PiS bez pomysłu, opozycja zahipnotyzowana

Hat-trick Kaczyńskiego zdominował debatę programową i całą kampanię wyborczą. Propozycje programowe Prawa i Sprawiedliwości, dotyczące m.in. wzrostu płacy minimalnej, od kilku dni są nieustannie komentowane przez polityków opozycyjnych i dziennikarzy.

Koalicja Obywatelska straszy, że jeżeli propozycje partii rządzącej zostaną zrealizowane, Polsce zagrozi recesja i katastrofa rodzimej przedsiębiorczości, a czołowi politycy lewicy twierdzą, że w swoich pomysłach gospodarczych PiS wzorował się na jej pomysłach przedstawionych kilka dni wcześniej. Niektórzy komentatorzy powtarzają dziwną tezę, zgodnie z którą PiS jest najbardziej lewicową partią w Polsce. Środowisko Leszka Balcerowicza, tradycyjnie już, uznało PiS za partię socjalistyczną.

Wszystkie te podejścia zdumiewają – przede wszystkim tym, że traktują propozycje prezesa jako całościową wizję społeczno-ekonomiczną.

Tymczasem pomysły PiS-u na wybory są po prostu słabe, mało rozwojowe, a z jakkolwiek pojmowaną lewicowością nie mają nic wspólnego. Trudno wręcz zrozumieć, dlaczego lewica nie korzysta z okazji, aby pokazać pomysły PiS-u jako dowód jego słabości.
Propozycje partii rządzącej to każdorazowo świadczenia pieniężne dobrane pod konkretny elektorat. W przyjmowanych rozwiązaniach nigdy nie chodzi o rozwiązanie ważnego społecznie problemu czy poprawę jakości życia społeczeństwa, tylko efektowny (i zazwyczaj nieefektywny) transfer pieniężny, który krótkoterminowo zostanie doceniony przez jego odbiorców. Jednocześnie PiS powiela neoliberalny dogmat o tym, że państwo nie jest w stanie rozwiązywać kluczowych problemów społecznych i dlatego nie ma sensu rozwijać usług publicznych. Zgodnie z tym dogmatem PiS nie dba o państwową służbę zdrowia, niszczy szkolnictwo, lekceważy pomoc socjalną, nie zajmuje się ekologią czy transportem publicznym, nie interesuje się opieką żłobkową i przedszkolną, ani tym bardziej opieką senioralną. Wybrane grupy mają otrzymać nieco pieniędzy i zorganizować sobie usługi zdrowotne, edukacyjne czy transportowe na własną rękę.
Na tym właśnie polega program Rodzina 500+ – państwo ściąga od obywateli podatki, a następnie przekazuje je gospodarstwom domowym z dziećmi. Dokładnie o to samo chodzi w świadczeniu Wyprawka+. Wszyscy składamy się z podatków, aby przelać pieniądze grupie wskazanej przez partię rządzącą. Za rządów PiS podatki wciąż są bardzo mało progresywne, więc na flagowy program rządu składa się ogół obywateli, a w świadczeniu Rodzina 500+ nie ma już kryterium dochodowego nawet na pierwsze dziecko, więc środki również otrzymują biedni i bogaci, tyle że z dziećmi. W ostatecznym rozrachunku pieniądz krąży, nie zmniejszając nierówności społecznych, ani nie rozwiązując żadnego ważnego problemu. Gdyby chodziło o dobro dzieci, PiS na przykład wprowadziłby do szkół nieodpłatne pełnowartościowe posiłki dla wszystkich uczniów, ale z tego rozwiązania zrezygnowano. Znacznym ułatwieniem dla dzieci i ich rodziców byłaby też pełna refundacja kosztów podręczników, ale to program, który rozpoczął rząd PO-PSL, a PiS uznał, że nie ma sensu go rozszerzać.

Program Rodzina 500+ nie rozwiązuje też problemu ubóstwa, które radykalnie wzrosło w 2018 r.

Eksperci od wielu miesięcy zwracają uwagę, że bezwzględna bieda mogłaby być ograniczona znacznie bardziej i za mniejsze środki niż poprzez 500+, ale rząd nie chce nawet o tym słyszeć. Dlatego świadczenia z pomocy społecznej pozostają na skromnym poziomie przy niskich kryteriach dochodowych. Na ograniczenie ubóstwa duży wpływ miałoby zwiększenie dostępności leków i obniżki cen transportu na terenach wiejskich, ale to również kwestie zbyt skomplikowane i trudne do przekazania w kampanii wyborczej, więc rząd bardzo niewiele robi na tych obszarach. Jest 500+ i 300+, więc obywatele mają być zachwyceni. A gdy ktoś protestuje, to się go straszy złymi liberałami, którzy przyjdą i zakręcą kurek z pieniędzmi. Niestety opozycja nie korzysta z okazji, aby na tym polu nakreślić alternatywę wobec polityki rządu. Wciąż słyszymy, że świadczenia rządu są świetnymi rozwiązaniami, które co najwyżej zostaną rozwinięte o nowe propozycje. Skąd na nie wziąć pieniądze, już się nie dowiadujemy. Najwyraźniej i lewica, i liberałowie dali się zaszantażować polityce społecznej władzy i uznali, że inna polityka nie jest możliwa.
Tak właśnie wygląda reakcja opozycji na tzw. hat-trick Kaczyńskiego. Już w 2015 r. wiele słyszeliśmy o dobrej zmianie na rynku pracy. Minęły prawie cztery lata i nic takiego nie nastąpiło. Liczba umów niestandardowych utrzymuje się na wysokim poziomie, skala samozatrudnienia wręcz wzrośnie, a PIP wskazuje, że wciąż funkcjonują dziesiątki tysięcy umów zleceń, gdy są spełnione kodeksowe warunki etatu. Jednocześnie w bezpośrednio nadzorowanych przez władzę instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa panuje kolesiostwo, mobbing, dyskryminacja związków zawodowych poza podporządkowaną władzy „Solidarnością”. Na dodatek utrzymują się bardzo niskie płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia czy pracowników socjalnych, a władza co najwyżej arbitralnie podnosi wynagrodzenia wybranym pracownikom i grupom zawodowym. Nie tylko więc nie ma dobrej zmiany na rynku pracy, ale wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia standardów pracy pomimo świetnej koniunktury gospodarczej.
W tym kontekście deklaracja Kaczyńskiego odnośnie skokowego wzrostu płacy minimalnej wygląda na wyabstrahowany pomysł obliczony na wygraną w wyborach parlamentarnych, a nie przemyślane rozwiązanie, dzięki któremu mieliby zyskać pracownicy.
Zresztą wydaje się, że nawet część rządu nie została poinformowana o pomysłach prezesa partii.

Wielu lewicowych komentatorów docenia gest prezesa, twierdząc, że pokazuje on odwagę i wrażliwość PiS-u na tle partii opozycyjnych. Niektórzy wręcz żałują, że nikomu nie udało się przelicytować pomysłu partii rządzącej. Tymczasem propozycję nagłego wzrostu płacy minimalnej bez zmiany innych wskaźników społeczno-ekonomicznej trudno jednoznacznie ocenić.

Oczywiście płacę minimalną warto szybko podnosić, ale powinna to być część całościowych działań na rzecz świata pracy. Warto pamiętać, że w krajach socjaldemokratycznych głównym mechanizmem poprawy sytuacji pracowników są układy zbiorowe, których w Polsce prawie w ogóle nie ma. Są też silne związki zawodowe, które PiS całkowicie lekceważy, mając jedynie podporządkowaną sobie „Solidarność”. Ważnym elementem stymulowania wzrostu płac są też podwyżki w sferze budżetowej i samorządowej. Tymczasem na tym obszarze rząd robi bardzo niewiele i bez zmiany strategii, a przy zachowaniu deklaracji o wzroście płacy minimalnej, za 3-4 lata być może nawet połowa pracowników będzie zarabiać minimalne wynagrodzenie. Zresztą GUS pokazuje, że już teraz rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną.
Rośnie też odsetek samozatrudnionych i rząd nie wprowadza żadnych ustawowych mechanizmów na rzecz ograniczenia umów niestandardowych. W praktyce daje to możliwości omijania płacy minimalnej na masową skalę, co zresztą już teraz ma miejsce. Warto więc podnosić płacę minimalną, ale tak, aby pomagała ona ludziom pracy. Czy w wersji PiS-owskiej skutki będą wyłącznie pozytywne – można mieć wątpliwości, a w każdym razie partia rządząca nie zadbała, aby pokazać, że wzrost płacy minimalnej jest częścią szerszego planu. Nie jest też jasne, dlaczego płaca minimalna ma wynosić w 2021 r. 3000 zł brutto, a w 2024 r. 4000 zł. Czy dlatego, że takie kwoty efektownie wyglądają? A jeżeli w 2022 r. przyjdzie recesja i średnia płaca stanie w miejscu, to co wtedy zrobi prezes? Znacznie lepszym rozwiązaniem rekomendowanym przez Lewicę, Koalicję Obywatelską i związki zawodowe jest powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem albo z medianą.

Można pomyśleć nad takim mechanizmem też w obrębie poszczególnych branż, ale musi tu być jakaś odpowiedzialna myśl, a nie tylko plan na wygranie wyborów.

Jeszcze mizerniejsza i krótkofalowa jest propozycja wypłaty trzynastek i czternastek dla emerytów. Emerytury w Polsce są coraz niższe, szczególnie kobiet, ale jednorazowy prezent z okazji wyborów nie ma nic wspólnego z odpowiedzialną polityką senioralną. PiS nawet nie próbuje rozwijać całościowej polityki senioralnej, nie ma żadnego pomysłu na służbę zdrowia, nie wspiera osób z niepełnosprawnościami, nie podejmuje działań na rzecz aktywizacji zawodowej osób starszych ani nie ma pomysłu, jak systemowo podnieść emerytury. Jedyny pomysł to efektowne i mało efektywne rzucenie jednorazowego dodatku, który przy gorszej koniunkturze można będzie zlikwidować. Takie podejście nie rozwiązuje żadnego problemu, ani nie daje szansy na trwałą poprawę jakości życia seniorów. To obietnica sformułowana tylko po to, aby PiS wygrał wybory.
Co na to opozycja? Nikt nawet nie krytykuje takiej metody radzenia sobie z problemami społecznymi, a opozycja jednym chórem woła, że żadnego PiS-owskiego świadczenia nie zniesie. Skoro tak, to trudno dociec, z jakich środków Schetyna, Kidawa-Błońska, Czarzasty czy Zandberg zrealizują swoje własne obietnice – zresztą znacznie sensowniejsze niż trzynastki i czternastki Kaczyńskiego. Ale jeżeli lewica i liberałowie chcą utrzymać wszystkie świadczenia wprowadzone przez PiS, to bez radykalnego podniesienia podatków nie znajdą środków na realizację swoich programów.

