Recydywa TTV-IPN

Teatr Telewizji – bilans drugiej połowy 2018 roku

Chełpliwe deklaracje, obietnice i zapowiedzi prezesa TVPiS Jacka Kurskiego i dyrektora Jedynki tejże, Mateusza Matyszkowicza, ogłaszających megalomańsko, że doprowadzili do odrodzenia Teatru Telewizji, okazały się tyle samo warte, co inne pisowskie wirtualne sukcesy i wioski potiomkinowskie, w tym groteskowy w swojej kłamliwości animowany film o Polsce jako kraju świetlanych perspektyw ekologicznych, rozpowszechniany przez rząd PiS z okazji kongresu klimatycznego w Katowicach.

 

Po bilansie przedstawień Teatru Telewizji w pierwszej połowie kończącego się roku, czas na bilans połowy drugiej, powakacyjnej, jesiennej. Generalnie można zauważyć, że zamiast obiecywanego renesansu kulturotwórczej roli telewizyjnej sceny poprzez produkcję i emisję przedstawień tekstów z zakresu polskiej oraz obcej klasyki dramaturgicznej i literackiej, a także wartościowych tekstów współczesnych, ponownie zaserwowano widzom nawrót nieco zmodyfikowanej formy, którą za poprzedniej edycji rządów PiS w TVP (2006-2007) krytycy określili mianem „teatru IPN”, a którego promotorką była ówczesna dyrektorka TTV, obecna wiceminister kultury w pisowskim rządzie, Wanda Zwinogrodzka. Mam na myśli serię widowisk według scenariuszy opartych na wydarzeniach z kręgu powojennej historii Polski, głównie, choć nie tylko, z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, czyli problematyki represji bierutowsko-stalinowskiego aparatu bezpieczeństwa przeciw żołnierzom AK, antykomunistycznym działaczom politycznym, a także tzw. „żołnierzom wyklętym” (m.in. „Śmierć rotmistrza Pileckiego”, „Inka”, „Słowo honoru”, „Stygmatyczka”, „Golgota wrocławska”).

Problem z tym cyklem przedstawień nie polegał wszakże na niewłaściwym wyborze tematyki, na pewno wartej podejmowania w jakiejś formie, lecz na skrajnie stronniczym, tendencyjnie jednostronnym ideologicznie i zredukowanym w sferze problematyki oraz ujęć tematów, a przez to radykalnie zafałszowanym obrazie sytuacji w Polsce w latach 1944-1956. Takie ujęcie wydarzeń i personaliów tego okresu sprawiło, że inicjatorzy i realizatorzy tych przedstawień popadli w zakłamanie i schematyzm podobne do tych, którymi charakteryzował się przekaz historyczny uprawiany po wojnie przez tę formację polityczną, której potępieniu służy wspomniany cykl.

 

Polityka historyczna zamiast teatru

Spójrzmy zatem wstecz na pierwszą, jesienną część sezonu 2018-2019. Rozpoczęto go (24.09) przedstawieniem „Ostatni hrabia Edward Raczyński” w reż. Krzysztofa Magowskiego, sprawnym warsztatowo, ale mieszczącym się w poetyce fabularyzowanych widowisk dokumentalnych o tematyce historycznej. W październiku wyemitowano kolejne premiery, tyle że z kręgu historii bardziej odległej – „Fryderyka”, widowisko oparte na biograficznej książce Piotra Witta „Przedpiekle sławy. Rzecz o Chopinie” w reż. Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej i spektakl „Reytan. Druga strona drzwi”, w reż. Jakuba Pączka, oparty na opowiadaniu Mariana Brandysa. Oba oparte na ciekawych wątkach, ale pierwszy został zrobiony żenująco słabo, na granicy nieudolności, a drugi, lepszy realizacyjnie i nie pozbawiony pewnej formalnej urody, też nie był jednak realizacją na wysokości podjętego zadania. Następnie odbyła się premiera widowiska „Popiełuszko” w reż. Jana Nowara.

Było to przeniesienie, dokonane z inicjatywy NSZZ „Solidarność”, hagiograficznego w przesłaniu przedstawienia z Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, a w dwa ostatnie poniedziałki października zaserwowano powtórki dwóch przedstawień historycznych – „Słowo honoru” w reż. Krzysztofa Zaleskiego z 2006 roku czyli z okresu pierwszej edycji „teatru IPN” oraz „Marszałka”, według tekstu głównego speca od tekstów dla „teatru IPN”, Wojciecha Tomczyka, w reż. Krzysztofa Langa. W listopadzie widzom TTV zaserwowano widowisko „Prymas Hlond” w reż. Pawła Woldana, specjalisty od hagiograficznych widowisk o ważnych przedstawicielach polskiego kleru katolickiego (Wojtyła, Wyszyński) i „Człowieka, który zatrzymał Rosję” w reż. Tomasza Drozdowicza, o zapomnianym deszyfrancie z 1920 roku, poruczniku Janie Kowalewskim. Grudzień rozpoczęła powtórka widowiska „Rozmowy z katem”, wg książki wspomnieniowej Kazimierza Moczarskiego, w reż. Macieja Englerta, a następnie telewizyjna premiera spektaklu „Generał”, wyreżyserowanego przez Aleksandrę Popławską i Marka Kalitę w oparciu o tekst Jarosława Jakubowskiego. W tej sytuacji rolę przedstawień klasyki spełniło „Lato” Tadeusza Rittnera, zaledwie melodramat z akcentami komediowymi oraz szczyptą refleksji egzystencjalnej, w kulturalnej i fachowej realizacji Jana Englerta oraz, na finał sezonu jesiennego, „Chłopcy” Stanisława Grochowiaka w reż. Roberta Glińskiego. Oba zostały sprawnie zrobione i nieźle zagrane przez doborową obsadę.

