Stop trollom

Lewica składa do prokuratury zawiadomienie ws. byłego ministra sprawiedliwości.

– Przez ostatnie 4 lata PiS mówiło, że chce być partią wykazującą się przede wszystkim, odpowiedzialnością społeczną. Okazuje się, że PiS zatrudnia w swoich resortach trole i hejterów. Cały rząd stosuje politykę przekonywania do swoich racji a wobec tych, którzy się na to nie godzą stosuje się siłą, siłą internetową.
Domagamy się od Premiera szybkich decyzji w tej sprawie, nie wystarczy poświecić Wiceministra Piebieka. Dymisja Ministra Ziobry jest niezbędnym elementem by pokazać, że w Polsce prawo jest prawem, a sprawiedliwość sprawiedliwością. Inaczej, będzie to oznaczać, że mamy do czynienia z rządem trolli – powiedział na konferencji prasowej Krzysztof Gawkowski.
– Rządy trolli są nielegalne i burzą praworządność, dlatego nie ma na nie naszej zgody – podkreśliła Anna-Maria Żukowska.
– Składamy więc zawiadomienie do Prokuratury rejonowej Śródmieście . Zawiadamiamy o możliwości popełniania przestępstwa dot. nielegalnego przekazywania danych osobowych oraz podejrzenie o przekroczeniu uprawnień funkcjonariusza publicznego. Składamy też wniosek do Prezesa Danych Osobowych w związku z ustawa RODO – zaznaczyła rzeczniczka prasowa Lewicy.

Boję się o nasz kraj

Z prokuratorem KRZYSZTOFEM PARCHIMOWICZEM, prezesem Stowarzyszenia „Lex Super Omnia” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI: Czy głośną niedawno sprawę prokuratora Mariusza Krasonia, który w trybie natychmiastowym, mimo trudnych warunków rodzinnych, został skierowany z Krakowa do odległej dla siebie prokuratury we Wrocławiu, można uznać za oznakę jakiegoś przyspieszenia ze strony władzy, za posunięcie przełomowe?
KRZYSZTOF PARCHIMOWICZ: Tak, zdecydowanie tak. Co prawda delegacji bez zgody było już wiele, szacujemy że około dwustu pięćdziesięciu. Prokuratura Krajowa zresztą konsekwentnie odmawia informacji na ten temat. Mimo że staramy się uzyskać informacje na drodze dostępu do informacji publicznej, stosowane są różne wybiegi, żeby ich nie udzielić. Jesteśmy więc zmuszani do kierowania spraw do sądu administracyjnego. Zwracamy się też do prokuratur okręgowych i regionalnych, ale i tam uzyskanie informacji jest bardzo trudne. Odnosząc się wprost do sprawy Mariusza Krasonia, to był ze strony prokuratora Święczkowskiego wielki błąd, bo miara goryczy się przelała. Przypomnę, że wcześniej, już w styczniu tego roku, nadzwyczajne walne zgromadzenia Stowarzyszenia Lex Super Omnia wezwało Prokuratora Generalnego Ziobrę i Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego do ustąpienia z pełnionych funkcji. Prokurator Krasoń postrzegany jest zarówno w swoim najbliższym środowisku, jak i w skali ogólnokrajowej, jako bardzo dobry prokurator, przyzwoity człowiek i świetny kolega. Dlatego jego nagłe delegowanie mimo konieczności opieki nad chorymi rodzicami odebrane zostało jako bezduszne, nieludzkie. Takich delegacji było zresztą wcześniej już kilka, ale tym razem trafiło na wyjątkowego człowieka, więc powstał szczególny ferment. Krasoń został uznany za prowokatora, stał się kozłem ofiarnym z powodu uchwały, którą w połowie maja b.r podjęło środowisko prokuratorskie z krakowskiego regionu. Piętnowało w niej naruszanie niezależności prokuratorów. Nagłośniliśmy to w końcu maja na zgromadzeniu naszego stowarzyszenia we Wrocławiu. Był tam Mariusz Krasoń. Udzielał wywiadów, wyjaśniał jak i dlaczego podjęto uchwałę. Jeszcze wcześniej, dzień po podjęciu uchwały przez zgromadzenie krakowskich prokuratorów wezwano do złożenia wyjaśnień kierownictwo prokuratury w Krakowie. Następnie wszczęto postępowanie wyjaśniające w trybie dyscyplinarnym. Zaraz potem Mariusza Krasonia przesunięto z wydziału do wydziału, po czym nagle delegowano z dnia na dzień do Wrocławia. Wyjaśnienia Prokuratury Krajowej, że wynikało to z braków kadrowych są nieszczere, bo w Krakowie braki są większe niż we Wrocławiu. Wystosowaliśmy w tej sprawie 6 lipca ostry list otwarty do prokuratora Święczkowskiego, bardzo przykry dla niego w treści. Mariusza Krasonia wybrano na obiekt ataku, aby pokazać siłę Prokuratury Krajowej, że się nie boi i że każdy komu się roi niezależność prokuratury, będzie ukarany. Los Mariusza ma być ostrzeżeniem dla innych, którzy odważyliby się pójść w jego ślady.

A ile spraw dyscyplinarnych jest prowadzonych przeciwko Panu?
Cztery, co oznacza że jestem rekordzistą w skali kraju w kategorii wszystkich zawodów prawniczych. Mówię o sprawach tylko z przedstawionymi zarzutami, tych w fazie wstępnej nie liczę. Dwie z nich są w sądzie dyscyplinarnym, jedna dotyczy jednego zarzutu, druga trzech zarzutów. Trzecią, która nie trafiła jeszcze do Sądu Dyscyplinarnego, mam w Białymstoku i jeszcze jedną, gdzieś w Polsce, która niechybnie do sądu dyscyplinarnego trafi. Pierwsza do sądu dyscyplinarnego trafiła sprawa przeciwko całemu zarządowi Lex Super Omnia i odnosi się do okresu, gdy liczyło on zaledwie trzech członków. Chodziło o stanowisko, w którym piętnowaliśmy postępowanie prokuratury w sprawie związanej ze śmiercią ś.p. Jerzego Ziobro. Chcę przypomnieć, że podjęta została próba odsunięcia sędziego Agnieszki Pilarczyk od prowadzenia tej sprawy. Matka Zbigniewa Ziobry zawiadomiła o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez sędzię tuż przed wyrokiem. Sprawa trafiła do Katowic i tam wszczęto śledztwo. Prokurator Regionalny w Katowicach Tomasz Janeczek wydał w tej sprawie komunikat na stronie internetowej, podał wbrew prawu nazwisko sędzi a po kilku dniach, prokurator Baca z Krakowa, który oskarżał kardiochirurgów w sprawie dotyczącej śmierci Jerzego Ziobro, złożył wniosek o odsunięcia sędzi Pilarczyk od prowadzenia sprawy. Warto zauważyć, że wszystkie postępowania dyscyplinarne, które dotyczą członków naszego Stowarzyszenia zmierzają do tego, aby zabić w nas wolę swobodnej wypowiedzi, aby zamrozić wolność słowa. Nie od razu jednak zaczęliśmy ostrą walkę. Najpierw pisaliśmy poprawne pisma, cierpliwie czekaliśmy na odpowiedzi, ale to było jak rzucanie grochem o ścianę. Uznaliśmy więc, że musimy użyć języka równie ostrego jak nasi przełożeni, bo inaczej nic nie zrozumieją. Ale i tak ich nie prześcigniemy, bo nie użyjemy, jak pan Ziobro, słowa „bestia” w stosunku do człowieka, który jeszcze nie został skazany.

Postawiono też Panu zarzuty z art. 231 k.k o sprzyjanie mafii. To już wystrzał z „grubej rury”…
Faktycznie w Białymstoku toczy się takie postępowanie. Jestem tzw. podejrzanym świadkiem. Stawiają mi absurdalne i bezprawne zarzuty. Przypisują mi, że działałem w celu osiągnięcia korzyści majątkowych, określono mnie jako „przyjaciela mafii”. Postępowanie trwa już dwa lata, bez rezultatu, bo chodzi o stałe „grillowanie” mnie. Konsekwentnie odmawiam składania zeznań. Bogdan Święczkowski naruszył publicznie na konferencji prasowej moje dobre imię i rozważam wystąpienie przeciw niemu do sądu. Wezwano mnie też na przesłuchanie przed komisją posła Horały, zajmującą się sprawą luki vatowskiej w latach 2008-2015. Przesłuchanie trwało 6 godzin, choć temat wyczerpałem w trakcie wstępnego, kilkuminutowego wystąpienia.