Ostatni pomysł z hat-tricku Kaczyńskiego o znacznie wyższych opłatach dla rolników to już czysty wyborczy populizm, nie mający związku z rzeczywistością, gdyż poziom dopłat będzie zależny od decyzji całej Unii Europejskiej, a nie woli prezesa. A w Unii mało kto interesuje się hat-trickiem Kaczyńskiego czy piątką Morawieckiego. 500

Program z rękami i nogami

Z konwencji na konwencję obietnice PiS rosną. Jak, tak dalej pójdzie, to do końca kampanii dowiemy się się, że po zagłosowaniu na partię Kaczyńskiego każda rodzina będzie miała do dyspozycji mercedesa, BMW oraz willę z basenem oraz zasiłek na to wszystko w wysokości wielokrotności średniej krajowej.

Wyborcę raczy się przy tej okazji informacjami o rewelacyjnych parametrach ekonomicznych. Inflacja wg. GUS wynosi 2,9 proc. Dla każdego, kto robi zakupy, brzmi to jak łgarstwo. Chyba, że koszyk, z którego statystycy rządowi tworzą swoje raporty to ceny wyłącznie promocyjne. I to na dodatek tych towarów, którym za chwilę kończy się termin ważności. Przy skoku cen nabiału na przestrzeni roku o 20 proc., najtańszych wędlin o ponad 15 proc. oraz wszystkich innych art spożywczych o nienal jedną czwartą podawana oficjalnie inflacja jest niewiarygodna.
Podobnie interesująco wyglądają wyborcze propozycje Koalicji Obywatelskiej. Szczególnie zaś ta o dotowaniu przedsiębiorców, aby płacąc pracownikowi grosze, mogli windować swój zysk, bo dostaną od tegoż pracownika, z jego podatku 600 zł.
Jak na tym tle prezentują się wyborcze zapowiedzi Lewicy? To można już znaleźć w jej programie.
Choćby to: „Zbudujemy nowy system emerytalny na miarę wyzwań XXI wieku. Zaczniemy od wprowadzenia gwarantowanej emerytury minimalnej. Nikt nie będzie miał emerytury niższej niż 1600 złotych na rękę. Wszystkie wyższe emerytury będą zachowane i waloryzowane. Wysokość emerytury minimalnej będzie rosła wraz z płacą minimalną”.
Albo coś takiego: „Założymy publiczne przedsiębiorstwo, które w latach 2021-2031 zapewni milion mieszkań na terenach należących do Skarbu Państwa. Koszt najmu nie będzie przekraczał 20 zł za m². Państwo nie będzie sprzedawać mieszkań za więcej niż koszty budowy. Mieszkania będzie można kupić na raty z maksymalnym oprocentowaniem 3 proc.”.
W lewicowym programie pada też – nikekosztująca obywaleli nic, a wręcz przeciwnie – i taka obietnica: „Sprawiedliwie opodatkujemy Kościół. Zobowiążemy kościoły do ujawniania przychodów na takich samych zasadach, jakie dotyczą organizacji pozarządowych. Docelowo zlikwidujemy przywileje podatkowe wszystkich kościołów i związków wyznaniowych”. Poszerzona nawet o konkret – „W 2018 roku udział państwa w Funduszu Kościelnym osiągnął rekordowy poziom 156 mln zł. (…)Wykreślimy tę pozycję z budżetu”.
Te i inne , odległe od populizmu, zapowiedzi są w programie formacji lewicowych. A wszystkie je będzie można przeczytać u nas już w środę.

Dzień po

Głosowanie do Parlamentu Europejskiego (PE), ze względu na jego stosunkowo niewielkie znaczenie merytoryczne, jest często traktowane jako rodzaj wielkiego sondażu, odbijającego życie polityczne w poszczególnych krajach Unii. Staje się też obrazem tendencji politycznych w skali kontynentu. Pierwsza wiadomość: choć niemal wszystkie narody słyszały o „zmienianiu Unii”, w PE będą dominować ugrupowania na ogół liberalne, które akceptują taką Unię, jaka jest. Przyjrzyjmy się jak głosowania wyglądały w różnych państwach Europy.

