Nie od razu jedność zbudowano

Europa nie powstanie od razu ani w całości: będzie powstawała przez konkretne realizacje, tworząc najpierw rzeczywistą solidarność” – to jeden z najbardziej znanych fragmentów Deklaracji Schumana, ogłoszonej 70 lat temu, 9 maja 1950 roku.
Pięć lat po zakończeniu II Wojny Światowej Europa cały czas żyła w cieniu jej konsekwencji. Robert Schuman uznał, że ścisła współpraca w produkcji kluczowych surowców wojennych, jak węgiel i stal spowoduje, że wojna pomiędzy Francją i Niemcami nie będzie w przyszłości możliwa. Utworzona na bazie Planu Schumana Europejska Wspólnota Węgla i Stali stała się zalążkiem przyszłej Unii Europejskiej.
Robert Schuman miał nadzieję, że tworzone wspólnoty europejskie staną się początkiem ściślejszej integracji. Mówił m.in., że należałoby utworzyć „ponadnarodową federację, w której poszczególne państwa zrezygnowałyby z części własnej suwerenności na rzecz federacji jako całości”. Uważał także, że najpierw trzeba „stworzyć europejskiego ducha, duszę europejską, czyli zrozumienie wagi wewnątrzeuropejskiej solidarności”.
Wielu wspominało, że Robert Schuman jest „święty”. Sam o sobie mówił, skromnie, że jest „człowiekiem pogranicza”. Urodził się w Luksemburgu w 1886 roku, kształcił w Niemczech, kochał i wierzył we Francję, której był ministrem spraw zagranicznych, ministrem finansów i dwukrotnie premierem. Niezwykły polityk, wizjoner, mąż stanu, człowiek dialogu, wreszcie – Ojciec Zjednoczonej Europy.
Model pojednania zwrócony w przyszłość i nastawiony na budowanie wspólnej Europy w który wierzył Robert Schuman był podstawą powstania Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana. „Przywrócenie Europy Polsce i Polski Europie będzie długim i skomplikowanym procesem. Aby go doprowadzić do końca, potrzeba wiele społecznego i indywidualnego wysiłku. Wzorując się na symbolicznej postaci Roberta Schumana – człowieka wielkiej wizji i wielkich czynów, myśliciela i męża stanu, działacza gospodarczego i jednego z Ojców Założycieli nowej Europy – chcemy w tym dziele uczestniczyć. Robert Schuman wierzył głęboko, że świat, Europa i wartości ludzkie nie mogą być podzielone i muszą wrócić do wspólnoty. Podzielamy tę wiarę i mamy nadzieję, że Fundacja nazwana jego imieniem przyczyni się do budowania tej wspólnoty.” – powiedział jeden z założycieli Fundacji Schumana, Tadeusz Mazowiecki, 26 marca 1991 roku.

PiS-owscy mistrzowie destrukcji gospodarczej

Ministerialni nieudacznicy nie umieją stworzyć rozwiązań, sprzyjających przetwarzaniu w Polsce krajowych produktów. Najnowszy przykład to mleko, ale jest i wiele innych.

Opanowane przez Prawo i Sprawiedliwość ministerstwo rolnictwa nie jest w stanie stworzyć mechanizmów, zachęcających firmy spożywcze do kupowania i przerabiania polskiego mleka. Resort rolnictwa, zamiast tego, pokrywa swą bezczynność i nieudolność stworzeniem listy firm, importujących mleko do naszego kraju. W tym właśnie m.in. wyraża się aktywność resortu.
Należałoby zasugerować, aby wysoko opłacana kadra resortu rolnictwa zabrała się za należyte wykonywanie swych obowiązków, a nie za tworzenie idiotycznych „czarnych list”. Zamiast tej listy, Ministerstwo Rolnictwa powinno opublikować listę członków swego nieudolnego kierownictwa, którzy nie są w stanie stworzyć mechanizmów zapewniających możliwość przerobu mleka produkowanego w Polsce.
Warto przypomnieć, że swego czasu polskie władze walczyły o to, by jak najwyższa była unijna kwota mleczna przeznaczona dla naszego kraju. Dziś rząd PiS skutecznie marnuje ten dorobek, pokazując swą wysoką efektywność w niszczeniu tego, co już zostało stworzone przez poprzedników.
Import mleka do Polski nie jest zakazany. Jeśli zaś jest dozwolony, to nieudacznicy z resortu rolnictwa nie mogą mieć o niego żadnych pretensji. Niech mają pretensje do siebie i swej nieudolności.
Listę importerów mleka promuje minister rolnictwa Jan K. Ardanowski, zapowiadając, że na pewno nie zostanie usunięta.
Ma to być forma piętnowania tych firm. Warto zapytać, czy powstaną kolejne listy? Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nie jest bowiem niczym niezwykłym kupowanie za granicą produktów, których w Polsce jest pod dostatkiem. Rząd nie tworzy bowiem korzystnych warunków działania dla rodzimych firm. Ani nie umie, ani nawet nie chce tego robić.
Zamiast rozwijać wydobycie i przetwórstwo w naszym kraju (na co tej ekipy nie stać choćby intelektualnie), rząd PiS stawia więc na znacznie prostsze rozwiązanie – czyli na import. Przykład mamy choćby w postaci potężnych zakupów węgla rosyjskiego – i nie tylko rosyjskiego.
Właśnie niedawno do Gdańska wpłynął ogromny statek, którzy przywiózł do Polski węgiel kamienny z dalekiej Kolumbii. Ciekawe, czy stosowne ministerstwo – najlepiej oczywiście Ministerstwo Zasobów Narodowych pod światłym kierownictwem Jacka Sasina – opublikuje listę piętnującą firmy, importujące legalnie węgiel kamienny do Polski? A może opublikuje listę ministerialnych nieudaczników, którzy nie są w stanie wypracować mechanizmów sprzyjających ograniczeniu importu węgla do Polski?
Należy się spodziewać, że jednak powstanie kolejna lista importerów – bo oprócz posuniętego do granic absurdu samochwalstwa, najbardziej typowe cechy rządów Prawa i Sprawiedliwości to piętnowanie, krytykowanie i wytykanie innym rzekomych błędów. W tym są naprawdę znakomici. Tylko budować i tworzyć nie umieją – zresztą, nawet i nie próbują, bo znacznie lepiej wychodzi im likwidowanie oraz zamykanie.
Najlepszy przykład to gaz łupkowy. Nie wiadomo dokładnie ile go jest, bo rząd PiS utajnił fundamentalny raport na temat zasobów tego gazu w Polsce, przygotowany w 2016 r, przez Państwowy Instytut Geologiczny. Wiadomo jednak, że posiadamy w kraju złoża tego gazu. Tyle, że rząd PiS nie zamierza ich eksploatować (ani nawet ustalić ich zasobności) – i doprowadził do tego, że zamknięte zostały wszystkie odwierty, służące do poszukiwań gazu łupkowego. Tu PiS-owska władza pokazała swą stuprocentową skuteczność.
Taka to jest właśnie ekipa, która lubuje się – i doskonale sprawdza – w destrukcji.

Pod rządami PiS rośnie import rosyjskiego węgla

Lipna restrukturyzacja Polskiej Grupy Górniczej – czyli, w jaki sposób działania prominentów Prawa i Sprawiedliwości sprzyjają interesom gospodarczym Rosji i jej oligarchów.

