Historyczny wiec Tuska w Gdańsku

Gdańsk, poniedziałkowe, ciepłe i słoneczne popołudnie 19 lipca, nieco po godzinie szesnastej.
Po całym dniu spacerowania i jeżdżenia po Trójmieście, wlokę się w stronę Długiego Targu i pomnika Neptuna, by zobaczyć zapowiedziane zgromadzenie z udziałem Donalda Tuska. Po trosze, by popatrzeć, ale też, by trochę pobudzić leniwą krew w wiecowej atmosferze, w której bywa czasem coś elektryzującego, a i zdarza się, że można natknąć się na jakąś ciekawą nawalankę między przedstawicielami dwóch plemion – Polski PiS i Polski-antypis. Po niedawnej publicznej pyskówce pani marszałek Sejmu Witek z „totalną opozycją” uliczną, która „rząd atakuje ale wszelkie świadczenia bierze”, nie można było tego wykluczyć.
Hajda pod Neptuna
Nawet gdybym nie miał zielonego pojęcia, że szykuje się ten wiec, to i tak kierujący ruchem strażnicy miejscy zwiastują, że coś się w okolicy dzieje lub dziać będzie. Choć dzień powszedni, to – jak to wakacyjną porą – Starówka jest zatłoczona. Wchodzę w ulicę Długą i zmierzam w stronę Neptuna. Z oddali widzę podest pełen fotoreporterów. Słyszę też głos dwojga przemawiających. Po chwili rozpoznaję posłów Wielichowską i Myrchę, którzy pełnią rolę supportu przed wystąpieniem Tuska, naprzemiennie podkręcając atmosferę demokracjotwórczymi i państwowotwórczymi okrzykami, a co pewien czas przypominają, że „godzina zero” się zbliża i niebawem pojawi się Donald Tusk (wow!). Ich narrację urozmaicają puszczane z głośnika kawałki znanych utworów muzycznych („Wolność, kocham i rozumiem…”, „Chciałbym być sobą” itp.). Tłum koncentrujący się wokół podium jest spory i z minuty na minutę gęstniejący, ale w luźnej atmosferze wakacyjnego popołudnia nie jest tak łatwo odróżnić tych, którzy przyszli na wiec, od przypadkowych spacerowiczów, turystów, gapiów itp. Na pewno na zgromadzenie przyszli ci (a jest ich dużo), którzy trzymają w dłoniach kartki zadrukowane znanym hasłem: „TVP łże” lub tabliczki z emblematami unijno-KOalicyjnymi Przez moment błyska mi w oddali łysina Borysa Budki, widzę Jarosława Wałęsę i kilkoro innych parlamentarzystów. W tłumie widać też flagi unijne, Pomorza z czarnym gryfem na żółtym tle, a także emblematy KOD. Gdybym był – jak nie jestem – propagandystą TVPiS zauważyłbym, że średnia wieku zgromadzonych jest bliższa średniej niż niskiej. Mnóstwo osób zajmuje ogródki dwóch pobliskich, sąsiadujących z Dworem Artusa lokali. Pod jedną z kamienic grupa osób trzyma obszerny baner z wizerunkami psów i pytaniem: „Czy upomni się Pan o prawa zwierząt”. Rozglądam się, czy są hasła antytuskowe? Haseł antytuskowych nie zauważyłem, choć rozglądałem się intensywnie.
Policjanci jak trusie
Staję kilkanaście metrów od podestu, jakieś dwa metry za dwoma policjantami, ale poza tym policji – przynajmniej umundurowanej – jest jak na lekarstwo. W zasadzie nikt na nich nie zwraca uwagi, poza tym że zauważam mężczyznę w średnim wieku, który podchodzi do jednego z nich, otaksowuje go prowokacyjnie z góry na dół dość nieprzyjaznym wzrokiem i spoglądając mu w oczy rzuca pytanie: „Co, nie ma kobiet do bicia?”. Policjant nie reaguje na zaczepkę i w ogóle ta „nieobecność” policji robi na mnie osobliwe, dziwne wrażenie, jakby nawet zaskakujące po tylu miesiącach doświadczeń z brutalnym pacyfikowaniem najspokojniejszych nawet, jednoosobowych protestów, z byle powodu lub bez powodu. W tym przyjaznym Tuskowi i opozycji, a więc z definicji antypisowskim tłumie, po raz pierwszy od dawna widzę policjantów spokojnych jak trusie, bez postawy wojowniczej i właściwie bezbronnych w tej w gęstej ciżbie, która nienawidzi ich mocodawców.
TVPiS łże
Dochodzi godzina siedemnasta. Tusk, w niebieskiej koszuli, bez marynarki, pojawia się punktualnie (punktualność jest uprzejmością królów) na podium, w asyście grona młodych ludzi z flagami unijnymi i biało-czerwonymi. Jego wejściu towarzyszą dźwięki jakiegoś innego klasycznego hitu muzycznego, ale nie zapamiętałem którego. Tusk zaczyna przemawiać, a ja staram się zachować równowagę między słuchaniem przemówienia a obserwacją tego co dzieje się wokół, jednak z akcentem położonym na ten drugi wymiar rzeczywistości. Od czasu do czasu, w trakcie przemówienia, słychać krótkie skandowanie: „Donald Tusk! Donald Tusk!”. Szczególnie jednak nastawiam uszy, aby wychwycić jakieś okrzyki wrogie Tuskowi. Ale nic. Ani plakatów, ani okrzyków. Raz tylko zauważam mężczyznę, który kilkakrotnie, z przerwami, niezbyt silnym głosem wykrzykuje: „Tusk hańba”. Po drugim czy trzecim takim okrzyku, kilka osób kieruje na niego swoją uwagę, coś do niego mówią, po czym mężczyzna spokojnie, w milczeniu odchodzi. Jednocześnie słucham przemówienia Tuska i odnotowuję w pamięci, że największy aplauz i oklaski wywołują jego słowa o „ruskim ładzie PiS” oraz o „upadku Kościoła, który PiS sprowadził do roli sojuszniczej partii politycznej”, o odejściu młodzieży od kościoła, a także, gdy wzywa „pana Kaczyńskiego”, by „wyszedł z jaskini” i stanął z nim do pojedynku „na ubitej ziemi”. Salwy śmiechu wywołują kąśliwe uwagi Tuska o prezesie PiS, „nieszczęsnym ministrze” Dworczyku, „cnotach niewieścich”. Kończy się przemówienie i zgromadzenie. Ludzie zaczynają się powoli rozchodzić, tylko wokół Tuska zgromadził się gęsty tłumek. „Pstryki” zdjęć z komórek i smartfonów, autografy. Nie mam dobrego oka do szacowania liczebności zgromadzeń, ale jeśli zsumować liczbę ewidentnych uczestników wiecu z publicznością luźniej zgromadzoną wokół, to było tego … ze dwa tysiące, co zresztą widać na ujęciach z drona. TVPiS podała, że na wiecu była garstka osób. To jest naprawdę świetna telewizja. Najświetniejsza w łgarstwach bez cienia żenady.

Mały zamach

Pisałem już kiedyś, że słowo „zamach” ma w języku polskim kilka znaczeń. Można się „zamachnąć” na szwagra, męża czy żonę, można zamachać na powitanie czy pożegnanie, można w końcu organizować i przeprowadzać zamach na określone wartości naszego życia, albo „zamach stanu”, czyli siłowe przejęcie władzy w kraju.