Jak się odnoszą do Pana prokuratorzy prowadzący przeciwko Panu sprawy dyscyplinarne?
Prokurator z Łodzi nie podawał mi ręki i traktował mnie tak, jakbym był kryminalistą, a nie starszym kolegą, który podpadł przełożonym. Prokuratora z Białegostoku, Marka Suchockiego, którego znam ponad trzydzieści lat mógłbym, gdybym miał większe ego, nazwać swoim wychowankiem, znam go od czasów, gdy był studentem, jesteśmy na „ty”. Mógłby więc, dla przyzwoitości, wyłączyć się ze sprawy, ale tego nie zrobił. Tłumaczyłem mu do protokołu, że ludzie odbiorą to tak, że kolega przeciwko koledze prowadzi postępowanie, że mogą pojawić się spekulacje, że albo idzie mi na rękę, albo mści się za coś. On jednak tego nie rozumie. Gdzieś się zagubił i uważa, że można poświęcić długoletnią znajomość, koleżeństwo dla sprawy, którą równie dobrze może prowadzić ktoś inny. I choć wygląda to tak, że my w trakcie przesłuchań mówimy sobie po imieniu, a na powitanie i pożegnanie podajemy sobie rękę, to niestety okazuje się, że nawet w takich sytuacjach przyzwoitość ustępuje woli wykonywania rozkazów. Obawiam się, że moim kolegą powodują jakieś niezdrowe ambicje. Przepisy przewidują, że rzecznicy dyscyplinarni są powoływani na określoną kadencję i są niezależni od przełożonych, bo odwołać ich z tej funkcji można tylko przypadku ciężkiego naruszenia prawa. Jednak takich rzeczników jest tylko dwóch, a kolega Suchocki może być odwołany przez B. Święczkowskiego „na pstryk”, w wyniku kaprysu. Nie został powołany na stałe, na pełną kadencję. Do tych rzeczników idzie sygnał z góry: starajcie się, ścigajcie, to zachowacie funkcje, bo jak nie, to was odwołamy.

Ilu prokuratorów działa zgodnie z intencjami władzy?
Około dwóch tysięcy na sześć tysięcy prokuratorów czyli około jedna trzecia, to jest grupa prokuratorów zainteresowanych finansowo utrzymaniem statusu nadanego przez kierujących instytucją od marca 2016 r. To wszyscy funkcyjni oraz ci, którzy zostali delegowani „w górę”. Nie wszyscy wykazują złą wolę, ale niemal każdy z nich wykona każde polecenie, nie zdoła oponować, czy polemizować z przełożonym – choć prawo na to pozwala.

Czy w związku z tym Lex Super Omnia opracowuje – nazwijmy to tak – Białą Księgę, w której znalazłaby się lista prokuratorów, którzy ze szczególną gorliwością realizują polecenia władzy naruszając przy tym prawo?
Na stronie internetowej „Państwo PiS” można zapoznać się z raportem pt. „Prokuratura pod specjalnym nadzorem”. Autorzy opracowania nie ukrywają, że wykorzystali informacje z naszego raportu, który powstał w czerwcu 2018 r. Ten drugi późniejszy raport jest świetnie zredagowany, dzięki czemu jest przejrzysty , zrozumiały, bez prawniczego slangu. Wymieniono w nim niemal wszystkich najważniejszych prokuratorów funkcyjnych, którzy skorzystali na „dobrej zmianie”. Wykazuje, że czystka z czasem objęła nawet kierowników kilkuosobowych sekcji. Są tam przykłady nepotyzmu, kolesiostwa, służalczości. Ten raport pokazuje mechanizmy, dzięki którym PiS podporządkowało prokuraturę. Niedługo ogłosimy nasz kolejny raport, gdzie pokażemy powiązania specjalnych gratyfikacji finansowych, które uzyskali niektórzy prokuratorzy, ze sprawami, które prowadzili. Wszystko to będzie „po nazwiskach”, z numerami spraw i podaniem źródła informacji. Bo jako narzędzie demoralizacji prokuratorów wybrano pieniądze, już to wypłacane w formie nagród, już to w formie awansów służbowych. Szczególnym skandalem jest awans pani Anity Muszyńskiej, żony pana Mariusza Muszyńskiego z Trybunału Konstytucyjnego, która wróciła ze stanu spoczynku po 20 latach. Podobnie oburzające jest n.p. przyznanie prokuratorowi Hołdzie stawki awansowej w trybie nagrodowym, gdy przechodził na prokuratorską emeryturę w wieku niespełna 50 lat. Nagroda przyznana przez Zbigniewa Ziobrę prokuratorowi Hołdzie to promesa uzyskania przez niego, w na przestrzeni lat, tylko z tego tytułu, kwoty przekraczającej znacznie milion złotych.

Członków Lex Super Omnia jest około 250. To stanowi zaledwie nieco ponad 2 procent ogólnej liczny prokuratorów. Czy to oznacza, że tak małe poparcie ma LSO w środowisku?
To ma swoje przyczyny. Sędziowska „Iustitia” ma prawie cztery tysiące członków, ale funkcjonuje już ponad dwadzieścia lat. My zaledwie od trzech lat. Poza tym sędziowie, z uwagi na inny charakter ich roli, są inaczej postrzegani niż prokuratorzy. Oni są niezawiśli, oni wydają wyroki. My – nie. My jesteśmy tylko „niezależni”. Poza tym status sędziów jest określony w Konstytucji, nasz – nie. Jestem przekonany, że taką, jak obecnie, liczbę członków Stowarzyszenie miałoby już na starcie w 2016 r., gdyby nie miały miejsca szykany wobec naszej inicjatywy. Proces rejestracji był inwigilowany przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie, którą kierował znajomy Zbigniewa Ziobro Paweł Wilkoszewski. Zastępca Prokuratora Generalnego nakazał prokuratorom pionu wojskowego informowanie go na piśmie o zamiarze udziału w pracach stowarzyszenia.

Czy tylko władza PiS stosuje w tej skali naciski na prokuratorów? Jak było za innych rządów?
Próby nacisków na prokuratorów, ingerencje ze strony prokuratorów generalnych miały miejsce, w większym czy mniejszym stopniu, za wszystkich rządów. Jedynym prokuratorem generalnym, który nigdy się do tego nie posunął, był Włodzimierz Cimoszewicz. Jednak to, co się dzieje obecnie, jest nieporównywalne z niczym. Zbigniew Ziobro nie zrzeka się mandatu posła łącząc go z funkcją prokuratora generalnego o ogromnych prerogatywach. Ma pełnię władzy. To stanowi naruszenie Konstytucji, która zakazuje łączenia stanowiska prokuratora z mandatem posła. Jest znany także przypadek wydania przez Zbigniewa Ziobro, jako Ministra Sprawiedliwości, rozporządzenia, które wykracza poza upoważnienie ustawowe, by przyznać z datą wsteczną prokuratorom Prokuratury Krajowej nienależne gratyfikacje.

Czy to się kwalifikuje do postawienia go w przyszłości przed Trybunałem Stanu?
Oczywiście, że tak, bo Ziobro stawia się de facto w pozycji ustawodawcy, do czego nie ma najmniejszych uprawnień. To będzie w przyszłości wymagało zbadania i oceny, pewnie nie tylko przed TS.

W obronie niezawisłości sądów miały miejsce znaczące manifestacje. Dlaczego nie doszło do analogicznych protestów w obronie niezależności prokuratury?
Ponieważ przejęcie prokuratury odbyło się w cieniu walki o Trybunał Konstytucyjny oraz dlatego, że stało się to, czego się wszyscy spodziewali – że prokuratura zostanie przejęta przez PiS, przez Zbigniewa Ziobro. Atak na sądy był większym zaskoczeniem, a to co zaskakuje, wywołuje silniejszą i gwałtowniejszą reakcję. Poza tym nam, prokuratorom, jest trudniej o sprzeciw, bo sędziowie z prezesem spotykają się z rzadka, a my sprzeciwiamy się bezpośrednio ludziom pracującym z nami drzwi w drzwi.

