Gra Wyklętymi

Narracja „albo Wyklęci, albo Komuna” – czasem formułowana wprost, czasem bardziej lub mniej zawoalowana – stała się jednym z kamieni węgielnych prawicowej polityki historycznej. Naiwne, czarno-białe spojrzenie na historię PRL (i projektowanie go, w osobliwy sposób, na współczesność) coraz częściej uchodzi za prawdę objawioną.

Tymczasem rozprawić się z tą zero-jedynkową wizją można w bardzo prosty sposób: wyliczając to, co się w takiej alternatywie nie mieści.
Ne mieści się działająca w latach 1945-1947 legalna opozycja – PSL, którego politycy usiłowali ocalić tyle suwerenności, ile się dało, bez dalszego beznadziejnego przelewu krwi (co nie uchroniło jednak ich samych przed krwawymi represjami).

Nie mieszczą się setki wybitnych przedwojennych specjalistów,

współpracujących z narzuconym Polsce reżimem przy odbudowie kraju po wojnie – najbardziej znanym z nich był Eugeniusz Kwiatkowski, uznawany za głównego twórcę Gdyni, którą tak szczyciła się II RP. Nie mieści się – jeśli kto od pracy u podstaw woli czyn zbrojny – bitwa na dworcu w Lesznie, w której życie porwanej przez radzieckich żołnierzy Polki uratowali (przypłacając to własnym) nie Wyklęci, tylko funkcjonariusze „komunistycznej” rzekomo milicji i równie „czerwonego” wojska.

Nie mieści się kwestia wypowiadana w filmie „Generał Nil” przez głównego bohatera, który radzi garnącemu się do konspiracji młodemu zapaleńcowi,

by dla dobra Ojczyzny poszedł na studia,

dobrze wykonywał swoją pracę i założył rodzinę (nie zdołałem ustalić, czy to wypowiedź autentyczna – ale jeśli nawet apokryf, to dobrze oddaje sedno sprawy).

Nie mieści się Paweł Jasienica (przez krótki czas też zresztą, notabene, Żołnierz Wyklęty), który mimo wszystkiego, co od władz PRL wycierpiał, do końca życia uważał, że „w roku 1945 Polska weszła na jedyną drogę, która wiodła w przyszłość”.

Nie mieści się symbol przedwojennego polskiego Lwowa – „Szczepku”, Kazimierz Wajda, który po wojennej tułaczce zamieszkał w kraju i aż do naturalnej śmierci pracował w Polskim Radiu („Tońku”, Henryk Vogelfänger, powrócił dopiero w 1988 r.).

Nie mieści się Lechosław Goździk i inni robotniczy przywódcy Polskiego Października – wrodzy i stalinizmowi, i Gomułce, ale dokładający wszelkich starań, by nie dopuścić do wybuchu zbrojnego powstania, którego skutkiem byłaby rzeź gorsza od tej, jaką w tym samym 1956 r. Armia Czerwona sprawiła Węgrom. Nie mieści się krakowski „Przekrój” Mariana Eilego – pismo, które nawet w najciemniejszych latach stalinizmu nie tylko zapewniało okno na świat inteligentom, ale i drążyło niczym kropla świadomość PZPR-owskiego betonu, a zdaniem wielu stworzyło wręcz w tych przerażających warunkach własną wspaniałą cywilizację.

I tak by można wyliczać w nieskończoność.

Mówić o Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, o środowisku tygodnika „Polityka”, o Klubie Krzywego Koła. O Mirosławie Dzielskim, Stefanie Kisielewskim, Janie Józefie Lipskim (tak przecież różnych światopoglądowo). O Polskim Ruchu Obrony Łużyc i środowisku Instytutu Zachodniego, usiłującym (z sukcesami!) za cenę poparcia PPR realizować polską rację stanu na Zachodzie. O politycznych zapiskach Marii Dąbrowskiej.

O Kościele Katolickim, który w imię osiągnięcia celów dla Polski kluczowych (granice, unormowanie stosunków z Niemcami, spokój społeczny) potrafił zawierać z partią kompromisy i współpracować z nią, nie przestając przy tym być ostoją dla większości opozycjonistów.
No i o tym, że także

do samej PZPR należało wielu ludzi uczciwych,

niezaprzeczalnych patriotów. Tak było przez cały okres jej istnienia, różnymi pobudkami się ci ludzie kierowali. I o wielu jeszcze ludziach i faktach. Ale w prawicowej polityce historycznej nie o fakty przecież chodzi. A o co chodzi?

O to, by w topornej propagandzie nadal używać w obronie PiS, Konfederacji, a nieraz i ONR maczugi z napisem „PRECZ Z KOMUNĄ”.
By ciemny lud nadal łykał bardziej lub mniej zawoalowany przekaz, że w roku 1968 Polski nie było, że wnuki odpowiadają za czyny dziadków, że dezubekizacja jest słuszna, sprawiedliwa i zbawienna, że każdy, kto protestuje przeciw rządom PiS, jest w prostej linii spadkobiercą SB, ORMO, ZOMO, CzeKa, Securitate, AVH oraz Stasi, a powstańcy warszawscy walczyli o to, by Ziobro mógł odebrać Polakom niezawisłe sądy.

No, bo o to przecież walczyli? Nie?!

PiS znowu inwestuje w propagandę

1,5 miliona złotych ze środków ministerstwa kultury zostanie przeznaczonych na nowy twór propagandy historycznej obozu władzy. Wicepremier i szef resortu Piotr Gliński ogłosił powstanie Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej.

Instytucja ma mieć charakter „edukacyjny, naukowy i popularyzatorski”. Oczywiście w duchu nacjonalizmu i antykomunizmu.

Instytut, któremu będą patronować Roman Dmowski i Ignacy Paderewski zostanie powołany w trybie ekspresowym. Jeszcze w tym miesiącu ma rozpocząć działanie. Posadę prezesa otrzyma jeden z najbardziej radykalnych nacjonalistów w obozie „dobrej zmiany” – prof. Jan Żaryn. Kaczyński w ten sposób chce utrzymać w swoim kręgu człowieka, który jeszcze niedawno był senatorem z ramienia PiS. Wybory jednak przegrał, a ostatnio mówiło się o jego możliwym akcesie do Konfederacji.

Żaryn nie wzbraniał się w przeszłości przed chwaleniem polskich faszystów. W swoich wypowiedziach bronił m.in. tradycji Obozu Narodowo-Radykalnego. „To dorobek potwornie zafałszowany (…) Może z niego wyrastać przyszła wspaniała Polska w nowych pokoleniach” – mówił na konferencji razem z Glińskim.

Żaryn w samych superlatywach wypowiadał się też o faszystowskim dyktatorze Hiszpanii – generalne Francisco Franco. Jego miłośnikiem jest również dr hab. Piotr Skibiński, który w nowym instytucie ma dbać o jakość badań naukowych.

„Moim zdaniem ta jednostronna krytyka jest w dużej mierze niesprawiedliwa. Można mieć różne zdania o gen. Franco, ale pamiętajmy, że okres jego rządów był czasem prężnego rozwoju Hiszpanii. W latach 70. XX w. hiszpańska gospodarka była drugą po japońskiej gospodarką świata pod względem tempa wzrostu” – powiedział Jan Żaryn.

Minister Gliński przyznał, że półtora miliona z pieniędzy podatników to dopiero początek. Mówiąc o instytucji wspomniał o „perspektywach rozwojowych”. I nie ustępował Żarynowi w zachwytach nad myślą polskich narodowców, antysemitów i fascynatów Hitlera.

„To jest ten fragment polskiego dziedzictwa intelektualnego, politycznego, społecznego, który w naszym poczuciu wymagana zaopiekowania ze strony państwa polskiego” – tłumaczył Gliński.

W sprawie instytutu interpelację złożył poseł Lewicy – Adrian Zandberg.
„Dlaczego myśl polityczna endecji została przez ministerstwo potraktowana wyjątkowo? Dlaczego inne stronnictwa, takie jak Polska Partia Socjalistyczna czy Bund, nie zasłużyły na podobne placówki badawczo-edukacyjne? Czy ministerstwo powoła do życia instytuty zajmujące się historią innych ruchów politycznych? Biorąc pod uwagę rolę PPS w odzyskaniu niepodległości i ukształtowaniu niepodległego państwa, uderza brak muzeum poświęconego historii demokratycznego socjalizmu i związanych z nim ruchów społecznych. Kiedy ministerstwo planuje powołać do życia takie muzeum?” – napisał parlamentarzysta z partii Razem.

Raport z pisowskiego „jądra ciemności”

Lektura „TVPropaganda” Mariusza Kowalewskiego jest pasjonująca, choć wywołuje wrażenie przerażające i przygnębiające. Publiczna instytucja utrzymywana z podatków wszystkich obywateli, dostała się w ręce ludzi o zachowaniach mogących budzić skojarzenia z praktykami gangsterskimi, ludzi bezwzględnie służących interesom jednej, dziś rządzącej partii, brutalnie zwalczających jej przeciwników i krytyków.

