O równe płace na równych stanowiskach

Polskie dane statystyczne są bezlitośnie jednoznaczne – kobiety w Polsce zarabiają na tych samych stanowiskach aż o 19 proc. mniej od mężczyzn.

Kongres Kobiet przygotował projekt ustawy i równości płac kobiet i mężczyzn. Prawne zadekretowanie tego problemu powinno położyć kres dyskryminacji ze względu na płeć. Taka inicjatywa jest konieczna, ponieważ, choć mówi się o problemie od lat, to w praktyce nic się nie zmienia.

Projekt ustawy przewiduje coroczne raportowanie Ministerstwu Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, ile wynosi w firmach powyżej 20 zatrudnionych procentowa różnica w wynagrodzeniach między kobietami a mężczyznami na tych samych stanowiskach i wykonujących taką samą pracę. W raporcie trzeba będzie uwzględnić wszelkie formy wynagrodzenia, w tym m.in. premie, co utrudni próby ukrywania rzeczywistych dochodów oraz obejmie wszelkie formy zatrudnienia. Jeżeli okaże się, że różnice występują, pracodawca będzie musiał zadeklarować, jakie działania podejmie, by tę różnicę zmniejszyć.

To, co niepokoi w projekcie to fakt, że nie są przewidziane żadne sankcje za niezastosowanie się do przepisów.

Można zatem z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć, że pracodawcy nie będą tego prawa przestrzegać tak, jak robią to do tej pory. Podczas gdy np. w Islandii działania dyskryminujące kobiety w wynagrodzeniach traktowane są jako przestępstwo.

„Gazeta Wyborcza”, która napisała o tym projekcie zwraca uwagę, że jedyną firmą, która zdecydowała się na współpracę z Kongresem Kobiet w tej sprawie, była Ikea. Pozostałe, choć zwracano się do nich bezpośrednio, nie wykazały zainteresowania.

Jeżeli projekt Kongresu Kobiet stanie się przedmiotem debaty parlamentarnej, będzie to sprawdzianem dla PiS, czy zdecyduje się na poparcie proponowanych rozwiązań, ponieważ do tej pory deklarowało, że równość płac jest dla tego ugrupowania nader istotna.

Polska w pułapce niskich płac

Rynek pracy w Polsce wciąż opiera się na niskich płacach i wysokim poziomie nierówności. Zaklęcia o wstawaniu z kolan tego nie zmieniają.

Główny Urząd Statystyczny opublikował szczegółowe informacje dotyczące wynagrodzeń Polaków. Dane dotyczą października 2018 r., a więc okresu kwitnącego rozwoju gospodarki, niskiego bezrobocie i bardzo dobrej koniunktury. Obraz wyłaniający się z raportu GUS jest jednak zupełnie inny. Owoce wzrostu trafiają nadal do nielicznych.

Tylko na papierze jest dobrze

W październiku 2018 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wyniosło 5004 zł, czyli 3553 zł netto, i było ono o blisko 15 proc. wyższe niż w październiku 2016 r. Teoretycznie wygląda to więc nieźle. Bardziej szczegółowe dane dowodzą jednak, że większość pracowników w Polsce zarabia znacznie mniej niż wynosi przeciętna pensja, a część otrzymuje wciąż wynagrodzenie głodowe.

Przede wszystkim aż 66 proc. polskich pracowników zarabia poniżej średniej, przy czym dotyczy to aż 94,9 proc. pracowników wykonujących prace proste, 93,4 proc. pracowników usług i sprzedawców, 87,1 proc. rolników, ogrodników, leśników i rybaków oraz 80,2 proc. pracowników biurowych.

Dane GUS pokazują też znaczne nierówności między płciami. W październiku 2018 r. aż 71,2 proc. kobiet miały zarobki poniżej średniej i 60,9 proc. mężczyzn.

Bardzo bogaci bogacze

Z drugiej strony zarobki 0,18 proc. najbogatszych Polaków zarabiało siedmiokrotność przeciętnego wynagrodzenia, czyli 35,03 tys. zł miesięcznie, 2,15 proc. najlepiej zarabiających Polaków przekraczały trzykrotność średniego wynagrodzenia, czyli 15,11 tys. zł, a wynagrodzenia 6,13 proc. pracowników uzyskiwało płace przekraczające dwukrotność średniej, czyli 10,08 tys. zł. Nieliczni zarabiają więc bardzo dużo.
Z danych GUS wynika, że znacznie niższa od średniej jest mediana (wynagrodzenie środkowe). Połowa zatrudnionych pracowników w październiku 2018 r. otrzymała 4095 zł brutto, czyli 2920 zł na rękę.

Biedna gastronomia, bogata informatyka

GUS pokazuje, że mamy bardzo zróżnicowane wynagrodzenia branżowo. Wśród pracowników sekcji „górnictwo i wydobywanie” mediana wyniosła aż 7546 zł, a wśród pracowników informacji i komunikacji 7000 zł. Z drugiej strony w dziale „działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca” mediana wyniosła zaledwie 2500 zł, a w działalności związanej z zakwaterowaniem i usługami gastronomicznymi 2776 zł brutto.
Analiza szczegółowa grup zawodów pokazuje, że najwyższą medianę wynagrodzeń spośród wszystkich zatrudnionych zaklasyfikowanych do odpowiednich średnich grup zawodów zaobserwowano dla zatrudnionych w grupie „Kierownicy do spraw technologii informatycznych i telekomunikacyjnych”, która wynosiła 12648 złotych. W tym samym okresie wartość środkowa wynagrodzenia zatrudnionych w grupie „Fryzjerzy, kosmetyczki i pokrewni” wynosiła zaledwie 2100 zł, czyli tyle co wynagrodzenie minimalne w 2018 r.

GUS zwraca też uwagę, że dla zatrudnionych w wieku do 24 lat mediana wynosiła 3175 zł, a dla zatrudnionych należących do grupy 65 lat i więcej – 5172 zł.

Staż i dyplom mają znaczenie

Znaczne różnice mają też miejsce przy różnym stażu pracy: mediana miesięcznych wynagrodzeń zatrudnionych o stażu pracy krótszym niż 2 lata wyniosła 3082 zł, a dla osób zatrudnionych o stażu 30 lat i więcej – 4576 zł.

Jeszcze bardziej różnicującym czynnikiem jest wykształcenie. Mediana wynagrodzeń pracowników z wykształceniem gimnazjalnym w październiku 2018 r. wyniosła 2987 zł brutto, podczas gdy zatrudnionych o wykształceniu wyższym ze stopniem naukowym co najmniej doktora aż 6255 złotych.

Na państwowym lepiej?

GUS zwraca też uwagę, że pracownicy sektora prywatnego zarabiają mniej niż sektora publicznego. Mediana tych pierwszych wynosiła 3846 zł, a drugich – 4586 zł. Jednak w obrębie samego sektora publicznego nierówności s znaczne, a na niektórych niższych stanowiskach znaczących podwyżek nie było od dawna.

