Ośli upór w sprawie Turowa

Ciekawe, ile setek milionów złotych będzie musiał w rzeczywistości wydać rząd z pieniędzy podatników, by uniknąć zamknięcia kopalni?
Negocjacje, podjęte w pośpiechu przez polski rząd w sprawie kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów nie rozwiązują rzeczywistego problemu, jakim jest brak daty odejścia Polski od węgla, a pozew Czech do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej to tylko jedna z konsekwencji nieodpowiedzialnej polityki energetycznej rządu i spółki Polska Grupa Energetyczna – zauważają ekolodzy (m.in. z EKO-UNII, Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”, Greenpeace i fundacji Frank Bold). Wzywają oni do podania realnej i szybkiej daty odejścia od węgla do produkcji energii w całej Polsce.
Całkowita i szybka rezygnacja z węgla oczywiście nie będzie korzystna dla Polski i Polaków. Tym niemniej, trzeba zauważyć, że rząd PiS świadomie lekceważył pojawiające się sygnały ostrzegawcze. Międzynarodowy konflikt z mieszkańcami Czech i Niemiec o skutki działalności kopalni Turów narastał przecież od dawna. Mieszkańcy tych państw oraz rząd czeski od lat sprzeciwiali się rozbudowie odkrywki i dowodzili skutków działania kopalni: obniżania poziomu wód gruntowych, wzrostu hałasu oraz zanieczyszczenia powietrza.
Już w 2019 roku podczas konsultacji transgranicznych czeski rząd oficjalnie zajął negatywne stanowisko w sprawie dalszych prac wydobywczych w Turowie. To nic nie dało, więc pod koniec lutego Czechy wniosły przeciwko Polsce skargę do TSUE.
– TSUE nakazał natychmiastowe wstrzymanie prac wydobywczych w kopalni na wniosek Czechów, stając tym samym po stronie mieszkańców przygranicznego regionu Liberec. Polska powinna teraz zastosować się do tego orzeczenia, niezależnie od podejmowanych prób porozumienia się ze stroną czeską. Jawna odmowa wykonania orzeczenia TSUE może podawać w wątpliwość wykonanie przyszłej umowy między Polską a Czechami – mówi Dominika Bobek, radczyni prawna z mało znanej dotychczas w Polsce fundacji Frank Bold.
I nic dziwnego, że tak mówi, bo jest to czeska fundacja z siedzibą w Brnie, jej szefem jest Pavel Franc, więc jako „niezależna organizacja pozarządowa” przyjmuje oczywiście czeski punkt widzenia. Gdyby pani Dominika Bobek posłuchała opinii mieszkańców Bogatyni, która za sprawą kopalni Turów należy do najbogatszych gmin w Polsce, to zrozumiałaby, że przekonanie o konieczności zamknięcia Turowa jest w Polsce dość ograniczone. Co nie znaczy, że ktokolwiek chce usprawiedliwiać bezczynność i indolencję rządu PiS, które doprowadziły do obecnej sytuacji.
Organizacje ekologiczne widzą jednak także i pozytywy. Ich zdaniem sprawa Turowa ma szerszy kontekst i może stać się impulsem do zaplanowania odejścia od węgla w Polsce. Problem w tym, że polski rząd, a także znajdująca się w centrum sporu o Turów państwowa spółka PGE, największy polski emitent dwutlenku węgla, wciąż nie mają strategii odejścia od tego surowca w energetyce. Tymczasem, jak twierdzą niektórzy naukowcy, aby uniknąć najbardziej katastrofalnych skutków zmian klimatu, wszystkie kraje Unii Europejskiej, w tym Polska, powinny odejść od spalania węgla do 2030 roku – co jest oczywiście kompletnie nierealne. Warto zauważyć, iż nawet eksperci bliscy ekologom uważają, że w celu zachowania bezpieczeństwa energetycznego kraju, należy pięć najmniej emisyjnych bloków węglowych o mocy 4200 megawatów pozostawić w rezerwie mocy co najmniej do 2040 r.
– Sprawa Turowa to konsekwencja nieudolnego podejścia polskiego rządu do sprawiedliwej transformacji energetycznej i trwania z oślim uporem przy węglowym status quo. A tylko zaplanowanie przez rząd szybkiej i realnej daty zakończenia wydobycia węgla i produkcji energii w Turowie może rozwiązać problemy, bez spowodowania katastrofy społecznej w Bogatyni, gdy kopalnia zostanie zamknięta z dnia na dzień. Doraźne zasypanie 200 milionami złotych konfliktu z Czechami nie załatwia problemu wytwarzania energii z coraz bardziej nieopłacalnego węgla – zauważa Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.
Elektrownia Turów produkuje rocznie średnio nieco ponad 3 proc. krajowej energii – wskazują ekolodzy. W rzeczywistości jest to dokładnie 3,7 proc., z tym, że wskaźnik wykorzystania mocy zainstalowanej w elektrowni Turów wynosi niespełna 50 proc., więc jej udział w produkcji energii może być nawet dwukrotnie wyższy. Według ekologów kompleks w Turowie mógłby zakończyć działalność już w 2026 r. Dziś nie wiadomo oczywiście, jakie byłyby skutki zamknięcia Turowa w wspomnianym roku. Za pięć lat, to jednak nie natychmiast, jak nakazał TSUE.
– Mitem jest, że bez funkcjonowania Turowa zabraknie nam prądu w gniazdkach, zaś dane ekonomiczne są bezlitosne: wzrost kosztu kapitału i ubezpieczenia wraz z rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 doprowadzą do zamknięcia elektrowni i kopalni Turów najpóźniej w 2030 roku. Czas pogodzić się z rzeczywistością i podać datę zamykania bloków w elektrowni oraz zaplanować programy osłonowe dla osób zwalnianych w wyniku powolnego, lecz nieuniknionego spadku zatrudnienia w kompleksie. To zadania dla PGE oraz ministra Jacka Sasina – podkreśla Kuba Gogolewski z fundacji Rozwój TAK – Odkrywki NIE. Komentując tę wypowiedź trzeba stwierdzić, że oczywiście nie ma ekonomicznych danych z których wynikałoby, że do 2020 r. kopalnia i elektrownia Turów przestaną funkcjonować. Są tylko przypuszczenia i przewidywania.
Tym niemniej, nie można budować polskiej przyszłości energetycznej na węglu. Jak widać, ostatnie tygodnie były niespokojne w polskiej energetyce. Dwie awarie zatrzymujące pracę elektrowni Bełchatów i decyzja TSUE w sprawie Turowa podniosły temperaturę dyskusji wokół transformacji energetycznej.
– Ostatnie dni dobitnie pokazują, że węgiel wcale nie jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego, a zamiast szumnie zapowiadanego ładu, w energetyce panuje chaos. Premier Morawiecki i jego rząd muszą w końcu przestać ignorować potrzebę transformacji energetycznej i pilnie przygotować plan szybkiego odejścia od węgla. Potrzebujemy nowoczesnego, rozproszonego systemu opartego o odnawialne źródła energii, a także inwestycji w efektywność energetyczną. W dobie kryzysu klimatycznego tylko tak można zapewnić prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne, ale i bezpieczną przyszłość – komentuje Joanna Flisowska, szefowa działu Klimat i Energia w Greenpeace Polska.
Niezależnie od intencji Greenpeace, tym słowom trudno odmówić słuszności. Problem jednak w tym, że realnie wciąż nie bardzo czym mamy zastąpić węgiel.