Autor, to były dziennikarz TVP i do odejścia z niej – szef redakcji reportażu, zwraca uwagę, że za wszystkich dotychczasowych rządów miało miejsce zjawisko wywierania nacisku na niektóre segmenty bloku informacyjno-publicystycznego.
W szczególności wszystkie ekipy rządzące próbowały mieć wpływ na „Wiadomości”, flagową audycję informacyjną telewizyjnej Jedynki. „Próbowały”, to właściwe słowo, bo nie zawsze ten nacisk w pełni się udawał, a też i siła nacisku zależała od determinacji danej ekipy. Jednak nawet za pierwszego rządu PiS (2005-2007), te próby i te naciski były limitowane zarówno jego koalicyjnym charakterem, jak i faktem, że układ sił w Zarządzie TVP uwzględniał w pewnym stopniu pluralizm polityczny. Dziś TVP sterowana jest ręcznie przez funkcjonariusza PiS jawnie zależnego od prezesa partii i nawet tej zależności nie próbującego skrywać. Jeśli przyjąć na serio, że „hipokryzja to hołd jaki występek składa cnocie”, to prezes TVP owego hołdu nie składa, bo jest mu ona – cnota, czyli w tym akurat rozumieniu: przyzwoitość – obca i nie waha się, by to, z ostentacyjnym cynizmem, demonstrować.
Mariusz Kowalewski napisał reportaż ze środka tego – pożal się Boże – „jądra ciemności”. Do TVP przyszedł w roku 2016, już za rządów PiS. „Ktoś dziś zapyta, czy nie przeszkadzało mi to, że, że trafiłem do TVP w roku 2016, kiedy większość dziennikarzy tam pracujących została albo wyrzucona, albo zmuszona do odejścia” – napisał we wstępie Kowalewski.
Nie mam do tej kwestii stosunku postronnego, zewnętrznego. Należę do drugiej z wymienionych kategorii. Byłem wśród dziennikarzy TVP, którzy zostali „zmuszeni do odejścia”, co w moim przypadku stało się z końcem 2016 roku. Nie mam jednak problemu z tamtą decyzją autora. Nie mam też problemu z faktem, że nie odszedł sam, lecz został usunięty. Okoliczności życiowe i ocena sytuacji popychają nas czasem do decyzji, których żałujemy, ale jeśli potrafimy wycofać się ze złej sprawy lub jeśli uczestnictwo w niej odkupimy sensownym czynem, to bardzo dobrze. Gdyby Mariusz Kowalewski znajdował się tak jak ja, jako obce, szeregowe ciało dziennikarskie „gorszego sortu”, dalece poza jakimikolwiek kręgami decyzyjnymi w TVP, nie mógłby napisać tej książki.
Odbieram ją jako w pełni wiarygodną. Będąc nawet tylko szeregowym dziennikarzem Ośrodka Mediów Interaktywnych TVP, zajmującym się głównie Teatrem Telewizji, od początku roku 2016 „przez skórę” czułem narastające napięcie w Firmie, atmosferę strachu i niepewności, To się czuło coraz bardziej w relacjach międzyludzkich, w postępującej wzajemnej izolacji, zniechęceniu, to się widziało nawet w spojrzeniach ludzi przemykających korytarzami budynków przy ulicy Woronicza, gdzie pracowałem. A przecież od gmachu przy Placu Powstańców Warszawy, gdzie mieści się epicentrum pisowskiego przemysłu kłamstwa nienawiści i pogardy dzieliło nas, przy Woronicza, kilkanaście minut jazdy metrem.
Dreszczowiec czyli polowania Jacka Kurskiego
Choć zahaczyłem swoją obecnością w TVP o część czasu, o którym napisał Kowalewski, to czytałem „TVPropagandę” jak thriller, dreszczowiec, który rozgrywał się pod moim nosem, „za ścianą”. W formule reportażu i relacji indywidualnej prowadzi nas autor korytarzami i labiryntami gmachów przy Woronicza i Placu Powstańców Warszawy, opisuje sploty zdarzeń i personaliów, ukazuje ten nieustannie gotujący się kocioł interesów, lęków, emocji. Zwięźle, ale sugestywnie portretuje sylwetki części uczestników tych zdarzeń. I niczym ów „wybuch bomby atomowej”, którym ma rozpoczynać się film sensacyjny, a potem napięcie ma rosnąć, o którym mówił Alfred Hitchcock, pojawia się na wstępie zastępca koordynatora służb specjalnych Maciej Wąsik w roli nader dwuznacznej z punktu widzenia społecznej roli i wolności mediów publicznych, jako spiritus movens zwolnienia Kowalewskiego.
Tak ostro rozpocząwszy, pozwala autor na chwilę ochłonąć czytelnikowi, ukazując w kolejnym rozdziale „Świat TVP”, „krótki kurs anatomii” Firmy, także w aspekcie strukturalno-lokalowym. W kolejnych rozdziałach („Wojna o Plac” i „”Kto jest kim na Placu”) ukazuje walki frakcyjne w PiS o wpływy w TVP, w tym główny front między Jackiem Kurskim a jego adwersarzami z Rady Mediów Narodowych, Krzysztofem Czabańskim i Joanną Lichocką oraz portretuje szereg figur z pisowskiego aparatu propagandowego (m.in. Jacek Kurski, Marzena Paczuska, Dawid Wildstein, Samuel Pereira, Michał Rachoń, Jarosław Olechowski czy przyboczny Kurskiego i „szara eminencja” Paweł Gajewski).
Wielu innym postaciom poświęcone są wzmianki krótkie, ale istotne jak n.p. o Mariuszu Pilisie, od stycznia do sierpnia 2016 roku dyrektorowi TAI, autorze „czarnej listy” dziennikarzy zatrudnionych w przeszłości z poręki obecnych partii opozycyjnych czyli inspiratorze czystek, które zaczęły się w połowie 2016 roku. Personalia są zresztą jedną z najmocniejszych stron tej książki, która jest nimi „naszpikowana” jak smakowitymi rodzynkami. Kowalewski opisał też działanie kierownictwa TVP jako „zarządzanie poprzez strach” i porównał pracę na Placu do „chodzenia po polu minowym”.
„Trzeba uważać niemal na wszystko. Na to jak jesteś ubrany, co mówisz, jakich zapraszasz gości czy jaki robisz materiał” – napisał.
Nawiasem mówiąc, uderzające jest to, że pracując z dala i od Placu i od epicentrum zdarzeń, na obrzeżu, odnosiłem podobne wrażenia.Ta zbieżność odczuć z dwóch kompletnie odmiennych punktów widzenia świadczy, że to o czym napisał Kowalewski niewątpliwie jest „na rzeczy”. Autor „TVPropaganda” napisał też o „wojnach Jacka Kurskiego”, które prezes prowadzi na dwóch frontach. Pierwszy z tych frontów jest zewnętrzny – to walka z wszystkimi krytykami i wrogami PiS, w tym także mocno groteskowe wojny z firmą „Nielsen” zajmującą się pomiarami oglądalności czy dronowa z Tomaszem Lisem. Front zewnętrzny skierowany jest przeciwko Radzie Mediów Narodowych i jej szefowi Krzysztofowi Czabańskiem oraz przedstawicielowi nielubianego środowiska „Gazety Polskiej” Michałowi Rachoniowi, a także kilku innym prawicowym dziennikarzom, m.in. Dorocie Kani czy Witoldowi Gadowskiemu. Nie mniej zażarta wojna toczy się w pewnym oddaleniu od klasycznej „tele-wizji” czyli w portalu TVP Info. Tam Kurski sprzymierzył się z frakcjami Joachima Brudzińskiego i radiomaryjną Antoniego Macierewicza, co powodowało nieustanne tarcia. Istotnym figurami stali się tu szef TAI od 2017 roku Klaudiusz Pobudzin czy szef portalu (po „zczyszczeniu” umiarkowanego Dominika Zdorta) Samuel Pereira, jedna z najbardziej antypatycznych postaci, uważany za inspiratora intrygi medialnej przeciwko lekarzom-rezydentom, w tym szczególnie jednej z protestujących lekarek. Jako narzędzie i ostatecznie w tej sprawie (zawieszenie i w konsekwencji odejście TVP) wykorzystany został świeży wtedy nabytek na Placu, fanatycznie prawicowy, młody, początkujący adept dziennikarstwa Ziemowit Kossakowski. Obecnie jest on kucharzem i to on najmocniej poczuł na własnej skórze, czym kończy się krańcowa nadgorliwość w służbie partii.
„Paski grozy”, „jointy” i służby specjalne
Dotykam z konieczności tylko niektórych z bardzo licznych wątków podjętych przez Kowalewskiego. Wspomnę tylko o zauważonych przez niego powiązaniach Placu ze służbami specjalnymi („przecieki ze służb”), o „czarnej liści gości”, czyli kogo nie należy zapraszać do programów TVP, o „indeksie czasopism zakazanych”, „paskach grozy” ich nadinspiratorze Krystianie Kuczkowskim („niczym gospodarz domu Anioł z serialu „Alternatywy”), o aferze z prześladowcą prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, terroreporterem (określenie moje – KL) Łukaszem Sitkiem, o nieustannej karuzeli na kierowniczych stanowiskach i wielu innych sprawach. Niektóre wątki, jak n.p. ten o tym „jak Naczelnik przyjeżdża na Plac”, czy o groteskowym pseudo-awansie Tadeusza Płużańskiego z szefa redakcji reportażu i publicystki do TVP Historia, podane są z lekką nutką cokolwiek czarnego humoru. Czytelnicy zainteresowani także innymi wątkami niż te ściśle związane z polityka propagandową obozu władzy znajdą w książce także wątek „marihuanowy” („Jointy na placu”) oraz mocno „paździerzowy” obraz tej instytucji na poziomie bieżącej logistyki i funkcjonowania w zakresie organizacji pracy, m.in. w obrazie przebiegu tworzenia przez Kowalewskiego redakcji reportażu.
„TVPropaganda” Mariusza Kowalewskiego nie jest pełnym kompendium wiedzy o TVP pod rządami PiS, ani pełnym obrazem mechanizmów nią rządzących, bo autor opisał tylko to czego sam doświadczył, co widział lub co bezpośrednio zasłyszał. Mimo to jest to lektura wprost pasjonująca, którą czyta się jednym tchem, a chwilami z tchem zapartym, jak dobry thriller, także dlatego że jest znakomicie i przejrzyście napisana. To kawał dobrego reportażu. Niepotrzebnie się więc autor, na początku i na końcu książki, sumituje i posypuje głowę popiołem że pracował w pisowskiej telewizji, bo pisząc „TVPropagandę” zrobił kawał dobrej roboty. I wyznam szczerze, że mam nadzieję, iż Mariusz Kowalewski zgromadził więcej materiału niż ten, który zawarł w swojej książce. I że za jakiś czas będzie można sięgnąć po sequel „TVPropaganda 2”. Sięgnąłbym po niego z czytelniczym apetytem.
Mariusz Kowalewski – „TVPropaganda. Za kulisami TVP”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 160, ISBN 978-83-66095-20-5