 

Monotonne menu – historia na jedną ideologiczną modłę

Wymienione przedstawienia były realizacjami różnej klasy profesjonalnej. Niektóre, jak widowisko o „Reytanie” uderzało niskim poziomem realizacji i bardzo złym aktorstwem. Inne, jak „Prymas Hlond”, zrealizowane na przyzwoitym poziomie technicznym, raziło jednak jednostronnym i hagiograficznym podejściem do tytułowego bohatera. Jeszcze inne, jak „Popiełuszko”, było nieznośnym przykładem teatralnej grafomanii i kiczu kościelnego w stylu przywodzącym na myśl żywoty ideologicznych świętych okresu socrealizmu. Jeszcze inne, jak „Fryderyk” miało zalążki na niezłe przedstawienie, ale zostało skażone przez minoderyjne ujęcie ciekawego tematu i niedobrą manierę aktorską niektórych wykonawców. Było też kilka realizacji w wykonaniu solidnych mistrzów jak Maciej Englert, Krzysztof Zaleski czy Krzysztof Lang.

Nie w tym zatem rzecz, że wszystkie te widowiska były złe z realizacyjnego czy artystycznego punktu widzenia, bo nie były. Podobnie jak można by wskazać kilka co najmniej ciekawych ról aktorskich. Istota formułowanych tu zarzutów w stosunku do aktualnej edycji Teatru Telewizji wypływa skądinąd. Policzmy – na dwanaście przedstawień jesiennej części sezonu TTV, siedem było widowiskami o tematyce historycznej, ale ujętej w kręgu zakreślonym przez jednostronne spojrzenie ideologiczne, w duchu prawicowej, konserwatywnej, nacjonalistycznej polityki historycznej. Do tego doszły trzy powtórki spektakli, także o tematyce historycznej. Próżno było szukać wśród tych przedstawień choćby jednego, które wyłamałoby się z tego schematu, z tego „historiocentryzmu” i podjęło którykolwiek z wątków przynależnych do znanych wielkich debat, toczonych wokół kluczowych zagadnień, sprzeczności i kompleksów polskiej kultury, problemów historiozoficznych czy kwestii społecznych. Można by rzec, że Teatr Telewizji kontynuował, choć w formie mniej jednolitej tematycznie niż „teatr IPN” z lat 2005-2007, tamtą tendencję do pokazywania jednostronnego, w duchu hagiograficznym, wybranych wątków historii Polski, z wykluczeniem jakiegokolwiek krytycyzmu i uwzględniania różnych racji. Nie tylko rząd PiS wstawał z kolan w swojej polityce historycznej i polityce budzenia dumy narodowej. Wstawał z kolan także Teatr Telewizji, oferując widzom wyłącznie jednoznacznie pozytywną, hagiograficzną, lukrowaną, bezrefleksyjną wizję i interpretację wybranych wątków polskiej historii, bez najmniejszej próby sięgnięcia choćby po samokrytyczny, fascynujący i do dziś nieprzepracowany nurt polskiej kultury, wywodzący się z wybitnych tradycji myśli Maurycego Mochnackiego, Stanisława Brzozowskiego, Witkacego czy Witolda Gombrowicza, ale także z innych źródeł. Zamiast tego serwowano widzom widowiska w duchu bogoojczyźnianych „czytanek narodowych”, całkowicie omijając nurt historycznego, krytycznego namysłu nad meandrami polskich dziejów, kultury i nad polskimi wadami narodowymi.

 

Absencja wielkiej klasyki

Nie znalazło się na ekranie TTV miejsce na jedną nawet w omawianym okresie realizację utworu z kręgu wielkiej klasyki polskiej i obcej, dawnej czy współczesnej, na Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego czy Wyspiańskiego, na Szekspira czy Moliera, ani na którąś ze sztuk Strindberga, Ibsena, Maeterlincka, Becketta, Mrożka, Gombrowicza czy Tadeusza Różewicza – nazwiska i tytuły można by długo wymieniać. Zarządzający Teatrem Telewizji przedłożyli jednostronną ideologicznie, w duchu nacjonalistyczno-klerykalnym, wersję wydarzeń historycznych, ponad mądry, wolny od przesądów namysł historiozoficzny nad ludzką egzystencją, nad Polską i nad światem, a użytkowe teksty paradokumentalne przedłożyli ponad wybitne literacko teksty dramaturgiczne, klasyczne i współczesne. Nie wiem zatem czy to, co ciągle nosi tradycyjne miano Teatru Telewizji nadal zasługuje na tę nazwę. Prawdziwy bowiem teatr, to nie agitacyjne, jednostronne i tendencyjne ideologicznie widowiska czerpane z pisanych z prawicowych pozycji podręczników do historii, lecz nade wszystko akty artystyczne, realizacje i nowe interpretacje czy nowatorskie odczytania wielkich tekstów dramatycznych i prozatorskich, oddające w ciekawej formie skomplikowane zjawiska najrozmaitszej natury.

