Podróże do ZSRR Z PKF przez Polskę i Świat - opowieść o o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

– czyli o tym, czego widzowie Polskiej Kroniki Filmowej nie widzieli

Przed setną rocznicą urodzin Włodzimierza Iljicza Lenina zakłady pracy w Polsce noszące jego imię (Huta im. Lenina, Kopalnia im. Lenina i Stocznia im. Lenina) postanowiły uczcić to doniosłe wydarzenie i wysłały do Uljanowska, (do 1924 r. Symbirsk, od 1992 r. znowu Symbirsk) delegacje załóg, aby pobrały z tego „świętego” miejsca ziemię i przywiozły ją do Polski. Ponieważ owe zakłady zwróciły się do redakcji z prośbą, aby delegacjom towarzyszyła ekipa PKF, Michał Gardowski wysłał tam mnie i Ryszarda Golca.
W mieście trwały ostatnie prace przed ogólnoradzieckimi przygotowaniami do uczczenia rocznicy. W Leninskom Centrie, czyli dopiero w co wybudowanym gmachu, Muzeum Lenina, myto szyby w oknach, a na wysoki cokół pomnika wodza rewolucji wciągano za pomocą dźwigu zawieszoną na stalowej linie głowę Iljicza. Ryszard właśnie filmował ten historyczny moment, gdy podeszło do nas dwóch milicjantów i przerwali pracę, zabrali kamerę i zaprowadzili do komisariatu, tu zostaliśmy przesłuchani, a nasze zeznania zapisane. Potem pozostawiono nas w pokoju, gdzie czekaliśmy około pół godziny. Gdy pojawił się znowu milicjant, zażądałem rozmowy z komendantem. Nie jestem w stu procentach pewny, czy przyjął mnie wtedy komendant, w każdym bądź razie zaprowadzono mnie do kogoś ważnego. Poprosiłem go, by zadzwonił do sekretarza komitetu partyjnego, podałem jego nazwisko, znałem je, bo dnia poprzedniego podejmował delegację zakładów z Polski kawą i koniakiem. Milicjant zadzwonił i w oka mgnieniu zmienił się nastrój. Nie tylko nas wypuścili z kozy, ale odwieźli do hotelu czarną wołgą.
Robiliśmy zdjęcia w drewnianym domu-muzeum – w którym urodził się Lenin. Tu też o mało nas nie zamknięto. Do wnętrza muzeum weszliśmy bez przeszkód, obejrzeliśmy eksponaty, ustaliliśmy z Ryszardem, co sfilmujemy, znaleźliśmy kontakt, podłączyliśmy lampy i zapaliliśmy światło. W tym momencie rzucili się na nas strażacy. Szamotanina trwała kilkanaście sekund, w końcu porozumieliśmy się z nimi i Ryszard zrobił zdjęcia. Strażacy obawiali się, że włączenie lampy spowoduje spięcie i drewniany dom może się zapalić. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze dla nas i strażaków, pożaru nie wywołaliśmy. Wróciliśmy do hotelu, gdzie trwało już pożegnalne przyjęcie!
W kilka dni po naszym powrocie Michał Gardowski musiał się tłumaczyć z tego, że wysłał do Wielkiego Brata ekipę, pomijając oficjalną drogę.
Taszkient – Samarkanda.
Następny mój wyjazd był już zaplanowany. Razem z Januszem Kreczmańskim udawaliśmy się do republik południowych Związku Radzieckiego. W Moskwie czekaliśmy kilka dni na wylot do Taszkientu, więc poznawaliśmy, stolicę imperium jako turyści, bo filmować nie mogliśmy, ponieważ nie przysłaliśmy planu, które obiekty nas interesują, nie został ten plan zatwierdzony, a propozycja, że chcemy pojechać do miasta i sfilmować po prostu życie ludzi, ciekawostki, pomniki, szachistów w parkach i młodych poetów deklamujących wiersze pod pomnikiem Puszkina nie znalazła zrozumienia. Wałęsaliśmy się przeto po Moskwie jak turyści indywidualni-bez przewodnika i opiekuna, miało to tę zaletę, że w księgarni na ulicy Gorkiego kupiliśmy kilka ilustrowanych broszurek o miastach, w których zamierzaliśmy robić zdjęcia.
Po trzech dniach, tak spędzonych w Moskwie w towarzystwie dwóch miłych opiekunów, odlecieliśmy do stolicy Uzbekistanu, Taszkientu, gdzie po wylądowaniu przeżyliśmy pierwszą niespodziankę. Kreczmańskiego powitał na lotnisku bardzo serdecznie Uzbek – operator, który studiował z Januszem w Łódzkiej Szkole Filmowej. Opiekunów poinformował, że zabiera nas na resztę dnia do własnego domu, aby przedstawić polskich przyjaciół własnej rodzinie.
Prosto z hotelu pojechaliśmy do meczetu wypełnionego po brzegi modlącymi się muzułmanami. Pokazał nam także mniej oficjalne dzielnice Taszkientu i zachęcał do robienia zdjęć: „Takiego Taszkientu wasi opiekunowie nie pozwolą filmować. Tu zobaczycie, jak naprawdę żyją Uzbecy”.
Z Taszkientu mieliśmy lecieć do Samarkandy, ale nasi opiekunowie napotkali na trudności z kupieniem biletów na samolot. Pojechaliśmy więc do wytwórni filmów dokumentalnych, sądząc, że dyrektor załatwi bilety. Zastaliśmy zastępcę dyrektora – Uzbeka, bo dyrektor-Rosjanin bawił właśnie w Moskwie. Sympatyczny Uzbek nie chciał słyszeć o żadnym samolocie! „Skoro nasi polscy przyjaciele przylecieli aż tak daleko, by filmować Uzbekistan, to pojadą jutro rano samochodem, będą mogli po drodze robić zdjęcia naszej ojczyzny”.
Na to Rusłan, jeden z opiekunów, oświadczył, że podróż samochodem nie wchodzi w rachubę, nie ma jej w planie i nie została zatwierdzona. „Zapominasz – usłyszał od dyrektora – że tu jest Republika Uzbekistanu, a nie Republika Rosyjska, i o tym, czym pojadą nasi polscy goście decydujemy w Taszkiencie”.
Podróż zajęła nam cały dzień, po drodze bowiem filmowaliśmy krajobrazy, zbiór bawełny i co ciekawsze miejscowości. Nasi opiekunowie nie byli tym zachwyceni, ale nie mogli nic zrobić, bo kierownikiem wyprawy okazał się uzbecki kierowca i to jemu mówiliśmy, gdzie, się zatrzymać.
Po pracowitym dniu znaleźliśmy się w Samarkandzie – mieście muzeum, którego początki sięgają czwartego wieku p.n.e. W wiekach średnich była to stolica państwa Tamerlana. Nazywanego także Timurem, potężnego wodza i krwawego wojownika. Pod jego rządami Samarkanda stała się ośrodkiem nauki i kultury promieniującym na całą Azję Centralną. Miasto nas urzekło, gdy następnego ranka zobaczyliśmy baśniowe budowle w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. To właśnie tu od miejscowej przewodniczki, komsomołki Zoji, usłyszeliśmy legendę o żonie Tamerlana, która na jego cześć zapragnęła zbudować meczet nazywany „Bibi Chanum.”
Gdy Tamerlan wyruszył na podbój Indii, rychło do Samarkandy dotarły wieści o jego zwycięstwach. Piękna i kochająca żona postanowiła uczcić jego powrót wspaniałym meczetem. Wezwała na dwór najsławniejszych architektów, przedstawiła im ideę budowy świątyni, ale po jej wystąpieniu w komnacie zapanowało milczenie. Najsławniejszy i najstarszy zarazem architekt poprosił, aby najjaśniejsza pani dała zebranym choćby tylko trzy dni do namysłu, zadanie jest tak ogromne, że muszą połączyć siły, bo jeden człowiek nie zdoła podjąć się realizacji tak wielkiego dzieła, w tak krótkim czasie. Po trzech dniach piękna małżonka usłyszała, że zadanie przerasta siły wszystkich architektów. Wtedy zjawił się młody i odważny architekt i oświadczył, że on podejmuje się zbudować meczet, pod jednym wszakże warunkiem, że piękna monarchini pozwoli mu się po ukończeniu dzieła pocałować. Kochał bowiem piękną żonę Tamerlana tak mocno, że wierzył, iż myśl o nagrodzie ustokrotni jego siły.
Jak wiadomo, piękne kobiety znają tysiące sposobów, by danego słowa nie dotrzymać. Przepiękna Bibi Chanum miała nadzieję, że zdoła odwieść zuchwałego architekta od spełnienia obietnicy. Kiedy budowa meczetu zbliżała się do końca, a Tamerlan do granic swojego państwa, zaprosiła architekta na śniadanie i postanowiła odwieść go od spełnienia obietnicy. Na stole w srebrnej misie podała zuchwałemu śmiałkowi tylko jajka pomalowane na różne kolory i poprosiła, aby spróbował je zjeść. Kiedy architekt zjadł już kilka jajek, zapytała, czy dostrzegł jakąś różnice w smaku między jajkami o różnych kolorach. „Nie, najjaśniejsza pani, mimo różnych kolorów jajka smakują jednakowo”. „Podobnie jest z kobietami – odrzekła – wyglądają różnie, a smakują tak samo”.
Niezbity z tropu zuchwały architekt wezwał swojego sługę i polecił mu przynieść dwa dzbanki wypełnione jednobarwnym płynem. Nalał do kieliszków i poprosił, aby władczyni wypiła płyn z pierwszego kieliszka napełnionego źródlaną wodą, a potem z drugiego, w którym był alkohol i zapytał, czy dostrzegła różnice w smaku.
„Napój z pierwszego kieliszka schłodził moje wnętrze, a z drugiego rozgrzał” – odpowiedziała władczyni. (Zatrudnieni w głośnym instytucie dwaj agenci, przebrani za historyków twierdzą, że w teczkach jest zapisane, iż płyn rozgrzewający, przypominający kolorem wodę, to nic innego jak aqua vita pochodząca z Lechistanu). „To dowodzi, że podobnie jest z niewiastami – odrzekł architekt – jedna schładza zmysły, a druga je rozgrzewa. Nie ma bowiem pod słońcem dwóch jednakowych kobiet”.
Władczyni uległa argumentacji architekta i pozwoliła pocałować się jedynie w policzek.
Architekt pałał do swej władczyni tak żarliwą miłością, że na jej policzku pozostał ślad pocałunku. Srogi i zazdrosny Tamerlan osadził żonę w wieży meczetu zbudowanego na jego cześć, gdzie dokończyła swojego żywota.
Nasza przewodniczka Zoja była urodziwą komsomołką, studentką drugiego roku historii i żarliwą wyznawczynią Lenina, musiałem łagodzić spory, jakie wybuchały między nią a Januszem, który drażniąc się zgłaszał wątpliwości, co do niektórych myśli i poczynań wodza rewolucji. Zoja twierdziła, że tu, w Samarkandzie, wszyscy kochają Włodzimierza Iljicza, a jej babcia zamiast ikony ma na stoliku jego podobiznę, przybraną kwiatami i do niego się modli. Nie wnikałem, czy opowieści Zoji są udawane, na pokaz, czy rzeczywiste. Zadziwiała mnie jej żarliwość, raziły natomiast – zęby, wszystkie w górnej szczęce ze złota. Zadawałem sobie pytanie, czy w owym czasie wśród tutejszej młodzieży panowała taka właśnie moda, czy był to relikt przeszłości?
Samarkanda nie szczędziła nam różnorakich zaskoczeń. Wybraliśmy się oto z Januszem na kolację do hotelowej restauracji, gdzie spotkaliśmy grupę francuskich turystów-komunistów. Jak to ludzie z zachodu zachowywali się swobodnie i dobrze się bawili. Panie miały nadzwyczajne powodzenie, nie schodziły z parkietu. Dwaj młodzi Rosjanie po kilku tańcach, mimo protestu kelnera, opuścili swój stolik i przysiedli się do stołu zaproszeni przez Francuzów, ściślej mówiąc, piękniejszą część delegacji. Zwłaszcza jeden z młodzieńców tańczył z przepiękną Francuzką tak wspaniale, że dostali od całej sali spontaniczne brawa! W pewnym momencie młodzieniec ów opuścił salę, by po kilku minutach powrócić z bukietem czerwonych goździków. Wręczył kwiaty swojej partnerce, co spotkało się z pełnym aplauzem biesiadników. Francuska wspięła się na palce, objęła rękami szyję młodzieńca i nagrodziła go pocałunkiem. Wtedy Rosjanin przywołał kelnera powiedział mu coś niezbyt głośno, a po chwili poprosił Francuzkę do tańca. Orkiestra zagrała „Oczi cziornyje”, młodzi przytuleni do siebie, samotnie, bo inne pary nie pojawiły się na parkiecie, przenieśli się w świat romantycznych marzeń. Ledwo tylko orkiestra przestała grać, trzech kelnerów ze srebrnymi wiaderkami i butelkami szampana wkroczyło na salę i całą zawartość postawili na stole francuskich turystów. Zaczynał się szampański wieczór. Janusz zaczął się zastanawiać, czy nie pójść po kamerę, ale odwiodłem go od tego zamiaru, bo przecież musielibyśmy uzyskać zgodę, co najmniej kierownika Sali, na filmowanie, a może nawet straży pożarnej i jeszcze jakichś innych czynników, nie mówiąc już o naszym opiekunie, który nie wiadomo gdzie w tej chwili przebywał, bo gdy schodziliśmy na kolację nie było go w pokoju. Piszę w liczbie pojedynczej, bo Rusłan (jeden z opiekunów) odleciał do Moskwy. Aby złagodzić cierpienia mojego przyjaciela, zamówiłem butelkę wina, Janusz nie przepadał za alkoholem, ale wiedziałem, że mi nie odmówi i wypije choćby tylko jeden symboliczny kieliszek. W taki wieczór w Samarkandzie…
Tymczasem w lokalu narastała braterska atmosfera, gdy orkiestra przestawała grać Francuzi, śpiewali swoje pieśni, potem Rosjanie i Uzbecy się rewanżowali, zsunęli nawet kilka stolików, aby stworzyć chór. Kelnerzy przynosili nowe butelki. Po jakimś tańcu, gdy opisana tu para francuskorosyjska wracała do stolika, Rosjanin poślizgnął się albo o coś zahaczył nogą, a upadając zbił łokciem szybę w drzwiach. Natychmiast obstąpiło go kilku pracowników restauracji i zaczęła się dość głośna wymiana zdań. Francuzka nie opuszczała swojego partnera, ale nie rozumiejąc, o czym rozmawiają miała dość żałosną minę. W pewnym momencie Rosjanin wyciągnął portfel z kieszeni i usiłował za stłuczoną szybę zapłacić, ale nikt nie chciał przyjąć od niego pieniędzy. W tej patowej sytuacji do sali wkroczyło dwóch milicjantów, którzy usiłowali wyprowadzić chłopaka. Wtedy ruszyli z pomocą Francuzi, poderwali się od stołu i wzięli Rosjanina w obronę. Wyjaśniali milicjantom, że są grupą francuskich komunistów, jeden z nich wyciągnął nawet legitymację FPK. Tłumaczyli, że chłopak nie jest winien, że usiłuje za szybę zapłacić, ale nikt nie chce od niego przyjąć pieniędzy. Milicjanci wycofali się, ale atmosfera sprzed incydentu już nie powróciła. Francuzka i Rosjanin zaczęli nawet tańczyć, w ich ruchach nie było już radości i fascynacji. Poprosiłem kelnera o rachunek i zaproponowałem Januszowi powrót do hotelu.