Wiele emocji w czasie minionej kampanii budził często podkreślany wątek postępu prawicowych ugrupowań wyraźnie euro-krytycznych. Owszem, prawica narodowa i skrajna prawica poszerzyły swój stan posiadania, lecz pozostają zupełnie niegroźne dla status quo, jeśli chodzi o PE. Będą miały ponad 170 (na 751) miejsc, do tego ok. 30 takich europosłów, którzy zostali wybrani przez Brytyjczyków i tak wkrótce odpadnie, jeśli Brexit dojdzie do skutku.
W Zjednoczonym Królestwie bezapelacyjnie wygrała Partia Brexit Nigela Farage’a zgarniając jedną trzecią głosów. Torysi (konserwatyści), którzy mieli Brexit wprowadzić w życie (i co im się dotąd nie udało) ponieśli druzgocącą klęskę – wprowadzą najwyżej trzech deputowanych do PE. Lewicową Partię Pracy wyprzedzili Liberalni Demokraci (ponad 20 proc. głosów!), a lewicowcy Zielonych.
Wzrost prawicy narodowej
Największą uwagę przyciągały jednak Włochy i Francja, gdzie wygrały ugrupowania „populistyczno-narodowe”. Liga Matteo Salviniego odniosła prawdziwy triumf – ponad 34 proc. głosów, podczas gdy Ruch Pięciu Gwiazd – partner Ligi w rządzie – zdobył dopiero trzecie miejsce. Koalicjantów przedzielili socjal-liberałowie z Partii Demokratycznej, z dość niespodziewanie wysokim wynikiem prawie 23 proc.
We Francji szeroko komentowane zwycięstwo ugrupowania Marine Le Pen (23,3 proc.) nad prezydencką prawicą neoliberalną nie było duże (mniej niż jeden proc.), jednak symbolicznie bardzo ważne dla polityki krajowej. Prawdziwą nowością jest tu niezwykły postęp Zielonych (trzecie miejsce) i spektakularnie słabe wyniki tradycyjnej prawicy liberalnej i lewicy (Nieuległej Francji).
Poza tym, partie kwalifikowane często jako skrajna prawica odnotowały postępy w wielu krajach. Zdobyły ponad 10 proc. głosów w Niemczech, Szwecji, Austrii, Danii, Belgii, Estonii i Finlandii. Zazwyczaj partie te kwestionują politykę imigracyjną swoich rządów. Jest to zresztą temat wyborczy nr 1 niemal wszystkich ugrupowań tego rodzaju.
Słabość lewicy
W Niemczech wygrały partie związane z rządem (CSU/CDU), lecz konserwatyści odnieśli słabe zwycięstwo (28,6 proc.). Podobnie ich koalicjanci z socjaldemokratycznej SPD odnotowali spadek: zajęli trzecie miejsce. Przedzielili ich Zieloni, którzy dosłownie podwoili swój wynik sprzed pięciu lat (ponad 20 proc.). Lewica z Die Linke dostała się do PE dosłownie rzutem na taśmę – zdobywając ledwo ponad 5 proc. głosów. Została wyprzedzona przez ksenofobiczną Alternatywę dla Niemiec, na którą głosowało dwa razy więcej wyborców.
W Austrii rządzącą do niedawna koalicję konserwatystów i pop-narodowców przedzielili socjaldemokraci, którzy wspięli się na drugie miejsce z bardzo przyzwoitym wynikiem ponad 23 proc. Partia Ludowa kanclerza Kurza zdobyła jeszcze lepszy wynik ponad 34 proc. głosów, ale jego rząd przestał istnieć, gdyż lokalny parlament przegłosował dziś wobec niego wotum nieufności. W Holandii wygrali (nieoczekiwanie, ale i dość niepewnie) socjal-liberałowie, a w Belgii wraz z wyborami do PE odbywały się wybory do krajowego parlamentu, w których triumfowali flamandzcy narodowcy: to samo stało się w wyborach do PE. Jeśli tak dalej pójdzie, Belgia się rozpadnie.
W Hiszpanii i Portugalii wygrali socjal-liberałowie, podczas gdy w innym południowym kraju – Grecji – triumfowała liberalna prawica (Nowa Demokracja), z ponad jedną trzecią głosów. Rządząca Syriza (socjaldemokraci) uzbierała prawie 24 proc. Z Grecji dostanie się jednak do PE co najmniej dwóch komunistów. Jeśli chodzi o wyspy południowe: na Cyprze wygrali konserwatyści, a na Malcie socjaldemokraci.
Ogółem na Zachodzie trzeba odnotować, oprócz wyraźnego wzrostu popularności partii o obliczu nacjonalistycznym, postępy partii ekologicznych: w „jądrze Unii” – Francji i Niemczech Zieloni zdobyli trzecie i drugie miejsce, świetnie wypadli w Belgii i Finlandii, dobrze w Hiszpanii i Szwecji. Lecz tendencją (jeszcze) wygrywającą pozostają różnej maści liberałowie.
Monopol prawicy na wschodzie
Nad Europą na wschód od Łaby zawisł za to triumf euroatlantyckiej prawicy. Niekiedy nie bez specyficznych dla naszego regionu przypraw: przaśności, ludycznego rasizmu i ksenofobii, taniego konserwatyzmu i demonstracji własnych kompleksów. Niestety, to wszystko pieczętowane jest klęską lewicy. I lewica nowoczesna, i ta bardziej klasyczna wypadły niezwykle słabo, choć w niektórych państwach, paradoksalnie, nawet obiektywnie kiepski wynik jest przyczynkiem optymistycznym i zachęca do dalszych działań.
Jednym z takich krajów jest Bułgaria. Tam Bojko Borisow, nieusuwalny niemal (tylko przez ambasadę amerykańską) premier tego kraju, były ochroniarz Żiwkowa i gangster z pokaźnym dorobkiem, spodziewanie wygrał. On i jego partia – a propos kompleksów – Obywatele na Rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (GERB), jak podkreślają komentatorzy, rozgromiła opozycyjną Bułgarską Partią Socjalistyczną (BSP), taki ekwiwalent polskiego SLD, tylko z o wiele bogatszą i piękniejszą tradycją.
Różnica wprawdzie wynosi sześć punktów procentowych, ale naga statystyka dać może jedynie powierzchowne wrażenie.
– Ten wynik jest oczywistą katastrofą dla Bułgarskiej Partii Socjalistycznej. Od lat już GERB i BSP idą od wyborów do wyborów łeb w łeb. Na obie partie głosuje zostaw ich fanatycznych wyznawców; jest w tym coś plemiennego. Niestety, formuła ta powoli zaczyna się wyczerpywać, a wszystko co jest udawaną polityką w ostatecznym rozrachunku obraca się przeciw lewicy, nawet tak nieautentycznej jak BSP. Dość powiedzieć, że jest to partia, która wprowadziła w Bułgarii podatek liniowy. Niemniej i tak oni przegrywają. A to mimo gigantycznych korupcyjnych skandali i fali protestów – komentuje specjalnie dla Portalu Strajk Kalin Pyrwanow, znany bułgarski dziennikarz i lewicowy aktywista.
– “Socjaliści”, cudzysłów nieprzypadkowy – dodaje Pyrwanow – pogrążyli się w wewnątrzpartyjnych sporach. Biurokratyczno-oligarchiczne kliki chwyciły się za gardła i zajmują się sobą nawzajem. Na BSP głosują wymierający coraz szybciej nostalgików po republice ludowej. Bardzo powszechny w Bułgarii sentyment, na którym można by demagogicznie wygrać wybory totalnie przy takim umocowaniu jak to BSP. My tymczasem wyłoniliśmy niezależną kandydatkę, Wanię Grigorową. Uzyskała 10 tys. głosów prowadząc najbardziej minimalistycznymi środkami kampanię w całym kraju z pomocą bardzo niewielkiego sztabem. Ci ludzie, którzy oddali na nią głos, to “nasi” ludzie, teraz czas na konsolidację i poszerzanie kręgu sympatyków oraz przygotowania dalszych politycznych działań. Spodziewaliśmy się tyle – choć mieliśmy nadzieję na więcej – i nasze oczekiwania okazały się realne. To dobry punkt startowy dla nowej lewicy w Bułgarii. Stara już odchodzi w totalny niebyt. Ta partia, mam na myśli BSP, nie przyciągnie już nikogo nowego, choćby nawet zaproponowała jakieś rzeczywiście lewicowe postulaty, bo zniszczyła swój wizerunek totalnie. Starzy fanatycy głosują na nią siłą inercji – ocenia Pyrwanow.
W Grecji zaś klęska lewicy w wyborach europarlamentarnych, podobnie jak w Polsce, przełoży się z pewnością na architekturę krajowej sceny politycznej. Alexis Tsipras zapowiada podanie rządu do dymisji po tym, jak prawicowa Nowa Demokracja uzyskała przewagę nad stronnictwem rządowym na poziomie 10 punktów procentowych.
Kurs na NATO
Wybory do Parlamentu Europejskiego w Grecji były tylko kropką nad i nieudolnych rządów Tsiprasa, który tuż po tym jak sześć lat temu wygrał zapowiedzią wojny przeciwko polityce cięć i dyktatowi europejskiej i światowej finansjery, skapitulował już po pierwszych negocjacjach. Skutkiem tego wprowadzono pakiety “reform”, które sprowadziły Grecję na drogę cywilizacyjnej katastrofy. Po wdrożeniu kilku “pakietów ratunkowych” rękami Tsiprasa i kierowanej przez niego SYRIZY, podpisano także wyjątkowo niepopularne w Grecji porozumienie ws. zmiany oficjalnej nazwy najmniejsze postjugosłowiańskiej republiki na Macedonia Północna.
Eurowybory utrwaliły więc euroatlantycki kurs także w Atenach.
Prawica nabrała wiatru w żagle także w Rumunii, kraju z niemal identyczną do polskiej proamerykańską i prozachodnią szajbą. Lewica traci dramatycznie, Narodowa Partia Liberalna otrzymuje 26,95 proc. głosów. Rządząca Partia Socjaldemokratyczna otrzymuje 23,44 proc. Jest to dramatyczna klęska, spadek poparcia o ponad 20 punktów procentowych w stosunku do wyniku wyborów parlamentarnych w 2016 r. Inna grupa opozycyjna – Unia 2020 (stronnictwo byłego komisarza UE i głównego technokraty Daciana Ciolosa) uzyskało 20,08 proc. Europarlamentarzystów doczekała się także partia Victora Ponty Pro România, która otrzymała 6,74 proc. Demokratyczną Unię Węgrów w Rumunii (6,62 proc) i partię byłego prezydenta Traiana Basescu (Ruch Ludowy) wsparło 5,42 proc. wyborców. Ku pełnej radości prawicowych wyborców dziś, dzień po wyborach, przywódca Partii Socjaldemokratycznej Liviu Dragnea został skutecznie skazany na 3,5 roku więzienia. Oznacza to koniec jego kariery politycznej.
– To nie były wybory, tylko polowanie na czarownice. Wiedźmą był Dragnea. Osobiście nie mam do niego jakichś bardzo ciepłych uczuć, ale warto zdawać sobie sprawę z kontekstu. Socjaldemokraci stracili bardzo dużo, pomimo że udało im się zorganizować podwyżki dla lekarzy i nauczycieli. Jednak w Rumunii magicznym słowem jest “korupcja”. Dragnea był zaangażowany w różne korupcyjne schematy, a partia, gdy sformułowano wobec niego oskarżenia, próbowała dokonać takich zmian w systemie prawnym, aby za takie zarzuty jakie wobec niego wysunięto, nie można było zostać skutecznie ukaranym. W ten sposób powstał pretekst do kolejnej antykorupcyjnej histerii, którą prawica znakomicie wykorzystała, a wielu, zwłaszcza młodych ludzi z pretensjami do europejskości i nowoczesności to “kupiło”. Po prostu wytworzono tu taką kulturę polityczną, która każe ludziom wnioskować, że jeśli pozbędziemy się korupcji, to kraj nagle zakwitnie i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. To skutecznie odwraca uwagę od rozwiązań, które nasza prawica proponuje, a są one na poziomie troglodycko-neoliberalnym. Kult własności prywatnej i prywatyzacji jak powtórka z obłędu lat 90. I ta walka dobra ze złem… To nie jest polityka, albo przynajmniej nie jest to polityka poważna – konstatuje w rozmowie z nami rumuńska lewicowa dziennikarka i akademiczka Maria Cernat.
Neoliberalizm i straszenie
Na Słowacji także doszło do zmian, tyle że nieco mniej oczywistych. Wygrała koalicja Postępowej Słowacji i liberalnej, prawicowej Razem. Uzyskała 20 proc. głosów. Na drugim miejscu uplasował się lider sondaży – socjaldemokratyczny SMER z wynikiem 15,8 proc. Na podium mamy też niestety neofaszystów z LSNS.
– Tak, to jest zwrot na prawo, taki w, rzekłbym, zachodnim stylu – komentuje dla Portalu Strajk Tim Horvath, słowacki aktywista i komentator.
– Zwyciężyła koalicja typu: ekologia, prawa człowieka i w ogóle nowoczesność, Europa, ale jeśli chodzi o gospodarkę to dopuszczalna jest wyłącznie doktryna neoliberalna. Jeżeli chodzi o porażkę SMER-u, to sytuacja jest złożona. Po pierwsze mamy do czynienia z oczywistym zmęczeniem społeczeństwa tą partią i postacią Roberta Fico. Niemniej, przełomowym wydarzeniem było zabójstwo dziennikarza, do którego doszło już ponad rok temu. Media nieprzychylne Fico i duża część establishmentu rozpętała wówczas histeryczną nagonkę na tego człowieka i okazała się ona dość skuteczna, choć rząd nie był zamieszany w to zabójstwo. Nie ma na to żadnych dowodów. Jednocześnie Fico, by przypodobać się ludowi, podjął ryzykowny flirt antyimigrancki i tym samym wpuścił do przestrzeni publicznej demony, które wyeksploatowali skutecznie prawicowi ekstremiści z LSNS. Jeśli zdecydujesz się karmić ludzi strachem, to szykujesz zwycięstwo temu, który postraszy skuteczniej od ciebie, a ludzka wyobraźnia jest bogata. Sytuacja rysuje się bardzo słabo – konstatuje Horvath.
A Węgry? Tam zwyciężył od lat niezwyciężony Victor Orban. Pytamy o opinię lewicowego działacza Lacko Solymara.
– Co mam wam powiedzieć? Straszenie uchodźcami i Unią Europejską wciąż się sprawdza i działa znakomicie. Poza tym kraj albo się rozpada albo, to co się nie rozpadło, przechodzi pod kuratelę biznesowego lub politycznego otoczenia Orbana, który wciąż traktowany jest jako mąż opatrznościowy, bez którego niechybnie zginą Węgrzy, Węgierki i świat. To jest jak słaby trip po LSD. Nie chcę tego dłużej komentować, bo od samego mówienia o tym robi mi się ciężko na duszy i na fizjologii. W Polsce macie chyba podobnie, więc na pewno mnie dobrze rozumiecie, prawda? – pyta retorycznie Solymar.

Projekt Salviniego

Pod koniec tego miesiąca do Rzymu zjadą delegacje młodzieżówek europejskich partii anty-imigracyjnych z tzw. populistycznej prawicy.
Przed wyborami europejskimi w maju Liga wicepremiera Włoch Matteo Salviniego pragnie zbudować prawicową, eurokrytyczną koalicję międzynarodową. Pierwszy raz na zjeździe pojawi się Jedna Rosja, rosyjska partia prezydencka, i młodzi z PiS, zachęceni przez Salviniego podczas jego styczniowej wizyty w Warszawie.

