano na 2020 rok.
Zdaniem obecnego polskiego rządu projekt ten stanowi zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego dla Polski i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Zwłaszcza dla Ukrainy, która może dodatkowo utracić też wpływy z tranzytu rosyjskiego gazu do Europy.
Nord Stream II wzmocni także pozycję rosyjskiego Gazpromu, który już korzysta ze swej monopolistycznej pozycji w Europie Środkowo – Wschodniej. Gdyby przyszłości Gazprom skupił swą aktywność przesyłową tylko na podmorskich gazociągach, to straty na tranzycie rosyjskiego gazu mogą ponieść także państwa bałtyckie i Polska.
Gazociąg Baltic Pipe został uznany przez Komisję Europejską jako „Projekt o znaczeniu wspólnotowym” i otrzymał dofinansowanie z funduszu „Łącząc Europę”.
Być może taka przychylność Komisji spowodowana jest ciągłymi, nieskutecznymi, ale głośnymi propagandowo próbami zablokowanie przez polski rząd niemiecko- rosyjskiego gazociągu Nord Steream II. Wygląda na to, że Komisja proponuje polubowne rozwiązanie. Niech Polacy skupią się na budowie z Duńczykami swojej pomorskiej rury, a Niemcy i Rosjanie dokończą budowy swojej.
W niedalekiej przyszłości gazociąg Baltic Pipe ma stanowić wraz z otwartym w 2015 roku gazoportem w Świnoujściu tak zwaną „Bramę Północną”, czyli system infrastruktury pozwalający na import gazu od konkurencyjnych firm wobec rosyjskiego Gazpromu. Podstawę „strategii niezależności gazowej Polski”.
Powinna ona zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju, dać możliwość sprowadzania drogą morską i podmorską gazu ziemnego pochodzącego z każdego zakątku świata. Dzięki temu Polska z dużego konsumenta gazu ziemnego może także stać się w przyszłości dużym ośrodkiem jego dystrybucji.

Rok 2022

Polska importuje z Rosji ropę naftową w ilości ponad połowy krajowego zapotrzebowania. W ostatnich latach lawinowo rośnie import węgla kamiennego z Rosji. W obu przypadkach rząd polski i jego eksperci, nie mówią o „zgorzeniu bezpieczeństwa energetycznego” ze strony Rosji. Ani o „strategii niezależności energetycznej”.
Nawet kiedy dostarczana nam rosyjska ropa naftowa zostaje zanieczyszczona, jak to stało się niedawno, to polscy odbiorcy zachowują wielką powściągliwość i zrozumienie dla problemów rosyjskich dostawców.
W przypadku gazu ziemnego jest inaczej. Zapewne nie tylko dlatego, że import rosyjskiego gazu ziemnego zaspakaja ok.60 procent polskiego zapotrzebowania na ten surowiec.
Gaz ziemny został upolityczniony w Europie Środkowo- Wschodniej przez sprzedające go koncerny i wpierające je rządy.
Budując pierwszy Nord Sream władze Rosji chciały nie tylko zyskać efektywne ekonomicznie połączenie z Niemcami i odbiorcami z Europy zachodniej, ale też ukarać buntującą się wobec polityki Kremla Ukrainę. Pozbawić ją wpływów z opłat tranzytowych. Władze polskie wsparły Ukrainę, bez większej ekonomicznych korzyści dla siebie zresztą.
Wtedy też rosyjski monopol na dostawy gazu w Środkowej Europie próbowali po raz pierwszy złamać dostawcy norwescy. Ale wówczas nie było jeszcze infrastruktury przesyłowej, ani europejskich funduszy wspierających budowę nowych gazociągów.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat na polskim i środkowo- europejskim rynku pojawili się nowi, bardzo mocni i ekspansywni gracze.
Importerzy skroplonego gazu z Kataru wabiący niskimi jego cenami na wejściu.
Rynkiem gazu potrząsnął prezydent USA Donald Trump nie wstydzący się roli komiwojażera amerykańskich koncernów energetycznych. Jego oferta polityczno-biznesowa jest prosta. Po pierwsze – sprzedamy wam bezpieczeństwo, jeśli kupicie nasz gaz i nasze uzbrojenie. Po drugie – nie targujcie się o cenę gazu i uzbrojenia, bo bezpieczeństwo narodowe jest bezcenne.
To wszystko spowodowało, że Gazprom przestał mieć monopol na sprzedaż gazu w tym regionie. Choć nadal działa jakby to jeszcze nie dotarło do kierownictwa tego koncernu.
W 2022 roku kończy się wcześniejszy, wieloletni polski kontrakt z rosyjskim Gazpromem na dostawy gazu. Kontrakt wielokrotnie krytykowany przez ekspertów związanych z PiS.
Już dzisiaj wielu z polityków PiS zapowiada, że po 2022 roku Polska nie będzie już kupować gazu od Gazpromu. Bo ukończona do roku 2022 infrastruktura „Bramy Północnej” pozwoli na dostawy tego surowca od innych, nierosyjskich eksporterów.
Na razie mamy jeszcze rok 2019. Gazoport w Świnoujściu już działa, ma być rozbudowywany. Ale budowę Baltic Pipe zaplanowano dopiero na lata 2020 – 2022.
Chociaż umowa z Gazpromem kończy się za trzy lata, to już teraz polski rząd demonstruje swą niechęć do negocjowania przedłużenia tego kontraktu. Stawia wszystko na Baltic Pipe.
Być może jest to tylko taka pokerowa zagrywka negocjacyjna. Żeby wycisnąć z Gazpromu najlepszą cenę. Ale co będzie jeśli budowa polsko-duńskiej „bałtyckiej rury” opóźni się? I wtedy z wybrednego klienta staniemy się przypartymi do nieczynnej rury petentem?
Stawka jest wysoka jak na polityczne, rusofobiczne gry.