Warunki dla podjęcia przez rząd PiS restrukturyzacji Polskiej Grupy Górniczej były jak najlepsze: ceny węgla rosły, inwestorzy bez oporów godzili się na doinwestowanie PGG.
Prezentowany w propagandzie rządowej cel także był szczytny: obniżka kosztów działania, poprawa efektywności wydobycia, wprowadzenie nowoczesności do kopalń.
Ale choć wszelkie okoliczności sprzyjały, cała ta operacja rządu PiS zakończyła się klapą, przynosząc straty Polsce i Polakom. No, może nie wszystkim. Wzrosły bowiem płace więc grupka PiS-owskich prominentów na kierowniczych stanowiskach mogła więcej zarobić.
Jest dużo gorzej niż było
„Mimo dogodnych warunków, restrukturyzacja Polskiej Grupy Górniczej nie przyniosła oczekiwanych efektów. Wprawdzie po nabyciu przez PGG majątku Kompanii Węglowej S.A. i Katowickiego Holdingu Węglowego S.A. udało się kontynuować działalność większości ich kopalń, jednak nie zmniejszono wysokich kosztów stałych produkcji, a wydajność pogarszała się. PGG nie wykorzystała dogodnego momentu na stworzenie warunków dla prowadzenia rentownej, także w czasach gorszej koniunktury, działalności wydobywczej” – stwierdziła w swoim raporcie Najwyższa Izba Kontroli
Mimo spadku wydajności wydobycia węgla, rosły średnie wynagrodzenia (aż o 13 proc.), na czym korzystali oczywiście uprzywilejowani – czyli, zgodnie z PiS-owskimi regułami sprawowania władzy, różni prominentni krewni i znajomi królika, którzy obsiedli ważne fotele w strukturach górniczej władzy.
Restrukturyzacja, przeprowadzona przez rząd PiS nie była czymś szczególnie skomplikowanym. Polska Grupa Górnicza w 2016 r. kupiła majątek produkcyjny Kompanii Węglowej, a w 2017 r. Katowickiego Holdingu Węglowego S.A. W ten sposób PGG rozpoczęła działalność wydobywczą w 15 przejętych kopalniach.
Te zmiany własnościowe i organizacyjne miały stanowić podstawę restrukturyzacji nabytych kopalń. Okoliczności, jak już powiedziano, były wielce sprzyjające – znaczące dokapitalizowanie PGG przez inwestorów, a także wzrost cen węgla, wynikający z dobrej koniunktury gospodarczej w latach 2016-2018, dawały szanse na dokonanie głębokiej restrukturyzacji, przygotowującej spółkę na powtarzające się okresy dekoniunktury i ryzyka utraty płynności finansowej, jakie wielokrotnie dotykały polskie górnictwo.
PiS-owi wszystko to udało się jednak tak jak zwykle. Koszty stałe produkcji w PGG były coraz wyższe, a wydajność coraz gorsza.
PiS doi aż miło
„Cel w jakim powołano ten podmiot (Polską Grupę Górniczą) nie został osiągnięty” – zauważa NIK. Czyli, wszystkie te działania zdały się psu na budę, a wykonana praca przyniosła efekt już nie zerowy, ale ujemny. To oczywiście w najmniejszym stopniu nie zmniejszyło samochwalstwa i samozadowolenia rządu PiS. I poniekąd można zrozumieć członków obecnej ekipy. Przecież oni i ich kumple w coraz większym stopniu korzystają z zasobów „ojczyzny dojnej”.
Niewykluczone, że przy restrukturyzacji PGG popełniono też przestępstwa, czego oczywiście nie dowiemy się, w sytuacji gdy nadzór nad pracą prokuratorów sprawuje obecny Prokurator Generalny i Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.
Izba zwraca bowiem uwagę, że PGG niewłaściwie wyceniła znaczną część nabytych aktywów Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego. Zniekształcało to obraz sytuacji majątkowej i finansowej całej spółki.
W rzeczywistości wartość tych aktywów była niższa aż o około 40 proc. w stosunku do wycen sporządzonych przez niezależnych rzeczoznawców majątkowych – co już wygląda na grubszy przekręt ze strony tych, którzy przeprowadzali restrukturyzację.
Takie zaksięgowanie nabytych aktywów prowadziło do – należy przypuścić, że świadomego i zaplanowanego – wypaczenia wysokości kosztów operacyjnych. Powodowało to zawyżenie wyników finansowych netto Polskiej Grupy Górniczej.
„Podważa to wiarygodność prezentowanych przez PGG wyników ekonomicznych działalności, tak na poziomie spółki jak i jej poszczególnych kopalń, a także ich przydatność w podejmowaniu decyzji zarządczych związanych z prowadzeniem restrukturyzacji” – konkluduje NIK.
Z tym, że naturalnie nikomu tu nie zależało na wiarygodności. Zawyżanie wyników finansowych oznaczało bowiem oczywiste korzyści dla ludzi, maczających palce w osiągnięciu tego „sukcesu gospodarczego”.
Pora na prokuratora
Przekręt przy wycenie nabytych aktywów mógł polegać na tym, że sporządzając je, wartości znaczącej części aktywów przemnożono przez tzw. współczynniki korygujące określone przez kierownictwo Polskiej Grupy Górniczej. Współczynniki te miały różne wartości dla poszczególnych kopalń.
W uproszczeniu, ten sposób wyceny oznaczał to, że na przykład urządzenie o wartości wycenionej przez rzeczoznawców majątkowych na 1 mln zł, w jednej z kopalń było księgowane w wartości blisko 1,3 mln zł, a w innej jego wartość księgowa wynosiła 1 zł. Tyle, że jeśli dochodziło do zbycia takiego, teoretycznie bezwartościowego urządzenia, to sprzedawano je już za kwotę bardzo wielu złotówek. I jakaś grupka cwaniaków na tym mogła zarobić.
NIK opisuje drastyczny przypadek czterech kopalń i jednego zakładu Polskiej Grupy Górniczej. Ponad 99 proc. wartości ich aktywów ujętych w księgach rachunkowych, stanowiły grunty i środki trwałe w leasingu oraz w budowie. Wprowadzono je do ksiąg wedle wartości określonych przez niezależnych rzeczoznawców majątkowych.
Natomiast wartość pozostałych aktywów tych kopalń, czyli m.in. maszyn, urządzeń, środków transportu oraz wartości niematerialnych i prawnych, została wyceniona przez PGG – i wynosiła… 1 zł za każdą sztukę.
Przykładowo, w jednej z kopalń znajdowały się 74 budynki, których wartość niezależny rzeczoznawca majątkowy oszacował na ponad 22 mln zł. Jednakże w księgach rachunkowych PGG wyceniono je na 74 zł, to jest każdy budynek za 1 zł. Tą sprawą powinien się zająć prokurator, ale podczas rządów PiS naturalnie się nie zajmie.
Koszty nikogo nie obchodziły
Jeśli chodzi o wysokie koszty wydobycia węgla, to władze PGG nie opracowały w terminie, choć powinny, planu naprawczego, zmierzającego do przywrócenia ustalonych wartości wskaźnika określającego koszty wydobycia węgla. Kto by się tam zresztą przejmował kosztami. Polska Grupa Górnicza była przecież w niezłej sytuacji ekonomicznej i finansowej.
W latach 2016-2018 panowała raczej korzystna koniunktura, a ceny zbytu węgla rosły (w 2018 r. były one o ok. 50 proc. wyższe od cen w roku 2016). No i płynęła kasa – dokapitalizowanie spółki przekroczyło łącznie 3,4 mld zł. A na wynik firmy wielki wpływ miał przyjęty sposób wyceny nabytego majątku.
W rezultacie, na papierze wyniki finansowe netto PGG poprawiały się. W 2016 r. odnotowano stratę 332 mln zł, w 2017 r. zysk przekraczający 86 mln zł, a w 2018 r. wzrósł on do ponad 493 mln zł!.
„Wyniki te były zawyżone ze względu na zastosowany sposób wyceny wartości nabytych aktywów Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego. Poprawiały się także wyniki finansowe netto poszczególnych kopalń PGG (poza jedną). Były one także zniekształcone niewłaściwą wyceną ich aktywów” – stwierdza jednoznacznie NIK, co powinno skończyć się zawiadomieniem o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
W fikcyjnej rzeczywistości, wykreowanej przez rząd PiS wszystko więc wyglądało doskonale. Ale faktycznie koszty stałe pozostawały wysokie i wciąż wzrastały.
Dominującą część koszów stanowiły wynagrodzenia – a wysokość tych wynagrodzeń w żaden sposób nie była uzależniona od osiąganych wyników PGG.
Niższa od zaplanowanej produkcja węgla oraz utrzymywanie wysokiego zatrudnienia, powodowały spadek wskaźników rocznego wydobycia węgla przypadającego na jednego pracownika spółki. W latach 2016-2018 wzrostowi średniego wynagrodzenia o 13 proc. towarzyszył spadek rocznej wydajności wydobycia na jednego zatrudnionego o 2 proc. – obliczyła NIK.
Nieudolność czy świadomy plan?
Wszytko to oznacza, że w wyniku poczynań obecnej ekipy, PGG jest kolosem na glinianych nogach. Niesprawiedliwy system wynagradzania w połączeniu z wysokim stanem zatrudnienia, oznacza, że spółka nie będzie mogła dostosować swoich kosztów do nieuchronnych spadków cen węgla i przychodów w okresie dekoniunktury.
Tym samym, jak konkluduje NIK, wystąpiło ryzyko utraty przez PGG zdolności do obsługi zadłużenia – a spółka wyemitowała obligacje o wartości prawie 2,4 mld zł. Ich termin wykupu kończy się jednak w 2028 r., więc obecną ekipę mało obchodzi, co się wtedy zdarzy.
Restrukturyzacja Polskiej Grupy Węglowej nie była procesem zbytnio skomplikowanym. PiS-owska ekipa przeprowadziła ją jednak tak źle, jak to tylko było możliwe.
Efektem tej pożal się Boże, restrukturyzacji jest systematyczny wzrost importu rosyjskiego węgla. Można powiedzieć, że to po prostu tylko typowa PiS-owska nieudolność.
Można też jednak zapytać, czy nie chodzi tu o świadome, zaplanowane działanie, sprzyjające – ze szkodą dla Polski – interesom ekonomicznym państwa rosyjskiego?