Wreszcie dużo wyższe są zarobki w dużych zakładach pracy (ponad 2 tys. pracowników) – 5309 zł, niż w małych (do 19 osób) – tylko 2775 zł. A przypomnijmy, że to właśnie małe firmy najczęściej są hołubione przez prawicę jako rzekomi twórcy polskiego prosperity, to im proponuje się kolejne udogodnienia i ulgi.

Z powyższych danych wynika więc, że polski rynek pracy jest bardzo zróżnicowany. Są na nim segmenty dobrze opłacane, ale są też obszary niskopłatnej pracy.

Zarabiamy mało

Najsmutniejszy wskaźnik dotyczący płac na polskim rynku pracy dotyczy jednak mediany, czyli najczęściej wypłacanego wynagrodzenia.
Dla wielu osób może się to wydać wręcz trudne do uwierzenia, ale najczęściej wypłacaną pensją w Polsce w badanym okresie była kwota 2380 zł brutto, czyli ok. 1725 zł na rękę! Wynagrodzenie do tej wysokości otrzymywało aż 13 proc. Polaków i Polek! W większych polskich miastach to kwota, która zwyczajnie nie pozwala na przeżycie. A i poza nimi z trudem zapewnia godne życie.

To prawda, że płaca minimalna wzrosła pod rządami PiS. Ale to przecież nie wszystko. Premier, prezes i prezydent powinni zapoznać się z tymi danymi. Powinni zwrócić uwagę na kategorię biednych pracujących i zrozumieć, że nie jest ona wymysłem socjologów (pewnie „lewackich”), a rzeczywistością zauważalnej części polskiego społeczeństwa.
Być może wtedy nie mówiliby z takim przekonaniem o wstawaniu Polaków z kolan. A może właśnie wiedzą świetnie i dlatego karmią nas propagandą?

Nie bójmy się jawności płac!

Politycy praktycznie wszystkich opcji krytykują nepotyzm, rozdawanie stanowisk członkom rodzin i znajomym, wypłacanie nominatom partyjnym gigantycznych premii i honorariów. Mało kto jednak zabiega o wprowadzenie rozwiązań, które mogłyby znacznie ukrócić patologie.

Jednym z głównych instrumentów w walce z nepotyzmem, kolesiostwem, horrendalnie wysokimi wypłatami dla nominatów partyjnych, bulwersującymi nierównościami płacowymi byłoby wprowadzenie jawności płac. Na to jednak nie widać zgody. Ani w kręgach rządu, ani większości środowisk opozycyjnych.

Kto mało zarabia – wiemy

Płace większości pracowników w Polsce są i tak jawne. Wiemy, jakie są zarobki w szkolnictwie, służbie zdrowia, pomocy społecznej, wymiarze sprawiedliwości. Znamy zarobki w dużych sieciach handlowych, firmach ochroniarskich, zakładach transportu publicznego. Mniej więcej wiadomo, ile zarabiają pracownicy kawiarni i restauracji. W tych zawodach płace są zazwyczaj stosunkowo niskie i pracownicy w zdecydowanej większości nie mają nic do ukrycia. Brak jawności dotyczy głównie części osób o wysokich dochodach zajmujących kierownicze stanowiska. Spory pojawiają się też wtedy, gdy okazuje się, że osoby zatrudnione na tych samych stanowiskach otrzymują różne pensje – wtedy pracownicy o niższych dochodach mają słuszne poczucie krzywdy. Wszak Kodeks pracy i Konstytucja RP gwarantują im równą płacę za tę samą pracę. Ale bez wprowadzenia jawności płac trudno byłoby te arbitralne nierówności zniwelować.

Absurdalne nierówności

Dotyczy to też nierówności płac między płciami i wszelkich innych form dyskryminacji. Dzisiaj kobiety wciąż zarabiają około 20 pkt. proc. mniej niż mężczyźni i choć dyskryminacja płacowa kobiet jest sprzeczna z prawem, brak jawności wynagrodzeń nie pozwala nawet otwarcie skonfrontować się z problemem.

W Polsce nawet w sektorze publicznym w różnych częściach kraju pracownicy pełniący te same funkcje i z tym samym zakresem obowiązków często otrzymują zróżnicowane wynagrodzenia. Jawność płac mogłaby doprowadzić do spłaszczenia dochodów wśród osób wykonujących tę samą pracę.

Uzdrowić relacje w firmach

Jawność płac pozwoliłaby wprowadzić też zdrowsze i bardziej transparentne relacje między pracodawcami i pracownikami. Obecnie zdarzają się sytuacje, gdy firma przynosi straty, zwalnia pracowników lub obniża im pensje, a w tym samym czasie kadra zarządzająca przyznaje sobie podwyżki lub dodatkowe premie. Niekiedy zdarzają się sytuacje, gdy koszty kryzysu ponosi arbitralnie wybrana część pracowników. Informacje na temat podwyżek lub ich braku są przedmiotem plotek i legend, a brak sprawdzonej wiedzy psuje atmosferę w firmie i skłóca załogę. Jawność płac byłaby dla pracodawcy bodźcem do bardziej sprawiedliwego i racjonalnego systemu płac. Musiałby wytłumaczyć pracownikom przyczyny takich, a nie innych rozwiązań podwyżki płacowych. Musiałby też umieć przekonać załogę co do wysokości honorariów dla kadry zarządzającej. W ten sposób transparentność odnośnie poziomu wynagrodzeń motywowałaby pracodawcę do wprowadzenia spójnego i przekonującego systemu płac.

Uciąć szkodliwe spekulacje

Dzięki jawności Polacy zobaczyliby też ogrom nieprawidłowości w firmach tak prywatnych, jak i publicznych. Wiedza o skali nierówności pozwoliłaby wywołać presję na wprowadzenie bardziej egalitarnych rozwiązań.
Ujawnienie płac ucięłoby spekulacje na temat dochodów kadry kierowniczej, polityków czy działaczy związkowych. Obecnie wyobrażenia na temat wysokości pensji na różnych stanowiskach często odbiegają od rzeczywistości, a poziom rzeczywistych wynagrodzeń znacząco odbiega od oczekiwań społecznych. Dotyczy to szczególnie stanowisk kierowniczych w instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa. Politycy mają skłonność do ukrywania realnych płac swoich znajomych i rodzin. Wiedzę na ten temat niekiedy ujawniają dziennikarze śledczy, ale często są to doniesienia oparte na plotkach i niesprawdzonych informacjach. Jawność płac przecięłaby spekulacje i pomogła odsłonić skalę nieprawidłowości, a tym przeciąć powiązania między polityką i biznesem. Powszechna stałaby się wiedza, ile zarabiają nominaci partyjni i członkowie ich rodzin. Dzięki jawności wzrósłby też nacisk na przeprowadzanie konkursów przy naborze na najlepiej płatne funkcje.