Zrobimy wszystko, co chcecie

Nasi sąsiedzi – Niemcy i Rosja – mogą być usatysfakcjonowani tym jak się zachowuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. To rząd układny, pokorny, unikający sporów z władzami tych państw i godzący się grzecznie na wszystko co leży w ich interesie.

Jeżeli chodzi o wschód, to rząd PiS od prawie trzech lat obrał wyraźny kurs na zbliżenie Polski z Rosją. Sprzyja temu oczywiście antyunijna polityka prowadzona przez PiS.
Strona polska z niechęcią uczestniczy w unijnych sankcjach nałożonych na Rosję, a rosyjskie retorsje stara się omijać za pośrednictwem Białorusi. Rząd wyciszył antyrosyjską propagandę obecną w tzw. „mediach publicznych”, zastępując je atakami na Unię Europejską oraz Ukrainę.
Ucichły – oczywiście z wyjątkiem rocznic katastrofy – rytualne pohukiwania oskarżające Rosję o spowodowanie tragedii smoleńskiej, nikt już nie domaga się na serio zwrotu wraku Tu-154.
No i oczywiście rząd PiS, w kontaktach z Rosją, unika rozmów o gazociągu Nord Stream 2, wiedząc, że ten temat może wywołać niezadowolenie strony rosyjskiej.

PiS razem z Rosją

Widomym przykładem, inspirowanego przez rząd PiS zbliżenia polsko-rosyjskiego jest program współpracy Polska-Rosja.
Rada Ministrów przyjęła ten program pod koniec 2017 r., ma on budżet wynoszący 62,5 mln euro, z czego około 41,5 mln euro pochodzi ze środków Unii Europejskiej.
Główne elementy programu Polska-Rosja to, jak głosi oficjalny polski komunikat: „zachowanie dziedzictwa historycznego, ochrona środowiska i kwestie zmian klimatycznych, poprawa dostępności regionów i rozwój odpornego na klimat transportu oraz sieci i systemów komunikacyjnych”.
Rząd PiS zabiegał o uruchomienie tego programu już od 2016 r., co nie było proste, bo trzeba było najpierw uzyskać zgodę Unii Europejskiej, którą Polska po usilnych staraniach, otrzymała w grudniu 2016 r. Potem podpisano wspólną umowę finansową, co Rosja uczyniła z lekkim opóźnieniem, bo jej mniej zależało niż nam no i musiała dokładnie przeanalizować, czy program odpowiednio zabezpiecza jej interesy.
Rząd PiS niespecjalnie się chwali zbliżeniem z Rosją, wiedząc, że to wywoła niezadowolenie części tradycyjnego elektoratu. Kamufluje tę politykę propagandowymi bajkami o wybijaniu się na niezależność za sprawą planowanego przekopania Mierzei Wiślanej. Czyny są jednak ważniejsze niż słowa.