„Nie możemy wracać – powiedział Janusz – musisz zobaczyć finał. Założę się z tobą o wszystkie pieniądze, jakie mam przy sobie, że po zamknięciu lokalu chłopak zostanie zatrzymany”. Zakładu nie przyjąłem, Janusz znał doskonale Związek Radziecki, nie zamierzałem ryzykować. Kiedy Francuzi wstali od stołu i udali się do windy, wyszliśmy przed hotel. W parę minut później pojawił się Rosjanin w towarzystwie kolegi. Natychmiast otoczyli ich milicjanci, którzy na naszych oczach założyli chłopakowi kajdanki i wepchnęli do gazika. Aby się nie guzdrał, pomogli mu pałką. Przypomniałem sobie wtedy słowa Lenina, który mawiał, że państwo to „dubinka.”
W Samarkandzie zastała nas rocznica Wielkiej Rewolucji Październikowej, sfilmowaliśmy uroczystości, a ponieważ pochód zapowiadał się na dwie godziny, wróciliśmy do hotelu, wjechaliśmy windą na najwyższe piętro, wyszliśmy na taras, z którego Janusz zrobił kilka ogólnych ujęć pochodu i miasta. Jeszcze nie skończył filmować, gdy na tarasie pojawiło się dwóch panów, podeszli do Janusza i urzędowym głosem zapytali, kto nas tu wpuścił i co tu robimy?
Na to Janusz stanowczym głosem powiedział im coś, czego nie dosłyszałem. Dwaj mężczyźni stanęli jakby skamienieli. Przeprosili, poczekali aż Janusz skończy filmować, pomogli znieść statyw i kamerę do windy, grzecznie się pożegnali i zniknęli bezszelestnie w przepastnym korytarzu.
„Co ty im powiedziałeś” – zapytałem po powrocie do pokoju.
„Użyłem magicznych słów, których nauczyłem się na Syberii, od milicjanta przebranego za kierowcę. Nie da się tej lekcji opowiedzieć w dwóch zdaniach, więc jeśli chcesz poznać całą prawdę musisz uzbroić się w cierpliwość”.
„Realizowaliśmy zdjęcia w Nowosybirsku – zaczął Janusz swoją opowieść – ustawiłem statyw, założyłem kamerę i skierowałem obiektyw na drewniany dom ozdobiony ludowymi motywami i miniaturowymi rzeźbami. Już miałem uruchomić kamerę, gdy ktoś, później się okazało, że radziecki patriota, dotknął mojego ramienia, a gdy na niego spojrzałem, wskazał mi nowy blok i kazał go filmować. Odpowiedziałem, że blok z wielkiej płyty mnie nie interesuje, bo jest brzydki, natomiast dom drewniany jest piękny i będę go filmował. Wtedy Rosjanin popchnął statyw, całe szczęście, że kamera upadła w zaspę śniegu i nic się nie stało. Nie zdążyłem jeszcze wyciągnąć jej z zaspy, gdy rozległ się głośny huk i radziecki patriota zwalił się na ziemię obok statywu. Kierowca widząc co się dzieje, wyskoczył z samochodu i zwyczajną pałką milicyjną tak uderzył człowieka, że ten zwalił się w śnieg. A po incydencie udzielił mi rady: jeśli ktokolwiek, babuszka, zwykły przechodzeń czy generał nawet będzie ci przeszkadzał w robieniu zdjęć nie wdawaj się w dyskusję, powiedz tylko stanowczym głosem – „uchadi w pizdu, job twoju mać, nie mieszaj w rabotie” To wystarczy, każdy obywatel Związku Radzieckiego doskonale rozumie te słowa. Wypróbowałem je na Syberii kilkakrotnie, za każdym razem poskutkowały. W Samarkandzie też wiedzą, co one znaczą, przekonałeś się o tym osobiście, obserwując zachowanie tych dwóch osiłków.
Zdarzyło się to 7 listopada 1972 roku. Ten dzień miał się jednak zakończyć dopiero późnym wieczorem. Wziąłem prysznic i zamierzałem położyć się do łóżka, gdy usłyszałem, że ktoś wkłada klucz do zamka i otwiera drzwi do mojego pokoju. Nie zdążyłem nawet wyjść do przedpokoju, gdy przede mną stanęła w groźnej postawie „dyżurna po etażu” i wrzasnęła: „ zobacz, jak ten Poliaczek się spił i leży jak świnia”. Nie mogłem uwierzyć, po kolacji Janusz poszedł do swojego pokoju trzeźwy jak skowronek! A od tego czasu nie upłynęło więcej niż dwadzieścia minut. Szybko się jednak wyjaśniło, że to nie Janusz, a nasz opiekun spił się do tego stopnia, że idąc do toalety przewrócił się w przedpokoju, zrobił siusiu i leżał, nie mogąc się podnieść. Pobiegłem po Janusza, wspólnie wciągnęliśmy Aloszę do łóżka, które zastawiliśmy dwoma fotelami i stolikiem. Dyżurnej po etażu wytłumaczyłem, że to nie Poliak, a prawdziwy radziecki „grażdanin.”
Na drugi dzień rano poprosiłem Aloszę do pokoju i zapytałem, czy mam dzwonić do Moskwy, aby przysłali innego opiekuna? Przerażony Alosza zaczął przepraszać, obiecał nawet, że w sprawozdaniu napisze o nas same dobre rzeczy! I to mnie zirytowało. Zażądałem, aby natychmiast powiedział nam prosto w oczy, co w czasie naszej podróży zrobiliśmy nagannego, upiliśmy się może tak jak ty? Zaczął się chaotycznie tłumaczyć, a z tej mowy wynikało, że przez cały czas jesteśmy niezadowoleni. I tu wpadł w pułapkę. „Nie jesteśmy niezadowoleni z pobytu w Wielkim Związku Radzieckim, a z twojej pracy, bo nam ciągle mówisz: „niet, niet, niet,” Tego nie wolno filmować! Są to słowa, które wypowiadasz najczęściej, utrudniasz nam w ten sposób pokazanie wielkiego dorobku ZSRR i jego piękna!”
Alosza przyrzekł, że jeśli nie zadzwonię do Moskwy, będziemy mogli wszystko filmować, a on nam w tym pomoże. „Udowodnij to” – powiedziałem.
Opuściliśmy Samarkandę, dzięki Aloszy, straż na rogatkach miasta przepuściła samochód, którym udaliśmy się do najbliższego kołchozu. Wiedzieliśmy, że zdjęć nie opublikujemy w kraju, przedstawiały bowiem kołchoz biedny, wieś zaniedbaną, ale w ten sposób Alosza udowodnił, że ma wielką władzę. Wykorzystywaliśmy jego uprzejmość przez dalszy czas pobytu.
Ałma-Ata
Ałma-Ata (po kazachsku znaczy: ojciec jabłek) powitała nas złocistą jesienną pogodą, a koledzy w wytwórni filmowej dokumentem o schwytaniu tygrysa i kumysem. Film urzekł nas cudownymi krajobrazami i myśliwymi, którzy pojmali groźnego zwierza, założyli mu miniaturowy aparat wysyłający sygnały i zwrócili wolność. A następnego dnia wywieźli w góry i pokazali miejsca, gdzie film realizowano. Było oczywiście ognisko, pieczony baran-kazachska specjalność – kumys, wino i koniak. Doprawdy Kazachowie są nadzwyczaj gościnni, przekonaliśmy się o tym na wysokości 2400 metrów i przez cały czas pobytu. Wracaliśmy z gór tuż przed zachodem słońca, naszym oczom ukazała się ówczesna stolica republiki w całej gamie barw, otoczona aż po horyzont żółto-różowymi pasmami. Zapytaliśmy kolegów, czy to jesienne kwiaty? Za pół godziny przekonacie się, co to jest w rzeczywistości, teraz możemy powiedzieć, że nie są to kwiaty. Rychło się okazało, że miasto jest otoczone sadami, a te żółto-różowe plamy to jabłka opadłe na ziemię, których tu nikt nie zbiera. I to, jakie jabłka! Przywiozłem jedno do Warszawy ważące 1,15 kg (słownie: kilogram i piętnaście dekagramów!). Gdy wokół Ałma-Aty jabłka gniły na ziemi, w Moskwie kilogram marnych jabłek kosztował ponad dwa ruble. Tajników socjalistycznej ekonomii nie zgłębialiśmy na szczęście, ale kolorystykę zanotowaliśmy na taśmie.
Restauracja hotelowa w Ałma-Acie nie różniła się niczym od restauracji w Moskwie czy w stolicach innych republik radzieckich. Różnica polegała jedynie na tym, że spotkaliśmy tu bardzo miłą kelnerkę, która przyznawała się do swojego polskiego pochodzenia. Językiem dziadków mówiła słabo, ale jej życzliwość nie znała granic. Zapytaliśmy, czy są w tym mieście jakieś restauracje, w których można poznać prawdziwe życie i miejscowy folklor? Poradziła jeden lokal słynący z oryginalności, ale natychmiast dodała, że nie może z nami pójść, ponieważ zbierają się w nim wyłącznie mężczyźni. Wybraliśmy się tam następnego wieczoru. Nie żałowaliśmy. Mężczyźni, wszyscy w czarnych oryginalnych kaukaskich strojach, siedzieli przy stolikach, pili wino i śpiewali pieśni. A gdy zagrała orkiestra, tańczyli z kaukaskimi nożami w zębach, z szeroko rozłożonymi, jak skrzydła ptaków w locie, ramionami. Wtedy przypomniałem sobie, że w przedwojennej prasie rysowano bolszewików właśnie z nożami w zębach, bałem się tych rysunków straszliwie i może, dlatego tak długo gnieździły się w mojej pamięci. Janusz był niepocieszony, kierownik nie zgodził się na filmowanie.
W ówczesnej stolicy Kazachstanu spotkaliśmy kilku Polaków, jeden z nich pracujący w zakładach porcelany zapytał, czy możemy jego mamie mieszkającej w Warszawie zawieźć pieniądze. Rozmawialiśmy w miejscu jego pracy, więc umówiliśmy się, że następnego dnia o siódmej rano przywiezie pieniądze do hotelu. Minęło pół godziny, a on się nie pojawił. Czekał na nas w holu. Na pytanie, dlaczego nie przyszedł do pokoju odpowiedział, że go nie chcieli wpuścić.
W czwartek rano koledzy z wytwórni zapytali, czy chcielibyśmy wziąć udział w kazachskiej biesiadzie? Zgodziliśmy się natychmiast, pytając czy będziemy mogli robić zdjęcia i kto nas zaprasza? Odpowiedzieli, że pewien rosyjski pisarz, który mieszka w Ałma-Acie.
W piątek po południu wyruszyliśmy na biesiadę. Przyjechaliśmy punktualnie o godzinie piętnastej. Przed bramą olbrzymiej, drewnianej daczy czekał już gospodarz, po powitaniu przeprosił, że nie może nas teraz gościć, bo przed chwilą złożyli mu wizytę przedstawiciele z KGB i właśnie ich podejmuje, nas zaprasza na osiemnastą i ma nadzieję, że się nie obraziliśmy. Zastanawialiśmy się z Januszem, co to znaczy i czy powinniśmy przyjeżdżać później? Koledzy z wytwórni wytłumaczyli, że w Kazachstanie to normalne, ci z KGB też lubią pobiesiadować, wpadli więc na chwilę, a uprzejmy gospodarz nie chciał ich nie ugościć. Janusz, który na Syberii spędził ponad rok, uznał, że w przełożeniu terminu wizyty nie kryje się nic nadzwyczajnego, więc o osiemnastej stanęliśmy ponownie przed daczą. Bez Aloszy, którego kazachscy koledzy z wytwórni nie zaprosili.
Tym razem już bez kłopotów rozgościliśmy się, nie wiedząc, że aż na trzy noce i dwa dni! Gospodarz nie zwlekając nalał po szklanicy wina i wzniósł toast za gości z dalekiej Polski! Tu, w Kazachstanie, toasty wznoszono krótko, ale za to często. W obawie, że do wieczora nie utrzymamy się na nogach zapytaliśmy gospodarza, czy możemy zrobić zdjęcia?
„Nie ma żadnych przeszkód – odparł – ale właściwa biesiada zacznie się dopiero po teatralnych spektaklach, teraz za stołem jest zaledwie garstka ludzi. Sami literaci i kilku malarzy, nie przyszły jeszcze ich muzy, tancerki i modelki. Zjawią się po spektaklach”. Przy okazji zapytał, czy przypadkiem nie przeszkadzają nam dwa portrety na ścianie, czy będziecie mogli w Polsce pokazać Indirę Gandhi i Stalina?
Po dwudziestej drugiej, czyli po spektaklach, zaroiło się od gości. Kogo tam nie było: sławne aktorki i aktorzy, muzycy, baletnice i tancerze i najwspanialsze głosy Kazachskiej Republiki Radzieckiej, zasłużeni artyści i najpiękniejsze primabaleriny. Zabawa trwała do sobotniego poranka, potem salon opustoszał, położono nas do łóżek i wczesnym popołudniem przywrócono do życia.
Jadłem tam szaszłyki i baranie oczy, piłem kumys, wino i nalewki na spirytusie. Tylu artystek i artystów w jednym pomieszczeniu nie widziałem nigdy dotąd i nigdy później. Pewne fragmenty biesiady znalazły się w filmie „Słoneczne Stolice” wyświetlanym na ekranach kin w Polsce.
Kiedy w poniedziałek rano, opuszczając gościnny dom, dziękując gospodarzowi za cudowne trzy noce i dwa dni, poprosiłem go o nazwisko odpowiedział mi pytaniem: „Powiedz Mirosław, czy dobrze się wśród nas czułeś? Mówisz, że znakomicie, to po co ci moje nazwisko? Żegnaj polski przyjacielu, zachowaj nas we wspomnieniach jak najdłużej… Daliśmy ci nasze serca, nazwisko jest bez znaczenia”.
Tbilisi
Głos kapitana samolotu wyrwał nas z drzemki, zostaliśmy właśnie poinformowani, że przekroczyliśmy granicę Gruzińskiej Republiki Socjalistycznej. Była to nowość, nie informowano nas, gdy przekraczaliśmy granice innych republik.
Spotkanie z gruzińskimi kronikarzami zaczęliśmy dość niefortunnie, zwróciliśmy się z prośbą do kolegów w wytwórni, aby pożyczyli nam 200 metrów taśmy, bowiem przywieziona z Polski właśnie się kończy.
„Dwieście metrów na Gruzję? Drodzy polscy przyjaciele chyba się pomyliliście, dwieście metrów nie wystarczy wam nawet na naszą piękną stolicę! Jesteście naszymi gośćmi – oświadczył dyrektor – pragniemy, abyście czuli się w Gruzji jak u siebie w domu i każdego dnia pobierali tyle taśmy, ile wam potrzeba. Kolega, który będzie się wami opiekował, wie doskonale jak się u nas taśmę pobiera, zapewniam, że nie napotkacie na żadne trudności!”
Dyrektor wytwórni życzył nam miłego i owocnego pobytu w Gruzji i oddał pod opiekę reżysera, a ten poprosił Aloszę, aby swój pobyt w Tbilisi potraktował wypoczynkowo, nie martwił się o polskich przyjaciół, obiecując mu, że odlecimy do Moskwy cali i zdrowi.

