Niesympatyczni i niesprawni

Już ponad pięć lat temu zaczęliśmy poznawać „ludzi prawa i sprawiedliwości”, z wyraźnym pośpiechem obejmujących bardzo ważne, i mniej ważne, stanowiska państwowe. Na karb długiego oczekiwania na ponowny powrót do władzy składałem wówczas ich specyficzne zachowania, dość znacznie różniące się od poprzednich rządów liberałów, lewicy, starej solidarności a nawet gierkowskiej dekady.

Te rzucające się w oczy cechy, to wyjątkowa pewność siebie, okazywanie otwartej lub skrywanej wyższości nad innymi obywatelami, ostentacyjna, czasem autentyczna, ale u większości raczej udawana pobożność. Jednocześnie totalna negacja całego powojennego dorobku i jednolita, urzędowa, optymistyczna wizja przyszłości.

Sympatia nie trwa wiecznie

Realistów najbardziej drażniło podsycanie tej wizji decyzjami, albo planami, nieosiągalnych w dającym się przewidzieć czasie wielkich przedsięwzięć gospodarczych – „największego”, centralnego portu komunikacyjnego konkurującego z jeszcze większym berlińskim, produkcji promów i elektrycznych samochodów, masowej budowy tanich mieszkań. Mieliśmy też błyskawicznie skonstruować i produkować nadzwyczajny polsko – ukraiński wojskowy helikopter, przy którym poprzednio zakontraktowane francuskie Caracale miały być tylko drogim złomem. Nic dziwnego, – co lepszego mogli wymyśleć Francuzi, których przecież w przeszłości „uczyliśmy posługiwać się widelcem”.

Twórcy i opowiadacze tych planów częściowo brali przykład z Gierka, który jednak „mierzył siły” i był bardziej prawdomówny. Zadłużał nas, ale zmotoryzowaliśmy się na małych Fiatach, mieszkania były małe, ale były, „gierkówka” z Warszawy do Katowic wiele lat służyła i nadal nią jeździmy.
Powoli nowa władza stawała się coraz bardziej nielubiana w kraju i zagranicą. Co najmniej, mimo materialnych prezentów, przez połowę ludności w kraju, dlatego, że robiła nieustanny i coraz większy skok na kasę („bo te pieniądze im się należały”), przerzucała „swoich” ludzi na coraz lepiej płatne posady, zachowywała się w sposób „władczy” w stosunku do reszty społeczeństwa. Z państwowej telewizji zrobiła coś w rodzaju goebbelsowskiego „ministerstwa propagandy”. Przypuszczenia, że właściwie dzięki temu przepchnęła w ostatnich wyborach swojego prezydenta, mogą być prawdziwe. Coraz bardziej zaczęła lekceważyć prawo – łącznie z konstytucją – narażając państwo na straty (jak w przypadku nakładów na niezrealizowane wybory korespondencyjne), albo uznając, że „ich ludziom” wolno omijać obowiązując zasady (jak w przypadku wielotysięcznych zarobków posłów i senatorów poza parlamentem, albo – ostatnio – odwiedzać chorych w szpitalach), czego innym nie wolno.
Zagranica przestawała lubić Polskę – a ściślej jej rząd, – bo wszystkie ich badania wskazują, że prowadzone pod hasłem dobrej zmiany zawirowania organizacyjne w wymiarze sprawiedliwości, czasem wręcz humorystyczne ataki na sędziów, tworzenie specjalnych sądów dla ich karania – w konsekwencji doprowadzają do tego, że Polska przestaje być państwem praworządnym. Niechęć budziły i budzą także dziwaczne manewry wokół LGBT, a zwłaszcza dorabianie ideologii do znanych od wieków odchyleń fizjologicznych i psychologicznych. Głośnym dzwonkiem alarmowym tej zmiany oceny naszego kraju powinna być niedawna decyzja norweskich urzędów o przyznaniu azylu Polakowi, który – ich zdaniem – „może nie być osądzony sprawiedliwie w swojej ojczyźnie.

Ale wątpliwości, co do naszej praworządności, nie są jedyną przyczyną wzrostu niechęci Europy. Drugą jest lekceważący stosunek do wszelkich jej uwag i sugestii, niezgodnych z poglądami ideologicznego ajatollaha polskiej prawicy. Na tle tego lekceważenia rozwijają się buńczuczne wypowiedzi naszych mniej ważnych polityków działających w kraju i europosłów. Przykładowo – sugerowanie przez relatywnie młodych ludzi, że jesteśmy przedmurzem europejskiego chrześcijaństwa i tylko my go bronimy, wydaje się trochę niestosowne. W końcu to „zachodni” rycerze z krzyżami na piersiach i sztandarach walczyli w XI i XII wieku z niewiernymi (inna sprawa, że też niesłusznie), kiedy my jeszcze byliśmy także poganami, albo nieufnymi neofitami chrześcijaństwa.

Nie chcę być katastroficznym wróżbitą. Jednak nie można wykluczyć, że to „nielubienie” w Unii może wpływać na realizację naszych oczekiwań wspomagania finansowego z tego źródła. Pomoc w poprawie obrazu Polski ze strony Igi Świątek jest cenna, ale jej skutki nie będą długotrwałe.