Żeby Niemcy byli zadowoleni

Rząd PiS zachowuje się układnie i bezkonfliktowo także w relacjach z Niemcami. W rządowych mediach przestano już opowiadać o rzekomych odszkodowaniach za straty wojenne, jakie Polska ponoć chciałaby uzyskać. Żaden członek polskiego rządu nigdy zresztą nie odważył się poruszyć tej kwestii w rozmowach z władzami niemieckimi.
Więcej! – rząd PiS nawet nie wypracował własnego stanowiska w kwestii reparacji od Niemiec, wiedząc, że już to wywołałoby niezadowolenie rządu naszego zachodniego sąsiada (który, owszem, swoje stanowisko przedstawił, stwierdzając naturalnie, że o reparacjach nie ma mowy).
Niewygodnego tematu reparacji unika też prezydent Andrzej Duda, który ustami swych urzędników ogłosił, że do sprawy mógłby się ewentualnie odnieść, kiedy będzie oficjalne stanowisko polskiego rządu.
Rząd PiS podobnie zachowuje się i w kwestii Nord Stream 2. W tym przypadku obecna ekipa próbuje być jednak nieco bardziej zniuansowana. Z jednej strony, oczywiście nie chce w żaden sposób urazić władz Niemiec i Rosji, z drugiej jednak, odgrywa teatr mający pokazać publiczności (wybory przecież coraz bliżej), iż twardo broni polskiej suwerenności przed unijnymi zakusami.
A ponieważ Unia Europejska nie zamierza przeszkadzać w budowie Nord Stream 2, zatem rząd PiS podejmuje pozorne działania, sugerujące jakoby to on próbował wstrzymać układanie drugiej nitki gazociągu przez Bałtyk. Oczywiście rząd niczego takiego nie robi – ale pragnie stworzyć takie wrażenie na elektoracie.
Dlatego też, choć nigdy żaden przedstawiciel polskiego rządu nie zażądał od władz niemieckich wstrzymania budowy Nord Stream 2, strona polska podczas unijnych spotkań czy rozmów polsko-niemieckich, raz czy dwa stwierdziła półoficjalnie, iż w kwestii Nord Stream 2 „stanowisko Polski jest nieco odmienne od stanowiska Niemiec”.
Była to najostrzejsza forma „protestu” w sprawie budowy Nord Stream 2 na jaką zdobył się rząd PiS w kontaktach dyplomatycznych.
Pozostało to oczywiście niezauważone i tylko niemiecki minister spraw zagranicznych dla porządku stwierdził w styczniu tego roku, że nikt nie przeszkodzi w zbudowaniu Nord Stream 2. I naturalnie miał rację, bo rząd PiS nie zamierza przeszkadzać.

UOKiK pozoruje sprzeciw

Rząd usiłuje jednak, jak wspomniano, stworzyć wrażenie, że wykonuje jakieś czynności utrudniające budowę Nord Stream 2. Do tych działań pozorujących oddelegowano Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK od końca 2016 r. udaje, że się na poważnie zajmuje gazociągiem. Jako, że jest to urząd nie tylko polski ale i unijny, teoretycznie mógłby zablokować budowę Nord Stream 2.
UOKiK najpierw odrzucił wniosek sześciu firm zagranicznych o zawiązanie konsorcjum mającego zbudować gazociąg – czym oczywiście nikt w Europie się nie przejął. Formalnie budowę podjął sam Gazprom, ale zasilany pieniędzmi i logistyką pozostałych pięciu partnerów.
W 2017 UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające, podejrzewając, iż Gazprom jednak nie działa sam (co było i jest powszechnie wiadome). W maju ubiegłego roku wytoczył zaś oficjalne postępowanie przeciw Gazpromowi i pięciu innym firmom, razem z nim realizującym tę inwestycję. Nasza rządowa propaganda zaczęła głosić, iż UOKiK wstrzyma budowę Nord Stream 2 – po czym zapadła cisza.
Podobno UOKiK cały czas prowadzi analizę zgromadzonego materiału. Można przypuścić, że skończy ją wtedy, gdy gazociąg Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku.
I tak właśnie wygląda skuteczność naszego urzędu antymonopolowego i obrona polskich interesów w wykonaniu rządu PiS.

Żadnych marzeń, panowie!