Rządowa propaganda niszczy społeczeństwo

Jesteśmy kompletnie nieodporni na fake newsy, tego się w ogóle nie uczy w szkole, starsze osoby z kolei wierzą we wszystko, co zobaczą w telewizji czy przeczytają w gazecie. Odporność na propagandę tak zmalała, że nie mając żadnych dowodów, można skazać człowieka – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

51 proc. wierzy, że marszałek Grodzki jako lekarz brał łapówki – pokazuje ostatni sondaż i abstrahując od jakości tego badania, to coś mówi o Polakach. Czy dzisiaj, posiadając wiedzę i umiejętności, można wykreować wszystko?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Wręcz przeciwnie, można to zrobić nie posiadając żadnych umiejętność i wiedzy. Jesteśmy świadkami bardzo przykrej rekonstrukcji historycznej – gdyby ktoś nie wiedział, jak można było zaszczuć dowolną osobę w czasach słusznie minionych, to ma najlepszy przykład. Sądzę, że nawet Jerzy Urban mógłby się paru rzeczy nauczyć od obecnej ekipy, bo powiedzieć, że te działania to tzw. czarny PR, to nic nie powiedzieć. To przypomina włamanie z łomem chuliganerii.
Okazuje się, że jesteśmy kompletnie nieodporni na fake newsy, tego się w ogóle nie uczy w szkole, starsze osoby z kolei wierzą we wszystko, co zobaczą w telewizji czy przeczytają w gazecie. W efekcie odporność na propagandę tak zmalała, że nie mając żadnych dowodów, można skazać człowieka.

Co jest najbardziej przerażające w tym wszystkim, to fakt, że politycy muszą mieć twardą skórę i liczyć się z nieczystymi zagraniami. To nie jest w porządku, ale taki jest świat polityki. Proszę sobie jednak wyobrazić, co będzie, gdy w takiej sytuacji znajdzie się obywatel, który jest lekarzem, kominiarzem, kierowcą, nauczycielem czy adwokatem, skoro można w ten sposób potraktować trzecią osobę w państwie. W ten sposób można doprowadzić do śmierci cywilnej, samobójstwa politycznego, nie chcę mówić o gorszych rzeczach. Przez ostatni rok analizowaliśmy z kolegami i koleżankami z marketingu politycznego i socjologii sytuację Pawła Adamowicza. On był poddawany dokładnie takim samym zabiegom jak dzisiaj marszałek Senatu Tomasz Grodzki.

To nie tylko oskarżenia o łapówki, ale też o donoszenie na Polskę za granicą. Prezydentowi Gdańska zarzucano to samo, regularnie oskarża się też o to Donalda Tuska, opozycję.

Bo doszliśmy do etapu, kiedy w niewinnych “rekonstrukcjach historycznych” dzieci odgrywając sceny z Oświęcimia, udają gazowanie. Myślę, że politycy muszą się w końcu zastanowić, bo to nigdy nie działa w jedną stronę.Coś, co teraz jest pałką w naszych rękach, może być kiedyś w innych i sami odczujemy to na własnej skórze ze zdwojoną siłą. To jak bumerang.

Widać to we współczesnym świecie, nie tylko w Polsce, chociaż trzeba przyznać, że obecna ekipa rządząca przekracza wszelkie bariery, łącznie z tym, że posługuje się jawnym kłamstwem. Już nie silą się na mijanie się z prawdą czy gdybanie. Premier mówi, że sędziowie zostali wykształceni przez komunistów i przejęli ich poglądy. To już nie jest donoszenie na Polskę w “Die Welt”, tylko analiza sytuacji. Nie ma żadnego poczucia wstydu, ani co gorsze, nie ma przewidywania przyszłości – do czego to może doprowadzić.

Do czego?

Do wykańczania przeciwnika politycznego. Pytanie, ile wytrzyma marszałek Grodzki i jego otoczenie, ale ten czarny marketing polityczny przekłada się też na osoby, które na co dzień nie zajmują się polityką. Takiej wersji jeszcze nie mieliśmy.

Niszczy się wszystkie struktury społeczne, niszczy autorytety, jasne widzenie świata, co powoduje zaburzenie relacji i komunikacji, które są fałszywie odczytywane, co prowadzi do bezradności.Dzieje się tak, bo ludzie nie mają narzędzi, żeby to nazwać i sprawdzić, zaczną więc udawać się na emigrację wewnętrzną. Pozostali bliżej władzy, np. obsadzeni w spółkach Skarbu Państwa, zaczną się urządzać w przysłowiowej d… o której mówił Kisielewski. Zatem znowu zaczynamy produkować na skalę państwową ludzi, którzy dla świętego spokoju będą konformistami.
Marszałek Grodzki jest jaskrawym przykładem, jak działa ta machina – to szukanie haków, apele CBA o donosy. Wobec sędziów od dawna prowadzona jest ta sama działalność, tylko w wersji trochę bardziej soft?
Sędziów jest po prostu więcej. Jesteśmy świadkami kuriozalnych sytuacji, kiedy funkcjonariusze państwowi, jak ministrowie, obrażają publicznie sędziego za to, że przeszedł się w naszej sprawie – wszystkich obywateli – w marszu. Za to jest postponowany przez urzędników państwowych i dziennikarzy usłużnych władzy, którzy opowiadają steki bzdur. U sędziów ma to jeszcze jedną konsekwencję – sprawy dyscyplinarne. To są tzw. miękkie represje, które będą się sprowadzały do tego, że ludzie będą tracić pracę albo będą musieli się naginać do systemu. To jest bardzo niebezpieczne, bo jeśli zostanie złamany kręgosłup młodych sędziów, to konsekwencje będą długofalowe i marnie nam to jako krajowi wróży.

Do tej pory marketing polityczny kojarzył się ze słynną debatą Kennedy-Nixon, z niebieską koszulą u polityka czy ze sprawnym spotem wyborczym. Czy dziś pojęcie “marketing polityczny” nabiera innego znaczenia?

To jest ciągle marketing polityczny, bo ciągle są wywieszane billboardy, a politycy chodzą do mediów, są hasła i slogany. Natomiast warto popatrzeć na to, co czeka nas w najbliższych miesiącach. Władza doskonale zdaje sobie sprawę, że wybory prezydenckie w maju są kluczowe. Spodziewam się niestety bardzo brutalnej kampanii. W zasadzie będą panować reguły uliczne, czyli bardziej brak reguł. Pan prezes Kaczyński napisał do działaczy w Rzeszowie, że domaga się, aby Andrzej Duda wygrał w I turze, zatem cały ogień pójdzie już od samego początku. Na dziś wszystko wskazuje na to, że dojdzie do II tury i wejdzie do niej oprócz obecnego prezydenta kandydatka KO Małgorzata Kidawa-Błońska.