Jawność wynagrodzeń mogłaby też poprawić atmosferę w firmach, przyczynić się do wzrostu wydajności pracy i minimalizacji stresu. Jawność byłaby ważną częścią relacji opartych na zaufaniu i dialogu. Pozwoliłaby zrozumieć i zaakceptować politykę płacową każdego zakładu pracy. Wszak ludzie lepiej pracują, gdy ich wynagrodzenie jest ustalone na jasnych i przejrzystych zasadach. Dzięki jawności płac firmy w większym stopniu konkurowałyby o pracownika wysokością proponowanej pensji.
Wprowadzenie jawności płac byłoby więc pozytywnym i bardzo łatwym do wprowadzenia rozwiązaniem dla rynku pracy i jakości życia społecznego. Niestety PiS-owska władza, która bardzo lubi lustrować swoich adwersarzy, sama ma wiele do ukrycia.

Ograniczmy nierówności w zakładach pracy!

Krytykując ustawę Lewicy dotyczącą zmian w systemie emerytalnym, wielu posłów, tak z obozu rządzącego, jak i opozycyjnego, krytycznie odnosiło się między innymi do pomysłu wprowadzenia tzw. maksymalnej emerytury. Lewica chciała bowiem, aby maksymalna emerytura stanowiła co najwyżej sześciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Dla polityków z innych partii, ale też przedstawicieli pracodawców, takie rozwiązanie byłoby niedopuszczalnym ograniczeniem dopuszczalnych nierówności.

Trudno zrozumieć opór wielu ekspertów i polityków wobec propozycji Lewicy, biorąc pod uwagę fakt, że obecnie zaledwie ok. 120 osób otrzymuje emeryturę przekraczającą sześciokrotność płacy minimalnej. Okazuje się, że wciąż nierówności w systemie emerytalnym nie są bardzo wysokie, a w każdym razie niższe od nierówności płacowych. Dlatego wydaje się, że warto zastanowić się nie tylko nad wprowadzeniem limitów nierówności w ramach systemu emerytalnego, ale przede wszystkim pomyśleć, jak ograniczyć olbrzymie nierówności płacowe.

Kokosy dla zarządów

Obecnie w wielu firmach, w tym w spółkach skarbu państwa, mamy często do czynienia z sytuacją, gdy znaczna część pracowników wciąż zarabia stawki oscylujące wokół płacy minimalnej, zwalnia się pracowników, tnie fundusz płac, a kadra zarządzająca otrzymuje gigantyczne honoraria. Dzieje się tak często niezależnie od kondycji zakładu pracy.
Prawie zawsze kosztami kryzysu obciąża się pracowników, a pensje prezesów nie są w żaden sposób skorelowane z wynikami firmy. Dla odmiany w okresie prosperity rosną zyski przedsiębiorstwa i pensje zarządów, opinia publiczna słyszy, że to wyłącznie oni są architektami sukcesów kierowanych przez siebie podmiotów. A płace pracowników? Oczywiście stoją w miejscu.

Pracownik nie ma motywacji

To mechanizm nieracjonalny, niesprawiedliwy i odbierający motywację do pracy. Brak mechanizmów partycypacji załogi w zyskach przyczynia się też do wzrostu nierówności społecznych, które niszczą więzi społeczne i wzajemne zaufanie, prowadzą do częstszych chorób i stresów, są zagrożeniem dla demokracji i dobra wspólnego. A przypomnijmy, że w Polsce te więzi niszczy również powszechna plaga przepracowania i nakręcanie przez media sztucznych nagonek.

W Polsce praktycznie nie istnieją układy zbiorowe, a związki zawodowe mają mały wpływ na funkcjonowanie rynku pracy. W tej sytuacji tym bardziej potrzebne są ustawowe mechanizmy ograniczania patologii na rynku pracy. Aby zapewnić partycypację pracowników w zyskach firmy i zarazem ograniczyć dysproporcje w zarobkach, warto rozważyć wprowadzenie limitów nierówności płacowych w obrębie przedsiębiorstwa.

Zmniejszyć dysproporcje

Takim rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie proponowanej niedawno przez Związkową Alternatywę zasady, zgodnie z którą dochody najlepiej opłacanego menedżera danej firmy nie mogłyby przekraczać ośmiokrotności zarobków najgorzej zarabiającego pracownika. Przy czym należałoby wprowadzić takie obostrzenia, aby zarobki kadry zarządzającej obejmowały wszelkie premie, nagrody i inne dodatki.

Gdyby więc najniżej opłacany pracownik zarabiał miesięcznie 3 tys. zł brutto, to prezes mógłby otrzymywać maksimum 24 tys. zł. Chcąc podwyższyć swoją pensję do 40 tys. zł, prezes musiałby zwiększyć minimalne wynagrodzenie w firmie do 5 tys. zł. . Gdyby sytuacja firmy była trudna i prezes chciałby obniżyć pensje pracownikom, musiałby równocześnie obniżyć również honorarium dla siebie.

W ten sposób pracownicy mieliby poczucie, że partycypują w zyskach firmy i ich zarobki są przynajmniej częściowo uzależnione od jej wyników. Hasła o wspólnej pracy całej załogi na sukces przedsiębiorstwa zyskałyby poważniejsze, materialne podstawy. Wprowadzenie tej zasady zwiększyłoby motywację do pracy i ograniczyło arbitralne, niczym nieuzasadnione nierówności w obrębie każdego zakładu pracy.

Poczta i (nie)równe płace

Zrzeszony w nowej centrali związków zawodowych, Związkowej Alternatywie, Wolny Związek Zawodowy Pracowników Poczty domaga się daleko idących zmian w systemie wynagrodzeń na Poczcie Polskiej i podjęcia prac nad nowym zakładowym układem zbiorowym.

WZZPP wskazuje, że obecny system wynagrodzeń na Poczcie Polskiej dopuszcza olbrzymie nierówności płacowe między pracownikami zatrudnionymi na tych samych stanowiskach. W praktyce oznacza to, że zarząd może arbitralnie różnicować wysokość wynagrodzeń między pracownikami mającymi ten sam zakres obowiązków, w tym uprzywilejowywać pracowników należących do posłusznych mu związków zawodowych.
Zdaniem WZZPP obecnie obowiązujące rozwiązania są sprzeczne z prawem pracy i niesprawiedliwe. Stąd w dniu dzisiejszym przewodniczący związku, Piotr Moniuszko przesłał do zarządu Poczty pismo, w którym domaga się pilnego podjęcia prac nad nowym układem zbiorowym.
Równe place za tę samą pracę to jeden z postulatów programowych Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa. W ciągu najbliższych miesięcy będziemy walczyć o respektowanie tej zasady w wielu instytucjach państwowych, spółkach skarbu państwa i firmach prywatnych.