Nie uciekniemy od transformacji energetyki

Liderzy Związku Zawodowego Górników obudzili się z letargu, w który popadli na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Nie reagowali, gdy kilka dni temu Andrzej Duda mobilizował ich do działań przeciwko sędziom. Nie organizowali akcji protestacyjnych i milczeli, gdy partia rządząca zamykała kopalnie i likwidowała miejsca pracy w branży. Przez wiele miesięcy nie przeszkadzało im, gdy import węgla z Rosji bił historyczne rekordy. Zmobilizowali się dopiero wtedy, gdy do Polski przyjechała nastoletnia szwedzka działaczka, Greta Thunberg.
Obelgi zamiast dyskusji
Związkowcy obudzili się z wielomiesięcznego snu, aby mocno uderzyć nie tylko w Thunberg, ale też górników, którzy ośmielili się z nią spotkać, w tym szczególnie organizującego spotkanie, Jerzego Hubkę. W ten sposób liderzy Związku Zawodowego Górników i Sierpnia 80 wpisali się w najgorsze stereotypy antyzwiązkowe. Rzecznik Sierpnia 80, Patryk Kosela zwyzywał Hubkę, używając prymitywnych, nienawistnych sformułowań. Brakowało tylko gróźb pobicia. Podejście władz ZZG o tyle zdumiewa, że przez wiele lat mówiły one tym samym językiem, co Hubka dziś. Najwyraźniej Prawo i Sprawiedliwość zepsuło nie tylko standardy działań w polityce sejmowej, ale też część środowisk związkowych.
W stanowisku, które przyjęła w tej sprawie Związkowa Alternatywa, czytamy, że „świat, w tym Polska, wymaga podjęcia całościowych działań na rzecz zapobiegania zmianom klimatycznym. Ślepota na te procesy jest przejawem nieodpowiedzialności i niewiedzy”.
Przypomnieliśmy też jako związek, że Hubka nie mówił o likwidowaniu żadnych kopalni – tym zajmuje się rząd za cichym przyzwoleniem dużych związków górniczych. Hubka jedynie „apelował o wdrożenie w górnictwie nowoczesnych technologii, które pozwoliłyby na zachowanie miejsc pracy, a zarazem realizację ambitnych celów klimatycznych”.
Ambitne cele nie dla Polski?
Niestety Polska jest krajem, w którym tak oczywiste tezy budzą kontrowersje. Związkowcy, podobnie jak i przedstawiciele władz publicznych, powinni usiąść i pilnie opracować zasady polityki energetycznej na najbliższe lata, uwzględniając cele klimatyczne. Tymczasem wolą bronić status quo, które jest niekorzystne dla nikogo: kopalnie są likwidowane, miejsc pracy w górnictwie ubywa, importujemy coraz więcej węgla z Rosji, nie mogąc sprzedać swojego, a zmiany klimaty dokonują się w coraz szybszym tempie, zagrażając przyszłości całej ludzkości. Ponadto polskie władze zamiast negocjować z Unią Europejską pozyskanie dodatkowych środków na inwestycje ekologiczne, wolą bronić status quo jak niepodległości. W konsekwencji polska energetyka ani nie jest bardziej ekologiczna, ani bardziej opłacalna, ani bezpieczniejsza. Jest tylko w 100 proc. narodowa, czyli zgodna z wolą partii rządzącej.
Od OZE… odchodzimy
Nagonka na Gretę Thunberg ukrywa brak jakiejkolwiek polityki energetycznej polskich władz i dokonujący się regres odnośnie ekologicznej transformacji. Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny opublikował raport dotyczący udziału energii odnawialnej w ogólnym zużyciu energii. Zgodnie z ostatnimi danymi w 2018 r. w krajach należących do Unii Europejskiej energia odnawialna stanowiła 18 proc. całej energii, czyli o 0,5 pkt proc. więcej niż rok wcześniej o i 1,3 pkt proc. więcej niż w 2015 r. Blisko połowa państw osiągnęła już zaplanowane cele klimatyczne, większość się zbliża do ich realizacji.
Jak wygląda Polska? Nasz kraj wynegocjował jeden z najmniej ambitnych celów i zadeklarował, że w 2020 r. poziom energii odnawialnej sięgnie 15 proc. Ale nawet do tej granicy się nie zbliżamy. W 2018 r. energia odnawialna stanowiła 11,3 proc. wykorzystywanej energii, czyli o 0,4 pkt proc. mniej niż w 2015 r. Za rządów PiS odchodzimy zatem od energii odnawialnej. O energii atomowej wciąż nic nie wiadomo i wydawane są kolejne dziesiątki milionów na ekspertyzy.
Pod koniec ubiegłego roku rząd ogłosił, że w 2020 r. trzeba przyjąć plan budowy elektrowni i otworzyć pierwszy reaktor do 2033 r. Jakichkolwiek konkretów brak. Również oficjalnie adorowane przez rząd kopalnie są zamykane w coraz szybszym tempie. Cóż więc nam zostaje? Wygląda na to, że rząd celowo skazuje nas na rosyjski węgiel. Walka z Gretą Thunberg nic tutaj nie zmieni.

Sojusz PiS-u z rosyjskim węglem

Tak się jakoś składa, że polityka energetyczna rządu Prawa i Sprawiedliwości, choć szkodliwa dla Polski, jest bardzo korzystna dla rosyjskiego eksportu węgla kamiennego do naszego kraju. I przynosi efekty.