Nieudolność może trwać dłużej

Praworządni i sprawiedliwi przejęli władzę, rozdając pieniądze. To był zręczny chwyt, bo nie jesteśmy najbogatszym w Europie społeczeństwem, ciągle nie możemy przegonić nawet braci Czechów. Każdy grosz oddawany nam z naszych pieniędzy, jest więc mile widziany i tworzy poparcie najuboższych. Ale Sprawiedliwi postanowili dłużej wykorzystywać ten instrument tworząc różne strumienie wypływu budżetowych pieniędzy do niektórych grup społecznych. Siedząc na przyzbie z przyjaciółmi ze zdumieniem wysłuchiwaliśmy radosnych zapewnień o emerytalnych 13-tkach, 14-tkach a może nawet 15-tkach w 2021 roku. Patrzyliśmy ze zdziwieniem na pospieszne przekopywanie Mierzei Wiślanej, które nie było teraz niezbędne. Z uwagi na rozmiary kanał nie będzie mógł przepuszczać dużych statków i zapewne stanie się głównie atrakcją turystyczną. Zamortyzuje się nie wcześniej, niż za czasów naszych pra, prawnuków.
Wydawanie zarobionych przez społeczeństwo pieniędzy dla utrzymania społecznego poparcia, stało się podstawowym instrumentem stabilizacji władzy. Jednocześnie uznano, że naród będzie się pozytywnie podniecał, jeśli będziemy je także wydawać na zwiększanie naszej siły militarnej, pod hasłem wzrostu obronności. To zresztą nic nowego. Zawsze szykowaliśmy się do jakiejś wojny. A jeżeli wybuchała, to i tak nie byliśmy przygotowani, zarówno w czasach „Potopu” jak i II wojny światowej. A postęp techniczny doprowadził do tego, że we współczesnej wojnie światowej bylibyśmy głównie strefą przelotu rakiet zmierzających do bardziej odległych celów.
Minister finansów w rządzie Donalda Tuska powiedział „pieniędzy na to nie ma i nie będzie”. Mylił się. Pieniędzy jednak trochę było i trochę przybyło przez zwiększenie dyscypliny podatkowej. Ale zaczęły się kończyć. Jak się kończą, nie daje się więcej zarobić i ma się trudne do zapomnienia zobowiązania, to trzeba pożyczać. Różne są dane, analizy i metody liczenia, ale dług państwa wzrósł, do co najmniej 250 – 340 milionów dolarów. Państwa, – czyli nasz. Bo państwo ma tylko takie pieniądze, jakie my oddamy do wspólnej kasy. Gierek został daleko w tyle.

Nieudolność zarządzania i doboru kadr naszych „sprawiedliwych” osiągnęła apogeum w dobie pandemii koronawirusa. Najpierw – zdaniem rządzących – była mało groźną epidemią, potem, na wakacje i przed wyborami, już z nią właściwie wygraliśmy. Kiedy przyszła jesień i nastąpił drastyczny wzrost zachorowań, no to „przecież nie mogliśmy tego przewidzieć”. Nie zastosowano dwutygodniowego zamrożenia wszystkiego, co można zamrozić – łącznie z pobytem dzieci i młodzieży w szkołach i uczelniach, całej gastronomii i turystyki, zakazem organizowania wesel, chrzcin, imprez sportowych, ćwiczeń wojskowych itp. Ślub można wziąć, ale wesele zrobić później. Doświadczenia kilku krajów wykazały, że tylko wtedy można osiągnąć wyraźnie „oderwanie się od nieprzyjaciela”, przerwać taśmę zakażeń, zwolnić znaczną część łóżek w szpitalach.
Pochodną nieudolnych reakcji na pandemię jest także, – o czym już pisałem – kompletny bałagan w organizacji szczepień na grypę. To się jeszcze może uspokoić, ale pozostawiło już ślad w graniczącej z satyrą ocenie sprawności rządu.

Dobroduszność jest cechą często wypominaną mi przez przyjaciół. Mimo, że wpływa ona hamująco na moje oceny dochodzę do wniosku, że w interesie „suwerena” jest możliwie najszybsze zakończenie rządów „prawych i sprawiedliwych”. Może to się uda wcześniej niż się spodziewano, bo różne grupy społeczne zaczynają bardziej agresywnie wyrażać swoje niezadowolenie. Jeśli się nie uda, to trzeba zewrzeć szyki i doprowadzić do zmiany konfiguracji sceny politycznej w wyborach za trzy lata. Trzeba traktować ten cel, jako nadrzędny. Wiem, ze nasi opozycyjni i wyczekujący politycy mają z tym trudności, że ciągle opowiadają o własnych programach i różniących się celach. Na to też przyjdzie czas. Ale najpierw muszą zacisnąć zęby i nie dopuścić do całkowitej degrengolady państwa i utrwalenia anegdotycznych poglądów w świadomości społecznej, a zwłaszcza w umysłach indoktrynowanej młodzieży.

Warszawa – Marki, 13.10.2020r.

Lepszy świat jest możliwy

Znaczna część ludzi na świecie, która miała szczęście odebrać wykształcenie, uznaje dorobek Karola Darwina i jego następców, akceptując istnienie zasad doboru naturalnego oraz ewolucji jako nauki.