Poniżej treść pisma WZZPP do zarządu Poczty Polskiej.:

Równe traktowanie w zatrudnieniu jest jedną z podstawowych zasad prawa pracy. Pracodawca nie może dyskryminować pracowników z przyczyn wymienionych w kodeksie pracy. Jeśli świadczenie pracy wymaga od pracowników porównywalnego doświadczenia, kwalifikacji, odpowiedzialności czy wysiłku, to praca ta uznawana jest za pracę o jednakowej wartości. Pracownicy wykonujący takie same obowiązki powinni mieć wynagrodzenia w jednakowej wysokości. Nierówne wynagrodzenie w takich przypadku jest wykroczeniem przeciwko prawom pracownika i narusza przepisy kodeksu pracy.
Obowiązujący w Poczcie Polskiej S.A. Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy, jako porozumienie pomiędzy pracodawcą, a częścią działających w PP S.A. związków zawodowych jest ewidentnym przykładem nierównego traktowania, wręcz wprowadza dyskryminację płacową pracowników. Tak zwane „widełki” w tabeli zaszeregowań powodują, że pracownicy zatrudnieni na tym samym stanowisku, wykonujący te same czynności, a więc pracę o tej samej wartości otrzymują wynagrodzenia zasadnicze różniące się nawet o 2000 zł.
Dołączając do tego niesprawiedliwie naliczany dodatek stażowy, bo liczony procentowo od wynagrodzenia zasadniczego, powoduje jeszcze większe różnice w ostatecznym wynagrodzeniu pomiędzy pracownikami.
W związku z powyższym, żądamy najpóźniej do 30 września 2019 r. rozpoczęcia prac nad nowym Zakładowym Układem Zbiorowym Pracy dla Pracowników Poczty S.A., który w sposób prosty, zrozumiały i przejrzysty zagwarantuje równe traktowanie nie tylko w zakresie wynagrodzeń, ale i dodatkowych świadczeń.

Niedostatek pracowników to lipa

Coraz częściej powtarza się, że w Polsce zaczyna brakować rąk do pracy. Okazuje się jednak, że to nieprawda.

Jak wynika z badania (przeprowadzonego na zlecenie Otto Work Force) pracodawcy określają problem braku pracowników jako niezbyt poważny.
Nie jest więc prawdą, że na naszym rynku pracy na wagę złota są już nie tylko informatycy i programiści, ale także handlowcy i pracownicy fizyczni.

Po prostu lepiej płaćcie

Nie zmienia to faktu, że przedsiębiorstwa mogą mieć pewne trudności z szybkim znalezieniem pracowników.
Polski pracodawca idzie poniekąd z duchem czasu – ważne są dla niego kompetencje analityczne, cyfrowe, a także znajomość języków.
Siatka płac w wielu firmach jest jednak mało elastyczna, więc za te kompetencje trudno uzyskać odpowiednie wynagrodzenie, co jest mało zachęcające dla potencjalnych pracowników. Pod względem płacowym nasi pracodawcy jakoś nie chc iść z duchem czasu.
Zatrudniający ponoć prześcigają się w uatrakcyjnieniu ofert pracy, a pracownicy mogą liczyć na rozmaite benefity.
Szkoda, że pracodawcom jakoś nie przychodzi do głowy, że najlepszym benefitem byłaby po prostu wyższa pensja, zachęcająca do pozostania w firmie.

Problem niewielkiej wagi

W skali od 1 („nie mamy problemów”) do 5 („mamy bardzo duże problemy”) pracodawcy ocenili problem braku kompetentnych pracowników zaledwie na 3,16.
Waga tego problemu jest zatem niewielka, jedynie dostateczna – a nie duża czy bardzo duża.
Może przyszedłby więc już czas, by zerwać z opowiadaniem bajek o niedostatku pracowników, inicjowanym przez pracodawców, którzy chcą płacić ludziom możliwie jak najmniej.
Duże przedsiębiorstwa wyceniły wagę problemu braku pracowników na 3,13. Jeszcze niżej wyceniają go przedsiębiorstwa średnie (3,03) oraz małe (zaledwie 2,69). Pytanie więc, kto zawyża tę średnią do 3,16, skoro firmy duże, średnie i małe niżej oceniają wagę problemu braku pracowników?. Raport z wspomnianego badania niestety nie daje na to odpowiedzi.

Ludzi trzeba szkolić

Jeśli pracodawcy w ogóle narzekają na niedostatek rąk do pracy, to przeszkadza im niedopasowanie poziomu kompetencji zatrudnionych do potrzeb przedsiębiorstwa.
Pracodawcom warto podpowiedzieć, że jest to problem stary jak świat i występujący wszędzie. Znanym i sprawdzonym lekarstwem są tu szkolenia, organizowane przez pracodawców.
Przedsiębiorcy narzekają też jednak, że ich podwładni mają problemy z ukierunkowaniem na cele biznesowe, działaniem w wielokulturowym środowisku i kompetencjami analitycznymi.
Widocznie nie potrafią znaleźć bodźców, które orientowałyby zatrudnionych na ów „cel biznesowy” oraz zachęcały do rozwijania kompetencji wielokulturowych i zachęcały do działania w wielokulturowym środowisku.
Z drugiej strony, polscy pracownicy nie są zwykle wzorem wybitnych kompetencji i rzeczywiście może brakować im umiejętności wspólnego rozwiązywania problemów, pracy w grupie, znajomości języków i technik cyfrowych.
Problemem, który trudno od razu rozwiązać przez podnoszenie płac, mogą być też niedostatki w zakresie kompetencji analitycznych.
Tymczasem zaś, praca z najnowszymi technologiami oraz dużą ilością danych będących fundamentem czwartej rewolucji przemysłowej, to coraz częściej nieodłączny element niemal każdej nowoczesnej profesji.

Hydraulicy wyjechali

Dziś w Polsce sprzedawca, pracownik fizyczny i programista zawsze znajdą pracę. Nowe technologie zmieniają rynek pracy na nieznaną dotąd skalę. Rośnie popularność rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, co przekłada się na wzrost zapotrzebowania na specjalistów z tej dziedziny.
Jednocześnie, wraz z konkurencyjnością zagranicznych rynków pracy stale wzrasta w Polsce popyt na pracowników fizycznych. Przedsiębiorcom coraz trudniej jest też znaleźć podwładnych mających zaawansowane umiejętności cyfrowe: programistów, analityków, inżynierów, wykładowców specjalizujących się w technologiach informatycznych.
Ze względu na otwarcie granic i znacznie lepsze zarobki u naszych zachodnich i północnych sąsiadów, zatrudniający narzekają także na niedobór wykwalifikowanych pracowników fizycznych, w szczególności hydraulików (prawie wszyscy wyjechali do Francji?) oraz elektryków i montażystów.

Gdzie ci przyzwyczajeni?