Spis pobożnych energetycznych życzeń

Polska polityka energetyczna to dokument pełen wizjonerskich zamierzeń – tyleż atrakcyjnych, co mało realnych.
Państwa unijne chcą odchodzić od wykorzystania węgla (zwłaszcza te, które nie mają jego złóż). Dlatego w grudniu ubiegłego roku Rada Europejska zatwierdziła wiążący cel UE zakładający ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do roku 2030 o co najmniej 55 proc. w porównaniu z poziomem z roku 1990. Zwiększono tym samym dotychczas obowiązujący cel, zakładający redukcję o 40 proc.
Nowy limit został określony jako kolektywny cel dla całej Unii. Jednocześnie ma on zapewnić bezpieczeństwo energetyczne, zachowanie przystępnych cen energii dla gospodarstw domowych, konkurencyjność Unii Europejskiej oraz zasadę sprawiedliwości i solidarności. By go zrealizować, udział energii odnawialnej w zużyciu finalnym energii ma za 9 lat osiągnąć co najmniej 32 proc., zaś efektywność energetyczna poprawić się o jedną trzecią. Unia Europejska opracowała pakiet przepisów pod nazwą Czysta Energia, których wdrożenie ma zapewnić osiągnięcie tych celów.
Generalnym założeniem jest to, aby do 2050 r. kraje unijne osiągnęły neutralność klimatyczną. Nie wiadomo dokładnie na czym ma ona polegać, ale teoretycznie chodzi o to, by emitowano tylko takie ilości wszelkich gazów, które uda się zrównoważyć poprzez wzrost ilości czystego powietrza (na przykład dzięki sadzeniu drzew).
Polska nie od dziś odstaje od standardów unijnych, a więc także w kwestii czystego powietrza rząd Prawa i Sprawiedliwości wskazywał na polską specyfikę, polegającą na „trudnym punkcie startowym polskiej transformacji energetycznej”, na co wpływ ma nasza zależność od paliw węglowych, która jest znacznie wyższa niż w innych państwach członkowskich UE. Zdaniem rządu PiS, należy przeciwdziałać nierównomiernemu rozkładowi kosztów transformacji, bardziej obciążającemu gospodarki o wysokim wykorzystaniu paliw węglowych. Można by tu zapytać: a niby jakie kraje miałyby być bardziej obciążone tymi kosztami, skoro w transformacji energetycznej chodzi właśnie o odchodzenie od węgla? Poza tym, nikt nie zmuszał polskich władz do prowadzenia absurdalnej polityki dopłacania do węgla z obawy przed protestami górników.
Przy węglu wprawdzie można i warto się upierać – ale jedynie wtedy, jeśli jego eksploatacja jest racjonalna ekonomicznie. Oznacza to, że w przypadku węgla kamiennego w Polsce powinna funkcjonować tylko lubelska kopalnia Bogdanka oraz te z kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej, które będą wydobywać najwięcej węgla koksującego. Jeśli chodzi o węgiel brunatny, jego wydobycie w Turowie, Bełchatowie i Koninie także powinno być ściśle związane z opłacalnością tych kopalń.
W 2020 r. świat dotknęła pandemia koronawirusa, oddziałując na wszystkie gospodarki światowe. Ta sytuacja nadzwyczajna pokazała, że bezpieczeństwo energetyczne Polski wymaga tego, byśmy mieli własne źródła paliw kopalnych.
Transformacja energetyczna naszej gospodarki wymagać będzie zaangażowania wielu przedsiębiorstw i poniesienia nakładów inwestycyjnych, których skalę w latach 2021–2040 rząd PiS określił na gigantyczną kwotę około 1 600 miliardów złotych. Inwestycje w sektorach paliwowo-energetycznych będą kosztować ok. 900 mld zł, a w samym wytwarzaniu energii, około 350 mld zł, z czego ok. 80 proc. zostanie przeznaczonych na odnawialne źródła energetyki oraz elektrownię atomową. Reszta – pozostałe 350 mld zł – pójdzie na dopłaty do cen energii, tak by były one „akceptowalne społecznie”, oraz na modernizację linii przesyłowych.
Wszystkie te kwoty i nakłady są jednak nierealne, skoro rząd zamierza wydać na krajową transformację energetyczną do 2030 r. najwyżej 260 mld zł (a i tyle nie jest pewne). Absolutnie niemożliwe jest więc, by w kolejnych 10 latach Polska wydała na ten cel jeszcze ponad 1300 mld zł.
Polityka energetyczna Polski do 2040 r. wiele miejsca poświęca przeprowadzeniu transformacji w sposób sprawiedliwy i solidarny, co polega na tym, że nasz kraj powinien wydać na ten cel jak najmniej (co może się udać) oraz by wzrost kosztów energii nie obciążył w zauważalny sposób ludzi najmniej zarabiających (co się na pewno nie uda). Zbliżenie się do neutralności klimatycznej będzie „zgodne z krajowymi możliwościami”, a cała zmiana modelu polskiej energetyki nastąpić ma przy zapewnieniu konkurencyjności gospodarki, efektywności energetycznej, zmniejszeniu oddziaływania sektora energii na środowisko i ochronie najbardziej wrażliwych grup społecznych. Wszystko to razem także wydaje się niewykonalne.
Tak więc, transformacja energetyczna, która zostanie przeprowadzona w Polsce będzie, jak obiecuje rząd, sprawiedliwa (nie zostawi nikogo z tyłu), prowadzona lokalnie i inicjowana oddolnie (każdy będzie w niej uczestniczyć), nastawiona na unowocześnienie i innowacje, pobudzająca rozwój gospodarczy, efektywność i konkurencyjność.
Sprawiedliwa transformacja oznaczać ma zapewnienie nowych możliwości rozwoju regionom i społecznościom najbardziej dotkniętym negatywnymi skutkami przekształceń energetycznych, tworząc miejsca pracy i budując nowe gałęzie przemysłu. Indywidualni odbiorcy energii z jednej strony zostaną osłonięci przed wzrostem cen nośników energii, a z drugiej strony będą zachęcani do „aktywnego udziału w rynku energii” (choć nie wiadomo na czym miałoby to polegać).
Rząd optymistycznie przewiduje, że transformacja energetyczna da możliwość stworzenia nawet 300 tysięcy nowych miejsc pracy, w branżach związanych z odnawialnymi źródłami energii, energetyką jądrową, elektromobilnością, infrastrukturą sieciową, cyfryzacją, termomodernizacją budynków.
Tak więc, transformacja ma polegać na zastosowaniu energetyki jądrowej i wiatrowej (zwłaszcza na morzu), na zwiększaniu udziału gazu kosztem węgla, oraz na budowaniu domów zeroemisyjnych.
Moc zainstalowana farm wiatrowych na morzu osiągnie ok. 5,9 GW (gigawatów) w 2030 r. Moc w fotowoltaice – 5 GW w 2030 r. W 2030 r. udział OZE w końcowym zużyciu energii w Polsce wyniesie co najmniej 23 proc. , zaś udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej nie będzie przekraczać 56 proc. Warto zapamiętać te liczby i sprawdzić, jak rzeczywiście będzie za 9 lat.
Jeśli chodzi o energetykę jądrową, to o trzy lata później, bo w 2033 r. uruchomiony zostanie pierwszy blok elektrowni atomowej o mocy co najmniej 1 GW. Kolejne bloki będą wdrażane co 2-3 lata, a cały program jądrowy zakłada budowę 6 bloków – choć wciąż nie wiadomo, gdzie ta elektrownia powstanie.
W Polsce nastąpi też rozbudowa infrastruktury gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych. Gospodarstwa domowe w miastach odejdą od spalania węgla w 2030 r., a na obszarach wiejskich do 2040 r. Zwiększy się efektywność energetyczna budynków, zaś w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców wprowadzony będzie transport niskoemisyjny. Przewidywany jest dalszy rozwój fotowoltaiki, której praca jest skorelowana z letnimi szczytami popytu na energię elektryczną a także lądowych farm wiatrowych. Przewiduje się także wzrost znaczenia biomasy, biogazu i geotermii. Do 2030 r. ok. 1,5 mln nowych gospodarstw domowych zostanie przyłączonych do sieci ciepłowniczej.
Popyt na węgiel kamienny będzie pokrywany zasobami własnymi, a import ma mieć „charakter uzupełniający”. W polityce energetycznej zapisano również, że „niezbędne jest zapewnienie przez polski sektor górnictwa pewnych dostaw węgla kamiennego po konkurencyjnych cenach”. Z tego względu konieczne jest zapewnienie rentowności sektora oraz racjonalna eksploatacja, wykorzystanie i dystrybucja surowca.
Nie zniknie również zapotrzebowanie na węgiel brunatny, pokrywane przez zasoby krajowe, w niewielkiej odległości od miejsca wykorzystania. Złoża perspektywiczne (Złoczew i Ościsłowo), ze względu na swój strategiczny charakter, zostaną zabezpieczone, a ich eksploatacja będzie zależna od decyzji inwestorów. Wpłyną na to ceny uprawnień do emisji CO2, warunki środowiskowe i rozwój nowych technologii. Nieunikniona będzie też restrukturyzacja regionów węglowych. Krajowe zasoby węgla pozostaną jednak „istotnym elementem” bezpieczeństwa energetycznego Polski.
Jak zapowiada rząd, silne uzależnienie Polski od dostaw gazu ziemnego z kierunku rosyjskiego wymaga działań dywersyfikacyjnych. W tym celu zostanie zbudowane Baltic Pipe (połączenie Norwegia-Dania-Polska), rozbudowany terminal do płynnego gazu w Świnoujściu oraz zbudowany nowy terminal pływający w Zatoce Gdańskiej. Rozbudowane zostaną także połączenia z państwami sąsiadującymi.
Aby w pełni wykorzystać możliwości importowe gazu ziemnego, rozbudowie ulegnie krajowa sieć przesyłowa i dystrybucyjna oraz magazyny gazu. Jednak w jeszcze większym stopniu Polska zależna jest od dostaw ropy naftowej, dlatego konieczne jest zapewnienie dobrych warunków odbioru ropy i sprawnie funkcjonujących rurociągów (czego dziś nie ma). Zwiększona zostanie możliwość dostaw ropy drogą morską, do czego przyczyni się rozbudowa naftowego Rurociągu Pomorskiego, a także baz magazynowych ropy i paliw ciekłych. Dostawy produktów naftowych zależne są od odpowiednio rozwiniętej sieci rurociągów, zwłaszcza w południowej części Polski, która ma zostać rozbudowana.
Zdaniem rządu, konieczne jest też „uporządkowanie struktury właścicielskiej rynku paliwowego”, tak, aby spółki rafineryjne skoncentrowane były na produkcji i obrocie paliwami, a państwo miało kontrolę nad infrastrukturą kluczową dla bezpieczeństwa paliwowego.