Jakie są obecnie nastroje w środowisku prokuratorskim?
Złe.

W jakim sensie?
Złe z mojego punktu widzenia, tzn. defensywne, konformistyczne. Oczywiście mamy też sympatyków naszego Stowarzyszenia. Gdy wchodzę do Prokuratury Okręgowej w Warszawie, a pracuję w rejonie, to połowa ludzi, których tam spotykam uśmiecha się do mnie, a połowa zaciska zęby i odwraca głowę. Akurat w żoliborskiej prokuraturze, w której pracuję, tylko ja jeden należę do LSO. Tam moich kolegów i koleżanki interesuje głównie ich referat. Nie ma wśród nich wielkiego zainteresowania tym, że jesteśmy w wielkim kryzysie, jeśli chodzi o praworządność. Podobnie jest innych prokuraturach, gdzie sprawy drażliwe i wrażliwe, na styku praw obywateli i uprawnień organów władzy, zdarzają się rzadko. Kiedyś jednak przyjdzie czas, że prokuratorzy wykonujący bezrefleksyjnie wadliwe polecenia będą się musieli rozliczyć się przed swoimi wnukami.

To mocno odległa perspektywa. Czy jednak biorą pod uwagę to, że być może wcześniej będą się musieli rozliczyć przed innymi instancjami?
Obawiam się, że nie biorą tego pod uwagę. Myślę, że uważają, iż jeśli otrzymali polecenie od przełożonych, to muszą je wykonać a odpowiedzialność za wykonanie spadnie wyłącznie na „górę”. Są jednak w błędzie. Ani w wojsku ani w policji, ani tym bardziej w wymiarze sprawiedliwości nie ma zasady akceptującej mechanizm „ślepego narzędzia”. Dlatego także ci szeregowi prokuratorzy, którzy naruszyli prawo, muszą się liczyć w przyszłości z odpowiedzialnością, nie tylko ich przełożeni. Mówię to całkowicie poważnie.

Kto jest najważniejszym przełożonym prokuratorów poza Zbigniewem Ziobro?
Niepodzielną władzę w prokuraturze sprawuje prokurator Bogdan Święczkowski.

O ile w mediach krytycznie w stosunku do poczynań władzy wypowiada się spore grono sędziów, o tyle gdy chodzi o prokuratorów, to tylko Pan oraz prokuratorzy Dariusz Korneluk i Jarosław Onyszczuk. Dlaczego?
Uzgodniliśmy, dla zachowania jednolitości i ciągłości przekazu, że „frontmenem” odpowiedzialnym za wystąpienia publiczne będę ja. Inni członkowie zarządu wspierają mnie, choć wypowiadają się nie tak często. Dlatego są mniej widoczni.

Z jakim szykanami spotyka się Pan na co dzień?
Jestem osobą poddaną mobbingowi. Zamiast rozdzierania szat opowiem śmiesznostkę. Ponieważ korzystałem ze zwolnień lekarskich, a mam już swoje lata i trochę schorzeń, więc skierowano mnie do orzecznika ZUS, by stwierdził, że jestem trwale niezdolny do wykonywania funkcji prokuratora. Skoro więc nie mogą mnie utrącić za pomocą postępowań dyscyplinarnych, to próbują poprzez stan zdrowia.

Co Pan uważa za najważniejsze mankamenty pracy obecnej prokuratury, poza kwestią jej uwikłania politycznego?
Zalicza ona liczne porażki, n.p. odnośnie pozbawiania majątku sprawców przestępstw. Porażką jest niepotrzebny wzrost liczby tymczasowych aresztowań, gdy liczba popełnianych przestępstw systematycznie spada. Setki spraw długotrwających narusza dyrektywę zakończenia postępowania w rozsądnym terminie. Liche efekty pracy zderzają się z propagandą sukcesu. Przy czym rosną koszty działalności prokuratury, mające swe źródło m.in. we wspomnianej polityce korumpowania prokuratorów metodą kija i marchewki. Można by długo wymieniać. Warto też zwrócić uwagę na praktykę prowadzenia spraw o kolorycie politycznym w miejscach odległych od miejsca zamieszkania i działalności osób będących przedmiotem postępowań. Prokuratury często tak działają, mają do tego prawo, ale w tym przypadku ta zasada jest nadużywana. I tak n.p. sprawa przeciwko Sławomirowi Neumannowi prowadzona jest wJeleniej Górze, przeciwko Stanisławowi Gawłowskiemu, Wojciechowi Kwaśniakowi z dawnej KNF w Szczecinie, przeciwko Pawłowi Wojtunikowi w Krakowie, przeciwko Jackowi Kapicy w Białymstoku.To rozrzucenie spraw po Polsce komplikuję obronę tych osób.

Czy i jak układa się Pana Stowarzyszeniu współpraca ze środowiskiem sędziowskim?
Zupełnie dobrze. Lubimy się i mamy dobre relacje ze stowarzyszeniami „Iustitia” i „Themis” oraz Inicjatywą Wolne Sądy. Współpracujemy stale na forum Komitetu Obrony Sprawiedliwości, który organizuje obronę szykanowanych prawników. Murem za Krasoniem stanęli sędziowie i pozostali prawnicy w całej Polsce. Ludziom się bowiem należy, to jest prawo obywateli żeby ich sprawy rozpatrywali sędziowie i prokuratorzy odważni, bezstronni i nie skażeni polityką.

Czyli kisicie się we własnym, prawniczym sosie?
Wręcz przeciwnie. Już od dawna wchodzimy w dyskurs z obywatelami, którzy domagają prawa do uczciwego procesu. Braliśmy udział i występowaliśmy na zgromadzeniach w obronie Sądu Najwyższego i niezależnych sądów. Braliśmy udział w spotkaniach z młodzieżą w ramach Tygodnia Konstytucyjnego. Jedziemy na festiwal do Kostrzyna, dzięki zaproszeniu przekazanemu przez środowisko warszawskich adwokatów, by nawiązać dialog z młodzieżą. Wyszliśmy poza sale konferencyjne. Spotykamy się z ludźmi, dzięki aktywności inicjatywy #Wolna Prokuratura. Jej liderka Małgorzata Rosłońska na pierwszym spotkaniu zapytała:” jak wam możemy pomóc”. Obywatele uczestniczą w rozprawach dyscyplinarnych sędziów i prokuratorów. W ten sposób realizują swoje prawo do kontroli wymiaru sprawiedliwości. Uważam, ze zamknięcie się sędziów i prokuratorów w zaciszu gabinetów już nie będzie możliwe po obecnych doświadczeniach.

Jesienią 2015 roku wyraziłem, jako publicysta, opinię, że jeśli PiS znów obejmie władzę, to wtedy to, co robiło w latach 2005-2007, okaże się „małym piwem” w stosunku do tego, co zacznie robić w kolejnej kadencji. Uważam, że się nie pomyliłem. Teraz twierdzę, że jeśli PiS wygra kolejne, najbliższe wybory, to lata 2015-2019 będą się jawić z perspektywy czasu jako „małe piwo” w porównaniu z pandemonium jakie dokona się w latach 2019-2023. A jak Pan uważa?
Zdecydowanie zgadzam się z tą prognozą. Naiwny już byłem. Po latach 2005-2007 łudziłem się, że jeśli powrócą do władzy politycy i ludzie znani mi z prokuratury, to nie powtórzą wcześniejszych, dramatycznych błędów. Pomyliłem się. Wtedy bowiem hamowały ich koalicje z „Samoobroną” i LPR. Obecnie nie mają już tego hamulca. Nie cofną się przed niczym. Nie mają już bowiem drogi odwrotu. Muszą palić za sobą mosty. Chcą zapewnić sobie rządy po wsze czasy. To co zrobią, jeśli znów wygrają, cofnie nasz kraj, trudno powiedzieć jak daleko, w dziedzinie praworządności. Cofną nas może do lat 60-tych i 70-tych? I nie muszą masowo wsadzać przeciwników do więzień. Metody represji przecież się cywilizują. Teraz wystarczy odebranie oponentom środków utrzymania.