Oprócz młodzieży z Rosji i Polski, w Rzymie 29 marca pojawią się reprezentacje francuskiego Zjednoczenia Narodowego (RN) Marine Le Pen, niemieckiej AfD (Alternatywy dla Niemiec), austriackiej FPÖ (Partia Wolności), brytyjskiej UKIP, Vlaams Belang z Belgii (Flamandowie), Prawdziwych Finów z Finlandii itp. Hasło główne: „Odrodzenie młodzieży europejskiej”.
Najbliżsi projektom politycznym Salviniego są Francuzi: partia Marine Le Pen okazuje pełne poparcie dla anty-imigracyjnej linii włoskiej Ligi, współrządzącej od wiosny ubiegłego roku. Na czele listy RN do Parlamentu Europejskiego (PE) znalazł się 23-letni Jordan Bardella, szef partyjnej młodzieżówki, co ma podkreślić rolę młodzieży w „odrodzeniu Europy”. Jako numer 1 listy Bardella będzie reprezentował Francję w Rzymie. Do tej pory PiS nie utrzymywał zbyt bliskich stosunków z Marine Le Pen.
Zaproszenie Jednej Rosji ma symbolizować „młodzieżowe otwarcie”, ale jest też wyrazem bardzo dobrych stosunków Salviniego z prezydentem Rosji i jego partią. Zjazd ma być szeregiem zamkniętych spotkań między przywódcami i delegacjami młodzieżówek, a zakończyć się wystąpieniami we włoskim parlamencie i przemówieniem Salviniego. Włoski wicepremier dąży do szerokiego sojuszu politycznego, który miałby stworzyć „nową jakość” w PE.
„Polska i Włochy będą uczestnikami nowej europejskiej wiosny, odrodzenia prawdziwych europejskich wartości, z mniejszym udziałem finansjery i biurokracji, a większym pracy, rodziny i przede wszystkim bezpieczeństwa” – mówił Salvini w Warszawie.

Zgubiona klasowość

Osierocona lewica albo rzuca się w objęcia liberałów, albo chce leczyć kompleksy własną wersją populizmu, nadal zadręczając się mrzonkami o wyborach. Tymczasem konsekwentna polityka klasowa oznacza jeszcze coś innego.

Gdy Wiosna Roberta Biedronia szturmem bierze sondaże przedwyborcze, sytuacja partii Razem, nigdy niespecjalnie dobra, stała się fatalna jak nigdy wcześniej. Jesienią 2018 r. kompletna klęska w wyborach samorządowych, w lutym 2019 r. konflikt wewnętrzny w partii na tle stosunku do ordynarnego zagrania Wiosny z „milionem za jedynkę”, odejście niedoszłej „jedynki” i tych członków rady krajowej, których utożsamiano raczej z prawym skrzydłem partii. Poparcie, rzecz jasna, w granicach błędu statystycznego. I chociaż ci, którzy zostali, deklarują gotowość mocnego zwrotu w lewo i podejmowane są starania o porozumienie z innymi siłami lewicy społecznej, to położenie karminowej lewicy pozostaje skrajnie trudne, bo rozpoznawalność i poparcie dla potencjalnych sojuszników kształtuje się w podobnych granicach.
Zastanawia furia, z jaką na podupadłe Razem rzucili się lewicujący publicyści. Jak gdyby chcieli chcieli wziąć okrutny odwet na ugrupowaniu, które ostatecznie ich zawiodło i zdradziło, trwoniąc kredyt zaufania, jakim obdarzyli je w chwili narodzin. To dość niesprawiedliwe, do Razem postanowiło być po prostu wierne sobie. Symptomatyczne też, że bodźcem do „dorzynania watahy” okazał się tutaj fakt powstania Wiosny jako kolejnej „fajnej partii” – by posłużyć się przygnębiająco postpolityczną frazeologią Krzysztofa Pacewicza z GW. Ów radzi Partii Razem dokonać samorozwiązania, żeby „nie przeszkadzała” fajnej formacji. Imponujący wynik sondażowy, z którym Wiosna wchodzi do „wielkiej polityki” wydaje się doskonale świadczyć o tym, na co tak naprawdę przez cały czas liczyli lewicujący krytycy Razem. Powaleni 16-procentowym słupkiem, oddali hołd nowemu hegemonowi, przyznając rację własnej intuicji, która zapewne od dawna w nich kiełkowała: że ugrupowanie Zandberga skończyło marnie, bo nie było dość zdecydowane w budowaniu lewicy metodą ciągłego przesuwania jej do centrum.

Lemingi lewicowości

Kiedy nieprawicowy mainstream – sam oczywiście reprezentujący klasę średnią – nieustannie pouczał karminowych, że są za mało „średnioklasowi”, mimo że przekaz razemitów był zdecydowanie przeestetyzowany, w rzeczywistości nie mógł się najwidoczniej doczekać powstania siły politycznej, która eksplodowała tandetnym show podczas konwencji na Torwarze. Nie bez powodu politolog Rafał Chwedoruk porównał ją do kampanii reklamowej kredytów hipotecznych. Nie oszukujmy się: jedynym, co odróżnia Roberta Biedronia od jego konkurencji, są walory estetyczne. To polityk, który marketing wizerunkowy ma w małym palcu i odrobił tę lekcję zdecydowanie lepiej niż Razem – stąd też jego „fajność”. Pod tym kątem jest też skrojony „program” Wiosny. Intelektualiści kibicujący nowej partii zajmują się z kolei translacją tego eklektycznego koncertu życzeń na język ideologii, by oblec średnioklasową „fajność” partii w pozór teorii. Stąd Adam Leszczyński w swym niesławnym tekście, instrumentalizującym myśl Marksa w sposób bez mała stalinowski, agituje za zamykaniem kopalń, posługując się przy tym nie tylko mitologią zielonego kapitalizmu i parodią materializmu historycznego, lecz – a jakże! – figurą „umorusanego węglem górnika”.
Uwiąd Razem i rozkwit Wiosny, która już w ogóle nawet nie próbuje określać się mianem lewicy, znamionuje więc jednocześnie dalszy etap zanikania lewicowej części inteligencji. Zachowa ona prawdopodobnie odrębność publicystyczną, będzie dalej odwoływać się do postmarksistowskich teorii społecznych i postkeynesowskich tradycji ekonomicznych, a jednocześnie coraz bardziej będzie skłonna akceptować wyłącznie projekty polityczne mieszczące się na obrzeżach polskiego liberalizmu – „bo konstytucja”. Kierunek ten został obrany właśnie na skutek rozczarowania narastającą bezradnością Razem w obliczu silnej polaryzacji polskiej sceny politycznej z „obroną demokracji” w tle, a na łamach KP wyznaczył go Michał Sutowski w 2017 r. Nieumiejętność odnalezienia się karminowej partii między młotem a kowadłem, przekonała ostatecznie lewicujących teoretyków o konieczności postawienia na kolejnego konia – jeszcze „fajniejszego”. Znaleźli go: konfetti wypełniło halę Torwaru, padły hasła równości małżeńskiej, podwyżki płacy minimalnej, emerytury obywatelskiej i zamknięcia kopalń – nie pało wstydliwe słowo lewica. Dziwić się nie można, bo to postulaty w pełni mieszczące się ofercie dzisiejszego liberalizmu. Maciej Gdula dołączył do zespołu doradców Biedronia, więc pakt najwyraźniej przypieczętowano. Proces samolikwidacji polskiej lewicowej inteligencji zdaje się potwierdzać fakt, na który zwrócił uwagę Rafał Woś: Gdula przyznaje, że jego nowy projekt polityczny ma „wiele pól wspólnych” z Platformą Obywatelską. Woś pisze o nieusuwalnej „pępowinie” łączącej nową nie-lewicę z liberałami.
Razem zostało więc kompletnie osamotnione i zbiera nieopisane cięgi od tych, którzy jeszcze niedawno pokładali w nich nadzieję, za to że, rzekomo zdradziło ich swoim „radykalizmem”. Jaki to może być „radykalizm”? Nie chodzi przecież o diagnozę Janusza Majcherka czy Wojciecha Maziarskiego, lecz o publicystów, którzy nie wydają się uważać, że biedni zasługują na wszystko co najgorsze. Wyjaśnienia udzielił Adam Leszczyński w kolejnym artykule: radykałowie to ci członkowie, którym nie podobał się pomysł kupienia od Biedronia „jedynki” na liście za milion złotych. Radykałowie, co ci, którzy łudzili się, że dotrą w końcu ze swoim przekazem do ludu. Radykalizm to propozycja zaostrzenia progresji podatkowej.
Wszystko to w krytycznym odniesieniu do tekstu Justyny Samolińskiej i Mateusza Trzeciaka, opublikowanego przez Portal Strajk (ukazał się również na łamach „DT” pod tytułem „Spowiedź fioletowych”). Ich głos, który był w istocie bolesną samokrytyką partii Razem i został ciepło przyjęty przez część jej członków, dał jednoznacznie do zrozumienia, że razemici zgrzeszyli przesadnym ugrzecznieniem i niezdolnością do postępowego populizmu, niemocą dotarcia do biednych i wykluczonych. Stanowisko to – częściowo słuszne – zostało oczywiście wyśmiane przez Leszczyńskiego, bo to antypody Biedronia. Patrząc na porażkę Razem bez wątpienia jednak trzeba mówić o czymś więcej, niż tylko o źle dobranym stylu, z którego „spowiadają się” Samolińska i Trzeciak.

