Kto stworzył Putina?

Jaki ma majątek? Gdzie są jego źródła? Może w handlu bronią i narkobiznesie?

Ponoć do specjalnie zbudowanego portu w Petersburgu przypływały ładunki prosto z
Kolumbii. Ale kiedy to było? Czyżby w latach dziewięćdziesiątych, gdy był zastępcą mera,bossem petersburskiej administracji? Wprawdzie tych instalacji nie wypatrzyły satelity szpiegowskie USA ani, dziwnym trafem, statków nie przejęły okręty straży przybrzeżnejWolnego Świata, ale pewnie tak było. Coś o tym mówił jeden ze świadków na procesie wsprawie zabójstwa Litwinienki w Londynie. Stolicy ex imperium mającego historyczne porachunki z Rosją a i dzisiaj prowadzącego wobec niej najbardziej agresywną politykę spośród państw Zachodu. Słowa,słowa,słowa…
Jak powiedział kiedyś pewien mądry człowiek sformułowania pretendujące do miana
prawdy lecz nie mające oparcia w jednoznacznych faktach, są gorsze od jawnych kłamstw. Dają bowiem szansę na obudowywanie ich mitami, teoriami spiskowymi, których kolejne warstwy pozwalają powoływać się na poprzednie, jako wiarygodne i prawdziwe źródła. Dzięki temu nie trzeba już powracać do wątpliwych tez wyjściowych i można prowadzić debatę w wirtualnej rzeczywistości, wykreowanej przez mitotwórców. To zresztą metoda bardzo popularna, szczególnie w dyskredytującej przeciwników politycznych narracji, modnej ostatnio nie tylkow Polsce.
Tak więc różne media podniecają się (i swych odbiorców, bo o to przecież chodzi) rewelacjami wziętymi z publikacji, podobnych do tej, autorstwa Niemcowa i Martyniuka „Życie niewolnika na galerach”. Ów Putin z książki posiada piętnaście helikopterów, czterdzieści trzy samoloty,cztery jachty oraz dwadzieścia pałaców, willi i dacz. Tylko nikt nie uściśla, że są to środki transportu i obiekty w gestii administracji prezydenta, zresztą – do dyspozycji przedstawicieli najwyższych władz Rosji. To tak, jakby stwierdzić, przy uwzględnieniu różnicy potencjałów państw, że samoloty do przewozu VIP-ów i reprezentacyjne nieruchomości tudzież ośrodki wypoczynkowe są własnością głowy państwa – Prezydenta Rzeczypospolitej.
Dziennikarze śledczy węszą więc wszędzie skandale, podążając śladami wyimaginowanych choć czasem i rzeczywistych nadużyć władcy Rosji. Gdy zaś przychodzi do poparcia ich tez faktami powołują się na przykład na publikacje „Nowej Gaziety”, jako dysponenta prawdy objawionej, zważywszy na to, że to przecież opozycja. Nie stawiają sobie pytania, jakim cudem w tym autorytarnym krajobrazie, który opisują, uchowała się jakaś opozycja.
Tak więc większość „putinologów”, która to pseudonauka zastąpiła na dyżurze sowietologię, koncentruje się na tym jaki to ten Putin jest, kogo teraz prześladuje, jaki makiaweliczny plan trzyma w zanadrzu wobec wolnego, jak wiadomo,w odróżnieniu od Rosji, świata.
Skąd jawna bezwzględność prowadzonej przez niego polityki, w porównaniu z łagodną hipokryzją zachodnich jej standardów? I dlaczego, mimo wyrzeczeń i ograniczeń spadających na obywateli w wyniku jego ekspansjonizmu i autorytaryzmu, społeczeństwo rosyjskie w swojej masie wciąż go jednak popiera? A Zachód czuje się zobligowany do stosowania sankcji wobec Rosji ( najmniej uderzających w Putina a najbardziej właśnie w szeregowych obywateli jego kraju). Więcej, zmuszony jest do otaczania tego wciąż militarnie potężnego państwa łańcuchami baz pod auspicjami NATO, oczywiście mających na celu walkę o pokój a w najgorszym razie – przechwytywanie, najlepiej nad Europą, irańskich rakiet balistycznych skierowanych na USA, choć wiadomo, że w najbliższych latach Teheran nie wyprodukuje broni o takich parametrach.
Krótko mówiąc, medialno-propagandowe działania, których przedmiotem jest Putin a raczej jego fantom, obraz demiurga, adresowany do masowego, najczęściej pasywnego odbiorcy z globalnej wioski, skupiają się na skutkach pewnych wcześniejszych wydarzeń a nie na przyczynach, prowadzących do owych skutków.
Niewielu głośnych „putinologów” stawia sobie ( i publiczności) pytania: Jak doszło do tego, że pojawił się Putin? Kto stworzył Putina? Dlaczego jest taki, jaki jest? Czemu, mimo że jest taki,większość Rosjan go popiera ?
Przy czym pod pojęciem „Putin” należy rozumieć ten zbiór czynów, których dokonuje i cech charakterologicznych, które posiada. Mógłby na jego miejscu być ktokolwiek inny o podobnym profilu. Zaraz więc rozlegnie się głos mędrców twierdzących, że lud rosyjski potrzebuje tyrana i bata, podobnie jak Polacy – liberum veto. Sprawa jest jednak bardziej złożona i nie da się jej załatwić paroma komunałami okraszonymi sosem z frazesów.
Trzeba się trochę cofnąć w czasie i przeprowadzić analizę, niekoniecznie wygodną dla twórców obowiązującej dzisiaj, głównie w USA i Europie, putinowskiej sagi.
Europa i jej transatlantycki partner mają zadziwiającą umiejętność niewyciągania wniosków z historii. Po pierwszej wojnie światowej , po jej krwawych igrzyskach, państwa zwycięskiej Ententy narzuciły następczyni kajzerowskich Niemiec – Republice Weimarskiej żelazny reżim sankcji ekonomicznych, reparacji oraz ograniczeń w sferze militarnej. Cały ten aparat środków represji i, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, powstrzymywania, miał na celu złamanie karku pruskiego nacjonalizmu tudzież militaryzmu. Jaki był efekt końcowy tych działań-wiadomo.
Chociaż ta świadomość, w informatycznej i ahistorycznej społeczności globalnej, zapatrzonej w doczesność, niebezpiecznie zanika.
Teraz, uwzględniając niedoskonałość i nieprecyzyjność tego porównania i zachowując właściwe proporcje, wróćmy do putinowskiej Rosji a raczej – do jej korzeni.
