Król węgiel nie chce abdykować

Rząd już dziś pośrednio subsydiuje nieopłacalne wydobycie węgla kamiennego. W przyszłości będzie to robił bezpośrednio i jeszcze większym kosztem.
W myśl porozumienia rządu Prawa i Sprawiedliwości z górniczymi związkowcami wydobycie węgla Państwowej Grupy Górniczej miałoby być dotowane z pieniędzy podatników do 2049 roku, a górnicy zatrudnieni obecnie we wszystkich państwowych kopalniach węgla kamiennego mieliby uzyskać gwarancje pracy aż do uzyskania uprawnień do emerytur górniczych lub otrzymania osłon socjalnych.
Czyli, dwudziestokilkuletni pracownik zaczynający dzisiaj pracę w państwowym górnictwie uzyskałaby w ten sposób gwarancje niewidziane w żadnym innym sektorze gospodarki ani w górnictwie prywatnym – zauważa Forum Obywatelskiego Rozwoju. .Chyba lepiej byłoby przeznaczyć dla niego te same środki, ale pozwalające na znalezienie zatrudnienia w innym fachu, niż w niebezpiecznym i szkodliwym górnictwie węgla kamiennego.
Polscy podatnicy co roku dopłacają ponad 3 mld zł do emerytur i rent górników węgla kamiennego i brunatnego. Szacuje się, że koszty opóźnienia zamykania kopalń mogą za 5 lat przekroczyć kolejne 3,5 mld zł rocznie. Już dzisiaj rząd pośrednio subsydiuje nieopłacalne wydobycie poprzez państwowe spółki energetyczne, a teraz, likwidując obowiązek hurtowej sprzedaży energii, zmniejszy jeszcze przejrzystość tego procederu.
Efektem będzie dalsze hamowanie inwestycji w energetyce oraz wyższe rachunki gospodarstw domowych i przedsiębiorstw za prąd – wskazuje FOR. Państwowa Polska Grupa Górnicza posiada najmniej wydajne kopalnie w całym sektorze. Bez nowych dotacji prawdopodobnie zakończyłyby one wydobycie już w latach 2035–2040. Przyjęty w porozumieniu rządu ze związkowcami harmonogram przewiduje jednak, że wydobycie w jednej trzeciej z nich miałoby być kontynuowane w następnych latach i stopniowo wygaszane aż do 2049 roku.
25 września rząd Prawa i Sprawiedliwości podpisał porozumienie ze strajkującymi związkowcami górniczymi. Strona rządowa deklaruje w nim, że wystąpi do Komisji Europejskiej o zgodę na bezpośrednie dotowanie wydobycia w kopalniach państwowej Polskiej Grupy Górniczej z pieniędzy podatników aż do wygaszenia ostatnich z nich w 2049 roku.
Ostateczna umowa pomiędzy rządem i związkami zawodowymi ma zostać opracowana do 15 grudnia i przedstawiona Komisji Europejskiej w celu uzyskania zgody na udzielenie pomocy publicznej. Jednocześnie, wszyscy górnicy pracujący obecnie w państwowych kopalniach węgla kamiennego mieliby uzyskać gwarancje pracy aż do uzyskania uprawnień do emerytur górniczych lub otrzymania osłon socjalnych.
Zgoda KE jest jednak mało prawdopodobna, ponieważ na mocy porozumienia z 2010 roku dopuszczalne jest przyznawanie pomocy publicznej w górnictwie wyłącznie kopalniom postawionym w stan likwidacji do końca 2018 roku, zaś dotowanie węgla byłoby sprzeczne z unijnymi celami klimatycznymi.
Realizacja zapowiedzi zawartych w porozumieniu mogłaby doprowadzić do podwojenia kosztów górnictwa ponoszonych przez podatników. Państwowe dotacje dla górnictwa mają dzisiaj przede wszystkim charakter pośredni – dopłat do emerytur górniczych. Koszty dopłat do emerytur i rent górniczych szacuje się na ponad 3 mld zł rocznie. Każda złotówka wpłacona przez górnika do ZUS zwiększa zobowiązanie emerytalne systemu wobec niego w zależności od rodzaju wykonywanej pracy o 1,5 lub 1,8 zł.
Górniczy związkowcy deklarują, że podążymy w ten sposób niemiecką ścieżką transformacji energetycznej. Może Niemców stać – bo są oni wyjątkowo kosztownym (także dla podatników) wzorem do naśladowania. Szacuje się, że w latach 1970–2012 rząd federalny dopłacał do kopalń średnio 7 mld dzisiejszych euro rocznie, zamykając ostatnią kopalnię dopiero w 2018 roku. A my chcemy to zrobić ponad trzydzieści lat później.
Rząd PiS powinien raczej skupić się na swojej funkcji właściciela nierentownych państwowych kopalń – i przedstawić realistyczny program ich wygaszania oraz wprowadzania rozwiązań dla lokalnych społeczności. Zamiast tego zapowiada walkę w Brukseli o pozwolenie na odwlekanie, kosztem podatników, likwidacji państwowego wydobycia węgla kamiennego.

Klimat, energetyka i węgiel

Dzisiaj dyskutujemy o górnikach mając na względzie strajk i podpisane porozumienie. Zapominamy, że przyczyną oczekiwanych zmian w górnictwie i energetyce są postępujące zmiany klimatyczne. Klimatolodzy oceniają, że jeżeli nie powstrzymamy emisji gazów cieplarnianych, w krótkim czasie doprowadzi to do nieodwracalnych zmian klimatycznych, które będą katastrofalne dla Świata.

Z tego punktu widzenia skutki finansowe czy gospodarcze czyli kryzys w niektórych branżach, regionach czy państwach, jak by to źle nie brzmiało ma trzeciorzędne znaczenie. Dlatego Polska powinna wspierać wszystkie działania służące ochronie klimatu, a nie być hamulcowym. Świat, Europa i Polska powinni podjąć szereg działań administracyjnych i rynkowych w celu ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Do działań administracyjnych zaliczam: sterowanie ceną za emisję co2, dotacje wspierające powstawanie źródeł energii bez emisyjnych, finansowanie badań zwiększających efektywność produkcji energii i jej magazynowania. Ich efektem powinno być obniżenie kosztów produkcji prądu ze źródeł odnawialnych poniżej kosztów produkcji energii z paliw kopalnych. Dalej sprawę załatwią procesy rynkowe.