Polskie elektrownie są wyeksploatowane i wykorzystują głównie tzw. surowce wysokoemisyjne, czyli zatruwające powietrze. W 2015 r. udział węgla kamiennego i brunatnego w produkcji energii elektrycznej w Polsce wynosił 81 proc. Dziś jest nieco mniejszy – 75 proc.
Nieuchronne jest wyłączenie z eksploatacji najbardziej przestarzałych i zanieczyszczających środowisko bloków energetycznych, oraz zastąpienie ich nowymi urządzeniami wytwórczymi.
To duże wyzwanie dla całego sektora, ale jednocześnie stwarza szansę na zróżnicowanie stosowanego paliwa, unowocześnienie energetyki oraz zmniejszenie jej uciążliwości dla zdrowia ludzi i dla środowiska. Problemem jest jednak wielka skala modernizacji, zapewnienie pieniędzy na tak duży zakres przedsięwzięć inwestycyjnych oraz długi czas ich realizacji.
Czas na modernizację
Z powodu kiepskiego stanu technicznego, w latach 2020-2035 powinna nastąpić likwidacja bloków energetycznych wybudowanych w latach siedemdziesiątych. Wytwórcy energii deklarowali, że w latach 2014-2028 podejmą się budowy nowych bloków o mocy 10,5 GW, za około 54 mld zł oraz modernizacji elektrowni, co wymaga nakładów na poziomie około 12 mld zł. Jednakże w latach 2010-2014 przedsiębiorcy zrezygnowali z budowy 10 nowych bloków energetycznych, tłumacząc to zbyt dużym ryzykiem cenowym i regulacyjnym. Nie wiedzą bowiem, jakie będzie otoczenie prawne rynku energii i jego uczestników za kilka czy kilkanaście lat – co można zrozumieć, bo w kraju o tak często zmieniających się przepisach jak w Polsce, trudno porywać się na długofalowe inwestycje.
Polska nie ma wyjścia i musi stopniowo odchodzić od węgla. Prawo i Sprawiedliwość pragnie maksymalnie opóźnić proces eliminowania węgla z naszej gospodarki, co jest na rękę Rosji, z której importujemy coraz więcej węgla. Wydaje się jednak, że mimo starań obecnych rządów Polski i Rosji, nieuniknione jest stopniowe odchodzenie od węgla w naszym kraju.
Polityka Unii Europejskiej zmierza do zasadniczej transformacji systemu energetycznego w Europie, dążąc do zmniejszenia negatywnego wpływu energetyki na środowisko. Wiąże się to z koniecznością odejścia od gospodarki opartej na paliwach kopalnych, w szczególności właśnie na węglu..
Zużycie energii elektrycznej w UE wzrosło w 2018 r. tylko nieznacznie – o 0,2 proc. – w porównaniu z 2017 r. i wyniosło 3 276 TWh (terawatogodzin). Do najistotniejszych zmian w tzw. europejskim miksie energetycznym należy zaliczyć wzrost produkcji energii z wiatru (o 22 TWh), przy czym aż 90 proc. tego wzrostu to wiatry w trzech krajach (Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji).
W ciągu ostatnich ośmiu lat produkcja energii elektrycznej opartej o węgiel kamienny spadła w skali UE o 9 proc., tj. o 34 TWh (do poziomu 324 TWh), natomiast wykorzystującej węgiel brunatny aż o 40 proc. Przełożyło się to na spadek emisji dwutlenku węgla w sektorze energetycznym zaledwie o 5 proc. Jak widać, gra wydaje się niewarta świeczki, bo wydawanie ogromnych pieniędzy na osiągniecie tak nikłego efektu jet mało racjonalne. W dodatku, dwutlenek węgla nie jest gazem trującym, zaś ograniczanie jego emisji jest wynikiem wiary w teorię, że na świecie rośnie temperatura, za co odpowiedzialny jest człowiek, emitując do atmosfery coraz więcej gazu cieplarnianego jakim jest CO2.
Teoria jest naciągana, po przy rocznej emisji CO2 na Ziemi wynoszącej 0,55 biliona ton, działania ludzkie są odpowiedzialne jedynie za 0,04 biliona ton. Zyskała jednak rangę obowiązującej polityki więc nie warto z nią dyskutować.
Polska nie zmieni więc kierunku energetycznego Unii Europejskiej, a najbardziej rozwinięte państwa unijne są zainteresowane rosnącymi możliwościami sprzedaży swych nowoczesnych instalacji energetycznych. Niestraszne im też są wielkie pieniądze, jakich wyłożenia wymagać będzie odchodzenie od węgla – zwłaszcza, że to nie one, a głównie Polska będzie musiała je wydać.
Może zabraknąć
Dotychczasowa skala inwestycji w budowę i modernizację źródeł wytwarzania energii elektrycznej odpowiadała potrzebom polskiej gospodarki. Jednak w ocenie Najwyższej Izby Kontroli, zapewnienie bezpieczeństwa dostaw uzależnione jest przede wszystkim od terminowej budowy nowych bloków energetycznych.
Tymczasem brak stosownej strategii działań administracji rządowej, zaostrzające się kryteria ekologiczne Unii Europejskiej, zmienność regulacji prawnych wpływających na decyzje inwestycyjne oraz trudności i znaczne opóźnienia przy realizacji niektórych inwestycji rodzą ryzyko braku energii elektrycznej w przyszłości.
Według najnowszego Raportu o Stanie Unii Energetycznej opracowanego w kwietniu 2019 r. przez Komisję Europejską, gospodarka UE jest na dobrej drodze do zrealizowania założeń Porozumienia Paryskiego, polegających na zmniejszeniu o 20 proc. emisji gazów cieplarnianych w stosunku do poziomu z 1990 r.
W 2017 r. jedenaście krajów członkowskich UE osiągnęło już udział energii odnawialnej powyżej celu na 2020 r.
Według raportu Polska jest w grupie jedenastu innych krajów, mających problemy z rozwojem produkcji energii ze źródeł odnawialnych.
W 2016 r. Komisja Europejska przedstawiła projekt tzw. pakietu zimowego – dokumentów wytyczających kierunki polityki energetycznej Unii Europejskiej na lata 2020-2030.
Pakiet wprowadza m. in. normę ograniczającą w praktyce możliwość udzielenia wsparcia po 2025 r. dla produkcji energii z paliwa o emisyjności powyżej 550 gramów CO2 na kilowatogodzinę. Normy takiej nie spełnia obecnie żadna polska elektrownia na węgiel kamienny lub brunatny.
Stawiamy na rosyjski węgiel
W 2018 r. Polska była szóstym największym konsumentem energii elektrycznej w UE. Była też po Niemczech drugim krajem w Unii co do ilości wyprodukowanej energii elektrycznej opartej na węglu kamiennym (80 TWh) i brunatnym (49 TWh).
Przy czym Polska była jedynym w UE krajem, w którym odnotowano wzrost produkcji w oparciu o węgiel kamienny (o 2 TWh). Niemcy w tym samym czasie wyprodukowały o 11 TWh mniej energii z tego paliwa.
Jednocześnie w Polsce odnotowano spadek produkcji energii z węgla brunatnego o 3 TWh, z elektrowni wodnych o 1 TWh. zaś wiatrowych o 2 TWh. Taki jest efekt polityki rządu PiS, bardzo korzystnej dla rosyjskiego węgla.
Polska gospodarka plasuje się na drugim miejscu (za estońską) pod względem emisyjności. W 2018 r. emisyjność była na poziomie 682 gramów CO2/kWh i wzrosła o 1 proc. w porównaniu z 2017 r. Średnia dla UE wynosiła wówczas 296 gCO2/kWh i była niższa o 5 proc. w porównaniu z 2017 r.
W całej Unii produkcja energetyki jest więc coraz czystsza, a w Polsce coraz brudniejsza. To szkodzi zdrowiu Polaków, ale pomaga sprzedaży rosyjskiego węgla.

Polska na zawsze z węglem

Zwiastuny nadchodzącej apokalipsy klimatycznej nie robią wrażenia na rządzie Prawa i Sprawiedliwości, który nie zamierza też przyspieszać z energetyczną transformacją. „Bardzo długo to jeszcze węgiel będzie podstawą naszej gospodarki” – powiedział dziś na spotkaniu z górnikami minister aktywów państwowych Jacek Sasin.

Podczas gdy cały świat inwestuje intensywnie w odnawialne źródła energii, a elektrownie węglowe jeszcze nigdy nie znikały w takim tempie, Polska wydaje się być zadowolona z roli smutnego skansenu. Jacek Sasin podczas uroczystości barbórkowych w kopalni Bogdanka w lubelskim, oświadczył, że Polska energetyka jeszcze przez długi czas będzie stać czarnym kruszcem.
„Nie przyjmujemy do wiadomości, (…) że czas węgla minął, że musimy dziś w Europie całkowicie odejść od gospodarki węglowej” – powiedział Sasin, motywując takie założenie dbałością o Polskę i Polaków. „Dzisiaj to bezpieczeństwo energetyczne jest oparte o węgiel” – mówił.

Minister przyznał, że rząd jest bezradny jeśli chodzi o działania na rzecz transformacji naszego systemu produkcji energii. Oświadczył, ze nie mamy obecnie we własnych zasobach innych, realnych źródeł energii, które pozwolą nam wytwarzać odpowiednią ilość energii dla gospodarstw domowych i przemysłu.

Sasin zakomunikował też obecnym, że dla przemysłu wydobywczego nadchodzą dobre czasu, bo „górnictwo będzie nadal niezwykle ważną częścią polskiej gospodarki”. Co więcej, polski rząd zamierza inwestować w nowe zakłady w ramach Lubelskiego Zagłębia Węglowego. „Mamy wielką nadzieję, że powstanie kolejna kopalnia i Lubelskie Zagłębie Węglowe będzie się rozwijać. (…). My tu na Lubelszczyźnie pokażemy, że górnictwo w Polsce będzie się rozwijać” – oświadczył. Nowy zakład ma zostać zlokalizowany w regionie chełmskim.

Sasin powiedział wprawdzie, że Polska chce uczestniczyć w unijnym projekcie transformacji, jednak na własnych warunkach. „Dyskutujemy, przekonujemy o naszych racjach. Pokazujemy, że nasza polska specyfika nie pozwala nam dzisiaj na to, aby popierać tę politykę klimatyczną Unii Europejskiej w takim wymiarze, jak proponują inne kraje” – powiedział.