Wiadomo,że jej teraźniejszy władca urodził się w 1952 roku, w ówczesnym Leningradzie, że w latach 1975-1990 był funkcjonariuszem KGB, w wywiadzie , m.in. w rezydenturze na terenie NRD, później zaistniał w latach 1990-1996 w administracji Petersburga , który w międzyczasie pozbył się bolszewickiej nazwy, następnie został dopuszczony do dworu prezydenta Jelcyna na którym działał od 1996 do 1998 roku aby w okresie 1998-1999 objąć funkcję szefa FSB. Stąd już tylko krok do stanowiska premiera sprawowanego od 1999 do 2000 roku i dalej, do prezydentury w tymże roku. Tak do dzisiaj, z przerwą na prezydencję Miedwiediewaw latach 2008 – 2012.
Te wszystkie mądrości pozna każdy, kto zechce poszperać w materiałach źródłowych. Ale to wciąż nie odpowiada na nasze fundamentalne pytanie: Kto stworzył Putina?
Po przegranym przez ZSRR wyścigu zbrojeń, po rzuceniu przez USA technologicznego wyzwania w postaci „wojen gwiezdnych”, któremu Moskwa nie była w stanie sprostać i wykreowaniu przez Ronalda Reagana nośnego w swej prostocie hasła propagandowego o „imperium zła”, które automatycznie sytuowało Stany Zjednoczone po dobrej stronie mocy, radziecki kolos zaczął trzeszczeć w posadach.
Polityka „pieriestrojki”(przebudowy) i „głasnosti”( jawności życia politycznego) realizowana przez Gorbaczowa, równolegle z ukłonami pod adresem Zachodu, przyspieszyła tylko jego zmierzch i rozpad.
Wbrew temu,co dzisiaj mówią niektórzy politolodzy, próbujący zaczarować przeszłość aby kontrolować przyszłość, po Gorbaczowie nie stwierdzono, że Rosja to już nie wróg lecz partner.
Zachód a w szczególności USA uznały Rosję za zlikwidowanego przeciwnika, za zwyciężonego wroga a siebie – za zwycięzcę, z wszystkimi wypływającymi stąd konsekwencjami. Werbalnemu opakowaniu tej polityki w przyjazne choć w rzeczywistości –paternalistyczne pustosłowie, przeczyły fakty. Zaczęło się pouczanie, jak powinna wyglądać prawdziwa demokracja do implantacji w Rosji.
Zaczęło się „wyrywanie jej zębów” w ramach układów o redukcji zbrojeń strategicznych START II czy europejskiego CFE o liczbie żołnierzy i o ograniczeniach flankowych oraz uzbrojeniu konwencjonalnym. Gdzieś w tle pozostawała pamięć o porozumieniu w sprawie ograniczenia systemów obrony przeciwrakietowej jeszcze z lat siedemdziesiątych, które nagle zyskało na aktualności. Sprzyjało temu i podobnym procesom pierwotne zauroczenie Jelcyna Stanami Zjednoczonymi i bezkrytyczne podejście do ich poczynań tak wobec Moskwy jak i wobec praktyki amerykańskiej w polityce międzynarodowej en block.
Koncerny takie jak Exxon Mobil, Chevron, Shell czy British Petroleum coraz odważniej, z coraz większymi pakietami udziałów, wkraczały na roponośne obszary Rosji, z wyraźną intencją ich przejęcia. Nie przypominało to partnerskiej współporacy lecz raczej podbój Dzikiego Zachodu,z tym, że tym razem chodziło o Wschód.
Za prezydentury rosyjskiej zapatrzonej w Amerykę i jej wzorce polityczno-gospodarcze było to możliwe.
Jednak te bezceremonialne działania Zachodu były realizowane na dyletanckim poziomie, bez uwzględniania psycho-socjologicznych, kulturowych i historycznych składowych rosyjskiego charakteru, bez znajomości specyfiki tego społeczeństwa.
Gdybyż sowietolodzy i kremlinolodzy czasów zimnej wojny, wyspecjalizowani w prognozach na temat tendencji politycznych Związku Radzieckego, wróżący jak z fusów, z kolejności ustawienia członków Biura Politycznego na trybunie mauzoleum Lenina podczas defilad na Placu Czerwonym, ostrzegli na czas nowych konkwistadorów!
Gdyby wskazali im na niesamowitą zdolność Rosjan a dzięki nim – Rosji do „podnoszenia się z kolan”, jak to ujął Putin a za nim – różnojęzyczni i różnoplemienni epigoni.
Gdyby uświadomili im, że najlepszą pożywką, najlepszym dopingiem dla konsolidacji tego narodu, dla reanimacji imperialnego ducha, jest okazywanie mu słabo maskowanej pogardy, zewnętrzne narzucanie obcych wzorców cywilizacyjnych i wdeptywanie w ziemię jako ostatecznie pokonanego przeciwnika!
Ale niestety wysłano ich na emeryturę a szkoda.
Pamiętam jak sam spytałem na początku lat siedemdziesiątych, gdy w Polsce panował relatywny gierkowski dostatek, pewnego szeregowego,szarego obywatela ZSRR: Jak sobie dajecie radę, przecież codziennie musicie walczyć o podstawowe dobra, zapewniające egzystencję?
Ten odpowiedział : Tak, ale za to jesteśmy mocarstwem i wszyscy muszą się z nami liczyć!
Nie była to ironia ani ten człowiek nie był odosobniony w swoich poglądach. To społeczeństwo, po jelcynowskich breweriach, nie mogło już wytrzymać poniżenia w jakim, według jego zbiorowego mniemania, znalazła się Matka- Rosja.
I wtedy pojawił się na firmamencie Władimir Władimirowicz Putin. Tak, to prawda,na pierwszym etapie wielkiej kariery popierał go swymi miliardami i mediami Bieriezowski. Miał nadzieję, że zyska sterowalną kukiełkę na rosyjskim tronie. Nic z tego nie wyszło.
Szefowie resortów siłowych i tzw. „rodzina” – czyli jelcynowska kamaryla, myśleli, że będą mieli posłusznego realizatora ich wytycznych. Nic z tego nie wyszło.
A gdyby Władimir Władimirowicz się nie pojawił? No cóż, wtedy wielkoruska społeczność,od wieków wyćwiczona w poświęceniach dla ojczyzny i tych, którzy byli jej ucieleśnieniem –carów, patriarchów, rewolucyjnych trybunów – wygenerowałaby kogoś podobnego.
I im większa byłaby arogancja „wychowawców” z Zachodu, tym większy byłby kredyt zaufania dla tego reprezentanta rosyjskich pragnień – odzyskania godności i wielkomocarstwowej pozycji w świecie .Tym większe przyzwolenie na autorytaryzm.
Trawestując niedawne powiedzenie pewnego rosyjskiego polityka, dziękującego Zachodowi za sankcje, które stworzyły unikalną szansę dla rozwoju szeregu gałęzi gospodarki narodowejRosji, obywatele rosyjscy mogliby chórem skandować:
Dziękujemy USA! Dziękujemy ich sojusznikom! Dziękujemy ich polityce za Putina! A odmienne głosy opozycji byłyby w tym chórze ledwie słyszalne.