Dlaczego zdecydował się Pan postawić na szali swój dorobek, między innymi jako współtwórcy systemu walki z przestępczością zorganizowaną, narażać się na szykany, ryzykować eliminację z zawodu? Nie stawiam pytania retorycznego, naprawdę chcę to wiedzieć…
Bo naruszono moje poczucie godności. Przecież finansowo nic nie straciłem stając w kontrze do obecnego kierownictwa prokuratury, tracąc pracę w Prokuraturze Generalnej. Próbowano mnie obłaskawić pieniędzmi, ale się nie dałem. Godność to poczucie własnej wartości. Zachowując się inaczej, zachowałbym się jak kundelek podwijający ogon po kopniaku. Uśmiecham się gorzko i mówię, że przywrócono mi młodość, bo muszę biegać z aktami do sądu jak debiutant, jako prokurator prokuratury rejonowej. Robiłem to kiedyś i robię to obecnie, choć z nadwagą i zadyszką. Nie boję się o siebie, przede wszystkim boję się o nasz kraj. Wydaje się, że gdyby politycy sprawujący obecnie władzę siedzieli przy Okrągłym Stole, to nie doszłoby do ugody i polałaby się krew. Martwią mnie też zmiany dokonane w kodeksie karnym. Nie mogę np. zaakceptować bezwzględnego dożywocia. To nie kara, to barbarzyńska zemsta pozbawiająca skazanego motywacji do poprawy, w konsekwencji szkodliwa społecznie. Przeraża mnie populizm widoczny w tych zmianach. Społeczeństwo musi mieć jasność, co i jaką karą jest zagrożone. I wiedzieć, że prawo jest stabilne, klarowne i niezachwiane, a nie zmieniane na kolanie, zależnie od kaprysów satrapy. Bo inaczej wszyscy będziemy się czuli się we własnej ojczyźnie jak w obcym kraju. Mamy, jako kraj, historycznego pecha, mieliśmy mało czasu na ewolucję, rozwijamy się chaotycznie, skokowo. Krok do przodu, krok w tył, krok w bok i tak ciągle. A przecież Tuwim pisał w „Kwiatach polskich”: „Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Jest naszym dramatem, że aby bronić praworządności, musimy zwracać się do instytucji Unii Europejskiej. Jako puenty użyję słów, które tworzą nazwę naszego Stowarzyszenia: „Lex Super Omnia”. Prawo ponad wszystkim i dodam, że chodzi nam o dobre prawo, to z „Kwiatów polskich”.

Dziękuję za rozmowę.

Ścigani

10 lipca sąd okręgowy w Katowicach postanowił o skierowaniu do ponownego rozpatrzenia procesu członków redakcji pisma „Brzask” wydawanego przez Komunistyczną Partię Polski. Przychylił się tym samym do wniosku prokuratora, który złożył apelację od wyroku uniewinniającego, wydanego w styczniu br. przez sąd rejonowy w Dąbrowie Górniczej. Pod koniec 2015 r. redaktorów pisma „Brzask” oraz administratora strony internetowej KPP oskarżono o „promowanie totalitarnego systemu państwa” poprzez publikacje w partyjnej gazecie. W trakcie procesu trwającego od ponad 3,5 roku sąd rejonowy w Dąbrowie Górniczej dwukrotnie odrzucał oskarżenia prokuratury. W styczniu 2017 r. podejmując decyzję o umorzeniu postępowania, a dwa lata później wydając wyrok uniewinniający. Jednak na wniosek prokuratury sąd okręgowy w Katowicach dwukrotnie, w czerwcu 2017 r. i lipcu br. zwracał sprawę do ponownego rozpatrzenia przez sąd rejonowy. Wczorajsza decyzja oznacza, że proces będzie kontynuowany. Wersja skrócona dla Brzasku (do wstawienia na pierwszej stronie po zdaniu „Jest on organizowany w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ władze państwowe próbują zakazać promowania ideologii komunistycznej oraz zdelegalizować naszą partię): 10 lipca sąd okręgowy w Katowicach postanowił o skierowaniu do ponownego rozpatrzenia procesu członków redakcji „Brzasku”, przychylając się do apelacji prokuratora od wyroku uniewinniającego, wydanego w styczniu br. przez sąd rejonowy w Dąbrowie Górniczej. Postanowienie to oznacza wznowienie procesu, trwającego od ponad 3,5 roku.

Do więzienia za dzieła Marksa na półce?

Pod osłoną innych afer w Polsce tylnymi drzwiami przepychane są właśnie zmiany w prawie, które umożliwiają pełną kryminalizację komunizmu. Komunizmu, a nawet „jego ideologii”, co prawicowej władzy i podporządkowanemu jej sądownictwu otwiera furtkę do kryminalizowania i ścigania praktycznie całej lewicy. Nie tylko jej sympatyków jej radykalnego nurtu, ale wszystkich tych, którzy posiadają egzemplarz „Kapitału” Karola Marksa lub założą na siebie koszulkę z Che Guevarą, Różą Luksemburg czy czerwoną gwiazdą.

Poprawione zapisy, które właśnie wchodzą do polskiego prawa w ramach aktualizacji kodeksu karnego, do listy systemów i praktyk totalitarnych dodają komunizm. Najgroźniejszy wydaje się być przy tym zupełnie nowy i wybitnie enigmatyczny zapis, który karać ma za samo „propagowanie ideologii komunistycznej”. W polskich warunkach – gdzie cenzuruje i prześladuje się za Matkę Boską z tęczą w tle – może to oznaczać nawet cenzurowanie dzieł sztuki autorstwa Fridy Kahlo, Pabla Picassa, czy innych znanych komunistek i komunistów.

W prześladowaniach komunizmu nie chodzi bowiem o żadną teoretyczną czy historyczną precyzję.

Sąd to nie miejsce do naukowej dyskusji. W rzeczywistości mamy do czynienia z praktykami o charakterze cenzorskim i totalnym. Poprawiony kodeks karny bez żadnego zawahania zrównuje ze sobą bowiem każdy rodzaj komunizmu i jego teorii.
Idee i działania Lwa Trockiego, Róży Luksemburg, Józefa Stalina czy nawet Karola Marksa, który pechowo dla siebie nie dożył żadnych prób realizacji swoich koncepcji wrzucone są do jednego worka. Do tego zapisy ułożone są w taki sposób, by prokuratorom i sędziom pozostawić pełną dowolność w interpretacji tego, co jest, a co nie jest komunizmem, jego ideologią, czy totalitaryzmem.
Przypomnijmy, że słowo „totalitaryzm” w polskim prawodawstwie nie ma nawet swej konkretnej definicji. Jego siła jest całkowicie względna i symboliczna. Określenie to, wywodzące się z filozofii, ale i głęboko zakorzenione w naukach społecznych, definiuje się zazwyczaj twierdząc, że totalitarnymi są te systemy, które dążą do całościowej i pełnej kontroli nad jednostką. Oczywiście panująca ideologia kapitalistyczna za złe totalitaryzmy uważa zazwyczaj wyłącznie faszyzm i komunizm. Sieciowo sterowany i rządzący przy pomocy algorytmów kapitalizm, gdzie pieniądz rządzi każdą kampanią wyborczą, a przy projektowaniu reklam wykorzystuje się zasady podświadomie piorącego mózgi neuromarketingu jest zaś „demokracją”… Bo tak.

Komunizm jako bezklasowe społeczeństwo, gdzie realizowany jest ideał „każdemu według potrzeb” nigdy nie istniał.