To będzie oznaczać, że w II turze odbędzie się plebiscyt: opozycja kontra siły ciemności czy demokracja kontra autorytaryzm. Tu wkracza nam marketing polityczny, który podpowiada, że lepiej jeżeli uda się wygrać w I turze PiS-owi, bo opozycja będzie w niej rozproszona.

Gdzie jest granica miedzy marketingiem politycznym a manipulacją?

Marketing polityczny kończy się wtedy, kiedy z wywierania wpływu przechodzimy do propagandy. Propaganda jest nastawiona na niszczenie ludzi, a nie na idee, myśli, programy. To nie jest wyśmiewanie tego, co drugi uważa, tylko tego, jaki jest: za gruby, za chudy, za wysoki, jąka się, a w ogóle to nie jest prawdziwym Polakiem, bo donosi na Polskę i bierze łapówki. To atak personalny na człowieka, a nie na wartości, poglądy. Wtedy jesteśmy obiema nogami w autorytaryzmie albo w totalitaryzmie, w zależności, jak daleko to będzie posunięte.

Warto zwrócić uwagę w tym kontekście na 2 mld złotych dotacji na telewizję partyjną, kiedy przez 28 lat WOŚP zebrał 1,2 mld. To pokazuje dobrze skalę i determinację. To też pokazuje, jak bardzo władza musi się bać, że prezydentem nie zostanie Andrzej Duda i jak daleko się posunie, aby mu reelekcję zapewnić. Cały aparat państwa, spółki skarbu państwa plus media będą o to walczyć.

Jest szansa na “normalną” debatę w tzw. mainstreamowych mediach czy nawet tam to będzie wypaczane przez speców od marketingu politycznego?

Dziś media mainstreamowe oznaczają zupełnie coś innego, niż jeszcze 5 lat temu. Media mainstreamowe to dziś TVP, TVP Info, wszystkie kanały Polskiego Radia, a nawet Polsat. Zresztą ten ostatni to bardzo przykry obrazek. Powiem szczerze, że smutno patrzeć, jak nieźli dziennikarze zostają odsuwani od anteny albo łamani. Zostaje zatem internet, TVN, parę stacji radiowych, ale widać dokładnie, że siła przesunęła się na druga stronę.

5 lat temu widzieliśmy w wykonaniu PiS-u bardzo dobry marketing polityczny. Andrzeja Dudę wyciągnięto z trzeciego szeregu, skalkulowano, co trzeba zrobić, gdzie pojechać, co opowiadać, co prawda mijając się z prawdą, bo jeszcze nie kłamiąc, ale to był marketing polityczny. Dziś skoro władza stoi przed dylematem “albo ty albo ja” i wszyscy czekają na to, co pokaże Cezar z Nowogrodzkiej – czy uniesie kciuk do góry, czy skieruje w dół w geście “dobij” – to przestaje już mieć znamiona marketingu politycznego, a robi się z tego walka gangów.

Jak można się bronić przed manipulacją polityczną?

Niestety jest to trudne. Przez ostatnie 30 lat nie wypracowaliśmy większości społeczeństwa obywatelskiego, które rozumie pewne procesy. Oczywiście można ponarzekać, że mamy za dużo kanałów komunikacji, ale z drugiej strony to może być też paradoksalnie ratunkiem. Wielość źródeł daje możliwość sprawdzania i warto z tego korzystać. Polecam też rozmowę z kimś, komu ufamy, kto się, być może, lepiej zna. Zadawajmy ludziom pytania otwarte, nie pozostawajmy w swojej bańce. Weryfikujmy informacje.

Rozumiem, że można mieć poczucie beznadziei, szczególnie kiedy dochodzi do naszego domu tylko TVP Info, gdzie “Dziennik telewizyjny” leci niemal 24 godziny na dobę, ale można i warto poszukać w Internecie, posłuchać różnych stacji radiowych. I zachowajmy zdrowy rozsądek. Jeżeli kogoś znamy od 20 lat, to nie wierzmy, że zrobił coś złego, bo ktoś tak powiedział, bo za nim świadczy całe jego życie. Warto o tym pamiętać.

Sposób na sprawę marszałka Grodzkiego?

Zasianie wątpliwości to cel propagandy. Przypominam, że sprawa marszałka Grodzkiego zaczęła się od pana Karola Guzikiewicza, który jest radnym PiS-u i który powiedział, że “słyszał do kogoś o łapówkach”, potem się z tego wycofał, pewnie dlatego, że się przestraszył, ale oskarżenie poszło, machina ruszyła i w efekcie PiS domaga się, aby marszałek Grodzki odszedł. To, co się wokół niego dzieje, pokazuje też, jak bardzo PiS się go boi, że to pierwszy człowiek, który przeciwstawił się rządzącym, także dlatego, że oprócz osobowości ma też narzędzia do tego. W epoce głupiego prawa i pogardy stoi kością w gardle rządowi.

Pożyteczny Trump

Lata temu ukuto termin pożyteczny idiota. W myśl definicji to taki ktoś, kto sądząc, że robi dobrze, działa na rzecz tych, przeciwko którym występuje.
Czyli wypisz, wymaluj prezydent USA.

Parę miesięcy temu Trump mocno zaangażował się w sprawę protestów w Hongkongu. Jego zdaniem… to on uratował Hongkong.
– Gdyby nie ja, Hongkong zostałby unicestwiony w 14 minut. Gdyby nie ja, tysiące ludzi byłoby zabitych w Hongkongu i nie byłoby żadnych zamieszek, byłoby państwo policyjne – powiedział prezydent USA w wywiadzie dla stacji telewizyjnej Fox News.
Trump wyjawił przy tej okazji, że prezydent Chin Xi Jinping „ma milion żołnierzy stojących pod Hongkongiem”.
– Nie wkraczają tylko dlatego, że powiedziałem mu: „proszę nie rób tego, bo zrobisz wielki błąd, będzie to miało niezwykle negatywny wpływ na porozumienie handlowe”.
Demonstranci oskarżani przez Pekin zaczęli więc protestować jeszcze bardziej, co upewniło Chińczyków w tym, że za wydarzeniami w autonomiczneym obszarze stoją Amerykanie. Czyli enuncjacje prezydenta USA wsparły linie propagandową władzy.
Teraz, gdy po przyznaniu się Iranu do zestrzelenia Ukraińskiego samolotu, w Teheranie demonstrują setki Irańczyków oskarżanych przez ajatollachów o bycie agenturą amerykańską, Trump wyskakuje z twittem po irańsku.
„Do odważnych, cierpiących mieszkańców Iranu: byłem po waszej stronie od początku mojej prezydentury i nadal będę was wspierać” – napisał na Twitterze Donald Trump. Ostrzegł też władze Iranu: „Nie może być kolejnej masakry pokojowych demonstrantów. Świat patrzy”,
Prezydent USA albo nie ma pojęcia, że robi demonstrantom niedźwiedzią przysługę, albo ma ich tam gdzie zdradzonych przez siebie Kurdów

Chytry plan

Obecny rząd obniżył dla obywateli podatek PIT i CIT dla przedsiębiorstw. Obywatelom i firmom zrobił dobrze, ale beneficjentami tych podatków są przede wszystkim samorządy. Oznacza to, że do kas gminnych wpłynie mniej pieniędzy.

I dalej. Rząd dał podwyżki nauczycielom i bardzo dobrze, ale nie przekazał gminom pieniędzy na te podwyżki co jest jego (rządu)ustawowym obowiązkiem. Rządy od dawna skąpią obligatoryjnych pieniędzy na oświatę. Te luki uzupełniają samorządy z własnych pieniędzy oszczędzając na innych wydatkach. Rząd jednak nie obniżył, a obiecywał, np. podatku VAT. Bo ten zasila budżet państwa i wtedy na rządowe programy socjalne zabrakło by pieniędzy.
Będzie więc tak. Samorządy, którym zabrano wpływy ze wspomnianych podatków, a podwyższono np. ceny energii elektrycznej, a inne koszty też, np. inwestycji, szybują do góry, będą zmuszone do cięć w budżetach i uchwalania nowych podwyżek. To oczywiście wywoła niezadowolenie obywateli. Rząd wtedy powie. Obywatele widzicie jak jest. My wam zmniejszamy podatki, a samorządy, przecież nie przez nas głównie zarządzane, podwyższają wam ceny na wszystko co tylko możliwe. Kto tam będzie dochodził prawdy dlaczego tak się dzieje. Rząd jest dobry, bo obniża podatki, a samorządy są złe. bo podwyższają ceny gdzie się tylko da. Więc kto jest lepszy? Centralna władza PiS-owska, czy samorządowa niePiS-owska?
I taką narrację pewnie już szykuje na nowy rok rządowa propaganda. Dla wielu będzie to bardzo przekonywujący argument.

