Inny kapitalizm jest możliwy, ale postkapitalizm – konieczny

Od logiki zysku do arytmetyki potrzeb na miarę limitów przyrody w telemeledemokracji widzialna polityka przeniosła się do studia telewizyjnego. Tutaj politycy drugiego szeregu oraz wspierające ich drużyny dziennikarskiego komentariatu walczą na słowa, miny, pozy, rzadko argumenty.

Tematy przynosi bieżąca gra polityczna między rządzącymi a opozycją. Ta zaś toczy się wokół drożejącego koszyka zakupów, rosnącego długu publicznego, upartyjniania państwa, zagrożeń ze strony Rosji, zmian w obsadzie głównych ról przedstawienia. Poza zasięgiem kamery telewizyjnej znajdują się filary, na których wznosi się scena polityczna. To neoliberalny, globalny, marnotrawny i niemoralny kapitalizm. Samoczynnie wytwarza piramidę bogactwa i władzy dla coraz węższego grona posiadaczy aktywów – „inwestorów”. W efekcie los ludzkości spoczywa w rękach psychotycznych łowców rent w rodzaju Jeffa Bezosa czy Elona Muska. Ich pasje i fobie, a nie publiczna debata i decyzja, przesądzają o zakresie prywatności, o pracy dla wszystkich bądź bezrobociu, o jakości życia ludzi i ich relacji z przyrodą. I to w sercu przewodniej siły ludzkości. Nie słabnie „przedziwna wiara w to, że działania najbardziej pazernych ludzi, motywowane najbardziej ordynarnymi pobudkami, przyniosą korzyści całemu społeczeństwu”. Tak J.M. Keynes określił proroczo kapitalizm.

System kapitalistyczny odwirowuje nadwyżkę na konta właścicieli, udziałowców, menedżerów wielkich korporacji przemysłowych, handlowych, technologicznych, finansowych. Reszcie pozostają resztki. System ten powstawał w ciągu XIX wieku. Była to „wielka transformacja” opisana w przez antropologa Karla Polanyi`ego. Wyróżnikiem nowego typu społeczeństwa stał się skokowy wzrost produktywności pracy, z czasem głównie dzięki naukopochodnej technice. Jego niezmienne cechy to: renta z kapitału, konkurencja między kapitałami, innowacyjność technik produkcji, eksploatacja siły roboczej i związany z nią konflikt klasowy między pracą a kapitałem oraz rosnąca eksploatacja biosfery. W wymianie rynkowej chodzi zawsze o zysk w obiegu pieniężno-towarowym: pieniądz=>towar=>więcej pieniądza. Zmienia się natomiast ład produkcyjny, czyli pola akumulacji kapitału, technika i technologia, regulacja stosunków pracy i sfery publicznej, międzynarodowy podział pracy. Obecnie to zglobalizowany kapitalizm oligopolistyczno-finansowy. Teraz mami nas tzw. „zieloną” transformacją gospodarki, czyli kolejną falą innowacji, by obrót kapitału móc wzmóc.

W wyniku wielkiej transformacji społeczeństwo stało się dodatkiem do gospodarki poddanej logice zysku. Fikcja samoregulującego się rynku stała się podstawową zasadą organizującą życie społeczne. Np. w USA konstytucja całkowicie wyjmuje sferę gospodarczą spod swojej jurysdykcji. Ten brak realnej kontroli społecznej nad gospodarką pozostawia właścicielowi kapitału swobodę pogoni za zyskiem. Może on przerabiać dostępne zasoby na „zbiorowisko” towarów. Bożkiem staje się wzrost gospodarczy. W jego nieskończoność wierzą faktorzy biznesu – ekonomiści. Niestety, pomijają oni w swoich rachunkach rzadkość jako wyczerpywanie się nieodnawialnych zasobów. Kult wzrostu uzasadnia też inny mit założycielski ekonomistów. Głosi on, że celem życia jest rosnąca konsumpcja (osobiste bogacenie się, maksymalizacja użyteczności). Na dodatek, wspierają swoje widzi mi się aksjomatem o nieograniczonych potrzebach ludzi. Droga do szczęścia prowadzi wówczas przez zaspokajanie nowych potrzeb, które kształtuje „uśmiechnięte ścierwo”, czyli reklama. W efekcie, jak zauważył filozof Jean Baudrillard, „są tylko takie potrzeby jakich potrzebuje System”. Dlatego System utrwala odpowiednio spreparowaną osobowość „człowieka sukcesu”. To m.in.: przedsiębiorczość, strategie życiowe z kluczową rolą kariery, edukacji, czasu wolnego, symbolicznej konsumpcji. Tym nastawieniom miała sprzyjać nowoczesna osobowość, z jej niezależnością od autorytetów, wiarą w skuteczność nauki, otwartość na nowe doświadczenia, wysokie aspiracje edukacyjne i indywidualizm. Jednak system łamie najsilniejsze charaktery – obywatel przekształcił się w zajadłego konsumenta, potwierdzającego swoją pozycję społeczną konsumpcją darów Rynkowego Pana.

Skoro „wykorzenione” rynki ziemi, pracy i pieniądza powodują kryzys planetarny, produkują masy depresyjnych konformistów, tworzą jałową popkulturę – czas historyczny rynkowego społeczeństwa dobiega końca. Instrukcja jego genezy podpowiada, co należy zrobić, by zainicjować proces głębokiej rekonfiguracji – aż do jakiejś formy postkapitalizmu. Coraz więcej ludzi oburza marnotrawstwo zasobów (zbrojenia, nachalna reklama, skracanie cyklu życia produktów). System ten umożliwia przejmowanie bogactwa, wytwarzanego dzięki dorobkowi pokoleń wynalazców, pracowników, opiekuńczej pracy kobiet. Kilkudziesięciu krezusów posiada więcej bogactwa społecznego niż połowa ludzkości. 3 mld jej przedstawicieli musi zaspokajać życiowe potrzeby za mniej niż dwa dolary dziennie. Można się zastawiać, czy sprawiedliwy jest system, pozwalający jednym naśladować imć Twardowskiego za kilkadziesiąt milionów dolarów, kiedy co 5 sekund umiera na świecie z głodu jedno dziecko. Według szwajcarskiego socjologa Jeana Zieglera, „fakt, że każdego roku głód i niedożywienie zabijają miliony istot ludzkich – na planecie obfitującej w zasoby – pozostaje największym skandalem naszych czasów”.

Co zastanawia, nową drogę wyznacza prezydent Joe Biden. Powraca do praktyk Nowego Ładu prezydenta Roosevelta. Znów wracają kwestie bezpieczeństwa socjalnego, tworzenia miejsc pracy, godziwej płacy, globalnego podatku od korporacji, zniesienia patentów do szczepionek przeciwko COVID-19. To lewica, a nie nadwiślańscy liberałowie spod znaku D. Tuska, R. Trzaskowskiego czy Sz. Hołowni mogą pójść jego śladem.
Technika i energia. Nowy sposób produkcji przyniósł nową jakość. To możliwość swobodnego operowania dwoma czynnikami: techniką i pracą. Przedsiębiorca, operując w miarę swobodnie kapitałem, pracą i surowcami mógł zastąpić drewno węglem, mógł zmienić organizację produkcji, np. pracę dorosłych mężczyzn zastąpić pracą kobiet czy młodocianych. W obecnej dobie zatrudnia imigrantów i wykorzystuje tanią siłę roboczą imigrantów, Azjatów, neoEuropejczyków. Użycie maszyn pozwoliło zastąpić specjalistów – rzemieślników niewykwalifikowanymi robotnikami. Byli oni wydajniejsi, pracując pod wspólnym dachem. Tu docieramy do źródła oszałamiającego sukcesu nowego sposobu produkcji. To wręcz magiczna moc akumulacji i postępu technicznego. W tych gałęziach, w których cena jednostkowa była odwrotnie proporcjonalna do ilości produktów, popyt zachęcał do nowatorskich inwestycji mogących zmniejszyć koszty – przy zachowaniu płac, i utrzymaniu zysków. Dzięki temu przedsiębiorca stawał się głównym beneficjentem postępu technicznego, redukcja kosztów powiększała jego zyski. Postęp techniczny w dalszym rozwoju nowej gospodarki, sprzężony został z nauką jako dziedziną kultury. Innowacje płynące z tego źródła pozwalały na użycie maszyn wykorzystujących niezwierzęce źródła energii, na zastąpienie materiałów naturalnych syntetycznymi. Dlatego rewolucja naukowa z XVII wieku odegrała decydującą rolę. Z wynalazków inspirowanych odkryciami nowożytnego przyrodoznawstwa powstający przemysł skorzystał dopiero na szerszą skalę w ciągu dziewiętnastego wieku. Były to takie innowacje, jak wytop stali z żelaza (Anglia), silnik spalinowy, wielka chemia (Niemcy), i w końcu energia do wszystkiego – elektryczność (Stany Zjednoczone). W efekcie, według obliczeń S. Albinowskiego, każdego współczesnego umysłowo-fizycznego pracownika nowoczesnego przemysłu, wspiera na stanowisku pracy średnio aż 130 „energetycznych niewolników”. Nadchodząca era automatyzacji i robotyki może wyeliminować potrzebę pracy niewykwalifikowanej. Dlatego wymaga publicznej debaty zakres innowacji produktowych, które pozostają w luźnym związku z ułatwianiem życia czy eliminowaniem trudu pracy. Np. po co komu, poza ewentualnie niepełnosprawnymi, drony dostarczające towar bezpośrednio do domu, samochody autonomiczne czy podróże na Księżyc? Tu powinna decydować hierarchia potrzeb: zachowanie ekosystemu, likwidacja biedy na globalnym Południu, stabilizacja populacji ludzkiej. A więc preferencje z punktu widzenia racjonalności planetarnej i ogólnospołecznej, a nie widzimisię kapitalisty, któremu chory system umożliwia przechwytywanie nadwyżki wypracowanej przez niedopłaconych pracowników czy odkryć sektora badawczego, finansowanego ze środków publicznych. Proceder ten opisała Mariana Mazzucato na przykładzie gadżetów Apple`a. Dlatego wspólnota życia i pracy powinna mieć udział w zyskach osiąganych przez korporacje dzięki nakładom publicznym na naukę, a także dzięki wykorzystywaniu jej wielopokoleniowego dorobku materialnego i duchowego. Znów wraca kwestia podatków jako podstawowego mechanizmu udziału wspólnoty w prywatnych majątkach swoich członków. By znieść możliwość lukratywnego przekształcania odkryć nauki w patenty, wystarczy je zastąpić wysokimi honorariami dla wynalazców. Staną się one wtedy powszechnie dostępnymi dobrami gratisowymi, własnością ogólnoludzką. Dostępne zasoby finansowe powinny być skierowanie na rozwiązanie problemu zaopatrzenia cywilizacji w niskoemisyjną energię. Ten warunek spełni dopiero energia pochodząca z syntezy jądrowej – energetyka fuzyjna. Żadna korporacja prywatna nie podoła temu zadaniu, skoro prototypowy reaktor termonuklearny, budowany koło Marsylii w ramach programu ITER, już kosztował bogate kraje 10 mld euro. A to dopiero początek eksperymentu. Tak więc na kolejną prometejską technologię, opłacalną ekonomicznie, przyjdzie ludzkości czekać do początku kolejnego wieku. Zatem nie „zielona” maska rewolucji cyfrowo-energetycznej, lecz strategia regulowanego postwzrostu może podtrzymać dalszą przygodę homo sapiens na tej jedynej dostępnej gatunkowi planecie.