Daje węgiel ale zabiera wodę

Siedem krajów Unii Europejskiej po 2030 roku nadal będzie wykorzystywać węgiel do produkcji energii elektrycznej – w tym także Czechy i Niemcy, którym nie podoba się funkcjonowanie naszej kopalni Turów.

26 lutego 2021 r., zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, Czechy złożyły pozew przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w związku z działalnością kopalni węgla brunatnego Turów. – Międzynarodowe problemy związane z kopalnią Turów nie są niczym nowym. Swoje korzenie mają już w działaniach Polskiej Grupy Energetycznej z 2015 r., mających na celu przedłużenie koncesji kopalni aż do 2044 r. Obecny kształt spór przyjął już pod koniec 2019 r., a w 2020 r. zaangażowana została w jego rozwiązanie Komisja Europejska – oświadczyła pos. Małgorzata Tracz (partia Zieloni, klub Koalicji Obywatelskiej).
12 lutego 2021 r. delegacja z Czech odwiedziła Polskę, przekazując postulaty dotyczące Turowa. Czeski minister spraw zagranicznych Tomáš Petříček nazwał tę wizytę „ostatnim gestem dobrej woli”. Było to jednak raczej ultimatum, więc do porozumienia nie doszło – choć możliwość i wola polubownego rozwiązania tego sporu istniały od co najmniej kilku lat.
17 lutego, kilka dni po wizycie czeskiej delegacji, władze samorządowe regionu libereckiego poinformowały, że chcą by rząd Czech pozwał Polskę do TSUE za utratę wody w przygranicznych gminach położonych w zasięgu leja depresji kopalni węgla brunatnego Turów. Pomiary przeprowadzone przez Czeską Służbę Geologiczną miały potwierdzić utratę wody na terenach wzdłuż granicy, przede wszystkim w rejonie wioski Uhelná.
Czesi mieszkający w zasięgu oddziaływania Turowa popierają pozew przeciw Polsce.
– Jako mieszkańcy terenów obok kopalni, z ulgą przyjęliśmy decyzję naszego rządu o złożeniu pozwu przeciwko Polsce. Tylko w 2020 roku poziom wód gruntowych na tym terenie obniżył się o 888 metrów, czyli dwukrotnie bardziej niż, według zapowiedzi PGE, miało to nastąpić do 2044 roku. Niezwykle ważne jest, aby nasz rząd domagał się zaprzestania nielegalnego wydobycia. PGE wciąż odmawia przyjęcia na siebie odpowiedzialności, jednocześnie ubiegając się o zgodę na niszczenie naszych zasobów wodnych i okolicznych terenów przez kolejne 23 lata – komentuje lokalny aktywista Milan Starec, mieszkaniec wspomnianej wioski Uhelná.
Na razie nie zapadły żadne decyzje o przedłużeniu działania tej kopalni aż do 2044 r. Obecne koncesja wyraża zgodę na funkcjonowanie Turowa tylko do 2026 roku. – Domagamy się polubownego rozwiązania sporu z Czechami i Unią Europejską. Lepiej usiąść do stołu z naszymi czeskimi i niemieckimi partnerami, społecznością lokalną i organizacjami społecznymi, niż rozwiązywać tę sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej – podkreśliła Małgorzata Tracz. – Jesteśmy znani z tego, że wycinamy puszczę, robimy „strefy wolne od LGBT”, albo nie składamy wystarczająco szybko życzeń z okazji wygrania wyborów. To nie jest dobry sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Jak chce się być ważnym państwem w swoim regionie, a przypomnę, że ostatnio świętowaliśmy trzydziestolecie Grupy Wyszehradzkiej, to trzeba z naszymi partnerami z regionu współpracować, a nie się kłócić oraz prowadzić względem ich politykę faktów dokonanych. Apelujemy aby rząd usiadł z Czechami do rozmów – dodał pos. Maciej Gdula z Lewicy, według którego pozwanie Polski przez Czechy wpisuje się w wizerunkowy kryzys naszego kraju na arenie międzynarodowej.
Zdaniem pos. Urszuli Zielińskiej (Koalicja Obywatelska), istnieją oceny rozmaitych ekonomistów i ekspertów, według których bloki węglowe Turowa zostaną wyłączone lub oddane w tzw. zimną rezerwę najdalej do roku 2029 r. Ten horyzont czasowy nijak nie ma się do planów przedłużenia koncesji na wydobycie węgla do 2044 r. Trzeba więc pamiętać, że to wciąż są tylko plany.
Co będzie po 2026 roku? Według pos. Zielińskiej, nie można dalej udawać, że problem kopalni Turów nie istnieje. Trzeba stworzyć pełną strategię rozwoju energetyki w Polsce. Konieczne jest też przedstawienie przez PGE harmonogramu transformacji sektora energetycznego, w tym zamykania nieekologicznych bloków węglowych.
Należy naciskać na władzę, aby rząd i Polska Grupa Energetyczna stworzyły realny plan transformacji spółki i regionu na czas po zakończeniu wydobycia węgla brunatnego, zamiast wchodzić w wieloletnie spory sądowe, mrożące działania i marnujące fundusze na transformację. Choć to oczywiście nie strona polska zamierza wchodzić w spór sądowy.
Pos. Piotr Borys (KO) ostrzegł, że Polska może utracić 9 miliardów zł z 18, przewidzianych dla nas w unijnym Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Dla Dolnego Śląska dedykowane jest 550 milionów euro na wsparcie na dwa podregiony – wałbrzyski i zgorzelecki. Zdaniem posła, jeżeli rząd nie przedstawi jasnej deklaracji w sprawie przyszłości kopalni Turów, stracimy te środki. Przez to nie nastąpi cała transformacja regionu, zarówno ta zawodowa, społeczna, jak i ekonomiczna. Stracimy pieniądze, będące szansą funkcjonowania dla wielu tysięcy osób i rodzin w epoce po węglu brunatnym.
Sprawy takie, jak pozew Czech przeciw Polsce zdarzają się bardzo rzadko. Ten pozew jest pierwszym, który przeciw Polsce wnosi inny kraj członkowski. Będzie też pierwszym w historii Unii Europejskiej, którego przyczyną jest negatywne oddziaływanie środowiskowe na inny kraj członkowski. Od wejścia Polski do UE tylko 4 razy w historii doszło do tego, by jedno państwo członkowskie pozwało inne.
Ceną, jaką płacimy za ten spór, są są po pierwsze dobre stosunki z sąsiadami. Pozew do TSUE nie jedyny przykład konfliktu. Mieszkańcy regionów przygranicznych z Czech i Niemiec od dawna protestują przeciwko destrukcyjnemu działaniu kompleksu Turowa. 21 stycznia 2021 roku do Komisji Europejskiej wpłynęła oficjalna skarga, tym razem złożona przez mieszkańców niemieckiej Żytawy.
– Funkcjonowanie kompleksu Turów staje się coraz bardziej problematyczne. Do problemów środowiskowych, zdrowotnych i klimatycznych, które przynosi spalanie węgla brunatnego, dochodzi silny konflikt z sąsiadami Czechami i Niemcami. Po raz pierwszy w historii południowi sąsiedzi, społeczeństwo i rząd czeski występują do Trybunału Sprawiedliwości UE ze skargą na Polskę – mówi Radosław Gawlik z stowarzyszenia EKO-UNIA. Jego zdaniem, uspokoić sytuację może przyjęcie odpowiedzialności za straty oraz określenie przez rząd i PGE terminu skrócenia działalności Turowa. Otworzy to możliwość skorzystania przez gminy regionu zgorzeleckiego z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.
Pogorszenie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej i ochłodzenie relacji sąsiedzkich, to nie jedyne koszty ignorowania problemów, jakie wywołuje wydobycie i spalanie węgla brunatnego w Turowie.
Jeśli Trybunał potwierdzi, że Polska uchybiła zobowiązaniom środowiskowym, będzie musiała usunąć uchybienia. Gdy nie zastosuje się do wyroku, TSUE może nałożyć na nasz kraj karę finansową. Na razie jednak to Polsce nie grozi.
– PGE od października stara się przekonywać Komisję Europejską oraz zagraniczne instytucje finansowe, iż celem tego największego wytwórcy prądu w Polsce jest szybka transformacja niskoemisyjna i neutralność klimatyczna w 2050 roku – a jednocześnie spółka stara się o przedłużenie działania kompleksu Turów do 2044 roku, co jest niekompatybilne z koniecznością całkowitego wygaszenia energetyki opartej na węglu w krajach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD)do 2030 roku – komentuje ekspert Kuba Gogolewski. Nie wiadomo dlaczego nie zauważył on jednak, że aż 7 krajów Unii Europejskiej po 2030 roku nadal będzie wykorzystywać węgiel do produkcji energii elektrycznej – w tym także te, którym nie podoba się wykorzystywanie węgla brunatnego przez Polskę.
Są to Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Niemcy, Polska, Rumunia i Słowenia.
Czesi mają pretensje do Polski już od marca 2020 roku, kiedy to mimo niezadowolenia Czechów i Niemców, Minister Klimatu Michał Kurtyka przedłużył koncesję na wydobycie węgla brunatnego w kopalni Turów o sześć lat. Zdaniem czeskiego rządu działalność kopalni po 30 kwietnia 2020 r. jest nielegalna, ponieważ proces przedłużania wydobycia zawiera szereg naruszeń i jest niezgodny zarówno z prawem polskim, jak i unijnym. To jednak tylko ich opinia.
30 września Ministerstwa Środowiska i Spraw Zagranicznych Czech przesłały skargę do Komisji Europejskiej w związku z rozbudową polskiej kopalni węgla brunatnego Turów. Następnie Komisja wysłuchała obu stron – i 17 grudnia przyjęła opinię, uznającą, że ​​Polska dopuściła się niektórych naruszeń prawa UE. To także była jednak tylko opinia, a nie obowiązujące orzeczenie.
W międzyczasie, 17 listopada Polska Grupa Energetyczna złożyła wniosek o przedłużenie koncesji do 2044 roku, która umożliwiłaby wydobycie 289 mln ton węgla brunatnego. Starania o przedłużenie koncesji do 2044 roku PGE zaczęła w czasie, kiedy Komisja Europejska rozpatrywała czeską skargę na działalność odkrywki.

