Chytry plan

Obecny rząd obniżył dla obywateli podatek PIT i CIT dla przedsiębiorstw. Obywatelom i firmom zrobił dobrze, ale beneficjentami tych podatków są przede wszystkim samorządy. Oznacza to, że do kas gminnych wpłynie mniej pieniędzy.

I dalej. Rząd dał podwyżki nauczycielom i bardzo dobrze, ale nie przekazał gminom pieniędzy na te podwyżki co jest jego (rządu)ustawowym obowiązkiem. Rządy od dawna skąpią obligatoryjnych pieniędzy na oświatę. Te luki uzupełniają samorządy z własnych pieniędzy oszczędzając na innych wydatkach. Rząd jednak nie obniżył, a obiecywał, np. podatku VAT. Bo ten zasila budżet państwa i wtedy na rządowe programy socjalne zabrakło by pieniędzy.
Będzie więc tak. Samorządy, którym zabrano wpływy ze wspomnianych podatków, a podwyższono np. ceny energii elektrycznej, a inne koszty też, np. inwestycji, szybują do góry, będą zmuszone do cięć w budżetach i uchwalania nowych podwyżek. To oczywiście wywoła niezadowolenie obywateli. Rząd wtedy powie. Obywatele widzicie jak jest. My wam zmniejszamy podatki, a samorządy, przecież nie przez nas głównie zarządzane, podwyższają wam ceny na wszystko co tylko możliwe. Kto tam będzie dochodził prawdy dlaczego tak się dzieje. Rząd jest dobry, bo obniża podatki, a samorządy są złe. bo podwyższają ceny gdzie się tylko da. Więc kto jest lepszy? Centralna władza PiS-owska, czy samorządowa niePiS-owska?
I taką narrację pewnie już szykuje na nowy rok rządowa propaganda. Dla wielu będzie to bardzo przekonywujący argument.

Oni po prostu tacy są

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości.
Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna.

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości. Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna. W pociągu TLK relacji Poznań-Warszawa spotkałem faceta zagłębionego w lekturze „Do Rzeczy”. Ja miałem „Politykę”. Co w tym nadzwyczajnego, powiecie, ludzie czytają różne tygodniki? A jednak spostrzegłem coś ciekawego: obaj czytaliśmy o tym samym – o marszałku Senatu. Wymieniliśmy się gazetami. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, co do powiedzenia na temat Tomasza Grodzkiego mają Kamila Baranowska i Rafał Kalukin. Wymieniliśmy następnie uwagi, po czym wróciliśmy do swoich myśli. I wtedy bum! Doznałem tej iluminacji. Zrozumiałem, jaki jest cel projektu politycznego pt „Tomasz Grodzki – marszałek Sejmu”.
Tomasz Grodzki, kombinowałem, jest odpowiedzią Platformy Obywatelskiej na ofensywę z lewej strony sceny politycznej. Schetyna wie co najmniej od eurowyborów, że nie jest w stanie zastopować epatującej energią, pomysłowością i zandbergowską świeżością Lewicy, a więc porzuca tę stronę i skupia się na walce o inne sektory rynku wyborczego. Najpierw skupił uwagę elektoratu PO na konserwatystce Kidawie-Błońskiej, teraz do gry wchodzi dystyngowany pan lekarz. Podczas orędzia oznajmia, że zamierza przynieść ulgę zmęczonym polityczną awanturą. Wyważony, spokojny, odpowiedzialnie szafujący słowem. On zna lekarstwo na choroby polskiego parlamentaryzmu. Zamierza być uczciwy. Nie to, co inni. Nie jest totalniakiem, to człowiek gotowy do współpracy, dla dobra Polski. Mówi z sensem, dlaczego mielibyśmy mu nie wierzyć? W końcu facet to nieskażony uczestnictwem w tzw. wielkiej polityce. Dobra, swojego czasu postulował prywatyzowanie szpitali, ale wieść o tym nie rozeszła się poza bańkę lewicową oraz prasę skrajnie prawicową, rozpłynęła się w masie doniesień wokół kampanii.
Teraz Grodzkiego ma szansę poznać szersze grono odbiorców. Wiadomo więc już, że jest również przykładnie konserwatywny. Ale ze zdrowym rozsądkiem, Przeciwnik aborcji, och przepraszam zwolennik kompromisu. In vitro? Oczywiście. Związki partnerskie? Tak, bo najwięcej z nich tworzą kobieta i mężczyzna. Marihuana? Dla pacjentów, nie dla ćpunów. Wolnorynkowiec. Model szwedzki? Przecież tam pożoga i upadek obyczajów. A zatem Grodzki to idealne narzędzie do otwarcia Platformy Obywatelskiej na elektorat centrum i umiarkowanie konserwatywny. Sprytne kierownictwo wie, że o tę grupę musi teraz rywalizować nie tylko z PiS i Porozumieniem, ale również z PSL. Skażona aferami partia sięga po człowieka budzącego zaufania i robiącego wrażenie wiarygodnego. Kierownictwo PO wie też, że PiS będzie w tej kadencji tracić, a więc wykonuje gest otwarcia na elektorat prawicowy. Mądre i racjonalne, prawda?
Ukąszenia mądrości mają jednak to do siebie, że nie zawsze prowadzą do mądrości. Wydaje się, że nadeszło zrozumienie, a jednak gówno nadeszło. Tak było i w tym wypadku. Kiedy akcja przeniosła z PKP do warszawskiego mieszkania, nadeszło opamiętanie.
Dlaczego w ogóle Platforma Obywatelska miałaby wykrzesać z siebie spójny i racjonalny przekaz zorientowany na konkretny cel? Przecież nie potrafiła tego zrobić przez 18 lat istnienia. Partia, która rządziła przez dwie kadencje, nie była w stanie stworzyć choćby zrębów warunków do utrwalenia własnego panowania. Kompletnie nie potrafiła przez ostatnie lata rządów czytać nastrojów społecznych, otwierała pola konfliktu, zaniedbywała nabrzmiałe problemy, raziła arogancją. Jako opozycja też nie miała też na siebie pomysłu, dając tylko nieco bardziej sprawnemu politycznie PiSowi pole do popisu. Jakie wartości w ogóle są ważne dla jej polityków? Żadne. Co ich napędza w polityce? Odmawianie innym prawa do stabilności? Pogarda klasowa? Chyba raczej poczucie wyższości, świadomość tego, że są w społeczeństwie ludzie ubożsi od nich, a więc w ich przekonaniu głupsi. To daje im moc.
Znajoma, która miała okazję objechać kraj z działaczami PO, opowiedziała mi, jak zachowywali się wobec zwykłych ludzi. Oto przyjechałem ja, ważny pan poseł, zrobiłem to dla was, ruszyłem się z Warszawy, żeby tu z wami posiedzieć, więc doceńcie to robaki i nie zawracajcie mi dupy Waszymi pierdołami. Sam zaś byłem świadkiem, jak posłanka Joanna Mucha, podczas debaty zorganizowanej przez Kulturę Liberalną utyskiwała, że spotkania z wyborcami to niebezpieczna sprawa, bo ludzie są niemili, a i agresywni bywają. Ciekawe czemu, prawda? I dlaczego partia złożona niemal wyłącznie z ludzi o takim podejściu miałaby teraz błysnąć genialnym ruchem z marszałkiem Grodzkim?
Otóż nie błysnęła. Wybrali Grodzkiego, bo się jako tako nadawał, dobrze się prezentuje, ma tytuł profesorski i był do tej pory człowiekiem spoza. W sprawach światopoglądowych jest odbiciem linii partii. Rafał Kalukin z „Polityki” który twierdzi, że „za sprawą marszałka Grodzkiego i senackiej większości zdarzyła się szansa na wyeksponowanie odmiennego porządku wartości, nowej wrażliwości i języka. A to już spory kapitał do przyszłej zmiany politycznej”, zaniemógł na przypadłość, która przydarza się czasem każdemu komentatorowi politycznego – potrzebę odnalezienia misternego planu, racjonalnego schematu działania, którego błyskotliwą dekonstrukcję można potem roztoczyć przez czytelnikami. Tu nie ma żadnego planu, oni po prostu tacy są.

Blamaż komisji weryfikacyjnej

Prawo i Sprawiedliwość utworzyło tę komisję dla celów propagandowych, aby zwiększyć swe poparcie w słupkach sondaży. I to akurat zadanie zostało wykonane z powodzeniem.