Kluczem są przekształcenia w energetyce zarówno tej zawodowej jak i rozproszonej. Kolejność wykorzystywania źródeł energii przez system elektroenergetyczny powinien być następujący: fotowoltaika, elektrownie wiatrowe, energetyka wodna, geotermia, pompy ciepła, magazyny energii, energia jądrowa, spalanie biomasy, spalanie odpadów, spalanie gazu i spalanie węgla.

Najbardziej perspektywiczna wydaje się fotowoltaika z dwóch powodów po pierwsze dzisiejsze panele mają sprawność około 20% czyli istnieje jeszcze duża rezerwa w zakresie podniesienia sprawności, po drugie w związku nowymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi maleje koszt produkcji paneli. Aby zwiększyć produkcję energii elektrycznej w systemie prosumęckim należy utrzymać dotacje, umożliwić korzystanie z tego systemu spółdzielniom mieszkaniowym i wspólnotom mieszkaniowym, wprowadzić przepis, że w nowo budowanych budynkach dach ma być albo z roślinnością albo z fotowoltaiką i zmienić przepisy prosumenckie tak aby, po rocznym rozliczeniu energii elektrycznej nadwyżkę można było do sieci sprzedać, a nie oddać za darmo. Spowoduje to wzrost mocy średniej instalacji prosumęckiej.

Największe pola do rozwoju energetyki wiatrowej widzę w turbinach wiatrowych umieszczonych w morzu oraz na terenach przemysłowych i po przemysłowych.

Ze względu na wymogi ochrony środowiska uważam, że są ograniczone możliwości budowania nowych dużych zbiorników wodnych. Tam gdzie to jest możliwe trzeba rozważyć budowę drugiego zbiornika za tym podstawowym, co stworzy Zespół elektrowni wodnej i szczytowo pompowej tak jak planowano zespół Włocławek Nieszawa. Można też modernizować istniejące hydroelektrownie co się dzieje.

Polska należy do krajów zasobnych w wody geotermalne. Wielkość zasobów według jednostek umownych starcza na pokrycie wszystkich potrzeb energetycznych Polski ze sporym naddatkiem. Technologia dla celów grzewczych istnieje i jest wykorzystywana. Dla wód gorących to są wymienniki ciepła dla wód ciepłych mogą być stosowane pompy ciepła. Nie ma jeszcze sprawdzonej technologii do przetworzenia wód geotermalnych o niskiej temperaturze w prąd elektryczny, chociaż pewne możliwości stwarza technologia ORC. Dlatego moim zdaniem trzeba przeznaczyć środki publiczne na badania w tym zakresie.

Pompy ciepła dają możliwość taniego ogrzewania budynków indywidualnych jak i budynków wielo mieszkaniowych. W skojarzeniu z fotowoltaiką daje to możliwość bez emisji co2 ogrzewania mieszkań. Są prowadzone próby, aby ciepło systemowe otrzymywać z dużych pomp ciepła. Zastosowanie pomp ciepła nie tylko ogranicza emisję co2, ale także wyklucza niską emisję pyłów i dymów. Szerokie zastosowanie pomp ciepła ogranicza wysoki koszt inwestycji. Ponieważ jest to bardzo dobre rozwiązanie państwo powinno je bardzo silnie wspierać modyfikując obecny system wspierania, w taki sposób aby składał się z trzech elementów: doractwa, dotacji i kredytu. Jeżeli klient bierze kredyt to koszty obsługi kredytu i pompy ciepła powinne być niższe od wcześniej ponoszonych kosztów na ogrzewanie. Relacja dotacji do kredytu musi zależeć od dochodów na członka rodziny. Trzeba też zlikwidować dotacje na inne typy ogrzewania. Gdyby taki system pomocy udało się wprowadzić wszystkie w tym bardzo biedne rodziny mogłyby przejść na nowoczesny system ogrzewania swoich budynków bez zwiększenia bieżących wydatków. Byłoby to z korzyścią dla jakości powietrza w Polsce i dla klimatu na Świecie.

Ponieważ OZE jest bardzo niestabilnym źródłem prądu zależącym od pogody oraz w polskim systemie elektro energetycznym występują w ciągu doby dwa szczyty zapotrzebowania na energię elektryczną o godzinach 11 i 18, potrzebne są bloki, elektrownie szczytowe i magazyny energii. Dzisiaj tą rolę spełniają elektrownie węglowe, gazowe i szczytowo pompowe. Zaczynają wchodzić magazyny akumulatorowe. Dzisiaj znane i sprawdzone są następujące systemy magazynowania energii: akumulatorowe, elektrownie szczytowo pompowe, elektroliza wodoru i skraplanie powietrza. Możliwe i zasadne jest tworzenie magazynów u odbiorców indywidualnych jak i u producentów i dystrybutorów energii. Magazynowanie o odbiorców indywidualnych przede wszystkim prosumentów złagodzi szczyty energetyczne i przyniesie korzyści finansowe i eksploatacyjne dla właścicieli. Ponieważ należy się spodziewać zwiększenia źródeł OZE w miksie energetycznym to powinna także rosnąć pojemność i moc zawodowych magazynów energii. Wydaje się, że bardzo dobrym miejscem do budowy dużych magazynów są istniejące elektrownie węglowe często pracujące pełną mocą tylko w czasie szczytów. Likwidacja najmniej efektywnych bloków i wstawienie w to miejsce magazynów energii spowoduje, że pozostałe będą pracowały z większą efektywnością, a elektrownia nie straci dochodów z rynku mocy. Koszt wybudowania takiego magazynu będzie niższy niż normalnie ponieważ część potrzebnej infrastruktury jest w każdej elektrowni. Takie budowanie magazynów umożliwi płynne przechodzenie z bloków węglowych na OZE. Z tych powodów należy wspierać finansowo budowę magazynów energii, a także objąć rynkiem mocy farmy wiatrowe i fotowoltaiczne. Będzie to je skłaniało ich właścicieli do budowy magazynów energii.