Taki duży zamach stanu w 1926 roku przeprowadził Józef Piłsudski na czele wiernych mu legionistów. Małych zamachów na wartości i wolność myśli i przekonań obywateli było więcej. Wydawało mi się wprawdzie, że ten etap rozwojowy mamy już za sobą, ale przyznaję się do błędu. Okazuje się bowiem, że obecna władza nie jest zadowolona ze swojej pozycji i z możliwości krytykowania ich decyzji, jakie daje demokracja. To przecież – ich zdaniem – niemoralne i wręcz wstrętne, aby ktoś krytykował ich posunięcia, które przecież zawsze mają na celu uszczęśliwianie narodu. Z bólem serca stwierdzam, że jest wielu obywateli, którzy podzielają ten pogląd. Nasuwa się wniosek, że jednak rozwój kraju i patriotyczna jedność przekonań jego mieszkańców mogą być łatwiejsze w warunkach autokracji, niż demokracji. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech porówna tempo rozwojowe krajów Europy i Chin, które właśnie w warunkach autokracji stały się w krótkim czasie gospodarczą potęgą.

Takie właśnie rozumowanie przyświeca zapewne ostatnim pomysłom niektórych posłów i wierchuszki PISu. Psychicznie są już tak głęboko w warunkach autokracji, że świadomie lub podświadomie lansują jej kilka uniwersalnych podstaw.

Fundamenty autokracji

Po pierwsze – my, czyli autokraci, zawsze mamy rację. Ta racja wypływa z faktu, że wszyscy jesteśmy zabójczo inteligentni, mamy genialnego wodza i umiejętnie prowadzoną propagandę.

Po drugie, – jeśli ktoś ośmiela się mieć inne zdanie, to nie jest patriotą, podkopuje naszą jedność, zagraża realizacji naszych planów, a więc jest „wrogiem ludu”.

Po trzecie wylęgarniami takich antypatriotycznych poglądów i działań są środki masowego przekazu, w całości lub decydującej części utrzymywane z zagranicznych pieniędzy. Musimy z nimi walczyć, strasząc ich odbieraniem licencji lub kupując je w całości albo w formie udziałów za pieniądze zarobione przez nasze „Narodowe” spółki. Wtedy możemy mieć „jakiś tam” wpływ na to, co piszą i pokazują,

Jakie są pierwotne źródła tych przekonań bijące ostatnio ze wzmożona siłą w sercach naszych wielbicieli autokracji, póki, co trzymających władzę?

Trzeba wygrywać kolejne wybory!

To proste. Aby utrzymywać tą władzę, trzeba wygrywać kolejne wybory. Taki wrzód demokracji psujący nam jeszcze „czystość autokracji”. A żeby wygrywać wybory, trzeba mieć większe od innych poparcie społeczne. W Polsce – i słusznie – doprowadziliśmy do ograniczenia znaczenia inteligenckiego poziomu i wykształcenia kandydatów na posłów, senatorów i na stanowiska rządowe. Poparcie uzyskuje ten, o którym częściej się mówi, którego się pokazuje jak coś otwiera i głaszcze dziecięce główki. Pisanie o tych patriotycznych zdarzeniach nie daje pożądanych efektów, bo w Polsce czytelnictwo – także codziennej prasy – stale się zmniejsza i w niektórych miastach i wsiach osiągnęło poziom niemal zerowy. Uczucia Narodu są ukierunkowywane głównie przez telewizję. Telewizor jest naszym okienkiem na świat, w niektórych domach czynnym przez cały dzień. Bo to i sport można oglądać, i porady kuchenne i światową modę. No i odpowiednio ufryzowane wiadomości, chociaż u znacznej części odbiorców nie budzą one większego zainteresowana. Ale je oglądają,. bo to jednak można się dowiedzieć, kogo wsadzili do aresztu, albo postawili przed sądem, co i o kim myślą prokuratorzy, co porabia pan prezydent i nasz miłościwie panujący właściciel kota. Można też czasem posłuchać opowieści o realnych i nierealnych marzeniach premiera.

Przewaga telewizji nad radiem i słowem pisanym polega przede wszystkim na tym, że widać tych mądrych ludzi i mogą oni budzić u telewidza sympatię albo antypatię nawet wtedy, kiedy tenże telewidz nie rozumie, o czym mówią.. Chcąc niechcąc stają się celebrytami. Jeśli budzą sympatię, to to, co mówią traktowane jest, jako niepodważalna prawda i bezwarunkowo przekonuje ich sympatyków, którzy gotowi są do poświęceń jej w obronie.

I o to chodzi

Und hier ist der hund begraben! Zapożyczyliśmy kiedyś od Niemców tą formułę, wskazującą na ukryte źródło podejmowania decyzji lub rzeczywisty cel ich podejmowania. Ten nasz pies jest płytko pogrzebany i ma zapędzić do współpracy lub przynajmniej poparcia tą część Polaków, którzy widzą rzeczywistość tylko przez pryzmat pieniędzy – zwłaszcza tych, na które nie muszą zapracować. A najlepszą drogą tego zapędzania jest posłuszna telewizja, do znudzenia powtarzająca pochwały zaradności władzy i obrzydzająca tych obywateli, którzy ośmielają się mieć inne zdanie, lub w ogóle nie należą do naszego narodu i mówią do nas obcymi językami.

Telewizja w obecnym świecie przesyconym techniką miała być nośnikiem wszelakich kultur, a stała się podstawowym instrumentem zarówno wysublimowanej jak, i zupełnie topornej propagandy. Wujcio Goebbels, gdyby nie umarł śmiercią nienaturalna w czasie oblężenia Berlina i cieszył się dobrym zdrowiem 123 – latka, byłby zachwycony możliwościami wykorzystywania tego instrumentu.

Nic więc dziwnego, że nasi autokraci Ida tym tokiem rozumowania. Mamy jedną posłuszną telewizję wpajająca narodowi prawdziwa prawdę, że jest szczęśliwy i będzie jeszcze bardziej, bo mamy genialnie opracowane plany rozwoju Polski. Ale mamy też inną, która nie jest tak optymistyczna, ciągle coś wytyka i z czegoś się śmieje. Ci, którzy bezmyślnie ją oglądają kibicują nawet (o zgrozo!) satyrycznym teatrom i ich programom, obrażającym naszą molarność pracowicie odbudowywaną przez ministra od oświaty i edukacji. To tragiczne, że można kogoś zapraszać np. na „pożar w burdelu!”.

Grupa rozsądnych posłów nie mogła już znieść tego antypatriotycznego działania i opracowała projekt zmian ustawy medialnej, w którym inwestowanie w rozwój takich stacji i kanałów przez zagraniczny kapitał musi być ściśle kontrolowane, limitowane i ograniczone do krajów europejskich. Problem jednak w tym, że największa niepraworządna stacja i jej kanał informacyjny jest własnością wielkiej firmy amerykańskiej. I można nie wiedzie kim w Rosji była Katarzyna, ale trzeba widzieć, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nie leżą w Europie.

Ten pogrzebany pies przestaje merdać do nas ogonem i zaczyna ostrzyć zęby. Amerykanie bowiem są wcieleniem łagodności, ale bardzo nie lubią dwóch sytuacji – ograniczania wolności słowa i psucia ich interesów. Wtedy nadają sygnał ostrzegawczy – przyjmują naszych notabli na korytarzach lub w przedpokojach. Wolę nie przewidywać następnych etapów.

Powrót Tuska

Wreszcie powrócił. Wreszcie, ponieważ liberalny mainstream oczekiwał go niczym Rzeczpospolita Władysława Andersa na białym koniu. Nie jest to jednak dobra informacja dla lewicy, która przeżywa swoje wewnętrzne problemy.