Biurokracja państwowa

Niewidzialna ręka rynku ma dobrze widzialną pięść. Państwo minimum jest mitem nadwiślańskich liberałów. W rzeczywistości równolegle z nowymi funkcjami rozrastał się aparat biurokratyczny, a także na niespotykaną wcześniej skalę rozszerzył się zakres jego kontroli nad gospodarką. Do nowych zadań należało wspieranie rodzimych przedsiębiorców w konfrontacji z zagraniczną konkurencją. Wszystkie państwa stosowały protekcjonizm w ochronie raczkujących gałęzi produkcji, szczególnie w relacjach metropolii z koloniami rozwinął się free-trade imperialism. Zadania te wymagały dużego wsparcia „nocnego stróża”, ten zaś w alfabecie Morsa kolonializmu, tj. hukiem salw kanonierek, sławił nie tylko zalety wolnego handlu.

Pionierzy nowego systemu zawarli „pamiętny sojusz” z państwem. Sprowadził się on w praktyce do tego, że rząd angielski zamiast zaciągać pożyczki oprocentowane na 8-14%, przyznawał monopole w zamian za pożyczki o niskiej stopie procentowej. Odtąd państwo miało być finansowane z podatków oraz pożyczek zaciąganych u klas posiadających. Już pod koniec XVIII wieku 75% rocznych przychodów państwa, uzyskiwanych z podatków, ceł i opłat, trafiało do 17 tysięcy posiadaczy obligacji. Tak powstała jednorodna klasa poligarchów – raz pełniących funkcje w biznesie, drugi – w rządzie lub odwrotnie (obecnie M. Morawiecki, D. Trump, L. Summers). Wysługują się oni biurokratami i ekspertami, których nikt poza nimi nie kontroluje. To oni stworzyli Międzynarodówkę Davos. Państwo znalazło się na uwięzi niewidzialnego parlamentu inwestorów, zmuszone do pożyczek na rynkach finansowych. Dlatego tak ważne jest zniesienie jarzma, które nałożyli ordoliberałowie na banki centralne i politykę gospodarczą. Polscy wprowadzili nawet do konstytucji normy dla deficytu budżetowego, długu publicznego i sposobu jego finansowania. Jak ważne jest zniesienie tego jarzma, okazało się przy wychodzeniu z pandemicznego kryzysu. Bez swobody w kreowaniu długu publicznego to zadanie byłby wręcz niemożliwe. Sojusz korporacyjnego globalizatora i jego wyspecjalizowanej świty, top menagementu i biurokracji, stanowi konstrukcję nośną aktualnej wersji Systemu. Dlatego strategia odwrotna to poddanie państwa wszechstronnej kontroli społecznej – m.in. rozwój samorządności, możliwość odwoływania reprezentantów, panele obywatelskie. Najważniejszym zadaniem jest zastąpienie potęgi pieniądza siłą głosu w przewodniej demokracji amerykańskiej. Bo to państwo amerykańskie stworzyło obecny ład. Wzorem mogą być obywatele Chile, którzy tworzą nową konstytucję po wyborze w referendum 155 osobowej konstytuanty. Poprzednią drogę do demokratycznego socjalizmu zagrodził zamach Pinocheta, w wyniku którego kraj stał się pierwszym poligonem neoliberalizmu. Nowy szlak wytycza także Boliwia z koncepcją wielonarodowej republiki, włączającej też ludy tubylcze i kontrolującej własne bogactwa naturalne. Do rozważenia jest też chiński model relacji między państwem a sektorem prywatnym. CHRL to wciąż jedyny kraj, w którym państwo nie poddaje się władzy korporacji.

Siła robocza

Do dyspozycji pionierów nowej gospodarki były ogromne rezerwy siły roboczej. Ustawa fabryczna z 1802 proklamowała wolność kupców i producentów. Mogli oni swobodnie ustalać ceny, by zwiększać do maksimum zyski. Obowiązywała żelazna dyscyplina pracy. Za przestępstwo niszczenia maszyn groziła kara śmierci. Jak pisze Polanyi, państwo ancien regime stawało bezwzględnie za kapitalistą, przeciw robotnikowi. Obecnie neoliberalne reformy usunęły związkową przeciwwagę wobec kapitału. Pojawił się prekariat. Mimo wzrostu produktywności pracy, udział płac w PKB spada. Od lat górne 10% w Europie Zachodniej przejmuje 37% całego dochodu narodowego, w Chinach 41%, w USA i Kanadzie 47%, w Indiach i Brazylii ponad 55% na Bliskim Wschodzie i RPA aż 61%. Tzw. „klasa ludowa”, czyli dolne 20% społeczeństwa musi się zadowolić w Europie Zachodniej 20%, w USA 17%, na Bliskim Wschodzie mniej niż 10%. Co ważniejsze, do dolnych 50% pracujących trafiło przeciętnie tylko 12% całego wzrostu dochodów (World Inequality Report 2018). Zadania na tym polu są oczywiste: odbudowa układów zbiorowych, nawet współzarządzanie firmą, skracanie czasu pracy, zakończenie dumpingu socjalnego między krajami. Lewica nie powinna się godzić na ochłapy dochodu podstawowego. Praca człowieka stanowi podstawę biospołecznej egzystencji. W perspektywie długookresowej tylko praca uzbrojona w technikę oraz siły i dary natury są czynnikami produkcji w gospodarce (J. Robinson).

Pieniądz i kredyt

Kapitalizm to też system pieniężny, to według J. Schumpetera „gospodarka produkcji monetarnej”. Jej zadaniem jest kreacja pieniądza kredytowego, finanse ściśle splatają się z masową produkcją i konsumpcją, także państwa. Stąd dwie względnie autonomiczne części tej gospodarki: część monetarna i materialna, które są wzajemnie powiązane. „Innowacja technologiczna może być dynamiczna jedynie wtedy, gdy zostanie podjęte ryzyko finansowania jej przez bliżej nieokreślony czas. To właśnie ta ryzykowna perspektywa czasowa, bazująca na założeniu, że długi zostaną spłacone, obdarza kapitalizm dynamizmem i kruchością, łączącymi się z nim nierozerwalnie.” (G. Inham) W tym miejscu pojawia się najsłabsze ogniwo systemu: kreowanie dodatkowego popytu, sekurytyzacja, „gra na zwyżkę”, śrubowanie cen akcji na giełdzie (boom giełdowy). Rosną najpierw rozmiary kapitału pożyczkowego, później – trudności ze spłatą zobowiązań, czyli odsetek od zaciągniętych pożyczek. Pojawia się kolejny kryzys. Wyjście z kryzysu wymaga zmiany sposobu regulacji i nowych pól akumulacji kapitału. Państwo jest zawsze częścią rozwiązania jak podczas globalnego kryzysu 2007/8.

W kapitalizmie zawsze chodzi o „płynność” tzn. stopniowe przekształcanie wszelkich aktywów w pieniądz, następnie z powrotem w aktywa itd. A aktywami finansowymi są wszystkie materialne środki i zasoby produkcyjne – włącznie z samym przedsiębiorstwem. Co gorsza, nawet zdrowie, wykształcenie, zasoby naturalne, choć wszystkie one mają inną naturę. Dlatego potrzymanie życia społeczeństwa, nie może się wiązać z formami reprodukcji kapitału. I dlatego konieczna jest korekta obecnego systemu: likwidacja rajów podatkowych, regulacja sektora bankowego, ograniczenia lewarowania inwestycji w papiery wartościowe, powrót do rozdziału bankowości inwestycyjnej i komercyjnej, powierzenie ratingu instytucjom publicznym, i przede wszystkim podniesienie podatku od dochodów rentierskich i podatku korporacyjnego– to konieczne korekty obecnego systemu.