Aż 17 orzeczeń unieważniających reprywatyzację budynków warszawskich, które przyjęła komisja weryfikacyjna, zostało dotychczas uchylonych przez Wojewódzki Sąd Administracyjny.
Nie znaczy to, że decyzje reprywatyzacyjne unieważnione przez komisję weryfikacyjną były prawidłowe. Przeciwnie, te działania urzędników prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz były oczywistą grandą i bezprawiem.
Problem jednak w tym, że Komisja Do Spraw Usuwania Skutków Prawnych Decyzji Reprywatyzacyjnych Dotyczących Nieruchomości Warszawskich Wydanych Z Naruszeniem Prawa (bo tak brzmi jej pełna nazwa) sama nie umiała ani nie chciała stosować obowiązującego prawa – i działała tak nieudolnie, że jej orzeczenia nie miały szans, by ostać się przed sądem.
W oczywisty sposób obciąża to byłego przewodniczącego komisji Patryka Jakiego, dla którego stała się ona wehikułem wnoszącym go do europarlamentu, oraz obecnego przewodniczącego Sebastiana Kaletę, któremu znakomicie pomogła w zostaniu posłem do Sejmu. Obciąża to także PiS – owską większość komisji, przyjmującą orzeczenia, uchylone potem przez WSA (choć niekiedy, w imię tępego populizmu, do PiS przyłączali się i członkowie komisji pochodzący z innych ugrupowań).
Warto przypomnieć, że gdy przygotowywano przepisy o komisji weryfikacyjnej, zastanawiano się, czy od jej decyzji powinny przysługiwać odwołania do sądów powszechnych, czy też do administracyjnych. Teoretycznie była tu możliwość wyboru, ponieważ komisja weryfikacyjna nie jest typowym organem administracyjnym.
Liderzy PiS ostatecznie zdecydowali się na zapisanie w przepisach drogi odwoławczej do sądu administracyjnego. Uznali bowiem, że sądownictwo to jest opanowane przez nich w większym stopniu niż sądownictwo powszechne, więc zagwarantuje w miarę szybkie wydawanie wyroków zgodnych z oczekiwaniami komisji. Rozumowali słusznie, ale nie wzięli pod uwagę skali braku kompetencji i nieumiejętności stosowania prawa, panującej wśród PiS-owskiej większości w komisji weryfikacyjnej. Okazało się, że naruszenia przepisów przez komisję były tak znaczące, że nie mógł ich zaakceptować nawet sąd uważany za przychylny wobec obecnej ekipy.
Pisowscy prominenci, odpowiedzialni za ten blamaż komisji, oczywiście nie mają sobie nic do zarzucenia. Jedyna refleksja do które są zdolni jest taka, że to wszystko wina sądu administracyjnego.
Można zrozumieć ich dobre samopoczucie. Dla Prawa i Sprawiedliwości, jako klasycznej partii postkomunistycznej, najważniejszy jest efekt propagandowy, a nie rzeczywisty. Propagandowo zaś, komisja weryfikacyjna znakomicie spełniła swe zadania. Pewnie teraz będzie się więcej mówić o jej błędach, ale to już bez znaczenia, bo wybory przecież minęły.
Z działaniami komisji weryfikacyjnej ściśle koresponduje to, jak ekipa rządząca zachowywała się w sprawie tragicznej śmierci działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej. W 2016 r, po objęciu rządów przez PiS minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oświadczył, że są nowe dowody dotyczące tej zbrodni i śledztwo zostaje wznowione. Żadnych nowych dowodów oczywiście nie było, a prokuratura wykonywała głównie działania pozorujące, po to, aby wznowionego śledztwa nie umorzyć za wcześnie.
Zadanie zostało wykonane, PiS zyskało propagandowo na obietnicach dotyczących wyjaśnienia tragedii, budujący swą karierę Patryk Jaki uczcił wiosną tego roku ósmą rocznicę śmierci Jolanty Brzeskiej. Teraz więc władza może już spokojnie umorzyć wznowione śledztwo…

Narzucanie pisowskich narracji

– Kryzys demokracji w Polsce zaczął się od ataku PiS na Trybunał Konstytucyjny, ale to, co się dzieje w głowach ludzi, stanowi jeszcze większe zagrożenie dla demokracji. Instytucje można odbudować i naprawić, zniszczeń mentalnych odwrócić tak łatwo się nie da – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Wrogowie Banasia mogą się daleko posunąć, aby go skompromitować – skomentował aferę szefa NIK-u prezes Kaczyński. Jest pan zdziwiony słowami i postawą prezesa?

JACEK KUCHARCZYK: Zupełnie nie. Zresztą już podczas emisji programu “Superwizjera” pomyślałem, że najbardziej prawdopodobna linia obrony będzie taka, że to ciemne siły próbują ugodzić w urzędnika, który ścigał mafię VAT-owską. To przewidywalna PiS-owska narracja. Wcześniej stosowano tę samą strategię przy pozostałych aferach, które z pewną regularnością wybuchają w Polsce.

Przyzna pan, że w tym przypadku ta strategia jest ryzykowna. Ktoś, kto miał ścigać mafie VAT-owskie, sam oszukiwał w kwestii podatków.

Wygląda na to, że pan Banaś sam praktykował “optymalizację podatkową”, z którą miał walczyć jako wiceminister, a potem minister finansów. Prezes udaje, że tego nie widzi, licząc, że część wyborców PiS-u też tego nie zobaczy. Jednak fakty w tej sprawie są jednoznaczne. Gdyby chcieć bronić pana Banasia, trzeba by wejść w dysputę z faktami, co z góry oznacza straconą pozycję. Dlatego trzeba całościowo wziąć te fakty w nawias i zmienić temat konwersacji.
To strategia, którą PiS stosuje zawsze, kiedy fakty są nie do obrony. Wtedy zawsze słyszymy, że dana historia jest całkowicie fałszywa, bez wdawania się w szczegóły i kłopotliwe pytania. Historia jest w tej narracji całościowo wymyślona przez wrogów władzy, która jest dobra i dba o budżet. Druga strategia, którą PiS w podobnych sytuacjach stosuje, to “na przeczekanie” – czyli urlop pana Banasia. Dziś już wiemy, że to fałszywy urlop, bo zanim pan Banaś na niego poszedł zrobił czystkę wśród zastępców prezesa NIK-u i wprowadził tam swojego człowieka. Trzecim elementem tej strategii, tym razem skierowanym dla mniej zdecydowanych zwolenników PiS-u, jest symetryzm, czyli powtarzanie, że “Kwiatkowski nie był lepszy”. To klasyczny element rozwadniania skandalu, który wcześniej widzieliśmy przy okazji lotów marszałka: Kuchciński co prawda odchodzi, ale winny jest Tusk, bo latał więcej.
Na razie położony jest nacisk na strategię pójścia w zaparte, bo wkrótce wybory i nie można zasiać w sercach zwolenników pis-u niepokoju.

Czy ta strategia zadziała? Czy to nie jest za dużo nawet jak na wyborców PiS-u?

Jeżeli wierzyć ostatnim badaniom nt. cynizmu wyborców PiS-u, to ci wyborcy są w stanie wybaczyć władzy “korupcję polityczną”, czyli działanie nieprawne, ale na korzyść swojego obozu politycznego, natomiast gorzej jest z wybaczaniem korupcji prywatnej. Tu mamy do czynienia z działaniem na własną korzyść, połączoną z nepotyzmem, dlatego okoliczności tej historii, a wiele mamy tu bulwersujących faktów, mogą zachwiać wiarą w słuszność działania władzy wśród tych, którzy są gotowi dziś na nią głosować.

Czy możemy doszukiwać się analogii do poprzednich rządów PiS-u? Wówczas kumulacja afer doprowadziła do przegrania wcześniejszych wyborów przez PiS.

Przede wszystkim nie widzę analogii, którą często symetryści podnoszą – z czasami PO.
Nie da się porównać sprawy z zegarkiem Nowaka do afery Banasia. To sprawy zupełnie innego kalibru, inne były reakcje opinii, działania organów państwa czy reakcje samych zainteresowanych.
Jest tez spora różnica pomiędzy pierwszą kadencją PiS-u a tym, co się dzieje dzisiaj. Proszę przypomnieć sobie reakcje opinii publicznej na prowokację CBA w sprawie posłanki Sawickiej, kiedy właściwie stało się dla wszystkich jasne, że była to akcja polityczna. Podobnie zadziałała akcja werbowania przez PiS posłów Samoobrony. Wówczas oburzenie było duże i w mediach, i w opinii publicznej. Przyczyniło się to do porażki PiS w tamtych przyśpieszonych wyborach.
Z drugiej jednak strony jeżeli przypomnimy sobie ostatnie tygodnie przed wyborami w październiku 2007 roku, to także wtedy wielu analityków głosiło, że wybory wygra PiS. Zwycięstwo PO było dla wielu zaskoczeniem. Do tej pory pamiętam okładkę “Newsweeka” zapowiadającą wywiad ze znaną politolożką i tytuł “10 powodów, dla których PiS wygra wybory parlamentarne”. Potem okazało się, że PiS przegrał i to bardzo wyraźnie. Zadecydowała o tym mobilizacja dotychczas biernych wyborców i skok frekwencyjny, który dokonał się w ciągu dwóch lat.
W 2005 roku PiS wygrało wybory przy frekwencji niecałe 41 proc., A dwa lata później frekwencja wynosiła prawie 54 proc. To był nieoczekiwany fakt, który spowodował, że nikt nie potrafił trafnie przewidzieć wyniku wyborów.
Tu mamy trochę analogiczną sytuację. Większość sondaży pokazuje, że PiS te wybory wygra, ale ta niepewność wokół frekwencji jest jednak duża. Pytanie, czy partiom politycznym uda się zmobilizować ludzi. W wyborach europejskich zaskoczyła nas silna mobilizacja wyborców w regionach wiejskich i matecznikach PiS-u. To wówczas zaskoczyło analityków, ale to nie musi się powtórzyć w następnych wyborach. Ich wynik nie jest jeszcze przesądzony.