O powrocie Tuska mówiło się od kilku miesięcy. Kierowana przez nieudolnego i nijakiego Borysa Budkę partia tonęła w sondażach. Była bezradna, bezideowa i bezzębna. Dała się wyprzedzić Szymonowi Hołowni, nie był to jednorazowy epizod, lecz konsekwencja taktyki kierowanej przez byłego już przewodniczącego i trwały trend. Jego odejście jest oczywiście jego klęską. Partia po ostatnich wyborach parlamentarnych ma trzeciego przewodniczącego. Taki wewnętrzny chaos jest symbolem bezradności. I tak jak w kampanii prezydenckiej, gdy kandydatką PO była Małgorzata Kidawa-Błońska, Szymon Hołownia zyskiwał, tak po zmianie kandydata na Rafała Trzaskowskiego, były dziennikarz TVN 24 tracił impet, który problemy PO potrafił skutecznie wykorzystywać. Zapewne teraz będzie podobnie. Donald Tusk bowiem nie wrócił na okres kampanii wyborczej. On po prostu musi pokonać PiS za dwa lata. Obojętnie w jakim stylu, obojętnie z kim. Na krotką metę można zakładać, iż „efekt Tuska” odbije się w sondażach pozytywnie. Dla elektoratu PO Tusk jest synonimem zwycięstwa. Rzeczywistość jednak, tak w życiu jak i w polityce, bywa zaskakująca. Dopiero po jesiennych sondażach dowiemy się czy powrót Tuska był skuteczny. Dochodzą do tego podziały w samej PO oraz osoba Rafała Trzaskowskiego, który ma swoje ambicje. I nie ma takich obciążeń, jakie ma Tusk. Może czekać na jego potknięcie.

Z powrotu Tuska zaciera ręce Jarosław Kaczyński. Nikt bardziej w elektoracie tej partii nie jest tak znienawidzony, jak były premier. Nikt też bardziej nie zmobilizuje elektoratu Zjednoczonej Prawicy, jak były szef EPL. To daje doskonały asumpt dla Jarosława Kurskiego i jego niezwykłego talentu propagandowego w TVP. Powrót Tuska to powrót do bipolarnej sceny politycznej, która zostanie jeszcze bardziej zabetonowana. Politycy PiS z lubością będą pytać opinię publiczną czy chcą powrotu do tego, co było? Sam Donald Tusk przyznał, że popełnił błąd podwyższając wiek emerytalny oraz krytykując program 500 plus. Pytanie, kto mu uwierzy i jaką ma alternatywę dla rządów Jarosława Kaczyńskiego. Wyborcy, którzy się wahają, a to zwykle oni decydują o wyniku wyborczym, którzy są umiarkowani, bardziej kierują się własną kieszenią, raczej tego nie chcą. Powrót Tuska może wzmocnić Mateusza Morawieckiego wewnątrz PiS-u. Partia będzie chciała, żeby stał się zaprzeczeniem Tuska. Tak jak Andrzej Duda był antytezą Bronisława Komorowskiego. Powróci zapewne konflikt sprzed lat: polska liberalna vs polska solidarna. Polska polityka stanie się jeszcze bardziej plemienna.

Stracić może również lewica, która mogła korzystać, podobnie jak Hołownia, na problemach w PO. Stoczy ona zacięty bój o młodego wyborcę, dla którego sprawy światopoglądowe i kulturowe mają zasadnicze znaczenie. Decydującą rolę mogą odegrać tu kobiety, dla których lewica zdaje się mieć atrakcyjniejszą ofertę. W przeszłości jednak bywało tak, że nawet Kongres Kobiet wspierał kandydaturę Bronisława Komorowskiego na urząd Prezydenta RP, mimo, iż ten uważał „kompromis aborcyjny” za sukces polskiego demokracji i sam był konserwatystą. Donald Tusk może również przedstawiać się, a ma ku temu argumenty, za polityka europejskiego formatu, który doskonale orientuje się w budowie nowoczesnego społeczeństwa. Ten europejski blichtr będzie mocno eksponowany w kreowaniu PO jako partii tolerancyjnej, otwartej i walczącej z ciemnogrodem, jakim w ich przekonaniu jest PiS. To Tusk ma jednak większe argumenty na reprezentowanie europejskich wartości niż lewica, która po głosowaniu ramię w ramię z PiS mocno oberwała, nie tylko w mediach, ale również w sondażach. Dla elektoratu lewicy PiS jest synonimem zła, partią z którą nie siada się do rozmów. Wyborcy są trudni, i choć politycy lewicy mieli swoje racje, to nie oni będą oceniać samych siebie, tylko ich wyborcy. Sam Tusk przyznał, że współpraca z lewicą w tym momencie jest wykluczona. To również o czymś świadczy. W polityce pełnej podziałów, takiej jak polska, trzeciemu jest niezwykle trudno.

Donald Tusk wraca w najlepszym dla siebie momencie. W momencie, gdy po pierwsze w rządzie następują ogromne tąpnięcia. Dochodzą do tego problemy gospodarcze, wywołane przez pandemię. Po trzecie, sytuacja międzynarodowa również dla PiS staje się niekorzystna. Stracili bowiem potężnego sojusznika w osobie Donalda Trumpa a ich sojusz ze skrajną prawicą w Europie jest dla Tuska niezwykłym prezentem. Pytanie, czy będzie potrafił to wykorzystać i po raz kolejny uwieść wyborców, jak robił to wielokrotnie. Jeśli przegra, straci nie tylko szanse na powrót do władzy, ale straci twarz i zapewne sympatię Tomasza Lisa.

Przemysław Prekiel

Król węgiel zmuszony do abdykacji

Wyrok TSUE nakazujący wstrzymanie wydobycia w Turowie oceniany jest jako atak na suwerenność Polski.
W sprawie decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wobec kopalni węgla brunatnego Turów NSZZ “Solidarność” skierowała list do Premiera Mateusza Morawieckiego.
Ta sympatyzująca zwykle z rządem PiS organizacja uważa, że wyrok TSUE nakazujący wstrzymanie wydobycia w kopalni może odciąć Polskę od 7 proc. produkowanej energii i stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego kraju. W liście do premiera od Krajowej Sekcji Górnictwa Węgla Brunatnego oraz Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” padają mocne stwierdzenia, między innymi o utracie suwerenności i nieważności umów zawieranych przez związek z rządem. Poniżej treść listu.
„Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” żąda natychmiastowego i jednoznacznego stanowiska polskiego rządu wobec oburzającej decyzji TSUE, nakazującej wstrzymanie wydobycia w kopalni Turów.
To idiotyczny i bardzo groźny wyrok, bo oznacza, że TSUE pod byle pretekstem może zamknąć każdą przygraniczną kopalnię w Polsce. A to z kolei oznacza, że całe porozumienie górnicze podpisane niedawno na Śląsku można wyrzucić do kosza. Jak się bowiem okazuje, to nie polski rząd, ale Unia Europejska będzie podejmowała decyzje.
W przypadku Turowa realizacja wyroku TSUE oznacza pozbawienie Polski 7 proc. produkowanej energii i zagrożenie dla istnienia potężnej firmy zatrudniającej tysiące pracowników. Jest też realnym zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa energetycznego.
Zaistniałą sytuację należy ocenić jako wynik ciągłego ustępowania Polski wobec unijnych instytucji i narzucanego przez Komisję Europejską „Zielonego ładu”, szczególnie w obszarze polskiej energetyki. Niestety podważona została również solidarność Grupy Wyszehradzkiej.
W ocenie NSZZ „Solidarność” dotychczasowe działania TSUE, w tym wyroki podważające prawodawstwo poszczególnych krajów (ostatnio Rumunii), które stawiają sąd unijny nawet ponad krajowymi konstytucjami, skłaniają nas do postawienia pytania o suwerenność poszczególnych krajów członkowskich. Szczególnie przy tak idiotycznym wyroku mamy prawo jako „Solidarność” reprezentująca zdecydowaną większość pracowników zatrudnionych w branży paliwowo energetycznej, żądać zawieszenia funkcjonowania TSUE”.
Pod listem podpisali się Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność” oraz Wojciech Ilnicki, przewodniczący Sekcji Górnictwa Węgla Brunatnego „S”.
Do słów obu panów przewodniczących można dodać, że rząd Prawa i Sprawiedliwości sam się doigrał. Miał czas i pole manewru, wiedział jakie sygnały w sprawie Turowa docierają do nas od sąsiadów Polski. I jak zawsze nic nie zrobił. Bo, jak to powiedział Michał Kamiński, gdy Czesi zajmowali się przygotowywaniem wniosku przeciw Polsce, polscy dyplomaci w Pradze biegali w sprawie czeskich przepisów aborcyjnych.
Ale za to teraz, rządowa propaganda w PiS-owskich mediach publicznych może tradycyjnie pokazywać, jak to Polska jest gnębiona przez siły zła, którym Prawo i Sprawiedliwość samotnie stawia opór. Oczywiście w obronie naszych świętych wartości.