Pułapka Meadowsa

Wzrost gospodarczy, na który skazany jest kapitalizm prowadzi do coraz większej presji na środowisko. Wzrost podaży żywności dzięki agrotechnice i maszynizacji pracy rolnika, spadek śmiertelności niemowląt w następstwie postępów medycyny – wszystko to sprawiło, że liczba ludzi na Ziemi skokowo powiększyła się, i osiągnęła po prawie 200 latach obecny poziom. Jednak wzrastająca co kilkanaście lat o miliard populacja ludzka znalazła się w nowej pułapce. Od nazwiska współautora raportu z roku 1972, który zwrócił uwagę opinii publicznej na środowiskowe limity wzrostu, można ją nazwać pułapką Meadowsa. Gargantuiczna gospodarka odciska swój ślad na wszystkich składnikach biosfery – atmosferze, hydrosferze i biosferze, redukuje też bioróżnorodność. Słowem, nową barierą stała się pojemność ekosystemu, zachowanie jego równowagi. Żyjemy zatem nie w antropocenie, tylko w kapitałocenie. Dlatego to kapitalizm jest problemem globalnym numer 1. Co ważne, wyjście z pułapki Meadowsa wymaga współdziałania wszystkich społeczeństw dla określenia brzegowych warunków wykorzystywania darów przyrody. Państwo i planowanie, wyrzucone na śmietnik historii przez neoliberałów, Konfederatów, technoproroków z Doliny Krzemowej – wraca kuchennymi drzwiami. Na nowo muszą być określone m.in. warunki pracy (czas, płaca), i przede wszystkim warunki korzystania z węglowodorów, minerałów, wody. Człowiek nie uczynił sobie Ziemi poddanej. Uzależnił się tylko w inny sposób od przyrody – jej klimatu, zasobów ziemi ornej i surowców, lasów wilgotnych, rezerw słodkiej wody. Wciąż jest jej dzieckiem. Zemsta natury przybiera postać chorób cywilizacyjnych, niedożywienia i biedy w krajach III Świata, zaburzeń klimatycznych, pustynnienia, wzrostu cen energii…i pandemii jak obecna COVID-19. Gdyby do 2050 r. tempo wzrostu gospodarczego utrzymywało się na poziomie 3% rocznie, a populacja nie przekroczyła 9 mld, wówczas gospodarka światowa by się powiększyła sześciokrotnie: z 70 bln w 2005 do 420 bln w 2050 (wg szacunków J. Sachsa).

Stopniowemu demontażowi mechanizmów rynkowego społeczeństwa sprzyja kryzys planetarny. Mogą mu towarzyszyć wojny klimatyczne, żywnościowe, surowcowe. Sprawiedliwe podatki, likwidacja rajów podatkowych, recykling metali, przedłużenie żywotności produktów, strategia de-wzrostu to cios w samo serce kapitalizmu jaki znamy. Zamiast tego demokratycznie uzgadnianie rodzaju i wolumenu dóbr, troska o dostępność pracy nie tylko dla konstruktorów, programistów i konserwatorów robotów. Dlatego lewica musi wykorzystywać tanią ekologicznie energię intelektualną, by odczarować realny kapitalizm w świadomości, zwłaszcza młodego pokolenia. Wiele trzeba programowego i organizacyjnego wysiłku, by ciałem stały się słowa „Prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Nowy Ład w Budapeszcie

Węgierski scenariusz z pewnymi modyfikacjami realizowany jest nad Wisłą.

Gdy Kaczyński wygrał w 2015 roku prezydenta, a potem obie izby Parlamentu, analogie z Węgrami nasuwały się same. Podobna retoryka, odwoływanie się do tych samych konserwatywno-nacjonalistycznych wartości, niechęć do wtrącania się Unii Europejskiej w politykę krajową i 8 lat pozostawania w opozycji.
Jednak dla PiS tym, co wydawało się najistotniejsze było, że w 2014 r., po czteroletniej kadencji Fidesz Viktora Orbána zdobył po raz kolejny 2/3 parlamentu. Tym razem bez konieczności wchodzenia z kimkolwiek w układy.
Kaczyńskiemu nie pozostawało nic innego jak czerpać z dorobku bratanka znad Dunaju. Nie mógł co prawda zmienić Konstytucji, ale na wszystko można było znaleźć sposób. Stąd szybki atak na Trybunał Konstytucyjny i sprowadzenie go do roli węgierskiego. Znaczy instrumentu w rękach władzy.

Skok władzy na polskie media publiczne był jeszcze łatwiejszy niż na Węgrzech. I co prawda wzorem Orbána i u nas powstała Rada Mediów Narodowych, ale dziś w PiS nikt za bardzo nie wie po co, bo obsadzenie KRRiT oraz Woronicza swoimi ludźmi i tak zamykało temat.
Oczywiście nie obyło się u nas bez kalki próby przejęcia niechętnych PiS mediów prywatnych. Próbowano stosować kary dla TVN, czy nawet ścigać dziennikarzy tej stacji za gloryfikowanie faszyzmu. Po to, żeby jak w Budapeszcie właściciele zechcieli się takiego medialnego strupa pozbyć. U nas nie wyszło. Kapitał był amerykański i zamiast chcieć się sprzedać pobiegł z pyskiem do ambasady USA. Znaczy jedynego kraju, z którym PiS się liczy.
Renacjonalizacja PEKAO SA i innych banków, to też kopia tego co na Węgrzech. Tak jak podatek bankowy. Niestety PiS nie mogło powtórzyć węgierskiego modelu likwidacji OFE, co to w dużej mierze zrobił już Tusk, ale zassanie do budżetu tego, co jeszcze w nich zostało i tak jest już klepnięte.
Co prawda Duda i Szydło zapowiadali, że – wzorem Węgier – zrobią porządek z kredytami we frankach szwajcarskich, ale po pierwsze z badań wyszło, że frankowicze i tak nie będą lubić PiS. A po drugie – na straży dobrostanu sektora bankowego w Polsce stał Mateusz Morawiecki. Facet uchodzący w oczach aekonomicznego Kaczyńskiego za wyrocznię gospodarczą. Z frankami nie zrobiono zatem nic.

PiS wydawało się, że lepiej pójdzie z sądami. Orbán wysłał w końcu dużą część wydających nieprzychylne władzy wyroki na emerytury i sprawę rozwiązał. Nic z tego. Po węgierskim skoku na wymiar sprawiedliwości, nader cięta w tym temacie zrobiła się Bruksela. I PiS musiało ustąpić.
Nie ustąpiło za to w kwestii, którą po roku darował sobie Orbán – zakazu handlu w niedziele. Pewnie dlatego, że na Węgrzech sprawa ta nie wiązała się dla władzy z żadnym dealem politycznym. U nas zaś, głupi zakaz był jedynym postulatem NSZZ „Solidarność”, przybudówki PiS, której za lojalność należał się ten – jak się zdawało władzy – niewygórowany cenowo prezent. Najnowsze badania partyjnej sondażowni Kaczyńskiego wskazują, że nieposłuchanie Orbána w tej sprawie było błędem. Niedzielny zakaz zubożył PiS w ostatnich wyborach o jakieś 3 – 5 proc. głosów.
Kolejnym plagiatem z Orbána była nowelizacja prawa farmaceutycznego, po której apteki miały znaleźć się w polskich rękach. Się nie znalazły, a suweren nadwiślański zabiegu tego nie zauważył.
Zauważył za to burdel związany z pisowską reformą edukacji. Co PiS musiało niemile zaskoczyć, bo jak Fidesz reformował szkoły na Węgrzech, to słupki poparcia mu rosły. Najbardziej zaś u nauczycieli.

Ciekawe dlaczego po walce z mafiami vatowskimi PiS nie wykorzystał węgierskiego myku na skokowy wzrost przychodów z podatków. Orbán zwiększył bowiem tamtejszy VAT z 20 do 27 proc. bijąc w tym zakresie rekord Europy. Pisowskim ekspertom wyszło, że 23 proc. Rostowskiego absolutnie wystarczy. I nie ma co dociążać najbiedniejszych.
Ani odciążać najbogatszych jak nad Dunajem, 16 proc. podatku PIT. Dlatego u nad jest 17 proc. a dla lepiej zarabiających nawet i więcej. U Orbána zaś podatek jest wyłącznie jednostopniowy, czyli liniowy.