Energia jądrowa nie emituje gazów cieplarnianych, ale awaria może spowodować skażenie promieniotwórcze. Są w Polsce wyznaczone dwa miejsca gdzie mogą powstać duże elektrownie jądrowe. Jednocześnie pojawiły się nowe możliwości w energetyce jądrowej. Są to małe bloki o mocy od 15 do 200 MW. Wymagają one znacznie mniejszych stref ochronnych, buduje się je szybciej i taniej. Możliwe, że w miejsce istniejących bloków węglowych w istniejących elektrowniach i elektrociepłowniach można by postawić nowe małe bloki jądrowe adekwatne do konkretnych warunków. Trzeba sprawdzić czy opisany wyżej rozwój technologii produkcji i magazynowania prądu plus spalanie biomasy i odpadów pozwoli na wyeliminowanie wszystkich bloków węglowych bez konieczności budowy wielkich elektrowni jądrowych.
Ponieważ proces tworzenia biomasy wymaga pobierania dwutlenku węgla z powietrza, dlatego przyjmuje się że spalanie biomasy nie emituje gazów cieplarnianych. Ze względu na wysoki koszt transportu kotły biomasowe powinny być blisko miejsc występowania w dużych ilościach biomasy.
Spalanie odpadów jest także działaniem korzystnym dla klimatu ponieważ składowanie odpadów lub ich kompostowanie powoduje powstawanie metanu, który jest gazem kilkunastokrotnie bardziej cieplarnianym niż dwutlenek węgla. W Polsce istnieje opatentowana technologia która znakomicie się nadaje do spalania odpadów. Można zbudować nowy obiekt lub wykorzystać istniejącą infrastrukturę w elektrowniach, ektrociepłowniach i kotłowniach. Tą technologią jest wielopaliwowy kocioł pyrolityczno fluidalny zdolny spalać następujące paliwa: węgiel kamienny i brunatny, biomasę, odpady komunalne, osady pościekowe, odpady poubojowe, odpady roślinne, odpady przemysłowe. Przejście z jednego paliwa na inne odbywa się w sposób płynny bez wyłączenia pracującej instalacji. W przypadku gdy paliwem będą odpady komunalne proces technologiczny zaczynałby się od przyjęcia i segregacji odpadów na terenie istniejących lub nowo wybudowanych sortowni. Spalaniu odpadów podlegałyby tylko pozostałości po recyklingu materiałowym i oddzieleniu części niepalnych. Możliwości przerobowe tych spalarni powinny być dostosowane do ilości odpadów wytwarzanych w Polsce i powinny być one rozmieszczone tak, aby skrócić drogi transportowe odpadów. Ponieważ spalarnie w takiej technologii jest bardziej rentowne w porównaniu do składowania odpadów i tradycyjnych spalarni rusztowych więc mają zdolność kredytową. Państwo mogłoby wspierać kredytami dotowanymi budowę sieci takich spalarni w istniejących obiektach energetycznych.
Elektrownie gazowe emitują CO2 ale w znacznie mniejszej ilości niż elektrownie węglowe i z tego powodu są i będą przez jakiś czas rentowne. Do czasu istnienia elektrowni węglowych elektrownie gazowe powinny pracować pełną mocą przez maksymalną ilość godzin w roku. Z chwilą zaprzestania przez energetykę korzystania z węgla elektrownie gazowe powinny się stać elektrowniami szczytowymi. Jednocześnie powinien trwać proces przystosowania ich do spalania wodoru.

Spalanie węgla w energetyce powoduje obecnie emisje olbrzymiej ilości szkodliwego dla klimatu dwutlenku węgla, dlatego głównym celem jest likwidacja lub przekształcenie elektrowni węglowych. Do czasu zmian technologicznych elektrownie powinny kierować się rachunkiem ekonomicznym i efektywnością klimatyczną to znaczy, że powinny spalać tani dobry jakościowo węgiel. Niestety takiego węgla w Polsce jest bardzo mało. Tak więc do czasu wygaszenia bloków węglowych powinny one pracować głównie na węglu importowanym. Uważam, że odchodzenie od węgla powinno przebiegać raczej przez przekształcenie elektrowni niż ich likwidację. Myślę, że taka przykładowa przekształcana elektrociepłownia w dużym mieście docelowo naprzykład mogłaby się składać z dwóch bloków spalania odpadów, akumulatorowych magazynów energii, trzech 15 MW bloków jądrowych, bloku gazowego i farmy fotowoltaicznej zajmującej dachy i tereny wokół budynków. Ze starej elektrowni można by wykorzystać: systemy wyprowadzania energii, urządzenia oczyszczające i odprowadzające spaliny, kotły odzysknicowe, systemy przygotowania wody, budynki i inne urządzenia. Duże elektrownie i kopalnie węgla brunatnego (Bełchatów, Turoszów) i duże elektrownie węgla kamiennego usytuowane w terenach zielonych (np.: Połaniec, Dolna Odra) można przykładowo przekształcić technologicznie wykorzystując kotły gazowe, małe bloki jądrowe, magazyny energii, a tereny wokół elektrowni i kopalni wykorzystać na farmy wiatrowe i fotowoltaiczne.

Tak przeprowadzane zmiany w energetyce nie będą wymagały zwolnień grupowych. Ponieważ wszystkie proponowane rozwiązania są rentowne i zgodne z polityką Unii Europejskiej nie powinno być problemów z uzyskaniem pieniędzy zarówno od inwestorów prywatnych, banków jak i dotacji unijnych. Skoro pieniądze nie są ograniczeniem to szybkość przekształcenia energetycznego zależy od zmian w prawie i mocy produkcyjnych wykonawców inwestycji.