Jak widać nie musiał – wrogiem dla państwa jest bowiem sam ruch, a nie rzeczywisty byt, którego polska prawica nie jest przy tym nawet w stanie odpowiednio zdefiniować. Wprowadzane w ustawie poprawki są więc i o tyle tragikomiczne, że z perspektywy precyzji naukowej i poznawczej odnoszą się do bytu, którego nigdy nie było. Jako marksista mógłbym nawet uznać, że socjalizm jako system i idea pozostaje całkowicie dozwolony, ponieważ nie znajduje się na liście systemów, ideologii i praktyk totalitarnych… Tyle, że to, co będzie komunizmem i jego ideologią w świetle prawa będzie odtąd zależało wyłącznie od podporządkowanych ministrowi Ziobro prokuratorów. A dla większości polskiej prawicy wszystko, co związane z Polską Ludową to komunizm, a postkomunizmem jest nawet Koalicja Europejska.
Współczesna Polska stopniowo coraz bardziej przypomina faszystowskie Włochy za czasów Mussoliniego, kiedy to siłowe i policyjne prześladowania komunistów były na porządku dziennym. Jednym z wielu uwięzionych za poglądy był działacz i słynny teoretyk komunizmu Antonio Gramsci, cytowany obecnie w całej światowej socjologii czy naukach politycznych. Cenzorzy pilnujący zamkniętego w więzieniu Gramsciego i poszukujący słowa „komunizm” w jego zapiskach zostali jednak łatwo wykiwani, kiedy autor ten w swych dziełach słowo to zamienił na termin „filozofia praktyki”.
Także w przypadku Polski nowe zapisy zawierają na szczęście furtkę, która podkreśla, że nie mają zastosowania do nauki, czy sztuki. Jak mogliśmy jednak zaobserwować w zeszłym roku, kiedy to policja pojawiła się na konferencji naukowej poświęconej marksizmowi, dla prokuratury granice te mogą być bardzo niewyraźne. Policja wysyłana jest u nas bowiem zgodnie z chwilowym politycznym zapotrzebowaniem, a na samej górze dowodzą nią często ludzie wierzący w spisek światowej „żydokomuny”.

Strony takie jak Redwatch mogą być odtąd traktowane jako pożyteczna pomoc dla polskiej prokuratury.

Nowe zapisy tworzą tak gigantyczną przestrzeń pod wszelkiego rodzaju nadużycia, że proces karny z perspektywą skazania nawet na trzy lata więzienia z powodzeniem może mieć osoba, która na swoim ubraniu będzie miała wizerunek Ernesto „Che” Guevary, Róży Luksemburg, Karola Marksa, sierp i młot, czy samą nawet czerwoną gwiazdę. Ale i na tym nie koniec. Prawicowa paranoja sięga już w naszym kraju tego stopnia, że za „promowanie ideologii komunistycznej” i „rozpowszechnianie, powielanie, przesyłanie” źródeł z nią związanych można równie dobrze uznać obecność na pierwszomajowym pochodzie, udział w wydarzeniu upamiętniającym polskich socjalistów, przesłanie koledze fragmentu dzieł Marksa, posiadanie w domowej biblioteczce książek Zygmunta Baumana, Oskara Lange, Jacka Tittenbruna, Louisa Althussera, czy dowolnego z tysięcy autorek_ów identyfikujących się z komunistyczną teorią, myślą lub ideą. Bez etatu naukowego – a może także badań prowadzących do właściwych wniosków – lub zarabiania jako artysta nie będzie żadnej taryfy ulgowej.
Przepisy te są tak pojemne i tak otwarte na dowolność interpretacyjną ze strony władzy sądowniczej, że hak na każdą lewaczkę i lewaka po prostu zawsze może się znaleźć.
Ustawa ta wydaje się być też oczywistą zemstą za porażkę dekomunizacyjną, którą PiS poniósł w przypadku nazw ulic, a także w przypadku procesu wytoczonego przeciwko Komunistycznej Partii Polski, gdzie właśnie brak pojęcia „komunizm” we fragmentach o systemach totalitarnych był podstawową linią obrony podczas całego procesu.
Sprawa jest więc o tyle pilna i istotna, że kryminalizuje nie tylko lewicową historię, teorię oraz myśl. Stanowi też bardzo głęboką ingerencję w wolność słowa oraz swobodę wyrażania opinii. Bycie, czy identyfikowanie się jako komunistka_ta może być odtąd przepustką do więzienia.

Nowy kodeks karny odcina też Polskę od politycznej swobody, która w całej Unii Europejskiej stanowi oczywistą oczywistość.

Komuniści stale zasiadają bowiem w Europarlamencie, a partie komunistyczne obecne są w każdym kraju Unii Europejskiej i w ogóle praktycznie wszędzie na świecie. Istnieją też różnorodne partie lewicy odwołujące się do teorii komunistycznej, u których nawiązania do różnych wersji marksizmu są na porządku dziennym (np. niemiecka Die Linke czy szwedzka Partia Lewicy). Są one same w sobie zresztą tak różne, że nie da się ich wrzucić do jednego worka, jak czyni to nowa polska wersja kodeksu karnego.
Kneblowanie wolności słowa i prawne zastraszanie oraz zwalczanie radykalnej lewicy zagraża też lewicy nieradykalnej i umiarkowanej: pogłębia bowiem opresyjność systemu, uniemożliwia jej sięgnięcie do np. tradycji marksistowskiej i umieszcza socjaldemokrację na granicy prawa. Od teraz działacze SLD, Razem lub RSS, czy PPS będą musieli się mieć na baczności, czy ich praktyki nie stanowią nawiązania do „ideologii komunistycznej” lub nie są jej „propagowaniem”. Prokuratura będzie też mogła ścigać, szukać haków i wytaczać procesy wobec wszystkich działaczy, którzy zechcą np. poczytać dzieła Karola Marksa, Lwa Trockiego, czy nawet powspominać Edwarda Gierka. Organizacja debaty celem omówienia teorii imperializmu Róży Luksemburg, czy posiadanie w biblioteczce książek Gramsciego mogą być podstawą do ścigania każdego członka partii, a nawet umożliwić delegalizację organizacji i stowarzyszeń.

Nie jest to precedens. Podobne zmiany próbowano już wprowadzić na Węgrzech

W tamtym przypadku decyzja Trybunału w Strasburgu uchyliła możliwość kryminalizacji komunizmu i jego symboliki, uznając m.in. czerwoną gwiazdę i swobodę w jej wykorzystywaniu za element politycznej wolności i pluralizmu. Trybunał podkreślił też wówczas, że istnieje „społeczne zapotrzebowanie” dla takiej symboliki i emocje nie mogą decydować o wolności słowa.
W naszym przypadku cel rządu Prawa i Sprawiedliwości jest zasadniczo bardzo prosty: kryminalizacja komunizmu, marksizmu i okolic oraz zastraszanie środowisk politycznych, a także naukowych, które choćby podejmują marksistowską problematykę w ramach swoich badań. To stopniowe spychanie całej lewicy poza obszar legalnej działalności politycznej.
Obrona nacjonalizmu i konserwatywnego kapitalizmu wymaga ciągłego poszukiwania wroga, a ponieważ bezpośrednia walka z liberalizmem nie jest możliwa (z uwagi na jego siłę) to kozłem ofiarnym zostają komunizm i marksizm. To te idee w ostatnio wyemitowanym przez stację Tadeusza Rydzyka dokumencie „Zmierzch. Ofensywa ideologii gender” oskarża się o wszelkie możliwe „plagi” tego świata, z homoseksualizmem na czele. Poprawiony kodeks karny wychodzi naprzeciw właśnie tego rodzaju oczekiwaniom i takiej ideologii. Prawicowe kneblowanie wolności politycznej i wolności słowa nie ma swoich granic.
Ściganie za komunizm i (potencjalnie) socjalizm to możliwie pierwszy krok do odbudowy Berezy Kartuskiej. Ten moment to ostatnia chwila by skutecznie przeciwstawić się prawicowej cenzurze.