Gospodarka 48 godzin

Alarm cenowy
Według wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego, w styczniu 2021 r. ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły realnie o 2,7 proc. w porównaniu ze styczniem ubiegłego roku. Natomiast w stosunku do poprzedniego miesiąca (grudnia 2020) ceny towarów i usług zwiększyły się o 1,2 proc. Ciekawe, że jeszcze miesiąc temu prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Adam Glapiński oświadczał: „Żadne dane nie potwierdzają wzrostu cen. Jeśli zaniepokojenie mieć to raczej przeciwnym trendem”. Tak więc, prezes NBP wyrażał obawę o to, że inflacja w Polsce może być wręcz… za niska. Wydaje się, że dziś szef naszego banku centralnego już nie powinien mieć powodu do takiego zmartwienia. Nie ulega bowiem wątpliwości, iż inflacja wynosząca realnie 1,2 proc. w skali miesiąca jest bardzo wysoka. Wzrost cen w Polsce nie od dziś podgryza nasze oszczędności i sprawia, że odkładanie pieniędzy w bankach przynosi straty. Teraz jednak sytuacja stała się wręcz alarmująca. Jeśli obecna skala inflacji się utrzyma, to w ciągu bieżącego roku ceny wzrosną o ponad 15 proc., co oczywiście wpędzi w skrajną nędzę setki tysięcy Polaków, którzy do tej pory jakoś wiązali koniec z końcem. Ciekawe, czy i teraz prezes Adam Glapiński będzie mówił, iż żadne dane nie potwierdzają wzrostu cen?

Spadek sprzedaży
W ubiegłym roku w Polsce, po raz pierwszy od 2010 r. odnotowano spadek sprzedaży detalicznej ogółem – o 3,8 proc w porównaniu z 2019 r. Sprzedaż najbardziej obniżyła się w grupach: tekstylia, odzież, obuwie, pojazdy samochodowe, motocykle, części oraz paliwa stałe ciekłe i gazowe. Mniejsza niż przed rokiem była również sprzedaż żywności, napojów i wyrobów tytoniowych. Wzrost sprzedaży utrzymał się natomiast w meblach oraz sprzęcie rtv i agd, choć był wyraźnie słabszy niż w 2019 r.

Chłopi tracą
Produkcja rolnicza w Polsce wzrosła po spadku w 2019 r. Znacznie wzrosła produkcja roślinna, przy niewielkim ograniczeniu produkcji zwierzęcej (choć mamy więcej bydła i świń). W rezultacie, na rynku rolnym obniżyły się przeciętne ceny skupu większości podstawowych produktów rolnych. Powyżej poziomu z 2019 r. kształtowały się w ubiegłym roku ceny pszenicy, żywca wołowego i mleka. Niekorzystna dla producentów rolnych (odwrotnie niż w 2019 r.) była relacja cen sprzedawanych przez nich produktów rolnych do cen towarów i usług zakupywanych na cele bieżącej produkcji rolniczej i na cele inwestycyjne. Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości mamy więc taką sytuację, jak w przedwojennej Polsce, na której wzoruje się PiS: nożyce cenowe się rozwierają, wieś biednieje, a miasto się bogaci.

Węgiel z Brzezinki
Państwowa firma Tauron Wydobycie rozpoczęła wydobycie węgla kamiennego z nowego złoża pod znaną skądinąd nazwą Brzezinka, eksploatowanego przez kopalnię Sobieski. W ciągu dziesięciu lat z nowego złoża Brzezinka kopalnia Sobieski ma pozyskać 20 mln ton węgla. Węgiel kamienny będzie dostarczany do elektrowni w Jaworznie. Nie bardzo wiadomo, jak wydobycie z nowego złoża będzie kalkulować się finansowo, skoro importowany do Polski węgiel kamienny jest dużo tańszy od wydobywanego u nas (z wyjątkiem Lubelszczyzny).

Gospodarka 48 godzin

Złoże bez decyzji
Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska uchyliła w całości decyzję środowiskową, określającą uwarunkowania potencjalnego wydobycia węgla kamiennego ze złoża Imielin Północ na Śląsku. Wcześniej, w 2018 r., taką decyzję wydała Regionalna Dyrekcja Ochrony Srodowiska w Katowicach. Oznacza to, że ewentualna budowa kopalni węgla kamiennego mającej eksploatować te złoże zostanie odłożona w czasie, bądź w ogóle zarzucona. Konieczne będzie teraz wydanie nowej decyzji środowiskowej przez katowicką RDOŚ. Jak oszacowano, w złożu Imielin Północ znajduje się ok. 70 mln ton węgla kamiennego wysokiej jakości. Polska Grupa Górnicza wstępnie planowała tam po 2025 r. rozpoczęcie wydobycia, ale ostatnio te plany stały się mało realne z powodu kłopotów finansowych polskiego górnictwa węgla kamiennego.

Sezon smogowy
Zbliża się szczyt polskiego sezonu smogowego. Szacuje się, że w Polsce smog powoduje przedwczesną śmierć około 20 tys. osób rocznie. Natomiast wszystkie koszty związane ze smogiem mają, zdaniem ekologów, wynosić około 100 mld zł rocznie – aczkolwiek nie jest znana metodologia sporządzania takich wyliczeń.