Co się stało z nami jako społeczeństwem, że kolejne, coraz gorsze i groźniejsze afery nie robią wrażenia?

Społeczeństwo jest bardzo podzielone i ta polaryzacja społeczna spowodowała, że okopaliśmy się w obozach politycznych. Przyznam też, że nie uważam za uprawnioną tezy, że generalnie społeczeństwo zaakceptowało taki sposób sprawowania wiedzy. Jak patrzymy na badania poparcia dla partii, ale też na stosunek do polityki PiS-u, to widać, że na ogół społeczeństwo jest politycznie podzielone po równo: jest tyle samo zwolenników, co przeciwników partii rządzącej. Jest też grupa niezdecydowana i można powiedzieć, że w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z tak dużymi zagrożeniami, to niezdecydowanie jest de facto wsparciem dla status quo. Taką postawę trafnie określa się politycznym cynizmem, który przejawia się biernością wobec tego, co dzieje się w strefie publicznej. Łączy się to z przekonaniem, że póki gospodarka dobrze funkcjonuje i dostajemy pieniądze od rządu, to nie ma po co zmieniać władzy, bo wszyscy politycy są równie źli. To tzw. zdrowy rozsądek politycznego cynika.
Taki cynizm, który głosi równy dystans do wszystkich sił politycznych, w praktyce jednak działa na korzyść PiS-u.
Poważnym problemem jest obecnie nieumiejętność odróżnienia wiarygodnych i niewiarygodnych źródeł informacji. Próbuje się opisywać to zjawisko przy pomocy pojęć postprawdy i fake newsów. Te pojęcia wymyślono dla opisu metod dezinformacji stosowanej przez populistów w typie Trumpa, Borisa Johnsona czy Kaczyńskiego i Orbána. Tymczasem sami populiści błyskawicznie zaczęli używać tych pojęć dla własnych celów, szczególnie kiedy doszli do władzy. Dziś słyszymy o potrzebie wprowadzania cenzury pod pozorem walki z fake newsem i postprawdą. To całkowite odwrócenie tego pojęcia, które dodatkowo pogłębia mętlik informacyjny, w którym żyją obywatele demokracji zarażonych wirusem populizmu.

Co powinna wobec tego robić opozycja?

Przyznam, że potrafię jedynie sformułować ogólną zasadę postępowania, ale nie mam złudzeń, że da się wymyślić jakąś cudowną receptę na populizm i autorytaryzm. Opozycja powinna wykorzystać wszystkie bulwersujące fakty i całą wiedzę o sposobie działania obecnej władzy, żeby przekonać obywateli, że cynizm prowadzi ten kraj do katastrofy. Trzeba tę wiedzę o faktach i ich konsekwencjach tak zakomunikować, żeby wynikała z niej gotowość do udziału w życiu publicznym, szczególnie w tym najważniejszym aspekcie, czyli akcie wyborczym.
Zmobilizować tych, którym wydaje się, że jest wszystko jedno, kto nami rządzi, i pokazać, że status quo jest dla nich i dla polski niebezpieczne.

Jak zaktywizować niezdecydowanych wyborców? To ciągle wielka grupa.

Widzimy, że ciągle czegoś brakuje, że pomiędzy świadomością tych afer i gotowością do zagłosowania przeciwko władzy jest jakaś szczelina, której nie udaje się na razie zasypać. Opozycja musi być obecna, słyszalna, używać wszystkich kanałów dotarcia do społeczeństwa w kampanii wyborczej. Mobilizować się i szukać sojuszników w społeczeństwie. I nie dać się PiS-owi napuszczać na siebie i narzucać sobie pisowskich narracji. A cały czas to widzimy, obecnie przy okazji nagonki na „Sok z buraka”. To jest też to, o czym mówiłem wcześniej, że populiści stroją się w piórka obrońców przed hejtem. Niektórzy z opozycji dają się na to niestety nabierać i potem czytamy komentarze, jak ta opozycja niekulturalnie naśmiewa się z PiS czy – uchowaj Boże – z jego wyborców.
Wiemy już także, że same fakty nie wystarczą. Opozycja musi przekuć fakty na opowieść o “dobrej zmianie” i jej konsekwencjach.
Potrzebne są narracje zbudowane z faktów i tym opozycja powinna się różnić od populistów tworzących swoją “politykę równoległej rzeczywistości”. Z takim nastawieniem trzeba wyjść do społeczeństwa i na przykład pokazać, że afera szefa NIK to nie jest prywatne potknięcie pana Banasia, tylko problem systemu władzy, który wyniósł Banasia na najwyższe stanowiska w Polsce.

Czy możemy mówić o kryzysie demokracji?

Moim zdaniem tak. Kryzys demokracji w Polsce zaczął się od ataku PiS na Trybunał Konstytucyjny. Osłabianie demokratycznych instytucji to oczywiste zagrożenie, ale to, co się dzieje w głowach ludzi, stanowi jeszcze większe zagrożenie dla demokracji. Instytucje można odbudować i naprawić, zniszczeń mentalnych odwrócić tak łatwo się nie da
. Zdjęcie główne: Jacek Kucharczyk, Fot. Instytut Spraw Publicznych

Balon

Od wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon.

Wydaje mi się, że balon napełniany jest czterema strumieniami – kłamstwami lub negatywnym koloryzowaniem dotyczącymi naszej przeszłości, wiadomościami i fantazjami o nieustannych sukcesach osiąganych przez aktualną władzę, zapewnieniami o własnej uczciwości i bezinteresowności i bezwzględnej walce z przestępczością, oraz obietnicami dalszych wielkich zmian i realizacji niespotykanych dotychczas koncepcji inwestycyjnych, połączonych z planami podnoszenia stopy życiowej narodu do niespotykanych w historii granic.

Nie było nas

Pierwszy strumień napełniających balon informacji i opowiadań ma dwie niewzruszone podstawy – pierwszą, że po wojnie i aż do lat 80-tych ubiegłego wieku w ogóle nie było polskiego państwa. I drugą, że również później, a zwłaszcza „przez ostatnie 8 lat” przed wyborczym zwycięstwem obecnej władzy, rządzono Polską tak nieudolnie, że „kraj popadał w ruinę”, naród się nie bogacił, a „za to” rosła przestępczość i powstawały „afery” niszczące dorobek wielu ludzi. Te dwie polityczne fantazje są tak wielokrotnie powtarzane, że zwłaszcza w umysłach młodzieży i słuchającego tylko jednej opcji politycznej i dwóch stacji telewizyjnych „twardego” elektoratu, tworzą lukę, pozwalająca na łatwiejsze pranie mózgów.
Głównie na tym tle tworzy się patriotyczne legendy, gloryfikujące jednych i oczerniające innych. Hurtowo stawia się na piedestał „żołnierzy wyklętych”, mimo, że zOd wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon. naczna ich część zupełnie na to nie zasłużyła. Niemal wykreśla się z pamięci żołnierzy I i II Armii Polskiej idących ze wschodu, oraz partyzantkę Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej – nawet tych, którzy walczyli i ginęli w Powstaniu Warszawskim. Oczernia się w czambuł działaczy i polityków okresu PRLu, mimo, że niektórzy z nich – jak Gierek, Ziętek, Rapacki, a nawet Świerczewski, są pozytywnie zapisani w pamięci wielu ludzi i całych miast lub województw. Tłumaczy się młodym ludziom, którzy nie pamiętają ani PRLu, ani stanu wojennego, że wtedy „prawdziwi Polacy”, którzy byli sędziami – nie sądzili, a jak byli w wojsku – nie wykonywali rozkazów. Patriotyczni tramwajarze nie wozili doi pracy zniewolonych robotników, a lekarze nie leczyli członków partii „komunistycznej”, czyli PZPR.
W tej ofensywie bezmyślnej nienawiści do przeszłości wpada się w ipułapki zapominając, że część starszych działaczy prawicy kończyła właśnie w PRLu dobre szkoły i uczelnie, robiła doktoraty, chodziła do kabaretów znacznie odważniejszych niż obecne, i że 50% „suwerena” mieszka w masowo oddawanych wówczas mieszkaniach,. Nawet polską niepodległość w portach świata rozsławia żaglowiec, który też został wybudowany w ostatnich latach „starego” ustroju.
Same sukcesy
Drugi strumień zasilający balon to nieustanne sukcesy. Teraz wszystko jest sukcesem. „Zwycięstwo” w głosowaniu w Unii 27 do 1, rozdawanie nagród, „które się należały” a także ich późniejsze odbieranie, przyjęcie ustawy chroniącej dobre imię Polski zredagowanej w sposób obrażający innych i godzącej w wolność słowa i przekonań, a potem jej łagodzenie, wprowadzanie „dobrych zmian” w sądownictwie, które są niezgodne z konstytucją i także częściowe wycofywanie się z tych zmian. Dobre zmiany, niepokojąco podobne do wprowadzanych w niektórych krajach Europy w międzywojennym dwudziestoleciu, mają też wprowadzać inwigilację obywateli w trosce o innych obywateli, rozbudowę sił policyjnych chroniących szeroko rozumianą „władzę”, tworzenie sądów sądzących niegrzecznych sędziów, usuwanie dziennikarzy, którzy nie piszą lub mówią tego, co trzeba.
Ten strumień zasilający balon opiera się niezmiennie na fundamencie 500+. W każdej informacji o sukcesach nawiązuje się do tego, rzeczywiście dobrego rozwiązania i osładza się nim inne, socjalne osiągnięcia, które już nie są tak wyraźne. Przykładowo – coraz mniej mówi się o darmowych lekach dla emerytów. Bo też trudno znaleźć takich, którzy na tym skorzystali. Owszem – mają takie pozycje, które są za darmo, ale kilka innych znacznie im zdrożało. Saldo jest dla nich niekorzystne, płacą za leki obecnie więcej, niż poprzednio. Podobnym „sukcesem” są „mieszkania +”. Czynsze w tych mieszkaniach są podobne jak na „wolnym rynku” wynajmu mieszkań, a późniejsze „przejmowanie na własność” niepewne i prawnie skomplikowane.