Zgodnie z przeprowadzonym badaniem, pracodawcy konkretnie najczęściej poszukują przedstawicieli następujących profesji: handlowców, pracowników fizycznych, informatyków ze znajomością języka programowania Java oraz analityków Big Data.
Przedsiębiorcy starają się znaleźć różne formy pozyskania wartościowego pracownika. Najczęściej oferują zatrudnionym dodatkowe programy rozwojowe i ścieżki kariery, przeprowadzają (wedle tego co sami mówią) rozmaite szkolenia , a także proponują dodatkowe benefity.
„Pracownicy są przyzwyczajeni do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej. Multisport i opieka medyczna to już standard” – stwierdza raport z badania Otto Work Force.
Nietrudno zauważyć, że powszechne odczucia są zupełnie inne i konia z rzędem temu, kto w Polsce znajdzie rzesze pracowników przyzwyczajonych do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej, traktujących to jako standard. Widocznie, mimo, że jest to jeden kraj, są w nim różne światy i różne sposoby oglądu rzeczywistości.
Warto zauważyć, że zaledwie połowa polskich firm (49 proc. ) deklaruje, że oferuje pracownikom karty sportowe i dodatkową opiekę medyczną. Nie wiadomo też, na jakich warunkach. Jeszcze mniej (46 proc. ) proponuje wprowadzanie dodatkowych ubezpieczeń grupowych. Zmieniający się rynek pracy z jednej strony wymusza na pracownikach stałe podnoszenie kompetencji, z drugiej daje pole do popisu polskiemu pracodawcy, który powinien uświadomić sobie, że nadchodzi czas, gdy będzie musiał zabiegać o personel z określonymi kompetencjami.
Wysokie zarobki i cykliczne premie z pewnością mogą okazać się najlepszym sposobem, by zachęcać do zatrudnienia w danej firmie.

Rynek pracy wciąż śmieciowy

Minęły już ponad trzy lata rządów PiS i pomimo deklaracji o dobrej zmianie na rynku pracy, nic takiego nie nastąpiło, a wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia sytuacji. Polski rynek pracy jest coraz bardziej podzielony – są dobrze płatne i względnie stabilne miejsca pracy dla części pracowników wysoko wykwalifikowanych, ale zarazem duża część rynku pozostaje zdominowana przez niskopłatne umowy śmieciowe. Jednocześnie rząd uparcie wspiera rodzimą, drobną przedsiębiorczość, chociaż warunki pracy w mikroprzedsiębiorstwach są najgorsze, a skala łamania praw pracowniczych największa.
Rząd ze wsparcia dla małych, polskich firm uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla drobnej rodzimej przedsiębiorczości i osłabienia korporacji zagranicznych. Okazuje się jednak, że zgodnie z danymi GUS sytuacja w małych firmach jest fatalna. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne. Tymczasem w Polsce jest ich coraz więcej i zatrudniają coraz więcej osób. W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach w 2017 r. wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Tymczasem w firmach zatrudniających ponad 9 osób średnia płaca w tym samym czasie wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej. Warto też zwrócić uwagę, że umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach według ostatnich danych miało tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc.. Blisko dwie trzecie miało umowy innego rodzaju.
W kampanii wyborczej PiS obiecywał radykalne ograniczenie śmieciówek i poprawę sytuacji osób o najniższych dochodach, niestety jednak obietnice nie zostały dotrzymane, a wręcz sytuacja części pracujących uległa pogorszeniu. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc.. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrostu liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.. Na dodatek z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że ponad jedna czwarta firm nie przestrzega przepisów dotyczących minimalnego wynagrodzenia.
GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Nieznacznie zmniejszyła się jedynie liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2017 r. takich osób było 1,2 mln, czyli o około 4 proc. mniej niż w 2016 r., ale skala śmieciowego zatrudnienia wciąż jest olbrzymia, a przecież jeszcze kilkaset tysięcy osób pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży i setki tysięcy ludzi pracuje w szarej strefie. Na dodatek Polska pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową pod koniec 2018 r. miało ponad 3 mln osób, czyli 23,4 proc. pracowników etatowych.
Nie ma też dobrej zmiany w zależnym bezpośrednio od władzy sektorze publicznym. PiS krytykował rządy PO-PSL za kilkuletnie zamrożenie płac w budżetówce, a tymczasem wynagrodzenia setek tysięcy pracowników sektora publicznego i samorządowego wciąż utrzymują się na bardzo niskim poziomie. W ciągu ostatnich trzech lat wynagrodzenia w budżetówce były wskaźnikowo zamrożone, choć rząd zwiększał fundusz płac o 1-2 mld zł rocznie. Oznaczało to, że jednostki budżetowe otrzymywały większe pieniądze, ale decyzje o podwyżkach podejmowali kierownicy poszczególnych placówek. W konsekwencji pensje pracowników posłusznych władzy rosły szybciej niż wszystkich innych. Niektórzy otrzymywali gigantyczne premie, nagrody i podwyżki, inni nie dostawali nic.
Również warunki pracy w spółkach skarbu państwa poprawiły się przede wszystkich dla nominatów obecnej władzy, a wielu prezesów bardzo źle traktuje pracowników, łamiąc prawa pracownicze, stosując mobbing i dyskryminując nieprzychylne rządowi związki zawodowe.
Wreszcie, pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego, wciąż na niskim poziomie pozostają w Polce wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia, co szczególnie dotyczy kobiet. Zgodnie z ostatnimi danymi GUS współczynnik aktywności zawodowej wyniósł w IV kw. 2018 r. 56,1 proc. (mężczyzn 64,9 proc., a kobiet zaledwie 48,0 proc.) wobec 56,8 proc. kwartał wcześniej (spadek o 0,6 pkt proc. u mężczyzn i 0,9 pkt. proc. u kobiet). Dwa lata wcześniej było to 56,3 proc., a trzy lata temu 56,5 proc.. Innymi słowy z roku na rok pogarszają się wskaźniki aktywności zawodowej! Pogorszył się też wskaźnik zatrudnienia. W IV kwartale 2018 r. wyniósł on 54,0 proc. (u mężczyzn 62,6 proc., a u kobiet tylko 46,1 proc.) wobec 54,6 proc. w III kw., co oznacza spadek o ponad 200 tys. osób. Warto zwrócić uwagę, że spadek u kobiet wyniósł aż 1 pkt proc., a u mężczyzn tylko 0,3 pkt, proc.
Okazuje się więc, że szybki rozwój gospodarczy, spadek bezrobocia, wzrost ściągalności podatków nie przełożyły się na znaczącą poprawę sytuacji pracowników. Rządy PiS to stracona szansa na rynku pracy.

Startuje Związkowa Alternatywa

Nowo utworzona centrala związkowa postuluje pakiet na rzecz wyższych płac.