Co dają pieniądze
Podejście Polaków do kwestii finansów jest zróżnicowane. Podczas gdy część z nas czuje się bezpiecznie jedynie posiadając oszczędności na czarną godzinę, inni wolą wydawać i korzystać z życia. Tak więc, choć prawie połowa Polaków uważa, że pieniądze dają nam szczęście, to jednak sens ich wydawania jest rozumiany rozmaicie – tak wynika z raportu przygotowanego w lipcu 2020 r. dla ING przez Difference. Różnice są widoczne przede wszystkim w czerpaniu przyjemności z robienia zakupów. Prawie połowa z Polaków (45 proc.) uważa, że pieniądze dają szczęście. Podchodzimy do nich nie tylko w sposób ilościowy ale i jakościowy. Utożsamiamy nasze finanse z podróżami, wolnym czasem spędzanym z rodziną, komfortem życia i bezpieczeństwem. Co trzeci Polak przyznaje się, że uwielbia robić zakupy, czyli z tych pieniędzy w taki sposób korzysta i sprawia mu to przyjemność. Wspomniane podejście jakościowe potwierdzone jest też faktem, że niemal dwóch na trzech badanych mogłoby zamienić pieniądze na czas spędzony z rodziną. Oczywiście mając stabilność finansową. Tę natomiast można osiągnąć dzięki zgromadzeniu odpowiedniej ilości pieniędzy.
W kwestii sensu gromadzenia pieniędzy jesteśmy dosyć zgodni – prawie 80 proc. pytanych osób odpowiedziało, że oszczędności są dla nich ważne. Różnimy się natomiast niekiedy co do sposobów ich gromadzenia, a zwłaszcza wydawania. Jak pokazało badanie, zdania są podzielone niemal po równo. Część z nas uważa, że pieniądze powinny być zabezpieczeniem (22 proc. badanych), pozostali, że jedynie środkiem do korzystania (21 proc.). Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego, więc ta różnica poglądów zwykle nie wpływa na sposób zarządzania jednym budżetem rodzinnym. Różne podejścia do kasy nie muszą bowiem być przeszkodą, która nas podzieli. W badaniu ING wyszło, że w prawie 80 proc. przypadków, szczęśliwe pary są bardziej skłonne do rozmowy o pieniądzach. Szczęśliwe to zaś częściej takie, którym tych pieniędzy nie brakuje. Mogą wtedy coś wspólnie planować, zastanowić się, co jest pilne, a co nie, mówić otwarcie o własnych potrzebach. Gdy nie brakuje kasy, łatwo można przekonać jedną stronę na przykład do racjonalnego zakupu auta, a drugą do wycieczki nad morze (przez dłuższy czas, tylko nad krajowe).

Król węgiel nie chce abdykować

Rząd już dziś pośrednio subsydiuje nieopłacalne wydobycie węgla kamiennego. W przyszłości będzie to robił bezpośrednio i jeszcze większym kosztem.
W myśl porozumienia rządu Prawa i Sprawiedliwości z górniczymi związkowcami wydobycie węgla Państwowej Grupy Górniczej miałoby być dotowane z pieniędzy podatników do 2049 roku, a górnicy zatrudnieni obecnie we wszystkich państwowych kopalniach węgla kamiennego mieliby uzyskać gwarancje pracy aż do uzyskania uprawnień do emerytur górniczych lub otrzymania osłon socjalnych.
Czyli, dwudziestokilkuletni pracownik zaczynający dzisiaj pracę w państwowym górnictwie uzyskałaby w ten sposób gwarancje niewidziane w żadnym innym sektorze gospodarki ani w górnictwie prywatnym – zauważa Forum Obywatelskiego Rozwoju. .Chyba lepiej byłoby przeznaczyć dla niego te same środki, ale pozwalające na znalezienie zatrudnienia w innym fachu, niż w niebezpiecznym i szkodliwym górnictwie węgla kamiennego.
Polscy podatnicy co roku dopłacają ponad 3 mld zł do emerytur i rent górników węgla kamiennego i brunatnego. Szacuje się, że koszty opóźnienia zamykania kopalń mogą za 5 lat przekroczyć kolejne 3,5 mld zł rocznie. Już dzisiaj rząd pośrednio subsydiuje nieopłacalne wydobycie poprzez państwowe spółki energetyczne, a teraz, likwidując obowiązek hurtowej sprzedaży energii, zmniejszy jeszcze przejrzystość tego procederu.
Efektem będzie dalsze hamowanie inwestycji w energetyce oraz wyższe rachunki gospodarstw domowych i przedsiębiorstw za prąd – wskazuje FOR. Państwowa Polska Grupa Górnicza posiada najmniej wydajne kopalnie w całym sektorze. Bez nowych dotacji prawdopodobnie zakończyłyby one wydobycie już w latach 2035–2040. Przyjęty w porozumieniu rządu ze związkowcami harmonogram przewiduje jednak, że wydobycie w jednej trzeciej z nich miałoby być kontynuowane w następnych latach i stopniowo wygaszane aż do 2049 roku.
25 września rząd Prawa i Sprawiedliwości podpisał porozumienie ze strajkującymi związkowcami górniczymi. Strona rządowa deklaruje w nim, że wystąpi do Komisji Europejskiej o zgodę na bezpośrednie dotowanie wydobycia w kopalniach państwowej Polskiej Grupy Górniczej z pieniędzy podatników aż do wygaszenia ostatnich z nich w 2049 roku.
Ostateczna umowa pomiędzy rządem i związkami zawodowymi ma zostać opracowana do 15 grudnia i przedstawiona Komisji Europejskiej w celu uzyskania zgody na udzielenie pomocy publicznej. Jednocześnie, wszyscy górnicy pracujący obecnie w państwowych kopalniach węgla kamiennego mieliby uzyskać gwarancje pracy aż do uzyskania uprawnień do emerytur górniczych lub otrzymania osłon socjalnych.
Zgoda KE jest jednak mało prawdopodobna, ponieważ na mocy porozumienia z 2010 roku dopuszczalne jest przyznawanie pomocy publicznej w górnictwie wyłącznie kopalniom postawionym w stan likwidacji do końca 2018 roku, zaś dotowanie węgla byłoby sprzeczne z unijnymi celami klimatycznymi.
Realizacja zapowiedzi zawartych w porozumieniu mogłaby doprowadzić do podwojenia kosztów górnictwa ponoszonych przez podatników. Państwowe dotacje dla górnictwa mają dzisiaj przede wszystkim charakter pośredni – dopłat do emerytur górniczych. Koszty dopłat do emerytur i rent górniczych szacuje się na ponad 3 mld zł rocznie. Każda złotówka wpłacona przez górnika do ZUS zwiększa zobowiązanie emerytalne systemu wobec niego w zależności od rodzaju wykonywanej pracy o 1,5 lub 1,8 zł.
Górniczy związkowcy deklarują, że podążymy w ten sposób niemiecką ścieżką transformacji energetycznej. Może Niemców stać – bo są oni wyjątkowo kosztownym (także dla podatników) wzorem do naśladowania. Szacuje się, że w latach 1970–2012 rząd federalny dopłacał do kopalń średnio 7 mld dzisiejszych euro rocznie, zamykając ostatnią kopalnię dopiero w 2018 roku. A my chcemy to zrobić ponad trzydzieści lat później.
Rząd PiS powinien raczej skupić się na swojej funkcji właściciela nierentownych państwowych kopalń – i przedstawić realistyczny program ich wygaszania oraz wprowadzania rozwiązań dla lokalnych społeczności. Zamiast tego zapowiada walkę w Brukseli o pozwolenie na odwlekanie, kosztem podatników, likwidacji państwowego wydobycia węgla kamiennego.

Klimat, energetyka i węgiel

Dzisiaj dyskutujemy o górnikach mając na względzie strajk i podpisane porozumienie. Zapominamy, że przyczyną oczekiwanych zmian w górnictwie i energetyce są postępujące zmiany klimatyczne. Klimatolodzy oceniają, że jeżeli nie powstrzymamy emisji gazów cieplarnianych, w krótkim czasie doprowadzi to do nieodwracalnych zmian klimatycznych, które będą katastrofalne dla Świata.

Z tego punktu widzenia skutki finansowe czy gospodarcze czyli kryzys w niektórych branżach, regionach czy państwach, jak by to źle nie brzmiało ma trzeciorzędne znaczenie. Dlatego Polska powinna wspierać wszystkie działania służące ochronie klimatu, a nie być hamulcowym. Świat, Europa i Polska powinni podjąć szereg działań administracyjnych i rynkowych w celu ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Do działań administracyjnych zaliczam: sterowanie ceną za emisję co2, dotacje wspierające powstawanie źródeł energii bez emisyjnych, finansowanie badań zwiększających efektywność produkcji energii i jej magazynowania. Ich efektem powinno być obniżenie kosztów produkcji prądu ze źródeł odnawialnych poniżej kosztów produkcji energii z paliw kopalnych. Dalej sprawę załatwią procesy rynkowe.

Kluczem są przekształcenia w energetyce zarówno tej zawodowej jak i rozproszonej. Kolejność wykorzystywania źródeł energii przez system elektroenergetyczny powinien być następujący: fotowoltaika, elektrownie wiatrowe, energetyka wodna, geotermia, pompy ciepła, magazyny energii, energia jądrowa, spalanie biomasy, spalanie odpadów, spalanie gazu i spalanie węgla.