Oni po prostu tacy są

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości.
Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna.

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości. Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna. W pociągu TLK relacji Poznań-Warszawa spotkałem faceta zagłębionego w lekturze „Do Rzeczy”. Ja miałem „Politykę”. Co w tym nadzwyczajnego, powiecie, ludzie czytają różne tygodniki? A jednak spostrzegłem coś ciekawego: obaj czytaliśmy o tym samym – o marszałku Senatu. Wymieniliśmy się gazetami. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, co do powiedzenia na temat Tomasza Grodzkiego mają Kamila Baranowska i Rafał Kalukin. Wymieniliśmy następnie uwagi, po czym wróciliśmy do swoich myśli. I wtedy bum! Doznałem tej iluminacji. Zrozumiałem, jaki jest cel projektu politycznego pt „Tomasz Grodzki – marszałek Sejmu”.
Tomasz Grodzki, kombinowałem, jest odpowiedzią Platformy Obywatelskiej na ofensywę z lewej strony sceny politycznej. Schetyna wie co najmniej od eurowyborów, że nie jest w stanie zastopować epatującej energią, pomysłowością i zandbergowską świeżością Lewicy, a więc porzuca tę stronę i skupia się na walce o inne sektory rynku wyborczego. Najpierw skupił uwagę elektoratu PO na konserwatystce Kidawie-Błońskiej, teraz do gry wchodzi dystyngowany pan lekarz. Podczas orędzia oznajmia, że zamierza przynieść ulgę zmęczonym polityczną awanturą. Wyważony, spokojny, odpowiedzialnie szafujący słowem. On zna lekarstwo na choroby polskiego parlamentaryzmu. Zamierza być uczciwy. Nie to, co inni. Nie jest totalniakiem, to człowiek gotowy do współpracy, dla dobra Polski. Mówi z sensem, dlaczego mielibyśmy mu nie wierzyć? W końcu facet to nieskażony uczestnictwem w tzw. wielkiej polityce. Dobra, swojego czasu postulował prywatyzowanie szpitali, ale wieść o tym nie rozeszła się poza bańkę lewicową oraz prasę skrajnie prawicową, rozpłynęła się w masie doniesień wokół kampanii.
Teraz Grodzkiego ma szansę poznać szersze grono odbiorców. Wiadomo więc już, że jest również przykładnie konserwatywny. Ale ze zdrowym rozsądkiem, Przeciwnik aborcji, och przepraszam zwolennik kompromisu. In vitro? Oczywiście. Związki partnerskie? Tak, bo najwięcej z nich tworzą kobieta i mężczyzna. Marihuana? Dla pacjentów, nie dla ćpunów. Wolnorynkowiec. Model szwedzki? Przecież tam pożoga i upadek obyczajów. A zatem Grodzki to idealne narzędzie do otwarcia Platformy Obywatelskiej na elektorat centrum i umiarkowanie konserwatywny. Sprytne kierownictwo wie, że o tę grupę musi teraz rywalizować nie tylko z PiS i Porozumieniem, ale również z PSL. Skażona aferami partia sięga po człowieka budzącego zaufania i robiącego wrażenie wiarygodnego. Kierownictwo PO wie też, że PiS będzie w tej kadencji tracić, a więc wykonuje gest otwarcia na elektorat prawicowy. Mądre i racjonalne, prawda?
Ukąszenia mądrości mają jednak to do siebie, że nie zawsze prowadzą do mądrości. Wydaje się, że nadeszło zrozumienie, a jednak gówno nadeszło. Tak było i w tym wypadku. Kiedy akcja przeniosła z PKP do warszawskiego mieszkania, nadeszło opamiętanie.
Dlaczego w ogóle Platforma Obywatelska miałaby wykrzesać z siebie spójny i racjonalny przekaz zorientowany na konkretny cel? Przecież nie potrafiła tego zrobić przez 18 lat istnienia. Partia, która rządziła przez dwie kadencje, nie była w stanie stworzyć choćby zrębów warunków do utrwalenia własnego panowania. Kompletnie nie potrafiła przez ostatnie lata rządów czytać nastrojów społecznych, otwierała pola konfliktu, zaniedbywała nabrzmiałe problemy, raziła arogancją. Jako opozycja też nie miała też na siebie pomysłu, dając tylko nieco bardziej sprawnemu politycznie PiSowi pole do popisu. Jakie wartości w ogóle są ważne dla jej polityków? Żadne. Co ich napędza w polityce? Odmawianie innym prawa do stabilności? Pogarda klasowa? Chyba raczej poczucie wyższości, świadomość tego, że są w społeczeństwie ludzie ubożsi od nich, a więc w ich przekonaniu głupsi. To daje im moc.
Znajoma, która miała okazję objechać kraj z działaczami PO, opowiedziała mi, jak zachowywali się wobec zwykłych ludzi. Oto przyjechałem ja, ważny pan poseł, zrobiłem to dla was, ruszyłem się z Warszawy, żeby tu z wami posiedzieć, więc doceńcie to robaki i nie zawracajcie mi dupy Waszymi pierdołami. Sam zaś byłem świadkiem, jak posłanka Joanna Mucha, podczas debaty zorganizowanej przez Kulturę Liberalną utyskiwała, że spotkania z wyborcami to niebezpieczna sprawa, bo ludzie są niemili, a i agresywni bywają. Ciekawe czemu, prawda? I dlaczego partia złożona niemal wyłącznie z ludzi o takim podejściu miałaby teraz błysnąć genialnym ruchem z marszałkiem Grodzkim?
Otóż nie błysnęła. Wybrali Grodzkiego, bo się jako tako nadawał, dobrze się prezentuje, ma tytuł profesorski i był do tej pory człowiekiem spoza. W sprawach światopoglądowych jest odbiciem linii partii. Rafał Kalukin z „Polityki” który twierdzi, że „za sprawą marszałka Grodzkiego i senackiej większości zdarzyła się szansa na wyeksponowanie odmiennego porządku wartości, nowej wrażliwości i języka. A to już spory kapitał do przyszłej zmiany politycznej”, zaniemógł na przypadłość, która przydarza się czasem każdemu komentatorowi politycznego – potrzebę odnalezienia misternego planu, racjonalnego schematu działania, którego błyskotliwą dekonstrukcję można potem roztoczyć przez czytelnikami. Tu nie ma żadnego planu, oni po prostu tacy są.

Blamaż komisji weryfikacyjnej

Prawo i Sprawiedliwość utworzyło tę komisję dla celów propagandowych, aby zwiększyć swe poparcie w słupkach sondaży. I to akurat zadanie zostało wykonane z powodzeniem.

Aż 17 orzeczeń unieważniających reprywatyzację budynków warszawskich, które przyjęła komisja weryfikacyjna, zostało dotychczas uchylonych przez Wojewódzki Sąd Administracyjny.
Nie znaczy to, że decyzje reprywatyzacyjne unieważnione przez komisję weryfikacyjną były prawidłowe. Przeciwnie, te działania urzędników prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz były oczywistą grandą i bezprawiem.
Problem jednak w tym, że Komisja Do Spraw Usuwania Skutków Prawnych Decyzji Reprywatyzacyjnych Dotyczących Nieruchomości Warszawskich Wydanych Z Naruszeniem Prawa (bo tak brzmi jej pełna nazwa) sama nie umiała ani nie chciała stosować obowiązującego prawa – i działała tak nieudolnie, że jej orzeczenia nie miały szans, by ostać się przed sądem.
W oczywisty sposób obciąża to byłego przewodniczącego komisji Patryka Jakiego, dla którego stała się ona wehikułem wnoszącym go do europarlamentu, oraz obecnego przewodniczącego Sebastiana Kaletę, któremu znakomicie pomogła w zostaniu posłem do Sejmu. Obciąża to także PiS – owską większość komisji, przyjmującą orzeczenia, uchylone potem przez WSA (choć niekiedy, w imię tępego populizmu, do PiS przyłączali się i członkowie komisji pochodzący z innych ugrupowań).
Warto przypomnieć, że gdy przygotowywano przepisy o komisji weryfikacyjnej, zastanawiano się, czy od jej decyzji powinny przysługiwać odwołania do sądów powszechnych, czy też do administracyjnych. Teoretycznie była tu możliwość wyboru, ponieważ komisja weryfikacyjna nie jest typowym organem administracyjnym.
Liderzy PiS ostatecznie zdecydowali się na zapisanie w przepisach drogi odwoławczej do sądu administracyjnego. Uznali bowiem, że sądownictwo to jest opanowane przez nich w większym stopniu niż sądownictwo powszechne, więc zagwarantuje w miarę szybkie wydawanie wyroków zgodnych z oczekiwaniami komisji. Rozumowali słusznie, ale nie wzięli pod uwagę skali braku kompetencji i nieumiejętności stosowania prawa, panującej wśród PiS-owskiej większości w komisji weryfikacyjnej. Okazało się, że naruszenia przepisów przez komisję były tak znaczące, że nie mógł ich zaakceptować nawet sąd uważany za przychylny wobec obecnej ekipy.
Pisowscy prominenci, odpowiedzialni za ten blamaż komisji, oczywiście nie mają sobie nic do zarzucenia. Jedyna refleksja do które są zdolni jest taka, że to wszystko wina sądu administracyjnego.
Można zrozumieć ich dobre samopoczucie. Dla Prawa i Sprawiedliwości, jako klasycznej partii postkomunistycznej, najważniejszy jest efekt propagandowy, a nie rzeczywisty. Propagandowo zaś, komisja weryfikacyjna znakomicie spełniła swe zadania. Pewnie teraz będzie się więcej mówić o jej błędach, ale to już bez znaczenia, bo wybory przecież minęły.
Z działaniami komisji weryfikacyjnej ściśle koresponduje to, jak ekipa rządząca zachowywała się w sprawie tragicznej śmierci działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej. W 2016 r, po objęciu rządów przez PiS minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oświadczył, że są nowe dowody dotyczące tej zbrodni i śledztwo zostaje wznowione. Żadnych nowych dowodów oczywiście nie było, a prokuratura wykonywała głównie działania pozorujące, po to, aby wznowionego śledztwa nie umorzyć za wcześnie.
Zadanie zostało wykonane, PiS zyskało propagandowo na obietnicach dotyczących wyjaśnienia tragedii, budujący swą karierę Patryk Jaki uczcił wiosną tego roku ósmą rocznicę śmierci Jolanty Brzeskiej. Teraz więc władza może już spokojnie umorzyć wznowione śledztwo…