Na spotkaniu odczytano również apel prezydenta. On również docenił polskie górnictwo. „To również dzięki Państwu nasza gospodarka narodowa odnotowała kolejny rok wzrostu, a Polacy z nadzieją spoglądają w przyszłość swoją i bliskich” – napisał prezydent.

Inne stanowisko w sprawie węgla ma parlamentarna reprezentacja lewicy. – Węgiel jest częścią rzeczywistości dzisiejszego Śląska. Jestem ostatnią osobą, która namawiałaby do bezmyślnego zamykania kopalń – mówił na antenie PolskieRadio24.pl poseł Maciej Konieczny. – Musimy jednak pamiętać, że „transformacja energetyczna jest konieczna”.Chodzi nam o to, żeby dokonywać jej świadomie i w porozumieniu z górnikami.

Nowe szanse węglem pisane

Węgiel, przez dłuższy okres czasu, był jednym z największych skarbów narodu polskiego.

Znaczenie węgla na polskim terytorium, było szczególnie duże, po odzyskaniu przez naród polski niepodległości w 1918 roku. Kopalnie węgla, głównie na odzyskanym przez naród polski Śląsku, po I wojnie światowej, należące z reguły do zagranicznego kapitału, były też w dużej mierze ważną podstawą narodowych sukcesów Polek i Polaków, w okresie odbudowywania swojej ojczyzny po długim czasie niewoli narodowej suwerennej i znaczącej państwowości polskiej. Działo się tak mimo to, że do naszej ojczyzny, powróciła tylko część pra starych ziem polskich, po I wojnie światowej. Natomiast po II wojnie światowej, zasoby węgla, w o wiele większym zakresie niż po I wojnie światowej, znalazły się na terytorium odrodzonej ,polskiej państwowości. Na dodatek, wszystkie kopalnie na tradycyjnych terenach górniczych i w innych rejonach polskich, w których stały się własnością państwową, przynosząca pożytek narodowi polskiemu. Górnictwo śląskie, stało się też w tej sytuacji ważnym elementem odbudowy i rozwoju państwowości polskiej, w tym wniosło ono znaczny wkład w odbudowę zniszczonej całkowicie przez okupanta, stolicy polskiej. Jednakże w latach 1949-1956, kiedy do władzy w Polsce doszła wyjątkowo anty narodowa, kompradorska elita rządząca, znaczna część wydobytego w polskich kopalniach węgla, eksportowana była do Związku Radzieckiego, po cenach znacznie niższych, niż ceny światowe. Po 1956 roku, górnictwo polskie wnosiło natomiast znaczący wkład do gospodarki naszej ojczyzny. Jednakże w ostatnich dziesięcioleciach, wytwarzanie energii elektrycznej przez elektrownie węglowe, stanowiące podstawę energetyki naszego kraju, radykalnie przyczyniły się do pogorszenia powietrza, którym wszyscy w naszej ojczyźnie oddychamy. Natomiast w ramach funkcjonowania Polski w Unii Europejskiej, zmuszeni jesteśmy z tego tytułu, płacić znaczne kary, które ciężkim brzemieniem kładą się na całość naszej gospodarki, nie mówiąc już o tym, że pogarszają i tak w dużej mierze, zatrute powietrze w naszej obczyźnie. Nasz skarb w postaci węgla, w tej sytuacji w znacznym stopniu utracił znaczenie nie tylko narodowego skarbu, ale stał się też przyczyną zagrożeń naszej atmosfery, ale pogarszał i pogarsza nadal bilans przychodów i strat naszego dochodu narodowego. W tej sytuacji wszelkie możliwości innego, niż tradycyjne zagospodarowania zasobów węgla, nabiera w naszej ojczyźnie wielkiego znaczenia. Dlatego też propozycje z tego zakresu, powinny być szczególnie uważnie studiowane i wyciągane z nich daleko idące wnioski, posiadające fundamentalne znaczenie dla pomyślnych perspektyw rozwojowych naszego narodu.

Nowa szansa uczynienia z węgla ważnej podstawy narodowej pomyślności Polek i Polaków

Już w czasie II wojny światowej, hitlerowskie Niemcy, gdy znalazły się w obliczu ogromnych trudności, związanych z deficytem paliw, potrzebnych dla ich dywizji pancernych i całego transportu obsługującego potrzeby gospodarki Niemiec szukały nowych sposobów rozwiązania tego deficytu. Już wówczas na szeroką skalę, oraz różnymi sposobami zaczęto używać węgla dla produkcji syntetycznego paliwa. Po II wojnie światowej, kontynuowano eksperymenty i rozwiązania z tego zakresu, stosując metodę Fischera – Tchropsa, ale choć dawała ona dość duże ilości syntetycznego paliwa, to w szerokim zakresie zatruwała środowisko oraz była i nadal jest bardzo kosztowna. Współcześnie istnieją oparte o tą metodę, ale tez inne technologie, całe linie technologiczne, głównie w Afryce Południowej, ale też w innych rejonach świata, w ramach których produkuje się paliwo syntetyczne z węgla. Jednakże ogromna wadą tej produkcji, której nie udało się dotąd przezwyciężyć, jest to, że w jej ramach produkując paliwo, produkuje się też na szeroką skalę CO2 i NOx, które skutecznie zatruwają atmosferę. Mimo wielokrotnych prób i stosowanych sposobów, tej wady produkcji paliw syntetycznych, nigdzie na świecie nie udało się dotąd zlikwidować. Na tym tle, wyróżnia się nowa propozycja produkcji paliw syntetycznych i zarazem energii elektrycznej, opracowana przez prof. dr hab. Zbigniewa Wrzesińskiego, czynnego profesora Politechniki Warszawskiej, która daje możliwość wyprodukowania zarówno dużej ilości paliwa syntetycznego, jak też energii elektrycznej, całkowicie i skutecznie eliminując dotychczasowy produkt uboczny takiej produkcji, w postaci zatruwania atmosfery w postaci CO2 i NOx. Propozycja patentowa z tego zakresu, zgłoszona została na podstawie wniosku prof. dr hab. Z. Wrzesińskiego, przez Biuro Radców Patentowych Polservice, do Polskiego Urzędu Patentowego i zarejestrowana pod numerem PCT/PL2018/050057, tym samym, wspomniany wniosek patentowy, zgłoszony wspólnie przez prof. dr hab. Z. Wrzesińskiego i Fundację Innowacja, objęty został ochroną prawną, w skali wewnętrznej i międzynarodowej, zarówno europejskiej, jak i światowej. Wniosek powyższy , został poddany wewnętrznym recenzjom opiniom i choć – jak zwykle w takich wypadkach, zgłoszono wobec niego liczne uwagi-nie odrzucono go i sprawa jest nadal rozpatrywana, jako ważny projekt patentowy objęty polską i światową ochroną. Znaczenie tego projektu patentowego, jest szczególnie duże, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wspomniany projekt patentowy, w przeciwieństwie do wszystkich projektów dotychczasowych, całkowicie eliminuje zatruwanie środowiska i daje szanse na wielkie możliwości, równoległego produkowania przez ten sam kombinat wytwórczy, zarówno dużej ilości paliw syntetycznych, jak i energii elektrycznej. W warunkach polskich, wdrożenie takiego projektu, otwiera przed naszą ojczyzna możliwości, równoległego rozwiązania problemu deficytu energii elektrycznej, jak i uzyskania takiej ilości paliw syntetycznych, które całkowicie uniezależniały by nasz kraj, od potrzeby sprowadzania paliw syntetycznych, które to zjawisko kładzie się cieniem i dużym ciężarem na całość gospodarki naszej ojczyzny we współczesnym okresie czasu.