Gra Wyklętymi

Narracja „albo Wyklęci, albo Komuna” – czasem formułowana wprost, czasem bardziej lub mniej zawoalowana – stała się jednym z kamieni węgielnych prawicowej polityki historycznej. Naiwne, czarno-białe spojrzenie na historię PRL (i projektowanie go, w osobliwy sposób, na współczesność) coraz częściej uchodzi za prawdę objawioną.

Tymczasem rozprawić się z tą zero-jedynkową wizją można w bardzo prosty sposób: wyliczając to, co się w takiej alternatywie nie mieści.
Ne mieści się działająca w latach 1945-1947 legalna opozycja – PSL, którego politycy usiłowali ocalić tyle suwerenności, ile się dało, bez dalszego beznadziejnego przelewu krwi (co nie uchroniło jednak ich samych przed krwawymi represjami).

Nie mieszczą się setki wybitnych przedwojennych specjalistów,

współpracujących z narzuconym Polsce reżimem przy odbudowie kraju po wojnie – najbardziej znanym z nich był Eugeniusz Kwiatkowski, uznawany za głównego twórcę Gdyni, którą tak szczyciła się II RP. Nie mieści się – jeśli kto od pracy u podstaw woli czyn zbrojny – bitwa na dworcu w Lesznie, w której życie porwanej przez radzieckich żołnierzy Polki uratowali (przypłacając to własnym) nie Wyklęci, tylko funkcjonariusze „komunistycznej” rzekomo milicji i równie „czerwonego” wojska.

Nie mieści się kwestia wypowiadana w filmie „Generał Nil” przez głównego bohatera, który radzi garnącemu się do konspiracji młodemu zapaleńcowi,

by dla dobra Ojczyzny poszedł na studia,

dobrze wykonywał swoją pracę i założył rodzinę (nie zdołałem ustalić, czy to wypowiedź autentyczna – ale jeśli nawet apokryf, to dobrze oddaje sedno sprawy).

Nie mieści się Paweł Jasienica (przez krótki czas też zresztą, notabene, Żołnierz Wyklęty), który mimo wszystkiego, co od władz PRL wycierpiał, do końca życia uważał, że „w roku 1945 Polska weszła na jedyną drogę, która wiodła w przyszłość”.

Nie mieści się symbol przedwojennego polskiego Lwowa – „Szczepku”, Kazimierz Wajda, który po wojennej tułaczce zamieszkał w kraju i aż do naturalnej śmierci pracował w Polskim Radiu („Tońku”, Henryk Vogelfänger, powrócił dopiero w 1988 r.).

Nie mieści się Lechosław Goździk i inni robotniczy przywódcy Polskiego Października – wrodzy i stalinizmowi, i Gomułce, ale dokładający wszelkich starań, by nie dopuścić do wybuchu zbrojnego powstania, którego skutkiem byłaby rzeź gorsza od tej, jaką w tym samym 1956 r. Armia Czerwona sprawiła Węgrom. Nie mieści się krakowski „Przekrój” Mariana Eilego – pismo, które nawet w najciemniejszych latach stalinizmu nie tylko zapewniało okno na świat inteligentom, ale i drążyło niczym kropla świadomość PZPR-owskiego betonu, a zdaniem wielu stworzyło wręcz w tych przerażających warunkach własną wspaniałą cywilizację.

I tak by można wyliczać w nieskończoność.

Mówić o Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, o środowisku tygodnika „Polityka”, o Klubie Krzywego Koła. O Mirosławie Dzielskim, Stefanie Kisielewskim, Janie Józefie Lipskim (tak przecież różnych światopoglądowo). O Polskim Ruchu Obrony Łużyc i środowisku Instytutu Zachodniego, usiłującym (z sukcesami!) za cenę poparcia PPR realizować polską rację stanu na Zachodzie. O politycznych zapiskach Marii Dąbrowskiej.

O Kościele Katolickim, który w imię osiągnięcia celów dla Polski kluczowych (granice, unormowanie stosunków z Niemcami, spokój społeczny) potrafił zawierać z partią kompromisy i współpracować z nią, nie przestając przy tym być ostoją dla większości opozycjonistów.
No i o tym, że także

do samej PZPR należało wielu ludzi uczciwych,

niezaprzeczalnych patriotów. Tak było przez cały okres jej istnienia, różnymi pobudkami się ci ludzie kierowali. I o wielu jeszcze ludziach i faktach. Ale w prawicowej polityce historycznej nie o fakty przecież chodzi. A o co chodzi?

O to, by w topornej propagandzie nadal używać w obronie PiS, Konfederacji, a nieraz i ONR maczugi z napisem „PRECZ Z KOMUNĄ”.
By ciemny lud nadal łykał bardziej lub mniej zawoalowany przekaz, że w roku 1968 Polski nie było, że wnuki odpowiadają za czyny dziadków, że dezubekizacja jest słuszna, sprawiedliwa i zbawienna, że każdy, kto protestuje przeciw rządom PiS, jest w prostej linii spadkobiercą SB, ORMO, ZOMO, CzeKa, Securitate, AVH oraz Stasi, a powstańcy warszawscy walczyli o to, by Ziobro mógł odebrać Polakom niezawisłe sądy.

No, bo o to przecież walczyli? Nie?!

PiS znowu inwestuje w propagandę

1,5 miliona złotych ze środków ministerstwa kultury zostanie przeznaczonych na nowy twór propagandy historycznej obozu władzy. Wicepremier i szef resortu Piotr Gliński ogłosił powstanie Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej.

Instytucja ma mieć charakter „edukacyjny, naukowy i popularyzatorski”. Oczywiście w duchu nacjonalizmu i antykomunizmu.