Efektem wyżej opisanych zmian w energetyce, a biorąc jeszcze pod uwagę że większość elektrowni węglowych powinna przejść na tańszy i lepszy węgiel importowany będzie wygaszanie pracy większości kopalni. Nastąpi to znacznie szybciej niż zawarto w porozumieniu z górnikami. Dłużej będą pracować kopalnie wydobywające węgiel koksujący służący do produkcji stali. Pozostaje do rozwiązania problem ze zwalnianymi pracownikami kopalń. Trzeba zastosować rozwiązanie wielo warstwowe. Po pierwsze trzeba wykorzystać infrastrukturę i majątek wygaszanych kopalni. Na ich terenach można zorganizować przedsiębiorstwa z zakresu energetyki takie jak opisane wyżej magazyny energii, spalarnie odpadów, elektrolizery wodoru, można też sprawdzić czy można umieścić małe elektrownie jądrowe w podziemiach kopalń co byłoby bezpiecznym rozwiązaniem w przypadku awarii reaktora. Można też wzorem Niemiec przeznaczyć niektóre kopalnie na elektrownie szczytowo pompowe wykorzystując dużą różnice poziomów i instalacje do odwodnienia chodników kopalnianych. Należałoby też stworzyć fundusz wysokiego ryzyka, który dysponowałby majątkiem po kopalniach i kapitałami, który oferowałby wyjątkowo dobre warunki znacznie lepsze niż występują na rynku dla osób z dobrymi pomysłami i dla startup-ów z Polski i zagranicy. Warunkiem byłoby uruchomienie działalności na terenie byłej kopalni lub w jej pobliżu i zatrudnienie byłych pracowników górnictwa jeżeli posiadają odpowiednie kwalifikacje. Dla pozostałych pracowników: wcześniejsze emerytury którzy mają mniej niż 5 lat do emerytury górniczej, bezpłatne kursy dla nauki nowego zawodu wraz ze stypendium zapewniającym godne życie na czas nauki i bezterminowe zasiłki dla bezrobotnych. Ponadto aby zapewnić dobre warunki do inwestowania Państwo musi przyśpieszyć na terenie Śląska remonty i budowę nowych połączeń drogowych i kolejowych, budowę szybkiego Internetu, sieci telefonicznej 5G i innych niezbędnych urządzeń infrastrukturalnych.

Jeżeli uda się wprowadzić wcześniej opisane rozwiązania to Polska może znacznie przyśpieszyć transformację energetyczną. Poprawi się jakość powietrza w Polsce, będziemy mogli otrzymać maksymalną kwotę z funduszu sprawiedliwej transformacji, realny stanie się do osiągnięcia cel neutralności klimatycznej do 2050 roku, poprawi się jakość prądu w sieci`, spadnie cena prądu co poprawi konkurencyjność naszej gospodarki. Jest więc o co powalczyć.

Gospodarka 48 godzin

Handel mniejszy i zyskowniejszy
Główny Urząd Statystyczny ostatecznie policzył, że obroty towarowe naszego handlu zagranicznego w okresie styczeń – lipiec bieżącego roku wyniosły 568,8 mld PLN w eksporcie oraz 543,6 mld PLN w imporcie. W porównaniu z tym samym okresem 2019 r. spadł zarówno nasz eksport, jak i import: odpowiednio o 3,9 proc. oraz o 8,1 proc. Ten regres to wynik pandemii koronawirusa – tyle, że w sumie wpłynęła ona korzystnie na obecną zyskowność polskiego handlu zagranicznego. Okazało się bowiem, że Polska dostarcza swym partnerom gospodarczym towary, bez których nie mogą się oni obejść, więc spadek naszego eksportu był ponad dwukrotnie mniejszy od spadku importu. W rezultacie, znacznie poprawiło się saldo naszego handlu zagranicznego, które wyniosło 25,2 mld PLN, podczas gdy za taki sam okres roku ubiegłego wynosiło zaledwie 0,7 mld PLN. Podobne proporcje są w walutach obcych: nasz eksport wyrażony w dolarach wyniósł 142,8 mld USD, a import 136,6 mld USD, co oznacza, że dodatnie saldo to 6,2 mld USD, zaś w tym samym okresie ubiegłego roku wyniosło tylko 0,2 mld USD. Natomiast polski eksport w euro wyniósł 129,6 mld EUR, a import 124,0 mld EUR. Dodatnie saldo wyniosło więc 5,6 mld EUR, podczas gdy w styczniu – lipcu ubiegłego roku mieliśmy tu nawet stratę wynoszącą 0,2 mld EUR. Nie zmieniły się natomiast podstawowe kierunki naszej zagranicznej wymiany gospodarczej. Największy udział w eksporcie oraz imporcie Polska ma nadal z krajami rozwiniętymi – 86,1 proc. i 65,1 proc., zaś najmniejszy z krajami Europy Środkowo-Wschodniej: w eksporcie 6,0 proc., a w imporcie 6,6 proc. Z państwami środkowoeuropejskimi mamy ujemne saldo, tak samo, jak z państwami rozwijającymi się.

Węglowe dostosowanie
Unia Europejska planuje wprowadzenie tzw. węglowego mechanizmu dostosowawczego, który może stanowić kolejny dopust boży dla naszego nieszczęsnego górnictwa węgla kamiennego. Węglowy mechanizm dostosowawczy to opłata, która ma na celu ograniczyć zjawisko ucieczki emisji, czyli przenoszenia przez przedsiębiorstwa produkcji wysokoemisyjnej z regionów o bardziej restrykcyjnych regulacjach (wpływających na wysokie ceny emisji dwutlenku węgla) do regionów o niższych wymaganiach, przekładających się też na niższe ceny emisji. Sposobem na ograniczenie przenoszenia wspomnianej produkcji wysokoemisyjnej ma być wyrównywanie cen emisji dwutlenku węgla w UE oraz poza nią. Aby osiągnąć ten cel, towary importowane na teren Unii zostaną obciążone dodatkowymi opłatami, zależnie od ilości dwutlenku węgla wyemitowanego podczas ich produkcji. Brzmi to wszystko dość zawile, ale mówiąc bardziej po ludzku chodzi o cło węglowe, które ma przyczynić się do ochrony konkurencyjności europejskiego przemysłu i dalszego ograniczania emisji CO2. Projekt przepisów w tej sprawie ma zostać przedłożony w pierwszym półroczu 2021 r., a ich implementacja powinna nastąpić do 1. stycznia 2023. Jeszcze jest więc trochę czasu na dostosowanie się, ale strona polska już uznała, że węglowy mechanizm dostosowawczy może negatywnie wpłynąć na gospodarcze interesy i sytuację Polski oraz jest kolejnym przykładem nieuzasadnionego obciążania jednego sektora gospodarki. Służyć zaś będzie nie przeciwdziałaniu zjawisku ucieczki emisji lecz w rzeczywistości głównie zasileniu budżetu Unii Europejskiej.