PS. Warto dodać, że ten tekst napisałem 9 czerwca 2016 roku i opublikowałem jako epilog wydanej przez oficynę Melanż mojej książki sensacyjnej pt. Moskwa nie boi się krwi. Jak widać, uporczywe trwanie w błędach “putinologów” nie pozwala ciągle znaleźć Zachodowi właściwej recepty na Rosję i Putina. To, z czym dzisiaj mamy do czynienia, przypomina gróźne kołysanie globalną łodzią. Co gorsza, owo kołysanie nie jest związane z wyznaczaniem przez obie strony kursu w chybotliwej równowadze współczesnego świata, nie wspominając o roli innych, znaczących załogantów. No cóż, “errare humanum est, sed in errare perseverare diabolicum” / błądzić jest rzeczą ludzką, lecz trwać w błędzie diabelską (Seneca).

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz… tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Gospodarka 48 godzin

Bez Unii nie da rady
Rada Ministrów zdecydowała, że Polska ratyfikuje decyzję Rady Unii Europejskiej z dnia 14 grudnia 2020 r. w sprawie systemu zasobów własnych Unii Europejskiej. Ratyfikacja ta może otworzyć naszemu krajowi dostęp do największych w historii Unii Europejskiej środków finansowych – wynoszących około 770 mld zł – bez których jakikolwiek rozwój Polski byłby niemożliwy. Przyjęcie przepisów o zasobach własnych umożliwi skorzystanie z tych pieniędzy. Środki z UE pomogą wzmocnić polską gospodarkę oraz pozwolą na wyjście z kryzysu wywołanego przez COVID-19. Aby skorzystać z unijnego budżetu (zarówno z klasycznego budżetu UE, jak i w ramach unijnego Planu Odbudowy), wszystkie państwa UE muszą zaakceptować decyzję w sprawie zasobów własnych. W przypadku Polski oznacza to ratyfikację decyzji na podstawie ustawy. W ramach unijnego budżetu, nasz kraj może liczyć na niemal 137 mld euro bezzwrotnych środków: 107,9 mld euro z tzw. Wieloletnich Ram Finansowych oraz 28,6 mld euro z instrumentów Funduszu Odbudowy. Fundusz Odbudowy jest odpowiedzią Unii Europejskiej na zagrożenia i wyzwania, jakie spowodowała pandemia. Na nim opiera się Krajowy Plan Odbudowy, który ma wykorzystywać środki unijnego Instrumentu na rzecz Odbudowy i Wzmacniania Odporności (stanowiącego największą część Funduszu Odbudowy). Ponadto Polska będzie mogła skorzystać z 34,2 mld euro w postaci niskooprocentowanych pożyczek z unijnego Funduszu Odbudowy.

Skorzystamy z szansy?
Już od kilku lat mówi się o planach budowy przez Polskę farm wiatrowych na Bałtyku, mających osiągnąć moc około 11 Gigawatów. Stopniowo planowane są obszary morskie, gdzie będą zlokalizowane farmy wiatrowe, ale sprawy posuwają się bardzo powoli. Na internetowym szczycie klimatycznym TOGETAIR stwierdzono, iż nasz kraj nie jest w stanie osiągnąć celów polityki energetycznej bez rozwoju energetyki morskiej – ale trzeba być optymistą w zakresie inwestycji w farmy wiatrowe. Specjaliści przewidują, że najwcześniej w 2023 roku zapadną wszystkie decyzje administracyjne, pozwalające na budowę polskich farm wiatrowych na Bałtyku. Mateusz Berger, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu, wskazując na potencjał energetyki wiatrowej stwierdził: „Wszystkie aspekty geograficzne sprzyjają temu, by Polska grała pierwsze skrzypce w morskiej energetyce wiatrowej. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej szansy.”