Instytut, któremu będą patronować Roman Dmowski i Ignacy Paderewski zostanie powołany w trybie ekspresowym. Jeszcze w tym miesiącu ma rozpocząć działanie. Posadę prezesa otrzyma jeden z najbardziej radykalnych nacjonalistów w obozie „dobrej zmiany” – prof. Jan Żaryn. Kaczyński w ten sposób chce utrzymać w swoim kręgu człowieka, który jeszcze niedawno był senatorem z ramienia PiS. Wybory jednak przegrał, a ostatnio mówiło się o jego możliwym akcesie do Konfederacji.

Żaryn nie wzbraniał się w przeszłości przed chwaleniem polskich faszystów. W swoich wypowiedziach bronił m.in. tradycji Obozu Narodowo-Radykalnego. „To dorobek potwornie zafałszowany (…) Może z niego wyrastać przyszła wspaniała Polska w nowych pokoleniach” – mówił na konferencji razem z Glińskim.

Żaryn w samych superlatywach wypowiadał się też o faszystowskim dyktatorze Hiszpanii – generalne Francisco Franco. Jego miłośnikiem jest również dr hab. Piotr Skibiński, który w nowym instytucie ma dbać o jakość badań naukowych.

„Moim zdaniem ta jednostronna krytyka jest w dużej mierze niesprawiedliwa. Można mieć różne zdania o gen. Franco, ale pamiętajmy, że okres jego rządów był czasem prężnego rozwoju Hiszpanii. W latach 70. XX w. hiszpańska gospodarka była drugą po japońskiej gospodarką świata pod względem tempa wzrostu” – powiedział Jan Żaryn.

Minister Gliński przyznał, że półtora miliona z pieniędzy podatników to dopiero początek. Mówiąc o instytucji wspomniał o „perspektywach rozwojowych”. I nie ustępował Żarynowi w zachwytach nad myślą polskich narodowców, antysemitów i fascynatów Hitlera.

„To jest ten fragment polskiego dziedzictwa intelektualnego, politycznego, społecznego, który w naszym poczuciu wymagana zaopiekowania ze strony państwa polskiego” – tłumaczył Gliński.

W sprawie instytutu interpelację złożył poseł Lewicy – Adrian Zandberg.
„Dlaczego myśl polityczna endecji została przez ministerstwo potraktowana wyjątkowo? Dlaczego inne stronnictwa, takie jak Polska Partia Socjalistyczna czy Bund, nie zasłużyły na podobne placówki badawczo-edukacyjne? Czy ministerstwo powoła do życia instytuty zajmujące się historią innych ruchów politycznych? Biorąc pod uwagę rolę PPS w odzyskaniu niepodległości i ukształtowaniu niepodległego państwa, uderza brak muzeum poświęconego historii demokratycznego socjalizmu i związanych z nim ruchów społecznych. Kiedy ministerstwo planuje powołać do życia takie muzeum?” – napisał parlamentarzysta z partii Razem.

Raport z pisowskiego „jądra ciemności”

Lektura „TVPropaganda” Mariusza Kowalewskiego jest pasjonująca, choć wywołuje wrażenie przerażające i przygnębiające. Publiczna instytucja utrzymywana z podatków wszystkich obywateli, dostała się w ręce ludzi o zachowaniach mogących budzić skojarzenia z praktykami gangsterskimi, ludzi bezwzględnie służących interesom jednej, dziś rządzącej partii, brutalnie zwalczających jej przeciwników i krytyków.