Tylko z ludem

Ich diagnozę można podsumować tak: w Polsce postkomunistycznej, gdzie ideologicznie lewica jest zablokowana ze względu na absolutną hegemonię prawicy, oparcie „innej polityki” na lewicowej tożsamości to niewypał. Krytykowana przez nich taktyka bazuje „na założeniu, że polityka nie powinna być wyrażeniem interesów zbiorowych, wspólnotowych (a te, z założenia, są przeciwstawne innym interesom – biedni mają odwrotne interesy niż bogaci, pracownicy odwrotne niż pracodawcy, obywatele i obywatelki inne niż klasa rządząca), a płaszczyzną realizacji swojej tożsamości i wynikających z niej pragnień, a także reprezentacja danej tożsamości w sferze publicznej” – piszą, odważnie akcentując klasowy punkt widzenia.
Lepiej więc iść w socjalny populizm, stawiać na prosty język, nieobciążony skojarzeniami, przez które w myśl standardów określonych przez antykomunistyczną i narodowo-katolicką prawicę od razu czeka ich dyskwalifikacja. Zrezygnować z dyskursu „eksperckiego”, który ludziom kojarzy się ze skompromitowanymi liberałami, chcącymi zlikwidować 500+. To nawet nienajgorszy pomysł, choćby z tego względu, że jeszcze nikt na polskiej lewicy na poważnie go nie realizował. I dobry pomimo tego, że pozornie nieodległy od obecnego stanowiska KP – oni też chcą projektu bez etykietki „lewica”. Tyle, że w przypadku KP oznacza to dołączenie do liberałów, a Samolińska i Trzeciak proponują kierunek diametralnie odmienny. Faktycznie jest to niezrealizowany projekt dużej części razemitów, który nigdy nie doszedł do głosu w sytuacji, gdy główna linia partii była ciągle nastawiona na poszukiwanie akceptacji u mainstreamowych mediów.
Nic dziwnego, że teraz sentymenty populistyczne w Razem odżywają. Publicysta Krytyki oczywiście chłodno gasi zapał karminowego lewego skrzydła: „Razem bardzo chciało być partią ludową – taką, na którą głosują prekariusze, bezrobotni, pracujący biedni czy robotnicy. Sęk w tym, że ten elektorat albo nie głosuje wcale, albo głosuje na nacjonalistyczną prawicę – prosocjalną i obyczajowo konserwatywną. Zapotrzebowanie ludu na partię radykalną socjalnie (jak na polskie warunki) i liberalną obyczajowo było bliskie zera. Zamiast wyciągnąć wnioski z tego faktu, partia postanowiła z impetem i rytmicznie uderzać głową w ścianę”.
Żeby było jasne: Leszczyński radzi w ogóle zaprzestać szukania poparcia wśród biednych, u ofiar wyzysku i niesprawiedliwości kapitalistycznych stosunków produkcji – dokładnie tak, jak SLD w latach 90. („Biedni nie głosują”). To już zaś nie jest kwestia tożsamości, a określania bazy społecznej dla podstawowych celów politycznych. Pisze to nawet dziwnie nieświadomy faktu, że siły polityczne, które zawładnęły polską sceną polityczną po 1989 r. nie dostosowywały przekazu do oczekiwań wyborców, tylko te oczekiwania sami przez lata kształtowali. Jak tego dokonać – to osobna sprawa. Rzecz w tym, że lewicujący autorzy przestali już w ogóle dostrzegać jakąkolwiek poważną rolę dla siebie w przestrzeni publicznej. Tyle zostało z gadania o hegemonii.
Kiedyś na łamach KP Agata Szczęśniak też proponowała, by odejść od forsowania na siłę lewicowej tożsamości, jednak w innym celu: „Ludzie nie czekają na lewicę. Ludzie nie potrzebują lewicy. (…) Ludzie czekają na mieszkania. Na wypłatę w terminie. Na to, żeby ich dzieci żyły z mniejszym wysiłkiem niż oni. Na to, żeby móc decydować o tym, jak będzie wyglądała ich rodzina”. Teraz Leszczyński musiałby to uznać za populizm, radykalizm i inne zagrożenia dla „obozu postępu”. Można chyba uznać, że KP zwija swój projekt rozpoczęty w 2002 r. Nie wiadomo już, jakiej lewicy chcą, skoro deklaratywnie rezygnują z resztek lewicowości. Marzy im się lewicowa partyzantka na zapleczu liberałów, podczas gdy nigdy nawet nie wyjaśnili, jakim cudem byłaby ona możliwa. Zwłaszcza w sytuacji, jeżeli po odsunięciu – jakimś cudem! – PiSu od władzy Biedroń i tak będzie musiał pokornie układać się z Koalicją Obywatelską… Zresztą nie wiadomo, na czym po eksmisji biednych ze swojej bazy społecznej lewicy miałby polegać projekt lewicowy i kto by za nim stał. Na nowo określi więc go pewnie Grzegorz Schetyna.

Populizm ściętej głowy

Mimo, że Samolińska i Trzeciak zasadniczo mają rację, jest jednak istotny problem z realizacją ich postępowo-populistycznej wizji. Cały czas towarzyszy im podejście czysto elektoralne, skupienie się na kampanii w nadchodzących wyborach, a między kampaniami – na dalszym bieganiu pomiędzy studiami telewizyjnymi. Jest to absolutna alfa i omega polskiej „ideowej lewicy” – z kim, gdzie i jak do wyborów. Kończy się zawsze przewidywalnie. Razem myślało, że zrobią to samo, tylko lepiej i rezultat będzie lepszy. Nie będzie. Bo faktycznie jest tak, jak pisze Leszczyński: biedni nie głosują, a jak już głosują, to na PiS – bo wspólnota narodowo-katolicka wydaje im się jedynym pocieszeniem w ich biedzie i upodleniu wolnym rynkiem. Nikt poza PiSem i Rydzykiem do tej pory nie chciał ich przecież pocieszać. Razemici, owszem, chcieli, lecz dotychczas nie określili sposobu dotarcia do tych ludzi ze swoim socjalnym przekazem. Wspomniani autorzy żywią przekonanie, że oczyszczenie ich narracji z elitarystycznych naleciałości załatwi sprawę. „Przekaz »ZŁODZIEJE WYPIERDALAĆ« jest na początek w zupełności wystarczający” – twierdzą. Tymczasem nie jest.
Jakub Majmurek dokonuje całkiem przekonującej analizy ruchów populistycznych dominujących dziś w Europie i USA. Nie bez powodu nie mają one charakteru lewicowego, a zdecydowanie prawicowy. Elementy programów socjalnych są tam nieznaczącymi dodatkami. Przede wszystkim są nacjonalistyczne, ksenofobiczne. To podstawowa płaszczyzna ich „buntu” wobec elit, choć warunki ekonomiczną są takie, że teoretycznie nie musiałyby takie być – doskonale pokazuje to brexit, czyli przykład społeczeństwa udręczonego neoliberalizmem, w którym odżywają hasła socjalistyczne.
Wielkie zakłady pracy zorganizowane na modłę tayloryzmu wyjechały do Azji, ruch robotniczy poszedł w rozsypkę, więc gniew społeczny jest coraz trudniejszy do artykulacji na sposób ściśle klasowy, a o to chodzi razemitom-populistom. Odwołania do nieokreślonego „ludu”, którego tożsamość przebiega w poprzek podziałów klasowych, skutkują wzmożeniem wyobraźni drobnomieszczańskiej wydającej na świat kolejne quasi-faszyzmy. Dodatkowo ruchy te mają w istocie naturę ściśle elektoralną, istnieją tylko jako siła widząca się w parlamencie, nie stanowią zaś alternatywy systemowej, nie proponują faktycznie żadnej zmiany społecznej – zazwyczaj ograniczają się do obietnicy przegnania „obcych”. Gniew społeczny wyraża się w nich w sposób od razu zapośredniczony politycznie, skanalizowany przez podmioty w pełni zakorzenione w systemie, bo rozgniewani oczekują szybkich rezultatów i potrzebują kogoś o prawdziwej sile sprawczej. Dlatego za brexitem stały de facto amerykańskie think tanki i bogaci biznesmeni, którzy potem zajęli się kampanią Trumpa w USA. W Polsce jest zresztą podobnie. Wzrost i triumf populizmu pisowskiego wymagał lat rozwoju – również, jak się okazało, na obszarze zaplecza finansowego. A jest to i tak tylko wariant systemu. Lewicowy populizm wymaga z kolei jego zakwestionowania. Jednak w XXI w. środki do tego nadal pozostają nieokreślone.
Wracamy więc do punktu wyjścia. Partia Razem nie ma i nie będzie miała środków, które pozwoliłyby jej tworzyć projekt socjalny, mogący pozostawać w jakiejkolwiek symetrii względem populizmu prawicowego na obecnej scenie wyborczej. Do tego też potrzebne są media, które potraktują ich socjalny przekaz poważnie. Ich namiastkę właśnie stracili na rzecz Biedronia. Mimo to, ugrupowanie nadal zamierza koncentrować się na wyborach, listach wyborczych i arytmetyce wyborczej – to akurat rzeczywiście wydaje się biciem głową w mur. Bartosz Migas z Razem odpowiedział na krytykę Leszczyńskiego twierdząc zwyczajnie, że „elektorat lewicowy” (choć nie wiadomo już co to znaczy) odzyska wiarę w Razem, bo rozczarują się Biedroniem. Nie. Prawdopodobnie ten elektorat czekał właśnie na kogoś w typie Biedronia, skoro z analiz powyborczych z 2015 r. wynikało, że dla wyborców partii Razem, ugrupowaniem drugiego wyboru była Nowoczesna.