Gospodarka 48 godzin

Węgiel nie krzepi
Prawie 12 mln ton wynoszą zapasy węgla kamiennego zgromadzone w Polsce na składowiskach. Polskie górnictwo niestety nie wykorzystało okresu wzmożonego popytu i dobrej koniunktury na resrtrukturyzację oraz konieczne działania poprawiające efektywność wydobycia. Przyszłość branży jest niepewna, gdyż, jak mówi Janusz Steinhoff, ekspert organizacji przedsiębiorców Business Centre Club, brakuje podstawowego dokumentu programowego, jakim powinna być polityka energetyczna państwa w perspektywie do 2050 roku. Od lat nie ma też żadnego rozstrzygnięcia w sprawie ewentualnej budowy elektrowni jądrowej, zaś wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w całym polskim bilansie energetycznym jest niewystarczający. Znacząca część funkcjonujących w Polskiej Grupie Górniczej kopalń węgla kamiennego jest nierentowna, pomimo zawyżonych cen węgla w stosunku do cen europejskich i światowych. Polska Grupa Górnicza w ubiegłym roku odnotowała około .500 mln zł strat, mimo wzrostu o prawie 6 proc. cen węgla dla energetyki (europejskie ceny węgla w tym czasie spadały). Zła kondycja polskiego górnictwa, obok czynników obiektywnych (warunki górniczo-geologiczne, jakość węgla), jest w znaczącym stopniu efektem błędów w zarządzaniu, polegających w istocie na powrocie do tzw. ręcznego sterowania z wszystkimi tego konsekwencjami.

Nie ma czego wozić

W ciągu pięciu miesięcy bieżącego roku (styczeń – maj) popyt w Unii Europejskiej na nowe pojazdy użytkowe skurczył się o 36,7 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku – podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego. Przyczyną tego stanu są duże spadki w ostatnich trzech miesiącach, spowodowane zamknięciem gospodarek w wyniku pandemii koronawirusa. Wszystkie państwa Unii odnotowały dwucyfrowe spadki sprzedaży i rejestracji, przy czym największe dotknęły Litwę (- 55,7 proc) i Hiszpanię (- 49,3 proc.). W samym maju 2020 r. liczba rejestracji nowych pojazdów użytkowych w Unii Europejskiej spadła o 44,4 proc. To bardzo dużo, ale jednak spadek był mniejszy niż w kwietniu, kiedy to obserwowano ponad 80 procentowe załamanie – ponieważ obostrzenia związane z pandemią COVID-19 zostały nieco poluzowane. Mimo to, trudno liczyć na większe odbicie w kolejnych miesiącach tego roku. Jeśli chodzi o nowe samochody dostawcze do 3,5 t., to od stycznia do maja popyt na nie w Unii Europejskiej skurczył się o 36,4 proc. Wśród czterech największych rynków UE największy spadek sprzedaży odnotowała Hiszpania (- 51,2 proc.), a dalej kolejno: Włochy (- 42,4 proc.), Francja (- 40,3 proc.) i Niemcy (- 26,6 proc. ). W przypadku lżejszych samochodów cieżarowych (powyżej 3,5 tony), w ciągu pięciu miesięcy 2020 r. Unia Europejska odnotowała łącznie 95 174 rejestracji nowych ciężarówek, czyli o 38,6 proc. mniej niż w zeszłym roku. Największy spadek procentowy odnotowano we Francji (- 41 proc.), a następnie w Niemczech (- 33,4 proc.), Hiszpanii (- 30,9 proc.) i Włoszech (- 29,4 proc.). W okresie styczeń – maj 2020 r. w całej UE zarejestrowano 76 232 ciężkich samochodów ciężarowych (powyżej 16 ton), czyli o 41,1 proc. mniej niż rok wcześniej. Popyt skurczył się o 41,9 proc. we Francji, w Niemczech o 36,8 proc., Hiszpanii o 32,1 proc., a we Włoszech o 29 proc.

Kopalnie węgla przekopują kieszenie podatników

Szefowie polskiego górnictwa nie wykorzystali okresu wyjątkowo wysokich cen węgla na inwestycje w podnoszenie produktywności i zabezpieczenie na wypadek dekoniunktury.
W dalszym ciągu nic nie zwiastuje poprawy rentowności państwowego górnictwa węgla kamiennego, czego koszty w kolejnych latach w dalszym ciągu będą pokrywać podatnicy. Za 2019 rok państwowa Polska Grupa Górnicza poniosła stratę w wysokości 427 mln zł.
Podatnicy co roku dopłacają ponad 3 mld zł do emerytur i rent górników węgla kamiennego i brunatnego. Innym sposobem dotowania państwowego górnictwa węgla kamiennego w ostatnich latach było przekierowanie do niego zasobów z państwowych spółek energetycznych. W latach 2016–2017 państwowe firmy energetyczne (Energa, PGE, Enea i PGNiG Termika) dokapitalizowały nowo powstałą Polską Grupę Górniczą kwotą 2,3 mld zł, a państwowy Tauron przejął nierentowną Kopalnię Brzeszcze. Skierowanie zasobów finansowych państwowej energetyki na bezskuteczny program restrukturyzacji sektora wydobywczego, ograniczyło dostępne środki na inwestycje w dywersyfikację mocy wytwórczych.
Wicepremier Jacek Sasin ogłosił, że górnicy otrzymają świadczenia w wysokości 100 proc. swoich pensji za okres zamknięcia kopalń węgla kamiennego ze względu na epidemię koronawirusa („nie poniosą żadnych strat finansowych, ekonomicznych”). Tymczasem inni pracownicy, objęci przestojem ekonomicznym, musieli zadowolić się wynagrodzeniem obniżonym nawet o 50 proc. (jednak nie niższym od płacy minimalnej), a zleceniobiorcy świadczeniem postojowym równym 80 proc. płacy minimalnej – podkreśla Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Byłaby to kolejne dotacja podatników do nierentownego państwowego górnictwa węgla kamiennego. Państwowe kopalnie węgla kamiennego nie wykorzystały okresu wyjątkowo wysokich cen węgla na inwestycje w podnoszenie produktywności i zabezpieczenie na wypadek dekoniunktury, podnosząc zamiast tego wynagrodzenia.
Tego błędu nie popełniła sprywatyzowana wcześniej kopalnia Bogdanka, która dzięki zwiększeniu inwestycji w okresie dobrej koniunktury na światowych rynkach węgla utrzymała zyski nawet po spadku cen.
Spadek cen węgla na świecie w latach 2015–2016 doprowadził do miliardowych strat w państwowym górnictwie. W odpowiedzi na te straty rząd PiS w latach 2016–2018 przekazał górnictwu węgla kamiennego bezpośrednią pomoc publiczną w wysokości ok. 4 mld zł, czyli wynoszącą prawie tyle samo, ile państwo dopłaciło do kopalni w poprzednich dziewięciu latach (4,3 mld zł w latach 2007–2015).
Od 2010 roku Unia Europejska pozwalała na pomoc publiczną dla górnictwa tylko w przypadku wygaszania kopalń. I tak, z przekazanej pomocy 2,3 mld zł stanowiło pokrycie kosztów prac niezbędnych do bezpiecznego wygaszania wydobycia w nierentownych kopalniach, a kolejny 1 mld zł przeznaczono na osłony socjalne dla zwalnianych górników. Od początku 2019 roku UE pozwala na pomoc publiczną wyłącznie dla kopalni postawionych w stan likwidacji do końca 2018 r.
Państwowe dotacje dla górnictwa mają jednak przede wszystkim charakter pośredni: dopłat do emerytur górniczych. Koszty dopłat do emerytur i rent górniczych to ponad 3 mld zł rocznie. Każda złotówka wpłacona przez górnika do ZUS zwiększa zobowiązanie emerytalne systemu wobec niego o 1,5 lub 1,8 zł, w zależności od rodzaju wykonywanej przez niego pracy). W efekcie podatnicy pokrywają koszty pracy górników w szkodliwych warunkach, chociaż powinny być one pokrywane przez wyższe składki emerytalne – uważa FOR.
W latach 2016–2018 pomoc publiczna dla górnictwa węgla kamiennego, głównie na wygaszanie kopalń i pokrycie roszczeń pracowniczych, sięgnęła ok. 4 mld zł. Od ubiegłego roku jej dalsze możliwości silnie ogranicza prawo unijne, więc prawdopodobne jest drenowanie zasobów kolejnych państwowych przedsiębiorstw na pomoc dla nierentownego górnictwa.