Kaczyński usiłował przebić Orbána na polu rozdawnictwa. Czyli transferów bezpośrednich. Na Węgrzech zrobiono bowiem tylko tak, że małżeństwa mogły podpisać umowę z rządem, w której zobowiązują się do posiadania dwójki dzieci w ciągu 8 lat. I dostawały na kupno mieszkania lub domu równowartość 36 tys. złotych. Była i druga opcja, czyli 140 tys. złotych za troje dzieci w ciągu 10 lat. Przy okazjo Orbán wprowadził ulgi podatkowe dla, i tak nader niskich, podatków osobistych. Rosły one w zależności od liczby dzieci i przy trojgu, PIT-u węgierskie małżeństwo już nie płaciło.
Nasze „500 plus” dawało pieniądze, po pierwsze większej grupie, a po drugie dawało go znacznie więcej. Nie wspominając o „trzynastej emeryturze” podwyżkach minimalnego wynagrodzenia czy świadczeniach dla pań, którym przydarzyły się co najmniej 4 porody. W zakresie płacenia obywatelom, Kaczyński wyprzedził Orbána o kilka długości.
Ale musiał, bo nie mógł wzorem premiera Węgier kazać obniżyć ceny gazu i prądu o prawie 20 proc. I jednocześnie firmom produkującym i handlującym prądem i gazem podnieść podatki o 10 proc. Na Węgrzech firmy te należały bowiem do zagranicy. A u nas, do państwa.
Tak jak teraz na Węgrzech, bo po takim zaciśnięciu pasa zagraniczne spółki energetyczne grzecznie i za niewysoką cenę posprzedawały się państwu węgierskiemu i bogatym przyjaciołom Orbána.
Niemniej jednak myk z energetyką, PiS też wykorzystało. Przecież do końca roku mamy ceny prądu zamrożone na ubiegłorocznym poziomie.
Jest jednak coś, czego Kaczyński nie zrobił. A Orbán tak, i dlatego rządzi już z miażdżącą przewagą trzecią kadencję. A wystarczyło pozmieniać, jak nad Balatonem, geografię okręgów wyborczych. Na taką, gdzie bez względu kto i jak by nie głosował, zawsze wygra Fidesz.
PiS było pewne, że wykonało to, co na Węgrzech, z transferowym naddatkiem, i wdzięczny naród da mu większość konstytucyjną. No i klapa. Nawet Senat odleciał prezesowi.
To czego na Orbánowską skalę jeszcze u nas nie zrobiono, to przywłaszczanie przez oligarchów władzy środków unijnych.
Władca Węgier wychował się w Felcsút. Teraz w tej liczącej niecałe 2 tys. mieszkańców wsi kilku zaprzyjaźnionych z Orbánem biznesmenów zbudowało stadion, powstała akademia piłkarska i obejmujaca ledwie trzy stacje linia kolejowa zbudowana za unijne pieniądze.
Wozi ona powietrze, więc zainteresowały się nią służby finansowe UE. Nic z kontroli jednak nie wyszło. Do 2018 r. wójtem Felcsút był bowiem zaprzyjaźniony z premierem Węgier Lőrinc Mészáros, który jeszcze kilkanaście lat temu pracował jako monter instalacji gazowych.
Dziś to najbogatszy Węgier. Na państwowych kontraktach, które były w większości finansowane z funduszy unijnych, Mészáros budował mosty, kładł kanalizację, przejmował media. Z zamówień publicznych żyją też jego dzieci. Według Forbesa jego majątek to dziś ok. 1,2 mld dol.
Członkowie rodziny Orbána też mają dobrze. István Tiborcz jest mężem Rahel, jednej z czterech córek premiera. Żyje doskonale z umów z państwem za unijne pieniądze.
Jego biznesami zainteresowała się unijna agencja do walki z nadużyciami finansowymi OLAF. Według niej Tiborcz zdefraudował 40 mln euro. Wygrywał przetargi, choć nie miał żadnego doświadczenia w dziedzinach w których startował, a cena, jaką dyktował, była sporo wyższa niż rynkowa. OLAF swój raport przekazał węgierskiej prokuraturze, a ta uznajła, że do przestępstwa nie doszło. Teraz zięć Orbána działa na rynku nieruchomości. Buduje i kupuje luksusowe hotele, zamki, pałace, a także spa.
To tylko wierzchołek korupcyjnej piramidy na Węgrzech. Z raportu OLAF wynika, że liczba wykrytych przypadków nieprawidłowości w wydatkowaniu funduszy UE na Węgrzech aż 10 razy przekracza unijną średnią. Blisko 4 proc. unijnych projektów stało się areną przekrtętów. Według Brukseli u nas ten współczynnik wynosi ledwie 0,12 proc.
Eurokratom wychodzi, że Węgry są jednym z najbardziej skorumpowanych państw w Unii Europejskiej. Szczytem wszystkiego okazało się śledztwo OLAF, z którego wynikało, że na Węgrzech zdefraudowano pieniądze, które miały być przeznaczone na walkę z korupcją.
Czy jednak z tego powodu Orbánowi wstrzymano, lub zabrano jakiegoś euroforinta? Otóż nie. I być może właśnie świadomość bezkarności w robieniu Brukseli na szaro zarówno w kwestii praworządności, jak i prostego złodziejstwa, zapłodni intelektualnie ubogie w kaskę, zaplecze prezesa Kaczyńskiego. I stąd przy skoku na pieniądze z funduszu odbudowy niezbędna była bajka o Polskim Ładzie, mające ogrywać panujące w polskim suwerenie przekonanie, że PiS kradnie, ale się z narodem choć częścią łupu dzieli.

Dyktatura komentariatu

Gdyby pan prezes Kaczyński urządził teraz przedterminowe wybory zapewne wgrałby je gładko.
Elity PiS mogą świętować. Opozycja nadal nie potrafi wykorzystać fatalnego zarządzania państwem przez ekipę pana prezesa Kaczyńskiego i pozyskać dla siebie widocznego wzrostu poparcia.
Więcej, zamiast pożywić się na wywołanych przez PiS kryzysach, sama zafundowała sobie swoje kryzysy i kłótnie we własnych szeregach. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Borys Budka przeszedł na stronę mocy. Zerwał swój medialny wizerunek „Budka nic nie mogę”, przełamał ciążącą nad PO klątwę impossibilizmu. Odstrzelił sobie dwóch parlamentarzystów Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego. Za to, że „szkodzili Platformie”, bo łazili po mediach i podważali tam autorytet wybitnego przywódcy Koalicji Obywatelskiej. Niestety szybko okazało się, że przewodniczącemu Budce starczyło mocy i possibilizmu na odstrzelenie, ale na poinformowanie o tym już nie. O higienicznym odstrzale w PO pierwszy poinformował na Twitterze dziennikarz Konrad Piasecki.
Twitter się grzeje
W obronie dwójki odstrzelonych wystąpiło 50 + parlamentarzystów Platformy, którzy w stosownym Liście broniącym autorytetu PO jawnie podważyli autorytet przewodniczącego Budki. List był gorąco komentowany na Twitterze, choć był znacznie dłuższy niż standardowe tam wpisy. Efektem wpisu była wielka fala zwątpienia dyżurnych krajowych liberalnych intelektualistów i komentatorów politycznych głównego nurtu medialnego. Fala zwątpienia w głoszoną jeszcze niedawno świetlaną przyszłość Koalicji Obywatelskiej pod Budki przewodem. Teraz modnym na Twitterze się stało wieszczenie rychłego politycznego zgonu Platformy podążającej właśnie drogą świętej pamięci Unii Wolności. Anielskie chóry Tomasza Lisa, Moniki Olejnik, Justyny Dobrosz- Oracz ją prowadzą. Na tle wielkiego twitterowego kryzysu Platformy Obywatelskiej blado wypadł niedawny incydent telefoniczny jaki wydarzył się na Lewicy.
Jak ujawniła liberalnym mediom lewicowa marszałkini Sentu Gabrysia Morawska-Stanecka lewicowy marszałek Włodek Czarzasty w nacechowanej przemocą semantyczną rozmowie telefonicznej obiecał jej odstrzelenie. Jeśli dalej będzie robić to samo co parlamentarzyści Raś i Zalewski w Platformie. Sama marszałkini Morawska- Stanecka doinformowała media, że nie podobała jej się szczególnie przemocowa forma przekazu i maczystowski styl uprawiania polityki przez marszałka, przewodniczącego Czarzastego. Spor na poziomie aż marszałkowskim dowodzi, że w jednoczącej się, z połączonych Wiosny i SLD, nowej Lewicy nie stworzono jeszcze w pełni wspólnego języka. Wieża Babel kłania się ku przestrodze.
Z drugiej strony zapiekli przeciwnicy Lewicy i marszałka Czarzastego wielce aktywni w Internecie, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nie skorzystali z nadążającej się okazji i nie skrytykowali go publicznie, przynajmniej na Twitterze. Za ten widoczny impossibilizm i niedotrzymywanie obietnic. W przeciwieństwie do possibilistycznego przewodniczącego Budki, który nie dzwonił, tylko od razu Rasia i Zalewskiego odstrzelił. Nic dziwnego, że to przewodniczący Budka aspiruje do roli lidera zjednoczonej opozycji demokratycznej.
Proletariat, prekaria, komentariat
Politycy polscy, zwłaszcza ci opozycyjni, stali się częścią krajowego przemysłu rozrywkowego. Obecnego zwłaszcza w popularnych telewizjach i nowych mediach internetowych. Komercyjnych w swej istocie.
Stworzony przez nie system uprawiania i upowszechniania polityki oparty jest na rozrywkowym komentowaniu politycznych komentarzy. Wypowiadaniu się jednych polityków na temat wypowiedzi innych polityków. Rzadko faktów. Sprowadzaniu debaty politycznej do telewizyjnych kłótni i ćwierkania polityków na Twitterze. Jakość takich politycznych wypowiedzi oceniana i mierzona jest przede wszystkim wielkością uzyskanej popularności programów, przysłowiową ilością pozyskanych „lajków”. Dbają o taką popularność przede wszystkim właściciele tych mediów, bo pozyskiwanie przez media reklam zależy również od popularności osiąganych przez komentarze polityków. Ponieważ popularność i „lajki” najłatwiej i najszybciej uzyskuje się wzbudzając społeczne emocje to politycy więcej dbają o „emocjonalność” swych komentarzy niż ich merytoryczną jakość.
Ponieważ emocje najłatwiej i najszybciej uzyskuje się głupimi, zaczepliwymi i chamskimi komentarzami, to i politycy, świadomie lub nie, szybko dostosowują się do takiego stylu uprawiania polityki. Choć niejeden z nich kiedyś twierdził, że „inna polityka jest możliwa”. Niestety tak wprzęgnięci w ten komercyjny medialny kierat, polscy politycy musza regularnie dostarczać swym fanom i kibolom kolejnych porcji takiej politycznej rozrywki. Zwłaszcza, że cała ta medialno- polityczna gra oparta jest na powszechnej tezie, że Wyborcy mają krótką pamięć i dlatego wszystko można im wcisnąć. Bo „ciemny lud” każdy kit kupi.
Czemu opozycji nie rośnie?
Pomimo fatalnego zarządzania państwem przez ekipę pana prezesa Kaczyńskiego sondażowa popularność opozycji nie rośnie. Nawet Lewicy, pomimo jej efektywnej pracy w parlamencie. Pewnie dlatego, że opozycja demokratyczna, wśród niej Lewica, nie jest powszechnie postrzegana jako formacja, której obywatele Polski powierzyliby przyszłe rządy. Swą przyszłość.
Dzieje się tak, bo obecnie skłócona, obrażająca się stale na Twitterze i w pozostałych mediach, opozycja upodabnia się do przysłowiowego, niebudzącego już szacunku, politycznego magla. I dlatego wszyscy opozycyjni politycy powinni jak najszybciej napisać w swych kajecikach po sto razy takie sentencje: „Nie będę pisał już głupstw na Twitterze”, „Twitter to opium polskich polityków”. Ale demokratyczna opozycja zyska szacunek i poważanie wyborców nie tylko wtedy, kiedy znów zaprezentuje publicznie swe zgodne polityczne szeregi. Opozycja musi stworzyć wizję jak ma wyglądać Polska po pandemii. Alternatywną wobec kolejnych narodowo- katolickich ładów.
Lewica zaś musi stworzyć program V Rzeczpospolitej. Socjalnej i demokratycznej. Wyjść dzięki temu z nieproduktywnej roli obrońców demokratycznego dorobku III RP w czasie ataków PiS i jednoczesnych krytyków liberalnej polityki gospodarczej uprawianej w III RP przez liberałów z PO, PSL i SLD. Lewica musi też wyjść z kostiumu formacji aktywistów politycznych i społecznych. Takich fajnych Gabryś, Krzyśków, Magd, Adrinków, Robków, Ań i Włodków z którymi można śmiało posłać córki na demonstracje i nie bać się o ich bezpieczeństwo, ale już strach im powierzyć przyszły los kraju. Bez posiadania i upowszechnienia spójnej wizji V RP Lewica zawsze też będzie łatwo oskarżana, po każdym taktycznym glosowaniu z PiS, o chęć zawarcia koalicji z narodowo-katolicką prawicą. A po każdej koalicji wyborczej z PO będzie oskarżana o służalczość i wasalizację wobec tych wstrętnych „libków”. Nie zyska też Lewica zdolności do rządzenia Polską jeśli nie zbuduje swojego, lewicowego zaplecza intelektualnego, eksperckiego i medialnego. Może ostatni hejt medialny jaki spotkał Lewicę po wspólnym głosowaniu z PiS, wreszcie ją czegoś nauczy.
Na razie opozycję demokratyczną, Lewicę też, czekają wybory w Rzeszowie. Będą one plebiscytem na najlepszego z kandydujących. Testem na skuteczną współpracę demokratycznej koalicji.
Jeśli uda się ona w Rzeszowie, to łatwiej będzie ją osiągnąć w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Bigos tygodniowy