Narzucanie pisowskich narracji

– Kryzys demokracji w Polsce zaczął się od ataku PiS na Trybunał Konstytucyjny, ale to, co się dzieje w głowach ludzi, stanowi jeszcze większe zagrożenie dla demokracji. Instytucje można odbudować i naprawić, zniszczeń mentalnych odwrócić tak łatwo się nie da – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Wrogowie Banasia mogą się daleko posunąć, aby go skompromitować – skomentował aferę szefa NIK-u prezes Kaczyński. Jest pan zdziwiony słowami i postawą prezesa?

JACEK KUCHARCZYK: Zupełnie nie. Zresztą już podczas emisji programu “Superwizjera” pomyślałem, że najbardziej prawdopodobna linia obrony będzie taka, że to ciemne siły próbują ugodzić w urzędnika, który ścigał mafię VAT-owską. To przewidywalna PiS-owska narracja. Wcześniej stosowano tę samą strategię przy pozostałych aferach, które z pewną regularnością wybuchają w Polsce.

Przyzna pan, że w tym przypadku ta strategia jest ryzykowna. Ktoś, kto miał ścigać mafie VAT-owskie, sam oszukiwał w kwestii podatków.

Wygląda na to, że pan Banaś sam praktykował “optymalizację podatkową”, z którą miał walczyć jako wiceminister, a potem minister finansów. Prezes udaje, że tego nie widzi, licząc, że część wyborców PiS-u też tego nie zobaczy. Jednak fakty w tej sprawie są jednoznaczne. Gdyby chcieć bronić pana Banasia, trzeba by wejść w dysputę z faktami, co z góry oznacza straconą pozycję. Dlatego trzeba całościowo wziąć te fakty w nawias i zmienić temat konwersacji.
To strategia, którą PiS stosuje zawsze, kiedy fakty są nie do obrony. Wtedy zawsze słyszymy, że dana historia jest całkowicie fałszywa, bez wdawania się w szczegóły i kłopotliwe pytania. Historia jest w tej narracji całościowo wymyślona przez wrogów władzy, która jest dobra i dba o budżet. Druga strategia, którą PiS w podobnych sytuacjach stosuje, to “na przeczekanie” – czyli urlop pana Banasia. Dziś już wiemy, że to fałszywy urlop, bo zanim pan Banaś na niego poszedł zrobił czystkę wśród zastępców prezesa NIK-u i wprowadził tam swojego człowieka. Trzecim elementem tej strategii, tym razem skierowanym dla mniej zdecydowanych zwolenników PiS-u, jest symetryzm, czyli powtarzanie, że “Kwiatkowski nie był lepszy”. To klasyczny element rozwadniania skandalu, który wcześniej widzieliśmy przy okazji lotów marszałka: Kuchciński co prawda odchodzi, ale winny jest Tusk, bo latał więcej.
Na razie położony jest nacisk na strategię pójścia w zaparte, bo wkrótce wybory i nie można zasiać w sercach zwolenników pis-u niepokoju.

Czy ta strategia zadziała? Czy to nie jest za dużo nawet jak na wyborców PiS-u?

Jeżeli wierzyć ostatnim badaniom nt. cynizmu wyborców PiS-u, to ci wyborcy są w stanie wybaczyć władzy “korupcję polityczną”, czyli działanie nieprawne, ale na korzyść swojego obozu politycznego, natomiast gorzej jest z wybaczaniem korupcji prywatnej. Tu mamy do czynienia z działaniem na własną korzyść, połączoną z nepotyzmem, dlatego okoliczności tej historii, a wiele mamy tu bulwersujących faktów, mogą zachwiać wiarą w słuszność działania władzy wśród tych, którzy są gotowi dziś na nią głosować.

Czy możemy doszukiwać się analogii do poprzednich rządów PiS-u? Wówczas kumulacja afer doprowadziła do przegrania wcześniejszych wyborów przez PiS.

Przede wszystkim nie widzę analogii, którą często symetryści podnoszą – z czasami PO.
Nie da się porównać sprawy z zegarkiem Nowaka do afery Banasia. To sprawy zupełnie innego kalibru, inne były reakcje opinii, działania organów państwa czy reakcje samych zainteresowanych.
Jest tez spora różnica pomiędzy pierwszą kadencją PiS-u a tym, co się dzieje dzisiaj. Proszę przypomnieć sobie reakcje opinii publicznej na prowokację CBA w sprawie posłanki Sawickiej, kiedy właściwie stało się dla wszystkich jasne, że była to akcja polityczna. Podobnie zadziałała akcja werbowania przez PiS posłów Samoobrony. Wówczas oburzenie było duże i w mediach, i w opinii publicznej. Przyczyniło się to do porażki PiS w tamtych przyśpieszonych wyborach.
Z drugiej jednak strony jeżeli przypomnimy sobie ostatnie tygodnie przed wyborami w październiku 2007 roku, to także wtedy wielu analityków głosiło, że wybory wygra PiS. Zwycięstwo PO było dla wielu zaskoczeniem. Do tej pory pamiętam okładkę “Newsweeka” zapowiadającą wywiad ze znaną politolożką i tytuł “10 powodów, dla których PiS wygra wybory parlamentarne”. Potem okazało się, że PiS przegrał i to bardzo wyraźnie. Zadecydowała o tym mobilizacja dotychczas biernych wyborców i skok frekwencyjny, który dokonał się w ciągu dwóch lat.
W 2005 roku PiS wygrało wybory przy frekwencji niecałe 41 proc., A dwa lata później frekwencja wynosiła prawie 54 proc. To był nieoczekiwany fakt, który spowodował, że nikt nie potrafił trafnie przewidzieć wyniku wyborów.
Tu mamy trochę analogiczną sytuację. Większość sondaży pokazuje, że PiS te wybory wygra, ale ta niepewność wokół frekwencji jest jednak duża. Pytanie, czy partiom politycznym uda się zmobilizować ludzi. W wyborach europejskich zaskoczyła nas silna mobilizacja wyborców w regionach wiejskich i matecznikach PiS-u. To wówczas zaskoczyło analityków, ale to nie musi się powtórzyć w następnych wyborach. Ich wynik nie jest jeszcze przesądzony.

Co się stało z nami jako społeczeństwem, że kolejne, coraz gorsze i groźniejsze afery nie robią wrażenia?