Nie od razu jedność zbudowano

Europa nie powstanie od razu ani w całości: będzie powstawała przez konkretne realizacje, tworząc najpierw rzeczywistą solidarność” – to jeden z najbardziej znanych fragmentów Deklaracji Schumana, ogłoszonej 70 lat temu, 9 maja 1950 roku.
Pięć lat po zakończeniu II Wojny Światowej Europa cały czas żyła w cieniu jej konsekwencji. Robert Schuman uznał, że ścisła współpraca w produkcji kluczowych surowców wojennych, jak węgiel i stal spowoduje, że wojna pomiędzy Francją i Niemcami nie będzie w przyszłości możliwa. Utworzona na bazie Planu Schumana Europejska Wspólnota Węgla i Stali stała się zalążkiem przyszłej Unii Europejskiej.
Robert Schuman miał nadzieję, że tworzone wspólnoty europejskie staną się początkiem ściślejszej integracji. Mówił m.in., że należałoby utworzyć „ponadnarodową federację, w której poszczególne państwa zrezygnowałyby z części własnej suwerenności na rzecz federacji jako całości”. Uważał także, że najpierw trzeba „stworzyć europejskiego ducha, duszę europejską, czyli zrozumienie wagi wewnątrzeuropejskiej solidarności”.
Wielu wspominało, że Robert Schuman jest „święty”. Sam o sobie mówił, skromnie, że jest „człowiekiem pogranicza”. Urodził się w Luksemburgu w 1886 roku, kształcił w Niemczech, kochał i wierzył we Francję, której był ministrem spraw zagranicznych, ministrem finansów i dwukrotnie premierem. Niezwykły polityk, wizjoner, mąż stanu, człowiek dialogu, wreszcie – Ojciec Zjednoczonej Europy.
Model pojednania zwrócony w przyszłość i nastawiony na budowanie wspólnej Europy w który wierzył Robert Schuman był podstawą powstania Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana. „Przywrócenie Europy Polsce i Polski Europie będzie długim i skomplikowanym procesem. Aby go doprowadzić do końca, potrzeba wiele społecznego i indywidualnego wysiłku. Wzorując się na symbolicznej postaci Roberta Schumana – człowieka wielkiej wizji i wielkich czynów, myśliciela i męża stanu, działacza gospodarczego i jednego z Ojców Założycieli nowej Europy – chcemy w tym dziele uczestniczyć. Robert Schuman wierzył głęboko, że świat, Europa i wartości ludzkie nie mogą być podzielone i muszą wrócić do wspólnoty. Podzielamy tę wiarę i mamy nadzieję, że Fundacja nazwana jego imieniem przyczyni się do budowania tej wspólnoty.” – powiedział jeden z założycieli Fundacji Schumana, Tadeusz Mazowiecki, 26 marca 1991 roku.

PiS-owscy mistrzowie destrukcji gospodarczej

Ministerialni nieudacznicy nie umieją stworzyć rozwiązań, sprzyjających przetwarzaniu w Polsce krajowych produktów. Najnowszy przykład to mleko, ale jest i wiele innych.