„Bóg jest gejem” – autora takiej (trudno orzec czy prawdziwej) informacji umieszczonej na jednym z murów Działdowa. Cała dzia(ł)dowska policja stanęła na rozkaz do boju i na początek zwróciła się do działdowian o wskazanie sprawcy tej potwornej zbrodni. To jest coś niewiarygodnego, że w XXI wieku, w kraju należącym do Unii Europejskiej, policja w ogóle może być angażowana do takich spraw i to z taką intensywnością, jakby chodziło o seryjnego mordercę. Z drugiej strony to wprost wymarzony temat na scenariusz absurdalnej komedii filmowej typu barejowego. W takich sytuacjach polska policja jest znacznie bardziej komiczna niż francuscy policjanci z niezapomnianych komedii z Louisem de Funés. Nawiasem mówiąc policja polska bywa czułostkowa i sentymentalna jak przedwojenne pensjonarki. Telewizje pokazały pewnego komendanta, który płakał przed kamerą nad smutnym losem chłopca skrzywdzonego przez rodziców. Ciekawe, czy ów komendant płakał nad losem kobiet bitych i przetrzymywanych w komisariatach przez jego kolegów po ulicznych demonstracjach.


„Obraza uczuć religijnych jest przestępstwem „archaicznym” i „prawnym kuriozum”. W ogóle nie powinno być tego zapisu w kodeksie karnym (…), bo jest nadużywany przez oportunistów i fanatyków religijnych. Został stworzony, żeby bronić mniejszości, a jest wykorzystywany przez tych, którzy mają w Polsce monopol na religię” – powiedział Adam Nergal, trafiając w samo sedno. 


Tymczasem w mediach można znaleźć informację o pewnej kobiecie, która jest w ciąży z płodem syjamskim, więc szykuje się dramatyczny problem. Ciągle towarzyszy Bigosowi poczucie, że śni koszmarny sen. Bo oto „w środku” Unii Europejskiej wprowadzono kilka miesięcy temu zakazy, które kojarzą się nie z cywilizowanym prawem, z opowieściami o Gileadzie i podręcznych, z poetyką makabrycznego horroru, z bajkami braci Grimm, opowiadaniami Edgara Allana Poe czy filmami o Hannibalu Lecterze. Bo jak inaczej oddać rzeczywistość, w której państwo zmusza kobiety, pod rygorem kar z katalogu zawartego w prawie karnym, do rodzenia trupów, półtrupów i potworków?


Tak jak chcą się wpieprzać z prawo czeskie, tak za nic mają wyroki sądów. Kania Dorota objeżdża gazety zakupione przez Obajtka i zwalnia dziennikarzy. A gazety już są tubami władzy. Regularnie zaglądam do „Kuriera Lubelskiego”, lokalnej gazety mojej młodości. W oka mgnieniu, po przejęciu jej przez pisowskiego nominata, gazeta ta zamieniła się w bezzębny biuletyn rządowy. Jest po prostu nie do poznania.


Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej i Europejski Trybunał Praw Człowieka wydały kolejne orzeczenia w sprawie naruszania praworządności. Pisowscy czynownicy reagują na to jak zwykle – „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”


Podobnie na raport prezesa NIK Banasia w sprawie niedoszłych wyborów kopertowych zareagowali pisowcy. Ujawnił cząstkę ich przecherstw, a oni na to … „nie mamy pańskiego płaszcza”. Miejmy jednak nadzieję, że raport w przyszłości będzie jak znalazł, a nie jak zgubił…


Szczepienia szły w Polsce przez pewien czas jako tako, można nawet powiedzieć, że nie najgorzej na tle szeregu krajów europejskich, ale to się skończyło, mimo słabej na ogół organizacji. Wygląda na to, że zaszczepili się ci, którzy chcieli się zaszczepić, a teraz machina stanęła wobec tej części populacji, która szczepić się nie chce i zapytana albo deklaruje to jawnie albo ucieka w wymówkę typu „poczekam”. Zdarzają więc już nawet przypadki zamykania punktów szczepień z braku chętnych. Dlatego wycofanie części obostrzeń i ogólne radosne poruszenie tłumów na ulicach, choć psychologicznie zrozumiałe, może skończyć się nową falą epidemii. Spowolnienie, by nie rzec wyhamowanie fali szczepień nie poprawiło poziomu organizacji. N.p. z urzędu nie przyspiesza się drugiego terminu szczepienia drugą dawką osób zaszczepionych przed 17 maja. Czy to naprawdę jest taki problem? Podobnie ze szczepieniami wracających do szkoły uczniów. Zamiast kierując się zasadami logiki i zdrowego rozsądku organizować dla nich punkty szczepień w szkołach, każe im się szukać punktów szczepień nie wiadomo gdzie i gdzie się da. Aspirującemu podobno do wysokich stanowisk harcerzowi Dworczykowi jakoś to proste rozwiązanie do głowy nie przyszło.


O tym całym na dęto ogłoszonym „Polskim Ładzie” czyli pisowskiej pajęczynie, nie bardzo chce się pisać, bo wszystko co od PiS pochodzi, na milę śmierdzi szachrajstwem. Po pierwsze, jako festiwal obietnic, które w znaczącej części nie zostaną spełnione, tak jak niegdysiejsze obietnice dotyczące wybudowania stu tysięcy mieszkań czy wyprodukowania miliona aut elektrycznych. Po drugie, jako formuła propagandowa, która polega na tym, że to, co daje się, daje się głośno, a to co odbiera, odbiera się po cichu, a „bilans musi wyjść na zero”. Bigos najbardziej martwi jednak to, że podatność elektoratu PiS na dętą propagandę może przyczynić się do ich kolejnej wygranej wyborczej. Ostrzega przed tym m.in. profesor Wojciech Sadurski, a także Andrzej Machowski, autor poważnej analizy aktualnego poziomu poparcia dla partii politycznych. Z analizy wynika, że obóz rządzący zdołał już odzyskać straty, jakich doznał po ogłoszeniu jesiennego pseudowyroku trybunału Przyłębskiej w sprawie aborcji. Traci natomiast skłócona opozycja, nad której rozbiciem i skłóceniem Bigos bardzo ubolewa.