Możliwości, koszty i harmonogram uruchomienia proponowanego przedsięwzięcia

Najważniejszym elementem uruchomienia całego przedsięwzięcia, jest przygotowanie studium jego wykonalności. Przy tym należy w tym zakresie wyróżnić wstępne studium wykonalności projektu, które może wykonać zespół badawczy, powołany pod kierownictwem prof. Z. Wrzesińskiego w ciągu 12 miesięcy od zlecenia jego wykonania. Taki wstępny projekt, może ten zespól wykonać w ciągu roku i jego koszty szacuje się na 1 milion dolarów amerykańskich. Pełne studium wykonalności, wymaga pracy zespołu przez 2 lata i przewidywane jego koszty, wynosić będą ok. 4 milionów dolarów amerykańskich. Na podstawie wspomnianego studium wykonalności, można będzie dopiero wykonać projekt techniczny kombinatu paliwowo-energetycznego, którego koszty zaprojektowania szacuje się na 50 milinów dolarów amerykańskich a czas wykonania, 3 lata od posiadania pełnego studium wykonalności. Na podstawie obu wstępnych dokumentów, (wstępnego i pełnego projektu wykonalności) można będzie zrealizować przedsięwzięcie w ciągu 5 lat a pełny koszt wybudowania kombinatu paliwowo-energetycznego, na 200 (MWe) megawat szacuje się na 5 miliardów dolarów. Natomiast zapewnienie jego do pełnej zdolności produkcyjnej na następnych 4-5 lat od rozpoczęcia prac nad wstępnym projektem wykonalności Zakłada się, że taki kombinat dawał będzie rocznie 200 MWe (megawat energii elektrycznej) i 4,63 milionów ton paliwa rocznie. Czas zwrócenia kosztów inwestycji wyniesie 5 lat . Roczny prognozowany zysk ze sprzedaży metanolu to miliard dolarów. Zwrot kosztów inwestycji od zakończenia budowy w ciągu siedmiu lat
Alternatywnie, należy przewidywać, że przy budowanym kombinacie paliwowo-energetycznym o mocy 3000 MWe rocznie, przy kosztach jego budowy szacowanych na 50 miliardów dolarów, elektrownia węglowa będąca elementem kombinatu może osiągnąć ze sprzedaży tlenku węgla 2 miliardy dolarów rocznie (z czego czystego zysku 400 milionów dolarów rocznie) a ze sprzedaży energii elektrycznej 854 miliony dolarów rocznie (z czego zysk 170 milionów dolarów rocznie). Natomiast przychód roczny ze sprzedaży paliw syntetycznych, wynosiłby 50 miliardów dolarów rocznie, (z czego zysk 10 miliardów dolarów rocznie). Zwrot inwestycji w ciąg siedmiu lat od zakończenia inwestycji.
Projekt techniczny, zarówno kombinatu na 200 MWe ( megawatów elektrycznych), jak i na 3000 MWe, będzie towarem rynkowym, który można sprzedać licznym krajom, posiadającym zasoby węgla i deficyt w zakresie paliw. Za taki sprzedawany zagranice projekt można przewidywać opłatę w wysokości 30-50 milionów dolarów i 2 proc. od wartości produkcji rocznie przez 10 lat. Tą drogą można uzyskać zwrot kosztów, już we wstępnej fazie realizacji tego przedsięwzięcia i długoterminowe zyski.
Inicjatorzy przedsięwzięcia i współwłaściciele patentu, proponują powołanie senackiej komisji do zbadania propozycji i po ocenie całokształtu projektu, powołanie państwowo-prywatnego przedsiębiorstwa, realizacji całego przedsięwzięcia w formie spółki akcyjnej. Proponuje się też na posiedzeniu senackiej komisji do spraw nauki, rozpatrzenie założeń proponowanego projektu. W skład komisji opiniującej walory i słabości zgłoszonej propozycji, powinni zostać powołani polscy i zagraniczni przedstawiciele świata nauki, którzy zaopiniują propozycję, na podstawie udostępnionych im szczegółów patentowych, przy pełnym podjęciu zobowiązania do uszanowania autorskich praw, właścicieli projektu patentowego. Przedsiębiorstwo( przedsiębiorstwa) takie mogłoby posiadać charakter spółki akcyjnej, która przez sprzedaż akcji, zgromadzi odpowiednie środki niezbędne do realizacji proponowanego przedsięwzięcia. W trakcie realizacji przedsięwzięcia, zarówno na etapie rozpatrywania przez organa Senatu, jak i powołane do tego ciała kolektywne, powinno zostać w pełni zabezpieczone nienaruszenie praw autorskich właścicieli wniosku patentowego.

Prof. dr hab. Wojciech Pomykało jest prezesem Fundacji Innowacja.

Niebezpieczne związki PiS i władz Rosji

Czy i kiedy rząd Prawa i Sprawiedliwości wytłumaczy się z „wagonów wstydu” – czyli z coraz większego importu rosyjskiego węgla kamiennego do Polski?

Fakty są niestety porażające. W ubiegłym roku do Polski – kraju stojącego węglem – przywieziono ponad 13,5 miliona ton węgla kamiennego, zakupionego w Rosji. To lawinowy wzrost w porównaniu z 2017 r., kiedy to nasz kraj kupił niespełna 9 mln ton rosyjskiego węgla.
W pierwszym kwartale bieżącego roku import węgla z Polski do Rosji był już wyższy, niż w pierwszym kwartale 2018. Nie podano dotychczas, jakie straty poniosła z tego powodu nasza gospodarka. Rząd nie wspomina o tym nawet słowem.
Tymczasem Prawo i Sprawiedliwość prezentuje Polakom „cysterny wstydu”, dokładnie podając skalę tego przestępczego procederu – czyli, ile paliwa wwożono nielegalnie do Polski w latach rządów PO-PSL i jakie straty poniósł budżet z tego tytułu. Warto zatem zapytać: gdzie są paliwowi przestępcy i dlaczego do tej pory obecna ekipa nie wymierzyła im sprawiedliwości?

Parasol nad sprawcami

PiS rządzi już ponad 3,5 roku, sprawując pełną władzę nad prokuraturą i coraz szerszą nad sądami. Dlaczego więc do tej pory nie zidentyfikowano sprawców i nie sporządzono choćby aktów oskarżenia, o ukaraniu już nie mówiąc? Czym spowodowana jest ta opieszałość ugrupowania rządzącego, które przecież już nieraz pokazało, jak skutecznie potrafi ścigać tych, którzy mu zawadzają?
Czy Polacy mają nabrać przekonania, że liderzy PiS z jakichś tajemniczych powodów trzymają parasol ochronny nad przestępcami paliwowymi?
Może próbę odpowiedzi na te pytania przyniosłoby zbadanie zjawiska „wagonów wstydu” – czyli importu węgla kamiennego z Rosji, który nabrał ogromnych rozmiarów pod rządami PiS i sprawił, że Polska z eksportera węgla ostatecznie stała się jego importerem. Tu także jest wiele niejasnych kwestii.

Stańcie wreszcie w prawdzie

Rząd PiS z tajemniczych powodów nie chce ograniczyć importu rosyjskiego węgla, działając z ewidentną szkodą dla polskiej branży węglowej. Z pewnością przydałoby się, aby rząd wytłumaczył się z „wagonów wstydu”, które bez żadnych ograniczeń wwożą rosyjski węgiel do naszego kraju. Warto postawić pytanie, dlaczego polski rząd wspiera interes gospodarki rosyjskiej, a nie polskiej? A przecież paliwa, podobnie jak węgiel, także są sprowadzane do Polski przede wszystkim z Rosji.
Niechże więc liderzy PiS staną w prawdzie – i wreszcie szczerze opowiedzą o swoich kontaktach z przedstawicielami państwa rosyjskiego.

PiS-owi i Platformie po równo

Na budynkach, w których mieszczą się siedziby dwóch największych polskich partii politycznych pojawiły się wczoraj rano czarne płachty. A na nich napis Polska bez węgla 2030″. W ten sposób Greenpeace chce powiedzieć społeczeństwu, że PiS i PO nie przejmują się nadchodzącą katastrofą klimatyczną i nie robią wystarczająco wiele by jej zapobiec.