Pomimo dobrej koniunktury, płace w Polsce rosną nierównomiernie, a w wielu branżach stoją w miejscu. Ponadto wciąż zarobki setek tysięcy pracowników nie pozwalają im na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Dlatego Związkowa Alternatywa uważa, że władze publiczne powinny przyjąć pakiet na rzecz wyższych płac.
Po pierwsze, domagamy się ustanowienia płacy minimalnej co najmniej na poziomie 50% średniego wynagrodzenia. Rekomendowane przez rząd podniesienie płacy minimalnej do 2450 zł brutto nie zmieni proporcji minimalnego wynagrodzenia do średniej krajowej, a nawet może nieznacznie ją zmniejszyć. Dlatego proponujemy, aby w przyszłym roku płaca minimalna wynosiła co najmniej 2600 zł brutto. To wciąż niska kwota, ale pozwalająca na znaczącą poprawę warunków życia dla setek tysięcy pracowników i ich bliskich.
Po drugie, domagamy się podniesienia płac w sferze budżetowej o co najmniej 15%. Płace w budżetówce były zamrożone przez 9 lat, co oznaczało realny spadek o około 15 pkt proc.
Po trzecie, są w Polsce branże od lat lekceważone przez władzę, które zarazem mają olbrzymie znaczenie dla rozwoju społecznego. Takimi branżami jest edukacja, służba zdrowia i pomoc socjalna. Są to zawody przyszłościowe, a bardzo słabo płatne. Za wszystkie te trzy obszary odpowiada przede wszystkim państwo i każda z tych profesji powinna być znacznie lepiej opłacana niż obecnie. Dlatego płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia i pracowników socjalnych w placówkach publicznych powinny w przyszłym roku wzrosnąć o 30%.
Po czwarte, w Polsce nawet w sektorze publicznym są olbrzymie nierówności między pracownikami na tych samych stanowiskach. Prawo pracy opiera się na zakazie różnicowania praw pracowniczych i pracownicy mają równe prawa z tytułu jednakowego wypełniania takich samych obowiązków. Jeżeli praca jest równie trudna, wymaga takiego samego wysiłku i umiejętności, tych samych kompetencji, a pracownicy mają taki sam zakres decyzji – powinni otrzymać równe wynagrodzenie. Dlatego należy zrównać wynagrodzenia w sektorze publicznym pracowników zatrudnionych na tych samych stanowiskach. Pracownicy wymiaru sprawiedliwości czy urzędów skarbowych o takim samym zakresie obowiązków i tym samym stażu pracy powinni otrzymywać wynagrodzenie tej samej wysokości w całym kraju.
Wreszcie po piąte, uważamy, że rząd powinien wprowadzić oddzielne regulacje płacowe dla osób pracujących w niedziele i święta. Setki tysięcy pracowników ochrony, gastronomii, handlu, rozrywki, służby zdrowia, transportu, energetyki czy policji pracuje w niedziele i święta i zdecydowana większość z nich nie dostaje za pracę w tych dniach wyższych stawek niż za pracę w dni powszednie. Dlatego uważamy, że za każdą pracę w niedziele i święta powinny być 2,5 razy wyższe stawki niż za pracę w dni powszednie. Wprowadzenie takiego rozwiązania byłoby silnym, propracowniczym bodźcem dla całego rynku pracy, który zarazem umacniałby firmy skłonne do podniesienia płac.

Mamy wreszcie rynek pracownika

Polscy przedsiębiorcy muszą się nauczyć, jak funkcjonować w nowej, nieznanej im, rzeczywistości kadrowej.

„Dzień dobry, odchodzę. Oto moje wypowiedzenie”. Takie zdanie zazwyczaj oznacza duże problemy dla pracodawcy. W czasach utrudnień związanych z rekrutacją może stać się wręcz koszmarem managerów.
Co powinni robić przedsiębiorcy, by tego uniknąć? Przede wszystkim powinni zdać sobie sprawę, jakie są najczęstsze powody odejścia pracowników.

Gdy brak rozwoju

Dziś prawdziwym wyzwaniem dla pracodawców jest utrzymanie pracownika – czyli zapewnienie mu optymalnych warunków na wszystkich możliwych płaszczyznach pracy. Chodzi o to, by nie rozglądał się za innymi ofertami, tylko poświęcił swoją energię na realizację powierzonych mu zadań. Dlaczego jednak pracownik przestaje być zadowolony z pracy i umowy, na którą wcześniej sam się zdecydował?
Większość z nas chce się rozwijać w pracy. Motywacje są różne, dlatego kluczowe jest ustalenie, jakie są pod tym względem potrzeby pracownika. jest przejrzysta komunikacja. Dobrym pomysłem na ich poznanie jest organizowanie cyklicznych spotkań, podczas których pracownicy mogą w nieskrępowany sposób wyartykułować swoje oczekiwania.
Dla jednych rozwój to awans, dla innych – wyzwania i odpowiednio ambitne zadania, możliwość zdobywania dodatkowych doświadczeń czy udział w warsztatach i szkoleniach. Trzeba to wiedzieć, by ewentualne propozycje były dostosowany do oczekiwań pracownika.
Firma nie zawsze ma możliwość zaoferowania odpowiedniego rozwiązania, takiego jak np. awans. Wtedy ważna jest dobra komunikacja.
Gdy pracownik wie, że w firmie istnieje świadomość jego potrzeb, będzie w stanie poczekać. Ważna wskazówka dla managera: zanim zatrudni osobę z zewnątrz niech się upewni, czy na pewno nie może powierzyć nowych zadań komuś z zespołu.

Pieniądze i inne korzyści

Wynagrodzenie to jedna z podstawowych motywacji do pracy. Pracodawca powinien monitorować raporty płacowe by wiedzieć, co w danym momencie oferuje rynek. Wtedy, o ile firma ma takie możliwości, może zawczasu dostosować warunki płacowe do realiów i nie dopuścić do sytuacji, w której cyfry spowodują exodus pracowników.
Oczywiście nie w tym rzecz, by pokornie realizować nawet nierealne oczekiwania płacowe. Warto jednak trzymać rękę na pulsie, zwłaszcza w przypadku osób nieśmiałych, które z własnej inicjatywy nie poproszą o podwyżkę – ale mogą odejść, gdy zaproponuje ją inny pracodawca.
Oprócz pieniędzy liczą się również benefity. Nie ma sensu rozpisywać się o takich standardach, jak opieka medyczna czy pakiet sportowy. W ostatnich latach dołączyły do nich elastyczny czas pracy i możliwość pracy w domu (przynajmniej w części).
Świadczenia dodatkowe to pole popisu dla kreatywności działów zajmujących się kadrami. Pomoc prawna, konkursy z ekskluzywnymi wycieczkami, opieka medyczna na miejscu, żłobek finansowany przez pracodawcę, dzień wolny w urodziny, a może szkolenie z bezpiecznej jazdy? Czemu nie.

By praca była przyjemnością

Źle dobrany zespół to duży problem. Pracownicy, którzy nie dogadują się ze sobą, pracują nieefektywnie, każdy dzień w pracy jest dla nich trudny do zniesienia. Kolejne kłopoty to zaburzona równowaga między pracą i czasem wolnym, czy brak komunikacji między pracownikami a kadrą zarządzającą.
Konflikty należy rozwiązywać jak najszybciej, a nie zamiatać je pod dywan. Im szybciej problem zostanie rozwiązany, tym lepiej. I taniej – bo profesjonalni mediatorzy kosztują.
Jak zaradzić konfliktom? Poprzez stworzenie odpowiedniej atmosfery, sprzyjającej otwartości i umożliwiającej pracownikom mówienie o tym, co im nie odpowiada.
Warto inwestować w przemyślane inicjatywy integracyjne. Dobrze sprawdza się np. wspólny udział w akcjach charytatywnych – uruchamia w ludziach dużo pozytywnej energii i motywuje do spontanicznej współpracy. Firmy powinny inwestować w budowanie spójnej strategii tworzenia wizerunku marki. Nic tak go nie niszczy, jak konflikty w zespołach, o których jest głośno poza murami biura firmy.