Widowiska historyczne ze z góry założoną, ideologiczną tezą propagandową, do teatru nie przynależą, bo propaganda jest praktyką na antypodach tego, co określa się jako prawdę wypowiedzi artystycznej, jako samoistność prawdziwej sztuki, wolnej od wysługiwania się ideologiom. Może byłoby uczciwiej przenieść neo-teatr telewizji IPN do jakiegoś pasma publicystycznego, względnie pokazywać go w ramówce tematycznego kanału typu TVP Historia, zamiast oszukiwać widzów, że to co im się serwuje, jest prawdziwym, rzekomo odrodzonym po upadku, Teatrem Telewizji.

Prawda najprawdziwsza

Ciągle jeszcze wolne media uwierają prezesa Kaczyńskiego niczym cierń w bucie. Gdyby nie one, media rządowe czyli dawniej publiczne radio i telewizja bez przeszkód krzewiłyby prawdę wg PiS, choć jest ona bardzo nieprawdziwa.
Media niezależne podają swoja wersję wydarzeń, też często subiektywną, ale i tak bardziej obiektywną niż magma informacyjna wydalana przez dziennikarzopropagandzistów w PiS-owskich mediach. Walka informacyjna zaostrza się i nie media rządowe są w niej górą. Widać to po wynikach oglądalności i słuchalności. Stacja radiowa RMF FM, będąca własnością zagranicznego kapitału me słuchalność wyższą niż wszystkie programy publicznego radia razem wzięte. Słuchalność radia publicznego leci na łeb na szyję, a to oznacza, że słuchacze mają dość rządowej propagandy. Podobnie spada oglądalność publicznej telewizji. I nawet nie wiem jak Kurski by się natężał to ciężaru kłamstwa nie udźwignie, taki to ciężar.
W punktach sprzedaży zalegają stosy Gazety Polskiej, a kupowany jest tabloid Fakt wydawany przez niemieckiego właściciela. Podobny jemu treścią, z krajowym kapitałem, tabloid Superekspres, puszczający oko do PiS, pozostaje daleko w tyle. PiS-owskie czasopisma żywią się reklamami spółek skarbu państwa, a ich propagandowy personel pławi się w luksusach. Ten przepływ czytelników, słuchaczy i oglądaczy w kierunku mediów niezależnych jest dla PiS groźny. Pokazuje on, że do obywateli dociera świadomość, że są, za pomocą rządowej propagandy, manipulowani i stymulowani. Ta świadomość narasta powoli, ale narasta.
Obywatel zadaje sobie pytanie. Skoro PiS mówi tylko prawdę, a reszta to kłamcy to dlaczego ta prawda jest coraz częściej kwestionowana i budzi coraz więcej pytań i do owych kłamców czyli mediów nie PiS-owskich obywatel zwraca się w poszukiwaniu prawdy.
Nie oznacza to, że media niezależne promieniują sama prawdą. Do tego im także daleko, ale bliżej niż PiS-owi i jego propagandowym służbom.

Sprawy ważne i ważniejsze

Pan poseł Bartosz „Widelec” Kownacki napisał do premiera Morawieckiego rozdzierający apel, aby na pokładach samolotów PLL LOT pasażerowie mieli szansę zapoznać się z patriotycznym kinem – „piękną, choć bolesną, historią Polski”. Linie powinny więc zadbać o to, aby obejrzeli m.in. papieskiego gniota z Piotrem Adamczykiem w roli głównej oraz trybut dla księdza Popiełuszki, który jest produkcją o tyle sprytną, że stanowi indoktrynację o charakterze religijnym i antykomunistycznym jednocześnie. Zrobiłby więc władzy podwójną robotę.

 

Informacja o całym liście pana posła Kownackiego do premiera jest oczywiście doniesieniem czysto plotkarskim, oddaje jednak w mistrzowski sposób priorytety „prosocjalnej” władzy i prawdziwy stosunek do maluczkich, których PiS chce podnosić z kolan. Bo najprościej podnosi się w sferze deklaratywnej, machając im przed nosem plemiennymi totemami i wykrzykując hasła o tym, kto powinien zostać wykluczony z naszej wyobrażonej wspólnotowej piaskownicy. Przedmiotem troski ani posła Kownackiego ani innych tuzów prawicy nie były bowiem wartości, które przekazano pasażerom na przykład poprzez zwolnienie dyscyplinarne 67 działaczy związkowych. Przez cały czas, kiedy trwał strajk upodlonych pracowników LOT-u, pan Kownacki nie zająknął się ani słowem na temat tego, że na oczach podróżnych łamie się prawa człowieka. Ubolewa natomiast nad realną stratą dla ludzkości, że ta nie obejrzy w kolorze kolejnej przeładowanej symboliką hagiograficzną bajeczki. Tymczasem prezes Milczarski prezentował podległym mu obibokom na kontraktach, jak prawidłowo należy myć pokładowy kibel. Zapewne przy dźwiękach papieskiego orędzia z 1979 roku myłoby się go z większym poczuciem misji.

Zamiast puszczać filmy o wielkich wąsatych Polakach z czasów szabel i husarskich skrzydeł, wyklętych bandytów z lasu rozpruwających brzuchy albo zamyślonych, oderwanych od życia religiantów, co „urodzili się do świętości”, może puścilibyśmy filmy o wyzysku, albo o nowoczesnym niewolnictwie? A może coś z historii związków zawodowych, które nasza rzekomo prosocjalna władza zwalcza z całą mocą, za wyjątkiem „Solidarności” oczywiście (choć „Solidarność” nota bene w strajk pracowników LOT nie miała zamiaru się angażować bo „to nie jej spór”). Może zorganizowalibyśmy maraton dokumentów na temat wszystkich grup zawodowych, które wyszły na ulice tylko w tym roku? Może dziennikarze śledczy z telewizji publicznej nakręciliby na potrzeby kina pokładowego rzetelny materiał o wynagrodzeniach pracowników nomen omen pomocy społecznej?