Czysta, uczciwa, aryjska krew

Trzeci strumień składa się z intensywnie wpompowywanej w balon zapowiedzi, że PIS będzie bezlitośnie ścigał wszelakiej maści przestępców, że nikomu nic nie daruje, bo „wszyscy są równi wobec prawa”. Codziennie słyszymy, że komuś rano zakłada się kajdanki, wzywa do prokuratury, stawia zarzuty, grozi procesami. Skutki są słabe, bo jeszcze w miarę niezależne sądy nie są skłonne do wydawania bezpodstawnych wyroków. Nawet całkowicie apolityczna część suwerena ma też wątpliwości, dlaczego w bójce skrajnego prawicowca z demokratą winny – zdaniem prokuratora – jest zawsze ten ostatni, dlaczego lekceważy się wszelkie publiczne oskarżenia dotyczące członków lub zwolenników PISu, a za to podnieca się elektorat każdym przypadkiem pretensji o naruszenie prawa kierowanym do zwolenników „totalnej” opozycji. Policja wprowadza przy tym nowe standardy – ubieranie posągów w koszulki z nadrukiem „konstytucja” albo okrzyki „Wałęsa” są co najmniej wykroczeniem, ale maskowanie twarzy, chóralne grożenie śmiercią, nawoływanie do zachowania „czystej, białej krwi” i publiczne odpalanie rac i świec dymnych, jest tylko skutkiem nudnego i niewinnego oczekiwania w kolejce do pubu. Odnosi się wrażenie, że ogoleni na łyso młodzi ludzie, wykrzykujący obraźliwe albo całkiem bzdurne hasła, są teraz wzorcem praworządnego obywatela.
Suweren zaczyna się też dziwić, że mimo buńczucznych haseł idola prawicy, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, – co chwila wyciekają informacje o zbyt licznych i zbyt dużych nagrodach, o gigantycznych zarobkach i odprawach członków rządzącej partii, pracujących w spółkach skarbu państwa i różnego rodzaju propagandowych przybudówkach, o zajmowaniu się szefa partii interesami ważnej dla niej spółki. Mimo prób politycznego uzasadniania może też budzić zdziwienie exodus działaczy zajmujących eksponowane, ale słabo płatne, stanowiska rządowe, do parlamentu europejskiego.

Wielkie plany

Czwartym strumieniem pompowanym w balon są obietnice. W części bardzo ogólne i znane z historii od czasów cesarstwa rzymskiego, a może nawet z początków państwowości Egiptu i Mezopotamii. Kraj będzie rozkwitał, wszystkim będzie lepiej, wstajemy z kolan, więc świat będzie nas szanował i podziwiał, nikt nam nie będzie „podskakiwał”, bo będziemy potęgą militarną wspieraną przez inne potęgi. Ta największa potęga potraktuje nas niemal jak jeden ze swoich stanów, będziemy mieli ich stałe garnizony, wybudujemy im „Fort Trump”. A wszystko po to, aby wprowadzić w stan permanentnego przerażenia pewne państwo na wschodzie, które zawsze nam zagrażało, więc i teraz może mieć złe zamiary.
Te znane slogany i nowe pomysły przeznaczone głównie dla najmniej wykształconej części elektoratu, wspierane są pozornymi konkretami o nieokreślonych lub odległych terminach realizacji. Mamy więc obiecany szybki przekop mierzei wiślanej, budowę promu towarowo – pasażerskiego, który ma być nowym początkiem świetlanej przyszłości naszych stoczni, budowę tunelu podmorskiego w Szczecinie, produkowanie okrętów podwodnych, nadzwyczajnych helikopterów do spółki z Ukrainą, budowę największego portu lotniczego Europy. Radośnie też wydamy ogromne pieniądze na zakup od przyjaciół nowoczesnych wyrzutni rakiet, samolotów bojowych i innych urządzeń do zabijania. „Oglądacz” telewizji publicznej na polskiej wsi, – bo do innej najczęściej nie ma dostępu – serwującej mu takie wiadomości, wpada w euforię. Nawet nie zauważa, że balon propagandowy nad jego domem rośnie tak bardzo, że przysłania mu widok na resztę świata.

Niebezpieczny wybuch

Mam pecha. Mój nadmiernie zaawansowany wiek pozwala na historyczne porównania balonów propagandowych tworzonych w naszej najnowszej historii. Bo – bądźmy sprawiedliwi – każdy rząd i w każdym ustroju ma takie tendencje. Przed II wojną palmę pierwszeństwa miało przekonywanie społeczeństwa, że Niemców nie stać na prawdziwe czołgi i samochody pancerne, że te, które widzimy na kronikach filmowych są z dykty i z tektury. Nasza kawaleria rozniesie je w pył szablami i lancami.
W latach powojennych wmawiano nam, że gospodarka rynkowa to przeżytek, że świetlaną przyszłość zapewni nam tylko centralne sterowanie „gospodarką planową” i inwestowanie przede wszystkim w ciężki przemysł. Nie wszyscy się z tym zgodzą, ale – moim zdaniem – relatywnie najbardziej wiarygodny balon pompowano w tzw. dekadzie gierkowskiej. Mało mówiono o konieczności poprawy komunikacji Śląska z Warszawą, i względnie szybko wybudowano drogę szybkiego ruchu do dzisiaj zwaną „gierkówką”. Pokazano na wystawach małego Fiata 126p i też szybko zaczęto go produkować. Obiecywano poprawę sytuacji mieszkaniowej i rzeczywiście budowano wprawdzie małe mieszkania, – ale budowano ich dużo, w szczytowym roku 1978 – 283 tysiące. W czasach rządów PO – PSL balon był napełniany umiarkowanie i hamowany hasłem oszczędnego gospodarowania pozwalającego na utrzymanie „zielonej wyspy” na powierzchni światowego kryzysu. Ale takie dmuchanie balonu, jakiego dzisiaj jesteśmy świadkami, za mojej pamięci się nie zdarzało.
Każdy balon nadmiernie napełniany musi kiedyś pęknąć. Także balon propagandowy. Kłamstwa i kłamstewka wyjdą na jaw, znaczna część obietnic nie zostanie spełniona. Niezadowolenie obywateli będzie tłumione różnymi sposobami zapożyczonymi z doświadczeń rządów autokratycznych. Wykształcona część elektoratu rządzącej partii i tzw. milcząca większość zdają sobie z tego sprawę. Twardy elektorat wierzy we wszystko, ale i on w jakimś momencie zacznie się upominać o to, co wdmuchano do balonu. Wtedy rządzący mogą wybrać tylko jeden z dwóch scenariuszy:
– albo dostatecznie wcześnie zaczną się sami wycofywać „na z góry upatrzone pozycje”, przepraszać, łagodnieć, obiecywać poprawę,
– albo ryzykować i czekać na wybuch. Ale ryzyko jest duże. Pęknięty balon wybuchnie głośno, cały świat go usłyszy. Można stracić władzę. Perspektywa jej odzyskania oddali się na wiele lat.
Obserwacja dotychczasowych zachowań dość wąskiej intelektualnej czołówki PISu skłania raczej do przypuszczenia, że, wierząc w nieustanne poparcie i siłę twardego elektoratu oraz w widoczny sposób rozkoszując się zdobytą władzą – wybiorą świadomie, lub podświadomie, drugi wariant.
Czy jednak, mimo to, PIS może wygrać następne wybory parlamentarne? Może, bo znaczna część naszych obywateli przejmuje się tylko tym, czy zarabia lub dostaje o kilka złotych więcej i wierzy, że nasze państwo „wstaje z kolan i rośnie w siłę”.
A czy może je przegrać?. Również może, choć jeszcze w to nie wierzy. Balon propagandowy podtrzymujący władzę może też pęknąć wcześniej i spowodować trudne do przewidzenia i opanowania reakcje „suwerena” i Europy.
Proces osłabiania pozycji zjednoczonej prawicy może też przyspieszyć nie tylko w związku nadmiernym zadłużaniem państwa i utratą stabilności ekonomiczne, ale także w reakcji na trzy immanentne cechy radzącej ekipy, które też coraz mniej podobają się pozostałej części społeczeństwa. Te trzy cechy, to zupełny brak poczucia humoru i nadmiernie nerwowe przyjmowanie śmiechu otoczenia, wewnętrzna dyscyplina i posłuszeństwo procentująca zanikiem własnych poglądów, w historii cywilizacji zawsze prowadząca do jakiejś formy dyktatury, i żenująco pierwotny, irytujący hurrapatriotyzm.