Akcja aktywistów Greenpeace była odpowiedzią na ogłoszone przez rząd założenia projektu Polityki Energetycznej Polski, który zakłada, że nasza gospodarka nadal będzie opierać się na produkcji energii pozyskiwanej z węgla. Poziom zużycia tego surowca przez najbliższych 11 lat ma pozostać na niezmiennym poziomie. Wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski twierdzi, że polskie elektrownie mają bazować głównie na węglu krajowym, a surowiec z importu ma być tylko
uzupełnieniem.
Działacze Greenpeace akcentują, że takie podejście świadczy o obojętności rządzących na głosy społeczne, szczególnie te artykułowane przez młode pokolenie.
– Politycy PiS i PO ignorują głos nauki, młodych ludzi protestujących w całej Polsce w ramach strajków dla klimatu oraz swoich wyborców. Dyskutowany wczoraj podczas EKG w Katowicach projekt Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku to najlepsza ilustracja moralnego i intelektualnego fiaska rządu w obliczu kryzysu klimatycznego – powiedział Paweł Szypulski z Greenpeace.
Dlaczego zakryta została również siedziba PO? Według Greenpeace opozycja nie gwarantuje żadnej realnej alternatywy wobec rządowych pomysłów. – Najwyższa pora, żeby Jarosław Kaczyński i Grzegorz Schetyna – liderzy partii, które decydować będą o kształcie polityki klimatycznej i energetycznej, zaczęli dbać o naszą bezpieczną przyszłość – podkreślił.
Organizatorzy akcji podkreślili również, że hasła, według których Polska pod rządami PiS jest „liderem w ochronie klimatu” delikatnie mówiąc rozmijają się z rzeczywistością. – W ostatnich latach zatrzymano zmiany w energetyce i zablokowano rozwój odnawialnych źródeł energii. W pakiecie z tą nieodpowiedzialną polityką otrzymaliśmy widmo gwałtownie rosnących cen energii i galopujący wzrost importu węgla, głównie z Rosji. Polska nie potrzebuje nowej elektrowni węglowej w Ostrołęce, kolejnych kopalni, ani sprowadzanego zza granicy węgla. Nasz kraj potrzebuje sprawiedliwej transformacji energetycznej oraz odnawialnych źródeł energii, które zapewnią niezależność energetyczną Polski i nowe miejsca pracy – dodał Marek Józefiak.
Co na to przedstawiciele rządu? Nadal odtwarzają zdartą płytę, zrzucając winę na poprzedni rząd. – Ciekawe dlaczego Greenpeace nie protestował w ten sposób za rządów PO, a robi to dziś, mimo iż rząd PiS, to pierwszy rząd, który poważnie zajął się tematem smogu – powiedziała rzeczniczka gabinetu Morawieckiego, Beata Mazurek.
Rzeczniczka mija się z prawdą. Greenpeace protestował w sprawie węgla również za rządów Platformy Obywatelskiej. W 2013 roku aktywiści wdrapali się na dach Ministerstwa Gospodarki i wywiesili na nim transparent z hasłem: „Who rules Poland? Coal Industry or the people?” („Kto rządzi Polską? Przemysł węglowy, czy ludzie?”)

Marks zamknąłby Mordor

Robert Biedroń poszedł tropem Margaret Thatcher i zabrał się za zamykanie polskich kopalni. Stawia przy tym tezy bez większego pokrycia i głosi z ambony, że rozwój odnawialnej energetyki automatycznie przyniesie nam nowe, doskonale płatne miejsca pracy, które zamortyzowałyby to gospodarcze trzęsienie ziemi, jakim byłaby rezygnacja z polskiego węgla.

Polskie górnictwo jest jednak oceniane niesprawiedliwie i mylnie przypisuje się mu główną odpowiedzialność za polski smog i skażenie środowiska.

Polski górnik nie jest głównym odpowiedzialnym za to, że powietrze staje się coraz bardziej trujące i szkodliwe dla zdrowia.

Skąd więc bierze się skażenie środowiska, skąd polski smog i powietrze, którym coraz trudniej oddychać? Odpowiedź jest prosta: głównym źródłem jest polska bieda.
Ogrzewanie mieszkania (nie mówiąc o domku) to koszt kilkuset złotych miesięcznie lub więcej. Pieniądze te przekraczają możliwości budżetowe milionów mieszkańców Polski. Poszukuje się więc możliwie najtańszego opału i spala się dosłownie wszystko, co tylko znajduje się pod ręką. Potwierdzają to twarde dane. Z raportów NIK wynika, że za 82-93 proc. zanieczyszczeń powietrza odpowiada tzw. niska emisja, czyli są to po prostu piece w mieszkaniach oraz domkach plus kominki. Dla porównania: cieszący się najgorszą sławą cały przemysł, który znalazł się na celowniku Roberta Biedronia, to zaledwie od 1,8 do 9 proc. całkowitego skażenia, kiedy zanieczyszczenie powietrza generowane przez środki transportu to kolejne 7 proc.
Kwestia jakości polskiego powietrza jest bardzo pilna i potrzebne są prawdziwe rozwiązania. Polska już jest europejskim rekordzistą, jeśli chodzi o zanieczyszczenie pyłami, w tym w emisji benzopirenu. Poziom tej jednej z najsilniej działających rakotwórczych substancji osiąga w Polsce 40-krotność normy dopuszczalnej przez Światową Organizację Zdrowia. Benzopiren emitowany jest przede wszystkim przez domowe piece, kotły i samochody. To środki, którymi najintensywniej bynajmniej nie operuje wielki przemysł i wróg liberałów – górnik, ale narzędzia kapitalistycznej codzienności dla przeciętnego pracownika. I nawet w programie Wiosny Biedronia znajdziemy postulat dotyczący wymiany domowych pieców węglowych, lecz dziwnym trafem główny atak skupił się właśnie na polskich górnikach, których ostatnia godzina bynajmniej jeszcze nie wybiła.
Pomimo tego faktu także na lewicy podniosły się głosy wzywające do rychłej likwidacji polskich kopalni i polskiego węgla. Za przyjaciela takiego rozwiązania uznano nawet Karola Marksa. Autor tej pracy przytoczył przy tej okazji praktycznie wszystkie szkodliwe mity powtarzane przez pseudoekologiczny liberalizm. Podsumujmy: zgodnie z taką liberalną wizją świata era przemysłu dobiegła już końca, wszystkich pracowników lada chwila zastąpią maszyny (proletariat to już w ogóle nie istnieje, bo za niego uznaje się wyłącznie pracowników rzekomo martwego przemysłu), a praca w przemyśle i węgiel to XIX-wieczne wynalazki, do natychmiastowej likwidacji i zastąpienia przez całkowicie oderwane od przemysłu biura.
Te życzeniowe, antyrobotnicze i pseudoekologiczne poglądy liberałów szerzone są w całkowitej sprzeczności z rzeczywistością empiryczną. Po pierwsze: ogólne zatrudnienie na świecie rośnie – tak samo jak stale spada bezrobocie. Po drugie: w przemyśle pracuje stale (od 1995 roku) około 23% światowej populacji pracowników (wahania w tym okresie nie przekraczają 1 procenta). Po trzecie: jeśli chodzi o przemysł i górnictwo to w krajach najbardziej rozwiniętych (najbogatszych) górników i zatrudnionych w przemyśle ostatnimi laty wręcz przybywa. Tak jest np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie w ostatnich latach przybywa górników i gdzie prognozy wskazują na długoterminowy przyrost zatrudnienia w górnictwie.
Przemysł, proletariat, robotnicy, wydobycie węgla, czy praca w fabrykach nie są wcale domeną przeszłości. W rzeczywistości na świecie istnieje dziś historycznie największa armia pracowników, a liczba ludzi zatrudnionych w przemyśle jest wielokrotnie większa niż w czasach Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, kiedy młodziutki kapitalizm był domeną ledwie kilku enklaw w państwach najbardziej rozwiniętych. Polemika, którą prowadzą liberałowie i inni wierzący w erę postpracy to domena mikrozachodniego światka i pokłosie wielu nieodrobionych lekcji z historii społeczno-gospodarczej i współczesnej ekonomii późnego kapitalizmu. Gospodarka oparta na węglu ma oczywiście swój termin ważności – ale szatańskim wynalazkiem nie są wcale kopalnie tylko siły poruszające całą produkcją. Dochodzimy tu do kolejnego zjawiska: fetyszyzacji produkcji przemysłowej i myślenia oderwanego od całości systemu ekonomicznego.
Globalnym problemem nie są złe maszyny, które trzeba zniszczyć, ani węgiel, który miałby odpowiadać za całe zło. Rzeczywistym, praktycznie jedynym problemem zagrażającym środowisku jest sposób i metoda produkcji przyjęta przez współczesny kapitalizm. Karol Marks zamknąłby warszawski Mordor!
Bo komu bliżej dziś do „barbarzyńskiego egotyzmu„, „upokarzającego, skostniałego, wegetacyjnego trybu życia” i „biernego bytu” niż sprowadzonym do roli korposzczurów pracownikom, których dzień wypełnia wspieranie najbardziej niszczycielskich procesów w historii całej ludzkości? Czy bardziej archaiczne i godne potępienia są polskie kopalnie węgla, czy kapitalistyczne biurowce, gdzie zarządza się świętym kapitałem i w jego imieniu truje całe oceany, wycina lasy deszczowe, czy zmusza dzieci do pracy przy wydobyciu metali ziem rzadkich w Afryce? Czy lepsze jest prowadzenie ograniczonego, lokalnego wydobycia węgla, czy może sztuczne pobudzanie popytu i postarzanie wszystkich produktów tylko po to, by 2-letnie telewizory trafiały już na złom, i aby przymuszani do kupowania zachodni konsumenci mogli potem dodać kilka kolejnych promili do zysków wielkich koncernów, których największym współczesnym dziełem jest wielka, pływająca po oceanie wyspa śmieci?
Karol Marks w pierwszej kolejności zamknąłby wszystkie kapMordory. To one są dziś najbardziej szkodliwą wylęgarnią korporacyjnego wyścigu szczurów i one odpowiadają za trucie Ziemi. To tam kapitał stymuluje kapitalistyczny wzrost, którego rezultatem jest wyzysk ludzi i przyrody. To tam pracujący dzień i noc ludzie wspierają najbardziej niszczycielskie dla środowiska światowe korporacje, które wprost i osobiście odpowiadają za wycinkę lasów, emisję gazów cieplarnianych i za praktycznie nieuniknioną już ekokatastrofę całej planety.
Nie ma odpowiedzialnej polityki ekologicznej bez krytyki i bez programu zniesienia wpływu prywatnej własności na środowisko, bo to ona steruje procesami ekologicznej zagłady.