Żądając niemożliwego

Na polskiej scenie politycznej – w sensie: elektoralnej – nie ma obecnie miejsca na taką partię, jaką chce być Razem. To fakt. Nie dokonają cudu. Jeżeli pójdą w socjal, nie zmieszczą się w tolerowanym przez media spektrum. Swoich mediów nie mają.
Jednak jest na nią miejsce gdzie indziej – w społeczeństwie. Jeżeli ktoś chce rzeczywiście „innej polityki” i gruntownej zmiany społecznej, przełomu na drodze do społeczeństwa równych ludzi, musi myśleć o tworzeniu oddolnego ruchu łączącego aktywność na niwie pracowniczej, związkowej, lokatorskiej, polityki lokalnej zorientowanej na opór wobec procesu utowarowienia i komercjalizacji przestrzeni publicznej. Razem próbowało takiej aktywności, niestety był to tylko dodatek do karminowych memów. A tylko przez bezpośrednią obecność wśród ludzi jest możliwa dziś polityka klasowa. Ponieważ jest to wyzwanie na lata i wymaga skuteczności w bezpośrednim rozwiązywaniu realnych problemów składających się na całość życia społecznego, oznacza to konieczność odejścia od polityki elektoralnej. Pytanie jednak, jaki cel ostatecznie przyświeca polskim lewicowcom. Zmiana świata nie nastąpi w parlamencie, bo parlamenty są zdecydowanie częścią problemu. Obecność w nim może być pomocna, ale stanie się możliwa tylko jeżeli ruch wykiełkuje poza nim.
Jest to wbrew pozorom perspektywa nie tylko romantyczna, ale i pragmatyczna – zależy tylko, w jakim horyzoncie umieszcza się swoją aktywność polityczną. Populizm w znanej postaci jest tylko instrumentalizacją gniewu przez nowe elity zazdroszczące starym. Chodzi zaś o tworzenie, o budowanie pośród ludzi jakiejś społecznie odczuwalnej wartości. Lewica socjalistyczna nie będzie miała innych kanałów dojścia do społeczeństwa – do tych mitycznych „zwykłych Polaków” – poza własną działalnością na ich rzecz. To właśnie musi być nasz przekaz, jeżeli ma być wiarygodny – bo z wiarygodnością w oczach ludzi właśnie najtrudniej. Obawy o to, że skład takiej organizacji politycznej, budującej swoją bazę w długotrwałej pracy u podstaw, będzie początkowo wątpliwy klasowo – w sensie „średnioklasowy” – są bezzasadne. Wszystkie ruchy lewicowe, a na pewno wszystkie zwycięskie, były „rozkręcane” przez wykształciuchów spoza klasy robotniczej. W mniejszej skali, również ruchy lokatorskie w Polsce, działające dość prężnie, zostały zapoczątkowane przez pełnych pasji lewicowych inteligentów. Ich przykład może czegoś uczyć.
Uczyć też może los Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, który systematycznie marnuje swój doskonały potencjał na stworzenie takiego – powiedzmy na wyrost – rewolucyjnego bytu politycznego. Wszystko dlatego, że praca u podstaw jest regularnie składana w ofierze bożkowi elektoralizmu, który Piotra Ikonowicza nijak obłaskawiać nie zamierza. To doskonały przykład dla populistów z partii Razem, co robić i czego nie robić. Po pierwsze, nie przeskakiwać etapu, który jeszcze nie został domknięty. A takim etapem przed próbą sięgnięcia po władzę, jest stworzenie ruchu społecznego, który w sytuacji słabości ośrodków państwowych opartych na kompradorskich elitach, będzie mógł stanowić rozbudowane zaplecze gotowe asystować prospołecznemu rządowi we wdrażaniu postępowej polityki.
Trudne? Bardzo. Dlatego warto o to walczyć. Jeżeli ktoś mówi: inna polityka jest możliwa, niech przyzna też: bądź realistą, żądaj niemożliwego. Innego rozwiązania niż długi marsz nie będzie. Mierzymy się bowiem z samym KAPITALIZMEM – tak się nazywa całość społeczna, którą musimy zakwestionować, by myśleć dziś o jakiejkolwiek trwałej zmianie na lepsze.
Kłania się tu inna słabość Razem: ciągle wierzą, że jest jakiś socjaldemokratyczny model, który można do Polski przenieść z Europy Zachodniej lub Skandynawii na zasadzie kopiuj-wklej. Nie można z dwóch powodów. Po pierwsze, u szczytu powodzenia tych modeli kraje te zajmowały zupełnie inną pozycję w światowym podziale pracy i globalnej strukturze kapitału. Po drugie, od lat podlegają one deterioracji i końca tego procesu nie widać z powodu przywrócenia znanej z XIX w. pełnej dominacji kapitału nad światem pracy. Przykład Francji i „żółtych kamizelek” pokazuje, że kapitał jest nieubłagany. Spadający z dekady na dekadę wzrost i narastające od 50 lat tendencje kryzysowe ustawiły go pod ścianą, tak że opór wobec niego wymaga do społeczeństwa powrotu postaw wprost rewolucyjnych. Nie bez powodu jednak na całym kontynencie polityka wyborcza jest coraz bardziej podzielona między projekt nacjonalistyczny a liberalny – w obliczu kryzysu socjaliści żyją przeszłością i nie mają do zaproponowania niczego przekonującego.
Drogą lewicy musi być dziś budowanie masowego i demokratycznego ruchu, który w przyszłości pomoże ludziom zmienić stosunki produkcji. Czy po drodze uda się wejść do parlamentu, jest kwestią drugorzędną. Partia lewicowa z prawdziwego zdarzenia, której na tym zależy, musi zacząć uprawiać politykę tam gdzie jest ona jeszcze zupełnie nieobecna i w sposób, którego jeszcze nie ma. Nie brzmi to jak program na najbliższe wybory. Jeżeli jednak podejmujemy się reanimacji konającego, trudno oczekiwać że zaraz po dźwignięciu się na nogi będzie gotowy boksować się z innymi. Są rzeczy ważniejsze, a warte dokonania. Cała przyszłość do zdobycia.

Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników

Jair Messias Bolsonaro, jeszcze dwa lata temu element politycznego folkloru, marginalny skrajnie prawicowy pajac pyskujący na wszystkie strony zniewagami, został 28 października, w drugiej turze, z ponad 55 proc. głosów, wybrany prezydentem piątego najludniejszego państwa świata, największego państwa Ameryki Łacińskiej, drugiego najludniejszego państwa Zachodniej Półkuli. Od miesięcy mówiono, że będą to najważniejsze wybory w Brazylii od czasu przywrócenia tam liberalnej demokracji w 1985 roku. Biorąc pod uwagę choćby klimatyczne konsekwencje wyboru Bolsonaro dla całej planety, były na pewno najważniejszymi w tym roku wyborami na świecie.

 

Prezydent-elekt jest nie tylko faszystą. Nie wierzy w globalne ocieplenie; finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii” i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej.
Niektórzy moi brazylijscy znajomi zareagowali na wynik wyboru publikując na Facebooku statusy w rodzaju „witajcie w roku 1964” (roku wojskowego zamachu stanu). Prawdopodobnie niebawem skończy się w Brazylii demokracja. Fakt, że Bolsonaro wygrał w demokratycznych wyborach nic tu nie zmienia.

 

Tropikalny faszyzm

Na pierwszy rzut oka, przeszkodę dla najbardziej ekstremalnych pomysłów Bolsonaro powinno stanowić to, że na rozdrobnionej scenie politycznej Brazylii (liczba partii politycznych w Kongresie Narodowym sięga trzydziestki) każde posunięcie legislacyjne wymaga długotrwałego budowania koalicji ugrupowań gotowych je poprzeć. Nie musi to być przeszkoda wystarczająca. Bolsonaro otwarcie mówił, że Kongres „nic nie robi” i dlatego natychmiast rozwiązałby go albo zawiesił. Trzon elity wojskowej, której pozycji i przywilejów (w tym wolności od odpowiedzialności karnej za zbrodnie w latach dyktatury) nikt nie ważył się przez trzydzieści lat ruszyć, jest mu przychylny i zapewne gotów na jego wezwanie. Jego wiceprezydentem będzie emerytowany generał Hamilton Mourão. Jego administrację zaludnią najpewniej liczni wojskowi, żeby skompensować kadrową słabość jego własnej partii politycznej. Przewodzona przez niego Partia Socjalno-Liberalna (PSL; nazwy większości brazylijskich partii politycznych nie mają nic wspólnego z ich realnym programem i profilem politycznym) przed tymi wyborami była zupełnie marginalnym ugrupowaniem i nie dysponuje doświadczonymi kadrami zdolnymi administrować dwustumilionowym krajem.
Od lutego bieżącego roku przejmowanie kontroli wojsko testuje już w Rio de Janeiro, za sprawą zaprowadzonego tam decyzją prezydenta Michela Temera de facto stanu wyjątkowego. W noc powyborczą na ulice leżącego nieopodal Rio de Janeiro miasta Niteroi wyjechało wojsko, by głośno świętować zwycięstwo swojego faworyta. Dzienniki “Estadão” i “Folha de São” podały, że w dniach bezpośrednio poprzedzających drugą turę wyborów 20 uniwersytetów zostało „najechanych” przez oddziały policji wojskowej, bo odbywały się tam spotkania i debaty na temat faszyzmu.
Bolsonaro jest zwolennikiem wolnego dostępu do broni i nieograniczonego prawa policji do jej użycia – w kraju o już najwyższych na świecie statystykach mordów policyjnych. Jest otwartym rasistą, mizoginem i „dumnym homofobem”. Indiańskie ruchy społeczne chce ogłosić organizacjami terrorystycznymi. Skandalicznych komentarzy o gwałcie używa jak najzwyklejszej figury retorycznej, by upokorzyć swoje polityczne oponentki. Kiedy głosował za impeachmentem pierwszej kobiety na stanowisku prezydenta Brazylii, swój głos zadedykował w kabotyńskim geście Carlosowi Brilhante Ustrze, który nadzorował tortury więźniów politycznych w okresie wojskowej dyktatury i był odpowiedzialny także za tortury młodej marksistki, córki bułgarskiego imigranta, Dilmy Rousseff. Jest otwartym zwolennikiem i jawnym obrońcą reżimu wojskowego z lat 1964-1985 – jeżeli ma mu coś za złe, to to, że zbyt wiele jego ofiar wychodziło z tortur żywych, że nie wymordował dość komuchów, lewaków i bandytów, co on by chętnie zrobił. Dlatego, jak dojdzie do władzy, to „przeprowadzi taką czystkę, jakiej jeszcze w Brazylii nie było”.
Czy naprawdę ponad połowa brazylijskiego społeczeństwa tak szybko skręciła tak mocno w prawo, że podziela te poglądy? W Brazylii jest obowiązek wyborczy, ale miliony ludzi i tak nie głosowały lub oddały głosy nieważne, zwiększając szanse na zwycięstwo Bolsonaro. Nie mam jeszcze dowodów statystycznych, ale na podstawie lektury politycznych deklaracji licznych znajomych paulistanos i cariocas obstawiam, że decydującą rolę w tym gronie odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką „estetyczną” postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne „rynki światowe”, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię.
Za wcześnie na definitywne konstatacje na temat składu i motywacji elektoratu Bolsonaro, ale różne badania już prowadzono i na razie wynika z nich, że twardy rdzeń jego wyborców to faktycznie konserwatywna, rasistowska i religijna prawica. Niemniej w kraju, którego ponad połowa mieszkańców deklaruje swoje afrykańskie pochodzenie, to za mało, żeby samo dało mu aż taką przewagę nad namaszczonym przez uwięzionego byłego prezydenta Lulę, najpopularniejszego polityka w historii kraju, kandydatem PT Fernando Haddadem. Wygląda na to, że był to wyjątkowo eklektyczny miszmasz wyborców, z których wielu głosowało na niego pomimo jego ekstremalnych poglądów. Tłumaczyli sobie, że „przecież on tylko tak mówi”, że to takie ekscentryczne poczucie humoru, albo że inne sprawy (walka z korupcją i przestępczością) są ważniejsze.
W zalewie przedwyborczych informacji, w tym także fałszywych informacji rozpowszechnianych przez kampanię Bolsonaro na przemysłową skalę za pośrednictwem WhatsApp, wielu reagowało ograniczaniem się do rejestrowania tylko tych, które im pasowały do już podjętego postanowienia, i ignorowaniem reszty. W przypadku tego polityka było to tym łatwiejsze, że Bolsonaro przypomina Donalda Trumpa. Jak? Mówi byle co, a głosuje jeszcze inaczej; nie zależy mu na budowaniu wrażenia, że ma jakąś spójną wizję świata, potrafi sobie przeczyć w odstępie kilku dni, kierując się raczej pragnieniem wstrzelenia się w nastrój tej publiczności, do której się akurat zwraca, i wywołania silnej, emocjonalnej reakcji. Tylko głosowaniem pomimo można wytłumaczyć tak dziwaczne fenomeny, jak oddający głosy na Bolsonaro czarni favelados, czy wyborcy LGBT. Prawie 30 proc. tych ostatnich zignorowało jego wypowiedzi, że wolałby, żeby jego syn zginął w wypadku niż był gejem, albo że gdyby zobaczył męsko-męską parę na ulicy, to by im obu dał po mordach, a także to, że zamierza zalegalizować terapie „leczenia z homoseksualizmu”.
Pisarka, którą poznałem w Belo Horizonte, była przez ostatnie tygodnie autentycznie załamana. Powiedziała mi, że z całej jej rodziny tylko ona i jej najmłodszy brat zagłosowali na Haddada – cała reszta, po ciotki i kuzynów, na Bolsonaro. Nie potrafiła tego ogarnąć; oni nie podzielają jego poglądów, tylko puszczają je mimo uszu, wierzą, że jakimś cudem przyniesie on oczyszczenie brazylijskiej polityki „z tej całej korupcji”. Inny znany mi przypadek: znajomy znajomej, z którą imprezowałem w São Paulo, czarny biseksualny dwudziestoparolatek z Rio utrzymujący się m. in. ze świadczenia usług seksualnych mężczyznom (nie wiem, czy do dzisiaj). Wszystko to razem wzięte ustawia go przecież na celowniku Bolsonaro z kilku stron jednocześnie – a jednak przywitał jego zwycięstwo radosnym statusem na Facebooku jako początek nowej, lepszej ery, z odwołaniem do Boga.
To była jedna z najbardziej irracjonalnych, paradoksalnych, chyba nawet absurdalnych kampanii wyborczych naszych czasów. Ogromna część ponad dwustumilionowego narodu postanowiła w akcie zbiorowego szaleństwa strzelać sobie w kolano i widzieć w tym nadzieję.