„Skoro sprawy protokolarne załatwiliśmy szybko i sprawnie – podsumował reżyser, gruziński opiekun – proponuję, abyście zapoznali się z naszą twórczością, pokażę wam tylko jeden film, nasz najnowszy, który właśnie wczoraj wszedł na ekrany stołecznych kin. Film nosił tytuł „Balkony”, przedstawiał w sposób dość przekonujący i dowcipny historię Gruzji od czasów starożytnych, aż po czasy, gdy Gruzja stała się republiką socjalistyczną, co spowodowało oczywiście, że cały naród jest z tego powodu szczęśliwy. „Balkony” to historia podbojów Gruzji przez różnych najeźdźców, bliższych i dalszych sąsiadów. Ani razu na ekranie nie pokazano żołnierza, karabinu, armaty, czołgu. W zależności od napastnika zmieniał się wygląd balkonów i osoby na nich przebywające. Morał płynął stąd taki, że zmieniają się tylko najeźdźcy, a „Matka Gruzja” jest wciąż ta sama. Powszechna szczęśliwość Gruzinów w socjalizmie pokazana na końcu filmu jest jedynie zabiegiem formalnym, albo jak wolisz kwiatkiem przy kożuchu, bo w to szczęście mało, kto wierzy. Nie wierzyłem, że film jest wyświetlany w kinach. Jego wymowa antyrosyjska aż biła w oczy. Publiczność przyjmowała „Balkony” oklaskami, przekonałem się o tym osobiście. Gruziński opiekun rozumiał moje wątpliwości, poczuł się zobowiązany wyjaśnić mi, że film jest wyświetlany tylko w Gruzji, a nie w ZSRR. Gruzini wszak mają prawo przedstawiać zgodnie z prawdą swoją historię.
Zbliżała się pora obiadu, gruziński przyjaciel zaproponował więc przerwę w robieniu zdjęć i zaprosił nas na obiad do baru najniższej kategorii, gdzie posiłki jada się tylko na stojąco, a potrawy nie są wyszukane, przychodzą tu bowiem ludzie najbiedniejsi. „Mamy przed sobą siedem dni, więc każdego dnia poznacie inną restaurację” – oświadczył.
Gruzini przywiązują bardzo dużą wagę do jedzenia. Biesiady trwają u nas długo, każdej przewodzi „tabada”, mistrz ceremonii, on wznosi toasty i udziela głosu biesiadnikom.
Toasty gruzińskie są minipoematami, w zależności od sytuacji dowcipnymi, wywołującymi śmiech, romantycznymi, wzbudzającymi wyższe uczucia, są też ludowymi i ludzkimi przypowieściami kończącymi się morałami. Każdy Gruzin jest w jakimś sensie poetą, a już na pewno każdy potrafi wznieść toast. A wszyscy uwielbiają wino i zabawę.
Rano reżyser powitał nas słowami: „Wczoraj poznaliście bar, w którym jadają najbiedniejsi Gruzini, ludzie, którzy są fundamentem naszej ojczyzny, dziś, jeśli zaakceptujecie moją propozycję, pojedziemy do źródeł, do pierwszej stolicy naszego państwa, Mcchety”.
Początki miasta sięgają III wieku p.n.e. Oddalona od współczesnej stolicy o dziesięć kilometrów, leży u ujścia Aragwi do Mtkwali (Kury) przy Wojennej Gruzińskiej Drodze, łączącej miasta znad Morza Czarnego z miastami położonymi nad Morzem Kaspijskim. Mccheta to miasto-muzeum, pełne zabytków zniszczonych nie tylko przez czas. Nasz przewodnik pokazywał te zniszczenia i sprawców, Rosjan.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w zajeździe, swoim stylem przypominającym podobne lokale w Prowansji, z okien zajazdu widzieliśmy wzgórze z klasztorem Dżwari z VI wieku. Jeszcze nie zdążyliśmy złożyć zamówienia, a już kelnerka postawiła na stole dzbanek z winem i trzy kieliszki. Gdy gospodarz je napełnił, Janusz Kreczmański głosem stanowczym, niedopuszczającym sprzeciwu, oświadczył, że ma zamiar jeszcze filmować i nie wypije nawet kropelki.
„Gruzja – zaczął nasz przyjaciel – uchodzi za ojczyznę wina, uczeni odkryli tu najstarsze urządzenia do tłoczenia tego napoju, który od niepamiętnych czasów wprawia ludzi w dobry nastrój, łagodzi smutek i cierpienie, pobudza wyobraźnię i rozwesela serce”.
„Wypijmy za to, abyście z Gruzji wywieźli nie tylko smak tego trunku, ale uczucia, jakimi was darzymy” – powiedział reżyser.
Janusz nie mógł nie spełnić
toastu…
Ledwo opróżniliśmy kieliszki, gospodarz napełnił je ponownie. Tym razem Janusz niemal przysiągł, że ani kropli więcej… Pogoda była wspaniała, świeciło słońce, na wysokim wzgórzu w błękit bezchmurnego nieba wpisywała się sylwetka klasztoru Dżwari. Widok urzekał swoim pięknem i majestatem trwania. W pewnej chwili Janusz powiedział: „Spójrzcie tylko na tę budowlę, podziwiam architekta i jego poczucie piękna!”
Chyba na tę chwilę czekał gospodarz. Podniósł kieliszek i rzekł: „Podzielam twój podziw, przyjacielu. Ten budowniczy miał takie wyczucie piękna, bo był Gruzinem, kochał Matkę Gruzję i ta miłość dodała mu sił i odwagi. Minęło już czternaście wieków od wzniesienia klasztoru, przez nasze ziemie przechodziły hordy różnych najeźdźców, a klasztor stoi na chwałę Matki Gruzji. Wypijmy za synów Polski i Gruzji, którzy kochają swoje ojczyzny”. I Janusz wypił.
O tej porze dnia lokal był jeszcze pusty, barman czyścił kieliszki, trzy kelnerki prowadziły ściszonymi głosami rozmowę, a zdun za pomocą jakiegoś metalowego narzędzia nadawał ostateczny kształt ozdobom pieca.
Reżyser przez chwilę przyglądał się w zamyśleniu zdunowi, a potem zwracając się do Janusza powiedział: „Popatrz na tego człowieka, nie jest on takim wielkim artystą jak budowniczy Dżwari, ale wygładza te płaskorzeźby przy piecu z gorliwością i skrupulatnością, bo pragnie, by ludziom zatrzymującym się tu w chłodne i słotne dni było nie tylko ciepło, ale i przyjemnie. Gdyby nie było zdunów, czyż mogliby istnieć wielcy artyści? Wypijmy za zdrowie gruzińskiego zduna!”
Toast po toaście, kieliszek po kieliszku i ani się spostrzegliśmy jak przy stole pojawiła się kelnerka z nowym dzbankiem wina. W tym momencie reżyser zapytał o imiona naszych matek. I dodał, że może w tej chwili myślą one o nas właśnie. Wzniósł toast za ich zdrowie. Czas płynął coraz wolniej, zjedliśmy obiad, wypiliśmy jeszcze kilka kieliszków, a kiedy słońce skryło się za wysoką górę wyruszyliśmy do Tbilisi. Janusz Kreczmański nie zrobił już ani jednego ujęcia, ale wrócił szczęśliwy.
Od Ikony Gubernatorskiej Janusz zaczął zdjęcia w muzeum w Tbilisi. Nazwa wzięła się stąd, że ikona wisiała w pałacu carskiego gubernatora, a ten, gdy się upił, odrywał po małym kawałku złotej koszulki i rozdawał (taki szczodry) swoim gościom. Kiedy czasy gubernatorów odeszły w niepamięć, Gruzini przenieśli ikonę do muzeum i stała się ona dowodem tego, jak carscy urzędnicy niszczyli gruzińską kulturę. Przysłuchiwałem się przewodniczce oprowadzającej szkolną wycieczkę, która otwartym tekstem opowiadała o niszczonej przez Rosjan gruzińskiej kulturze. Zapytałem reżysera czy taka otwarta krytyka Rosji jest u nich dozwolona?
„Pamiętasz pobyt w Mcchecie? Przez cały czas pokazywałem wam spustoszenia poczynione przez Rosjan w naszych zabytkach. Miałem na myśli czasy caratu, to oczywiste. U was Rosji carskiej krytykować nie wolno?”
Wizyta w pracowni Oczauriego – zasłużonego artysty ZSSR, który miał licencję na portrety Lenina, nie każdy artysta mógł tworzyć wedle własnego uznania podobizny wodza rewolucji – przerodziła się w wieczór przyjaźni, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Oczauri, artysta – czekańszczyk, rzeźbił nie dłutem a młotkiem w blasze ze specjalnego stopu. Czekanka cieszy się w Gruzji wielkim uznaniem, jest niezmiernie popularna we wszystkich warstwach społecznych. Gdy Janusz zakończył zdjęcia, zaczęło się przyjęcie, ze sławnymi toastami i pieśniami gruzińskimi. Nie wiadomo kiedy pracownia wypełniła się przyjaciółmi. Po latach z mojej pamięci uleciały toasty. Jeden wszakże w zakamarkach pozostał: przez wiele dni osioł pokonywał dzielnie szlak pustyni. Ale i on się zmęczył, na szczęście dotarł do oazy, gdzie stały dwie konwie wypełnione płynem, w pierwszej była woda, w drugiej wino. Spragniony osioł zaczął chciwie pić. Jak sądzicie, z którego naczynia? Wypełnionego wodą, oczywiście!
Nie naśladujmy osłów, napijmy się wina
Świtało, gdy opuszczaliśmy dom artysty, był to nasz ostatni dzień w Tbilisi. Wieczór spędziliśmy w najlepszej restauracji miasta. Do dwudziestej drugiej kolacja miała charakter oficjalny, po zamknięciu lokalu zaczęło się spotkanie przyjaciół. Na stole pojawiły się butelki wina bez etykiet, bo nie ważne, jaka jest butelka, ważne, z jakiej pochodzi winnicy, a najważniejsze, z kim się wino pije.
Do dziś słyszę melodie gruzińskich pieśni śpiewanych na pożegnalnym wieczorze. Nie obeszło się bez „Suliko”. W końcu nadszedł najtrudniejszy moment. Poproszono nas o zaśpiewanie polskiej piosenki. Naradzaliśmy się z Januszem przez dłuższą chwilę, jaką piosenkę zaśpiewać. Kłopot polegał na tym, że natura nie obdarzyła żadnego z nas dobrym słuchem. W końcu zaśpiewaliśmy „Legiony to żołnierska nuta”. Po wykonaniu dwóch zwrotek zakończyliśmy występ. Nie usłyszeliśmy żadnych gratulacji, ani grzecznościowych oklasków. Mieliśmy wszyscy mocno w czubie, więc zapytałem: nie podobało się?
„Prosiliśmy o polską piosenkę, a wy zaśpiewaliście rosyjską” – padła odpowiedź… Po Powrocie do Warszawy, Marta Broczkowska oświeciła nas, że melodia jest zapożyczona od Rosjan.
Następnego dnia, żegnani przez gruzińskich przyjaciół, odlecieliśmy do Moskwy. Po kilkunastu minutach lotu, kapitan samolotu poinformował pasażerów, że opuszczamy granice Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.
W Moskwie, Alosza zostawił nas w hotelu „Ukraina”, zapewniając, że za kilka minut otrzymamy pokój. Po godzinie oczekiwania, Janusz, zapytał recepcjonistkę, czy pokój już gotowy? Po upływie pół godziny ponowił pytanie. I znowu: „Nie bespakojtie, padażditie”.
W końcu wyciągnął legitymację dziennikarską, pokazał w recepcji, pytając: czy wolą „Prawdę” czy „Izwiestię”, bo jemu wszystko jedno gdzie zadzwonić. Pokój znalazł się natychmiast. Pomogli nam nawet wnieść bagaże.
Nie wspominam o pobycie w Aszchabadzie, gdzie również parę dni spędziliśmy. We wszystkich wytwórniach oglądaliśmy republikańskie kroniki filmowe, które bardzo nam się podobały. Gdy zostałem redaktorem naczelnym PKF usiłowałem zorganizować wymianę z wytwórniami w Taszkiencie, Ałma-Acie i Tbilisi, jeśli już nie całych kronik, to przynajmniej tematów. Moskwa się jednak nie zgodziła.