„Wiadomości” TVP czyli sztab wyborczy PiS

Trzeba podziwiać tzw. „dziennikarzy” z „Wiadomości” telewizji publicznej, że mimo tego co robią nie mają wyrzutów sumienia i śpią spokojnie. Może dlatego, że już od dawna są nie tyle dziennikarzami lecz przede wszystkim propagandystami (w dodatku świetnie opłacanymi z pieniędzy podatników).

Jak wyglądała kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego, w tzw. „telewizji publicznej”, a w istocie partyjno-rządowej, będącej tubą propagandową Prawa i Sprawiedliwości?
Otóż, w „Wiadomościach” czas poświęcony PiS-owi sięgał 75 proc. czasu wszystkich tematów, a materiały go dotyczące były niemal w całości pozytywne (neutralne wynosiły 8 proc., negatywnych w ogóle nie było).
Czas materiałów o Koalicji Europejskiej wynosił od 5 do 31 proc. każdego wydania i były to głównie materiały o wydźwięku negatywnym (przekaz neutralny nie przekraczał 2 proc., pozytywnego w ogóle nie było).

Tu pokazują owacje, tam ciszę

Materiały relacjonujące w „Wiadomościach” konwencje partyjne PiS i Koalicji Europejskiej różniły się diametralnie.
Kadry z konwencji PiS pokazywały tłumy witające polityków okrzykami i oklaskami. Przekazywano istotne fragmenty wystąpień ilustrowane grafikami (także ze stron internetowych PiS). Nie analizowano i nie komentowano składanych przez polityków obietnic, nie przypominano ich działań z przeszłości.
Spotkania wyborcze Koalicji Europejskiej pokazywano w ciasnych planach, oklaski bywały wyciszane. Wypowiedzi polityków opozycji były kontrowane komentarzami dziennikarskimi lub wypowiedziami polityków innych partii. Przypominano ich wypowiedzi z przeszłości, często odległej.
Takie właśnie wyniki przyniósł monitoring „Wiadomości” prowadzony przez Towarzystwo Dziennikarskie przy wsparciu fundacji im. Stefana Batorego.

„Obiektywizm” całą gębą

Tematy wyborcze zajmowały w „Wiadomościach” od połowy do ponad 80 proc. czasu. Przekaz był całkowicie skupiony na dwóch głównych partiach. Na przykład Konfederacja (Korwin Braun Liroy Narodowcy) miała w niedzielę, 12 maja 2,4 proc. czasu w całości negatywnego, a Wiosna w piątek, 10 maja 1,2 proc czasu również w całości negatywnego, zaś 13 maja 0,8 proc. czasu neutralnego i 0,6 proc. czasu negatywnego.
Dokładnie licząc, przez dwa tygodnie (10 – 23 maja) dwie trzecie, czyli 105 ze 153 tematów głównego programu informacyjnego TVP, miało związek z wyborami. 69 z nich dotyczyło PiS; 68 było pozytywnych, jeden – neutralny.
O Koalicji Europejskiej traktowały 33 tematy, wszystkie miały wydźwięk negatywny; dwa – także negatywne – dotyczyły Konfederacji. Lewicy Razem nie poświęcono ani jednego tematu.
Z 48 zapowiedzi „Wiadomości” (codziennie były 3-4), podawanych jako sygnalizacja najważniejszych tematów, 30 było wyborczych.
Dominowały pozytywne i neutralne zapowiedzi PiS (21); Koalicja Europejska miała 9 negatywnych, reszta zapowiedzi nie dała się przypisać żadnemu komitetowi wyborczemu.

Ocieplanie wizerunku prezesa

Z polityków najdłużej i najczęściej pokazywany był w „Wiadomościach” oczywiście prezes PiS Jarosław Kaczyński: tylko we wtorek, 14 maja jakimś cudem nie było go wcale, wcześniej miał od 5 do 201 sekund wypowiedzi w każdym z wydań programu.
Na przykład 19 maja pojawił się w 6 tematach, 21 maja – w 4. W poniedziałek, 13 maja pokazywany był w czterech tematach, w tym w relacji z programu TVP2 „Pytanie na Śniadanie”, w którym gościł przed południem (w ramach propagandowego ocieplania wizerunku). Wypowiedzi J. Kaczyńskiego były też wielokrotnie powtarzane.
W pierwszej piątce najczęściej występujących w „Wiadomościach” polityków czworo to działacze obozu PiS: Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, Joachim Brudziński i Beata Szydło. Dwoje ostatnich kandydowało do PE.
Lider opozycyjnej Koalicji Europejskiej Grzegorz Schetyna, pokazywany oczywiście w negatywnym świetle, był na trzecim miejscu. Dopiero na siódmym znalazł się premier Mateusz Morawiecki, przed nim był Donald Tusk, także prezentowany w czarnych barwach.
Działacze PiS (np. Beata Kempa, Beata Mazurek, Anna Zalewska, Beata Szydło, Elżbieta Rafalska) nie byli podpisywani jako kandydaci do europarlamentu, ale jako osoby sprawujące funkcje urzędowe, co miało zasugerować, że „Wiadomości” nie uprawiają propagandy wyborczej lecz jedynie relacjonują (i cóż z tego, że w samych superlatywach) pracę ważnych urzędników państwowych.
Jako kandydat do PE podpisywany był natomiast (zapewne przez jakieś przeoczenie) minister Joachim Brudziński. Polityków Koalicji Europejskiej i Kukiz’15 również oczywiście tak podpisywano, podobnie jak działaczy Wiosny i Konfederacji.
„Gośćmi Wiadomości” zapowiadanymi na koniec programu informacyjnego było w sumie 12 polityków, wszyscy kandydujący do Parlamentu Europejskiego: 7 z PiS, 2 z Nowoczesnej, 2 z Kukiz’15, 1 z PSL (działaczy PO nie było, bo, co zrozumiałe, bojkotują „Wiadomości” TVP).
Beata Kempa i Anna Zalewska z PiS poza rozmową w „Gościu” miały w „Wiadomościach” obszerne materiały poświęcone ich działalności jako członkiń rządu PiS. Z pewnością dlatego, że kierownictwo doszło do wniosku, iż trzeba wesprzeć ich szanse wyborcze.