Opanowane przez Prawo i Sprawiedliwość ministerstwo rolnictwa nie jest w stanie stworzyć mechanizmów, zachęcających firmy spożywcze do kupowania i przerabiania polskiego mleka. Resort rolnictwa, zamiast tego, pokrywa swą bezczynność i nieudolność stworzeniem listy firm, importujących mleko do naszego kraju. W tym właśnie m.in. wyraża się aktywność resortu.
Należałoby zasugerować, aby wysoko opłacana kadra resortu rolnictwa zabrała się za należyte wykonywanie swych obowiązków, a nie za tworzenie idiotycznych „czarnych list”. Zamiast tej listy, Ministerstwo Rolnictwa powinno opublikować listę członków swego nieudolnego kierownictwa, którzy nie są w stanie stworzyć mechanizmów zapewniających możliwość przerobu mleka produkowanego w Polsce.
Warto przypomnieć, że swego czasu polskie władze walczyły o to, by jak najwyższa była unijna kwota mleczna przeznaczona dla naszego kraju. Dziś rząd PiS skutecznie marnuje ten dorobek, pokazując swą wysoką efektywność w niszczeniu tego, co już zostało stworzone przez poprzedników.
Import mleka do Polski nie jest zakazany. Jeśli zaś jest dozwolony, to nieudacznicy z resortu rolnictwa nie mogą mieć o niego żadnych pretensji. Niech mają pretensje do siebie i swej nieudolności.
Listę importerów mleka promuje minister rolnictwa Jan K. Ardanowski, zapowiadając, że na pewno nie zostanie usunięta.
Ma to być forma piętnowania tych firm. Warto zapytać, czy powstaną kolejne listy? Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nie jest bowiem niczym niezwykłym kupowanie za granicą produktów, których w Polsce jest pod dostatkiem. Rząd nie tworzy bowiem korzystnych warunków działania dla rodzimych firm. Ani nie umie, ani nawet nie chce tego robić.
Zamiast rozwijać wydobycie i przetwórstwo w naszym kraju (na co tej ekipy nie stać choćby intelektualnie), rząd PiS stawia więc na znacznie prostsze rozwiązanie – czyli na import. Przykład mamy choćby w postaci potężnych zakupów węgla rosyjskiego – i nie tylko rosyjskiego.
Właśnie niedawno do Gdańska wpłynął ogromny statek, którzy przywiózł do Polski węgiel kamienny z dalekiej Kolumbii. Ciekawe, czy stosowne ministerstwo – najlepiej oczywiście Ministerstwo Zasobów Narodowych pod światłym kierownictwem Jacka Sasina – opublikuje listę piętnującą firmy, importujące legalnie węgiel kamienny do Polski? A może opublikuje listę ministerialnych nieudaczników, którzy nie są w stanie wypracować mechanizmów sprzyjających ograniczeniu importu węgla do Polski?
Należy się spodziewać, że jednak powstanie kolejna lista importerów – bo oprócz posuniętego do granic absurdu samochwalstwa, najbardziej typowe cechy rządów Prawa i Sprawiedliwości to piętnowanie, krytykowanie i wytykanie innym rzekomych błędów. W tym są naprawdę znakomici. Tylko budować i tworzyć nie umieją – zresztą, nawet i nie próbują, bo znacznie lepiej wychodzi im likwidowanie oraz zamykanie.
Najlepszy przykład to gaz łupkowy. Nie wiadomo dokładnie ile go jest, bo rząd PiS utajnił fundamentalny raport na temat zasobów tego gazu w Polsce, przygotowany w 2016 r, przez Państwowy Instytut Geologiczny. Wiadomo jednak, że posiadamy w kraju złoża tego gazu. Tyle, że rząd PiS nie zamierza ich eksploatować (ani nawet ustalić ich zasobności) – i doprowadził do tego, że zamknięte zostały wszystkie odwierty, służące do poszukiwań gazu łupkowego. Tu PiS-owska władza pokazała swą stuprocentową skuteczność.
Taka to jest właśnie ekipa, która lubuje się – i doskonale sprawdza – w destrukcji.

Pod rządami PiS rośnie import rosyjskiego węgla

Lipna restrukturyzacja Polskiej Grupy Górniczej – czyli, w jaki sposób działania prominentów Prawa i Sprawiedliwości sprzyjają interesom gospodarczym Rosji i jej oligarchów.