Autor, to były dziennikarz TVP i do odejścia z niej – szef redakcji reportażu, zwraca uwagę, że za wszystkich dotychczasowych rządów miało miejsce zjawisko wywierania nacisku na niektóre segmenty bloku informacyjno-publicystycznego.
W szczególności wszystkie ekipy rządzące próbowały mieć wpływ na „Wiadomości”, flagową audycję informacyjną telewizyjnej Jedynki. „Próbowały”, to właściwe słowo, bo nie zawsze ten nacisk w pełni się udawał, a też i siła nacisku zależała od determinacji danej ekipy. Jednak nawet za pierwszego rządu PiS (2005-2007), te próby i te naciski były limitowane zarówno jego koalicyjnym charakterem, jak i faktem, że układ sił w Zarządzie TVP uwzględniał w pewnym stopniu pluralizm polityczny. Dziś TVP sterowana jest ręcznie przez funkcjonariusza PiS jawnie zależnego od prezesa partii i nawet tej zależności nie próbującego skrywać. Jeśli przyjąć na serio, że „hipokryzja to hołd jaki występek składa cnocie”, to prezes TVP owego hołdu nie składa, bo jest mu ona – cnota, czyli w tym akurat rozumieniu: przyzwoitość – obca i nie waha się, by to, z ostentacyjnym cynizmem, demonstrować.
Mariusz Kowalewski napisał reportaż ze środka tego – pożal się Boże – „jądra ciemności”. Do TVP przyszedł w roku 2016, już za rządów PiS. „Ktoś dziś zapyta, czy nie przeszkadzało mi to, że, że trafiłem do TVP w roku 2016, kiedy większość dziennikarzy tam pracujących została albo wyrzucona, albo zmuszona do odejścia” – napisał we wstępie Kowalewski.
Nie mam do tej kwestii stosunku postronnego, zewnętrznego. Należę do drugiej z wymienionych kategorii. Byłem wśród dziennikarzy TVP, którzy zostali „zmuszeni do odejścia”, co w moim przypadku stało się z końcem 2016 roku. Nie mam jednak problemu z tamtą decyzją autora. Nie mam też problemu z faktem, że nie odszedł sam, lecz został usunięty. Okoliczności życiowe i ocena sytuacji popychają nas czasem do decyzji, których żałujemy, ale jeśli potrafimy wycofać się ze złej sprawy lub jeśli uczestnictwo w niej odkupimy sensownym czynem, to bardzo dobrze. Gdyby Mariusz Kowalewski znajdował się tak jak ja, jako obce, szeregowe ciało dziennikarskie „gorszego sortu”, dalece poza jakimikolwiek kręgami decyzyjnymi w TVP, nie mógłby napisać tej książki.
Odbieram ją jako w pełni wiarygodną. Będąc nawet tylko szeregowym dziennikarzem Ośrodka Mediów Interaktywnych TVP, zajmującym się głównie Teatrem Telewizji, od początku roku 2016 „przez skórę” czułem narastające napięcie w Firmie, atmosferę strachu i niepewności, To się czuło coraz bardziej w relacjach międzyludzkich, w postępującej wzajemnej izolacji, zniechęceniu, to się widziało nawet w spojrzeniach ludzi przemykających korytarzami budynków przy ulicy Woronicza, gdzie pracowałem. A przecież od gmachu przy Placu Powstańców Warszawy, gdzie mieści się epicentrum pisowskiego przemysłu kłamstwa nienawiści i pogardy dzieliło nas, przy Woronicza, kilkanaście minut jazdy metrem.
Dreszczowiec czyli polowania Jacka Kurskiego
Choć zahaczyłem swoją obecnością w TVP o część czasu, o którym napisał Kowalewski, to czytałem „TVPropagandę” jak thriller, dreszczowiec, który rozgrywał się pod moim nosem, „za ścianą”. W formule reportażu i relacji indywidualnej prowadzi nas autor korytarzami i labiryntami gmachów przy Woronicza i Placu Powstańców Warszawy, opisuje sploty zdarzeń i personaliów, ukazuje ten nieustannie gotujący się kocioł interesów, lęków, emocji. Zwięźle, ale sugestywnie portretuje sylwetki części uczestników tych zdarzeń. I niczym ów „wybuch bomby atomowej”, którym ma rozpoczynać się film sensacyjny, a potem napięcie ma rosnąć, o którym mówił Alfred Hitchcock, pojawia się na wstępie zastępca koordynatora służb specjalnych Maciej Wąsik w roli nader dwuznacznej z punktu widzenia społecznej roli i wolności mediów publicznych, jako spiritus movens zwolnienia Kowalewskiego.
Tak ostro rozpocząwszy, pozwala autor na chwilę ochłonąć czytelnikowi, ukazując w kolejnym rozdziale „Świat TVP”, „krótki kurs anatomii” Firmy, także w aspekcie strukturalno-lokalowym. W kolejnych rozdziałach („Wojna o Plac” i „”Kto jest kim na Placu”) ukazuje walki frakcyjne w PiS o wpływy w TVP, w tym główny front między Jackiem Kurskim a jego adwersarzami z Rady Mediów Narodowych, Krzysztofem Czabańskim i Joanną Lichocką oraz portretuje szereg figur z pisowskiego aparatu propagandowego (m.in. Jacek Kurski, Marzena Paczuska, Dawid Wildstein, Samuel Pereira, Michał Rachoń, Jarosław Olechowski czy przyboczny Kurskiego i „szara eminencja” Paweł Gajewski).
Wielu innym postaciom poświęcone są wzmianki krótkie, ale istotne jak n.p. o Mariuszu Pilisie, od stycznia do sierpnia 2016 roku dyrektorowi TAI, autorze „czarnej listy” dziennikarzy zatrudnionych w przeszłości z poręki obecnych partii opozycyjnych czyli inspiratorze czystek, które zaczęły się w połowie 2016 roku. Personalia są zresztą jedną z najmocniejszych stron tej książki, która jest nimi „naszpikowana” jak smakowitymi rodzynkami. Kowalewski opisał też działanie kierownictwa TVP jako „zarządzanie poprzez strach” i porównał pracę na Placu do „chodzenia po polu minowym”.
„Trzeba uważać niemal na wszystko. Na to jak jesteś ubrany, co mówisz, jakich zapraszasz gości czy jaki robisz materiał” – napisał.
Nawiasem mówiąc, uderzające jest to, że pracując z dala i od Placu i od epicentrum zdarzeń, na obrzeżu, odnosiłem podobne wrażenia.Ta zbieżność odczuć z dwóch kompletnie odmiennych punktów widzenia świadczy, że to o czym napisał Kowalewski niewątpliwie jest „na rzeczy”. Autor „TVPropaganda” napisał też o „wojnach Jacka Kurskiego”, które prezes prowadzi na dwóch frontach. Pierwszy z tych frontów jest zewnętrzny – to walka z wszystkimi krytykami i wrogami PiS, w tym także mocno groteskowe wojny z firmą „Nielsen” zajmującą się pomiarami oglądalności czy dronowa z Tomaszem Lisem. Front zewnętrzny skierowany jest przeciwko Radzie Mediów Narodowych i jej szefowi Krzysztofowi Czabańskiem oraz przedstawicielowi nielubianego środowiska „Gazety Polskiej” Michałowi Rachoniowi, a także kilku innym prawicowym dziennikarzom, m.in. Dorocie Kani czy Witoldowi Gadowskiemu. Nie mniej zażarta wojna toczy się w pewnym oddaleniu od klasycznej „tele-wizji” czyli w portalu TVP Info. Tam Kurski sprzymierzył się z frakcjami Joachima Brudzińskiego i radiomaryjną Antoniego Macierewicza, co powodowało nieustanne tarcia. Istotnym figurami stali się tu szef TAI od 2017 roku Klaudiusz Pobudzin czy szef portalu (po „zczyszczeniu” umiarkowanego Dominika Zdorta) Samuel Pereira, jedna z najbardziej antypatycznych postaci, uważany za inspiratora intrygi medialnej przeciwko lekarzom-rezydentom, w tym szczególnie jednej z protestujących lekarek. Jako narzędzie i ostatecznie w tej sprawie (zawieszenie i w konsekwencji odejście TVP) wykorzystany został świeży wtedy nabytek na Placu, fanatycznie prawicowy, młody, początkujący adept dziennikarstwa Ziemowit Kossakowski. Obecnie jest on kucharzem i to on najmocniej poczuł na własnej skórze, czym kończy się krańcowa nadgorliwość w służbie partii.
„Paski grozy”, „jointy” i służby specjalne
Dotykam z konieczności tylko niektórych z bardzo licznych wątków podjętych przez Kowalewskiego. Wspomnę tylko o zauważonych przez niego powiązaniach Placu ze służbami specjalnymi („przecieki ze służb”), o „czarnej liści gości”, czyli kogo nie należy zapraszać do programów TVP, o „indeksie czasopism zakazanych”, „paskach grozy” ich nadinspiratorze Krystianie Kuczkowskim („niczym gospodarz domu Anioł z serialu „Alternatywy”), o aferze z prześladowcą prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, terroreporterem (określenie moje – KL) Łukaszem Sitkiem, o nieustannej karuzeli na kierowniczych stanowiskach i wielu innych sprawach. Niektóre wątki, jak n.p. ten o tym „jak Naczelnik przyjeżdża na Plac”, czy o groteskowym pseudo-awansie Tadeusza Płużańskiego z szefa redakcji reportażu i publicystki do TVP Historia, podane są z lekką nutką cokolwiek czarnego humoru. Czytelnicy zainteresowani także innymi wątkami niż te ściśle związane z polityka propagandową obozu władzy znajdą w książce także wątek „marihuanowy” („Jointy na placu”) oraz mocno „paździerzowy” obraz tej instytucji na poziomie bieżącej logistyki i funkcjonowania w zakresie organizacji pracy, m.in. w obrazie przebiegu tworzenia przez Kowalewskiego redakcji reportażu.
„TVPropaganda” Mariusza Kowalewskiego nie jest pełnym kompendium wiedzy o TVP pod rządami PiS, ani pełnym obrazem mechanizmów nią rządzących, bo autor opisał tylko to czego sam doświadczył, co widział lub co bezpośrednio zasłyszał. Mimo to jest to lektura wprost pasjonująca, którą czyta się jednym tchem, a chwilami z tchem zapartym, jak dobry thriller, także dlatego że jest znakomicie i przejrzyście napisana. To kawał dobrego reportażu. Niepotrzebnie się więc autor, na początku i na końcu książki, sumituje i posypuje głowę popiołem że pracował w pisowskiej telewizji, bo pisząc „TVPropagandę” zrobił kawał dobrej roboty. I wyznam szczerze, że mam nadzieję, iż Mariusz Kowalewski zgromadził więcej materiału niż ten, który zawarł w swojej książce. I że za jakiś czas będzie można sięgnąć po sequel „TVPropaganda 2”. Sięgnąłbym po niego z czytelniczym apetytem.
Mariusz Kowalewski – „TVPropaganda. Za kulisami TVP”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 160, ISBN 978-83-66095-20-5

Rządowa propaganda niszczy społeczeństwo

Jesteśmy kompletnie nieodporni na fake newsy, tego się w ogóle nie uczy w szkole, starsze osoby z kolei wierzą we wszystko, co zobaczą w telewizji czy przeczytają w gazecie. Odporność na propagandę tak zmalała, że nie mając żadnych dowodów, można skazać człowieka – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

51 proc. wierzy, że marszałek Grodzki jako lekarz brał łapówki – pokazuje ostatni sondaż i abstrahując od jakości tego badania, to coś mówi o Polakach. Czy dzisiaj, posiadając wiedzę i umiejętności, można wykreować wszystko?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Wręcz przeciwnie, można to zrobić nie posiadając żadnych umiejętność i wiedzy. Jesteśmy świadkami bardzo przykrej rekonstrukcji historycznej – gdyby ktoś nie wiedział, jak można było zaszczuć dowolną osobę w czasach słusznie minionych, to ma najlepszy przykład. Sądzę, że nawet Jerzy Urban mógłby się paru rzeczy nauczyć od obecnej ekipy, bo powiedzieć, że te działania to tzw. czarny PR, to nic nie powiedzieć. To przypomina włamanie z łomem chuliganerii.
Okazuje się, że jesteśmy kompletnie nieodporni na fake newsy, tego się w ogóle nie uczy w szkole, starsze osoby z kolei wierzą we wszystko, co zobaczą w telewizji czy przeczytają w gazecie. W efekcie odporność na propagandę tak zmalała, że nie mając żadnych dowodów, można skazać człowieka.