Gdy zdejmą mundur
W kwietniu w Polsce rozpoczęła działalność pierwsza agencja pośrednictwa pracy, która swoje oferty kieruje wyłącznie do służb mundurowych – czyli funkcjonariuszy opuszczających szeregi wojska, policji, straży pożarnej, granicznej, ochrony kolei, wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, ABW i CBA. Każdego roku ponad 10 tysięcy mężczyzn i kobiet z tych instytucji zdejmuje mundur. Na ogół są oni w pełni sił, ponieważ mogą relatywnie bardzo wcześnie przechodzić na emeryturę. Nie zawsze jednak umieją się odnaleźć w „cywilnym świecie”. 85 proc. funkcjonariuszy odchodzących ze służby chce być dalej aktywnymi zawodowo. Reprezentują oni około 350 rozmaitych zawodów, więc zwykle mają kwalifikacje umożliwiające im znalezienie dobrej pracy. Tym niemniej, mundurowi niejednokrotnie potrzebują wsparcia po odejściu ze służby.

Gospodarka 48 godzin

Dla służb siłowych
Rząd postanowił wspomóc mundurowe służby siłowe, wprowadzając nowe, korzystne dla nich rozwiązania finansowe. Przyjęto projekt ustawy o szczególnych rozwiązaniach dotyczących wsparcia służb mundurowych nadzorowanych przez ministra właściwego do spraw wewnętrznych oraz Służby Więziennej. Wzmocnienie ochrony prawnej oraz przyznanie świadczeń motywacyjnych po 25 latach służby funkcjonariuszom Policji, Straży Granicznej,  Służby Ochrony Państwa, Państwowej Straży Pożarnej i Służby Więziennej. Zmiana zasad naliczania ekwiwalentu pieniężnego za niewykorzystany urlop wypoczynkowy lub dodatkowy dla funkcjonariuszy Policji, Straży Granicznej i Służby Ochrony Państwa. To jedne z ważniejszych rozwiązań, które mają motywować funkcjonariuszy do pozostania w służbie jak najdłużej i zapewnić im bezpieczne warunki jej pełnienia. Powinny zacząć obowiązywać już od 1 sierpnia 2020 r. I tak, jeśli funkcjonariusz zamiast odejść na emeryturę zdecyduje się pozostać w służbie uzyska dodatek motywacyjny. Będzie on przyznawany zamiast emerytury: po 25 latach służby w wysokości 1,5 tys. zł brutto miesięcznie, a po 28,5 latach służby w wysokości 2,5 tys. zł brutto miesięcznie. W ramach poszczególnych służb dodatek motywacyjny będzie powszechny. Świadczenie będzie przysługiwać funkcjonariuszom, którzy uzyskali pozytywną opinię służbową i przeciwko którym nie toczy się postępowanie karne lub dyscyplinarne. Świadczenie motywacyjne ma zatrzymać w służbie doświadczonych funkcjonariuszy, a tym samym poprawić sytuację kadrową w formacjach podległych MSWiA i Służbie Więziennej. Ponadto, funkcjonariuszowi będzie przysługiwać zwrot kosztów poniesionych na ochronę prawną, jeżeli postępowanie karne prowadzone w związku z wykonywaniem przez niego czynności służbowych zakończy się wyrokiem uniewinniającym lub zostanie umorzone. Za niewykorzystany urlop wypoczynkowy i dodatkowy (za wiek, staż i trudne warunki służby) wypłacany im będzie ekwiwalent pieniężny w wysokości 1/21 części miesięcznego uposażenia przysługującego na ostatnio zajmowanym stanowisku. Rząd obiecuje także, że wzmocni prawa funkcjonariuszy. Przykładowo, funkcjonariusz będzie mógł wnieść sprzeciw od rozmowy dyscyplinującej oraz złożyć wniosek o dobrowolne poddanie się karze dyscyplinarnej – czego dotychczas nie było. Rząd wprowadzi też możliwość przyznawania świadczenia pieniężnego zamiast wyżywienia w naturze. Takie świadczenie pieniężne będzie przyznawane za służbę pełnioną na wolnym powietrzu od 1 listopada do 31 marca przez co najmniej 4 godziny dziennie. W sumie – służyć, nie umierać.
Wybrać krajowe
Już prawie 70 procent mieszkańców naszego kraju korzysta z produktów kosmetycznych lokalnych firm krajowych, które nie są gorsze, a na pewno są tańsze, od wyrobów renomowanych marek zagranicznych. Niewielkie plskie prywatne firmy produkują kosmetyki do twarzy: pielęgnacyjne i do makijażu, fantazyjne mydła, szampony i odżywki. Polskie produkty kosmetyczne nieźle sprawdzają się w eksporcie, więc trafiają do konsumentów w prawie 160 państwach, ale większość tej produkcji jest kupowana oczywiście w kraju.

Zwyczajne draństwo

Poważni politolodzy i publicyści podnoszą ostatnio tą kwestię, że budowanie przez opozycję swojej pozycji na krytyce PiS jest niecelowe, niewłaściwe i nieskuteczne, gdyż PiS pozyskało sobie znaczą część elektoratu i zdobyło tych,
którzy uznali się za poszkodowanych w wyniku transformacji ustrojowej.