Strajk w LOT się zakończył. Trwają negocjacje związków i zarządu w sprawie regulaminu płac. Potrwają do połowy stycznia. W ostatnią środę strona reprezentująca pracowników usłyszała, że kondycja spółki jest tak zła, że nie ma pieniędzy na podwyżki.

Rozumiemy oczywiście, są sprawy ważne i ważniejsze. Nikt nie będzie zawracał dupy szefowi rządu z powodu tego, że jakiś tam pracodawca w państwowej spółce poniża ludzi, grunt, żeby chciał puścić film o Wojtyle. Jak to dobrze, że parlamentarzyści zdają sobie sprawę z najbardziej palących społecznych problemów. Za to im przecież płacimy.

Nie wierzcie antykomunistom

Karol Modzelewski, uznawany za skutecznego ongiś bojownika o prawa pracownicze i inne zjawiska z gruntu miłe lewicy, awansował dość szybko na jednego z jej bohaterów w III RP. Czy z braku lepszego dżemu, czy dlatego, że nie wpisał się dostatecznie miękko w transformacyjne narracje? Chyba jednak głównie z powodu naiwności odbiorców jego komunikatów. Szkoda, że ujawnia się to po raz kolejny; tym bardziej, że nie zanosi się, by i przy tym ostrym zakręcie ktoś zechciał pokusić się o wnioski i zmiany.
Wspomniany działacz i komentator był uprzejmy niedawno zabrać głos w sprawie polskiej polityki zagranicznej i obronnej. Stwierdził, iż instalacja niezwykle drogiej bazy wojsk amerykańskich w Polsce o kuriozalnej nazwie roboczej Fort Trump to pomysł znakomity, ale ze względu na mroczne chmury PiS-owszczyzny, które zawisły nad Polską, nierealny. A dokładniej, powiedział, że byłby to projekt zbieżny z polską racją stanu, ale Duda i Kaczyński na pewno to spieprzą.
Cokolwiek zdumiewa podobna opinia z ust człowieka szczycącego się krytycznym myśleniem. Każdy bowiem, komu udało się zachować elementarną przytomność umysłu w tych dziwacznych postczasach III i IV RP zdaje sobie sprawę, że inwestycja 2 mld dolarów w jankeskie zabawy z bronią jest po prostu szkodliwym idiotyzmem. Jeszcze bardziej zaskakuje jednak konstatacja, iż prominenci PiS-u mieliby się do tego nie przyłożyć. Modzelewski myli się więc wielokrotnie i daje dowodny wyraz temu, iż cała ta jego niemal trzydziestoletnia kawalkada przeciw ułomnościom polskiej transformacji jest pustą pozą, wentylem bezpieczeństwa wkręconym w niszę.
Nikt inny przecież nie zrobi tego lepiej niż właśnie obecny rząd. Jedyną treścią „polityki”, którą prezes i prezydent proponują społeczeństwu, jest wszak emocjonalna huśtawka i żonglowanie symbolami. A jednym z najważniejszych z tychże jest fantazmat groźnej Rosji, fałszywie zreinkarnowego ZSRR, które wraz z cyrkową kopią Reagana okupującą obecnie Biały Dom, trzeba pilnie ponownie obalić. Niczego innego duet ten nie rozegra lepiej, niż właśnie kolejnego festiwalu brzdękania szabelką na Moskwę. A jeśli da się przy tym zademonstrować hiperserwilizm utrzymując komediowo-lokajską nazwę, to będzie to sukces wielkiej miary i materiał do PR-owej eksploatacji na dekady wprzód.
Natomiast twierdzenia o rzekomej zgodności rusofobicznych ekscesów za obłędne pieniądze, to dowód na myślenie magiczne, że się tak wyrażę – najgorszego sortu. W polityce jeszcze bardziej groźne od lekkodusznej, infantylnej naiwności. Jeżeli ktoś uważa, że jedna baza jankeskich wojsk w Polsce stanowi jakiś realny czynnik awersyjny dla wyimaginowanej przez chore umysły rosyjskiej nawały, to polecić można takiej osobie jedynie wycieczkę do kuchni, wyszukanie najcięższej dostępnej tam patelni i wymierzenie sobie nią ciosu prosto w czoło.
A jednak okazuje się, że Modzelewski tak właśnie sądzi. Osobiście jest mi to zupełnie obojętne, albowiem dla mnie Modzelewski nie był, nie jest i nie będzie żadnym punktem odniesienia. Reprezentuję nurt lewicy w Polsce praktycznie nieobecny – czyli lewicę nieantykomunistyczną. Ale wyobrażam sobie zgrzyty zębów i obfite bóle wiadomego fragmentu anatomii, tych, którzy żyją nadętymi ponad wszelką przyzwoitość legendami Kuronia i Modzelewskiego właśnie. Oraz, ma się rozumieć, innych eksponentów frymuśnej lewicy, która wprawdzie nie lubi PO, PiS-u, czy Balcerowicza, ale jeszcze bardziej nienawidzi PRL-u i Rosji. Ja od początku swojego świadomego życia w Polsce z radością popluwałem okazjonalnie na zachwyty i westchnienia polskiej lewicy wobec takich ośrodków jak Nowy Obywatel, Tygodnik Powszechny czy Gazeta Wyborcza oraz na jej perwersyjne do granic obrzydliwości z nimi romanse. Ich wspólnym mianownikiem jest oczywiście antykomunizm i nieodłącznie podążająca z nim w parze antyrosyjska ksenofobia. Do dziś zachodzę w głowę, czy w polskiej kulturze politycznej to pierwsze jest funkcją drugiego, czy odwrotnie.
W zbiór ten wpisują się wszyscy apologeci (nawet umiarkowani) transformacji, którzy dogmatycznie odrzucają prostą tezę, iż PRL można było reformować, zamiast wysadzać w powietrze i że III RP ze swoimi Wałęsami, Mazowieckimi, Glempami, Balcerowiczami, Niesiołowskimi, Moczulskimi oraz właśnie Modzelewskimi, Kuroniami, Bonieckimi, Michnikami, Lisami i Żakowskimi nie była żadną dziejową koniecznością, tylko politycznym wyborem. Czasy bieżące poświadczają jego głupotę i ujawniają miałkość przesłanek, tudzież krótkowzroczność planistów. Polska droga do przemian prowadzi wyłącznie do PiSlandu i nigdzie indziej. Jeśli nie zaprowadziłby go Kaczyński, zrobiłby to Modzelewski, zresztą – jak sam twierdzi – lepiej.