Główne cechy programu

Podczas monitoringu dało się zaobserwować określone cechy konstruowania „Wiadomości”. Przede wszystkim było to tworzenie informacji niewyborczych pod potrzeby wyborcze. Na przykład 13 maja, siódmy temat: „Polska pomoc dla ofiar wojen” – ponad dwie minuty przeznaczono dla Beaty Kempy pełnomocniczki rządu ds. pomocy humanitarnej za granicą. Do tego doszło 85 sekund rozmowy jako „Gość Wiadomości”. Informacja o tym, że jest kandydatką do PE oczywiście nie padła.
Bardzo typowe dla „Wiadomości” jest też podawanie informacji z antyopozycyjną tezą na „pasku” (tytule tematu pokazywanym
na ekranie).
Oto kilka przykładów: Tajemnicze okoliczności wypadku Cimoszewicza (jedynka KE do PE w Warszawie), Podwójne standardy opozycji, Pytania o kulisy grabieży 250 mld zł (sejmowa komisja w sprawie wyłudzeń VAT), Opozycja opóźnia walkę z pedofilami, Opozycja chce euro mimo drożyzny, Opozycja blokuje walkę z pedofilią, Opozycja chce euro wbrew Polakom, Argumenty siły zamiast siły argumentów (zachowanie opozycji), Cimoszewicz zrezygnuje z wyborów?, Zdradzone wartości Platformy Obywatelskiej, Puste deklaracje Platformy Obywatelskiej, Wszystkie afery Platformy, Opozycja ukrywa swoje plany dotyczące praw LGBT, Niespełnione obietnice Platformy, Środowiska LGBT już nie wierzą Platformie
Powtarzano również – wedle znanej od lat 30. reguły propagandowej – wciąż te same informacje w kolejnych dniach.
Nagrana ukrytą kamerą rozmowa z nieświadomym nagrywania Rafałem Grupińskim z PO (czego nieświadomi byli także telewidzowie) podczas marszu opozycji „Polska w Europie” 18 maja, wykorzystywana była przez cztery kolejne dni z niewielkimi uzupełnieniami w następujących, antyopozycyjnych tematach: Donald Tusk angażuje się w polską politykę, Donald Tusk łamie unijne zasady, Opozycja ukrywa swoje plany dotyczące praw LGBT, Środowiska LGBT już nie wierzą Platformie. W „Wiadomościach” twarze osób nagrywających polityka KE zostały zasłonięte.
Charakterystyczna dla „Wiadomości” była także nierzetelna grafika informacyjna. 14 maja, podczas prezentacji tematu: Polaków stać na więcej; pokazano jak zwiększał się dochód rozporządzalny na osobę w ostatnich latach. Wynosił on odpowiednio 1 386 zł, 1 475 zł, 1 598 zł, 1 693 zł.
Obrazujący to wykres „Wiadomości” ostro pnie się w górę jak Matterhorn. Jednak rzeczywista dynamika przyrostu dochodu rozporządzalnego jest bardzo płaska – i taki też powinien być wykres.
Ponadto, „Wiadomości” ukrywały informacje niekorzystne
dla PiS.
Przykładowo, jak podaje raport z monitoringu, przy okazji tematu zatytułowanego: Polityczny atak „Gazety Wyborczej”, nie pokazano zdjęcia czołówki GW mówiącej o tym, jak premier Morawiecki uwłaszczył się na majątku oddanym Kościołowi (pojawił się tylko tekst z wewnętrznych stron GW). „Wiadomości” dały wypowiedź mecenasa premiera, ale brak było głosu przedstawiciela redakcji GW czy wypowiedzi polityków opozycji.
Do widzów „Wiadomości” nie dotarły także informacje o raporcie Najwyższej Izby Kontroli, bardzo krytycznym wobec reformy edukacji przeprowadzonej przez kandydatkę PiS do PE, minister Annę Zalewską.

Etyka ludzi z „Wiadomości”

Wyniki monitoringu nie mogą zaskakiwać, bo nikt rozsądny nie uważa przecież „Wiadomości” TVP za rzeczywisty program informacyjny, zachowujący choćby minimum obiektywizmu.
Pozostaje konkluzja, że trudno konkurować w wyborach, gdy „Wiadomości” zamiast zachowywania choćby pozorów obiektywizmu, stają się faktycznie propagandowym sztabem wyborczym partii rządzącej.
Oczywiście jest to sprzeczne z demokracją – więc jeżeli ktoś się będzie upierać, że Polska jest państwem demokratycznym, to trzeba mu powiedzieć, że za sprawą „Wiadomości” TVP, na pewno nie jest.
Nie można bowiem uznać za demokratyczną sytuacji, gdy potężna, finansowana z kieszeni wszystkich podatników telewizja państwowa, używana jest do skoncentrowanego ataku na wybrane ugrupowania polityczne – i do bezgranicznego gloryfikowania rządzącego ugrupowania politycznego.
„Wiadomości” nie są normalnym programem informacyjnym, to nawet jest nie tyle dziennikarstwo, co propaganda w wysokim stężeniu i swoisty telewizyjny sztab wyborczy PiS.
Mimo wszystko, jednak wypada podziwiać, jaki twardy charakter mają propagandyści z „Wiadomości”. Nie są to ludzie głupi, więc nie można powiedzieć: Panie wybacz im, bo nie wiedzą co czynią.
Oni doskonale wiedzą co czynią – wiedzą jak bardzo oddalają się od uczciwości i jak bardzo łamią wszelkie zasady pracy w mediach publicznych – a mimo to nie mają żadnych wyrzutów sumienia, śpią spokojnie, nie dręczą ich koszmary.
Do spokojnego snu przyczyniają się z pewnością wysokie zarobki płacone z kieszeni podatników, ale jednak trzeba być pod wrażeniem, że ich sumienia się nie buntują.
Wyrazy podziwu, panie i panowie z „Wiadomości”! Już jesteście niemalże godni takiej opinii, jaką miał Dziennik Telewizyjny podczas stanu wojennego – a przecież przed nami następne wybory.

Recydywa TTV-IPN

Teatr Telewizji – bilans drugiej połowy 2018 roku

Chełpliwe deklaracje, obietnice i zapowiedzi prezesa TVPiS Jacka Kurskiego i dyrektora Jedynki tejże, Mateusza Matyszkowicza, ogłaszających megalomańsko, że doprowadzili do odrodzenia Teatru Telewizji, okazały się tyle samo warte, co inne pisowskie wirtualne sukcesy i wioski potiomkinowskie, w tym groteskowy w swojej kłamliwości animowany film o Polsce jako kraju świetlanych perspektyw ekologicznych, rozpowszechniany przez rząd PiS z okazji kongresu klimatycznego w Katowicach.

 

Po bilansie przedstawień Teatru Telewizji w pierwszej połowie kończącego się roku, czas na bilans połowy drugiej, powakacyjnej, jesiennej. Generalnie można zauważyć, że zamiast obiecywanego renesansu kulturotwórczej roli telewizyjnej sceny poprzez produkcję i emisję przedstawień tekstów z zakresu polskiej oraz obcej klasyki dramaturgicznej i literackiej, a także wartościowych tekstów współczesnych, ponownie zaserwowano widzom nawrót nieco zmodyfikowanej formy, którą za poprzedniej edycji rządów PiS w TVP (2006-2007) krytycy określili mianem „teatru IPN”, a którego promotorką była ówczesna dyrektorka TTV, obecna wiceminister kultury w pisowskim rządzie, Wanda Zwinogrodzka. Mam na myśli serię widowisk według scenariuszy opartych na wydarzeniach z kręgu powojennej historii Polski, głównie, choć nie tylko, z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, czyli problematyki represji bierutowsko-stalinowskiego aparatu bezpieczeństwa przeciw żołnierzom AK, antykomunistycznym działaczom politycznym, a także tzw. „żołnierzom wyklętym” (m.in. „Śmierć rotmistrza Pileckiego”, „Inka”, „Słowo honoru”, „Stygmatyczka”, „Golgota wrocławska”).

Problem z tym cyklem przedstawień nie polegał wszakże na niewłaściwym wyborze tematyki, na pewno wartej podejmowania w jakiejś formie, lecz na skrajnie stronniczym, tendencyjnie jednostronnym ideologicznie i zredukowanym w sferze problematyki oraz ujęć tematów, a przez to radykalnie zafałszowanym obrazie sytuacji w Polsce w latach 1944-1956. Takie ujęcie wydarzeń i personaliów tego okresu sprawiło, że inicjatorzy i realizatorzy tych przedstawień popadli w zakłamanie i schematyzm podobne do tych, którymi charakteryzował się przekaz historyczny uprawiany po wojnie przez tę formację polityczną, której potępieniu służy wspomniany cykl.

 

Polityka historyczna zamiast teatru

Spójrzmy zatem wstecz na pierwszą, jesienną część sezonu 2018-2019. Rozpoczęto go (24.09) przedstawieniem „Ostatni hrabia Edward Raczyński” w reż. Krzysztofa Magowskiego, sprawnym warsztatowo, ale mieszczącym się w poetyce fabularyzowanych widowisk dokumentalnych o tematyce historycznej. W październiku wyemitowano kolejne premiery, tyle że z kręgu historii bardziej odległej – „Fryderyka”, widowisko oparte na biograficznej książce Piotra Witta „Przedpiekle sławy. Rzecz o Chopinie” w reż. Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej i spektakl „Reytan. Druga strona drzwi”, w reż. Jakuba Pączka, oparty na opowiadaniu Mariana Brandysa. Oba oparte na ciekawych wątkach, ale pierwszy został zrobiony żenująco słabo, na granicy nieudolności, a drugi, lepszy realizacyjnie i nie pozbawiony pewnej formalnej urody, też nie był jednak realizacją na wysokości podjętego zadania. Następnie odbyła się premiera widowiska „Popiełuszko” w reż. Jana Nowara.

Było to przeniesienie, dokonane z inicjatywy NSZZ „Solidarność”, hagiograficznego w przesłaniu przedstawienia z Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, a w dwa ostatnie poniedziałki października zaserwowano powtórki dwóch przedstawień historycznych – „Słowo honoru” w reż. Krzysztofa Zaleskiego z 2006 roku czyli z okresu pierwszej edycji „teatru IPN” oraz „Marszałka”, według tekstu głównego speca od tekstów dla „teatru IPN”, Wojciecha Tomczyka, w reż. Krzysztofa Langa. W listopadzie widzom TTV zaserwowano widowisko „Prymas Hlond” w reż. Pawła Woldana, specjalisty od hagiograficznych widowisk o ważnych przedstawicielach polskiego kleru katolickiego (Wojtyła, Wyszyński) i „Człowieka, który zatrzymał Rosję” w reż. Tomasza Drozdowicza, o zapomnianym deszyfrancie z 1920 roku, poruczniku Janie Kowalewskim. Grudzień rozpoczęła powtórka widowiska „Rozmowy z katem”, wg książki wspomnieniowej Kazimierza Moczarskiego, w reż. Macieja Englerta, a następnie telewizyjna premiera spektaklu „Generał”, wyreżyserowanego przez Aleksandrę Popławską i Marka Kalitę w oparciu o tekst Jarosława Jakubowskiego. W tej sytuacji rolę przedstawień klasyki spełniło „Lato” Tadeusza Rittnera, zaledwie melodramat z akcentami komediowymi oraz szczyptą refleksji egzystencjalnej, w kulturalnej i fachowej realizacji Jana Englerta oraz, na finał sezonu jesiennego, „Chłopcy” Stanisława Grochowiaka w reż. Roberta Glińskiego. Oba zostały sprawnie zrobione i nieźle zagrane przez doborową obsadę.