Nie zamierzam odmawiać zasług PIS w tym, że skutecznie odwołał się do tej części społeczeństwa, która w imię apoteozy wolnego rynku i indywidualnej przedsiębiorczości odsunięta została na margines przez elity przejmujące w 1989 r. odpowiedzialność za Polskę i jej przyszłość. Mam jednakże ogromne wątpliwości, czy ten polityczny manewr wynikał rzeczywiście z głębokich przesłanek ideowych liderów prawicy. Poważnie skłaniam się ku temu, że odwołanie się do tzw. „suwerena”, rzucenie hasła „wstawania z kolan” było wynikiem chłodnej analizy i cynicznej kalkulacji, mającej swoje pierwociny w amerykańskich doświadczeniach z Fox News, Cambridge Analytica i służyło jedynie zdobyciu i utrzymaniu władzy. Tak czy inaczej niegodziwość pisowską i draństwo należy pokazywać i opisywać. Dla potomności choćby.
Oto historia prawdziwa. Nazwa instytucji, stanowiska bohaterów i ich imiona zostały z oczywistych względów (co za czasy!) zmienione. Rzecz działa się w ważnej instytucji publicznej o nazwie, dajmy na to „Agencja”, a jej bohaterem był urzędnik o imieniu Antoni. Antoni pracuje w Agencji od ponad 20 lat – trafił do niej bezpośrednio po studiach. Przechodząc kolejne szczeble zawodowej kariery, w swoim czasie uzyskał status urzędnika Służby Cywilnej i w momencie przejęcia przez PiS władzy w 2015 r. zajmował stanowisko zastępcy kierownika oddziału. Przystępując do totalnej czystki w Agencji PiS wymieniło całe jej kierownictwo. Natrafiło jednak na problem statusu służbowego Antoniego, toteż nowe, słuszne już kierownictwo usilnie zaczęło namawiać go do zrzeczenia się statusu urzędnika SC. Antoni pozostał jednak przy swoim, nie dał się namówić. Efekt był taki, że z tytułu „zmian organizacyjnych” przeniesiono go, z zachowaniem warunków płacowych, do innej komórki organizacyjnej, na niższe oczywiście stanowisko. W Agencji urzędnicy przechodzą okresowe oceny swojej pracy, dokonywane przez ich przełożonych. Antoni również poddany został takiej ocenie przez swojego nowego zwierzchnika – z pisowskiego nota bene nadania, ale fachowca, doświadczonego pracownika Agencji. Otrzymał ocenę najwyższą z możliwych. Problemy zaczęły się w momencie odejścia tego zwierzchnika na emeryturę.
Pewnego dnia Antoni „zaszczycony” został wizytą w swoim skromnym pomieszczeniu samego, najwyższego Naczelnika. Ten, nie owijając sprawy w bawełnę, zaproponował Antoniemu, aby ten – uwaga! – ni mniej, ni więcej tylko wyraził dobrowolną zgodę na obniżenie mu jego oceny okresowej o jeden stopień. Okazało się bowiem otóż, że ta najwyższa ocena była jego trzecią najwyższą oceną z rzędu. Zgodnie natomiast z pragmatyką urzędniczą uzyskanie takiej oceny MUSI skutkować służbowym awansem – w tym przypadku na stanowisko kierownicze. PiS jednak nie może w żaden sposób dopuścić do awansowania urzędników powołanych przez z gruntu niesłuszne i nieczyste siły. Ponadto awansując Antoniego musieli by wcześniej jakieś stanowisko kierownicze oczyścić z zajmującego go pisowskiego nominata. Pan Naczelnik, najwidoczniej dbając o swoją reputację w pisowskiej para-mafijnej strukturze zdecydował się na jawny, ordynarny szantaż. Dał Antoniemu wyraźnie do zrozumienia, że nieprzyjęcie jego oferty skutkować będzie totalnym uprzykrzeniem mu pracy, niekończącymi się kontrolami, które zawsze przynieść mogą jakiś skutek i w efekcie zwolnienie dyscyplinarne z utratą wszystkich przywilejów wynikających ze statusu urzędnika Służby Cywilnej.
Antoni mając na utrzymaniu liczną rodzinę był bez wyjścia i temu szantażowi uległ. Dobrowolnie zgodził się na obniżenie mu oceny jego wieloletniej pracy.
Ilu takich Antonich jest w Polsce? Ilu złamano charaktery, kariery? W imię czego? W imię czego?

Pan minister „Jojo”

– Jeżeli ten mandat zdobędę, to nie po to, żeby za przeproszeniem, „za jedno euro gonić sukę do Brukseli” – w ten nieco wyszukany sposób pan Joachim Brudziński, obecnie minister spraw wewnętrznych, opisał sens swojego kandydowania w wyborach do PE.