Nikt się nie przejmuje, niemrawo wyrażanymi obiekcjami rządu PiS.
Zmiana unijnej dyrektywy gazowej oznaczać będzie, że gazociąg
Nord Stream II na pewno powstanie.

Polski resort energii ocenia niedawną decyzję Rady Unii Europejskiej w sprawie rewizji dyrektywy gazowej, jako „przełomową” i korzystną z punktu widzenia Polski. Podobnie uważa nasze ministerstwo środowiska.
Ale nadzieje na wstrzymanie budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream 2 oddaliły się prawdopodobnie bezpowrotnie. Być może inwestycja ta zostanie tylko nieco opóźniona. Cóż, diabeł tkwi w szczegółach, których jeszcze dokładnie nie poznaliśmy.
Wiadomo jedynie, że dzięki nowemu kształtowi projektu dyrektywy zaproponowanemu w piątek przez komitet ambasadorów państw unijnych, Gazprom nie zbuduje w Europie gazociągu Nord Stream 2 bez nadzoru Unii Europejskiej.

Rządowy optymizm

Co to wszystko oznacza z punktu widzenia interesów naszego kraju? Niewiele, bo ów nadzór UE ma obejmować jedynie odcinek niemiecki gazociągu.
Jak obawia się jeden z ekspertów rynku energetycznego, Wojciech Jakóbik, ta dyrektywa może ponadto zostać zmieniona w kierunku, który uczyni ją neutralną względem budowy Nord Stream 2. „O sposobie wdrożenia przepisów unijnych wobec projektu zdecydują sami Niemcy. Sugeruje to informacja o kompromisie Francji i Niemiec w sprawie zapisów dyrektywy, która pogrzebała nasze nadzieje na odsiecz Francuzów po myśli strony polskiej” – stwierdził Jakóbik.
Optymistą pozostaje jednak minister energii Krzysztof Tchórzewski. – Dzięki budowanej wytrwale przez Polskę szerokiej koalicji państw członkowskich, ambasadorzy poparli korzystny projekt, który jednoznacznie eliminuje funkcjonowanie gazociągów z państw trzecich w próżni prawnej – podkreśla.
Według jego resortu, decyzja podjęta przez wczoraj oznacza, że ambasadorowie unijni poparli projekt rumuńskiej prezydencji, zgodnie z którym wszystkie gazociągi działające na terytorium krajów UE oraz podmorskie będą podlegały przepisom prawa europejskiego.

Koniec duopolu?

A zatem, funkcjonowanie gazociągów musi być objęte rozdziałem właścicielskim: czyli, inna firma jest właścicielem gazociągu, inna – zajmuje się przesyłem gazu. Obowiązywać musi też zasada dostępu stron trzecich do gazociągu – jego właściciel musi umożliwić korzystanie z niego wszystkim firmom, chcącym wykorzystywać go do tłoczenia w nim gazu. Wreszcie, powinna nastąpić przejrzystość ustalania taryf przesyłowych.
Co istotne, stosowanie prawa UE będzie podlegało kontroli organów krajowych i instytucji unijnych.
„Przyjęcie dyrektywy w takim kształcie oznacza koniec sytuacji, gdy o budowie, która ma wpływ na cały region, rozmawiają tylko rządy dwóch państw. W tym przypadku: Niemiec i Rosji” – dodaje portal Money.pl.
Ponadto portal powołuje się na anonimowe unijne źródło, według którego „umowa dwustronna niemiecko-rosyjska będzie podlegała sprawdzeniu przez Komisję Europejską, jeśli chodzi o jej zgodność z normami unijnymi”.
Natomiast inne anonimowe źródło unijne, na które powołuje się z kolei PAP ocenia, że niedawne uzgodnienia w sprawie dyrektywy gazowej, w praktyce oznaczają, że konieczne będzie „wynegocjowanie umowy międzyrządowej ze stroną rosyjską, żeby zapewnić ciągłość stosowania tego prawa na całym odcinku gazociągu. Dlatego, że gazociągu nie da się podzielić”.