Apelacja od uniewinnienia redaktorów „Brzasku”

Prokuratura Rejonowa w Katowicach złożyła apelację do Sądu Okręgowego w Katowicach od wyroku uniewinniającego redaktorów pisma „Brzask” oraz strony internetowej Komunistycznej Partii Polski, wydanego 18 stycznia 2019 r. przez Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej.
Prokurator domaga się ponownego rozpatrzenia sprawy przez sąd pierwszej instancji. Powtarza postawiony w akcie oskarżenia zarzut propagowania totalitaryzmu poprzez publikacje „odwołujące się bezpośrednio do idei komunistycznego ustroju państwa oraz marksizmu i leninizmu”. Prokurator utożsamia marksizm-leninizm z totalitaryzmem, a odwołania do rewolucji społecznej traktuje jako nawoływanie do siłowego obalenia władzy. Zarzuca oskarżonym redaktorom także krytykę reformizmu oraz odwoływanie się do przedwojennej KPP. Sądowi natomiast prokurator zarzuca przekroczenie „zasady swobodnej oceny przeprowadzonych dowodów” oraz uznanie zeznań złożonych przez oskarżonych za wiarygodne.
Proces w tej sprawie trwa od ponad 3 lat, a jego geneza jest jeszcze dłuższa. Sięga donosu złożonego w 2013 r. przez posła PiS Bartosza Kownackiego na działalność KPP, w którym domagał się delegalizacji partii. Wówczas prokuratura odmówiła wszczęcia postepowania karnego, nie dopatrując się znamion przestępstwa. Do sprawy powrócono pod koniec 2015 r., po dojściu PiS do władzy. Prokuratura sformułowała akt oskarżenia przeciwko redaktorom wydawanego przez KPP pisma „Brzask” oraz administratorowi partyjnej strony internetowej. 31 marca 2016 r. zapadł wyrok w trybie nakazowym, tzn. bez udziału oskarżonych, skazujący czworo oskarżonych na prace społeczne i grzywny. Ich odwołanie od wyroku rozpoczęło standardową procedurę procesową.
W styczniu 2017 r. Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej zadecydował o umorzeniu postępowania, jednak od decyzji tej odwołała się prokuratura, a Sąd Okręgowy w Katowicach skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. W trakcie procesu prokuratura nie była w stanie udowodnić postawionych redaktorom zarzutów, a prokurator nie potrafił nawet zdefiniować terminu „totalitaryzm”, na który się powoływał. W styczniu 2019 roku, po ośmiu rozprawach przed sądem w Dąbrowie Górniczej, ostatecznie zapadł wyrok uniewinniający. W uzasadnieniu wyroku sąd odwołał się również do faktu, iż Komunistyczna Partia Polski jest legalnie działającą i zarejestrowaną partią
polityczną.
Nie wyznaczono jeszcze terminu rozpatrzenia apelacji prokuratora. Koszty trwających latami działań przeciwko wolności słowa ponoszą podatnicy. Prokurator nie musi się nimi przejmować.

Dubois: „interesują mnie dowody”

„Proszę zwrócić uwagę, że większość okoliczności, w oparciu o które sformułowany jest zarzut, jest potwierdzone przez nagrania na taśmach” – z mecenasem Jackie Dubois rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Złożyliście państwo zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Jakiego i wobec kogo?
MEC. JACEK DUBOIS: Zawiadomienie dotyczy podejrzenia popełnienia przestępstwa oszustwa, którego mógł się dopuścić pan Jarosław Kaczyński. Miało ono polegać na tym, że w celu uzyskania korzyści majątkowej dla spółki Srebrna wprowadził w błąd naszego klienta poprzez wywołanie w nim przekonania, że zamierza zapłacić za usługę, którą mu zlecił.
W ten sposób doprowadził go do niekorzystnego rozporządzenia mieniem poprzez to, że nasz klient przez ponad rok pracował wykonując zlecenie o wartości, zgodnie z ustaleniami opartymi o ceny rynkowe, ok. 5 mln zł. Kwota ta nie została mu zapłacona.
Rozumiem, że została wystawiona faktura? Pojawiły się wątpliwości co do tej kwestii.
Ten czyn ma charakter bardzo złożony. W momencie kiedy nasz klient wykonał zlecenie, zaczął domagać się zapłaty. Wtedy wskazano mu podmiot, na który ma wystawić fakturę. Kiedy wystawił ją zgodnie ze wskazaniami, okazało się, że firma ta nie dysponuje środkami finansowymi i nie może mu zapłacić. Natomiast faktyczny zleceniodawca, czyli spółka Srebrna, oznajmił, że nie może zapłacić, bo faktura wystawiona jest na inny podmiot.

Faktycznym zleceniodawcą był Jarosław Kaczyński, a faktura została wystawiona na Srebrną?
Pan Kaczyński, powołując się na to, że jest uprawniony do podejmowania wszystkich decyzji związanych ze Srebrną, zlecił naszemu klientowi wykonanie pracy na rzecz Srebrnej, a następnie wskazał inny podmiot, na który ma być wystawiona faktura. Podmiot ten został utworzony przez Srebrną w celu realizacji inwestycji budowy dwóch wież i miał docelowo przejąć własność nieruchomości. W międzyczasie jednak pan Kaczyński wstrzymał tę inwestycję i do przeniesienia własności nieruchomości nie doszło. W konsekwencji podmiot, który miał realizować inwestycję i na który została wystawiona faktura, nie posiadał żadnego majątku. Nie mógł więc opłacić wystawionej faktury.

Czyli gdyby udało się wybudować wieżowce, to fakturę udałoby się zapłacić?
Ja nie wiem, co by było, gdyby. Pan Kaczyński chciał, żeby spółka Srebrna wybudowała wieżowce. On utożsamiał się ze spółką i przedstawiał się jako osoba, która w tym zakresie podejmuje wszelkie decyzje. On w imieniu Srebrnej dał konkretne zlecenie, które było realizowane, i on poszczególne elementy tego zlecenia odbierał.
Gdy nadszedł czas rozliczeń za wykonane etapy, wskazał, aby wystawić fakturę na spółkę, do której zgodnie z planem miała być przeniesiona nieruchomość.
Ta faktura została wystawiona i wówczas okazało się, że do przeniesienia własności nie doszło, bo wstrzymano inwestycję, spółka nie ma środków i nie może zapłacić.

Czyli pan Gerald Birgfellner pracował przez ponad rok dla Kaczyńskiego, a ten na koniec powiedział, że mu nie zapłaci?
Pan Kaczyński zapewniał, że zlecenie zostanie opłacone, ale po wystawieniu faktury zapłata nie została zrealizowana. To przypomina scenariusz filmu sensacyjnego.

Rozumiem, że nie ma pan wątpliwości, skoro podjął się pan sprawy, że zostało popełnione przestępstwo?
Ja nigdy nie mogę zastąpić sądu i nie wyrokuję. Tu decyzję zawsze podejmuje organ do tego powołany. Natomiast rolą prawnika jest zweryfikowanie, czy istnieją dowody pozwalające potwierdzić formułowane zarzuty.
Gdyby coś było ewidentnie „wzięte z powietrza”, to tym tropem prawnik podążać nie powinien, bo to by działało na szkodę klienta. Z informacji, które otrzymaliśmy od klienta, i dokumentów, które nam pokazał, jasno wynika, że praca była wykonywana i odbierana, a za pracę nie było zapłaty.
Zebranie tych okoliczności w całość pozwala przyjąć wersję, że prawdopodobne jest, że do zabronionego czynu doszło. Weryfikować to mogą jednak tylko organy ścigania i sądy, natomiast każdy obywatel, który ma podejrzenie, że doszło do czynu zabronionego, ma obowiązek zawiadomić o tym.

W Sejmie z ust rzeczniczki PiS-u Beaty Mazurek słyszeliśmy, że taśmy są dowodem, że prezes wykazał się wyjątkową uczciwością. Jak pan to skomentuje?
Taśmy są zapisem godzinnej rozmowy, będącej częścią zdarzeń trwających ponad rok.
Jeżeli ktoś ocenia sprawę na podstawie jednego nagrania, w momencie kiedy wie, że w prokuraturze złożone są dwie pękate skrzynki dokumentów, to znaczy, że mówi to, co jest mu wygodnie powiedzieć, a nie odnosi się do całości dowodów w sprawie.
Ja nie wiem, czy pan Kaczyński na co dzień charakteryzuje się wyjątkową uczciwością, natomiast w tej sprawie jasne jest, że zatrudnił człowieka, który poświęcił ponad rok swojego życia zawodowego dla zrealizowania jego wizji i za to nie dostał wynagrodzenia. Jeżeli według pani Mazurek tak wygląda uczciwość, to rzeczywiście może tak mówić. Ja się z tym nie zgadzam.

Czy ma pan wiedzę, czy nagrania są z całego roku pracy dla Kaczyńskiego?
Ja w tej sprawie jestem prawnikiem i reprezentuję mojego klienta w określonej sprawie karnej. Nie wchodzę w sferę polityki czy innych kwestii niż zlecenie.
Interesują mnie dowody i te złożyliśmy w prokuraturze.