Otóż, zapewnia on, nie kwestie finansowe motywują go do ubiegania się o mandat europosła, a chęć doskonalenia siebie, zdobywania niezbędnego międzynarodowego doświadczenia, żeby jeszcze lepiej służyć krajowi i być jeszcze skuteczniejszym politykiem…
Nie wiedzieć czemu, ale jakoś to tłumaczenie nie przekonało odbiorców. Zwłaszcza „suka goniona do Brukseli” była całkowicie niezrozumiała i zupełnie nie pasowała do lejącego się z pana ministra patriotycznego patosu.
– Przepraszam, ale jest takie powiedzenie – dopowiedział więc pan Brudziński. To „powiedzenie” – objaśniał dalej, dotyczy tzw. „europosłów dietetycznych”, którzy robią wszystko, tylko żeby nabijać swoją kabzę.
– Nie ma takiego powiedzenia. Ja się z tym nigdy nie spotkałem, odpowiedział zapytany o nieszczęsną „sukę gonioną do Brukseli” pan prof. Jerzy Bralczyk.
Pan minister Brudziński sięgnął więc po wyjaśnienie ostateczne – postanowił powiedzieć prawdę:
– To wszystko przez sunię (golden retriever) mojego przyjaciela Marcina, która dzisiaj w nocy w Szczecinie się szczeniła, a ja byłem myślami razem z nim. To jego pierwsze szczenięta…
„Goniona do Brukseli suka”, „posłowie dietetyczni” „sunia” i jej malutkie golden retrieverki, służba krajowi… Pomieszanie z poplątaniem!
Ale nie dziwmy się, każdemu by się pomieszało, gdyby mu przyszło – jak panu ministrowi, żyć w kilku światach na raz. Panu ministrowi akurat pomieszały się języki. Głównie język polityki, który posługuje się obecnie i język potoczny, który przyswoił sobie w młodości.
W świecie języka potocznego istnieje określenia: „gonić furę do…”. Jest to zwrot używany przez kierowców – na ogół ciężarówek i wozów dostawczych, ale nie tylko. Używa się go dajmy na to przy zawieraniu transakcji na przewóz samochodem czegoś skądś dokądś. Np:
– Panie, za takie pieniądze, to mi się fury gonić nie opłaca…
„Suka” – to z kolei radiowóz (samochód policyjny) albo więźniarka (samochód do przewozu więźniów).
„Suki” (niczym „fury”) też można „gonić” w różne miejsca i w różnym celu – po pizzę dla urzędnika z MSW, albo do pilnowania domu policyjnego prominenta…
Tyle, że z kolei tak rozumiana „suka”, to określenie rodem z grypsery. Znaleźć ją można w Słowniku Tajemnych Gwar Przestępczych (Klemens Stępniak, Wydawnictwo Puls, Londyn 1993).
Wiosek z tego językowego śledztwa wynika więc taki, że języka nie oszukasz. Sposób wymowy, charakterystyka głosu, ale też słownictwo, sposób formułowania myśli, polemik, są jak linie papilarne. Nie wyprzesz się. Wystarczy na chwilę zdjąć rękawiczki, albo zwolnić hamulce kontrolne i wszystko staje się jasne… Panu ministrowi chyba właśnie to się przydarzyło, wszystko się ponakładało i pokićkało: obecne obowiązki i niezbędny do ich pełnienia smar patrioto-ideolo, młodość chmurna i durna, no i chęć nawinięcia publiczności sreberka na uszy… Przepraszam – nie sreberka. Malutkich, słodkich golden retrieverków.

Stop represjom!

Nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej jest niezgodna z Konstytucją – kategorycznie twierdzi Andrzej Rozenek.

 

Wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej poprzez zakaz pracy w dyplomacji dla osób, które współpracowały ze służbami w okresie przed 1990 r. – to główny zarzut w stosunku do nowelizacji ustawy o służbie zagranicznej, którą Sejm uchwalił 22 listopada 2018 r. – Nie ma naszej zgody na tego typu bezprawie – mówił Andrzej Rozenek podczas konferencji prasowej w Sejmie 23 listopada 2018 r., jednocześnie przypominając, iż po tzw. ustawie represyjnej to kolejny projekt zmierzający do pognębienia osób, które pracowały dla polskich służb specjalnych i mundurowych przed 1990 r. – Mamy już 52 ofiary śmiertelne, które wynikają z wprowadzenia tzw. ustawy represyjnej i nie mówimy o sprawach przypadkowych, ale wprost wynikających z wprowadzenia tej ustawy. Mam również do czynienia z ubożeniem tych ludzi, z powodu znacznego obniżenia im rent i emerytur ustawą z 16 grudnia 2016 r. – poinformował polityk SLD.
Andrzej Rozenek przypomniał, iż PRL była legalnym państwem uznanym na arenie międzynarodowej. – Podważenie tego faktu jest świadectwem indolencji intelektualnej. Jeżeli PRL był normalnym państwem, to zakładamy, iż w normalnym państwie były służby specjalne, które zajmowały się tym czym zajmowały się służby specjalne wszystkich innych państw.
– Narzucanie nam takiej narracji, że dyplomacja nie powinna mieć nic wspólnego ze służbami specjalnymi jest daleko idącą naiwnością, dlatego, że wszyscy wiemy, iż na całym świecie dyplomacja i służby specjalne idą ręka w rękę. W każdym państwie wygląda to dokładnie tak samo, ludzie najwybitniejsi i najlepsi w swoim fachu trafiają do dyplomacji – mówił.
Polityk lewicy ocenił, iż nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej lekceważy przebieg kariery i dokonania na rzecz ojczyzny wielu osób, które obecnie pracują w dyplomacji. – Liczy się tylko czy przed 1990 r. współpracowali z legalnymi służbami państwa polskiego. Takie osoby zostaną ukarane za to, że służyli Polsce. Współpraca lub praca dla służb specjalnych automatycznie nie oznacza, iż taka osoba robiła komuś krzywdę lub coś złego.
– Ta ustawa niczym się nie różni od ustawy z 16 grudnia 2016 r., jest tak samo niesprawiedliwa i niezgodna z konstytucją – podkreślił Rozenek i podziękował posłankom i posłom Nowoczesnej, iż nie poparli tego projektu. – Ubolewam, iż pozostała część opozycji nie zauważyła, iż ta ustawa jest absolutnie niezgodna z konstytucją.
Polityk SLD przypomniał, iż polski wywiad gospodarczy przed 1990 r. przysporzył PRL, a następnie III RP wielu korzyści ekonomicznych. – Sztandarowym przykładem jest pozyskanie recepty na polopirynę, czyli na aspirynę. Jest to jeden z tysięcy przykładów kiedy to nasz wywiad przyczynił się do rozwoju Polski.

Podkop

Minister spraw wewnętrznych Brudziński, ksywa „Jojo” chce ścigać uczestników parady LGBT w Częstochowie za to, że mieli znieważyć orła, polskie godło narodowe nadając tłu tęczowe barwy.