Swoi i obcy

Wyborczy spot PiS, w którym dobra zmiana straszy uchodźcami, krytykuje nawet Krzysztof Bosak.
Serio, nawet on uznał, że poziom propagandy serwowany przez ludzi Kaczyńskiego jest poniżej standardów nawet dla ludzi ze średnim IQ 90.

 

PiS musi się teraz naprawdę nieźle nagimnastykować, żeby ludzie jakoś zapomnieli o taśmach Morawieckiego. Po internecie krążą teraz odkopane nagrania z Elżbietą Bieńkowską, która szpetnie przeklina i wzbudza tym głęboką odrazę komentujących, ukazał się szereg artykułów traktujących o innych, pobocznych biesiadnikach od Sowy i Przyjaciół, między innymi o pani Bogusławie Matuszewskiej.
Wreszcie mamy „uchodźczy” spot, który pokazuje, że nawet stara sztuczka działa już tylko do pewnego momentu. Na palcach jednej ręki policzyć można grupy zawodowe i branże, które jeszcze dziś w Polsce nie strajkują, nie głodują bądź nie krzyczą na ulicach albo nie przychodzą odziana na czarno do pracy. Europejski Trybunał Sprawiedliwości przysala Polsce kolejne postępowanie, co za chwilę przestanie bawić juz nawet przeciwników unijnej integracji, bo spośród nich większość prezentuje się jako jednocześni zwolennicy unijnych pieniędzy.
Ale naszym największym problemem są migranci, czyhający na to, żeby zadomowić się w Warszawie z 50 liniami metra in spe rządzonej przez Patryka Jakiego. Jasne, kochamy migrantów. Wtedy, kiedy można płacić im poniżej minimalnej, a w razie czego, jeśli dostana udaru, zawału albo urwie im rękę – zostawić ich na ławce. Tych jesteśmy skłonni przyjmować w kwocie nieograniczonej.

Przemysł pogardy

Odkrywszy w sobie odrobinę masochizmu, od trzech lat dość uważnie i systematycznie śledzę prawolskie, propisowskie portale. I klnę się na Boga, w którego nie wierzę, że ten hejt, który kierowany jest w stronę PiS, to istny śpiew słowika w porównaniu z kloacznym rynsztokiem i przemysłem pogardy, jaki wylewa się ze strony zwolenników „dobrej zmiany”.

 

Jeśli PiS wygra najbliższe starcia wyborcze uzyskując samodzielną większość, to rozpęta takie piekło, że obecną kadencję wspominać będziemy rozrzewnieniem jako łagodny czas poszanowania demokracji, praw i wolności obywatelskich.

 

Przemysł pogardy

Zgodnie z zasadą „łapaj złodzieja” pisowcy zawsze podnoszą głośne larum, gdy spotka ich jakakolwiek krytyka z drugiej strony. Cechuje ich w tej mierze hiperwrażliwość na miarę andersenowskiej księżniczki na ziarnku grochu – uwiera ich nawet małe ziarnko umieszczone pod stosem poduszek. W tym celu wymyślili określenie „przemysł pogardy”. Kilka lat temu ukazały się dwie książki zorientowanego propisowsko autora Przemysława Kmiecika o „przemyśle pogardy”, który po 10 kwietnia 2010 roku miał być skierowany przeciwko osobie Lecha Kaczyńskiego i przeciwko środowisku politycznemu jego brata. Nie wiem, kto je wymyślił, ale w środowisku pisowskim bardzo się ono przyjęło i chętnie jest przywoływane. Bardzo dobrze pamiętam jednak, że to, co nazywali i nazywają „przemysłem pogardy”, było na ogół w gruncie rzeczy ostrą krytyką, czasem satyrą z akcentami szyderstwa, co najwyżej w wyższej strefie stanów średnich natężenia. Poza Januszem Palikotem, który pozwalał sobie na znacznie od przeciętnej ostrzejszą „szyderę”, pozostałe treści antypisowskie i czy antykaczystowskie mieściły się w szeroko pojętej normie politycznej satyry. Tymczasem kaczyści, co rusz wołając: „przemysł pogardy” i „łapaj złodzieja” otworzyli szeroko tamy takiemu kloacznemu rynsztokowi za którym jest już tylko zapach krwi i prochu.