Inny, żyjący w podobnym czasie uczony, imiennik Darwina, twórca równie fundamentalnej teorii, którego dzieło do dziś stosują i rozwijają najwybitniejsi przedstawiciele nauk społecznych na świecie, nie miał tyle szczęścia. Dzieło Karola Marksa, bo to jego mam na myśli, wypaczyła historia. A dziś, z tkaniny jego twórczości wypruwane są włókna nitka po nitce. Natomiast jego imię i dzieło, jak śmiercionośny, przerażający wirus zwalczane są nerwowo przez „elity” tego świata prymitywną socjotechniką, kłamstwem i stereotypem. Nie da się jednak usunąć jego podstawowych twierdzeń z dorobku nauk społecznych, bo nie spalono jeszcze wszystkich książek marksistowskiej nauki.
Spójrzmy na marksizm tak: nie da się zaprzeczyć, że w obiektywnym interesie całej ludzkości jest podnoszenie jakości życia na ziemi. Jedynym sposobem dla osiągania tego celu jest ludzka praca – każda społecznie użyteczna praca. Nie da się zaprzeczyć, że społeczności powinny wynagradzać poszczególnych ludzi za użyteczne społecznie efekty pracy – pracy umysłowej, fizycznej, organizatorskiej, naukowej, opiekuńczej czy artystycznej – każdej pracy potrzebnej ludziom i tworzącej dobre warunki do życia na ziemi. Nie da się zatem zaprzeczyć, że zyski pochodzące z samego faktu posiadania pieniędzy i spekulacji nimi, albo z samego faktu posiadania środków produkcji, nie należą do tej kategorii – nie powinny mieć miejsca, bo nie mają sensu. Nie da się zaprzeczyć, że w systemie kapitalistycznym w jakim żyjemy, bardzo słabo wynagradzana jest praca. Fortuny nigdy z pracy nie powstają, a prawie zawsze są wynikiem obrotu kapitałem, tzw. dobrej inwestycji: zawłaszczania bogactw natury, a przede wszystkim korzystania z pracy innych ludzi – wyzysku. Nie da się zaprzeczyć, że w tym świetle gigantyczne nierówności majątkowe nie mogą być uznane za sprawiedliwe. A przecież są one wynikiem samej istoty działania systemu kapitalistycznego – strukturalnie weń wpisane. Kapitalizm przecież nie jest możliwy bez kapitału.
Nie da się zatem zaprzeczyć temu, co zauważył i jasno opisał Karol Marks, że w kapitalizmie są zasadniczo dwie „klasy” ludzi. Klasa właścicieli kapitału i środków produkcji oraz klasa ludzi pracujących.
Nie da się także zaprzeczyć, że cokolwiek, co ma dla człowieka materialną wartość, jeśli nie pochodzi wprost z natury, to pochodzi z pracy. Kapitał natomiast, jeśli nie jest wprost monetaryzowanym dobrem naturalnym (np. gruntem, kopaliną, lasem itp.), to powstaje wyłącznie jako nadwyżka wartości dobra wytworzonego z pracy. Coś zostaje wytworzone i sprzedane drożej niż koszt pracy poniesionej na wytworzenie tego. Ta nadwyżka w kapitalizmie zostaje przejęta przez właściciela kapitału (a nie pracownika) wyłącznie z tytułu własności kapitału, jakim zadysponował i jest znacznie większa niż ewentualna wartość jego pracy przy organizacji przedsiębiorstwa czy przedsięwzięcia. Tu uwaga – moja a nie Marksa – że jeśli ktoś organizuje pracę ludzi i czerpie dochody proporcjonalne do swojego wkładu pracy, to nawet jeśli jest tzw. przedsiębiorcą niekoniecznie określałabym go kapitalistą w rozumieniu tego tekstu.
Zatem nie da się zaprzeczyć, że interes klasy kapitalistów i pracowników jest wzajemnie sprzeczny. Nie da się też zaprzeczyć, że klasa pracowników jest na świecie znacznie liczniejsza niż klasa posiadaczy kapitału, a system kapitalistyczny działa przede wszystkim w interesie tych drugich.
Nie da się też zaprzeczyć, że znacznie sprawiedliwszym systemem byłby system, który zamiast działać na rzecz nielicznych (coraz bogatszych i coraz mniej licznych) działałby na rzecz większości społeczeństwa – ludzi pracy. Tylko wtedy pieniądz (kapitał) byłby wyłącznie narzędziem miary wartości pracy, włożonej w wytworzenie określonych dóbr i zużytych zasobów naturalnych (w tym kosztów naprawy szkód wywołanych zużyciem czystej wody, zanieczyszczeniem powietrza i gazów cieplarnianych), a nie przedmiotem zwykłej, motywowanej nienależnym zyskiem, spekulacji.
Pisząc o klasie ludzi pracy zaliczam do nich także tych, którzy z jakichś powodów pracować nie są w stanie. Humanizm to też jedna z wartości propagowanych przez Karola Marksa. Nie da się zaprzeczyć, że oni też powinni być beneficjentami naszej wspólnej pracy.
Warto w tym miejscu zadać sobie pytanie czy w kapitalizmie rzeczywiście działa demokracja. Bo przecież gdyby działała, to rządziłaby większość – ludzie zależni od większości i działający wyłącznie w jej interesie. Czy tak jest? Czy tak było w tzw. „krajach demokracji ludowej”? Nie da się zaprzeczyć, że nie. Moim zdaniem demokracji jeszcze nie było… ale kiedyś będzie. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że jeśli kapitalizm nie zdąży zniszczyć ostatecznie warunków do życia na Ziemi, to faktyczna demokracja stanie się faktem. Nie ma bowiem innego wyjścia: życie na Ziemi albo kapitalizm.
Nie da się zaprzeczyć, że o tym wszystkim mówi właśnie marksizm. I nie przerażaj się, jeśli przyszło ci do głowy, że też jesteś marksistą. Kiedy odkrywasz, że przez wiele lat starano się zrobić ci wodę z mózgu, a jednak im się nie udało, przeżywasz szok, a szok to normalny proces.
Na koniec winna jestem jeszcze wyjaśnienie, dlaczego tu we wstępie pojawił się Darwin. Otóż dlatego, że nie da się zaprzeczyć intelektualnemu związkowi między biologią i teorią doboru naturalnego a społeczno-ekonomiczną nauką Karola Marksa. Bo przecież to my, ludzie i system społeczno-gospodarczy, jaki stworzyliśmy i nadal utrzymujemy, niszczy życie na Ziemi, powoduje wymieranie gatunków, a nawet zagraża życiu człowieka. Kapitalizm – w przeciwieństwie do systemu sterowanego rozumnie przez ludzi – działa ślepo w interesie (co oczywiste) właścicieli kapitału. Słaba demokracja neoliberalnych państw stara się okiełznać procesy globalnej dominacji tzw. „wolnego rynku”. Nie da się jednak zaprzeczyć, że te działania są mało skuteczne i stają się skuteczne coraz mniej. Trwają wojny, napędzane interesem sprzedawców broni, rywali w walce o zasoby albo kapłanów w brutalnej wojnie o rząd dusz i wiążącą się z tym „kasę”. Większość ludzkości żyje w nędzy. A ziemia wysycha i płonie.
Nie da się więc zaprzeczyć, że dopóki nie zdołamy wprowadzić skutecznie ludzkich (kierujących się rozumem, a nie zyskiem) demokratycznie stanowionych praw i zasad, które okiełznają degradację przyrody ziemi, dotąd degradacja planety i rozwarstwienie ekonomiczne i pauperyzacja naszego życia będą szły w parze.
A zatem do dzieła! Inny, lepszy Świat jest możliwy!

O co gra Zbigniew Ziobro?