Ataki na górnictwo mają zaś swą bardzo długą i bardzo neoliberalną historię.

Kierowanie gniewu społecznego przeciwko górnikom nie jest praktyką przypadkową. To przejaw agresji elit państwa kapitalistycznego przeciwko „uprzywilejowanym” i najbardziej wpływowym pracownikom. To sterowanie gniewu biedniejszej części świata pracy przeciwko tym sektorom świata pracy, którym udało się wywalczyć choć trochę lepsze warunki zatrudnienia i życia. Z perspektywy burżuazji jest to cynicznie stosowana praktyka, która odwrócić ma uwagę od grzechów kapitalistów i napuścić na siebie pracowników. Ich wzajemna niechęć umożliwi nie tylko obniżenie im wszystkim płac, ale też równanie w dół praw pracowniczych i socjalnych – co pozostaje marzeniem przedsiębiorców, którzy wiedzą, że lepsze standardy pracy są zagrożeniem dla uzyskiwanej przez nich wartości dodatkowej.
Walka o niskie podatki dla firm, koncernów, od majątków i kapitałów to obecnie najgorszy mord na przyrodzie. To walka o podtrzymanie gospodarki opartej na kapitalistycznym wzroście, bez względu na koszty i skutki jej działania.
Kapitał boi się górniczych organizacji i potrzebuje społecznego poparcia by się ich pozbyć. W zamian za pochopną likwidację kopalni i górniczych organizacji powstaną dużo bardziej uśmieciowione i rozproszone miejsca pracy. Pogłębi się pracownicza dezintegracja, dojdzie do ekonomicznej zapaści całych regionów i pogorszy się pozycja przetargowa pracownika. Z perspektywy liberałów bijatyka o kopalnie to bezpieczna i zbieżna z linią neoliberalizmu polityka – z daleka od kwestii fundamentalnej, którą w rzeczywistości pozostaje kwestia natychmiastowego, państwowego upowszechnienia ekologicznego i niedrogiego ogrzewania.
Produkowanie z myślą o zysku nielicznych i w trosce o fortuny właścicieli to zresztą cała wielka „tajemnica” globalnego ocieplenia. Zła redystrybucja dóbr i dochodów i tanie, neoliberalne państwo, które umywa ręce od odpowiedzialności są natomiast winne temu, że ludzi nie stać dziś na ekologiczne formy ogrzania się podczas zimy. Polskim problemem nie jest zacofany śląski robol (belka w oku polskiego kapitału), którego trzeba się pozbyć, by zrobić miejsce dla czyściutkich warszawskich menadżerów karmiących się sushi. A globalnym problemem nie są przemysł i wydobycie tylko cele, które realizuje kapitalistyczna własność i jej metody.
Globalnym problemem jest system kapitalistycznej produkcji tworzący biedę, nierówności, prywatyzujący kwestie ekologiczne i pozostawiający biednych z ekologicznymi broszurkami zamiast uruchomić instrumenty państwa oraz uspołecznionej gospodarki by w sposób szybki, skuteczny i uniwersalny wystąpić w imieniu dobrostanu ludzi i przyrody. Tych problemów nie naprawi żaden kapitalistyczny rynek, ponieważ nie posiada on i nie widzi w tym interesu.
Kwestie dotyczące środowiska nie są też sprawami lokalnymi. By zatrzymać smog i globalne ocieplenie nie wystarczy pozbyć się polskich kopalni. Offshoring i wypchnięcie wydobycia surowcowego do krajów Globalnego Południa utrwali tylko podział na skażone rejony biedy i bogate enklawy „świętej” ekoczystości. Podkreślmy znowu, że enklawy te żyć będą (i już żyją) w kompletnej hipokryzji, ponieważ to ich elity zarządzają wędrówkami globalnego kapitału.
Kapitał finansowy – wbrew logice późnokapitalistycznych liberałów – nie występuje pod postacią czystej idei i niegroźnie przeskakujących cyferek. To on uruchamia produkcję i czerpie z niej zyski. Walka o czyste Wall Street to klasistowska „ekologia” uprzywilejowanych przeciwko globalnemu proletariatowi. Taki ekologizm to nic innego jak walka o czyste nowojorskie biuro prezesa Shella i udawanie, że jego praca nie ma nic wspólnego z emisją CO2 na świecie. Idea podziału świata na czyste Szwajcarie i rakotwórcze Bangladesze nie mieści się zresztą ani w lewicowej, ani liberalnej wrażliwości i stąd potrzeba zrównoważonej gospodarki, która rozwiąże obecny kryzys w sposób solidarny i trwały.
Kopalnie nie należą tylko do przeszłości. A kiedy rzeczywiście nadejdzie ich koniec to naszym wspólnym obowiązkiem jest zachowanie wszystkich wywalczonych przez górników praw na rzecz całego świata pracy. Upadek wszelkiego przemysłu był już w Polsce przerabiany. Bycie skazanym na kaprysy rynków finansowych stoi w sprzeczności z odpowiedzialną i zrównoważoną strategią gospodarczą. Polsce nie potrzeba też kolejnych stref postindustrialnej katastrofy i powrotu do dwucyfrowego bezrobocia. Terapia szokowa nie stanowi rzeczywistego rozwiązania, a bycie państwem żyjącym z samych usług to szkodliwe złudzenie sprzedawane przez bogatych biedniejszym, by skuteczniej prywatyzować ich fabryki i majątki.
I dlatego przejście do energetyki odnawialnej musi być realizowane w porozumieniu z klasą robotniczą, której rzeczywisty interes stoi w sprzeczności z interesami trucicielskich megakorporacji i kapitału, którego godzina właśnie wybiła. I to właśnie toksyczny kapMordor musi zostać zniesiony jako pierwszy – inaczej naprawdę wykończy nas wszystkich. A czy zrobi to rękami polskimi, czy banglijskimi nie będzie już miało żadnego znaczenia…
Jeśli nie chcemy chodzić w maskach i sponsorować raka naszym dzieciom to lepiej weźmy się za biedę, nierówności, wyzysk i za napędzaną przez kapitalistyczną chciwość globalną nadprodukcję. Prawdziwym wrogiem ludzkości jest tyrania wzrostu i kapitału.
Niech tropem Karola Marksa i komunistycznej teorii potrzeb nasze fabryki i zakłady pracy zaczną więc wpierw produkować dobra, które są rzeczywistym zapotrzebowaniem ludzi – a nie towary zrodzone z potrzeby zysku ich szefów i akcjonariuszy. Dobrze zorganizowani górnicy mogą w tym nawet pomóc…

Ponieważ, tak jak pisał Karol Marks:

„[…] w swej bezgranicznej ślepej żądzy, w swym wilczym głodzie pracy dodatkowej kapitał przekracza maksymalne, nie tylko moralne, ale czysto fizyczne granice dnia roboczego. Przywłaszcza on sobie czas niezbędny do wzrostu, rozwoju ciała i utrzymania go przy zdrowiu. Rabuje czas potrzebny do wchłaniania czystego powietrza i światła słonecznego. Skraca czas posiłku i wciela go, gdy tylko może, do procesu produkcji. Daje więc pokarm robotnikowi jako zwykłemu środkowi produkcji, jak daje węgiel kotłowi parowemu, a smar lub oliwę maszynie.”