 

Dwa przykłady

W swoim programie „Nie ma żartów” Eliza Michalik rozmawiała kilka dni temu z pisarką Marią Nurowską. „Dla mnie Kaczyński jest wydestylowanym złem”, „Kaczyński ma jedno zadanie: zemsta. Mści się na nas za to, że mu zabito brata. Zabili mi brata, to teraz ja ich wykończę”, „strasznie mnie razi u nich prostactwo i brak poczucia humoru”, „PiS kieruje ofertę do ludzi nieinteligentnych, do dołów społecznych, te ich doły społeczne przekupili 500 plus”, „oni ten pisowski reżim zbudowali na kłamstwie” – to niektóre tylko cytaty z wypowiedzi Nurowskiej. Można się zgadzać z tymi wypowiedziami, można nie, można mieć co do niektórych wątpliwości, ale mimo to powyższe sformułowania mieszczą się w ramach kultury słowa, bez inwektyw czy wulgaryzmów, nawet bez ostrego, dojmującego szyderstwa. Z całą pewnością mieści się w normie polskiej, a w zestawieniu z poziomem emocjonalnym i retorycznym debaty są wręcz nader umiarkowanie. Do tej rozmowy nawiązuje portal braci Karnowskich „w polityce” i rozdziera szaty w stylu: „Ach, cóż za straszna pogarda w słowach Nurowskiej, jaka nienawiść bez granic”. Zaglądam do innego propisowskiego portalu o nazwie „niezależna” i sięgam po materiał poświęcony niedawnemu protestowi przeciw wycofaniu się PiS z projektów rozwiązań ustawowych, które miały na celu poprawę losu zwierząt, zarówno tych tzw. hodowlanych, na futra i skórę, jak i domowych (psy na uwięzi). W proteście, który odbył się pod hasłem „Gdzie ta dobra zmiana dla zwierząt?” wzięły udział m.in. znane aktorki i celebrytki. Anja Rubik, Maja Ostaszewska, Agata Buzek, i to one zostały wzięte pod but przez pisowskich trolli. A oto próbki komentarzy pod tym materiałem: „Baby to jednak w większości debilki”, „jedna paskuda i beztalencie mniej” (to o Mai Ostaszewskiej), „Rubik, ta szkapa jeszcze żyje?”, „matko, jaka ona szkaradna szok”, „sfrustrowane pudernice na śmietnik z nimi”, „stare rury, z kilkoma co najwyżej komórkami w tych pustych łbach”, „na zdjęciu okropne kobiety: Buzkówna, Ostaszewska, Rubikówna coś potwornego”, „zwymiotowałem gdy zobaczyłem zdjęcie Rubikowej”, „sfiksowana brzydula na jej widok robi się niedobrze”, „ta jakaś wychudzona modelka Rubik wstrętna jak kupa po kacu”. Wystarczy? Nie da się ukryć, ta prawda jest naga: miażdżąca większość oszalałego z nienawiści rynsztoku spływa z pisowskich kanałów.

 

Kto sieje wiatr, zbiera burzę

Jak na dłoni widać tu najohydniejszy, mizoginistyczny rynsztokowy seksizm, bo przecież na tej demonstracji było także wielu mężczyzn, a o nich jednak ani słowa. Prawie nic też o smutnych „bohaterach” tej demonstracji czyli o zwierzętach, które tak kocha Jarosław Kaczyński. A gdyby tak zastosować podobne epitety do kobiet (skoro o kobietach tu mowa) do pań Pawłowicz czy Sobeckiej („stare rury”, „na śmietnik z nimi”), to co byście na to powiedzieli pisowscy trolle o niewyparzonych językach? A gdyby tak do nich i do kobiet PiS zastosować te skatologiczne epitety z ekskrementami i rzygowinami? Jednak nie róbmy tego. Niech to ONI zadławią się tym rynsztokiem. Jednak wychowany w żoliborskim domu na staromodnego damskiego galanta („całuję rączki”) Jarosław Kaczyński ani razu nie zajął publicznie głosu i nie wezwał swoich zwolenników do powstrzymania się od takiego języka w stosunku do kobiet. To co prawda nie powstrzymałoby tego rynsztoku, ale przynajmniej wystawiłoby jemu samemu choć jedno dobre świadectwo. Ale on już jest po drugiej stronie, na śmierć i życie, więc nie ma już żadnego powodu ani interesu by się uczciwie zachować. Jednak, trzeba mieć i to na uwadze, że zgodnie z regułą sformułowaną przez wielkiego polskiego poetę Adama Mickiewicza ( „gwałt niech się gwałtem odciska”) fala rozpętanego przez nich werbalnego gwałtu rozlewa się poza internet i media. W sobotę przed południem w jednej z warszawskich kawiarni młody człowiek zwrócił się do Krystyny Pawłowicz udzielającej przy stoliku wywiadu dziennikarzowi jednego z propisowskich tygodników, jednego z tych które publikują przywołane wyżej rynsztokowe ekspresje, następującymi słowy: „Zamknij mordę stara głupia babo” (…) Jak ona jest chamka, to się zwracam jak do chamki”. Nie popieram takich zachowań, ale nie pozostaje nic innego jak powiedzieć pisowcom: kto sieje wiatr, zbiera burzę.