Flaczki tygodnia

Dlaczego pan prezes Kaczyński polecił budowę domów z „płaskimi dachami”?
Aby z góry było wiadomo, gdzie mieszkają zwolennicy PiS.

„Polskie marzenie” – taki telewizyjny pasek emitowano w TVP Info podczas sobotniego wystąpienia jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.
Jego sterana twarz, pokurczona od stałej nienawiści do „zdradzieckich modr” i zdradzająca pierwsze starcze demencje, była w TVP Info wizerunkiem nowej, przyszłej, dumnej Polski. Tej na miarę wielkich polskich marzeń.

Jak powinna wyglądać za dziesięć, dwadzieścia lat ta przyszła bogata Polska, doganiająca już bogaty Zachód? Tak jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania trzydzieści lat temu. Pan prezes Kaczyński zdradził,że zachował w swojej pamięci obraz „bogatego Zachodu” z końca XX wieku. I taki teraz chce naśladować. Takie zachodnie społeczeństwa teraz ma Polska doganiać.
Słuchając sobotniego wystąpienia pana prezesa Kaczyńskiego „Flaczki” przypomniały sobie wizję idealnego społeczeństwa z książki Augusta Bebla „Kobieta i socjalizm”. Wydanej po polsku po raz pierwszy w 1910 roku. Zrealizowaną częściowo w drugiej połowie XX wieku przez zachodnie socjaldemokracje i zwolenników „państwa opiekuńczego”. Teraz kaczyńskie „ Polskie marzenie” wskrzesza niektóre z postulatów starego Bebla.

„Polskie marzenie”, „Polski Nowy Ład” to też nośne propagandowe hasła. Echa „Chińskiego marzenia” przewodniczącego Xi i „New Dealu” Franklina Delano Roosevelta.
Ale proponowane Chińczykom „chińskie marzenie” jest odważnym projektem stworzenia nowego zamożnego, nowoczesnego, innowacyjnego społeczeństwa żyjącego wedle zasad zielonej ekonomii. Projektem reformatorskim, czasem rewolucyjnym.
Amerykański „New Deal” też był projektem progresywnym. Proponującym nowe rozwiązania. Zrywającym z ówczesnym konserwatywnym liberalizmem.
W przeciwieństwie do nich kaczyńskie „Polskie marzenie” jest konserwatywną utopią. Tworzącą kontrrewolucyjną kontrą do rozwoju społecznego w Unii Europejskiej. Tworzoną za dotacje i pożyczki uzyskane z tej Unii. Ale o tym finansowaniu liderzy prawicy nie wspominają. Cicho-sza !

Ten „Nowy Polski Ład” to wizja szczęśliwego życia w rodzinie wielodzietnej. W domku małym, może i dla pięcioosobowej ciasnym, ale własnym. Z pracującym Ojcem rodziny i jego żoną – wzorową matką Polką. Pracującą, ale niekoniecznie zawodowo. Rodziną wzmacnianą socjalnymi nagrodami za wielodzietność. A także autobusami docierającymi do każdej wsi i pociągami odjeżdżającymi z każdego miasteczka. Sprawną służbą zdrowia i niepodległą narodową gospodarką.

„Warto być Polakiem”- zadeklarował pan prezes Kaczyńskim. Kopiując cadyka ze znakomitego filmu „Austeria” zdradzającego mądrość usłyszaną od Boga. Że „Warto być Żydem” .

Oczywiście w programie rozwoju proponowanym przez jaśniepana prezesa, jego PiS, oraz jeszcze jego Gowina i Ziborę, można znaleźć wiele słusznych postulatów. Reanimację polskiej służby zdrowia, nieopodatkowane emerytury, podniesienie podatków najbogatszym, likwidację umów śmieciowych i wiele innych, niecierpiących zwłoki. Wiele z propozycji Polskiego Nowego Ładu kopiuje projekty ustaw złożonych już w Sejmie przez Klub Parlamentarny Lewicy. Dlatego realizując je rząd PiS zapewne będzie miał wsparcie parlamentarnej Lewicy.
Jednak proponowane obywatelom naszego państwa kaczyńskie „Polskie marzenie” nie dostrzega międzynarodowego otoczenia Polski i postulowanych przez USA, Chiny, Unię Europejska globalnych polityk. To program dla rodzin zamykających się przed światem w domkach wybudowanym bez zgodności z planami zagospodarowania terenów, planowania przestrzennego. Z symbolicznym płaskim, niczym horyzont myślowy elit PiS, dachem.

„Polska musi być krajem dumnym”, zadekretował jaśniepan prezes. W praktyce polską „Dumę” ma zrealizować pan premier Mateusz Morawiecki. Uważany przez polskie internetowe społeczeństwo, i nie tylko, za notorycznego kłamcę.
Polityka, który już wcześniej obiecywał nam milion polskich samochodów elektrycznych, polskie promy morskie z polskich stoczni, nową polską „Luxtorpedę”, czyli polskie koleje dużych polskich prędkości, polski Centralny Port Komunikacyjny, polski program Mieszkanie +, polski program Start Up-ów, i dziesiątki innych, również niezrealizowanych, polskich marzeń.

„Polskie marzenia” ma realizować premier, który w zeszłym roku chciał przeprowadzić w Polsce „wybory pocztowe”. Niezrealizowane, bo okazały się tak bezprawne, że nawet pan wicepremier Gowin sprzeciwił się nim, ale kosztujące polskich podatników ponad sto milionów złotych.
Łamanie prawa przez rząd pana prezesa Kaczyńskiego potwierdziły właśnie raporty Najwyższej Izby Kontroli kierowanej przez pana prezesa Banasia. Nominowanego na to stanowisko przez elity polityczne PiS. Wtedy określanego jako człowiek o „kryształowym” pionie moralnym.
Potem oskarżanego przez media o przekręty finansowe. Wzywanego przez pana premiera Morawieckiego aby dobrowolnie podał się do dymisji i z NIK odszedł.

Teraz dalszy los pana premiera Morawieckiego i jego ministra Dworczyka zależy od aktywności prokuratury podporządkowanej panu prokuratorowi i ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze. Skłóconemu z panem prezesem Kaczyńskim i jego premierem Morawieckim.
I jeśli teraz pan minister Ziobro zechce udowodnić, że jego prokuratura jest rzeczywiście od władzy „niezależna”, to możemy doczekać aktów oskarżenia wobec pana premiera lub jego najbliższych współpracowników. Za złamanie prawa przy organizowaniu „wyborów pocztowych”.

I wtedy jaśniepan prezes będzie musiał znaleźć sobie nowego premiera do realizowania starego „Polskiego marzenia”. Albo przez świadome doprowadzenie do niechwalenia przyszłorocznego budżetu urządzenie nam przedterminowych wyborów parlamentarnych.
Do których ostatnie kłótnie w opozycji parlamentarnej mogą go wielce zachęcać.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Flaczki tygodnia

Kto zabije pana prezesa?, spekulują komentatorzy polityczni. Kto sprawi, że PiS straci społeczne poparcie, i wreszcie władzę też?

Wielką nadzieją i kandydatem liberalnej opozycji na politycznego zabójcę jest teraz pan prezes Daniel Obajtek. To jego zalety jaśniepan prezes Kaczyński, nadając mu ksywkę „Daniel, wszystko mogę, Obajtek”. Czy pan prezes Daniel jest aż tak wszechmocny, że jego działalność będzie skutecznie „*****” PiS?

Wbrew nadziejom wielkomiejskim liberałom, to nie przekręty pana prezesa Objatka obalą rządy jaśniepana prezesa, choć pewnie ich fundamenty naruszą. Gwoździem do trumny politycznej pana wicepremiera Kaczyńskiego będzie „Nowy ład”. Program nowego, politycznego otwarcia starego „Prawa i Sprawiedliwości”. Od miesięcy zapowiadany.

Już wydawało się, że PiS zaprezentuje go w minioną sobotę. Prezentację przesunięto, bo „Rząd w tej chwili skupia się na walce z pandemią, gdyż życie i zdrowie Polaków jest najważniejsze”, poinformowała pani rzecznik PiS Anita Czerwińska. Ale tego „nowego ładu” szybko nie będzie. Nie przyznają się do niego koalicjanci PiS współtworzący klub parlamentarny Zjednoczonej Prawicy. Zresztą Zjednoczona Prawica jako byt polityczny już nie istnieje. Ostał się ino „Sojusz koryta i bezkarności”. On utrzymuje jeszcze większość parlamentarną i jaśniepana prezesa przy władzy. Przyszłe ogłoszenie przez PiS tegoż „Nowego ładu”, będzie wstępem do kampanii wyborczej. Zaproszeniem do nowych, przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.

Na razie mamy sterowane, przecieki zawartości owego „Nowego ładu”. Jako takie sondaże ich popularności. Jeden z nich jest szczególnie ważny. Elity PiS zdają sobie sprawę, że narobiły już gigantycznych długów budżetowych. Długi mogą się jedynie zwiększyć. Spłacać je można już różnymi sztuczkami. Jedna ze nich to rosnące ceny benzyny i wyrobów ropopochodnych. Sięgające już dawnego poziomu, kiedy światowa cena ropy naftowej przekraczała 100 USD za baryłkę. Dziś przekracza ona 60 USD. Zatem benzyna mogłaby być tańsza, ale windują ją akcyzy i inne podatki pośrednie.