Zmiany w Uzbekistanie (II)

Po zgonie Isloma Karimova różni eksperci zaczęli analizować sytuację polityczną w Uzbekistanie starając się przewidzieć czy nastąpi chaos wywołany wewnętrznymi walkami o władzę pomiędzy poszczególnymi klanami i grupami interesów czy też zachowana będzie stabilność. W większości wypadków stawiano na ten drugi wariant i prognozy te okazały się prawdziwe.

 

Kulisy władzy

W uzbeckiej elicie politycznej orientacja propaństwowa okazała się być silniejsza niż ewentualna walka o władzę. Chaos i destabilizacja miałyby bowiem bardzo poważne następstwa nie tylko dla Uzbekistanu, lecz dla całego regionu. Jak świadczą o tym doświadczenia krajów arabskich w przypadku chaosu uaktywniają się siły islamskiego ekstremizmu. I tego Uzbekistan chciałby za wszelką cenę uniknąć.

Uzbekistan poszedł droga Kirgizji, gdzie po śmierci Saparmyrata Nyýazowa również zachowana została zachowana równowaga pomiędzy różnymi kręgami w obozie władzy przy uznaniu nowego prezydenta Berdimuhamedowa jako gwaranta stabilizacji. Berdimuhamedow zdołał zachować dotychczasową strukturę władz. Tą drogą poszedł Mirziyoyev starając się jednocześnie umocnić swoją pozycję. Korzystał też z doświadczeń swojego poprzednika. Jak twierdzi rosyjski analityk Aleksiej Małaszenko z Fundacji Carnegie, Karimov potrafił rozstawić poszczególne klany w aparacie władzy w taki sposób aby uniknąć wzajemnych walk i rozgrywek personalnych. Stworzył też pionowy system zarządzania, gdzie każdy znał swoje miejsce. System ten zachował Mirziyoyev, któremu dla objęcia władzy potrzebne było poparcie ze strony różnych klanów. Próbując zachować stabilność w kręgach władzy jednocześnie skutecznie rozgrywał swoich konkurentów.