Społeczeństwo jest bardzo podzielone i ta polaryzacja społeczna spowodowała, że okopaliśmy się w obozach politycznych. Przyznam też, że nie uważam za uprawnioną tezy, że generalnie społeczeństwo zaakceptowało taki sposób sprawowania wiedzy. Jak patrzymy na badania poparcia dla partii, ale też na stosunek do polityki PiS-u, to widać, że na ogół społeczeństwo jest politycznie podzielone po równo: jest tyle samo zwolenników, co przeciwników partii rządzącej. Jest też grupa niezdecydowana i można powiedzieć, że w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z tak dużymi zagrożeniami, to niezdecydowanie jest de facto wsparciem dla status quo. Taką postawę trafnie określa się politycznym cynizmem, który przejawia się biernością wobec tego, co dzieje się w strefie publicznej. Łączy się to z przekonaniem, że póki gospodarka dobrze funkcjonuje i dostajemy pieniądze od rządu, to nie ma po co zmieniać władzy, bo wszyscy politycy są równie źli. To tzw. zdrowy rozsądek politycznego cynika.
Taki cynizm, który głosi równy dystans do wszystkich sił politycznych, w praktyce jednak działa na korzyść PiS-u.
Poważnym problemem jest obecnie nieumiejętność odróżnienia wiarygodnych i niewiarygodnych źródeł informacji. Próbuje się opisywać to zjawisko przy pomocy pojęć postprawdy i fake newsów. Te pojęcia wymyślono dla opisu metod dezinformacji stosowanej przez populistów w typie Trumpa, Borisa Johnsona czy Kaczyńskiego i Orbána. Tymczasem sami populiści błyskawicznie zaczęli używać tych pojęć dla własnych celów, szczególnie kiedy doszli do władzy. Dziś słyszymy o potrzebie wprowadzania cenzury pod pozorem walki z fake newsem i postprawdą. To całkowite odwrócenie tego pojęcia, które dodatkowo pogłębia mętlik informacyjny, w którym żyją obywatele demokracji zarażonych wirusem populizmu.

Co powinna wobec tego robić opozycja?

Przyznam, że potrafię jedynie sformułować ogólną zasadę postępowania, ale nie mam złudzeń, że da się wymyślić jakąś cudowną receptę na populizm i autorytaryzm. Opozycja powinna wykorzystać wszystkie bulwersujące fakty i całą wiedzę o sposobie działania obecnej władzy, żeby przekonać obywateli, że cynizm prowadzi ten kraj do katastrofy. Trzeba tę wiedzę o faktach i ich konsekwencjach tak zakomunikować, żeby wynikała z niej gotowość do udziału w życiu publicznym, szczególnie w tym najważniejszym aspekcie, czyli akcie wyborczym.
Zmobilizować tych, którym wydaje się, że jest wszystko jedno, kto nami rządzi, i pokazać, że status quo jest dla nich i dla polski niebezpieczne.

Jak zaktywizować niezdecydowanych wyborców? To ciągle wielka grupa.

Widzimy, że ciągle czegoś brakuje, że pomiędzy świadomością tych afer i gotowością do zagłosowania przeciwko władzy jest jakaś szczelina, której nie udaje się na razie zasypać. Opozycja musi być obecna, słyszalna, używać wszystkich kanałów dotarcia do społeczeństwa w kampanii wyborczej. Mobilizować się i szukać sojuszników w społeczeństwie. I nie dać się PiS-owi napuszczać na siebie i narzucać sobie pisowskich narracji. A cały czas to widzimy, obecnie przy okazji nagonki na „Sok z buraka”. To jest też to, o czym mówiłem wcześniej, że populiści stroją się w piórka obrońców przed hejtem. Niektórzy z opozycji dają się na to niestety nabierać i potem czytamy komentarze, jak ta opozycja niekulturalnie naśmiewa się z PiS czy – uchowaj Boże – z jego wyborców.
Wiemy już także, że same fakty nie wystarczą. Opozycja musi przekuć fakty na opowieść o “dobrej zmianie” i jej konsekwencjach.
Potrzebne są narracje zbudowane z faktów i tym opozycja powinna się różnić od populistów tworzących swoją “politykę równoległej rzeczywistości”. Z takim nastawieniem trzeba wyjść do społeczeństwa i na przykład pokazać, że afera szefa NIK to nie jest prywatne potknięcie pana Banasia, tylko problem systemu władzy, który wyniósł Banasia na najwyższe stanowiska w Polsce.

Czy możemy mówić o kryzysie demokracji?

Moim zdaniem tak. Kryzys demokracji w Polsce zaczął się od ataku PiS na Trybunał Konstytucyjny. Osłabianie demokratycznych instytucji to oczywiste zagrożenie, ale to, co się dzieje w głowach ludzi, stanowi jeszcze większe zagrożenie dla demokracji. Instytucje można odbudować i naprawić, zniszczeń mentalnych odwrócić tak łatwo się nie da
. Zdjęcie główne: Jacek Kucharczyk, Fot. Instytut Spraw Publicznych

Balon

Od wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon.

Wydaje mi się, że balon napełniany jest czterema strumieniami – kłamstwami lub negatywnym koloryzowaniem dotyczącymi naszej przeszłości, wiadomościami i fantazjami o nieustannych sukcesach osiąganych przez aktualną władzę, zapewnieniami o własnej uczciwości i bezinteresowności i bezwzględnej walce z przestępczością, oraz obietnicami dalszych wielkich zmian i realizacji niespotykanych dotychczas koncepcji inwestycyjnych, połączonych z planami podnoszenia stopy życiowej narodu do niespotykanych w historii granic.

Nie było nas

Pierwszy strumień napełniających balon informacji i opowiadań ma dwie niewzruszone podstawy – pierwszą, że po wojnie i aż do lat 80-tych ubiegłego wieku w ogóle nie było polskiego państwa. I drugą, że również później, a zwłaszcza „przez ostatnie 8 lat” przed wyborczym zwycięstwem obecnej władzy, rządzono Polską tak nieudolnie, że „kraj popadał w ruinę”, naród się nie bogacił, a „za to” rosła przestępczość i powstawały „afery” niszczące dorobek wielu ludzi. Te dwie polityczne fantazje są tak wielokrotnie powtarzane, że zwłaszcza w umysłach młodzieży i słuchającego tylko jednej opcji politycznej i dwóch stacji telewizyjnych „twardego” elektoratu, tworzą lukę, pozwalająca na łatwiejsze pranie mózgów.
Głównie na tym tle tworzy się patriotyczne legendy, gloryfikujące jednych i oczerniające innych. Hurtowo stawia się na piedestał „żołnierzy wyklętych”, mimo, że zOd wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon. naczna ich część zupełnie na to nie zasłużyła. Niemal wykreśla się z pamięci żołnierzy I i II Armii Polskiej idących ze wschodu, oraz partyzantkę Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej – nawet tych, którzy walczyli i ginęli w Powstaniu Warszawskim. Oczernia się w czambuł działaczy i polityków okresu PRLu, mimo, że niektórzy z nich – jak Gierek, Ziętek, Rapacki, a nawet Świerczewski, są pozytywnie zapisani w pamięci wielu ludzi i całych miast lub województw. Tłumaczy się młodym ludziom, którzy nie pamiętają ani PRLu, ani stanu wojennego, że wtedy „prawdziwi Polacy”, którzy byli sędziami – nie sądzili, a jak byli w wojsku – nie wykonywali rozkazów. Patriotyczni tramwajarze nie wozili doi pracy zniewolonych robotników, a lekarze nie leczyli członków partii „komunistycznej”, czyli PZPR.
W tej ofensywie bezmyślnej nienawiści do przeszłości wpada się w ipułapki zapominając, że część starszych działaczy prawicy kończyła właśnie w PRLu dobre szkoły i uczelnie, robiła doktoraty, chodziła do kabaretów znacznie odważniejszych niż obecne, i że 50% „suwerena” mieszka w masowo oddawanych wówczas mieszkaniach,. Nawet polską niepodległość w portach świata rozsławia żaglowiec, który też został wybudowany w ostatnich latach „starego” ustroju.
Same sukcesy
Drugi strumień zasilający balon to nieustanne sukcesy. Teraz wszystko jest sukcesem. „Zwycięstwo” w głosowaniu w Unii 27 do 1, rozdawanie nagród, „które się należały” a także ich późniejsze odbieranie, przyjęcie ustawy chroniącej dobre imię Polski zredagowanej w sposób obrażający innych i godzącej w wolność słowa i przekonań, a potem jej łagodzenie, wprowadzanie „dobrych zmian” w sądownictwie, które są niezgodne z konstytucją i także częściowe wycofywanie się z tych zmian. Dobre zmiany, niepokojąco podobne do wprowadzanych w niektórych krajach Europy w międzywojennym dwudziestoleciu, mają też wprowadzać inwigilację obywateli w trosce o innych obywateli, rozbudowę sił policyjnych chroniących szeroko rozumianą „władzę”, tworzenie sądów sądzących niegrzecznych sędziów, usuwanie dziennikarzy, którzy nie piszą lub mówią tego, co trzeba.
Ten strumień zasilający balon opiera się niezmiennie na fundamencie 500+. W każdej informacji o sukcesach nawiązuje się do tego, rzeczywiście dobrego rozwiązania i osładza się nim inne, socjalne osiągnięcia, które już nie są tak wyraźne. Przykładowo – coraz mniej mówi się o darmowych lekach dla emerytów. Bo też trudno znaleźć takich, którzy na tym skorzystali. Owszem – mają takie pozycje, które są za darmo, ale kilka innych znacznie im zdrożało. Saldo jest dla nich niekorzystne, płacą za leki obecnie więcej, niż poprzednio. Podobnym „sukcesem” są „mieszkania +”. Czynsze w tych mieszkaniach są podobne jak na „wolnym rynku” wynajmu mieszkań, a późniejsze „przejmowanie na własność” niepewne i prawnie skomplikowane.