Mówić prawdę!

Szczerość. Tego zazwyczaj wymaga szef od pracownika. Powinno to jednak działać również w drugą stronę – a pracodawca musi wywiązywać się ze złożonych deklaracji i obietnic. Czasem zdarza się, że to niemożliwe ze względu na zmieniające się realia. To kolejna sytuacja, gdy należy postawić na otwartą, szczerą komunikację – jeśli pracownik zrozumie, dlaczego nie może otrzymać tego, czego oczekuje, jest szansa że wspólnie da się ustalić jakiś plan zastępczy. Managerowie powinni dopilnować, by podczas rekrutacji ustalić priorytety pracownika i dowiedzieć się, co jest dla niego nie do zaakceptowania. Powierzając mu zadania trzeba to uwzględniać.
Na przykład, osoba, która ma małe dzieci i nie może brać nadgodzin, nie zaakceptuje polecenia, by przez cały tydzień pracować do 20:00 bo tego wymaga nowy projekt. Albo zaakceptuje – ale po miesiącu odejdzie.
Trudno oczekiwać lojalności od kogoś, komu się jej nie okazuje Brak stałej umowy o pracę czy choćby jasnej deklaracji, kiedy można na nią liczyć, to prosta droga do utraty wartościowego pracownika. To samo dotyczy umów na zastępstwo – pracownicy na takich kontraktach chcą wiedzieć, co ich czeka.
Pracownicy chcą też wiedzieć, co pracodawca sądzi o ich pracy. Brak takiej informacji zwrotnej powoduje dezorientację i niepewność.
Czasami zdarza się, że pracownik, mimo deklaracji odejścia decyduje się jednak pozostać w firmie. To rzadkie przypadki – ale warto nie dopuścić do przekroczenia granicy mentalnej, poza którą pracownik podejmujący decyzję o odejściu przestaje utożsamiać się z firmą. Trudno to później odbudować.
A gdy odejście jest już definitywne? To sytuacja, z której szef firmy może wyciągnąć wiele istotnych informacji. Dlatego warto poprosić pracownika o szczerą odpowiedź na pytanie: dlaczego? Pozwoli ona uniknąć podobnych problemów w przyszłości – lub przynajmniej je ograniczyć.

Pani minister nie wie, co to dialog

„Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego – mówi Kamili Terpiał (wiadomo.co) Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

PO: Gdzie są pieniądze dla nauczycieli?
– Rodzice i nauczyciele są zaniepokojeni tym, że w sobotę nie padła żadna propozycja dla nauczycieli. Czekamy zatem na konkretne, realne decyzje rządu i na to, aby nauczyciele otrzymali podwyżki, aby poprawiła się ich sytuacja finansowa. Uniki minister Anny Zalewskiej i brak dialogu powodują, że sytuacja jest coraz bardziej napięta. Najpilniejszy problem to zapobiec strajkowi nauczycieli i to jest odpowiedzialność rządu – mówiła na konferencji prasowej była minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas z PO.
Posłowie opozycji żądają od premiera Mateusza Morawieckiego, aby spotkał się z przedstawicielami wszystkich związków zawodowych i rozwiązał problem podwyżek dla nauczycieli. – PiS w tej sprawie zachowuje się nie jak partia rządząca, tylko jak ludzie owładnięci żądzą rządzenia, myślą tylko o tym, jak wygrać wybory – dodaje poseł PO Rafał Grupiński.
Przypominają, że w miniony piątek na ich wniosek zwołane zostało specjalne posiedzenie sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży, na której poruszony został temat podwyżek dla nauczycieli, ale bezskutecznie.
– Pani minister Anna Zalewska nie zdaje sobie sprawy z sytuacji, w którą nas wszystkich wpycha, a przede wszystkim nauczycieli. Minister Zalewska, mimo iż patrzy w kierunku Brukseli, powinna spojrzeć na to, co po sobie zostawia. Nie bierze pod uwagę tego, że chcemy pomóc. Zaproponowaliśmy poprawkę do budżetu, która miała pomóc samorządom w złagodzeniu skutków podwójnego rocznika oraz przeznaczała 2 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. W budżecie zaproponowanym przez PiS nie ma żadnych dodatkowych pieniędzy na ten cel – oburza się posłanka Urszula Augustyn, była wiceminister edukacji.

PSL składa projekt ustawy zakładający 1000 złotych podwyżki
– Rząd chciał stworzyć wrażenie, że dba o wszystkich Polaków, niestety tak nie jest. Jest wiele grup społecznych, zawodowych, które od wielu miesięcy protestują, domagają się podwyżek, lepszego traktowania, prawdziwej rozmowy. Ich postulaty nie zostały uwzględnione w propozycjach rządowych – mówił w Sejmie prezes PSL.
Dlatego zaprezentował projekt ustawy podnoszący wynagrodzenia dla nauczycieli. – To grupa zawodowa, która od wielu miesięcy walczy o lepszą jakość nauczania w Polsce, o to, żeby dzieciaki miały lepszy dostęp do wiedzy, żeby ta wiedza była jak najstaranniej przekazywana, żeby była nie tylko edukacja, ale i wychowanie w szkole. Walczą o to, żeby rodzice byli spokojni o przyszłość swoich dzieci i oczywiście o to, żeby warunki pracy nauczycieli były jak najgodniejsze – tłumaczył Władysław Kosiniak-Kamysz.
Projekt zgłoszony przez ludowców zakłada podwyżkę dla wszystkich nauczycieli: stażystów, dyplomowanych i mianowanych o 1000 złotych.

Broniarz: Nastroje są bojowe

KAMILA TERPIAŁ: Ostatnie obietnice PiS przelały czarę goryczy? Jest pan wkurzony na rząd?
SŁAWOMIR BRONIARZ: To budzi we mnie ogromną irytację. Jest rzeczą niedopuszczalną, że nagle dowiadujemy się, że są ogromne pieniądze, choć budżet jest już zamknięty.

Wiele razy nauczyciele słyszeli, że nie ma pieniędzy na podwyżki. Czuje się pan oszukany?
Tak. Od dawna byliśmy informowani, że rząd stać najwyżej na 100 złotych podwyżki. Tak samo, jak państwa nie stać na 500 złotych dodatku dla niepełnosprawnych i ich opiekunów. Politycy PiS-u prosto w twarz byli w stanie mówić, że nie ma pieniędzy. To straszne. Potem nagle okazało się, że PiS, jak królik z kapelusza, wyciąga 40 miliardów złotych. Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego. Myślę, że przelała się taka dawka emocji, jak po stu spotkaniach związkowych i objeździe całej Polski. Nastroje są bojowe.
Oliwy do ognia dolewa fakt, że znika jakikolwiek dialog związkowy, a zastępuje go rozmowa rządu z „Solidarnością”. Centrum dyskusji przeniosło się na ulicę Nowogrodzką. Tylko patrzeć, jak rząd będzie reaktywował Centralną Radę Związków Zawodowych, na której czele stanie Duda. To też budzi niepokój, bo do tej pory wydawało się, że jednak pewne normy cywilizowanej debaty, a przynajmniej jej pozory będą obowiązywały.