Charakterystyczny jest tu przypadek Rustama Azimova, uważanego za najpoważniejszego rywala obecnego prezydenta do objęcia władzy. Przez niektórych analityków był on typowany na następcę Karimova zważywszy na zakres jego szeroki zakres kompetencji. Jako I wicepremier był odpowiedzialny za gospodarkę, inwestycje zagraniczne i finanse. Po objęciu władzy Mirziyoyev dodał mu jeszcze edukację i naukę. Kiedy Azimov poczuł się niezagrożony i mocniej usadowiony w strukturach władzy, prezydent odebrał mu resort finansów i w końcu zdymisjonował na podstawie krytyki funkcjonowania systemy bankowego oraz oskarżając go o „poważne niedostatki” w sferze finansów. Można by tu dopatrywać się albo rutynowej zmiany mającej na celu uporządkowanie problemów finansowych albo też umiejętnej zagrywki głowy państwa mającej na celu wyeliminowanie z gry swojego potencjalnego konkurenta. Przy czym zastanawiający jest fakt, że następnego dnia po podaniu do publicznej wiadomości informacji o śmierci Karimova w prasie pojawiły się niepotwierdzone i następnie zdementowane wiadomości o umieszczeniu Azimova w areszcie domowym. Można by domniemywać, że komuś, kto taką informację przekazał do środków masowego przekazu zależało na wyeliminowaniu Azimova z gry o władzę. Niektórzy dopatrują się tu walki pomiędzy konkurencyjnymi klanami. BBC wyróżnia tu dwa podstawowe – samarkandzki, który – zdaniem brytyjskiej rozgłośni – kontroluje resort spraw wewnętrznych, służbę bezpieczeństwa oraz finanse i z którego miałby się wywodzić Azimov i uważany za bardziej wpływowy od taszkenckego, do którego BBC zalicza Mirziyoyeva.

Przed dwoma laty Islom Karimov wyraził opinię, że dla zapobieżenia chaosu potrzebna jest silna władza. W tym m.in. kontekście obserwatorzy układów politycznych w Uzbekistanie zwracają uwagę na mocną pozycję Narodowej Służby Bezpieczeństwa. Jak twierdzi rosyjski portal Lenta.ru, służba ta kontroluje poszczególne resorty a także komercyjne banki i przedsiębiorstwa a także całą działalność gospodarczą w dziedzinie budownictwa w regionie stołecznym. Tak mocna pozycja warunkuje jej relacje z prezydentem. Jak twierdzi rosyjski analityk Jurij Mawaszew, poparcie ze stron służb specjalnych jest niezbędne każdemu politykowi, który ubiega się o urząd prezydenta dając tym samym do zrozumienia, że kandydatura Mirziyoyeva również była uzgadniana ze specłużbami.

Jednak nowy prezydent stopniowo, lecz konsekwentnie, obejmuje kontrolę nad służbami specjalnymi czyniąc to niejako „od dołu”. Najpierw zdymisjonował I zastępcę Narodowej Służby Bezpieczeństwa (NSB) oraz mianował nowego komendanta policji. Następnie usunął z urzędu niezwykle wpływowego szefa NSB Rustama Inoyatova powierzając mu bardziej symboliczną funkcję prezydenckiego doradcy. Inoyatov kierujący NSB przez ostatnie 23 lata, był często nazywany „szarą eminencją” Karimova. Steve Swerdlow z Human Rights Watch nazwał go „jedną z najbardziej bezlitosnych figur na całym obszarze postradzieckim”.

Inoyatov to były funkcjonariusz radzieckiego KGB. Ukończył studia w zakresie iranistyki. Znajomość języka perskiego bardzo zbliżonego do używanego w Afganistanie języka dari była mu przydatna, gdy – jak twierdzą rosyjskie źródła – pod przykrywką stanowiska dyplomatycznego na placówce w Kabulu faktycznie zajmował się działalnością wywiadowczą. Jako zawodowy agent nie lubił pokazywać się publicznie a pojawienie się jego zdjęcia w internecie wywołało, zdaniem portalu Lenta.ru, niemałą sensację.

Dokonując stopniowej eliminacji swoich potencjalnych przeciwników Mirziyoyev wprowadza do aparatu władzy ludzi na których może liczyć, że będą jego zwolennikami. Chodzi tu przede wszystkim o szefa rządu będącego drugą osobą w państwie. Po objęciu urzędu prezydenta Mirziyoyev musiał kogoś wyznaczyć na stanowisko premiera. Stawiając na kogokolwiek spośród obecnie funkcjonującego aparatu władzy tym samym umocniłby pozycję jego politycznego zaplecza. Wybrał więc inny wariant stawiając na osobę spoza aktualnych układów, posiadającą jednak doświadczenie i polityczne rozeznanie. Osobą taką okazał się Abdulla Aripov. Swego czasu został on przez Karimova usunięty ze stanowiska wicepremiera. Zniknął z życia politycznego po tym, kiedy prokuratura postawiła mu zarzuty korupcji w podlegającym resortowo sektorze telekomunikacji.

 

Korekta polityki zagranicznej i otwarcie na świat

Symptomem zmian zachodzących w Uzbekistanie jest również i to, że w mediach można już znaleźć krytyczne oceny poprzedniej władzy. W lipcu ub. roku w całodobowym kanale telewizyjnym został nadany program podczas którego występujący tam analitycy wyrażali się krytycznie o poprzednich rządach nie wymieniając jednak z nazwiska Isloma Karimova. Powiedziano m. in., że nowy prezydent „powinien uporządkować i poprawić wszystkie błędy popełnione przez poprzednie kierownictwo” zarówno w odniesieniu do polityki wewnętrznej, jak i zagranicznej.
Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, to za czasów Karimova dały się zauważyć pewne sprzeczności i niekonsekwencje. Na początku lat 90. poszedł on na współpracę z Zachodem w walce z terroryzmem. W 2001 r. udostępnił Stanom Zjednoczonym lotnisko wojskowe Xonobod wykorzystywane do przewozu uzbrojenia i żywności dla amerykańskich baz w Afganistanie by po czterech latach doprowadzić do wycofania się stamtąd Amerykanów. Z kolei w 2006 r. Uzbekistan wznowił członkostwo w organizacji kolektywnej obrony do której należą oprócz Rosji, Białorusi i Armenii także bliskie geograficznie kraje, jak Kazachstan, Kirgizja i Tadżykistan. Jednak w roku 2012 Uzbekistan wystąpił z paktu.

Ponadto w okresie władzy Karimova nie zostały rozwiązane spory terytorialne z Tadżykistanem i Kirgizją powstałe w wyniku rozpadu Związku Radzieckiego. Właśnie kwestia stosunków z pobliskimi państwami wydaje się być jednym z priorytetów w polityce zagranicznej nowego prezydenta. Istotnie, już w pierwszych dniach sprawowania władzy Mirziyoyev zadeklarował, że Uzbekistan będzie prowadzić przyjazną i pragmatyczną politykę wobec swoich najbliższych sąsiadów – Turkmenii, Kazachstanu, Kirgizji i Tadżykistanu. Symptomatyczne jest to, że Mirziyoyev swoją pierwszą zagraniczną wizytę złożył w Turkmenii, drugą w Kazachstanie a dopiero trzecią w Moskwie.

Wizyta w Turkmenii miała charakter jak gdyby symboliczno-pragmatyczny biorąc pod uwagę wewnątrzpolityczne uwarunkowania w Uzbekistanie o czym piszę w poprzednim podrozdziale. Ale nie tylko. Dogadano się również co do współpracy w zakresie eksportu energii elektrycznej do Afganistanu i Pakistanu oraz zwalczania terroryzmu, islamskiego ekstremizmu, przemytu narkotyków. Z kolei w kontaktach z Kirgizją uzgodniono ponowne otwarcie najważniejszego przejścia na granicy między obu krajami. Uzbekistan zamknął 12 spośród 15 przejść po krwawych zajściach a tle etnicznym w 2010 r. w Kirgizji pomiędzy Kirgizami i miejscowymi Uzbekami. W wyniku wizyty ustalono też, że granica między obu krajami będzie otwarta dla wszystkich podróżnych a nie tylko, jak było do tej pory, dla osób mogących wykazać się posiadaniem rodziny po drugiej stronie granicy. W ostatnich dniach zawarto także porozumienie dotyczące nierozwiązanych do tej pory kwestii granicznych. Natomiast Kazachstan jest ważnym partnerem gospodarczym. Za okres zaledwie pięciu miesięcy obroty handlowe między obu krajami wzrosły o 30 proc. W Uzbekistanie działa 230 przedsiębiorstw z udziałem kapitału kazachskiego natomiast firmy uzbeckie zainwestowały kapitał w 130 podmiotach w Kazachstanie.

Najważniejszym partnerem pozostaje jednak Rosja. Tym też można tłumaczyć to, że Moskwa była pierwszym celem wizyty Mirziyoyeva spośród stolic państw spoza regionu Azji Środkowej. W wyniku tej wizyty zawarto kontrakty inwestycyjne na sumę 12 miliardów dolarów. Ponadto Rosja mimo tego, że sama jest liczącym się eksporterem gazu zakupuje ponad 30 miliardów metrów sześciennych gazu ziemnego w Uzbekistanie a czołowe rosyjskie koncerny Gazprom i Lukoil biorą udział w realizacji projektów inwestycyjnych w branży paliwowej.

Uzbekistan – jak o tym mówił w parlamencie Mirziyoyev – zmierza do „zgodnego i wszechtronnego umacniania przyjaznych relacji z Federacją Rosyjską” oraz rozwoju stosunków z pozostałymi krajami WNP. Jednakże nie zamierza ubiegać się o członkostwo w Unii Euroazjatyckiej, gdzie czołową rolę gra Rosja. Można tu dostrzec strategię ukierunkowaną na niezależność i niewiązanie się z międzynarodowymi ugrupowaniami. Dał temu wyraz Mirziyoyev mówiąc, że Uzbekistan będzie prowadzić politykę neutralności odrzucając członkostwo w międzynarodowych sojuszach wojskowych i nie będzie gościć na swoim terytorium obcych baz.

Uzbekistan nawiązał też bliższe relacje ze Stanami Zjednoczonymi. W maju br. Mirziyoyev złożył oficjalną wizytę w Waszyngtonie, gdzie spoktał się z Donaldem Trumpem. Zdaniem uzbeckiego prezydenta, wizyta ta zapoczątkowała „nową erę strategicznego partnerstwa” pomiędzy obu krajami. Z kolei podczas spotkania z amerykańskim sekretarzem obrony Jamesem Mattisem wyraził zainteresowanie ze rozwojem wojskowo-technicznej współpracy z USA. Mattis natomiast wyraził pogląd, iż Uzbekistan jest dla USA ważnym geostrategicznym partnerem w regionie Azji Środkowej. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na niedawną wizytę w Taszkiencie delegacji afgańskich talibów, która odbyła rozmowy z uzbeckim ministrem spraw zagranicznych Abdulazizem Kamilovem. W oficjalnym komunikacie uzbeckiego MSZ poinformowano, iż „obie strony wymieniły poglądy na temat perspektyw pokojowego procesu w Afganistanie ”. Może to oznaczać, że Uzbekistan zamierza mocniej zaangażować się sprawy swojego bliskiego sąsiada i być może pełnić rolę mediatora w kontaktach z władzami w Kabulu.

Prezydent Mirziyoyev zapowiedział też dalsze wzmacnianie stosunków z Chinami w oparciu o strategiczne partnerstwo między obu krajami. Wziął on udział w międzynarodowym spotkaniu „okrągłego stołu” w Pekinie poświęconym chińskiej inicjatywie „Jeden pas, jeden szlak” podczas którego rozmawiał z chińskim premierem Li Keqiangiem. Powiedział wówczas, że Uzbekistan jest zainteresowany szerokim rozwojem współpracy z Chinami m.in. w zakresie energii oraz wykorzystania surowców mineralnych i zasobów wodnych, infrastruktury komunikacyjnej czy też budowy parków przemysłowych. Z kolei premier Li stwierdził, że Uzbekistan może kupować w Chinach niedrogie i przyjazne dla środowiska naturalnego urządzenia a także eksportować do Chin własne konkurencyjne produkty. Chiny są największym inwestorem i drugim pod względem wielkości obrotów partnerem handlowym Uzbekistanu.