Najbardziej perspektywiczna wydaje się fotowoltaika z dwóch powodów po pierwsze dzisiejsze panele mają sprawność około 20% czyli istnieje jeszcze duża rezerwa w zakresie podniesienia sprawności, po drugie w związku nowymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi maleje koszt produkcji paneli. Aby zwiększyć produkcję energii elektrycznej w systemie prosumęckim należy utrzymać dotacje, umożliwić korzystanie z tego systemu spółdzielniom mieszkaniowym i wspólnotom mieszkaniowym, wprowadzić przepis, że w nowo budowanych budynkach dach ma być albo z roślinnością albo z fotowoltaiką i zmienić przepisy prosumenckie tak aby, po rocznym rozliczeniu energii elektrycznej nadwyżkę można było do sieci sprzedać, a nie oddać za darmo. Spowoduje to wzrost mocy średniej instalacji prosumęckiej.

Największe pola do rozwoju energetyki wiatrowej widzę w turbinach wiatrowych umieszczonych w morzu oraz na terenach przemysłowych i po przemysłowych.

Ze względu na wymogi ochrony środowiska uważam, że są ograniczone możliwości budowania nowych dużych zbiorników wodnych. Tam gdzie to jest możliwe trzeba rozważyć budowę drugiego zbiornika za tym podstawowym, co stworzy Zespół elektrowni wodnej i szczytowo pompowej tak jak planowano zespół Włocławek Nieszawa. Można też modernizować istniejące hydroelektrownie co się dzieje.

Polska należy do krajów zasobnych w wody geotermalne. Wielkość zasobów według jednostek umownych starcza na pokrycie wszystkich potrzeb energetycznych Polski ze sporym naddatkiem. Technologia dla celów grzewczych istnieje i jest wykorzystywana. Dla wód gorących to są wymienniki ciepła dla wód ciepłych mogą być stosowane pompy ciepła. Nie ma jeszcze sprawdzonej technologii do przetworzenia wód geotermalnych o niskiej temperaturze w prąd elektryczny, chociaż pewne możliwości stwarza technologia ORC. Dlatego moim zdaniem trzeba przeznaczyć środki publiczne na badania w tym zakresie.

Pompy ciepła dają możliwość taniego ogrzewania budynków indywidualnych jak i budynków wielo mieszkaniowych. W skojarzeniu z fotowoltaiką daje to możliwość bez emisji co2 ogrzewania mieszkań. Są prowadzone próby, aby ciepło systemowe otrzymywać z dużych pomp ciepła. Zastosowanie pomp ciepła nie tylko ogranicza emisję co2, ale także wyklucza niską emisję pyłów i dymów. Szerokie zastosowanie pomp ciepła ogranicza wysoki koszt inwestycji. Ponieważ jest to bardzo dobre rozwiązanie państwo powinno je bardzo silnie wspierać modyfikując obecny system wspierania, w taki sposób aby składał się z trzech elementów: doractwa, dotacji i kredytu. Jeżeli klient bierze kredyt to koszty obsługi kredytu i pompy ciepła powinne być niższe od wcześniej ponoszonych kosztów na ogrzewanie. Relacja dotacji do kredytu musi zależeć od dochodów na członka rodziny. Trzeba też zlikwidować dotacje na inne typy ogrzewania. Gdyby taki system pomocy udało się wprowadzić wszystkie w tym bardzo biedne rodziny mogłyby przejść na nowoczesny system ogrzewania swoich budynków bez zwiększenia bieżących wydatków. Byłoby to z korzyścią dla jakości powietrza w Polsce i dla klimatu na Świecie.

Ponieważ OZE jest bardzo niestabilnym źródłem prądu zależącym od pogody oraz w polskim systemie elektro energetycznym występują w ciągu doby dwa szczyty zapotrzebowania na energię elektryczną o godzinach 11 i 18, potrzebne są bloki, elektrownie szczytowe i magazyny energii. Dzisiaj tą rolę spełniają elektrownie węglowe, gazowe i szczytowo pompowe. Zaczynają wchodzić magazyny akumulatorowe. Dzisiaj znane i sprawdzone są następujące systemy magazynowania energii: akumulatorowe, elektrownie szczytowo pompowe, elektroliza wodoru i skraplanie powietrza. Możliwe i zasadne jest tworzenie magazynów u odbiorców indywidualnych jak i u producentów i dystrybutorów energii. Magazynowanie o odbiorców indywidualnych przede wszystkim prosumentów złagodzi szczyty energetyczne i przyniesie korzyści finansowe i eksploatacyjne dla właścicieli. Ponieważ należy się spodziewać zwiększenia źródeł OZE w miksie energetycznym to powinna także rosnąć pojemność i moc zawodowych magazynów energii. Wydaje się, że bardzo dobrym miejscem do budowy dużych magazynów są istniejące elektrownie węglowe często pracujące pełną mocą tylko w czasie szczytów. Likwidacja najmniej efektywnych bloków i wstawienie w to miejsce magazynów energii spowoduje, że pozostałe będą pracowały z większą efektywnością, a elektrownia nie straci dochodów z rynku mocy. Koszt wybudowania takiego magazynu będzie niższy niż normalnie ponieważ część potrzebnej infrastruktury jest w każdej elektrowni. Takie budowanie magazynów umożliwi płynne przechodzenie z bloków węglowych na OZE. Z tych powodów należy wspierać finansowo budowę magazynów energii, a także objąć rynkiem mocy farmy wiatrowe i fotowoltaiczne. Będzie to je skłaniało ich właścicieli do budowy magazynów energii.

Energia jądrowa nie emituje gazów cieplarnianych, ale awaria może spowodować skażenie promieniotwórcze. Są w Polsce wyznaczone dwa miejsca gdzie mogą powstać duże elektrownie jądrowe. Jednocześnie pojawiły się nowe możliwości w energetyce jądrowej. Są to małe bloki o mocy od 15 do 200 MW. Wymagają one znacznie mniejszych stref ochronnych, buduje się je szybciej i taniej. Możliwe, że w miejsce istniejących bloków węglowych w istniejących elektrowniach i elektrociepłowniach można by postawić nowe małe bloki jądrowe adekwatne do konkretnych warunków. Trzeba sprawdzić czy opisany wyżej rozwój technologii produkcji i magazynowania prądu plus spalanie biomasy i odpadów pozwoli na wyeliminowanie wszystkich bloków węglowych bez konieczności budowy wielkich elektrowni jądrowych.
Ponieważ proces tworzenia biomasy wymaga pobierania dwutlenku węgla z powietrza, dlatego przyjmuje się że spalanie biomasy nie emituje gazów cieplarnianych. Ze względu na wysoki koszt transportu kotły biomasowe powinny być blisko miejsc występowania w dużych ilościach biomasy.
Spalanie odpadów jest także działaniem korzystnym dla klimatu ponieważ składowanie odpadów lub ich kompostowanie powoduje powstawanie metanu, który jest gazem kilkunastokrotnie bardziej cieplarnianym niż dwutlenek węgla. W Polsce istnieje opatentowana technologia która znakomicie się nadaje do spalania odpadów. Można zbudować nowy obiekt lub wykorzystać istniejącą infrastrukturę w elektrowniach, ektrociepłowniach i kotłowniach. Tą technologią jest wielopaliwowy kocioł pyrolityczno fluidalny zdolny spalać następujące paliwa: węgiel kamienny i brunatny, biomasę, odpady komunalne, osady pościekowe, odpady poubojowe, odpady roślinne, odpady przemysłowe. Przejście z jednego paliwa na inne odbywa się w sposób płynny bez wyłączenia pracującej instalacji. W przypadku gdy paliwem będą odpady komunalne proces technologiczny zaczynałby się od przyjęcia i segregacji odpadów na terenie istniejących lub nowo wybudowanych sortowni. Spalaniu odpadów podlegałyby tylko pozostałości po recyklingu materiałowym i oddzieleniu części niepalnych. Możliwości przerobowe tych spalarni powinny być dostosowane do ilości odpadów wytwarzanych w Polsce i powinny być one rozmieszczone tak, aby skrócić drogi transportowe odpadów. Ponieważ spalarnie w takiej technologii jest bardziej rentowne w porównaniu do składowania odpadów i tradycyjnych spalarni rusztowych więc mają zdolność kredytową. Państwo mogłoby wspierać kredytami dotowanymi budowę sieci takich spalarni w istniejących obiektach energetycznych.
Elektrownie gazowe emitują CO2 ale w znacznie mniejszej ilości niż elektrownie węglowe i z tego powodu są i będą przez jakiś czas rentowne. Do czasu istnienia elektrowni węglowych elektrownie gazowe powinny pracować pełną mocą przez maksymalną ilość godzin w roku. Z chwilą zaprzestania przez energetykę korzystania z węgla elektrownie gazowe powinny się stać elektrowniami szczytowymi. Jednocześnie powinien trwać proces przystosowania ich do spalania wodoru.