Ale tylko takimi sztuczkami nie da się załatać wszystkich dziur w budżecie państwa. Najlepszym sposobem jest finansowanie długów ze wzrostu gospodarczego. Aby Polska mogła taki mieć – powinna dobrze spożytkować fundusze otrzymane z Unii Europejskiej na tworzenie nowego, po pandemicznego ładu. Elity PiS chcą pozyskać te pieniądze, nawet za cenę federalizacji Unii Europejskiej. Jednak ich koalicjant, ziobrowska Solidarna Polska, jest temu przeciwny. Bo przyszłe pieniądze obwarowane są zgodą na dotrzymywanie unijnych standardów w prawodawstwie. Co jest sprzeczne z podstawowym programem Solidarnej Polski. Dlatego zgody ziobrystów na ratyfikowanie nowego, europejskiego ładu nie będzie.

Oczywiście jaśniepan prezes Kaczyński zdoła przepchnąć przez Sejm zgodę na korzystanie z europejskich pieniędzy. Ma na to poparcie opozycji. Jednak dzień w którym jego władza zostanie uzależniona od głosów opozycji będzie dniem utraty jego politycznej mocy. Cóż to za Naczelnik Polski, który wisi na łasce Budki lub Czarzastego? Dlatego, żeby nie iść od razu na dno, tonący politycznie jaśniepan prezes gówna się chwyta. Negocjuje z Pawłem Kukizem. On może co prawda przynieść jaśniepanu sześć popierających szabel, ale Kukiz to polityczny Jonasz. Nieszczęście sprowadza.

Oczekujący europejskiego wsparcia rząd pana wicepremiera Kaczyńskiego ma bieżące rachunki do płacenia. Finansuje je dzięki osłabiania polskiej złotówki przez NBP. Taki stan sprzyja eksportowi polskich produktów, hamuje import. Zyskują na tym też wiodący polscy eksporterzy. Przemysł meblarski, rolno- spożywczy, miedziowy KGHM. Drożeją importowane „ośmiorniczki”, ale nie jest to chleb wyborców PiS. Cierpią niestety na tym też polskie lasy. Drewno z Polski masowo jest wyprzedawane, drzewostan trzebiony gorzej niż za okupacji niemieckiej. Ale całkowita wycinka Puszczy Białowieskiej, i zastąpiona „Dobrej Zmiany” młodniakiem, też nie sfinansuje przyszłych deficytów budżetowych. Do tego niezbędna jest reforma polskiego systemu podatkowego.

Obecny system sprzyja ludziom bogatym. Kreuje setki tysięcy jednoosobowych przedsiębiorców opodatkowanych najniższą stawką PIT. Wysoki VAT również sprzyja najbogatszym, bo procentowo wydają oni na podstawowe wydatki ze swych budżetów mniej niż ludzie mało zarabiający. Dodatkowo nie ma w Polsce podatków od spadków. Dzięki temu miliony najuboższych Polaków utrzymują budżet państwa, który nie zapewnia im nawet podstawowego socjalnego serwisu. I ci najubożsi najczęściej też głosują na PiS. Bo partia jaśniepana Kaczyńskiego dała im poczucie godności oraz 500+

Dlatego sztabowcy PiS podzielili obywateli Polski na dwie grupy. Zarabiających do 4500 złotych brutto. I pozostałych, zarabiających więcej. Z badań wyszło im, że wyborcy z pierwszej grupy zwykle głosują na PiS. Z drugiej, głosują tylko prezesi podobni panu Obajtkowi i ich familie. Dlatego spin doktorzy PiS postanowili zmniejszyć podatki najmniej zarabiającym. Przede wszystkim przez zwiększenie im kwot wolnych od podatków. No i zwiększyć obciążenia podatkowe tym bogatszym. Szkody politycznej nie będzie, skoro oni i tak na PiS nie głosują. Takie działania można też opakować w patriotyczne, szlachetne szaty. Zmobilizować tym i skupić głosy biedniejszych wyborców. A „swoim” bogatym obiecać poufnie stosowne rekompensaty. To pomoże PiS pozyskać poparcie na poziomie 35- 40 procent głosujących w przyszłych wyborach parlamentarnych. Dodatkowo, dzięki takiej podwyżce podatków antyPiSowskim wyborcom, uda się PiS-owi też sfinansować swój program wyborczy.

Jest jednak koalicyjny problem. Proponowane przez PiS podwyżki podatków dla bogatych nie mogą liczyć na poparcie gowinowskiego Porozumienia Prawicy i pozyskiwanych kukizowców. Dlatego pamiętając doświadczenia z „piątką dla zwierząt”, spin doktorzy PiS, chcą do tej reformy podatków wciągnąć klub Lewicy. Kto jak kto, ale Lewica nie powinna stawiać politycznych warunków dla podwyżki podatków bogatym. Nawet kiedy uderzą one też w wyborców Lewicy. Mamy w Polsce bogatych, którzy głosują na Lewicę, na Partię „Razem” nawet.

Jeśli rządzącemu PiS nie uda się załatać dziur budżetowych podwyżkami podatków, to pozostaje jedynie polityka proinflacyjna. Ale ta uderza przede wszystkim w najuboższych, czyli wyborców PiS. Łatwo też wymyka się spod kontroli. Już teraz czarne prognozy wskazują na przyszłoroczną 8 -10 procentową inflację. Co daje wzrost cen żywności o kilkanaście procent.

Jaśnie pan prezes Kaczyński aby utrzymać się dalej przy władzy musi: pozyskać pieniądze z Unii Europejskiej, czyli stracić poparcie ziobrystów, podnieść podatki bogatym, czyli stracić poparcie gowinowców. Czekać aż rosnąca inflacja zmniejszy mu poparcie do 20 procent. We wszystkich wariantach władzę traci. Może też iść na przedterminowe wybory przy poparciu 30 procent. I potem szukać nowych koalicjantów.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Flaczki tygodnia

Rozpada się Porozumienia Prawicy, czyli koalicja PiS ze Zjednoczoną Prawicą Gowina i ziobrowską Solidarną Polską.

Pan prezes Kaczyński jak kania dżdżu łaknie pieniędzy z unijnego Funduszu Odbudowy. Łaknie też wzrostu notowań wyborczych PiS, bo te od pół roku nie gwarantują mu już utrzymania władzy.

Pan prezes potrzebuje pieniędzy z Unii Europejskiej, bo tylko one mogą uwiarygodnić przygotowany od tygodni „Nowy Polski Ład”. Kolejny program pokrzepienia narodowych serc, który uroczyście ogłosić ma pan premier Mateusz Morawiecki.
Będzie to program wychodzenia z pandemii i lepszego życia po zduszeniu jej. Dlatego poza rosnącymi wykresami gospodarczymi, pan premier przygotował też wiele prześlicznych slajdów o poprawie systemu ochrony zdrowia, edukacji, o ochronie środowiska nawet, no i magicznie brzmiących „innowacjach”.
Program oparty jest na szesnastu fundamentalnych filarach, które mają dodać mu powagi oraz eksperckiego wizerunku.

Jednym z ważniejszych filarów owego „Ładu” będzie Instytut na rzecz Rodziny i Demografii. Proponowana przez kaczystów nowa, skuteczna metoda na zwiększenie dzietności obywateli naszego państwa. Widać jaśniepan prezes Kaczyński naprawdę wierzy, że dzieci przynoszone są na ten świat przez obsadzone PiSiewiczami narodowe Instytuty.

Tego politycznego opium dla „ciemnego ludu” nie da się jednak skutecznie rozprowadzić po kraju bez współpracy z gowinowcami i ziobrystami. Bez ich sejmowych głosów za ratyfikowaniem unijnego Funduszu Odbudowy.

Przeciwko Funduszowi otwarcie występują ziobrzyści. W zamian za zmianę ich stanowiska, pan prezes Kaczyński obiecuje wsparcie ich dalszych czystek sądowych. Co oznacza podporządkowanie polskich sądów ziobrystom. Co na pewno wywoła kolejny spór o naruszanie praworządności z Unią Europejską i postulaty zablokowania wypłaty pieniędzy Polsce z unijnego Funduszu.

Można zatem przewidzieć, że pan prezes oszuka pana ministra Ziobrę. Zaraz po uzyskaniu ich głosów dla Funduszu Odbudowy wycofa swoje poparcie dla demolki sądów. Wie o tym pan minister Ziobro i nie śpieszy się z poparciem dla unijnego Funduszu. Końca sporu nie widać.

Pan prezes Gowin, też Jarosław, popiera europejski Fundusz Odbudowy, ale swe dalsze poparcie dla polityki swego imiennika, uzależnia od wyrzucenia z rządu swych byłych wiceministrów. Tych, którzy poparli pucz pana europosła Bielna. Pan prezes Kaczyński obiecuje „wycofanie Bielana” i jednocześnie negocjuje skaperowanie Pawełka Kukiza i piątki związanych z nim parlamentarzystów. By uzupełnić nimi ewentualną secesję gowinowców.
Ponieważ Pawełek Kukiz też wie, że pan prezes Kaczyński zawsze może go w negocjacjach „wyruchać”, mówiąc językiem rockendrolowców, to jednocześnie negocjuje z panem prezesem Gowinem przejście do jego ugrupowania. By zabezpieczyć się przed „wyruchaniem go” przez pana prezesa Kaczyńskiego.
Ale pan prezes Gowin również ma świadomość, że Pawełek Kukiz zwykle obiecuje na prawo i lewo, a potem, jak to rockendrolowiec, jest bardzo niestały w uczuciach, nawet tych politycznych. I flirtuje z PSL-em, który „wyruchał” Pawełka Kukiza. I tak to rządzi Polską koalicja polityków, którzy już nie ufają sobie wzajemnie.
Koalicja sojuszu „koryta i bezkarności”.