Czysta, uczciwa, aryjska krew

Trzeci strumień składa się z intensywnie wpompowywanej w balon zapowiedzi, że PIS będzie bezlitośnie ścigał wszelakiej maści przestępców, że nikomu nic nie daruje, bo „wszyscy są równi wobec prawa”. Codziennie słyszymy, że komuś rano zakłada się kajdanki, wzywa do prokuratury, stawia zarzuty, grozi procesami. Skutki są słabe, bo jeszcze w miarę niezależne sądy nie są skłonne do wydawania bezpodstawnych wyroków. Nawet całkowicie apolityczna część suwerena ma też wątpliwości, dlaczego w bójce skrajnego prawicowca z demokratą winny – zdaniem prokuratora – jest zawsze ten ostatni, dlaczego lekceważy się wszelkie publiczne oskarżenia dotyczące członków lub zwolenników PISu, a za to podnieca się elektorat każdym przypadkiem pretensji o naruszenie prawa kierowanym do zwolenników „totalnej” opozycji. Policja wprowadza przy tym nowe standardy – ubieranie posągów w koszulki z nadrukiem „konstytucja” albo okrzyki „Wałęsa” są co najmniej wykroczeniem, ale maskowanie twarzy, chóralne grożenie śmiercią, nawoływanie do zachowania „czystej, białej krwi” i publiczne odpalanie rac i świec dymnych, jest tylko skutkiem nudnego i niewinnego oczekiwania w kolejce do pubu. Odnosi się wrażenie, że ogoleni na łyso młodzi ludzie, wykrzykujący obraźliwe albo całkiem bzdurne hasła, są teraz wzorcem praworządnego obywatela.
Suweren zaczyna się też dziwić, że mimo buńczucznych haseł idola prawicy, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, – co chwila wyciekają informacje o zbyt licznych i zbyt dużych nagrodach, o gigantycznych zarobkach i odprawach członków rządzącej partii, pracujących w spółkach skarbu państwa i różnego rodzaju propagandowych przybudówkach, o zajmowaniu się szefa partii interesami ważnej dla niej spółki. Mimo prób politycznego uzasadniania może też budzić zdziwienie exodus działaczy zajmujących eksponowane, ale słabo płatne, stanowiska rządowe, do parlamentu europejskiego.

Wielkie plany

Czwartym strumieniem pompowanym w balon są obietnice. W części bardzo ogólne i znane z historii od czasów cesarstwa rzymskiego, a może nawet z początków państwowości Egiptu i Mezopotamii. Kraj będzie rozkwitał, wszystkim będzie lepiej, wstajemy z kolan, więc świat będzie nas szanował i podziwiał, nikt nam nie będzie „podskakiwał”, bo będziemy potęgą militarną wspieraną przez inne potęgi. Ta największa potęga potraktuje nas niemal jak jeden ze swoich stanów, będziemy mieli ich stałe garnizony, wybudujemy im „Fort Trump”. A wszystko po to, aby wprowadzić w stan permanentnego przerażenia pewne państwo na wschodzie, które zawsze nam zagrażało, więc i teraz może mieć złe zamiary.
Te znane slogany i nowe pomysły przeznaczone głównie dla najmniej wykształconej części elektoratu, wspierane są pozornymi konkretami o nieokreślonych lub odległych terminach realizacji. Mamy więc obiecany szybki przekop mierzei wiślanej, budowę promu towarowo – pasażerskiego, który ma być nowym początkiem świetlanej przyszłości naszych stoczni, budowę tunelu podmorskiego w Szczecinie, produkowanie okrętów podwodnych, nadzwyczajnych helikopterów do spółki z Ukrainą, budowę największego portu lotniczego Europy. Radośnie też wydamy ogromne pieniądze na zakup od przyjaciół nowoczesnych wyrzutni rakiet, samolotów bojowych i innych urządzeń do zabijania. „Oglądacz” telewizji publicznej na polskiej wsi, – bo do innej najczęściej nie ma dostępu – serwującej mu takie wiadomości, wpada w euforię. Nawet nie zauważa, że balon propagandowy nad jego domem rośnie tak bardzo, że przysłania mu widok na resztę świata.

Niebezpieczny wybuch

Mam pecha. Mój nadmiernie zaawansowany wiek pozwala na historyczne porównania balonów propagandowych tworzonych w naszej najnowszej historii. Bo – bądźmy sprawiedliwi – każdy rząd i w każdym ustroju ma takie tendencje. Przed II wojną palmę pierwszeństwa miało przekonywanie społeczeństwa, że Niemców nie stać na prawdziwe czołgi i samochody pancerne, że te, które widzimy na kronikach filmowych są z dykty i z tektury. Nasza kawaleria rozniesie je w pył szablami i lancami.
W latach powojennych wmawiano nam, że gospodarka rynkowa to przeżytek, że świetlaną przyszłość zapewni nam tylko centralne sterowanie „gospodarką planową” i inwestowanie przede wszystkim w ciężki przemysł. Nie wszyscy się z tym zgodzą, ale – moim zdaniem – relatywnie najbardziej wiarygodny balon pompowano w tzw. dekadzie gierkowskiej. Mało mówiono o konieczności poprawy komunikacji Śląska z Warszawą, i względnie szybko wybudowano drogę szybkiego ruchu do dzisiaj zwaną „gierkówką”. Pokazano na wystawach małego Fiata 126p i też szybko zaczęto go produkować. Obiecywano poprawę sytuacji mieszkaniowej i rzeczywiście budowano wprawdzie małe mieszkania, – ale budowano ich dużo, w szczytowym roku 1978 – 283 tysiące. W czasach rządów PO – PSL balon był napełniany umiarkowanie i hamowany hasłem oszczędnego gospodarowania pozwalającego na utrzymanie „zielonej wyspy” na powierzchni światowego kryzysu. Ale takie dmuchanie balonu, jakiego dzisiaj jesteśmy świadkami, za mojej pamięci się nie zdarzało.
Każdy balon nadmiernie napełniany musi kiedyś pęknąć. Także balon propagandowy. Kłamstwa i kłamstewka wyjdą na jaw, znaczna część obietnic nie zostanie spełniona. Niezadowolenie obywateli będzie tłumione różnymi sposobami zapożyczonymi z doświadczeń rządów autokratycznych. Wykształcona część elektoratu rządzącej partii i tzw. milcząca większość zdają sobie z tego sprawę. Twardy elektorat wierzy we wszystko, ale i on w jakimś momencie zacznie się upominać o to, co wdmuchano do balonu. Wtedy rządzący mogą wybrać tylko jeden z dwóch scenariuszy:
– albo dostatecznie wcześnie zaczną się sami wycofywać „na z góry upatrzone pozycje”, przepraszać, łagodnieć, obiecywać poprawę,
– albo ryzykować i czekać na wybuch. Ale ryzyko jest duże. Pęknięty balon wybuchnie głośno, cały świat go usłyszy. Można stracić władzę. Perspektywa jej odzyskania oddali się na wiele lat.
Obserwacja dotychczasowych zachowań dość wąskiej intelektualnej czołówki PISu skłania raczej do przypuszczenia, że, wierząc w nieustanne poparcie i siłę twardego elektoratu oraz w widoczny sposób rozkoszując się zdobytą władzą – wybiorą świadomie, lub podświadomie, drugi wariant.
Czy jednak, mimo to, PIS może wygrać następne wybory parlamentarne? Może, bo znaczna część naszych obywateli przejmuje się tylko tym, czy zarabia lub dostaje o kilka złotych więcej i wierzy, że nasze państwo „wstaje z kolan i rośnie w siłę”.
A czy może je przegrać?. Również może, choć jeszcze w to nie wierzy. Balon propagandowy podtrzymujący władzę może też pęknąć wcześniej i spowodować trudne do przewidzenia i opanowania reakcje „suwerena” i Europy.
Proces osłabiania pozycji zjednoczonej prawicy może też przyspieszyć nie tylko w związku nadmiernym zadłużaniem państwa i utratą stabilności ekonomiczne, ale także w reakcji na trzy immanentne cechy radzącej ekipy, które też coraz mniej podobają się pozostałej części społeczeństwa. Te trzy cechy, to zupełny brak poczucia humoru i nadmiernie nerwowe przyjmowanie śmiechu otoczenia, wewnętrzna dyscyplina i posłuszeństwo procentująca zanikiem własnych poglądów, w historii cywilizacji zawsze prowadząca do jakiejś formy dyktatury, i żenująco pierwotny, irytujący hurrapatriotyzm.