Wyobraźmy sobie Polskę jeszcze bardziej katolicką i zamordystyczną. Kraj, w którym kościół otrzymuje od władzy nieruchomości i terytoria, a kluczowe decyzję polityczne podejmowane są w konsultacji z przedstawicielami duchowieństwa.  Oświata jest opanowana przez fanatyków, nauczyciele przekazujący postępowe wartości – dyscyplinarnie zwalniani i sekowani przez organy ścigania. Sędziowie są nominatami rządu, więc orzekają zgodnie z polityczną wolą władzy. Opozycję osaczono prokuratorskimi śledztwami, z których „wycieki” regularnie pojawiają się w prorządowych mediach. Organizacje pozarządowe – niszczone przez strumień fake newsów i poddawane inwigilacji.

Nawet teraz, gdy Polską trzęsie ekipa z Nowogrodzkiej, a część z tych procederów staje się częścią naszej rzeczywistości, istnieją siły, które są w stanie wyhamować radykalizm władzy. Tak było chociażby w przypadku planów zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Jeśli jesteście przekonani, że za Kaczyńskiego demokratyczne i równościowe wartości są deptane, to oczywiście macie rację, jednak powinniście wiedzieć, że Zbigniew Ziobro chciałby Wam zaaplikować jeszcze gorszy wycisk. Wczoraj minister sprawiedliwości, panujący również jako prokurator generalny wraz ze swoimi podwładnymi z Solidarnej Polski zaprezentowali się na efektownej konwencji. W ustach Patryka Jakiego, Sebastiana Kalety czy samego Ziobry Komisja Europejska została przedstawiona jako wróg, który zagraża polskiej suwerenności, a sędziowie jako główny czynnik niszczący nie tylko sądownictwo, ale również całą demokrację. Wisienką na torcie była otwarta szydera z orientacji seksualnej Biedronia w wykonaniu Beaty Kempy, na co sala zareagowała aplauzem. Na salę nie został wpuszczony dziennikarz Oko.press, mimo, że dzień wcześniej otrzymał akredytację. „Proszę wyjść, stwarza pan zagrożenie” – usłyszał.

Ziobro napina muskuły i wysyła sygnał, że nie ma zamiaru ustąpić. Ale kto jest adresatem tej manifestacji? Nie wydaje mi się, by pajacował przed Komisją Europejską, która uważa polskiego ministra za uciążliwego dzikusa, który nie rozumie podstawowych politycznych reguł. Jeśli Ziobro ma w głowie choć trochę rozumu, to wie, że na Brukseli jego słowa nie zrobią żadnego wrażenia. Nie sądzę też, by przekaz był kierowany do wyborców Zjednoczonej Prawicy, którzy działania ministra raczej popierają, choć nie mają też przekonania, że doprowadzą one do uzdrowienia polskiego sądownictwa. W mojej ocenie wczorajsza konwencja Solidarnej Polski była pokazem nie tyle siły, co politycznej samodzielności Zbigniewa Ziobry. Zwołał swoją świtę na sabat i pokazał, że jest bardziej zdecydowany, nieustępliwy, ale też brutalny niż Kaczyński czy Morawiecki i to w momencie, gdy znajduje się pod największym ostrzałem. Ziobro wysłał wiadomość do swojego środowiska i na Nowogrodzką – nie jestem przystawką, jestem rozgrywającym i poważnym pretendentem do objęcia przywództwa na prawicy.

Dla Zbigniewa Ziobry reforma sądownictwa nie jest tylko sposobem na osiągnięcie kontroli nad wymiarem sprawiedliwości. Realizuje coś więcej niż przyjemność z łamania oporu tych, wobec których kiedyś był bezradny. Jego ambicję sięgają znacznie wyżej i wiele wskazuje na to, że na drodze do ich realizacji jest w stanie posunąć się o wiele dalej niż Kaczyński. Podczas walki z sędziami to właśnie on jest najbardziej eksponowaną postacią polskiej polityki. Elektorat to widzi i zapamiętuje. Prezes sprawia wrażenie człowieka nakarmionego poczuciem politycznej deklasacji swoich przeciwników i przynajmniej częściowego spełnienia politycznej wizji. Ziobro jest wciąż głodny dominacji i pełny wiary, że jego czas dopiero nadejdzie.

Oczywiście, Ziobro wciąż jest ministrem w rządzie Mateusza Morawieckiego, z którym łączą go delikatnie mówiąc chłodne stosunki. Jest też dla PiS problemem, bo w ostatnich latach największe protesty przeciwko polityce „dobrej zmiany” miały miejsce właśnie w związku z działaniami ministra sprawiedliwości. Szef Solidarnej Polski umiejętnie buduje jednak swoją pozycję. Jego ludzie mają ogromny udział w podziale łupów na gruncie spółek skarbu państwa. Interesy robią także w zarządzanych przez siebie resortach, podczas kontroli NIK okazało się, że w ramach programu „Praca dla Więźniów” pieniądze publiczne były transmitowane do prywatnych spółek. Ziobro ostro pogrywa sobie również z prywatnymi mediami, o czym świadczy podporządkowanie sobie redakcji największego polskiego portalu informacyjnego – Wirtualnej Polski. Wzorowe stosunki łączą go z ojcem Rydzykiem – regularnie gości w mediach redemptorysty, a ministerstwo sprawiedliwości jest prezentuje duchownemu najhojniejsze podarunki. W kierowanym przez niego ministerstwie działała grupa zlecająca hejterom dyskredytowanie pracowników wymiaru sprawiedliwości. Na usługach resortu była prawdziwa armia trolli.

Ziobro zdaje sobie sprawę, że kiedy stary żoliborzanin dołączy do swojego brata, w obozie Zjednoczonej Prawicy rozpęta się batalia o sukcesję. Jego pozycja jest teoretycznie trudniejsza, bo nie jest członkiem Prawa i Sprawiedliwości. Nie jest jednak powiedziane, że po odejściu Kaczyńskiego główną siłą na prawicy ma być ciągle PiS. Podczas ostatnich wyborów Solidarna Polska zwiększyła swój stan posiadania w parlamencie – z 8 do 20 mandatów. Pierwsze skrzypce w walce z sędziami i Komisją Europejską grają Jacek Ozdoba, Sebastian Kaleta i Jan Kanthak – młode wilki od Ziobry. Michał Woś, świeżo mianowany minister środowiska, swoje urzędowanie rozpoczął od podarowania kościołowi fragmentu parku narodowego. Sojuszników trzeba dopieszczać. Ziobro buduje wokół siebie sieć stosunków zależności – personalnych i instytucjonalnych. Wreszcie, prezes SP wygląda na człowieka, który gromadzi haki nie tylko na swoich przeciwników politycznych. W decydującym starciu o przywództwo może się to okazać kluczową przewagą.