 

Monotonne menu – historia na jedną ideologiczną modłę

Wymienione przedstawienia były realizacjami różnej klasy profesjonalnej. Niektóre, jak widowisko o „Reytanie” uderzało niskim poziomem realizacji i bardzo złym aktorstwem. Inne, jak „Prymas Hlond”, zrealizowane na przyzwoitym poziomie technicznym, raziło jednak jednostronnym i hagiograficznym podejściem do tytułowego bohatera. Jeszcze inne, jak „Popiełuszko”, było nieznośnym przykładem teatralnej grafomanii i kiczu kościelnego w stylu przywodzącym na myśl żywoty ideologicznych świętych okresu socrealizmu. Jeszcze inne, jak „Fryderyk” miało zalążki na niezłe przedstawienie, ale zostało skażone przez minoderyjne ujęcie ciekawego tematu i niedobrą manierę aktorską niektórych wykonawców. Było też kilka realizacji w wykonaniu solidnych mistrzów jak Maciej Englert, Krzysztof Zaleski czy Krzysztof Lang.

Nie w tym zatem rzecz, że wszystkie te widowiska były złe z realizacyjnego czy artystycznego punktu widzenia, bo nie były. Podobnie jak można by wskazać kilka co najmniej ciekawych ról aktorskich. Istota formułowanych tu zarzutów w stosunku do aktualnej edycji Teatru Telewizji wypływa skądinąd. Policzmy – na dwanaście przedstawień jesiennej części sezonu TTV, siedem było widowiskami o tematyce historycznej, ale ujętej w kręgu zakreślonym przez jednostronne spojrzenie ideologiczne, w duchu prawicowej, konserwatywnej, nacjonalistycznej polityki historycznej. Do tego doszły trzy powtórki spektakli, także o tematyce historycznej. Próżno było szukać wśród tych przedstawień choćby jednego, które wyłamałoby się z tego schematu, z tego „historiocentryzmu” i podjęło którykolwiek z wątków przynależnych do znanych wielkich debat, toczonych wokół kluczowych zagadnień, sprzeczności i kompleksów polskiej kultury, problemów historiozoficznych czy kwestii społecznych. Można by rzec, że Teatr Telewizji kontynuował, choć w formie mniej jednolitej tematycznie niż „teatr IPN” z lat 2005-2007, tamtą tendencję do pokazywania jednostronnego, w duchu hagiograficznym, wybranych wątków historii Polski, z wykluczeniem jakiegokolwiek krytycyzmu i uwzględniania różnych racji. Nie tylko rząd PiS wstawał z kolan w swojej polityce historycznej i polityce budzenia dumy narodowej. Wstawał z kolan także Teatr Telewizji, oferując widzom wyłącznie jednoznacznie pozytywną, hagiograficzną, lukrowaną, bezrefleksyjną wizję i interpretację wybranych wątków polskiej historii, bez najmniejszej próby sięgnięcia choćby po samokrytyczny, fascynujący i do dziś nieprzepracowany nurt polskiej kultury, wywodzący się z wybitnych tradycji myśli Maurycego Mochnackiego, Stanisława Brzozowskiego, Witkacego czy Witolda Gombrowicza, ale także z innych źródeł. Zamiast tego serwowano widzom widowiska w duchu bogoojczyźnianych „czytanek narodowych”, całkowicie omijając nurt historycznego, krytycznego namysłu nad meandrami polskich dziejów, kultury i nad polskimi wadami narodowymi.

 

Absencja wielkiej klasyki

Nie znalazło się na ekranie TTV miejsce na jedną nawet w omawianym okresie realizację utworu z kręgu wielkiej klasyki polskiej i obcej, dawnej czy współczesnej, na Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego czy Wyspiańskiego, na Szekspira czy Moliera, ani na którąś ze sztuk Strindberga, Ibsena, Maeterlincka, Becketta, Mrożka, Gombrowicza czy Tadeusza Różewicza – nazwiska i tytuły można by długo wymieniać. Zarządzający Teatrem Telewizji przedłożyli jednostronną ideologicznie, w duchu nacjonalistyczno-klerykalnym, wersję wydarzeń historycznych, ponad mądry, wolny od przesądów namysł historiozoficzny nad ludzką egzystencją, nad Polską i nad światem, a użytkowe teksty paradokumentalne przedłożyli ponad wybitne literacko teksty dramaturgiczne, klasyczne i współczesne. Nie wiem zatem czy to, co ciągle nosi tradycyjne miano Teatru Telewizji nadal zasługuje na tę nazwę. Prawdziwy bowiem teatr, to nie agitacyjne, jednostronne i tendencyjne ideologicznie widowiska czerpane z pisanych z prawicowych pozycji podręczników do historii, lecz nade wszystko akty artystyczne, realizacje i nowe interpretacje czy nowatorskie odczytania wielkich tekstów dramatycznych i prozatorskich, oddające w ciekawej formie skomplikowane zjawiska najrozmaitszej natury.

Widowiska historyczne ze z góry założoną, ideologiczną tezą propagandową, do teatru nie przynależą, bo propaganda jest praktyką na antypodach tego, co określa się jako prawdę wypowiedzi artystycznej, jako samoistność prawdziwej sztuki, wolnej od wysługiwania się ideologiom. Może byłoby uczciwiej przenieść neo-teatr telewizji IPN do jakiegoś pasma publicystycznego, względnie pokazywać go w ramówce tematycznego kanału typu TVP Historia, zamiast oszukiwać widzów, że to co im się serwuje, jest prawdziwym, rzekomo odrodzonym po upadku, Teatrem Telewizji.

Prawda najprawdziwsza

Ciągle jeszcze wolne media uwierają prezesa Kaczyńskiego niczym cierń w bucie. Gdyby nie one, media rządowe czyli dawniej publiczne radio i telewizja bez przeszkód krzewiłyby prawdę wg PiS, choć jest ona bardzo nieprawdziwa.
Media niezależne podają swoja wersję wydarzeń, też często subiektywną, ale i tak bardziej obiektywną niż magma informacyjna wydalana przez dziennikarzopropagandzistów w PiS-owskich mediach. Walka informacyjna zaostrza się i nie media rządowe są w niej górą. Widać to po wynikach oglądalności i słuchalności. Stacja radiowa RMF FM, będąca własnością zagranicznego kapitału me słuchalność wyższą niż wszystkie programy publicznego radia razem wzięte. Słuchalność radia publicznego leci na łeb na szyję, a to oznacza, że słuchacze mają dość rządowej propagandy. Podobnie spada oglądalność publicznej telewizji. I nawet nie wiem jak Kurski by się natężał to ciężaru kłamstwa nie udźwignie, taki to ciężar.
W punktach sprzedaży zalegają stosy Gazety Polskiej, a kupowany jest tabloid Fakt wydawany przez niemieckiego właściciela. Podobny jemu treścią, z krajowym kapitałem, tabloid Superekspres, puszczający oko do PiS, pozostaje daleko w tyle. PiS-owskie czasopisma żywią się reklamami spółek skarbu państwa, a ich propagandowy personel pławi się w luksusach. Ten przepływ czytelników, słuchaczy i oglądaczy w kierunku mediów niezależnych jest dla PiS groźny. Pokazuje on, że do obywateli dociera świadomość, że są, za pomocą rządowej propagandy, manipulowani i stymulowani. Ta świadomość narasta powoli, ale narasta.
Obywatel zadaje sobie pytanie. Skoro PiS mówi tylko prawdę, a reszta to kłamcy to dlaczego ta prawda jest coraz częściej kwestionowana i budzi coraz więcej pytań i do owych kłamców czyli mediów nie PiS-owskich obywatel zwraca się w poszukiwaniu prawdy.
Nie oznacza to, że media niezależne promieniują sama prawdą. Do tego im także daleko, ale bliżej niż PiS-owi i jego propagandowym służbom.

Sprawy ważne i ważniejsze

Pan poseł Bartosz „Widelec” Kownacki napisał do premiera Morawieckiego rozdzierający apel, aby na pokładach samolotów PLL LOT pasażerowie mieli szansę zapoznać się z patriotycznym kinem – „piękną, choć bolesną, historią Polski”. Linie powinny więc zadbać o to, aby obejrzeli m.in. papieskiego gniota z Piotrem Adamczykiem w roli głównej oraz trybut dla księdza Popiełuszki, który jest produkcją o tyle sprytną, że stanowi indoktrynację o charakterze religijnym i antykomunistycznym jednocześnie. Zrobiłby więc władzy podwójną robotę.