Spalanie węgla w energetyce powoduje obecnie emisje olbrzymiej ilości szkodliwego dla klimatu dwutlenku węgla, dlatego głównym celem jest likwidacja lub przekształcenie elektrowni węglowych. Do czasu zmian technologicznych elektrownie powinny kierować się rachunkiem ekonomicznym i efektywnością klimatyczną to znaczy, że powinny spalać tani dobry jakościowo węgiel. Niestety takiego węgla w Polsce jest bardzo mało. Tak więc do czasu wygaszenia bloków węglowych powinny one pracować głównie na węglu importowanym. Uważam, że odchodzenie od węgla powinno przebiegać raczej przez przekształcenie elektrowni niż ich likwidację. Myślę, że taka przykładowa przekształcana elektrociepłownia w dużym mieście docelowo naprzykład mogłaby się składać z dwóch bloków spalania odpadów, akumulatorowych magazynów energii, trzech 15 MW bloków jądrowych, bloku gazowego i farmy fotowoltaicznej zajmującej dachy i tereny wokół budynków. Ze starej elektrowni można by wykorzystać: systemy wyprowadzania energii, urządzenia oczyszczające i odprowadzające spaliny, kotły odzysknicowe, systemy przygotowania wody, budynki i inne urządzenia. Duże elektrownie i kopalnie węgla brunatnego (Bełchatów, Turoszów) i duże elektrownie węgla kamiennego usytuowane w terenach zielonych (np.: Połaniec, Dolna Odra) można przykładowo przekształcić technologicznie wykorzystując kotły gazowe, małe bloki jądrowe, magazyny energii, a tereny wokół elektrowni i kopalni wykorzystać na farmy wiatrowe i fotowoltaiczne.

Tak przeprowadzane zmiany w energetyce nie będą wymagały zwolnień grupowych. Ponieważ wszystkie proponowane rozwiązania są rentowne i zgodne z polityką Unii Europejskiej nie powinno być problemów z uzyskaniem pieniędzy zarówno od inwestorów prywatnych, banków jak i dotacji unijnych. Skoro pieniądze nie są ograniczeniem to szybkość przekształcenia energetycznego zależy od zmian w prawie i mocy produkcyjnych wykonawców inwestycji.

Efektem wyżej opisanych zmian w energetyce, a biorąc jeszcze pod uwagę że większość elektrowni węglowych powinna przejść na tańszy i lepszy węgiel importowany będzie wygaszanie pracy większości kopalni. Nastąpi to znacznie szybciej niż zawarto w porozumieniu z górnikami. Dłużej będą pracować kopalnie wydobywające węgiel koksujący służący do produkcji stali. Pozostaje do rozwiązania problem ze zwalnianymi pracownikami kopalń. Trzeba zastosować rozwiązanie wielo warstwowe. Po pierwsze trzeba wykorzystać infrastrukturę i majątek wygaszanych kopalni. Na ich terenach można zorganizować przedsiębiorstwa z zakresu energetyki takie jak opisane wyżej magazyny energii, spalarnie odpadów, elektrolizery wodoru, można też sprawdzić czy można umieścić małe elektrownie jądrowe w podziemiach kopalń co byłoby bezpiecznym rozwiązaniem w przypadku awarii reaktora. Można też wzorem Niemiec przeznaczyć niektóre kopalnie na elektrownie szczytowo pompowe wykorzystując dużą różnice poziomów i instalacje do odwodnienia chodników kopalnianych. Należałoby też stworzyć fundusz wysokiego ryzyka, który dysponowałby majątkiem po kopalniach i kapitałami, który oferowałby wyjątkowo dobre warunki znacznie lepsze niż występują na rynku dla osób z dobrymi pomysłami i dla startup-ów z Polski i zagranicy. Warunkiem byłoby uruchomienie działalności na terenie byłej kopalni lub w jej pobliżu i zatrudnienie byłych pracowników górnictwa jeżeli posiadają odpowiednie kwalifikacje. Dla pozostałych pracowników: wcześniejsze emerytury którzy mają mniej niż 5 lat do emerytury górniczej, bezpłatne kursy dla nauki nowego zawodu wraz ze stypendium zapewniającym godne życie na czas nauki i bezterminowe zasiłki dla bezrobotnych. Ponadto aby zapewnić dobre warunki do inwestowania Państwo musi przyśpieszyć na terenie Śląska remonty i budowę nowych połączeń drogowych i kolejowych, budowę szybkiego Internetu, sieci telefonicznej 5G i innych niezbędnych urządzeń infrastrukturalnych.

Jeżeli uda się wprowadzić wcześniej opisane rozwiązania to Polska może znacznie przyśpieszyć transformację energetyczną. Poprawi się jakość powietrza w Polsce, będziemy mogli otrzymać maksymalną kwotę z funduszu sprawiedliwej transformacji, realny stanie się do osiągnięcia cel neutralności klimatycznej do 2050 roku, poprawi się jakość prądu w sieci`, spadnie cena prądu co poprawi konkurencyjność naszej gospodarki. Jest więc o co powalczyć.

Gospodarka 48 godzin

Handel mniejszy i zyskowniejszy
Główny Urząd Statystyczny ostatecznie policzył, że obroty towarowe naszego handlu zagranicznego w okresie styczeń – lipiec bieżącego roku wyniosły 568,8 mld PLN w eksporcie oraz 543,6 mld PLN w imporcie. W porównaniu z tym samym okresem 2019 r. spadł zarówno nasz eksport, jak i import: odpowiednio o 3,9 proc. oraz o 8,1 proc. Ten regres to wynik pandemii koronawirusa – tyle, że w sumie wpłynęła ona korzystnie na obecną zyskowność polskiego handlu zagranicznego. Okazało się bowiem, że Polska dostarcza swym partnerom gospodarczym towary, bez których nie mogą się oni obejść, więc spadek naszego eksportu był ponad dwukrotnie mniejszy od spadku importu. W rezultacie, znacznie poprawiło się saldo naszego handlu zagranicznego, które wyniosło 25,2 mld PLN, podczas gdy za taki sam okres roku ubiegłego wynosiło zaledwie 0,7 mld PLN. Podobne proporcje są w walutach obcych: nasz eksport wyrażony w dolarach wyniósł 142,8 mld USD, a import 136,6 mld USD, co oznacza, że dodatnie saldo to 6,2 mld USD, zaś w tym samym okresie ubiegłego roku wyniosło tylko 0,2 mld USD. Natomiast polski eksport w euro wyniósł 129,6 mld EUR, a import 124,0 mld EUR. Dodatnie saldo wyniosło więc 5,6 mld EUR, podczas gdy w styczniu – lipcu ubiegłego roku mieliśmy tu nawet stratę wynoszącą 0,2 mld EUR. Nie zmieniły się natomiast podstawowe kierunki naszej zagranicznej wymiany gospodarczej. Największy udział w eksporcie oraz imporcie Polska ma nadal z krajami rozwiniętymi – 86,1 proc. i 65,1 proc., zaś najmniejszy z krajami Europy Środkowo-Wschodniej: w eksporcie 6,0 proc., a w imporcie 6,6 proc. Z państwami środkowoeuropejskimi mamy ujemne saldo, tak samo, jak z państwami rozwijającymi się.

Węglowe dostosowanie
Unia Europejska planuje wprowadzenie tzw. węglowego mechanizmu dostosowawczego, który może stanowić kolejny dopust boży dla naszego nieszczęsnego górnictwa węgla kamiennego. Węglowy mechanizm dostosowawczy to opłata, która ma na celu ograniczyć zjawisko ucieczki emisji, czyli przenoszenia przez przedsiębiorstwa produkcji wysokoemisyjnej z regionów o bardziej restrykcyjnych regulacjach (wpływających na wysokie ceny emisji dwutlenku węgla) do regionów o niższych wymaganiach, przekładających się też na niższe ceny emisji. Sposobem na ograniczenie przenoszenia wspomnianej produkcji wysokoemisyjnej ma być wyrównywanie cen emisji dwutlenku węgla w UE oraz poza nią. Aby osiągnąć ten cel, towary importowane na teren Unii zostaną obciążone dodatkowymi opłatami, zależnie od ilości dwutlenku węgla wyemitowanego podczas ich produkcji. Brzmi to wszystko dość zawile, ale mówiąc bardziej po ludzku chodzi o cło węglowe, które ma przyczynić się do ochrony konkurencyjności europejskiego przemysłu i dalszego ograniczania emisji CO2. Projekt przepisów w tej sprawie ma zostać przedłożony w pierwszym półroczu 2021 r., a ich implementacja powinna nastąpić do 1. stycznia 2023. Jeszcze jest więc trochę czasu na dostosowanie się, ale strona polska już uznała, że węglowy mechanizm dostosowawczy może negatywnie wpłynąć na gospodarcze interesy i sytuację Polski oraz jest kolejnym przykładem nieuzasadnionego obciążania jednego sektora gospodarki. Służyć zaś będzie nie przeciwdziałaniu zjawisku ucieczki emisji lecz w rzeczywistości głównie zasileniu budżetu Unii Europejskiej.