Ale rozumiem, że nie miał pan wątpliwości po przeanalizowaniu dokumentów, żeby zająć się sprawą.
Wysłuchałem całej historii zdarzenia, którą mi przedstawił klient, zapoznałem się z dokumentami. Historia ta jest logiczna i spójna. Takie działanie może wyczerpywać znamiona ustawy karnej.
Proszę zwrócić uwagę, że większość okoliczności, w oparciu o które sformułowany jest zarzut, jest potwierdzone przez nagrania na taśmach.
Fakt wykonania zlecenia nie budzi wątpliwości, kwestia niezapłacenia za nie również. Pan prezes wprost przyznaje, że zlecenie było zrealizowane i nie zostało opłacone.

Co grozi za taki czyn?
Zgodnie z Kodeksem karnym przestępstwo oszustwa dotyczące mienia znacznej wartości jest zagrożone sankcją do 10 lat pozbawienia wolności. To jedno z najbardziej społecznie niebezpiecznych i typowych przestępstw, które paraliżuje gospodarkę, zaufanie między przedsiębiorcami, zaufanie do obrotu gospodarczego.
Proszę zwrócić uwagę, że często takie zachowania są przyczyną bankructw i ludzkich tragedii.

Czy partia może prowadzić działalność gospodarczą?
My nie rozmawiamy o partii, tylko o spółce, w imieniu której działa poseł. Natomiast ja jestem pełnomocnikiem w sprawie, w której zostało złożone zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa oszustwa. Nie jest moją rolą doszukiwanie się innych aspektów sprawy, bo wtedy stałbym się politykiem, a nie prawnikiem. Ja reprezentuję konkretną osobę w konkretnej sprawie. Od odpowiedzi na takie pytania są media. Moje pełnomocnictwo dotyczy wątku mojego klienta, któremu nie zapłacono ponad 5 mln zł.

Co dalej? Czekacie na ruch prokuratury?
Z naszej strony wszystko zostało już złożone. Teraz prokuratura musi się z tymi materiałami zapoznać i zakładamy, że w najbliższym czasie zostanie wszczęte postępowanie.

Szef ochrony imprezy WOŚP w Gdańsku usłyszał zarzuty

Na polecenie Prokuratury Krajowej zatrzymany został szef ochrony imprezy WOŚP z 13 stycznia w Gdańsku, Dariusz S. – za to, że udzielił nieprawdziwych informacji, jakoby zabójca Pawła Adamowicza posłużył się identyfikatorem „media” aby dostać się na scenę.

Policjanci, zatrzymując Stefana W. nie znaleźli u niego plakietki z napisem „media”, natomiast identyfikator, którym miał się posługiwać napastnik, przekazał im pracownik ochrony.
Dariusz S. ma postawiony zarzut składania fałszywych zeznań i nakłaniania do tego jednego ze swoich podwładnych. Ustalono, że Stefan W. nie pokazywał swojego podrobionego identyfikatora, lecz „w inny sposób dostał się w pobliże prezydenta Gdańska”. Szef ochrony firmy „Tajfun” został zatrzymany o szóstej rano, a jego dom został przeszukany. Następnie został odwieziony do prokuratury. Oprócz śledztwa dotyczącego zabójstwa Adamowicza, prowadzone jest postępowanie dotyczące prawidłowości organizacji i zabezpieczenia finału WOŚP w Gdańsku. Według śledczych szef ochrony chciał „zataić zaniedbania”.
– Informacja o tym, że plakietkę miał sprawca została nam przekazana przez Dariusza S. Z naszych ustaleń wynika, że to nieprawda. Analiza monitoringu oraz zeznania świadków temu przeczą. Mężczyzna zeznał nieprawdę, próbując ukryć zaniedbania w trakcie zabezpieczania imprezy – poinformowała Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
– Sami jesteśmy tym zaskoczeni, nic nie wskazywało na to, że tak to się może potoczyć – powiedział dziś rano Łukasz Isenko, pełnomocnik firmy Tajfun, w rozmowie z portalem money.pl. Isenko dodał, że „żaden z pracowników ochrony nie miał możliwości oględzin tego identyfikatora”.
Od poniedziałku w Tajfunie trwa kontrola MSWiA. Przedstawiciele Departamentu Zezwoleń i Koncesji MSWiA zabezpieczyli dokumentację związaną z rejestracją firmy i jej prowadzeniem. Pełnomocnik twierdzi, że z WOŚP firma współpracowała po raz pierwszy, choć miała wcześniejsze doświadczenie w ochranianiu widowisk kulturalno-artystycznych. 13 stycznia zaangażowanych miało być około 50 ochroniarzy. Wygląda na to, że Stefan W. mimo to zdołał przedrzeć się na scenę.
– W Polsce są 2-3 firmy, które faktycznie potrafią ochraniać imprezy masowe, znają się na procedurach związanych np. ze strefami dostępu i nie zatrudniają ludzi z przypadku – ocenił dla money.pl Bartosz Bieszyński, organizator imprez masowych. – Dlatego na niektórych imprezach możemy spotkać na ochronie starszych panów albo młodych chłopców, których łatwo oszukać czy ominąć.
Strona firmy Tajfun zniknęła z sieci. Pojawiają się komentarze, że była zarejestrowana w prywatnym mieszkaniu.

Słowo zbrodnią się stało

Słuchanie przekazu TVP info i innych rządowych mediów nie należy do przyjemnych.

Czuję się jak idiota, albo że ci propagandziści chcą idiotę ze mnie zrobić. Komentarze odredakcyjne na temat zabójstwa prezydenta Adamowicza sprowadzone jest tylko do relacji: zabójca psychopata – nieudolna ochrona – dzielna policja – prokuratura która zrobi wszystko, by sprawę wyjaśnić. …”Psychopata mógł zabić nawet prezydenta Polski, bo był pod pałacem prezydenckim, choć tego sam pałac nie potwierdza”…. Zabójstwo prezydenta miasta jest więc, być może, mniejszą tragedią. Sam minister Ziorbo o takiej ewentualności w TVP Info zdaje relację co kilkanaście minut.
Nie ma w tych mediach żadnego odniesienia do znamiennych słów ojca Wiśniewskiego, który w trakcie uroczystości pogrzebowej powiedział, „Człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji”. Nie wymienił nikogo z nazwiska, ale na prawicy jest takich wielu, szczególnie wyróżnia się jeden. Dla ułatwienia o kogo chodzi dodam, że nie było go na pogrzebie. Nie wspomina się słowem o wyrokach śmierci na polityków, wydawanych przez straż przyboczną PiS-u, o wieszaniu portretów polityków PO na szubienicach.
Europoseł Legutko uważa, że w Polsce starcia polityczne odbywały się w kategorii werbalnej. Tymczasem słowo zbrodnią się stało. Całe wcześniejsze szczucie, wyzywanie, oskarżanie nie miało nic wspólnego z tragicznym wydarzeniem. Nikt tam nie ma prawa powiedzieć, ani pomyśleć, że ta zbrodnia jest kumulacją tych wcześniejszych werbalnych – jak to określił europoseł – walk politycznych.
Refleksja owszem jest. Trzeba bardziej chronić vipów i lepiej organizować masowe imprezy. I to wszystko.
Przypomnę na koniec, że to postsolidarnościowa prawica sprawiała w ostatnich dziesięcioleciach, że część społeczeństwa ma wykrzywione ze złości twarze i życzy współobywatelom, inaczej myślącym, wszystkiego najgorszego z szubienicami włącznie.
Refleksji u wyborców kto sprawił, że jest u nas tylu obywateli kipiących nienawiścią nie widzę. Prawica jest na topie. I wolę, na razie, tego wątku nie rozwijać bo wnioski byłyby nieprzyjemne.