W Chile bez zmian

Ostatni strajk generalny był największym z dotychczas przeprowadzonych w ramach protestów społecznych, które ciągną się od października.

Niemal całe Chile stanęło: na ulice wyszli górnicy, portowcy, nauczycielki, lekarki, większe i mniejsze związki zawodowe, a razem z nimi uczniowie i studenci. Przez każde większe miasto przeszła demonstracja licząca od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy uczestniczek i uczestników, około dwóch milionów obywatelek i obywateli w całym kraju.
Większość z manifestacji miała charakter pokojowy. Jeśli ktoś tu stosuje przemoc, to po dawnemu policja, w wykonaniu której łamanie praw człowieka przybiera już skalę masową. Pomimo wezwań przedstawicieli ONZ policja wciąż stosuje gumowe kule i śrut — od początku rebelii ponad 200 osób ma poważnie uszkodzony wzrok na skutek ich stosowania, a duża część straciła oko na zawsze. To smutny światowy rekord.
Demonstrujący domagają się niezmiennie ustąpienia rządu i nowej konstytucji. W dalszej kolejności szeregu socjalnych reform: bezpłatnej edukacji, publicznego systemu emerytalnego, nacjonalizacji zasobów naturalnych. Widać z tego katalogu, że dotychczasowy porządek polityczno-społeczny w Chile zbankrutował. Ale prezydent stara się jednak za wszelką cenę zachować swoje stanowisko. Czy wierzy, że skoro udało się obalić socjalistycznego prezydenta Boliwii, to możliwe jest również, by neoliberał pozostał w pałacu La Moneda? Pewne jest jedno: po stronie chilijskich demonstrantów nie będą ani Stany Zjednoczone, ani Organizacja Państw Amerykańskich, ani wielkie opiniotwórcze media liberalne. Nikomu z nich nie byłby w smak porażający upadek „chilijskiego cudu”, rewolucja zmiatająca idealny przykład państwa wolnorynkowego zbudowanego przez uczniów Miltona Friedmana. Oni raczej życzą sobie, by Boliwia po puczu poszła w ślady Chile pod rządami Pinocheta.
Ale czy prezydent Sebastian Piñera może być pewien utrzymania stołka? W poniedziałek starał się manewrować: tak, rozpocznie prace nad nową konstytucją, ale opracuje ją parlament, nie będzie żadnego nowego Zgromadzenia Konstytucyjnego, o które wołają obywatele. Lud odczytał ten komunikat perfekcyjnie i zgodnie ze swym interesem zareagował: wczorajsza mobilizacja powiedziała NIE pisaniu konstytucji przez skompromitowaną elitę.
Wystąpienie prezydenta wywołało powszechne zdziwienie — Piñera nie powiedział praktycznie nic konkretnego, chociaż wcześniej kilka godzin naradzał się z ministrami. Spodziewano się ponownego ogłoszenia stanu wyjątkowego i wyprowadzenia wojska na ulice, tymczasem oświadczenie głowy państwa sprowadziło się do kilku okrągłych zdań o potępieniu przemocy społecznej, zapowiedzi wzmożenia policyjnych represji. Komentatorzy podejrzewają, że oświadczenie zostało zmienione w ostatniej chwili, co wywołało szereg domysłów. Czyżby wojsko odmówiło wyjścia na ulice? Czy ministrowie, powołani już w trakcie kryzysu, mają odmienny niż prezydent pomysł na jego zakończenie? Czy elita, która chce utrzymać neoliberalny porządek, zastanawia się właśnie, kogo wstawić na miejsce Pinery, którego poświęci bez specjalnego żalu? Niektórzy obawiają się, że to jedynie cisza przed poważną burzą. Nikt nie jest w stanie określić, co czeka społeczeństwo chilijskie w najbliższych dniach.
Równo rok temu, Camilo Catrillanca, członek jednej ze wspólnot Mapuche, wracał na traktorze z pracy w polu, gdy dosięgła go policyjna kula ze strony specjalnej antyterrorystycznej jednostki “Comando Jungla” powołanej przez obecnego prezydenta Sebastiana Piñerę. Zdarzenie odbiło się szerokim echem — rząd próbował wmówić społeczeństwu, że doszło do wymiany ognia z przestępczą szajką, zaś nagranie z przebiegu operacji “zniknęło”. Szybko wyszło jednak na jaw, że doszło do policyjnego morderstwa z zimną krwią, na bezbronnym człowieku. Przez wiele dni w całym kraju trwały poważne zamieszki.
Mapuche od lat walczą z państwem chilijskim i argentyńskim o autonomię i odzyskanie swoich historycznych terenów, które zostały sprzedane korporacjom i obszarnikom eksploatującym cały region Araucanía. Stanowią największą grupę rdzennej ludności żyjącą na obecnym terytorium Chile – około 9 procent jego obywateli i obywatelek deklaruje przynależność etniczną właśnie do tego ludu. Państwo często nazywa Mapuche mieszkających na południu kraju terrorystami z powodu stawianego przez nich oporu.