Minister edukacji przekonuje, że od początku robi, co może, i dlatego nauczyciele dostali od stycznia podwyżki.
Mówimy nie tylko o podwyżkach, ale także o braku jakiejkolwiek wizji, która pokazywałaby, że edukacja jest w stanie sprostać oczekiwaniom XXI wieku. Gdyby nie nauczyciele i ich kolosalny wysiłek, to wszystko, co minister edukacji wygenerowała w ciągu ostatnich 3 lat, zniszczyłoby doszczętnie polską szkołę. Tylko nauczycielom zawdzięczamy to, że nie doszło do najgorszego. Za to wszystko proponuje się nam podwyżkę w wysokości od 83 do 115 złotych netto i przekonuje, że więcej nie ma. Poza tym ta podwyżka została nam narzucona, nie była przedmiotem żadnej dyskusji i negocjacji. Minister przyszła na spotkanie tylko po to, aby zakomunikować, że jest tyle i więcej nie będzie.
Pani minister nie wie, co to jest dialog. Nie ukrywam mojego wielkiego rozgoryczenia i rozczarowania.

Strajk jest właściwie przesądzony?
Rozpoczynamy referendum, które będziemy chcieli zakończyć maksymalnie 22 marca, po to, aby przygotować sam strajk. Cieszymy się, że do strajkujących nauczycieli i członków ZNP coraz liczniej dołączają przedstawiciele „Solidarności”. Przed chwilą na Twitterze przeczytałem wpis jednego z członków „S”, który twierdzi, że nie obchodzi go stanowisko jego kierownictwa, za to popiera nasze działania i postulaty.

Czyli strajk odbędzie się już na początku kwietnia, podczas egzaminów gimnazjalnych i ośmioklasisty?
Ta decyzja zostanie zakomunikowana 5 marca. Musi się pani uzbroić w cierpliwość.

Nie tylko ja. Nie boi się pan gniewu rodziców?
Poziom niezadowolenia rodziców oczywiście bierzemy pod uwagę. Ale powtarzam wszem i wobec, że nie mamy innej możliwości, chociaż będziemy starali się przeprowadzić to jak najbardziej bezboleśnie. Większą szkodą dla dzieci jest petryfikowanie tego stanu rzeczy – uczą nas nauczyciele, których udajemy, że wynagradzamy, i którym proponujemy 1850 złotych miesięcznie. Jeżeli taka sytuacja się utrzyma, to we wrześniu do szkoły przyjdzie nieliczna grupa nauczycieli, których ta kwota zadowala. Inni będą po prostu szukać pracy w innych zawodach. Dlatego tłumaczymy rodzicom, że to wbrew pozorom leży w interesie ucznia i przyszłych pokoleń. Powinniśmy zrobić wszystko, aby nauczyciele nie byli zmuszani do pracy za najniższe wynagrodzenie w kraju.
Cieszymy się, że w Europie jest Bułgaria i Rumunia, bo inaczej bylibyśmy na szarym końcu, a tak zajmujemy zaszczytne trzecie miejsce od końca.

Domagacie się podwyżki w wysokości 1000 zł. Ile w sumie to kosztowałoby budżet państwa?
Mamy 700 tysięcy nauczycieli, naszym zdaniem zmieścilibyśmy się w kwocie do 10 miliardów złotych. Nieprawdą są wyliczenia ministerstwa edukacji, które mówi o około 17 miliardach. To są astronomiczne pieniądze. Ale moje podejście zmieniło się, gdy usłyszałem, że nagle rząd jest w stanie dać 11 miliardów złotych emerytom, przy całym szacunku dla dorobku tej grupy. Premier rozbudził takie emocje i nadzieje, że puściły wszelkie ograniczenia. Przypominam, że płaca nauczyciela dyplomowanego od 1 stycznia wynosi niecałe 2500 tysiąca złotych netto. Rodzina młodych nauczycieli z dwójką dzieci, którzy zarabiają po 1850 złotych po podwyżce, żyje na poziomie poniżej minimum socjalnego.

Poseł PiS apeluje do rodziców do pozywania ZNP za „utracone szanse uczniów”. Słyszał pan o tym?
Wiedza nie boli, ale brak wiedzy już tak. Panu posłowi, który rozpowszechnia te nieprawdziwe wiadomości, polecam lekturę ekspertyz prawnych. Nie ma takiej możliwości. Stroną może być ministerstwo edukacji i Centralna Komisja Egzaminacyjna, a nie nauczyciel.
Zbliżają się egzaminy i przypominam wszystkim, że aby się odbyły, potrzebny jest nie tylko uczeń i nauczyciel, ale także egzaminator, który je sprawdzi. Minister edukacji zepchnęła to na bok, trochę podwyższyła stawki za taką pracę, ale większość i tak nie zamierza się za takie pieniądze angażować.
To jest zresztą kolejny problem.

Groźba strajku może doprowadzić do tego, że i dla nauczycieli pieniądze się znajdą?
Walczymy nie tylko o pieniądze, ale o to, aby edukacja była postrzegana nie jako zło konieczne i dziura budżetowa, tylko jako element prorozwojowy, decydujący o przyszłości tego kraju. Jeżeli mamy być Europejczykami także w zakresie płacowym – tak twierdzi przecież premier Mateusz Morawiecki – to chcemy zarabiać tak jak zarabiają Europejczycy. A płace nauczycieli w tej chwili wynoszą 50 proc. tego, co jest w krajach UE. To przepaść.

Odetchnął pan z ulgą po informacji, że Anna Zalewska będzie kandydowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego?
Wcześniej pani minister twierdziła, że nie będzie kandydować w tych wyborach, bo musi dokończyć swoją reformę. Przykre jest też to, z jakimi wartościami występuje – neguje dialog, nie szanuje partnerów, nie wie, co to kompromis.
Jest osobą, która ma problem ze zdefiniowaniem wartości, które decydują o funkcjonowaniu UE.

To ucieczka?
Złoty spadochron, który partia zafundowała pani minister, ma chyba służyć do pozbycia się jej z Polski, po to, aby wyciszyć awanturę, która toczy i będzie się toczyć wokół edukacji. W trakcie wyborów europejskich 720 tysięcy uczniów będzie biegało od komputera do komputera albo od szkoły do szkoły, aby znaleźć sobie miejsce w szkole ponadgimnazjalnej. To jest efekt tego, że w 2016 roku minister Zalewskiej zabrakło wiedzy i wyobraźni, na pierwszym planie była dyspozycja polityczna. Powiem szczerze, że wolałbym, aby takie osoby nie reprezentowały Polski na forum Parlamentu Europejskiego.