Co jest najbardziej przerażające w tym wszystkim, to fakt, że politycy muszą mieć twardą skórę i liczyć się z nieczystymi zagraniami. To nie jest w porządku, ale taki jest świat polityki. Proszę sobie jednak wyobrazić, co będzie, gdy w takiej sytuacji znajdzie się obywatel, który jest lekarzem, kominiarzem, kierowcą, nauczycielem czy adwokatem, skoro można w ten sposób potraktować trzecią osobę w państwie. W ten sposób można doprowadzić do śmierci cywilnej, samobójstwa politycznego, nie chcę mówić o gorszych rzeczach. Przez ostatni rok analizowaliśmy z kolegami i koleżankami z marketingu politycznego i socjologii sytuację Pawła Adamowicza. On był poddawany dokładnie takim samym zabiegom jak dzisiaj marszałek Senatu Tomasz Grodzki.

To nie tylko oskarżenia o łapówki, ale też o donoszenie na Polskę za granicą. Prezydentowi Gdańska zarzucano to samo, regularnie oskarża się też o to Donalda Tuska, opozycję.

Bo doszliśmy do etapu, kiedy w niewinnych “rekonstrukcjach historycznych” dzieci odgrywając sceny z Oświęcimia, udają gazowanie. Myślę, że politycy muszą się w końcu zastanowić, bo to nigdy nie działa w jedną stronę.Coś, co teraz jest pałką w naszych rękach, może być kiedyś w innych i sami odczujemy to na własnej skórze ze zdwojoną siłą. To jak bumerang.

Widać to we współczesnym świecie, nie tylko w Polsce, chociaż trzeba przyznać, że obecna ekipa rządząca przekracza wszelkie bariery, łącznie z tym, że posługuje się jawnym kłamstwem. Już nie silą się na mijanie się z prawdą czy gdybanie. Premier mówi, że sędziowie zostali wykształceni przez komunistów i przejęli ich poglądy. To już nie jest donoszenie na Polskę w “Die Welt”, tylko analiza sytuacji. Nie ma żadnego poczucia wstydu, ani co gorsze, nie ma przewidywania przyszłości – do czego to może doprowadzić.

Do czego?

Do wykańczania przeciwnika politycznego. Pytanie, ile wytrzyma marszałek Grodzki i jego otoczenie, ale ten czarny marketing polityczny przekłada się też na osoby, które na co dzień nie zajmują się polityką. Takiej wersji jeszcze nie mieliśmy.

Niszczy się wszystkie struktury społeczne, niszczy autorytety, jasne widzenie świata, co powoduje zaburzenie relacji i komunikacji, które są fałszywie odczytywane, co prowadzi do bezradności.Dzieje się tak, bo ludzie nie mają narzędzi, żeby to nazwać i sprawdzić, zaczną więc udawać się na emigrację wewnętrzną. Pozostali bliżej władzy, np. obsadzeni w spółkach Skarbu Państwa, zaczną się urządzać w przysłowiowej d… o której mówił Kisielewski. Zatem znowu zaczynamy produkować na skalę państwową ludzi, którzy dla świętego spokoju będą konformistami.
Marszałek Grodzki jest jaskrawym przykładem, jak działa ta machina – to szukanie haków, apele CBA o donosy. Wobec sędziów od dawna prowadzona jest ta sama działalność, tylko w wersji trochę bardziej soft?
Sędziów jest po prostu więcej. Jesteśmy świadkami kuriozalnych sytuacji, kiedy funkcjonariusze państwowi, jak ministrowie, obrażają publicznie sędziego za to, że przeszedł się w naszej sprawie – wszystkich obywateli – w marszu. Za to jest postponowany przez urzędników państwowych i dziennikarzy usłużnych władzy, którzy opowiadają steki bzdur. U sędziów ma to jeszcze jedną konsekwencję – sprawy dyscyplinarne. To są tzw. miękkie represje, które będą się sprowadzały do tego, że ludzie będą tracić pracę albo będą musieli się naginać do systemu. To jest bardzo niebezpieczne, bo jeśli zostanie złamany kręgosłup młodych sędziów, to konsekwencje będą długofalowe i marnie nam to jako krajowi wróży.

Do tej pory marketing polityczny kojarzył się ze słynną debatą Kennedy-Nixon, z niebieską koszulą u polityka czy ze sprawnym spotem wyborczym. Czy dziś pojęcie “marketing polityczny” nabiera innego znaczenia?

To jest ciągle marketing polityczny, bo ciągle są wywieszane billboardy, a politycy chodzą do mediów, są hasła i slogany. Natomiast warto popatrzeć na to, co czeka nas w najbliższych miesiącach. Władza doskonale zdaje sobie sprawę, że wybory prezydenckie w maju są kluczowe. Spodziewam się niestety bardzo brutalnej kampanii. W zasadzie będą panować reguły uliczne, czyli bardziej brak reguł. Pan prezes Kaczyński napisał do działaczy w Rzeszowie, że domaga się, aby Andrzej Duda wygrał w I turze, zatem cały ogień pójdzie już od samego początku. Na dziś wszystko wskazuje na to, że dojdzie do II tury i wejdzie do niej oprócz obecnego prezydenta kandydatka KO Małgorzata Kidawa-Błońska.

To będzie oznaczać, że w II turze odbędzie się plebiscyt: opozycja kontra siły ciemności czy demokracja kontra autorytaryzm. Tu wkracza nam marketing polityczny, który podpowiada, że lepiej jeżeli uda się wygrać w I turze PiS-owi, bo opozycja będzie w niej rozproszona.

Gdzie jest granica miedzy marketingiem politycznym a manipulacją?

Marketing polityczny kończy się wtedy, kiedy z wywierania wpływu przechodzimy do propagandy. Propaganda jest nastawiona na niszczenie ludzi, a nie na idee, myśli, programy. To nie jest wyśmiewanie tego, co drugi uważa, tylko tego, jaki jest: za gruby, za chudy, za wysoki, jąka się, a w ogóle to nie jest prawdziwym Polakiem, bo donosi na Polskę i bierze łapówki. To atak personalny na człowieka, a nie na wartości, poglądy. Wtedy jesteśmy obiema nogami w autorytaryzmie albo w totalitaryzmie, w zależności, jak daleko to będzie posunięte.

Warto zwrócić uwagę w tym kontekście na 2 mld złotych dotacji na telewizję partyjną, kiedy przez 28 lat WOŚP zebrał 1,2 mld. To pokazuje dobrze skalę i determinację. To też pokazuje, jak bardzo władza musi się bać, że prezydentem nie zostanie Andrzej Duda i jak daleko się posunie, aby mu reelekcję zapewnić. Cały aparat państwa, spółki skarbu państwa plus media będą o to walczyć.