 

Jak to się stało?

Jak to się stało, że PT, partia, która przez kilkanaście lat u władzy, zwłaszcza w okresie rządów Luli da Silvy, podźwignęła z nędzy kilkadziesiąt milionów ludzi i zlikwidowała w kraju głód, przegrała z takim politykiem jak Bolsonaro?
Najbardziej bezpośrednią przyczyną jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec niej systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten „prezent” przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości.
Ale to by znaczyło, że utrata jednego najbardziej charyzmatycznego polityka (i pomimo wszystkich popełnionych błędów, największego prezydenta w historii Brazylii) wystarczyła, żeby zneutralizować PT i sprawić, by tak doświadczona partia przegrała z takim ignorantem i pajacem jak Bolsonaro, który w Kongresie Narodowym ślizgał się, co kilka lat zmieniając jedną małą partyjkę na inną. To też domaga się więc głębszego wyjaśnienia. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do wyborców amerykańskich w 2016, nawet po eliminacji Luli, Brazylijczycy nie byli zmuszeni wybierać mniejszego zła spomiędzy dwójki równie amoralnych kandydatów. Haddad był dobrą propozycją, miał program i doświadczenie polityczne (był ministrem edukacji, który milionom dzieci biedoty otworzył drzwi do wyższego wykształcenia i awansu społecznego, a potem burmistrzem São Paulo, największego miasta Półkuli Południowej). To, że na swoją wiceprezydentkę wystawił Manuelę d’Avila z Komunistycznej Partii Brazylii, oznaczało zwrot PT w lewo (a tym, co robotniczych wyborców w ostatnich latach stopniowo zniechęcało do PT, były jej ustępstwa na rzecz neoliberalnego centrum paraliżujące w szczególności obydwie administracje Dilmy Rousseff). Dlaczego więc przegrał?

 

Antipetismo i macki Waszyngtonu

Powody bezpośrednie to wszystko to, co się działo w brazylijskiej polityce w okresie od pierwszych prób wysadzenia z urzędu prezydenckiego Dilmy Rousseff w jej drugiej kadencji. Próby te zwieńczył w 2016 impeachment, który – ze względu na jego śmieszne podstawy prawne (nie udowodniono jej żadnego deliktu konstytucyjnego) – należy rozumieć jako parlamentarny zamach stanu. Mówiąc wprost – przeprowadzony przez oligarchów we współpracy z CIA i/lub amerykańskim Departamentem Stanu. Wydarzył się on niedługo po tym, gdy w podobny sposób prawica obaliła prezydenta Lugo w Paragwaju.
Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli.
Dlatego, choć za wcześnie na niezbite dowody, bylibyśmy niepoważni, gdybyśmy nie węszyli w niespodziewanym wywindowaniu Bolsonaro palców CIA i Departamentu Stanu, tym bardziej, że nie byłby to pierwszy raz z ich strony. Tak jak w latach 60., Waszyngton wolałby w pałacach Brasilii faszystę niż powrót lewicy, nawet łagodnej socjaldemokracji. Pierwszym miejscem, gdzie należy szukać, jest rozmach i skuteczność kampanii wymierzonych w PT fałszywych wiadomości (w rodzaju, że Haddad jako minister edukacji wydawał podręczniki „promujące homoseksualizm wśród młodzieży”) rozpowszechnianych w mediach społecznościowych, w szczególności przez WhatsApp.
Ta kampanii oszczerstw mogła się powieść dlatego, że od czasu drugiego wyborczego zwycięstwa Rousseff w 2014 wszystkie wielkie media głównego nurtu (w Brazylii skupione w rękach kilku oligarchicznych rodzin i dlatego prawoskrętne, telewizji publicznej w europejskim sensie tego słowa nie ma) przygotowywały grunt, łącząc się zwartym szeregiem w wielkich kampaniach zniechęcania do PT i obarczania jej winą za wszystko, co się złego w kraju dzieje, z korupcją na czele. Tak, PT umaczała się w korupcji, ale ani nie bardziej, ani też nie dłużej niż partie, które w establiszmencie Brazylii funkcjonowały od dużo dłuższego czasu i na endemicznej w tym kraju korupcji pasły się od dawna. Na podstawie brazylijskiej telewizji można natomiast było odnieść wrażenie, że PT wręcz wymyśliła korupcję. Kampania zmasowanego zniechęcania do PT wytworzyła coś na kształt światopoglądu, który dorobił się swojego własnego „izmu”: antipetismo, od anti-PT. Oznacza on postawę „wszystko, byle nie PT” i „co złego to PT”.

 

Farbowany outsider

Jednocześnie wielkie antykorupcyjne śledztwo pod kryptonimem Operação Lava Jato (Operacja Myjnia Samochodowa), z impeachmentem Dilmy Rousseff odpalonym przy jego okazji, choć bez dowodów korupcji po stronie samej Rousseff, rozpętało piekło, które wydostało się spod kontroli wszystkich, którzy początkowo używali go, żeby odsunąć od władzy PT. Z ponad trzema setkami podejrzanych i oskarżonych, rykoszety pozbierały głowy nawet tych, którzy początkowo grali pierwsze skrzypce w politycznej instrumentalizacji afery przeciwko PT. Rezultatem była daleko posunięta delegitymizacja całej brazylijskiej sceny politycznej. Stąd w wyborach do Kongresu Narodowego, które odbyły się wraz z pierwszą turą prezydenckich, takie zdziesiątkowanie kilku tradycyjnych partii establiszmentowych.
Wielka delegitymizacja całej klasy politycznej wywołała pragnienie jej gruntownej wymiany nowymi lub przynajmniej marginalnymi do tej pory twarzami, oczyszczenia tej stajni Augiasza przez wpuszczenie na scenę outsiderów. Bolsonaro nie jest żadnym outsiderem – od trzech dekad jest zawodowym politykiem, od 1991 deputowanym ze stanu Rio de Janeiro do Kongresu Narodowego. W oligarchicznym systemie politycznym, w którym kampanie wyborcze pochłaniają takie pieniądze, że tylko w Stanach Zjednoczonych kosztuje to więcej, przebicie się na poziom ogólnokrajowej polityki wymaga takich środków, że jest praktycznie niemożliwe dla prawdziwych outsiderów. Bolsonaro stał się więc „outsiderem z braku laku”, pod nieobecność prawdziwych. Za „outsideryzm” robiło to, że jak dotąd nic mu się w zasadzie nie udawało. Ani w wojsku, które opuścił bez osiągnięć w stopniu kapitana, ani w polityce, w której tylko wykrzykiwał swoje bluzgi jako deputowany marginalnych partii.
Jednak wydarzenia ostatnich trzech lat, no i bieżącego roku w szczególności, przybrały taki, a nie inny obrót dlatego, że eksplodowały w nich napięcia i rozczarowania całego okresu liberalnej demokracji po oddaniu władzy przez wojskowych w 1985, a także kilkunastu lat rządów PT, która przeprowadziła jedynie „rewolucję na pół gwizdka” i za bardzo wpasowała się w obowiązujące w brazylijskiej polityce „reguły gry”. Jest coś symbolicznego w tym, że Bolsonaro zawodową karierę polityczną rozpoczął równo trzydzieści lat temu, w 1988, roku uchwalenia obecnej, liberalnej, demokratycznej konstytucji Brazylii. Został wtedy radnym miejskim w Rio de Janeiro.