Harce pisowskiej prokuratury

Ponieważ w tekście „Zawiadomienie” z 27. czerwca b.r. informowałem, że w Prokuraturze Rejonowej Warszawa Śródmieście złożyłem zawiadomienie o możliwości podejrzeniu popełnienia przestępstwa na szkodę spółek skarbu państwa podczas tworzenia Polskiej Fundacji Narodowej, czuję się w obowiązku poinformować PT gości mojego bloga o ciągu dalszym i finale sprawy.
I tak, we wrześniu tegoż roku wezwany zostałem na miejscowy komisariat Policji celem przesłuchania mnie w charakterze świadka. Przesłuchującym był młody, sympatyczny policjant, wyraźnie zakłopotany sytuacją. Rozmowa miała taki mniej więcej przebieg:

Policjant: Mam przesłuchać Pana w charakterze świadka.
Ja: Proszę bardzo.
P. No to niech Pan mówi.
J. Ale co mam mówić? Stawiłem się na przesłuchanie i chętnie odpowiem na wszystkie Pana pytania.
P. Ale o co mam Pana pytać? Ja nic nie wiem. Nic tu nie jest napisane.
J. Ja też nie wiem, o co mnie Pan ma pytać, ale jestem do dyspozycji.
P. Czy ma Pan coś do dodania?
J. Nie, wszystko co wiem w sprawie zawarłem w „zawiadomieniu”.
P. No to co mam napisać?
J. Niech pan napisze: „Całą moją wiedzę w sprawie zawarłem w zawiadomieniu do Prokuratury”.
P. Dobrze (z wyraźną ulgą).

Jak się przy tym okazało, zlecając Policji przesłuchanie mnie w charakterze świadka prokuratura nie przekazała Policji całości mojego „Zawiadomienia”, pozbawiając je dwóch istotnych załączników.
28 listopada ukazał się w „Polityce” artykuł red. V. Krasnowskiej „Dokąd płyną miliony Polskiej Fundacji Narodowej?”. Autorka wspomniała w nim o moim zawiadomieniu informując o odmowie prokuratury wszczęcia dochodzenia w tej sprawie. Zaintrygowany odmową zwróciłem się do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście o przekazanie mi – w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej – uzasadnienia tej decyzji. Właśnie ją otrzymałem i czytając przecieram oczy ze zdumienia. W najistotniejszym fragmencie uzasadnienia decyzji prokurator Aneta Kukla-Jasińska stwierdza:
„W przedmiotowej sprawie zaistniała konieczność przeprowadzenia czynności sprawdzających w trybie art. 307 k.p.k. w celu uzupełnienia danych zawartych w zawiadomieniu o przestępstwie. W związku z powyższym Jacek Uczkiewicz został przesłuchany w charakterze świadka przez funkcjonariusza Policji. W trakcie czynności procesowej wymieniony zaniechał (podkr. JU ) jednak złożenia jakichkolwiek dyspozycji. Nadmienił ponadto, że całą swoją wiedzę na temat przedmiotowej sprawy przedstawił w zawiadomieniu o możliwości popełnienia przestępstwa i nie ma niczego więcej do dodania. Ze względu na powyższe zaniechanie ( pokr. JU) osoby zawiadamiającej, a także niedysponowanie przez nią dokumentami potwierdzającymi stan faktyczny wynikający z zawiadomienia nie było możliwe uzupełnienie danych w nich zawartych”.
Okazuje się więc, że jeżeli obywatel zamierza zawiadomić prokuraturę o MOŻLIWOŚCI popełnienia przestępstwa powinien jej dostarczyć niezbitych tego przestępstwa dowodów, gdyż bez tego prokuratura nie jest w stanie nic zrobić. Najzabawniejsza jest jednak kwestia owego „zaniechania”. Nie wiem co autorka miała na myśli, w żaden sposób nie wspomniał o tym przesłuchujący mnie policjant. Tym nie mniej w tekście mojego Zawiadomienia znalazły się istotne fragmenty o takim charakterze. Przytoczę:
„Podejrzenia te zweryfikować można tylko przez analizę umów pomiędzy Fundacją a spółkami-fundatorami, analizę materiałów przedstawianych organom stanowiącym spółek wraz z propozycją wsparcia finansowego Fundacji, protokołów ze stosownych posiedzeń tych organów oraz dokumentów z audytu sprawozdań finansowych spółek.”
Oczywiście, jako zwykły obywatel nie mam dostępu do wymienionych dokumentów. Ma go natomiast Prokuratura. Ta, jak widać, wcale nie zamierzała pójść wskazanym śladem (dyspozycjami?!) – w uzasadnieniu nie znalazł się nawet najmniejsza o takich czynnościach wzmianka. Będąc w pełni świadomą tych okoliczności Prokuratura, odmawiając wszczęcia śledztwa, podparła się, łapiąc się lewą ręką za prawe ucho, fakultatywną możliwością stwarzaną przez art. 307 k.p.k.. Mówi on, że jeżeli zachodzi potrzeba, można zażądać uzupełnienia w wyznaczonym terminie danych zawartych w zawiadomieniu o przestępstwie lub dokonać sprawdzenia faktów w tym zakresie. Jak wynika z „Decyzji o odmowie…” Prokuratura nie podjęła żadnych czynności sprawdzających, o których mówi ten artykuł, zadowalając się tym, że nie mogłem dostarczyć „dowodów” nie mając dostępu do stosownych dokumentów. Nikt nie żądał ode mnie uzupełnienia danych, o czym mowa w art. 307 k.p.k., nie mówiąc o tym, że artykuł ten nie wspomina w żaden sposób o jakichś „dyspozycjach” zawiadamiającego. To Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście dopuściła się zaniechania a nie ja.

Wnioski.
1. Kierując do prokuratury wspomniane zawiadomienie liczyłem się z takim finałem, chociaż takimi „uproszczeniami” udało się Prokuraturze Rejonowej mnie zadziwić.
2. Używanie spółek Skarbu Państwa lub spółek z dominującym udziałem SP do zaspokajania różnych doraźnych politycznych potrzeb rządzących, potrzeb nie związanych z przedmiotem i zakresem działalności tych spółek staje się patologią. Jaka jest tego skala, jak my wszyscy, często przymusowi klienci tych spółek obciążani jesteśmy w sumie kosztami tych fanaberii rządzących – tego dzisiaj nie wie nikt. Niestety, patologia ta rozlewa się i na niektóre samorządy i ich spółki. Na prokuraturę nie ma co liczyć – sprawę rozwiązać może tylko systemowe uregulowanie problemu w stosownych ustawach. Ale oczywiście nie w tym parlamencie.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Chronią pamięć mordercy

Nie milkną echa kuriozalnych usprawiedliwień białostockiej prokuratury w sprawie umorzenia śledztwa w sprawie propagowania faszyzmu.

 

Chodziło o uczestników III Marszu Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce w lutym 2018 roku (strajk.eu pisał o tym tutaj), zorganizowanego przez skrajnie prawicowe i nacjonalistyczne organizacje takie jak ONR, Patriotyczna Jagiellonia, Narodowa Hajnówka, Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości”. Jego uczestnicy nieśli symbole jednoznacznie w przestrzeni publicznej kojarzone z ideami faszyzmu: krzyże celtyckie, symbole Falangi, trupie główki takie same, jak ten noszone formacje SS. Marsz za głównego swojego bohatera wziął Romualda Rajsa „Burego”, odpowiedzialnego za mordy na ludności cywilnej.
Podczas samego marszu organy państwa nie reagowały na używaną przez jego uczestników symbolikę, więc Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar złożył w marcu zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstw podczas przejścia prawicowców, a mianowicie publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa i znieważenia osób wyznania prawosławnego z Hajnówki. Policja umorzyła postępowanie, prowadzone pod nadzorem prokuratury we wrześniu tego roku. Prokuratura tę decyzję policji zaakceptowała trzy dni później. Teraz przyszedł czas na wyjaśnienia tej kuriozalnej decyzji, zaskarżonej zresztą przez RPO.
Prokurator rejonowy Karol Radziwonowicz uznał, że „Bury” był „postacią niejednoznaczną”, powołał się na jego rehabilitację przez sąd w 1995 roku. A skoro był niejednoznaczną postacią, to nie można go przedstawiać w sposób jednoznacznie negatywny. Zaś co do symboli, to cóż, trupia główka była elementem odznaki podziemia polskiego, a nie wiadomo jaki miała mieć kształt, więc nie można tez uznać, że to chodziło o symbol SS, krzyż celtycki zaś nie musi być symbolem rasistowskim, powołała się prokuratura białostocka na wyrok sądu z Warszawy, wprawdzie już dawno zakwestionowanego, ale to przecież nie szkodzi.
Wydaje się, że po uzasadnieniu, że swastyka jest hinduistycznym symbolem szczęścia, białostocka prokuratura chce przejść do historii jako ślepa na oczywiste fakty struktura wymiaru sprawiedliwości.