 

Wybryk leżajski czyli Adrian irytuje się

Skoro zatem znajdujemy się w strefie języka, warto odnieść się do języka, na którym wysoko odleciał w Leżajsku Duda Andrzej, z formalnego punktu widzenia konstytucyjny prezydent RP. Jak to często u niego bywa, narcystyczne uwielbienie dla własnego głosu poniosło go znacznie dalej niż być może by chciał i wykrzyczał słowa o Unii Europejskiej jako o „wyimaginowanej wspólnocie, z której niewiele dla nas wynika”. Wywołało to zakłopotanie nawet w obozie PiS, w którym są ludzie, którzy przy wszystkich buńczucznych atakach na Unię dobrze wiedzą, z której strony posmarowany jest chleb. A otóż posmarowany jest on od strony zachodniej. I którzy wiedzą, że gdyby nie miliardy euro, które wpłynęły do Polski począwszy od roku 2004, to nasza umiłowana ojczyzna nadal, tradycyjnie brnęłaby w błocie i gnoju, a szyderczy wydźwięk określenia „polskie drogi” nadal byłby aktualny. Przez dziesięciolecia oskarżano ustrój Polski Ludowej o zapóźnienie cywilizacyjne kraju, a raczej obarczano PRL wyłączną odpowiedzialnością za niski i parciany poziom życia w tamtych czasach. Tymczasem historyczna prawda jest taka, że choćby nawet gospodarka Polski Ludowej przez całe 45 lata napinała się na najwyższe rejestry wysiłku i pomysłowości, to i tak nic by to nie dało bez solidnego kapitału z zewnątrz, bo Polska kapitału nie miała. Takie Włochy, które po wojnie były obrazem nędzy i rozpaczy odziedziczonym po poprzednich epokach, co zobaczyć można w filmach powojennego nurtu neorealistycznego (Roberto Rosselini, Vittorio de Sica), już kilkanaście lat później zakwitły „cudem gospodarczym” czyli ową „dolce vita” („słodkim życiem”) ze słynnego filmu Federico Felliniego. Wysiłek Włochów sprawił to w minimalnym stopniu, bo ową prosperity zawdzięczali nade wszystko planowi Marshalla, amerykańskiemu planowi ekonomicznego wsparcia Europy. Powodowane politycznym imperatywem i nakazem władze Polski odrzuciły ofertę wynikającą z tego planu i dokładnie w tym momencie zaczął się początek końca Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

 

Duda, nie Duda?

Ale wróćmy do Dudy. W związku z jego nieodpowiedzialnym retorycznym wybrykiem leżajskim powróciły w PiS spekulacje, czy aby naprawdę jest on dziś dobrym kandydatem obozu władzy na prezydenta w wyborach 2020 roku. Ostatnie sondaże, które pokazują, że Tusk go prześciga, a Biedroń depcze mu po piętach, mogą dać Kaczyńskiemu to i owo do myślenia. I choć kilka miesięcy temu potwierdził, że to Duda ponownie będzie kandydatem obozu władzy, to przywódca PiS jest człowiekiem zdolnym do gwałtownej wolty personalnej o ile zajdzie taka potrzeba. Duda jest w obozie PiS traktowany jako osobistość mocno wypalona i to już na dwa lata przed końcem kadencji. Denerwujące weta z ubiegłorocznych wakacji, długo drażniący twarde jądro PiS rzecznik Łapiński czy opinia powolnego manekina – zgodnie z paradoksem ludzkiej psychiki, która niejednokrotnie nakazuje bardziej szanować wroga niż własnego służalca – nie wywołuje szacunku do Dudy nawet u tych, którzy sami na takiej pozycji go ustawili. Tygodnik „Gazeta Polska” nie zaprzestał nazywać go „Dudaczewskim”, co jest w tym środowisku bliskim Macierewiczowi i sekcie smoleńskiej wyjątkowo ostrą obelgą. Prawdopodobieństwo wspomnianej wolty personalnej nie jest co prawda duże, bo byłoby to posunięciem ryzykownym, ale wiadomo, że wyobraźnia prezesa PiS nie ma wielkich ograniczeń, a bezwzględność żadnych. Do Dudy bez wątpienia głosy te docierają, stąd bardzo zła atmosfera w Pałacu (nomen omen) Namiestnikowskim (seria odejść), którego główny lokator bardzo jest zirytowany swoją postępującą, upokarzającą marginalizacją i prztyczkami jakie raz po raz otrzymuje od „swoich”. Dlatego, jak zauważa Jadwiga Staniszkis, w sposób właściwy dla niego, czyli infantylny, dziecinny, tupie nożynami jak rozjuszony bachor, okazując niezadowolenie.

 

Tako rzecze Wittgenstein

Zgodnie z formułą Ludwika Wittgensteina, filozofa od którego zaczęło się traktowanie języka jako czegoś więcej niż tylko narzędzia komunikacji, „granice mojego języka, są granicami mojego świata”. Jedną z konsekwencji tego jest to, że język ma także potężny potencjał sprawczy w warstwie empirycznej, wręcz fizykalnej. A ponieważ PiS jest formacją, która w największym stopniu, nieporównywalnie bardziej niż opozycja – w tej sferze dość bezradna – pracuje w tworzywie języka, więc także i tam czai się dla niego największe niebezpieczeństwo. Może się bowiem kiedyś niepowściągliwością i nadproduktywnością swojego własnego języka zadławić. Duda Andrzej na razie się nim tylko zakrztusił.