 

Kościół, oligarchowie, kaznodzieje i wojskowi

Jak możemy bardziej szczegółowo poczytać w książce Michaela Löwy’ego War of Gods, w latach 60. i 70. XX w. Brazylia była tym wyjątkowym miejscem (drugi był maleńki Salwador), w którym teologia wyzwolenia osiągnęła pozycję jeżeli nie dominującego, to co najmniej mainstreamowego nurtu w Kościele katolickim, nawet w episkopacie. Zradykalizowane segmenty Kościoła udzielały pomocy prześladowanym działaczom lewicowym, między innymi założycielom Partii Pracowników. Kiedy na tronie Piotrowym w Watykanie zasiadł Jan Paweł II, wytępienie teologii wyzwolenia okazało się jedną z jego większych obsesji. Jednak zrekonstruowany na konserwatywny sposób brazylijski Kościół katolicki nie zdołał skutecznie wypełnić sobą społecznej próżni pozostawionej po tamtej radykalnej tradycji. Ofiary brazylijskich stosunków własności, ludzie sfrustrowani i rozgoryczeni przemocą ekonomiczną kształtującą ich życie w kraju o jednych z największych nierówności na świecie, stali się łatwym łupem protestanckich sekt pochodzenia północnoamerykańskiego, które rozmnożyły się w Brazylii na potęgę. I choć są być może jeszcze bardziej konserwatywne niż Kościół katolicki, to posługują się charyzmatycznymi technikami duszpasterskimi, które w porównaniu ze skostniałym i wrośniętym w strukturę klasową Kościołem rzymskim sprawiają powierzchowne wrażenie czegoś radykalnie innego. W 2018 sekty te stanowiły rdzeń oddolnego aktywizmu kampanii Bolsonaro. Wbrew fantazjom wielu na polskiej lewicy, w protestantyzmie nie ma nic z natury lepszego od katolicyzmu.
Liberalna konstytucja z 1988 roku pogrzebała szanse na jakąkolwiek przebudowę stosunków własności w Brazylii, a pomysły reformy rolnej przecież w latach 80. rozważano. Oligarchia – wielka, latyfundialna własność ziemska, finansjera, przemysłowcy, kapitał medialny – garstka nieprzyzwoicie bogatych rodzin, które gromadziły zasoby kraju odgradzając od dostępu do nich większość społeczeństwa jeszcze od czasów, kiedy harowali na nich niewolnicy, a na koniec pomnożyła je w okresie dyktatury (jak właściciele koncernu medialnego Globo), mogła spać spokojnie.
Warto tu jeszcze zaznaczyć, że w Brazylii wojsko zdołało wyjść z okresu dyktatury ze znacznie lepszą twarzą niż w Chile czy Argentynie. W Brazylii pogląd, że „mimo wszystko, w ogólnym rozrachunku, dyktatura okazała się sukcesem”, przynajmniej gospodarczym (wojskowi przejęli władzę w warunkach galopującej inflacji), jest znacznie powszechniejszy, zwłaszcza wśród klasy średniej. Poza sferą ambitnej produkcji kulturalnej w rodzaju niszowych filmów, PT nie rzuciła wystarczającego systematycznego wyzwania tej narracji.

 

Problem biedy, problem bogactwa

Problem z rządami PT i wizją Luli, gdy po wielu wyborczych podejściach w 2002 wygrał w końcu wyścig prezydencki i w styczniu 2003 objął urząd jako pierwszy brazylijski prezydent z klasy robotniczej, polega na tym, że obudził nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały.
Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni.
Nie można go za to wszystko zbyt łatwo winić – być może nie był dość silny, by iść z nimi wszystkimi na wojnę i chciał zrobić tyle, ile się da. A wojskowi? – biorąc pod uwagę historię amerykańskich interwencji na kontynencie, Lula doskonale wiedział, że bez silnej armii, choć trochę do niego przywiązanej, jego projekt upadnie (nawet tak pokorny wobec Waszyngtonu, neoliberalny prezydent jak Fernando Henrique Cardoso zakładał możliwość, że „antynarkotykowy” Plan Colombia może być przez Pentagon użyty jako platforma ewentualnego ataku na Brazylię od strony Amazonii; tym bardziej musiał się z tym liczyć rząd lewicowy).
Fakty pozostają jednak faktami, zwłaszcza, gdy jest już pozamiatane. Oligarchia nie utraciła nic ze swojej władzy i tak długo, jak długo sama też czerpała z rządów PT wystarczające korzyści – za sprawą rządowych kontraktów infrastrukturalnych, za sprawą wzrostu popytu wewnętrznego napędzanego podnoszeniem płacy minimalnej, spadkiem bezrobocia, transferami społecznymi (z programem Bolsa Familia na czele) – tak długo była w stanie je tolerować. Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku.
Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować, a sama co najwyżej zaadaptowała się do praktyk obowiązujących w brazylijskiej klasie politycznej od dawna, i to nie zawsze w złych intencjach.
Nie zawsze w złych intencjach, bo jest co najmniej prawdopodobne, że jedną z najważniejszych reform pierwszej kadencji Luli, program Bolsa Familia, udało się przepchnąć przez Kongres za pomocą mechanizmu, który odpalił pierwszy wielki skandal korupcyjny epoki rządów PT, znany pod nazwą mensalão. Słowo to oznacza wypłacaną co miesiąc sumę pieniędzy – pierwsza administracja Luli (udziału samego Luli w tym procederze nie udowodniono) kupowała głosy szeregu deputowanych formalnie opozycyjnych w zamian za regularne, wypłacane „na lewo”, dodatkowe wynagrodzenie przychodzące z dziwnych źródeł.
Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej. Umaczała się w korupcji, a gdy mechanizm mensalão „się rypnął”, okazało się, że jest skazana na kupczenie stołkami w administracji i wielkich firmach państwowych w zamian za budowanie krótkotrwałych koalicji celem poparcia kolejnych reform. W tym procesie PT stopniowo spuszczała parę ze swoich ambicji i przesuwała się coraz bardziej w stronę neoliberalnego centrum. Dowód? Wiceprezydentem w drugiej administracji Rousseff mógł zostać taki neoliberał jak Michel Temer, jej późniejsza nemesis. Sukcesy programów takich jak Bolsa Familia i Fome Zero (Zero Głodu), zamiast stanowić punkt wyjścia do coraz odważniejszej polityki, okazały się górnym pułapem ambicji, z którego po cichu schodzono coraz niżej. Haddad miał wolę i energię odbić mocno w lewo, ale dla milionów pracujących i bezrobotnych Brazylijczyków było już too little too late – ich kredyt zaufania się wyczerpał.
Wielkomiejska klasa średnia, z wyjątkiem może środowisk kultury i akademii, w większości nigdy nie kochała PT – albo ją tolerowała, albo hodowała w sobie głęboki resentyment. Nie chodzi nawet o to, że dosłownie płaciła ona za reformy PT, która nie ważyła się uderzyć w najbogatszych. Dochody brazylijskiej klasy średniej pozostawały wysokie (znajomy psychoanalityk powiedział mi w 2014, że w São Paulo zarabia dobrych kilka razy więcej, niż by zarabiał w Londynie; młody francuski akademik pracujący w Recife powiedział mi, że w Paryżu nigdy by sobie z tej pracy nie mógł pozwolić na taki poziom życia). Chodziło bardziej o to, że w warunkach rosnącej co roku płacy minimalnej i niskiego bezrobocia, coraz więcej musieli płacić za gosposię, opiekunkę do dzieci, ogrodnika, itp. – usługi, do których „oczywistości” byli od zawsze przyzwyczajeni.

 

Język walki klas, język moralizatorski

Ważnym składnikiem polityki wkupywania się w łaski oligarchii była całkowita rezygnacja PT z samego języka klasowej konfrontacji, z klasowych kategorii opisu problemów społecznych – w obawie, że już samo to mogłoby rozwścieczyć garstkę najbogatszych. Brazylijczycy żyli więc od dawna w rzeczywistości, której niemal nikt nie tłumaczył im w kategoriach klasowych interesów. Dodajmy do tego scenę polityczną, która jest mętną zupą dziesiątek partii politycznych o wyssanych z palca, pozbawionych znaczenia nazwach, Miliony Brazylijczyków straciły lub nigdy nie otrzymały konceptualnych współrzędnych pozwalających na elementarne odróżnianie lewicy od prawicy, polityki postępowej od zachowawczej czy reakcyjnej, rozpoznawanie interesów, jakim dana polityka służy, odróżnianie tych interesów. Pod nieobecność takich kategorii funkcję opisu problemów społecznych przejął język moralizatorski, język zła i walki z nim.
Korupcja i przemoc miejska (liczba morderstw i zabójstw przekroczyła 60 tys. rocznie, to więcej ludzi niż ginie w Syrii), główne magnesy kampanii Bolsonaro, to problemy polityczne. Oba wynikają z brazylijskich stosunków klasowych. Korupcja – bo przy brazylijskich nierównościach bogactwa są skoncentrowane w tak niewielu rękach, a odległości pomiędzy poszczególnymi szczeblami struktury klasowej są tak rozstrzelone, że trudno do czegoś dojść, coś osiągnąć. Uczciwą pracą, pozostają więc: wymiana przysług i prezentów oraz materialne akty łaski ze strony najsilniejszych. Przemoc – bo dla mężczyzn u dołu drabiny społecznej, wykluczonych z dostępu do bogactwa, walka o przetrwanie i zachowanie godności to często walka na śmierć i życie. Bo frustracji i gniewu wynikających z krzyczącej niesprawiedliwości nierówności, których przejawy widoczne są na każdym kroku gołym okiem, wielu nie potrafi opanować. Znaczący fakt: w czasie rządów Luli, gdy 35 milionów ludzi wychodziło z biedy, przestępczość wymiernie spadła.
Unikając ruszenia nierówności, ujmowania ich w klasowych kategoriach, PT skazało wynikające z nich problemy korupcji i przemocy na opis wyłącznie moralizatorski. Oddając politykę moralizowaniu, oddano ją irracjonalnym kaznodziejom – to ich naturalny język i nikt ich w nim nie przegada. Takim kaznodziejom, jak liderzy protestanckich sekt, które stanowiły trzon oddolnej części kampanii Bolsonaro. Jairowi Bolsonaro sprzyjało w tych okolicznościach nawet jego drugie imię: Messias, czyli Mesjasz.