 

Ten sam Brudziński, który jeszcze kilka tygodni temu przepraszał uczestników naukowej konferencji o Marksie za najście, które na nich zrobiła jego policja.
PiS próbuje szturmować Sąd Najwyższy, ale jeśli porównać to z blitzkriegiem roku 2016 do lata 2017 robi to z „jakąś taką nieśmiałością” i póki co wstrzymuje się od sięgania po łom. Takich przykładów rozchwiania ideowego i nerwowości można zaobserwować dużo więcej.

 

Budżetówka się sroży. Rolnicy też.

Niebawem władza może stanąć wobec perspektywy protestów szeregu grup zawodowych, w tym budżetówki, od nauczycieli do policjantów, którzy podobnie jak niepełnosprawni postanowili wyciągnąć konsekwencje z ogłoszonego przez PiS cudu gospodarczego.
Bardzo niebezpieczna jest dla PiS także narastające wkurzenie rolników, w tym doprowadzonych do rozpaczy plantatorów owoców miękkich. Jakiekolwiek pogłoski o słabnięciu PiS byłyby grubo przedwczesne, to niebawem władza wejdzie w turbulencje, bo protesty budżetówki nie mieszczą się na sześćdziesięciu metrach sejmowego korytarza z ograniczonym dostępem do łazienki. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że nawet prorządowej „Solidarności” Dudy Piotra trudno będzie bez mydła wysługiwać się władzy, gdy do protestów przystąpią inne związki i centrale z OPZZ Jana Guza na czele.
Dla PiS szczególnie niebezpieczny jest ferment w niedopłaconej policji, bo w sytuacji, gdyby nie daj boże siła jej wsparcia dla władzy okazała się – delikatnie mówiąc – niedostatecznie gorliwa i niedostatecznie szczelna. Warto pamiętać, że po 14 lipca 1789 roku francuskiej rewolucji nie poparł wyższy kler fioletowy, ale szary kler parafialny już w ogromnym stopniu tak.
Nieudolnością wprost nie do pojęcia jest to, że nikt po stronie opozycji nie złożył dotąd choćby policji i służbom mundurowym sensownej oferty, zanim zrobi to przyciśnięta do muru władza PiS. Nie lubię krytykować żadnej opozycji, bo jej sprzyjam, ale czasem ręce opadają. Co zrobić, jak się kto neoliberałem urodził, głupi musi umrzeć.

 

Madonno, Czarna Madonno

Z drugiej strony rydzykowszczyzna zaczyna się denerwować brakiem postępu a nawet regresem na drodze do całkowitego zakazu aborcji, od którego Kaczyński i pisowscy „realiści” opędzają się jak od muchy tse-tse, bo jak ognia boją się czarnych protestów. Rydzykowcy nie są w ciemię bici i tak jak wiedzą, że konfitury trzeba zagarniać na full, bo to mogą być ostatnie tłuste lata, tak obecny układ może być ostatnia szansą na drugą Irlandię tyle że w wersji sprzed ćwierć wieku.
Tym bardziej, że jedna z liderek czarnych protestów Marta Lempart oświadczyła, że pójdą one w dużej liczbie pod atrapę Trybunału Konstytucyjnego, gdyby to rękami magister Przyłębskiej próbowano wyjąć te antyaborcyjne kasztany z ognia.
A rydzykowszczyzna wie przecież, że rzeczona magister nie zrobi tego, czego zabroni jej prezes. Ostra rekuza dana godkowszczyźnie nawet przez pisowską przewodniczącą komisji sejmowej, która zepchnęła do piwnicy projekt „Zatrzymaj aborcję”, nakazuje zastąpić grę pionkiem grą większymi figurami.
Atutem dla rydzykowszczyzny może być zakaz kandydowania do samorządów nałożony na beneficjentów spółek Skarbu Państwa, który wywołał w aparacie PiS popłoch od morza do Tatr i od Bugu po Odrę i Nysę Łużycką. Rydzyk może zaproponować im swoje listy wyborcze, do których coraz bardziej się przymierza, bez warunku pozbycia się spółkowych fruktów za to z warunkiem wierności poczętemu życiu.
Aby nieco złagodzić te napięcia, władza zintensyfikowała ostatnio wyrazy synowskiego oddania klerowi, a w mszy przed obchodami 550-lecia polskiego parlamentaryzmu uczestniczyli jak jeden mąż uchodzący za prezydenta Polski pan Duda i uchodzący za marszałków Sejmu i Senatu „dwaj panowie K” (co brzmi jak tytuł peerelowskiego kryminału milicyjnego), Kuchciński i Karczewski.
Także premier Matteo, największy polski wizjoner gospodarczy od czasów, gdy w 1828 roku książę Drucki-Lubecki założył Bank Polski wpisał się w nabożny nastrój i przemawiał na Jasnej Górze mając za plecami ojca Rydzyka i to bardzo w jego poetyce. Wyraźnie nawiązując do lektury „Potopu” mówił o tym, że znów są tacy, którzy próbują dokonać „podkopu pod polskość” i oddawał się w niewolę Czarnej Madonny. Nie jest to język bankowego technokraty, ale sorry Winnetou – biznes is biznes. Nie ma wątpliwości, że gdyby nie straszny cień „czarnego protestu”, jak nic zaniósłby Rydzykowi do stóp na częstochowskich wałach zakaz aborcji, włożony do kosza między chleb, sól i wieniec z polnego kwiecia. Ale nie wszystko można w życiu mieć.