Jednak nie tylko Chiny są obecne w Uzbekistanie. W działalność gospodarczą są zaangażowane są czołowe koncerny światowe, jak General Motors, Isuzu i MAN w przemyśle samochodowym, Claas, Case New Holland i Lemken w budowie traktorów czy LG, Samsung i Honeywell w produkcji nowoczesnych urządzeń elektronicznych i AGD. Ponadto korporacja Motorola po dokonaniu analizy wszystkich krajów WNP wybrała Uzbekistan jako bazę produkcji smartfonów Google Android.

Zachętą dla kapitału zagranicznego są także Specjalne Strefy Ekonomiczne. Oprócz działających do tej pory czterech stref ostatnio utworzono trzy nowe. Zlokalizowane tam przedsiębiorstwa prowadzą różne rodzaje działalności w zakresie przemysłu m.in. tekstylnego, farmaceutycznego, elektroniki, produkcji materiałów budowlanych i bezpiecznych pod względem ekologicznym produktów chemicznych, spożywczego oraz magazynowania i pakowania owoców, warzyw i innych artykułów spożywczych. Działające w strefach podmioty gospodarcze korzystają z ulg podatkowych i zostały zwolnione z obowiązku odprowadzania do skarbu państwa środków na fundusze celowe. Nowe udogodnienia zostały także wprowadzone dla uzbeckich eksporterów, którzy ostatnio zostali zwolnieni z obowiązku odsprzedaży państwu 1/4 wpływów w walucie wymienialnej.

Powoli rozkręca się także współpraca gospodarcza z Polską, choć możliwości w tym zakresie nie są w pełni wykorzystywane. Jak do tej pory, kontakty gospodarcze dotyczą głównie zakupów przez Polskę uzbeckich tekstyliów, czy zajmuje się około 20 polskich firm. O tym, że stronie uzbeckiej zależy na promowaniu tego eksportu do Polski świadczy fakt, że tamtejsze firmy regularnie biorą udział w tekstylnych targach Fast Textile Fair organizowanych w Warszawie. Biorąc pod uwagę tempo wzrostu gospodarczego, stabilną sytuację ekonomiczną i chęć współpracy ze strony Uzbekistanu z zagranicznymi partnerami łatwo zauważyć, że kraj ten należy do rynków perspektywicznych, co powinni wziąć pod uwagę polscy przedsiębiorcy oraz resort gospodarki.

 

Gospodarka idzie do przodu

Od momentu uzyskania państwowości gospodarka Uzbekistanu znajduje się na stałej ścieżce wzrostu. Według danych Banku Światowego, średnie tempo wzrostu PKB w latach 1990-2015 wynosiło 4,3 proc. W roku 2016 PKB zwiększył się o 7.8 proc., co było najwyższym wskaźnikiem wśród krajów WNP. Jednak w roku ubiegłym stopa wzrostu – według danych Międzynarodowego Funduszu walutowego – zmalała do poziomu 5 proc. Mimo tych wahań gospodarka Uzbekistanu utrzymuje się na przyzwoitym poziomie wzrostu PKB.

Uzbekistan ma duże możliwości rozwojowe. Posiada bogate złoża surowców mineralnych takich, jak węgiel, cynk, miedź, uran, wolfram, srebro a przede wszystkim ropę i gaz. Zajmuje 11 miejsce na świecie pod względem wydobycia gazu ziemnego, notując wzrost o 60 proc. w stosunku do roku 1990 co jest wynikiem eksploatacji nowych złóż oraz modernizacji już istniejących. Posiada też duże zasoby złota. Oficjalne dane nie są publikowane, natomiast zagraniczni eksperci oceniają, że pod względem zasobów złota Uzbekistan zajmuje czwarte miejsce na świecie i siódme jeśli chodzi o wydobycie.

Warto też zwrócić uwagę na to, że od 12 lat Uzbekistan ma stałą nadwyżkę budżetową a wartość corocznych inwestycji kapitałowych utrzymuje się na poziomie przewyższającym 23 proc. PKB. Ponadto w ostatnich latach udaje się stopniowo zmniejszać stopę inflacji. Po okresie hiperinflacji w latach 1991-1995 jej poziom zmniejszył się do 6,25 proc. w pierwszym półroczu 2018. Problemem jest także, co prawda malejący, lecz widoczny odsetek ludzi żyjących w niedostatku. Szacunki są tu rozbieżne. Według uzbeckiego Ministerstwa Gospodarki, 14 proc. ludności zalicza się do kategorii niedostatecznie zabezpieczonych po względem socjalnym, natomiast według brytyjskiego „The Economist” aż 76 proc. znajduje się poniżej progu ubóstwa mając dochody poniżej 2 dolarów dziennie. Szacunki te nie są jednak w pełni miarodajne, oparte są bowiem o oficjalny a nie faktyczny kurs dolara, np. przeliczając po kursie oficjalnym płaca minimalna rok temu wynosiła zaledwie 50 USD, natomiast średnie wynagrodzenie nie przekracza 300 dolarów. Obecnie przeliczenia te będą łatwiejsze, ponieważ wprowadzono ujednolicony kurs waluty. Problemem jest także bezrobocie, daje się tu jednak zaobserwować tendencję spadkową. W okresie od 2012 do 2017 r. stopa bezrobocia malała z 8,1 do 7,2 procent.

W gospodarce następują głębokie zmiany strukturalne. Choć Uzbekistan zajmuje szóste miejsce na świecie pod względem produkcji bawełny i trzecie jeśli chodzi o eksport, to jej rola w gospodarce stopniowo maleje. Udział bawełny w eksporcie zmalał z 60 do 5,7 proc. Jest to wynikiem nie tylko zwiększającego się udziału w eksporcie surowców energetycznych czy artykułów żywnościowych (10,2 proc.), lecz także wzrostem zapotrzebowania na rynku wewnętrznym. Orientacja proeskportowa zastępowana jest rozwojem przemysłu lekkiego wykorzystującego bawełnę, a także jedwab i wełnę, jako surowiec do produkcji tekstyliów. Zgodnie z tą orientację Uzbekistan nastawia się na większą sprzedaż na rynkach zagranicznych gotowych produktów tekstylnych, w tym tkanin. Obecnie wartość eksportu tych towarów przekracza kwotę 1 miliarda dolarów a do 2021 r. przewiduje się jej podwojenie.

Równocześnie powstają nowe gałęzie przemysłu, jak przemysł samochodowy, budowa maszyn dla przemysłu naftowo-gazowego i kolejowego, produkcja nowoczesnych materiałów budowlanych, elektronika powszechnego użytku, przemysł chemiczny, hutnictwo, farmaceutyka. Rozwija się przetwórstwo produktów spożywczych. Obecnie 96 proc. zużywanych w Uzbekistanie produktów żywnościowych wytwarzanych jest w przedsiębiorstwach krajowych. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że rolnictwo należy do najbardziej dynamicznie rozwijających się sektorów gospodarki. W porównaniu z rokiem 1991 produkcja rolna zwiększyła się dwukrotnie przy rocznym tempie wzrostu na poziomie 6-7 proc.

Jednym z elementów strategii wynikającej z przyjętego w 2015 r. programu dalszego reformowania, przekształceń strukturalnych i dywersyfikacji gospodarki na lata 2015-2019 jest rozwój przemysłu. Wiodącą rolę ma odgrywać mały i średni prywatny biznes. Prezydent wydał specjalny dekret mówiący o działaniu na rzecz „szybkiego rozwoju, ochrony prywatnej własności i znacznego polepszenia klimatu biznesowego”. Dekret znosi odpowiedzialność karną i administracyjną za popełnione po raz pierwszy naruszenia prawa w trakcie prowadzenia działalności gospodarczej jeżeli ich skutki zostaną naprawione, za wyjątkiem działań zagrażających ludzkiemu życiu i zdrowiu. Ponadto zakazane zostaje przeprowadzanie niezapowiedzianych kontroli zastępując je bardziej rygorystyczną kontrolą rutynową.

Mały i średni biznes jest obecnie siłą napędową gospodarki Uzbekistanu. Sektor ten praktycznie zdominował handel detaliczny, gdzie jego udział sięgnął 89,9 proc. Zatrudnia 77 proc. wszystkich pracujących a jego udział w tworzeniu PKB wynosi 54,6 proc., w przemyśle – 43,8 proc., w inwestycjach – 38,3 proc. Rozwój małej i średniej przedsiębiorczości przekłada się na strukturę PKB. Według danych z 2013 r. 58 proc. PKB przypada na usługi, 24 proc. na przemysł i 18 proc. na rolnictwo. Pojawiają się nowe rodzaje wyspecjalizowanych usług, jak np. cyfrowe technologie informacyjne, konsulting, leasing, usługi brokerskie, bankowość elektroniczna. By dać dodatkowy impuls rozwojowi małej i średniej przedsiębiorczości państwo obniżyło ponad trzykrotnie stawkę podatku z 15,2 do 5 proc.

 

Prezydent reformator

Czy Shavkat Mirziyoyev ma szansę przeprowadzić daleko idące reformy biorąc pod uwagę to, że przez lata był jedną z czołowych postaci poprzedniej ekipy? Najnowsza historia zna przykłady, gdy reformatorami stały się osoby wywodzące się z rządzącej formacji politycznej. Wbrew pozorom właśnie takie osoby mają większe szanse na prowadzenie skutecznej polityki reformatorskiej, ponieważ znają od środka mechanizmy funkcjonowania systemu oraz sprawowania władzy. W charakterze przykładów można tu powołać najbardziej znane postacie, jak Alexander Dubček czy Michaił Gorbaczow. Co prawda, ich reformy zakończyły się niepowodzeniem, jednak uwarunkowania zewnętrzne i wewnętrzne były diametralnie różne niż w przypadku Uzbekistanu. Tutaj nie grozi ani interwencja z zewnątrz ani rozpad państwa. Jedynym ewentualnym zagrożeniem mógłby być opór sił dawnego establishmentu jeżeli reformy zagroziłyby ich wpływom i pozycjom. I jeśli nie doszłoby do waśni na tle narodowościowym i niekontrolowanych przejawów społecznego niezadowolenia. Mniejsze jest także prawdopodobieństwo destabilizacji sytuacji przez islamskich fundamentalistów po tym, jak tzw. Ruch Islamski Uzbekistanu został wygnany do Pakistanu i Afganistanu. Doświadczenia ostatniego roku wskazują na to, że zagrożeń dla reform i stabilizacji sytuacji w Uzbekistanie udaje się unikać.