Gospodarka 48 godzin

Węgiel nie krzepi
Prawie 12 mln ton wynoszą zapasy węgla kamiennego zgromadzone w Polsce na składowiskach. Polskie górnictwo niestety nie wykorzystało okresu wzmożonego popytu i dobrej koniunktury na resrtrukturyzację oraz konieczne działania poprawiające efektywność wydobycia. Przyszłość branży jest niepewna, gdyż, jak mówi Janusz Steinhoff, ekspert organizacji przedsiębiorców Business Centre Club, brakuje podstawowego dokumentu programowego, jakim powinna być polityka energetyczna państwa w perspektywie do 2050 roku. Od lat nie ma też żadnego rozstrzygnięcia w sprawie ewentualnej budowy elektrowni jądrowej, zaś wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w całym polskim bilansie energetycznym jest niewystarczający. Znacząca część funkcjonujących w Polskiej Grupie Górniczej kopalń węgla kamiennego jest nierentowna, pomimo zawyżonych cen węgla w stosunku do cen europejskich i światowych. Polska Grupa Górnicza w ubiegłym roku odnotowała około .500 mln zł strat, mimo wzrostu o prawie 6 proc. cen węgla dla energetyki (europejskie ceny węgla w tym czasie spadały). Zła kondycja polskiego górnictwa, obok czynników obiektywnych (warunki górniczo-geologiczne, jakość węgla), jest w znaczącym stopniu efektem błędów w zarządzaniu, polegających w istocie na powrocie do tzw. ręcznego sterowania z wszystkimi tego konsekwencjami.

Nie ma czego wozić

W ciągu pięciu miesięcy bieżącego roku (styczeń – maj) popyt w Unii Europejskiej na nowe pojazdy użytkowe skurczył się o 36,7 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku – podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego. Przyczyną tego stanu są duże spadki w ostatnich trzech miesiącach, spowodowane zamknięciem gospodarek w wyniku pandemii koronawirusa. Wszystkie państwa Unii odnotowały dwucyfrowe spadki sprzedaży i rejestracji, przy czym największe dotknęły Litwę (- 55,7 proc) i Hiszpanię (- 49,3 proc.). W samym maju 2020 r. liczba rejestracji nowych pojazdów użytkowych w Unii Europejskiej spadła o 44,4 proc. To bardzo dużo, ale jednak spadek był mniejszy niż w kwietniu, kiedy to obserwowano ponad 80 procentowe załamanie – ponieważ obostrzenia związane z pandemią COVID-19 zostały nieco poluzowane. Mimo to, trudno liczyć na większe odbicie w kolejnych miesiącach tego roku. Jeśli chodzi o nowe samochody dostawcze do 3,5 t., to od stycznia do maja popyt na nie w Unii Europejskiej skurczył się o 36,4 proc. Wśród czterech największych rynków UE największy spadek sprzedaży odnotowała Hiszpania (- 51,2 proc.), a dalej kolejno: Włochy (- 42,4 proc.), Francja (- 40,3 proc.) i Niemcy (- 26,6 proc. ). W przypadku lżejszych samochodów cieżarowych (powyżej 3,5 tony), w ciągu pięciu miesięcy 2020 r. Unia Europejska odnotowała łącznie 95 174 rejestracji nowych ciężarówek, czyli o 38,6 proc. mniej niż w zeszłym roku. Największy spadek procentowy odnotowano we Francji (- 41 proc.), a następnie w Niemczech (- 33,4 proc.), Hiszpanii (- 30,9 proc.) i Włoszech (- 29,4 proc.). W okresie styczeń – maj 2020 r. w całej UE zarejestrowano 76 232 ciężkich samochodów ciężarowych (powyżej 16 ton), czyli o 41,1 proc. mniej niż rok wcześniej. Popyt skurczył się o 41,9 proc. we Francji, w Niemczech o 36,8 proc., Hiszpanii o 32,1 proc., a we Włoszech o 29 proc.

Kopalnie węgla przekopują kieszenie podatników

Szefowie polskiego górnictwa nie wykorzystali okresu wyjątkowo wysokich cen węgla na inwestycje w podnoszenie produktywności i zabezpieczenie na wypadek dekoniunktury.
W dalszym ciągu nic nie zwiastuje poprawy rentowności państwowego górnictwa węgla kamiennego, czego koszty w kolejnych latach w dalszym ciągu będą pokrywać podatnicy. Za 2019 rok państwowa Polska Grupa Górnicza poniosła stratę w wysokości 427 mln zł.
Podatnicy co roku dopłacają ponad 3 mld zł do emerytur i rent górników węgla kamiennego i brunatnego. Innym sposobem dotowania państwowego górnictwa węgla kamiennego w ostatnich latach było przekierowanie do niego zasobów z państwowych spółek energetycznych. W latach 2016–2017 państwowe firmy energetyczne (Energa, PGE, Enea i PGNiG Termika) dokapitalizowały nowo powstałą Polską Grupę Górniczą kwotą 2,3 mld zł, a państwowy Tauron przejął nierentowną Kopalnię Brzeszcze. Skierowanie zasobów finansowych państwowej energetyki na bezskuteczny program restrukturyzacji sektora wydobywczego, ograniczyło dostępne środki na inwestycje w dywersyfikację mocy wytwórczych.
Wicepremier Jacek Sasin ogłosił, że górnicy otrzymają świadczenia w wysokości 100 proc. swoich pensji za okres zamknięcia kopalń węgla kamiennego ze względu na epidemię koronawirusa („nie poniosą żadnych strat finansowych, ekonomicznych”). Tymczasem inni pracownicy, objęci przestojem ekonomicznym, musieli zadowolić się wynagrodzeniem obniżonym nawet o 50 proc. (jednak nie niższym od płacy minimalnej), a zleceniobiorcy świadczeniem postojowym równym 80 proc. płacy minimalnej – podkreśla Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Byłaby to kolejne dotacja podatników do nierentownego państwowego górnictwa węgla kamiennego. Państwowe kopalnie węgla kamiennego nie wykorzystały okresu wyjątkowo wysokich cen węgla na inwestycje w podnoszenie produktywności i zabezpieczenie na wypadek dekoniunktury, podnosząc zamiast tego wynagrodzenia.
Tego błędu nie popełniła sprywatyzowana wcześniej kopalnia Bogdanka, która dzięki zwiększeniu inwestycji w okresie dobrej koniunktury na światowych rynkach węgla utrzymała zyski nawet po spadku cen.
Spadek cen węgla na świecie w latach 2015–2016 doprowadził do miliardowych strat w państwowym górnictwie. W odpowiedzi na te straty rząd PiS w latach 2016–2018 przekazał górnictwu węgla kamiennego bezpośrednią pomoc publiczną w wysokości ok. 4 mld zł, czyli wynoszącą prawie tyle samo, ile państwo dopłaciło do kopalni w poprzednich dziewięciu latach (4,3 mld zł w latach 2007–2015).
Od 2010 roku Unia Europejska pozwalała na pomoc publiczną dla górnictwa tylko w przypadku wygaszania kopalń. I tak, z przekazanej pomocy 2,3 mld zł stanowiło pokrycie kosztów prac niezbędnych do bezpiecznego wygaszania wydobycia w nierentownych kopalniach, a kolejny 1 mld zł przeznaczono na osłony socjalne dla zwalnianych górników. Od początku 2019 roku UE pozwala na pomoc publiczną wyłącznie dla kopalni postawionych w stan likwidacji do końca 2018 r.
Państwowe dotacje dla górnictwa mają jednak przede wszystkim charakter pośredni: dopłat do emerytur górniczych. Koszty dopłat do emerytur i rent górniczych to ponad 3 mld zł rocznie. Każda złotówka wpłacona przez górnika do ZUS zwiększa zobowiązanie emerytalne systemu wobec niego o 1,5 lub 1,8 zł, w zależności od rodzaju wykonywanej przez niego pracy). W efekcie podatnicy pokrywają koszty pracy górników w szkodliwych warunkach, chociaż powinny być one pokrywane przez wyższe składki emerytalne – uważa FOR.
W latach 2016–2018 pomoc publiczna dla górnictwa węgla kamiennego, głównie na wygaszanie kopalń i pokrycie roszczeń pracowniczych, sięgnęła ok. 4 mld zł. Od ubiegłego roku jej dalsze możliwości silnie ogranicza prawo unijne, więc prawdopodobne jest drenowanie zasobów kolejnych państwowych przedsiębiorstw na pomoc dla nierentownego górnictwa.