Jak co dzień od czterech tygodni, tak i wczoraj niezliczone tysiące osób wyszło na ulice, tym razem by upamiętnić Camilo Catrillancę i domagać się godnego traktowania rdzennych mieszkańców ze strony państwa. Zamiast flag chilijskich tradycyjnie obecnych na protestach, wczoraj wszędzie powiewało morze sztandarów Mapuche, Wenufoye. To barwy uznawane również przez wielu Chilijczyków za symbole buntu przeciwko opresyjnemu państwu i solidarności z represjonowanym rdzennym narodem. Epicentrum manifestacji i walk miało miejsce w Araucanía ,jednak na ulice wyszło całe Chile – sprawa Mapuche jest traktowana jako jeden z wielu powodów wybuchu społecznych protestów trwających od października. W wielu miastach ponownie doszło do ostrych starć policji z manifestantami. Aparat represji nic sobie nie robi z wezwań organizacji broniących praw człowieka na czele z ONZ do zaprzestania stosowania nieuzasadnionej przemocy.
Podczas manifestacji w Santiago dla lewicowego medium “Prensa Opal” wypowiedział się Polak mieszkający od kilku lat w Chile. – To, co ma tu miejsce to łamanie praw człowieka i niesprawiedliwość. To walka o prawa, które w Polsce są podstawowe: darmowa edukacja czy służba zdrowia. Przemoc policyjna nie może dłużej trwać – powiedział. W rękach trzymał transparent z napisem “Wszyscy mamy krew Mapuche: biedni w żyłach, bogaci na rękach”. Chwilę wcześniej policjanci zaczepili go za to, że robił zdjęcia, a gdy zorientowali się, że jest obcokrajowcem, zagrozili mu, że wyrzucą go z kraju. Odpuścili, gdy Polak okazał kartę pobytu w Chile.
Kilka dni temu piłkarze narodowej reprezentacji w piłce nożnej oświadczyli, że odmawiają zagrania meczu z Peru, który miał się odbyć w najbliższych dniach. Popularny piłkarz Gary Medel oświadczył w imieniu swojej drużyny: “W Chile toczy się najważniejszy mecz o równość i o zmianę wielu spraw, o to by Chile było sprawiedliwszym krajem”. Również podczas wczorajszej gali Latin Grammy, która odbyła się w Los Angeles gwiazda chilijskiego przemysłu rozrywkowego, światowej sławy piosenkarka Mon Laferte, podczas odbierania nagrody za najlepszy album w kategorii muzyka alternatywna, skorzystała z okazji, by wyrazić solidarność z chilijską rebelią: “Nasza walka nie ustanie, póki nie zapanuje sprawiedliwość”, brzmiał fragment wiersza jej koleżanki, który wyrecytowała na scenie. Wcześniej piosenkarka odkrywając przed fotoreporterami biust ukazała napis wymalowany na ciele: “W Chile torturują, gwałcą i mordują”.
Gdy tysiące ludzi manifestowało na ulicach, przedstawiciele partii rządzących i opozycji paktowali w ścianach parlamentu nad uspokojeniem sytuacji w kraju. Ostatecznie w środku nocy na konferencji prasowej ogłoszono parlamentarne porozumienie mające doprowadzić do zmiany konstytucji — jednego z postulatów społecznej rebelii. Plebiscyt, podczas którego Chilijczycy i Chilijki zdecydują, czy chcą zmiany konstytucji odbędzie się w kwietniu 2020 roku. Wtedy też zdecydują jakie ciało będzie tworzyć jej nową treść: „Convención Constitucional” (sami delegaci społeczni) czy „Convención mixta” (po połowie parlamentarzystów i społecznych delegatów). Wybór delegatów miałby się odbyć w październiku 2020 roku.
W obliczu tej decyzji zdania są podzielone. Część społeczeństwa cieszy się z porozumienia i odbiera je jako sukces. Jednak inni uważają je za kolejną zdradę elit politycznych, które robią wszystko, co się da by ratować swoją pozycję i przywileje. Lud żąda bowiem referendum i społecznego zgromadzenia konstytucyjnego natychmiast i bezwarunkowo. Nie ma wątpliwości, że odwlekanie o rok rozpoczęcia prac nad nową ustawą zasadniczą służy stępieniu społecznych żądań przeprowadzenia rewolucji ustrojowej w kraju oraz oddalenia w nieskończoność realnych przemian. Tym bardziej że projekt porozumienia zakłada, że nową konstytucję będzie musiało zaakceptować aż ⅔ parlamentarzystów, co skutecznie umożliwi prawicy sabotowanie jej wprowadzenia.
Porozumienia nie podpisała jedynie Komunistyczna Partia Chile, która jednak nie sprzeciwia się w całości jej treści, stojąc okrakiem pomiędzy trwaniu w establishmentowej elicie politycznej a sprawianiem pozorów reprezentowania interesów ludu. Pakt w całości i stanowczo odrzuciła natomiast Partia Humanistyczna, oświadczając, że formułowanie porozumienia w tak ważnej sprawie ponad głowami społeczeństwa jest farsą. Oddolna, społeczna lewica również nie uznaje porozumienia widząc w nim koło ratunkowe dla politycznych elit i neoliberalnego systemu. Zwracają też uwagę, że paktowanie opozycji z rządem to jego akceptacja. A o tym nie może być mowy — to rząd Piñery wyprowadził wojsko na ulice, odpowiada za masowe łamanie praw człowieka, dążenie do kryminalizacji protestów. Czy społeczny bunt złagodnieje na skutek parlamentarnego porozumienia? Czy społeczeństwo zrezygnuje z kluczowego postulatu, jakim jest natychmiastowa dymisja prezydenta i rozliczenia go za zbrodnie? Czy “kupi” ten sprytny manewr klasy politycznej i rozjedzie się do domów?