Trzeba też wziąć pod uwagę i to, że potrzeba czy może wręcz konieczność reformowania państwa dojrzała w świadomości kręgów decyzyjnych. Zwrócił na to uwagę jeszcze Islom Karimov. W orędziu wygłoszonym w 2016 r. z okazji 25 rocznicy niepodległości wskazał na podstawowe cele jakie stawia sobie władza – budowa wolnego i demokratycznego państwa, stworzenie społeczeństwa obywatelskiego, przejście do gospodarki rynkowej oraz dołączenie do grona państw rozwiniętych. Dodał przy tym, że reformy nie mają służyć samym sobie, lecz ludziom. Słowa te można by potraktować jak odświętną i propagandową retorykę. Z drugiej jednak strony, sam fakt ich wygłoszenia przez prezydenta o niepodważalnej władzy można by uznać za kierunkową dyrektywę.
W obecnej chwili nie sposób jest ocenić, czy Karimov faktycznie zdawał sobie sprawę z konieczności demokratycznych reform i miał zamiar je przeprowadzić. Jeżeli tak, to należy domniemywać, że reformowanie państwa pod jego nadzorem przebiegałoby w sposób bardziej umiarkowany i w wolniejszym niż obecnie tempie. Dał temu wyraz sam Karimov we wspomnianym orędziu, kiedy zaznaczył, że za jego rządów nie podejmowano gwałtownych decyzji ani nieprzemyślanych działań a obserwując światowe doświadczenia nie starano się ich kopiować. Sytuacja na dziś daje podstawy do przypuszczeń, że nowy prezydent będzie w stanie poprowadzić kraj drogą demokratycznych reform z uwzględnieniem specyficznych uwarunkowań Uzbekistanu.

Zmiany w Uzbekistanie (I)

We wrześniu mijają dwa od objęcia władzy w Uzbekistanie przez Shavkata Mirziyoyeva, najpierw jako p.o. prezydenta a po wyborach w grudniu 2016 jako pełnoprawnej głowy państwa. Od tego czasu Uzbekistan przeżywa daleko idące zmiany. Kiedy 2 września 2016 r. świat dowiedział się o zgonie rządzącego od 30 lat prezydenta Isloma Karimova zaczęto snuć domysły, kto będzie następcą zmarłego prezydenta. Sytuacja ostatecznie wyjaśniła się 14 grudnia, kiedy dotychczasowy premier Mirziyoyev został zaprzysiężony jako głowa państwa. Ostatecznie, gdyż o tym, kto zostanie następcą Karimova było wiadomo w momencie, gdy – zgodnie z radziecką tradycją – Mirziyoyev został przewodniczącym komitetu organizacyjnego pogrzebu Karimova.

 

Następca Karimova wygrywa w cuglach

W pierwszych dniach po zgonie Karimova sytuacja nie była do końca jasna. Zgodnie z konstytucją po zgonie głowy państwa jego obowiązki do czasu najbliższych wyborów przejmuje przewodniczący senatu. Stanowisko to zajmował Nigmatulla Yuldashev – polityk, który w szybkim tempie awansował w strukturach władzy. W ciągu 12 lat przeszedł drogę od naczelnika wydziału Prokuratury Generalnej do obecnie pełnionej funkcji. Przy czym stanowisko przewodniczącego izby wyższej objął zaledwie w dwa dni od momentu kiedy został senatorem. Jest rzeczą oczywistą, że to prezydent Karimov wyznaczył Yuldasheva na to stanowisko. Czy jednak należałoby wnioskować, że upatrywał w nim swojego następcę? Karimov liczył co prawda 78 lat, lecz raczej nie zakładał swojego rychłego odejścia. Można by domniemywać, że Karimov namaścił Yuldasheva jako tymczasowego szefa państwa do momentu, kiedy elity polityczne dogadają się co do wspólnej kandydatury w wyborach prezydenckich.

Można też przypuszczać, że Karimov wzorem Jelcyna na swojego następcę szykował szefa rządu, co może znajdować potwierdzenie w faktach. Yuldashev pełnił bowiem obowiązki głowy państwa zaledwie przez kilka dni. Już 8 sierpnia 2016 obie izby parlamentu zatwierdziły na tym stanowisku premiera Mirziyoyeva. Stało się to na wniosek samego Yuldasheva, który złożył rezygnację rekomendując jednocześnie osobę premiera „z uwagi na jego długoletnie doświadczenie w pracy na kierowniczych stanowiskach w organach władzy państwowej oraz szacunek jakim darzą go obywatele.”

Istotnie, Mirziyoyev przez 11 lat pełnił funkcje chokima (odpowiednik wojewody) w trzech obwodach a następnie w 2003 r. objął stanowisko premiera. Jego kandydaturę w wyborach prezydenckich poparły wszystkie frakcje parlamentarne, posłowie i senatorowie motywując to m.in. koniecznością ochrony stabilności oraz zapewnienia bezpieczeństwa kraju – czyli mówiąc wprost zapobieżeniu frakcyjnych walk o władzę wewnątrz obozu rządzącego.

W dniu 19 października Mirziyoyev został formalnie zgłoszony jako kandydat w grudniowych przedterminowych wyborach. Został rekomendowany przez zjazd prorządowego ugrupowania Ruch Przedsiębiorców i Ludzi Biznesu – Liberalno-Demokratyczna Partia Uzbekistanu, które uprzednio zgłaszało kandydaturę Karimova. Partia ta dysponuje wprawdzie tylko 52 mandatami w liczącym 150 deputowanych w parlamencie – co jest swoistm ewenementem na tle partii prezydenckich w innych azjatyckich byłych republikach radzieckich, gdzie takie ugrupowania mają absolutnę większość parlamentarną – jednak w rozdrobnionym parlamencie stanowi ilościowo największą frakcję.

W tym momencie Mirziyoyev miał już zagwarantowane zwycięstwo. Przeciwko niemu nie mógł bowiem wystartować żaden konkurent z obozu władzy, co wynika ze specyficznej ordynacji wyborczej wprowadzonej za czasów Karimova. Zgodnie z tą ordynacją kandydatów w wyborach prezydenckich mogą zgłaszać jedynie oficjalnie zarejestrowane partie polityczne a tych jest w Uzbekistanie zaledwie cztery. Dzięki takiemu systemowi Karimov mógł bezpiecznie wygrywać kolejne wybory, ponieważ jego kontrkandydaci reprezentowali mało znaczące polityczne ugrupowania, jednocześnie asekurując się przed pojawieniem się jakiegoś kandydata niezależnego, który mógłby zyskać szersze poparcie społeczne.

Ten system zadziałał też oczywiście na korzyść Mirziyoyeva, który zebrał 88,61 proc. głosów przy frekwencji na poziomie 87,73 proc.. Pozostali kandydaci zebrali po kilkaset tysięcy głosów, podczas gdy Mirziyoyeva poparło niemal 16 milionów wyborców. Głosowano na niego wiedząc, że tylko on ma realną szansę na zwycięstwo i – w konsekwencji – na realizację przedwyborczych obietnic. A obiecywał wiele, m.in. walkę z korupcją, co niemal na całym świecie jest tematem nośnym. Krytykował też sądy, które w ostatnich latach wydawały głównie wyroki skazujące. Z kolei reformę rolnictwa upatrywał w odejściu od sadzenia będącej od lat uzbecką specjalnością bawełny na polach o niskiej wydajności przeznaczając je na wysiew warzyw, cytryn i roślin pastewnych. Za najważniejszy punkt jego programu wyborczego należałoby jednak uznać zobowiązanie władz, zwłaszcza lokalnych, do wsłuchiwania się w głos obywateli. Jak mówił podczas kampanii wyborczej, lokalne organy samorządowe powinny rozliczać się przed obywatelami ze swojej pracy. Program ten jest już w dużej mierze realizowany.

Pozostali kandydaci nie mieli do zaoferowania niczego atrakcyjnego, co różniłoby ich od programu wyborczego Mirziyoyeva a ich szczytne niekiedy hasła zawierały pozbawione konkretów ogólniki. Nariman Umarov, przywódca socjaldemokratycznej partii Adolat, który w wyborach zebrał 3,46 proc. głosów, obiecywał stworzenie sprzyjających warunków życia bez wchodzenia w detale. Podobnie przewodniczący Ludowo-Demokratycznej Partii Uzbekistanu Xotamjon Ketmonov (3,73 proc. głosów) mówił o potrzebie tworzenia nowych miejsc pracy i reformie systemu podatkowego. Jego partia to przemianowana w 1991 r. przez Karimova dawna Partia Komunistyczna Uzbekistanu, której członkom, jak twierdzi portal Fergana.Ru, od tej pory Karimov kazał nazywać siebie demokratami. Członkowie partii bez oporów przyjęli zmianę nazwy i orientacji politycznej licząc na to, że będą politycznym zapleczem prezydenta, co z kolei miało otwierać im drogę do stanowisk w państwowej administracji. Zjawisko to jest charakterystyczne dla byłych partii komunistycznych w dawnych republikach radzieckich, zwłaszcza w Azji Środkowej i na Kaukazie, gdzie partia posługująca się komunistyczną frazeologią była w istocie partią władzy dającą możliwości kariery politycznej i zawodowej. Ketmonov w swoim programie wyborczym zaproponował także tworzenie ścieżek rowerowych po to, aby zmniejszyć korki w ruchu ulicznym. Z podobnie oryginalnym pomysłem startował szef Demokratycznej Partii Uzbekistanu Sarvar Otamuratov (2,35 proc. głosów), postulując zastąpienie wprowadzonego po utworzeniu samodzielnego państwa alfabetu łacińskiego przez cyrylicę. Argumentował to tym, że w odróżnieniu od młodych ludzie w starszym wieku znają tylko cyrylicę, co prowadzi do podziałów pokoleniowych.

Teoretycznie wszyscy kandydaci mieli równe szanse. Otrzymali jednakowy bezpłatny czas antenowy oraz jednakowy bezpłatny dostęp do prasy, w tym możliwość publikowania materiałów wyborczych w 17 językach, co miałoby dawać im szansę na pozyskanie sobie licznych w Uzbekistanie narodowości. Wiadomo jednak, że Mirziyoyev startował z dużo lepszej pozycji choćby dlatego, że już był pełniącym obowiązki głowy państwa. Kontrkandydaci Mirziyoyeva niewątpliwie zdawali sobie sprawy z tego, że w prezydenckim wyścigu nie mają żadnych realnych szans. Może dlatego na plakatach wyborczych jedynie Mirziyoyev prezentował uśmiechniętą twarz, zaś pozostali kandydaci byli smutni „jak gdyby nasypano im soli do herbaty”, jak sarkastycznie komentuje uzbecki portal centre1.

Frekwencja była o niecałe 4 proc. niższa niż w wyborach prezydenckich z 2015 r. Można to tłumaczyć m.in. tym, że zniesiono prawo do tzw. rodzinnego głosowania polegającego na tym, że jedna osoba mogła oddać głos nie tylko za siebie, ale i za swoich bliskich. Jednak należy równocześnie wziąć po uwagę i to, że władze wprowadziły maksymalne ułatwienia i udogodnienia dla wyborców oraz liczne zachęty mające na celu zmobilizowanie do wzięcia udziału w wyborach, co mogło mieć wpływ na wysoką jednak frekwencję. W dniu wyborów zapewniono bezpłatną komunikację miejską. W lokalach wyborczych serwowano herbatę i tradycyjną uzbecką potrawę płow. Były tam stałe punkty medyczne oraz pomieszczenia dla matek z dziećmi. Przygotowano też specjalne miejsca do głosowania dla osób niepełnosprawnych a dla niewidomych przygotowano karty do głosowania napisane alfabetem Braille`a. Głosującym po raz pierwszy osiemnastolatkom wręczano prezenty – egzemplarz konstytucji, książki historyczne oraz poezje Babura, założyciela imperium Wielkich Mogołów. Dla wyborców przygotowano też specjalne broszury objaśniające cały tryb głosowania oraz poszczególne etapy prac komisji wyborczych. Do każdego lokalu wyborczego każda partia miała prawo delegować jednego swojego przedstawiciela. Ponadto lokale były otwarte dla dziennikarzy oraz obserwatorów zagranicznych. W wyborach tych było ich więcej niż poprzednich w 2015 r. – około 300 z 43 krajów oraz kilku organizacji i strukur międzynarodowych takich, jak OBWE, WNP, Szanghajska Organizacja Współpracy w skład której oprócz Uzbekistanu wchodzą także Chiny, Kazachstan, Kirgizja, Rosja i Tadżykistan. Organizacja Współpracy Islamskiej oraz Światowa Organizacja Organów Wybieralnych.