 

Informacja o całym liście pana posła Kownackiego do premiera jest oczywiście doniesieniem czysto plotkarskim, oddaje jednak w mistrzowski sposób priorytety „prosocjalnej” władzy i prawdziwy stosunek do maluczkich, których PiS chce podnosić z kolan. Bo najprościej podnosi się w sferze deklaratywnej, machając im przed nosem plemiennymi totemami i wykrzykując hasła o tym, kto powinien zostać wykluczony z naszej wyobrażonej wspólnotowej piaskownicy. Przedmiotem troski ani posła Kownackiego ani innych tuzów prawicy nie były bowiem wartości, które przekazano pasażerom na przykład poprzez zwolnienie dyscyplinarne 67 działaczy związkowych. Przez cały czas, kiedy trwał strajk upodlonych pracowników LOT-u, pan Kownacki nie zająknął się ani słowem na temat tego, że na oczach podróżnych łamie się prawa człowieka. Ubolewa natomiast nad realną stratą dla ludzkości, że ta nie obejrzy w kolorze kolejnej przeładowanej symboliką hagiograficzną bajeczki. Tymczasem prezes Milczarski prezentował podległym mu obibokom na kontraktach, jak prawidłowo należy myć pokładowy kibel. Zapewne przy dźwiękach papieskiego orędzia z 1979 roku myłoby się go z większym poczuciem misji.

Zamiast puszczać filmy o wielkich wąsatych Polakach z czasów szabel i husarskich skrzydeł, wyklętych bandytów z lasu rozpruwających brzuchy albo zamyślonych, oderwanych od życia religiantów, co „urodzili się do świętości”, może puścilibyśmy filmy o wyzysku, albo o nowoczesnym niewolnictwie? A może coś z historii związków zawodowych, które nasza rzekomo prosocjalna władza zwalcza z całą mocą, za wyjątkiem „Solidarności” oczywiście (choć „Solidarność” nota bene w strajk pracowników LOT nie miała zamiaru się angażować bo „to nie jej spór”). Może zorganizowalibyśmy maraton dokumentów na temat wszystkich grup zawodowych, które wyszły na ulice tylko w tym roku? Może dziennikarze śledczy z telewizji publicznej nakręciliby na potrzeby kina pokładowego rzetelny materiał o wynagrodzeniach pracowników nomen omen pomocy społecznej?

Strajk w LOT się zakończył. Trwają negocjacje związków i zarządu w sprawie regulaminu płac. Potrwają do połowy stycznia. W ostatnią środę strona reprezentująca pracowników usłyszała, że kondycja spółki jest tak zła, że nie ma pieniędzy na podwyżki.

Rozumiemy oczywiście, są sprawy ważne i ważniejsze. Nikt nie będzie zawracał dupy szefowi rządu z powodu tego, że jakiś tam pracodawca w państwowej spółce poniża ludzi, grunt, żeby chciał puścić film o Wojtyle. Jak to dobrze, że parlamentarzyści zdają sobie sprawę z najbardziej palących społecznych problemów. Za to im przecież płacimy.

Nie wierzcie antykomunistom

Karol Modzelewski, uznawany za skutecznego ongiś bojownika o prawa pracownicze i inne zjawiska z gruntu miłe lewicy, awansował dość szybko na jednego z jej bohaterów w III RP. Czy z braku lepszego dżemu, czy dlatego, że nie wpisał się dostatecznie miękko w transformacyjne narracje? Chyba jednak głównie z powodu naiwności odbiorców jego komunikatów. Szkoda, że ujawnia się to po raz kolejny; tym bardziej, że nie zanosi się, by i przy tym ostrym zakręcie ktoś zechciał pokusić się o wnioski i zmiany.
Wspomniany działacz i komentator był uprzejmy niedawno zabrać głos w sprawie polskiej polityki zagranicznej i obronnej. Stwierdził, iż instalacja niezwykle drogiej bazy wojsk amerykańskich w Polsce o kuriozalnej nazwie roboczej Fort Trump to pomysł znakomity, ale ze względu na mroczne chmury PiS-owszczyzny, które zawisły nad Polską, nierealny. A dokładniej, powiedział, że byłby to projekt zbieżny z polską racją stanu, ale Duda i Kaczyński na pewno to spieprzą.
Cokolwiek zdumiewa podobna opinia z ust człowieka szczycącego się krytycznym myśleniem. Każdy bowiem, komu udało się zachować elementarną przytomność umysłu w tych dziwacznych postczasach III i IV RP zdaje sobie sprawę, że inwestycja 2 mld dolarów w jankeskie zabawy z bronią jest po prostu szkodliwym idiotyzmem. Jeszcze bardziej zaskakuje jednak konstatacja, iż prominenci PiS-u mieliby się do tego nie przyłożyć. Modzelewski myli się więc wielokrotnie i daje dowodny wyraz temu, iż cała ta jego niemal trzydziestoletnia kawalkada przeciw ułomnościom polskiej transformacji jest pustą pozą, wentylem bezpieczeństwa wkręconym w niszę.
Nikt inny przecież nie zrobi tego lepiej niż właśnie obecny rząd. Jedyną treścią „polityki”, którą prezes i prezydent proponują społeczeństwu, jest wszak emocjonalna huśtawka i żonglowanie symbolami. A jednym z najważniejszych z tychże jest fantazmat groźnej Rosji, fałszywie zreinkarnowego ZSRR, które wraz z cyrkową kopią Reagana okupującą obecnie Biały Dom, trzeba pilnie ponownie obalić. Niczego innego duet ten nie rozegra lepiej, niż właśnie kolejnego festiwalu brzdękania szabelką na Moskwę. A jeśli da się przy tym zademonstrować hiperserwilizm utrzymując komediowo-lokajską nazwę, to będzie to sukces wielkiej miary i materiał do PR-owej eksploatacji na dekady wprzód.
Natomiast twierdzenia o rzekomej zgodności rusofobicznych ekscesów za obłędne pieniądze, to dowód na myślenie magiczne, że się tak wyrażę – najgorszego sortu. W polityce jeszcze bardziej groźne od lekkodusznej, infantylnej naiwności. Jeżeli ktoś uważa, że jedna baza jankeskich wojsk w Polsce stanowi jakiś realny czynnik awersyjny dla wyimaginowanej przez chore umysły rosyjskiej nawały, to polecić można takiej osobie jedynie wycieczkę do kuchni, wyszukanie najcięższej dostępnej tam patelni i wymierzenie sobie nią ciosu prosto w czoło.
A jednak okazuje się, że Modzelewski tak właśnie sądzi. Osobiście jest mi to zupełnie obojętne, albowiem dla mnie Modzelewski nie był, nie jest i nie będzie żadnym punktem odniesienia. Reprezentuję nurt lewicy w Polsce praktycznie nieobecny – czyli lewicę nieantykomunistyczną. Ale wyobrażam sobie zgrzyty zębów i obfite bóle wiadomego fragmentu anatomii, tych, którzy żyją nadętymi ponad wszelką przyzwoitość legendami Kuronia i Modzelewskiego właśnie. Oraz, ma się rozumieć, innych eksponentów frymuśnej lewicy, która wprawdzie nie lubi PO, PiS-u, czy Balcerowicza, ale jeszcze bardziej nienawidzi PRL-u i Rosji. Ja od początku swojego świadomego życia w Polsce z radością popluwałem okazjonalnie na zachwyty i westchnienia polskiej lewicy wobec takich ośrodków jak Nowy Obywatel, Tygodnik Powszechny czy Gazeta Wyborcza oraz na jej perwersyjne do granic obrzydliwości z nimi romanse. Ich wspólnym mianownikiem jest oczywiście antykomunizm i nieodłącznie podążająca z nim w parze antyrosyjska ksenofobia. Do dziś zachodzę w głowę, czy w polskiej kulturze politycznej to pierwsze jest funkcją drugiego, czy odwrotnie.
W zbiór ten wpisują się wszyscy apologeci (nawet umiarkowani) transformacji, którzy dogmatycznie odrzucają prostą tezę, iż PRL można było reformować, zamiast wysadzać w powietrze i że III RP ze swoimi Wałęsami, Mazowieckimi, Glempami, Balcerowiczami, Niesiołowskimi, Moczulskimi oraz właśnie Modzelewskimi, Kuroniami, Bonieckimi, Michnikami, Lisami i Żakowskimi nie była żadną dziejową koniecznością, tylko politycznym wyborem. Czasy bieżące poświadczają jego głupotę i ujawniają miałkość przesłanek, tudzież krótkowzroczność planistów. Polska droga do przemian prowadzi wyłącznie do PiSlandu i nigdzie indziej. Jeśli nie zaprowadziłby go Kaczyński, zrobiłby to Modzelewski, zresztą – jak sam twierdzi – lepiej.