Rozpad Porozumienia Prawicy zaczął się od forsowania ustawy zwanej „piątka dla zwierząt”. Miała ona ocieplić wizerunek PiS wśród polskiej młodzieży, pokazać „ludzkie” oblicze kaczystów.
Ale z legislacyjnego rozpędu i bałaganu, bezmyślnie wpisano do niej wiele „wielkomiejskich” postulatów, które wstrząsnęły wiejskim elektoratem PiS. Od zakazu hodowli zwierząt futerkowych i biznesowego uboju religijnego aż po administracyjne kontrole warunków życia podwórkowych „Burków”.

Wizja opresyjnych państwowych kontrolerów zaglądających do prywatnych ferm, ubojni i psich bud wstrząsnęła tradycyjną polska wsią. Społecznością dla której spory o konstytucyjność kolejnych sądów i trybunałów były księżycowymi. Podobnie jak debaty o pluralizmie mediów i misji informacyjnej publicznej TVP.
Za to groźba narzuconych z góry pomiarów długości mojego psiego łańcucha i kontroli sposobów mojego uboju moich zwierząt hodowlanych w moim domu uderzała w podstawowe wolności i mir gospodarstw domowych najbardziej twardego elektoratu PiS.
Zauważył to, i upowszechnia ze złośliwą satysfakcją, profesor Waldemar Paruch. Zdymisjonowany po ostatnich wyborach parlamentarnych szef rządowego Centrum Analiz Strategicznych.

Kiedy pan prezes Kaczyński stracił swój tradycyjny, wiejski elektorat, zechciał szybko kupić sobie przychylność grupy kapitałowej zwianej się „polski kościół kat.” Wierząc, że dzięki jej środkom propagandowym odzyska utraconą wieś. Dlatego nakazał swemu Trybunałowi Konstytucyjnemu zaostrzyć prawo antyaborcyjne, by zaspokoić żądania tej patologicznej grupy.

Nie zdawał sobie sprawy, że wywoła tym wojnę z polskimi kobietami. A także powszechną nienawiść młodego pokolenia Polaków, których chciał wcześniej kupić sobie „piątką dla zwierząt”.

Pan premier Morawiecki zapewne dalej szlifuje swe slajdy aby wreszcie wspaniale zaprezentować „Nowy Polski Ład”. W tym czasie jego ministrowie zamykają województwo Warmińsko- Mazurskie rujnując tamtejszy przemysł hotelarsko- rekreacyjny. Pod hasłem walki z pandemią.
I aby pomoc mieszkańcom tegoż województwa w walce z pandemią, rząd przekazuje im 6 milionów maseczek. Bezwartościowych, bo już przeterminowanych.

Zapewne teraz cała Warmia i Mazury, jak kania dżdżu, czeka na wystąpienia pan premiera Morawieckiego. W między czasie „Flaczki” polecają Porozumieniu Prawicy. i wszystkim innym, sztukę Eugenia Ionesco „Le Roi se meurti”.
Po polsku brzmi to „Król umiera, czyli ceremonie”.

Czy grozi nam faszyzm XXI wieku?

W 1599 roku powołano do życia zupełnie nowego rodzaju przedsiębiorstwo, które zmieniło wymiar rodzącego się kapitalizmu i funkcjonowanie tego, co zwie się „wolnym rynkiem”. Nadano mu nazwę Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska.

Twórcy tego przedsięwzięcia zapewne nawet nie przewidywali, jaki mechanizm uruchamiają: to właśnie swobodny obrót udziałami w firmach (wtedy zastosowany po raz pierwszy) pozwolił prywatnym korporacjom urosnąć tak, że stały się kilka wieków później potężniejsze od państw. Korporacje nie wiedzą, co to jest społeczność, za nic mają poczucie moralności, dyktując ceny, pożerając konkurentów, przekupując polityków. Z wolności i praw człowieka czynią pośmiewisko, z ich humanistycznych wartości – karykaturę. A przy tym nieustannie znajdują obrońców, liberałów, którzy mogą mieć usta pełne słów uznania dla pracujących obywateli, wychwalać uczciwie prowadzone lokalne drobne biznesy, by w ostatecznym rozrachunku i tak bronić największych szkodników, czyli korporacyjnych molochów.
Cyklicznie powtarzające się gigantyczne kryzysy finansowe i gospodarcze krachy stały się istotą systemu światowego rynku. Przez stulecia kapitalizmu tylko nabierają niszczącej siły. Wszystkie apele, nieważne kto i dlaczego je formułował, o stworzenie łagodniejszej i bardziej ludzkiej postaci systemu były tylko chwilowymi, wymuszonymi siłą i realnym zagrożeniem, odstępstwami od normy. Dopóki ZSRR był globalnym mocarstwem autentycznie zagrażającym kapitalizmowi tak siłą oręża, jak ideologicznie i doktrynalnie, istniał straszak motywujący do budowania rozmaitych „państw dobrobytu”. Byle nie posypał się cały kapitalizm. Ale te czasy się skończyły.
Po kryzysie z 2008 r. już wiemy, że mega-banki, mega-korporacje i giganci sektora finansowego sprawują pełną kontrolę nad społeczeństwami we wszystkich częściach świata. Systematycznie sprowadzają je do zatomizowanych zbiorowisk konsumentów, wegetujących według schematu praca-rozrywka-sen, zajętych zapewnieniem sobie i swoim najbliższym podstawowych, egzystencjalnych potrzeb, a gdy zasobów jest nieco więcej – realizacją systematycznie podsycanych konsumpcyjnych dążeń.
Tylko diametralna zmiana modelu własności przedsiębiorstw, podejścia do samej esencji „prywatnej własności” i istoty rynku jako regulatora życia może oznaczać wyjście poza kapitalistyczne stosunki produkcji, przekształcenie stosunków społecznych. Wydawało się – tak w dobie kryzysu sprzed dekady, jak i teraz, że lewica, nie mając wiele do stracenia, głośno to wykrzyknie. Nie wykrzyknęła.
Nawet w obliczu pandemii koronawirusa i całkowitej – co widać – abdykacji systemu we wszystkich możliwych przestrzeniach, popiskuje o wspomożeniu biznesu, korporacji, tych „co dają pracę”.
Fatalnie widzę naszą przyszłość – nas, większości społeczeństwa, pracowników najemnych, bezrobotnych, emerytów – gdy brak nam reprezentacji. W dobrą wolę liberałów, którzy rządzą naszą doczesnością i świadomością nie wierzę w stopniu najmniejszym. Niby dlaczego rządzący nie mieliby, jako odpowiedź na gniew pozostawionego sam na sam z nędzą „ludu”, zabrać ludziom jeszcze praw obywatelskich? Niby co powstrzyma ich przed tym, by utrzymać na stałe te wszystkie obostrzenia i stany wyjątkowe-niewyjątkowe, zanim zaczną się masowe protesty, dzikie strajki i marsze głodowe? Faszyzm niegdyś doskonale współpracował z wielkim kapitałem i z Kościołem katolickim…
Powie ktoś, że to wykluczone z racji rudymentarnych kanonów liberalizmu. Wolność, sprawiedliwość, równy dostęp do edukacji, wolne sądy… Wszystko jest kwestią uzasadnień! W obrazkowo-medialnej demokracji wystarczy trochę się postarać, by przekonać zdezorientowanych ludzi, że muszą zrezygnować z tego, tego i tego, by zachować chociaż resztki dotychczasowego poziomu życia. Na osłodę można ich poszczuć na mniejszości czy uchodźców. Zasada kozła ofiarnego jest obecna we wszystkich ideologiach, doktrynach i religiach. Słynna dysputa w Valladolid między Sepulvedą i de las Casasem nad posiadaniem (lub nie) przez Indian duszy winna uświadomić, że w sferze kazuistyki prawnej i ideologicznego patosu nie ma rzeczy niemożliwych.
Przy upadającym poziomie życia, kurczeniu się klasy średniej będącej oparciem i podstawą liberalnej demokracji na Zachodzie hasła o białych Europejczykach, Aryjczykach, fortecy Europa z mizerną, ale jednak jakąś tam jakością życia, będą nabierać znaczenia. Im będzie on głębszy i bardziej wielowymiarowy, tym te slogany staną się bardziej chwytliwe. NSDAP w Niemczech poparli przede wszystkim nie robotnicy, co drobni posiadacze, rzemieślnicy, spauperyzowani inteligenci, nauczyciele.
Nacjo-liberalizm, ów nowy kostium znanego brunatnego zagrożenia (o czym pisze doskonale Umberto Eco w eseju „Wieczny faszyzm”), może realizować nadal liberalną koncepcję jednoczenia Europy. Bojaźń liberalnych elit Europy przed nadchodzącym nieubłaganie kryzysem może przerzucić ich myślenie w kierunku ostatniej idei, mogącej stanowić zaporę przed recydywą socjalizmu. Austerity zbankrutowało, ale czy to znaczy, że należy przestać traktować ludzi pracy w sposób bezwzględny? Nie. Oni, władcy świata, by na tym stracili.
Ale może odkurzony flirt elit liberalnych z nową wersją faszyzmu pozwoli im władać dalej?