 

Mirziyoyev to nie Karimov

Wraz z przejęciem władzy przez nowego prezydenta wielu wyborców wiązało nadzieję na zmiany na lepsze. – Oczekuję czegoś dobrego od Mirziyoyeva, jest on zupełnie inny iż Karimov, on nie jest dyktatorem – mówił Ahmad Haji-Harezmiy, były wysoki urzędnik państwowy od 12 lat przebywający na emigracji w Londynie. Nie wnikając w różnice osobowościowe pomiędzy byłym i obecnym prezydentem warto jednak zwrócić uwagę na to, że Mirziyoyev, nawet jako premier, zawsze pozostawał w cieniu swojego wielkiego protektora. Nie wypowiadał się publicznie ani też nie udzielał wywiadów. Nie publikował swoich poglądów czy przemyśleń w odróżnieniu od Karimova, którego teksty i wystąpienia zostały wydane w zbiorze liczącym kilkanaście tomów.

Mirziyoyev oficjalnie deklaruje kontynuację polityki Karimova. – Będę kontynuował dzieło mojego wielkiego nauczyciela, wielkiego męża stanu Isloma Karimova – mówił w parlamencie podczas zaprzysiężenia na urząd prezydenta. Mirziyoyev umacnia kult Karimova jednak przede wszystkim w sferze werbalnej. W wydanym przez siebie dekrecie wzywa do nadawania ulicom, zakładom przemysłowym, wyższym uczelniom i lotniskom imienia swojego poprzednika. Dotyczy to m.in. również spółek z udziałem kapitału zagranicznego, jak np. zakłady General Motors. W pierwszych dniach września ubiegłego roku z okazji 26 rocznicy uzyskania niepodległości w Samarkandzie w pobliżu miejsca urodzenia Karimova został odsłonięty jego pomnik. Ponadto dzień urodzin Karimova został ogłoszony Narodowym Dniem Pamięci a rocznica jego śmierci będzie obchodzona jako Dzień Pamięci Pierwszego Prezydenta.

W praktyce jednak polityka nowego prezydenta coraz bardziej różni się od tej, którą prowadził jego poprzednik. Jako główne cele swojej prezydentury określił zachowanie równowagi i harmonii w stosunkach pomiędzy różnymi grupami etnicznymi, co w przeszłości prowadziło do konfliktów oraz rządy prawa i „ścisłe przestrzeganie praw i wolności obywateli”. Agencjom rządowym polecił przeznaczenie trzech godzin dziennie na przyjmowanie interesantów. Utworzono w tym celu Ludowe Izby Przyjęć. Ponadto w okresie kampanii wyborczej uruchomił trzy bezpłatne linie telefoniczne oraz Wirtualną Recepcję, dając obywatelom możliwość za pośrednictwem poczty elektronicznej bezpośredniego kontaktu i zgłaszania swoich problemów.

Można tu dopatrzeć się analogii do „bezpośredniej linii” Putina transmitowanej przez telewizję. Różnica jednak polega na tym, że kontakt z szefem państwa uzbeckiego ma charakter stały a nie okazjonalny. Z kontaktu tego korzystały tysiące obywateli opowiadając o swoich problemach takich, jak niedostatek czystej wody, elektryczności i gazu w regionach wiejskich czy też brak gotówki w bankach. Skarżono się też na to, że drzwi w niektórych urzędach państwowych pozostają zamknięte dla interesantów pomimo wcześniejszych odgórnych decyzji. Wiele osób korzystało też z YouTube aby bezpośrednio kontaktować się z Mirziyoyevem. Ponadto po objęciu przez Shavkata Mirziyoyeva urzędu głowy państwa w administracji prezydenta zostało utworzone specjalne stanowisko dla osoby odpowiedzialnej za przyjmowanie wniosków od obywateli.

Niektórzy komentatorzy sceptycznie podchodzą do tych rozwiązań wskazując na to, że nie wszystkie sprawy z którymi do prezydenta zwracają się obywatele da się załatwić „od ręki”. – Załatwianie spraw „od ręki” wymagałoby tysięcy rąk, nie jest to w praktyce możliwe – argumentuje uzbecki analityk Almardon Annaev dodając, że potrzebne są zmiany systemowe. Jednak niektóre przynajmniej trudne sprawy są załatwiane dzięki systemowi bezpośrednigo kontaktu z prezydentem, zwłaszcza te, które zostały publicznie nagłośnione. Symptomatyczny jest tu przypadek biznesmena Olima Sulaimonova, właściciela dwóch dużych firm. Podczas kontroli urzędnik skarbowy usiłował wymusić na nim wielomilionową łapówkę. Ponieważ się nie zgodził zablokowano mu konta bankowe uniemożliwiając tym samym realizację wcześniej uzgodnionych kontraktów w Rosji. Nie dość na tym, nie dający się sprowokować biznesmen został skazany na trzy lata i jeden miesiąc więzienia za oszustwa, oszczerstwa i podawanie nieprawdziwych danych. Biznesmen wysłał list do prezydenta, gdzie nie tylko szczegółowo opisał całą sprawę, lecz także powołał się na to, że głosował na Mirziyoyeva w wyborach a ponadto należy do wspierającej go partii. Kiedy list do prezydenta zamieścił na facebooku i YouTube a następnie wystąpił w programie telewizyjnym, jego sprawa została po kilku dniach rozwiązana. Sąd cofnął swoją decyzję. Wypowiadając się dla Radio Free Europe/Radio Liberty, Sulaimonov stwierdził, iż „Mirziyoyev pomógł nie tylko mnie, lecz wszystkim uzbeckim przedsiębiorcom”.

Znaczące zmiany dają się zauważyć w szczególności w zakresie wolności obywatelskich. Będąc jeszcze pełniącym obowiązki głowy państwa Mirziyoyev w październiku 2016 r. z okazji Dnia Konstytucji ogłosił powszechną amnestię, która objęła kobiety, osoby skazane przed osiągnięciem pełnoletności, inwalidów, mężczyzn powyżej 60 roku życia oraz obywateli państw obcych. Złagodzone również zostały procedury dotyczące tymczasowych zatrzymań. Okres obowiązywania aresztu tymczasowego został skrócony z 72 do 48 godzin a aresztu śledczego z 12 do 7 miesięcy.
Stopniowo zaczęli wychodzić na wolność także więźniowie polityczni. Po ponad 23 latach został zwolniony polityczny więzień o najdłuższym „stażu” Samandar Qoqonov, były parlamentarzysta oskarżony i skazany za sprzeniewierzenie pieniędzy. Z więzienia wyszedł także biznesmen,właściciel pierwszego prywatnego banku w Uzbekistanie 69-letni Rustam Usmonov, którego uznano winnym za nielegalne operacje dewizowe. Zdaniem organizacji badających przestrzeganie praw człowieka, został on uwięziony z powodów politycznych. Jemu, podobnie jak Qoqonovowi, przedłużano karę więzienia z powodu „nieprzestrzegania regulaminu więziennego”. Niemal 18 lat spędził w więzieniu wypuszczony na wolność w lutym br. jeden z czołowych dziennikarzy Muhammad Bekjon a 11 lat były pracownik ONZ i administracji rządowej Erkin Musaev. Karę więzienia skrócono też wobec działacza ruchów na rzecz praw człowieka Bobomurada Razzaqova, który występował w obronie praw rolników a został skazany za spowodowanie wypadku drogowego.

Zmiany te zostały docenione przez zagraniczne ośrodki monitorujące przestrzeganie praw człowieka w poszczególnych krajach. Mająca siedzibę w USA organizacja Freedom House (Dom Wolności) opublikowała raport dotyczący sytuacji w Uzbekistanie w którym stwierdza m.in, iż „społeczność międzynarodowa powinna dostrzec pozytywne zamiany zachodzące w kraju” zwracając jednocześnie uwagę na „powolne otwarcie na aktywność obywatelską” i „znaczące otwarcie na swobody religijne” stwierdzając, iż w Uzbekistanie obserwuje się polityczną odwilż. Autorem raportu jest Bakhtiyor Nishanov narodowości uzbeckiej, który w swoim kraju działał w koalicji organizacji społecznych zajmujących się reformą systemu penitencjarnego. Uwolnienie kilku więźniów politycznych pozytywnie ocenia także Human Rights Watch wzywając jednocześnie uzbeckie władze do „natychmiastowego i bezwarunkowego zwolnienia pozostałych działaczy pokojowych oraz obrońców praw człowieka pozostających w więzieniach z powodów politycznych i na podstawie niesprawiedliwych wyroków”. Oznaki większej wolności dają się także w kontrolowanych przez państwo środkach masowego przekazu. Mirziyoyev zapowiedział, że państwowa telewizja – jedyna w kraju – powinna zaprzestać wygłaszania „służalczych pochwał” pod adresem rządu i zaczęła mówić o tym, co interesuje zwykłych ludzi.

Pozytywne zmiany w Uzbekistanie dostrzega także Unia Europejska. Unijny rzecznik w swoim oświadczeniu zwraca uwagę na „znaczące reformy” m. in. w zakresie przeprowadzenia wyborów, systemu prawnego, odpowiedzialności organów administracji państwowej, zwalczania korupcji oraz poprawy warunków pracy. Ta ostatnia kwestia ma tu istotne znaczenie. W Uzbekistanie działał bowiem przez lata system pracy przymusowej przy zbiorach bawełny. Kierowano tam do pracy nie tylko osoby zatrudnione w sferze budżetowej, lecz także w sektorze prywatnym oraz studentów i uczniów. Dlatego też władze w Taszkiencie zwlekały z zakazującą pracy przymusowej ratyfikacją konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, która obowiązuje w znakomitej większości krajów świata. Konwencja ta uznaje prawo pracowników do zrzeszania się w celu poprawy warunków pracy, co niejako automatycznie obejmuje zakaz pracy przymusowej. Sytuacja zmieniła się po objęciu władzy przez nowego prezydenta. Uzbekistan ostatecznie ratyfikował konwencję. Prezydent publicznie zapowiedział, że od tej pory żaden uczeń ani student nie zostanie wysłany na pola.
Inne niż za poprzednich rządów jest również podejście do uzbeckich emigrantów zarobkowych. O ile Karimov nazywał swoich rodaków wyjeżdżających za pracą zagranicę „leniami hańbiącymi ojczyznę”, to Mirziyoyev polecił wspieranie legalnej emigracji zarobkowej w efekcie czego Agencja ds. Emigracji działająca przy Ministerstwie Pracy podjęła działania ułatwiające obywatelom podejmowanie pracy zagranicą, głównie na terenie Rosji. Według danych ze stycznia 2016 roku w Rosji przebywało 1,88 miliona obywateli Uzbekistanu. Przesyłają oni stamtąd co roku miliony dolarów. Według danych rosyjskiego banku centralnego, w pierwszej połowie 2016 r. przekazali do kraju 952 miliony USD. Zniesione został także wizy wyjazdowe do dodatkowo ułatwi wyjazdy zagranicę. Ponadto Mirziyoyev przyznał obywatelstwo 197 osobom narodowości uzbeckiej, którym poprzednio nie dało się tego uzyskać z powodu biurokratycznych procedur.

 

Dokończenie w następnym wydaniu.