Krótka pamięć

„Mundial zajął obywateli, a w tym czasie rząd podnosi VAT i wiek emerytalny” – martwi się losem Rosjan i Rosjanek dział biznesowy „Gazety Wyborczej”.

 

Dziennikarze z Czerskiej, podobnie zresztą, jak spece od gospodarki z innych tytułów postanowili zdemaskować kolejny niecny plan Kremla. Z depeszy, która zrobiłą futorę w polskich mediach dowiedzieliśmy się, że podczas gdy Putin z Miedwiediewem oklaskiwali piłkarzy Sbornej z trybuny honorowej, ich urzędnicy aplikowali społeczeństwu pakiet antyspołecznych reform.

I faktycznie, nie ma dobrych wiadomości dla przeciętnego Rosjanina. Komunikat ogłoszony w dniu pierwszego meczu mówi o podniesieniu głównej stawki podatku VAT z obecnego poziomu 18 proc. do 20 proc. od 1 stycznia 2019 r. Premier Dmitrij Miedwiediew tłumaczył wparwdzie, że takie rozwiązanie pozwoli wygenerować dodatkowych 600 mld rubli, czyli ok. 9,6 mld dolarów, które zostaną przeznaczone na program podobny do naszego 500 plus, podwyżkę płacy minimalnej w budżetówce, a także na inwestycje w służbę zdrowia i infrastrukturę, a więc na zmianach mają skorzystać przede wszystkich osoby o najniższym statusie materialnym, jednak takie tłumaczenie jest kompletnie niewiarygodne. Dlaczego? Wszystko przez system podatkowy i mechanizm redystrybucji dochodów, który w Rosji, podobnie zresztą jak w Polsce, nie ma nic wspólnego ze społeczną sprawiedliwością. W jednym i drugim kraju główne źródło dochodów budżetowych stanowi podatek od towarów i usług. W Rosji wpływy z podatku VAT stanowią ponad jedną trzecią ogólnych wpływów. W Polsce jest jeszcze gorzej, bo aż 44 proc. Dla bogatych VAT nie stanowi szczególnego problemu. Dla biednych – jest to poważne obciążenie w miesięcznym budżecie, bo jego wzrost oznacza wyższe ceny żywności i dóbr podstawowych.

Niewielkim pocieszeniem dla Rosjan może być zapewnienie premiera, że podwyżki nie obejmą ulgowych stawek VAT obowiązujących obecnie m.in na żywność dla dzieci i lekarstwa. Druga wiadomość dotyczy wieku emerytalnego. który obecnie wynosi 60 lat dla mężczyzn i 55 lat dla kobiet. Dla mężczyzn próg ten ma rosnąć stopniowo do 65 lat w 2028 roku, dla kobiet – do 63 lat w 2034 roku. W tym wypadku sprawa jest nieco bardziej złożona, bo średnia długość życia w Rosji ostatnio wyraźnie wzrosła, a więc podwyższenie progów uprawniający do poboru świadczeń jest w jakimś stopniu uzasadnione, choć też, co warto podkreślić – nie jest też absolutną koniecznością.

Rosja wydała na Mundial ponad 12 miliardów dolarów. To niebotyczna kwota, które z pewnością, co potwierdzają zresztą tamtejsi politycy i eksperci, nigdy się nie zwróci. Celem jest efekt propagandowy – piłkarskie święto ma pokazać siłę i zdolności organizacyjne państwa zmodernizowanego przez ekipę Władimira Putina. Żałosne są jednak pojękiwania i utyskiwania na ciężką dolę rosyjskich obywateli w wykonaniu dziennikarzy mediów głównego nurtu w Polsce. Dlaczego? Wystarczy przypomnieć sobie rok 2012, kiedy tuż przed piłkarskim Euro rząd PO podniósł wiek emerytalny polskim obywatelom, wydając jednocześnie miliardy na organizacje sportowych igrzysk. Ci sami dziennikarze klepali wówczas pacierze o ekonomicznej racjonalności takiej decyzji, a protestujacych przeciwko podwyżce związkowców z „Solidarności” przedstawiali jako ludzi nieodpowiedzialnych, którzy „chcą w Polsce drugiej Grecji”.

Ten sam liberalny ściek medialny wylał się również na komitet „Chleba Zamiast Igrzysk”, który w dniu inauguracji polskiej części Euro w Poznaniu zorganizował największą w tamtym roku demonstracje przeciwko antyspołecznym cięciom i oszczędnościom. Aktywiści słyszeli wówczas, że przynoszą Polsce wstyd, a psucie „atmosfery piłkarskiego święta” zakrawa na zdradę narodową. Tylko dlatego, że ośmielili się zauważyć, że podczas gdy na organizację turnieju piłkarskiego wydaje się miliardy złotych, w całej Polsce obcina się wydatki na realizację podstawowych potrzeb społecznych – zamykane są przedszkola, szkoły i domy kultury, wzrastają opłaty za żłobki, komunikację publiczną i mieszkania. Prywatyzuje się lub zamyka przychodnie, szpitale i zakłady pracy. Brakuje pieniędzy na walkę z bezrobociem, które wciąż rośnie. Znacznie podniesiono opłaty za żywność, gaz, prąd, paliwo, wodę i leki. Wszystko dlatego, że ktoś postanowił wybudować stadiony.

Tak więc, kiedy dzisiaj żurnaliści z Agory donoszą o tym, jak Putin ograbia swoich obywateli, warto im przypomnieć – sześć lat temu byliście tubą propagandową rządu, który czynił dokładnie to samo.