Chilijczycy wciąż na ulicach

Tym razem do Chilijczyków i Chilijek walczących o bardziej sprawiedliwy system społeczny strzelała nie policja, a obywatel amerykański o skrajnie prawicowych poglądach.

Setki tysięcy osób ponownie wyszło na ulice Santiago de Chile a wieczorem i nocą tradycyjnie doszło do starć z policją. To odpowiedź na ogłoszenie przez prezydenta Sebastiana Piñerę dziesięciu specjalnych ustaw represyjnych.
Nowe prawa ułatwią ściganie i surowe karanie takich działań, jak zakrywanie twarzy podczas demonstracji czy budowanie barykad. Nie ma wątpliwości, że chodzi o kryminalizację protestów. Ponadto ogłoszone zostały plany wzmacniające i modernizujące cały państwowy aparat represji.
Jednocześnie w czwartek Piñera zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego z udziałem przedstawicieli kluczowych instytucji państwowych, w tym wojska. Rada to kolejny spadek z czasów dyktatury – pod rządami Augusto Pinocheta organ ten był zwoływany w sytuacjach zagrożenia “porządku publicznego”. Skojarzenie było oczywiste i wywołało lawinę krytyki w społeczeństwie i opozycji. Z wyrazami uznania dla prezydenta pośpieszyła natomiast, co również znamienne, skrajna prawica.
W obliczu powyższych działań rządu dążących do wzmocnienia państwa policyjnego, w stolicy kraju, w piątek wyszły setki tysięcy obywateli i obywatelek, dając do zrozumienia, że nie spoczną, póki prezydent nie ustąpi, a ich postulaty socjalne nie zaczną być realizowane.
Przedstawiciele ONZ wezwali chilijski rząd do zaprzestania stosowania gumowych kul i śrutu wobec manifestantów. Podkreślają, że ich stosowanie poważnie narusza prawa człowieka. Od momentu wybuchu protestów, od strzałów rannych zostało 1778 osób, zaś 170 straciło oko.
Rząd Sebastiana Piñery, który tak kurczowo trzyma się stołków, według niektórych sondaży cieszy się obecnie poparciem rzędu zaledwie 9 proc.
Około dwóch tysięcy osób zebrało się w niedzielę w małej miejscowości Reñaca, tuż przy znanym kurorcie Viña del Mar, w ramach trwających już ponad trzy tygodnie protestów przeciwko neoliberalizmowi i obecnemu rządowi Sebastiana Piñery. Korzystając ze słonecznej pogody manifestanci udali się na plażę, gdzie w rodzinnej atmosferze kontynuowali protest i wypoczywali. Sielankowy nastrój przerwały nagłe strzały. Tym razem strzelała jednak nie policja, co stanowi normę w ostatnich tygodniach, lecz cywil. Amerykanin John Cobin, mieszkający w Chile biały rasista otworzył ogień wprost do manifestantów. Ubrany był w żółtą kamizelkę, symbol antysystemowych protestów we Francji, który próbują sobie przywłaszczyć obecnie skrajni prawicowcy w Chile sprzeciwiający się ludowej rebelii. Kilka dni wcześniej mała grupka takich “żółtych kamizelek” zebrała się uzbrojona w tej miejscowości, by “pilnować porządku”. Wczorajsza manifestacja była także odpowiedzią na takie działania ultraprawicowców z klas wyższych.
Według pierwszych informacji rasista wysiadł z samochodu i wystrzelił co najmniej trzy razy po tym, gdy pokojowi i radośni manifestanci zajęli ulicę i zaprosili do tańców kierowców, którzy chętnie dołączali do zabawy. John Cobin, przed zamachem prawdopodobnie został rozpoznany, ponieważ miał na sobie żółtą kamizelkę, niektórzy manifestanci mieli więc zaatakować jego samochód. Wiadomo, że wskutek strzelaniny ranna została jedna osoba, którą odwieziono do szpitala. Na szczęście nie ma ofiar śmiertelnych.
Rozwścieczeni manifestacji zaczęli atakować kamieniami samochód, do którego z powrotem skrył się napastnik, zdołał on jednak odjechać z miejsca zdarzenia. Został jednak niemal natychmiast zidentyfikowany przez policję i aresztowany jeszcze tego samego dnia. Wcześniej zdołał dotrzeć do domu i wstawić na YouTube wideo, w którym wyjaśnia, że strzelał w obronie własnej i “nie popełnił niczego złego”. Jak się okazało John Cobin to Amerykanin, który wyprowadził się do Chile w 1996 roku, bo marzył o jako do “neoliberalnego raju”. Kilka lat temu udzielił wywiadu jednej z gazet, w której stwierdził, że jest największym neoliberałem w Chile. Ponadto jest wielkim fanem gen. Pinocheta oraz tzw. “Chicago Boys”, prowadzi prawicowy kanał na YouTube i jest dość rozpoznawalną postacią w swoim środowisku.
Po zdarzeniu oburzeni manifestanci zaczęli stawiać na ulicach miejscowości barykady i starli się z atakującymi służbami mundurowymi.

Namiastka emerytury obywatelskiej za Odrą

Niemcy likwidują emerytury których wysokość wynika z wypracowanych składkowo lat.

Berlin wprowadza emeryturę podstawową. Ma ona być o 10 proc. wyższa od minimalnego zasiłku socjalnego i wynosić ok. 450 euro.
Otrzymywać ją mają te osoby, które nie miały możliwości lub nie zdołały uskładać kapitału składkowego wystarczającego na emeryturę w wysokości minimalnego zasiłku socjalnego.
W Niemczech są to przede wszystkim kobiety, które zajmując się przez wiele lat wychowywaniem dzieci lub opiekowaniem się nad chorymi lub starszymi członkami rodziny nie pracowały na etacie.
Przepisy niemieckie stanowią, że prawo do wypłacanego od początku 2021 roku świadczenia przysługiwać będzie po przepracowaniu 35 lat składkowych.
Zdaniem tymczasowej przewodniczącej SPD Malu Dreyer, najniższą emeryturę podstawową otrzymywać będzie nawet 1,5 mln osób. Z kolei szef CSU Markus Soeder podał, że związane związane z nowym rozwiązaniem, koszty budżetowe to najwyżej 1,5 mld euro rocznie.
Emerytura podstawowa, będąca niemiecką wersją emerytury obywatelskiej to wynik kompromisu, w którym SPD zgodziła się na żądane przez chadeków wprowadzenie górnej granicy łącznych dochodów beneficjentów emerytur podstawowych.
Emerytura podstawowa będzie zatem wypłacana jedynie tym osobom, których całość dochodów, wraz z dochodami kapitałowymi, nie przekroczy kwoty 1250 euro w przypadku pojedynczej osoby i 1950 euro w przypadku dwóch osób.
Dzięki wprowadzeniu emerytury podstawowej została zażegnana możliwość rozpadu rządzącej w Niemczech koalicji socjaldemokratów z chadekami.

Na swoim za cudze Ważny tunajt

Dziś znowu jadę pociągiem. Tym razem z Warszawy do Torunia.