Jest szansa na “normalną” debatę w tzw. mainstreamowych mediach czy nawet tam to będzie wypaczane przez speców od marketingu politycznego?

Dziś media mainstreamowe oznaczają zupełnie coś innego, niż jeszcze 5 lat temu. Media mainstreamowe to dziś TVP, TVP Info, wszystkie kanały Polskiego Radia, a nawet Polsat. Zresztą ten ostatni to bardzo przykry obrazek. Powiem szczerze, że smutno patrzeć, jak nieźli dziennikarze zostają odsuwani od anteny albo łamani. Zostaje zatem internet, TVN, parę stacji radiowych, ale widać dokładnie, że siła przesunęła się na druga stronę.

5 lat temu widzieliśmy w wykonaniu PiS-u bardzo dobry marketing polityczny. Andrzeja Dudę wyciągnięto z trzeciego szeregu, skalkulowano, co trzeba zrobić, gdzie pojechać, co opowiadać, co prawda mijając się z prawdą, bo jeszcze nie kłamiąc, ale to był marketing polityczny. Dziś skoro władza stoi przed dylematem “albo ty albo ja” i wszyscy czekają na to, co pokaże Cezar z Nowogrodzkiej – czy uniesie kciuk do góry, czy skieruje w dół w geście “dobij” – to przestaje już mieć znamiona marketingu politycznego, a robi się z tego walka gangów.

Jak można się bronić przed manipulacją polityczną?

Niestety jest to trudne. Przez ostatnie 30 lat nie wypracowaliśmy większości społeczeństwa obywatelskiego, które rozumie pewne procesy. Oczywiście można ponarzekać, że mamy za dużo kanałów komunikacji, ale z drugiej strony to może być też paradoksalnie ratunkiem. Wielość źródeł daje możliwość sprawdzania i warto z tego korzystać. Polecam też rozmowę z kimś, komu ufamy, kto się, być może, lepiej zna. Zadawajmy ludziom pytania otwarte, nie pozostawajmy w swojej bańce. Weryfikujmy informacje.

Rozumiem, że można mieć poczucie beznadziei, szczególnie kiedy dochodzi do naszego domu tylko TVP Info, gdzie “Dziennik telewizyjny” leci niemal 24 godziny na dobę, ale można i warto poszukać w Internecie, posłuchać różnych stacji radiowych. I zachowajmy zdrowy rozsądek. Jeżeli kogoś znamy od 20 lat, to nie wierzmy, że zrobił coś złego, bo ktoś tak powiedział, bo za nim świadczy całe jego życie. Warto o tym pamiętać.

Sposób na sprawę marszałka Grodzkiego?

Zasianie wątpliwości to cel propagandy. Przypominam, że sprawa marszałka Grodzkiego zaczęła się od pana Karola Guzikiewicza, który jest radnym PiS-u i który powiedział, że “słyszał do kogoś o łapówkach”, potem się z tego wycofał, pewnie dlatego, że się przestraszył, ale oskarżenie poszło, machina ruszyła i w efekcie PiS domaga się, aby marszałek Grodzki odszedł. To, co się wokół niego dzieje, pokazuje też, jak bardzo PiS się go boi, że to pierwszy człowiek, który przeciwstawił się rządzącym, także dlatego, że oprócz osobowości ma też narzędzia do tego. W epoce głupiego prawa i pogardy stoi kością w gardle rządowi.

Pożyteczny Trump

Lata temu ukuto termin pożyteczny idiota. W myśl definicji to taki ktoś, kto sądząc, że robi dobrze, działa na rzecz tych, przeciwko którym występuje.
Czyli wypisz, wymaluj prezydent USA.

Parę miesięcy temu Trump mocno zaangażował się w sprawę protestów w Hongkongu. Jego zdaniem… to on uratował Hongkong.
– Gdyby nie ja, Hongkong zostałby unicestwiony w 14 minut. Gdyby nie ja, tysiące ludzi byłoby zabitych w Hongkongu i nie byłoby żadnych zamieszek, byłoby państwo policyjne – powiedział prezydent USA w wywiadzie dla stacji telewizyjnej Fox News.
Trump wyjawił przy tej okazji, że prezydent Chin Xi Jinping „ma milion żołnierzy stojących pod Hongkongiem”.
– Nie wkraczają tylko dlatego, że powiedziałem mu: „proszę nie rób tego, bo zrobisz wielki błąd, będzie to miało niezwykle negatywny wpływ na porozumienie handlowe”.
Demonstranci oskarżani przez Pekin zaczęli więc protestować jeszcze bardziej, co upewniło Chińczyków w tym, że za wydarzeniami w autonomiczneym obszarze stoją Amerykanie. Czyli enuncjacje prezydenta USA wsparły linie propagandową władzy.
Teraz, gdy po przyznaniu się Iranu do zestrzelenia Ukraińskiego samolotu, w Teheranie demonstrują setki Irańczyków oskarżanych przez ajatollachów o bycie agenturą amerykańską, Trump wyskakuje z twittem po irańsku.
„Do odważnych, cierpiących mieszkańców Iranu: byłem po waszej stronie od początku mojej prezydentury i nadal będę was wspierać” – napisał na Twitterze Donald Trump. Ostrzegł też władze Iranu: „Nie może być kolejnej masakry pokojowych demonstrantów. Świat patrzy”,
Prezydent USA albo nie ma pojęcia, że robi demonstrantom niedźwiedzią przysługę, albo ma ich tam gdzie zdradzonych przez siebie Kurdów

Chytry plan

Obecny rząd obniżył dla obywateli podatek PIT i CIT dla przedsiębiorstw. Obywatelom i firmom zrobił dobrze, ale beneficjentami tych podatków są przede wszystkim samorządy. Oznacza to, że do kas gminnych wpłynie mniej pieniędzy.

I dalej. Rząd dał podwyżki nauczycielom i bardzo dobrze, ale nie przekazał gminom pieniędzy na te podwyżki co jest jego (rządu)ustawowym obowiązkiem. Rządy od dawna skąpią obligatoryjnych pieniędzy na oświatę. Te luki uzupełniają samorządy z własnych pieniędzy oszczędzając na innych wydatkach. Rząd jednak nie obniżył, a obiecywał, np. podatku VAT. Bo ten zasila budżet państwa i wtedy na rządowe programy socjalne zabrakło by pieniędzy.
Będzie więc tak. Samorządy, którym zabrano wpływy ze wspomnianych podatków, a podwyższono np. ceny energii elektrycznej, a inne koszty też, np. inwestycji, szybują do góry, będą zmuszone do cięć w budżetach i uchwalania nowych podwyżek. To oczywiście wywoła niezadowolenie obywateli. Rząd wtedy powie. Obywatele widzicie jak jest. My wam zmniejszamy podatki, a samorządy, przecież nie przez nas głównie zarządzane, podwyższają wam ceny na wszystko co tylko możliwe. Kto tam będzie dochodził prawdy dlaczego tak się dzieje. Rząd jest dobry, bo obniża podatki, a samorządy są złe. bo podwyższają ceny gdzie się tylko da. Więc kto jest lepszy? Centralna władza PiS-owska, czy samorządowa niePiS-owska?
I taką narrację pewnie już szykuje na nowy rok rządowa propaganda. Dla wielu będzie to bardzo przekonywujący argument.