Misja Jerzego Buzka

Według portalu BiznesAlert.pl były premier, a obecnie europoseł Platformy Obywatelskiej, Jerzy Buzek, który ma przewodniczyć dalszym debatom w europarlamencie nad ostatecznym kształtem dyrektywy gazowej, uważa, że Parlament Europejski może zaostrzyć niektóre zapisy rewizji w toku dalszych negocjacji. – Nasze stanowisko jest jednoznaczne: prawo unijne, czyli trzeci pakiet energetyczny, musi obowiązywać na terytorium całej Unii Europejskiej – stwierdza Buzek. Jego rolą powinno być więc poprowadzenie negocjacji tak, jak tego wymaga polska racja stanu
– Jestem przekonany, że Parlament Europejski, który od początku żarliwie popiera propozycję Komisji Europejskiej będzie dążył do wypracowania jeszcze bardziej ambitnego tekstu – dodaje minister Tchórzewski.
A w praktyce, ostateczny kształt dyrektywy (choć nie zatrzyma ona Nord Stream II)może zależeć w dużej mierze właśnie od Jerzego Buzka, stojącego przecież w opozycji do obecnego rządu.

Konflikt z EHF kosztuje coraz więcej

Europejska Federacja Piłki Ręcznej (EHF) znów nałożyła na polskie kluby grzywny za odmowę używania loga oficjalnego sponsora Ligi Mistrzów, Nord Stream 2.

 

EHF co tydzień publikuje oświadczenia, w których informuje o karach nakładanych na PGE Vive Kielce i Orlen Wisłę Płock. W tym tygodniu komunikat dotyczył sankcji na odmowę użycia logo Nord Stream 2 w meczach 5. kolejki Ligi Mistrzów. Oba polskie zespoły oczywiście zagrały z wklejonymi jego miejsce logami fundacja PLAY International, ale ze swoich koszulek usunęły też loga PGE i Orlenu. Dla władz europejskiego szczypiorniaka nie jest to jednak satysfakcjonujące rozwiązanie, zwłaszcza że na egzekwowaniu swoich praw marketingowych EHF zarabia tera podwójnie, albowiem wzięła już pieniądze od konsorcjum Nord Stream 2, a teraz dodatkowo wyciąga pieniądze od sponsorujących polskie kluby koncernów PGE i Orlen, bo to one zwracają klubom zapłacone grzywny.

Pierwsza kara finansowa wynosiła ponoć 12,5 tys. euro, a każda następna była podwyższana, co może oznaczać, że EHF wydoiła już niechętnych Nord Stream 2 Polaków na co najmniej 100 tys. euro i jak tak dalej pójdzie, do końca ich udziału w rozgrywkach wyciągnie od PGE Vive i Orlenu Wisły prawie tyle samo pieniędzy, ile zapłacił jej w ramach sponsoringu Ligi Mistrzów Nord Stream 2. Przeprowadzone w ubiegłym tygodniu w Wiedniu negocjacje z działaczami EHF, jak nietrudno zgadnąć zakończyły się fiaskiem.

 

Sukces PGE Vive w Lidze Mistrzów

Szczypiorniści PGE Vive Kielce w 5. kolejce Ligi Mistrzów EHF pokonali u siebie Vardar Skopje 31:27 i dogonili mistrza Macedonii w tabeli grupy A. Gorzej wiedzie się Orlenowi Wiśle Płock. „Nafciarze” przegrali z Dinamem Bukareszt 21:24 i wypadli z czołówki grupy D.

 

Takie mecze jak PGE Vive z Vardarem są ozdobą rozgrywek Ligi Mistrzów, bo wyrównany poziom zespołów gwarantuje znakomite i emocjonujące widowiska. W starciu mistrzów Polski i Macedonii tym razem dominowały jednak brutalne faule, niesportowe gesty ze strony graczy obu zespołów, prowokacyjne zachowania, kłótnie na parkiecie i przy stoliku sędziowskim. Walka toczyła się więc na noże i nikt w niej nie chciał odpuścić.

Podopieczni trenera Tałanta Dujszebajewa uzyskali jednak przewagę i do przerwy momentami prowadzi nawet z przewagą czterech trafień, ale na krótki odpoczynek schodzili tylko z jednobramkowym prowadzeniem (16:15). Po zmianie stron atmosfera na boisku zrobiła się jeszcze bardziej gorąca, do czego swoje trzy grosze dorzucili sędziowie, wykluczając z gry Alexa Dujshebaeva, chociaż to rywale powstrzymali nieprzepisowo jego atak. Kielczanie zareagowali błyskawicznie i odskoczyli macedońskiej ekipie na pięć bramek. Vardar próbował jeszcze odrobić stratę, ale kielczanie kontrowali bezbłędnie i ostatecznie zwyciężyli wynikiem 31:27. Dzięki tej wygranej w tabeli grupy A zrównali się punktami z mistrzem Macedonii oraz zespołem FC Barcelona Lassa.