Siedzę w przedziale z jedną panią. Ona czyta książkę, ja piszę. Paręnaście minut temu zgłodniałem i postanowiłem zjeść sałatkę warzywną z makaronem, kupioną na drogę. Wyszedłem z sałatką z przedziału, bo choć nie było w niej atakujących nozdrza ingrediencji, to jednak wymagała uprzedniego oporządzenia, i chcąc nie chcąc, ingerowała w sferę prywatną współpasażerki. Korona mi z głowy nie spadnie, gdy zjem na korytarzu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spostrzegłem, że w sąsiadujących przedziałach rozsiedli się sami hrabiowie i waćpanny. Bez krępacji leżą pootwierane na stolikach zestawy z maka, czipsy, kabanosy. Mimo że nie wszyscy coś jedzą. Część pasażerów czyta, usiłuje pracować. Ale kto by się tam przejmował umysłowym. Tłuszcza chce-to tłuszcza ma.
Może to rzeczywiście we mnie jest coś dziwnego, ale takie stadne zachowania zamieniające coś, co ongiś było marginesem, w ogólnoludzkie uniwersum, bardzo mnie niesmaczą. Bo lud, lub, jakby rzekł monarchista, motłoch, nie zawsze ma rację. Zazwyczaj jej nie ma. Ale, prawda, zwykle to wola ludu bierze górę nad normami i skutecznie je sankcjonuje; czy to prawnie, czy obyczajowo-jak w przypadku przyzwolenia na spożywanie w środkach transportu (mimo że jest wagon barowy) oraz hałaśliwe gadanie przez komórkę tamże (mimo że jest korytarz).
Parę dni wstecz, opinię publiczną obiegła informacja o tym, że w Poznaniu, na jednym z osiedli, mężczyzna, który jakiś czas temu wylicytował mieszkanie wraz z lokatorami, dostał się doń mimo drzwi zamkniętych. Zabarykadował się w środku, a lokatorka, która już formalnie nie była właścicielką ale w mieszkaniu mieszkała, spędziła noc na klatce schodowej, w oczekiwaniu aż ochotnicy z Rozbratu i środowiska obrony praw lokatorskich, odbiją mieszkanie z rąk właściciela-niewłaściciela. Wszystkie media, jak jeden mąż, zrelacjonowały sprawę, z mniejszym bądź większym oburzeniem. Oto przebiegły kapitalista, pod nieobecność głównej lokatorki (celowo nie piszę właścicielki, bo, de facto, pani już nią nie jest) wchodzi do mieszkania, które nabył na licytacji komorniczej wraz z żywym, białkowym interfejsem w postaci ludzi i zwierząt. Ma co prawda tytuł wykonawczy, ale eksmisji dokonuje samowolnie, a tej, jak wiadomo, dokonać może w Polsce jedynie komornik. I to jest jego główny grzech. Samosąd, którego się właściciel dopuścił, jest bezprawiem, i jak każde inne bezprawie powinien być ukarany. Niemniej jednak, w całej, skomplikowanej relacji właściciel-lokator, nie zawsze wszystko musi wyglądać tak, jak w klasycznej relacji zły kapitalista-wyzyskiwany parobek. I mam świadomość, w jakiej gazecie piszę te słowa.
Pokażcie mi Państwo miasto w Polsce, małe, średnie, duże, a już tym bardziej metropolię, gdzie nie mieszkaliby ludzie, którzy nie płaciliby czynszu za mieszkanie. Z różnych powodów. Za mieszkanie spółdzielcze, spółdzielczo-własnościowe, hipoteczne, wykupione na własność, wylicytowane na licytacji. Nie ma takiego miasta. I to żadne odkrycie. Wszędzie tam, od starych osiedli z płyty, z karaluchami i szczurami, po nowe apartamentowce, jest grupa ludzi, która nie płaci za czynsz. Ich długi częstokroć przekraczają wartość mieszkania. Kiedy się tak dzieje, sądy decydują się na egzekucję komorniczą. Lokatorów, którzy nie płacą, winno się wtedy przenieść do lokalu zastępczego, ale miasto takimi nie dysponuje. Mieszkają więc sobie owi lokatorzy w mieszkaniu dalej, w majestacie prawa, pogłębiając dług. I to jest w porządku. W czasie, gdy naiwni-uczciwi, co miesiąc muszą wygospodarować w budżetach domowych niemały grosz na komorne, ci, którym sąd nakazał opuszczenie lokalu gwiżdżą na wszystko i mieszkają w najlepsze. Bo przecież pod most nie pójdą. I to w Polsce też jest jak najbardziej w porządku. Właściciel mieszkania, czy to spółdzielnia, wspólnota, bank akurat już prędzej, albo, nie daj Bóg, prywatna osoba, może co najwyżej dać na mszę z nadzieją, że jakimś cudem znajdzie się szybciej niż wolniej, wolny lokal socjalny, do którego można będzie dłużnika eksmitować. Ale w cuda wierzyć nie warto. Czasami więc ludzie nie wytrzymują, i próbują wziąć sprawy w swoje ręce. I też nie ma się im co dziwić, bo chcą bronić swego, za co zapłacili swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Nie ma chyba włodarza miasta małego, wielkiego czy średniego w Polsce, który nie miałby na swoim terenie lokatorów kilkudziesięciu czy kilkusetmetrowych lokali w samym centrum, w których lumperka żyjąca z zasiłków zrobiła sobie darmowe przytulisko. Każdy Wam to powie. Nie ma też miasta, w którym skrajnie nieporadni życiowo ludzie, nie zadłużaliby mieszkań, a wobec prawdziwych życiowych dramatów-choroby czy utraty pracy, nie zalegaliby z czynszem. I to wszystko w czasie, kiedy młodym ludziom eksprezydent Komorowski radził zmienić pracę i starać się o kredyt, kiedy ktoś go zapytał, co mają zrobić ci wszyscy, których na mieszkanie nie stać. Nie wolno jednak pozwolić na to, żeby każdego, kto nie płaci za mieszkanie od razu czynić ofiarą czyścicieli kamienic, a innego, który akurat chce zarobić-kupić tanio i drogo sprzedać, nazywać hieną bez sumienia. Nieróbstwo bowiem bardzo różni się od nieporadności, tak jak bezczelność od bezrobocia.
Jarek Ważny