 

Władza sądzenia

O jej znaczeniu mówił już sam Emmanuel Kant, ale nie o tym teraz mowa.
Jako się rzekło na wstępie, PiS – w porównaniu do barbarzyńskiej determinacji w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego i nieco przez Dudę Andrzeja pohamowanego natarcia Ziobry na sądy powszechne – w kwestii Sądu Najwyższego wyraźnie osłabł. I nawet walkowerem oddanego mu przez prezes Małgorzatę Gersdorf jej czasu w postaci urlopu wziętego wybitnie nie w porę, nie wykorzystuje tak, jak można by się tego spodziewać, a durny wystrzał „lustracyjny” oddany przez dyrektora Cenckiewicza z IPN w stronę p.o. prezesa SN, sędziego Józefa Iwulskiego okazał się niewypałem nawet dla większości propisowskich mediów ( z wyjątkiem niezawodnej TVPiS, zwanej też kur-„wizją”).
Los Sądu Najwyższego nie jest zatem wbrew pozorom przesądzony, o ile Luksemburg zdąży z zawieszeniem pisowskiej ustawy o SN, prezes Gersdorf będzie mniej labilna w swoich posunięciach i na dłużej zapomni o wypoczynku.
A szansa jest, bo po pierwsze, Duda w narcystycznym dążeniu do roli przez wszystkich podziwianej primadonny (jak ten człowiek kocha siebie samego z wzajemnością i jak uprawia autoerotyzm nawet dźwiękiem własnej wymowy!) znów może w popłochu zaplątać się we własne nogi, a Ziobro może w tej akurat kwestii jedynie gryźć z bezsilności palce. A po drugie, PiS przeżywa obecnie fazę, która zdarza się przestępcom pochodzącym z dobrego domu – zaczyna bać się własnej, uprzedniej przestępczej odwagi i ta refleksyjność osłabia jego determinację.

 

Ośrodki zarodowe

A tymczasem PiS, w kontrze, szykuje się do wypłacenia wyprawki „za trzysta” i kontynuuje budowę ośrodków zarodowych, pisowskich ośrodków lebensborn, wzorem Heinricha Himmlera.
Bo co innego będą miały do roboty młode małżeństwa osadzone w paździerzowych, jak z filmów Barei (pisała o tym w „DT” Weronika Książek) osiedlach z programu „mieszkanie plus”, n.p, w Białej Podlaskiej, niż – jak mawiał kiedyś Lech Wałęsa – „przez fakty dokonane robić robotę” i z braku innej, a przynajmniej lepszej, kolekcjonować rok po roku „500 plus”? Podobno taki ośrodek zarodowy PiS chce sprokurować także w okolicach warszawskiego Ursynowa. Tylko kogo tam osiedli? Leniwych do rozrodu hipsterów z placu Zbawiciela?

 

Czy mogę prosić­­­?

Na koniec, po raz 863 wystąpiłbym z poważnym ostrzeżeniem, a co najmniej prośbą do wodzów PiS, by zechcieli szanować art.25 Konstytucji i nie modlili się tak głośno w kościele jak ostatnio. Tyle że wtedy, z uczciwą symetrią musiałbym poprosić towarzyszkę profesor Genowefę Grabowską, eksparlamentarzystkę SLD, by tak bezwstydnie i bez mydła nie wysługiwała się PiS w żyrowaniu jego poczynań przeciw prawu i demokracji. Kika i tak Towarzyszka nie prześcignie.

Niemcy znowu nas biją

Jak to zwykle bywa, ci, którzy gardłują o uświęconej tradycji i odwiecznej roli mężczyzny jako przewodnika stada – w sytuacji kryzysowej chętnie robią z siebie ofiary spisków chciwych kobiet, a nawet wrażych państw.

 

Starałam się nie wypowiadać na temat „afery piętowej”, bo kiedy od lat walczy się o to, by inni nie zaglądali nam do łóżek, wypada stosować się do własnych standardów.
Nie wytrzymałam, kiedy Niezależna.pl zawiadomiła świat, że poseł Pięta postanowił „przerwać milczenie”. Redakcja portalu „Gazety Polskiej” podała, że parlamentarzysta-ogier padł najprawdopodobniej ofiarą wrażego spisku, zaaranżowanego przez Niemców (wydawcą „Faktu”, który obsmarował Piętę jest Axel Springer). Żeby tylko! Niezależna wysnuwa teorię, że ofiar krwiożerczych Niemców, wplątujących Bogu ducha winnych posłów prawicy w afery łóżkowe jest więcej.
Zupełnie na serio – prorządowe medium najzupełniej poważnie szuka w aktywności obcych służb przyczyn czkawki, którą odbija się prawicowemu hipokrycie złamanie przysięgi małżeńskiej.
Na szczęście karzącym mieczem Damoklesa okazał się w tej sytuacji sam Prezes, zawieszając Piętę w prawach członka (sic!) partii i klubu Prawa i Sprawiedliwości, a także usuwając go z sejmowych komisji ds. Amber Gold i służb specjalnych. Sam Pięta w pierwszych dniach afery gardłował o pozwie, który skieruje do „Faktu”, sugerował też, że spotkały go represje za to, że miał „niejednokrotnie krytykować politykę wewnętrzną Niemiec”. Prawdopodobnie obserwujemy właśnie ostateczny upadek kariery politycznej nadętego, pewnego siebie szowinisty, który, wycierając sobie gębę miłością do tradycji i wielokrotnego rodzicielstwa, oszukiwał przez wiele miesięcy dwie niczego nie podejrzewające kobiety.
Obrzydliwy to typ, który biorąc Maryję na sztandary, chowa się później za kosmicznymi teoriami zamiast wziąć na przysłowiową klatę własne grzeszki. „Niemcy mnie biją!” – krzyczy teraz niczym osaczony stary szczur, powtarzając nieśmiertelny „case Rokity”.
Czy to obce służby postawiły na jego drodze Izabelę zwaną w mediach dla niepoznaki Joanną? Zawodowi uwodziciele to raczej polska specjalność.