Natomiast drugi z naszych zespołów w Lidze Mistrzów, Orlen Wisła Płock, przegrał z Dinamem Bukareszt 21:24 (10:13). „Nafciarze” przez tę porażkę wypadli w grupie D na trzecie miejsce nie dające awansu do kolejnej fazy rozgrywek, ale do prowadzącego zespołu Dinama traci dwa punkty, a do drugiego w tabeli hiszpańskiego Abanca Ademar Leon jeden, więc wciąż ma jeszcze szanse nawet na wygranie rywalizacji w grupie. Wcześniej, bo już w środę 17 października, czeka płocczan starcie z PGE Vive w krajowej ekstraklasie. Wynik tej kolejnej „świętej wojny” da odpowiedź, w jakim miejscu znajdują się oba zespoły.
Oba polskie kluby od lat ze sobą zaciekle rywalizują o pryma w Polsce, ale w tym sezonie na forum międzynarodowym są zmuszone do ścisłej współpracy.

Chodzi o sankcje EHF za odmowę eksponowania przez PGE Vive i Orlen Wisłę podczas meczów w Lidze Mistrzów loga sponsora rozgrywek konsorcjum Nord Stream 2. Właśnie europejska federacja po raz trzeci ukarała je za to grzywnami finansowymi, a jak wieść niesie, kolejna odmowa może skutkować wykluczeniem obu polskich zespołów z rozgrywek. We wtorek w Wiedniu odbyło się w tej sprawie spotkanie, lecz nieprzejednane stanowisko obu stron nie rokowało na satysfakcjonujące dla wszystkich zainteresowanych rozwiązanie.

Zmianę nastawienia EHF widać choćby w pominięcie gracza PGE Vive w „siódemce kolejki”. Wcześniej zawsze któryś z kielczan trafiał na listę wyróżnionych, a tym razem nikt się nie znalazł mimo wygranej z Vardarem Skopje.

 

Spór o Nord Stream 2 trwa

Europejska Federacja Piłki Ręcznej (EHF) nie odpuszcza polskim klubom grającym w Lidze Mistrzów. PGE Vive Kielce po raz drugi musi zapłacić karę finansową za zakrycie loga głównego sponsora rozgrywek Nord Stream 2. Podobna sankcja dotknie też zapewne Orlen Wisłę Płock, która zrobiła to samo.

 

Polskie kluby weszły w konflikt z EHF po tym, jak federacja bez żadnych konsultacji podpisała umowę sponsorską z Nord Stream 2, spółki konkurencyjnej dla głównych sponsorów Vive Kielce (PGE) i Wisły Płock (Orlen). Nasze koncerny są spółkami skarbu państwa i są pod kontrolą państwa, a polski rząd sprzeciwia się budowie Gazociągu Północnego biegnącego po dnie Bałtyku.

W myśli podpisanej przez EHF umowy sponsorskiej wszyscy uczestniczy rozgrywek Ligi Mistrzów są zobowiązani do eksponowania na koszulkach meczowych logo Nord Stream 2 oraz na parkietach, bandach i wszelkich materiałach promocyjnych. PGE Vive i Orlen Wisła uznały, że dla nich większą wartość mają ich umowy z polskimi sponsorami i na znak lojalności z nimi zrezygnowały z używania emblematów Nord Stream 2, za co zostały ukarane przez europejska federację grzywnami. Ich wysokość została utajniona, ale z przecieków wynika, że było to 12,5 tys. euro, ale te kwoty zostały im ponoć zrefundowane przez PGE i Orlen.

Ostatecznie władze EHF zgodziły się, aby polskie kluby w Lidze Mistrzów w meczach u siebie występowały bez loga Nord Stream 2 na koszulkach, ale też bez znaków graficznych PGE i Orlenu, które zastąpiły loga Lumi oraz Vervy, natomiast w miejscu Nord Stream 2 pojawiło się logo fundacji PLAN International. A ponieważ te rozwiązanie podtrzymały także także na wyjazdach, federacja nałożyła na nie kolejna grzywnę. EHF zaproponował obu polskim klubom i ich sponsorom spotkanie mediacyjne, które wyznaczono na 16 października w Wiedniu.