Warunki dla podjęcia przez rząd PiS restrukturyzacji Polskiej Grupy Górniczej były jak najlepsze: ceny węgla rosły, inwestorzy bez oporów godzili się na doinwestowanie PGG.
Prezentowany w propagandzie rządowej cel także był szczytny: obniżka kosztów działania, poprawa efektywności wydobycia, wprowadzenie nowoczesności do kopalń.
Ale choć wszelkie okoliczności sprzyjały, cała ta operacja rządu PiS zakończyła się klapą, przynosząc straty Polsce i Polakom. No, może nie wszystkim. Wzrosły bowiem płace więc grupka PiS-owskich prominentów na kierowniczych stanowiskach mogła więcej zarobić.
Jest dużo gorzej niż było
„Mimo dogodnych warunków, restrukturyzacja Polskiej Grupy Górniczej nie przyniosła oczekiwanych efektów. Wprawdzie po nabyciu przez PGG majątku Kompanii Węglowej S.A. i Katowickiego Holdingu Węglowego S.A. udało się kontynuować działalność większości ich kopalń, jednak nie zmniejszono wysokich kosztów stałych produkcji, a wydajność pogarszała się. PGG nie wykorzystała dogodnego momentu na stworzenie warunków dla prowadzenia rentownej, także w czasach gorszej koniunktury, działalności wydobywczej” – stwierdziła w swoim raporcie Najwyższa Izba Kontroli
Mimo spadku wydajności wydobycia węgla, rosły średnie wynagrodzenia (aż o 13 proc.), na czym korzystali oczywiście uprzywilejowani – czyli, zgodnie z PiS-owskimi regułami sprawowania władzy, różni prominentni krewni i znajomi królika, którzy obsiedli ważne fotele w strukturach górniczej władzy.
Restrukturyzacja, przeprowadzona przez rząd PiS nie była czymś szczególnie skomplikowanym. Polska Grupa Górnicza w 2016 r. kupiła majątek produkcyjny Kompanii Węglowej, a w 2017 r. Katowickiego Holdingu Węglowego S.A. W ten sposób PGG rozpoczęła działalność wydobywczą w 15 przejętych kopalniach.
Te zmiany własnościowe i organizacyjne miały stanowić podstawę restrukturyzacji nabytych kopalń. Okoliczności, jak już powiedziano, były wielce sprzyjające – znaczące dokapitalizowanie PGG przez inwestorów, a także wzrost cen węgla, wynikający z dobrej koniunktury gospodarczej w latach 2016-2018, dawały szanse na dokonanie głębokiej restrukturyzacji, przygotowującej spółkę na powtarzające się okresy dekoniunktury i ryzyka utraty płynności finansowej, jakie wielokrotnie dotykały polskie górnictwo.
PiS-owi wszystko to udało się jednak tak jak zwykle. Koszty stałe produkcji w PGG były coraz wyższe, a wydajność coraz gorsza.
PiS doi aż miło
„Cel w jakim powołano ten podmiot (Polską Grupę Górniczą) nie został osiągnięty” – zauważa NIK. Czyli, wszystkie te działania zdały się psu na budę, a wykonana praca przyniosła efekt już nie zerowy, ale ujemny. To oczywiście w najmniejszym stopniu nie zmniejszyło samochwalstwa i samozadowolenia rządu PiS. I poniekąd można zrozumieć członków obecnej ekipy. Przecież oni i ich kumple w coraz większym stopniu korzystają z zasobów „ojczyzny dojnej”.
Niewykluczone, że przy restrukturyzacji PGG popełniono też przestępstwa, czego oczywiście nie dowiemy się, w sytuacji gdy nadzór nad pracą prokuratorów sprawuje obecny Prokurator Generalny i Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.
Izba zwraca bowiem uwagę, że PGG niewłaściwie wyceniła znaczną część nabytych aktywów Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego. Zniekształcało to obraz sytuacji majątkowej i finansowej całej spółki.
W rzeczywistości wartość tych aktywów była niższa aż o około 40 proc. w stosunku do wycen sporządzonych przez niezależnych rzeczoznawców majątkowych – co już wygląda na grubszy przekręt ze strony tych, którzy przeprowadzali restrukturyzację.
Takie zaksięgowanie nabytych aktywów prowadziło do – należy przypuścić, że świadomego i zaplanowanego – wypaczenia wysokości kosztów operacyjnych. Powodowało to zawyżenie wyników finansowych netto Polskiej Grupy Górniczej.
„Podważa to wiarygodność prezentowanych przez PGG wyników ekonomicznych działalności, tak na poziomie spółki jak i jej poszczególnych kopalń, a także ich przydatność w podejmowaniu decyzji zarządczych związanych z prowadzeniem restrukturyzacji” – konkluduje NIK.
Z tym, że naturalnie nikomu tu nie zależało na wiarygodności. Zawyżanie wyników finansowych oznaczało bowiem oczywiste korzyści dla ludzi, maczających palce w osiągnięciu tego „sukcesu gospodarczego”.
Pora na prokuratora
Przekręt przy wycenie nabytych aktywów mógł polegać na tym, że sporządzając je, wartości znaczącej części aktywów przemnożono przez tzw. współczynniki korygujące określone przez kierownictwo Polskiej Grupy Górniczej. Współczynniki te miały różne wartości dla poszczególnych kopalń.
W uproszczeniu, ten sposób wyceny oznaczał to, że na przykład urządzenie o wartości wycenionej przez rzeczoznawców majątkowych na 1 mln zł, w jednej z kopalń było księgowane w wartości blisko 1,3 mln zł, a w innej jego wartość księgowa wynosiła 1 zł. Tyle, że jeśli dochodziło do zbycia takiego, teoretycznie bezwartościowego urządzenia, to sprzedawano je już za kwotę bardzo wielu złotówek. I jakaś grupka cwaniaków na tym mogła zarobić.
NIK opisuje drastyczny przypadek czterech kopalń i jednego zakładu Polskiej Grupy Górniczej. Ponad 99 proc. wartości ich aktywów ujętych w księgach rachunkowych, stanowiły grunty i środki trwałe w leasingu oraz w budowie. Wprowadzono je do ksiąg wedle wartości określonych przez niezależnych rzeczoznawców majątkowych.
Natomiast wartość pozostałych aktywów tych kopalń, czyli m.in. maszyn, urządzeń, środków transportu oraz wartości niematerialnych i prawnych, została wyceniona przez PGG – i wynosiła… 1 zł za każdą sztukę.
Przykładowo, w jednej z kopalń znajdowały się 74 budynki, których wartość niezależny rzeczoznawca majątkowy oszacował na ponad 22 mln zł. Jednakże w księgach rachunkowych PGG wyceniono je na 74 zł, to jest każdy budynek za 1 zł. Tą sprawą powinien się zająć prokurator, ale podczas rządów PiS naturalnie się nie zajmie.
Koszty nikogo nie obchodziły
Jeśli chodzi o wysokie koszty wydobycia węgla, to władze PGG nie opracowały w terminie, choć powinny, planu naprawczego, zmierzającego do przywrócenia ustalonych wartości wskaźnika określającego koszty wydobycia węgla. Kto by się tam zresztą przejmował kosztami. Polska Grupa Górnicza była przecież w niezłej sytuacji ekonomicznej i finansowej.
W latach 2016-2018 panowała raczej korzystna koniunktura, a ceny zbytu węgla rosły (w 2018 r. były one o ok. 50 proc. wyższe od cen w roku 2016). No i płynęła kasa – dokapitalizowanie spółki przekroczyło łącznie 3,4 mld zł. A na wynik firmy wielki wpływ miał przyjęty sposób wyceny nabytego majątku.
W rezultacie, na papierze wyniki finansowe netto PGG poprawiały się. W 2016 r. odnotowano stratę 332 mln zł, w 2017 r. zysk przekraczający 86 mln zł, a w 2018 r. wzrósł on do ponad 493 mln zł!.
„Wyniki te były zawyżone ze względu na zastosowany sposób wyceny wartości nabytych aktywów Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego. Poprawiały się także wyniki finansowe netto poszczególnych kopalń PGG (poza jedną). Były one także zniekształcone niewłaściwą wyceną ich aktywów” – stwierdza jednoznacznie NIK, co powinno skończyć się zawiadomieniem o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
W fikcyjnej rzeczywistości, wykreowanej przez rząd PiS wszystko więc wyglądało doskonale. Ale faktycznie koszty stałe pozostawały wysokie i wciąż wzrastały.
Dominującą część koszów stanowiły wynagrodzenia – a wysokość tych wynagrodzeń w żaden sposób nie była uzależniona od osiąganych wyników PGG.
Niższa od zaplanowanej produkcja węgla oraz utrzymywanie wysokiego zatrudnienia, powodowały spadek wskaźników rocznego wydobycia węgla przypadającego na jednego pracownika spółki. W latach 2016-2018 wzrostowi średniego wynagrodzenia o 13 proc. towarzyszył spadek rocznej wydajności wydobycia na jednego zatrudnionego o 2 proc. – obliczyła NIK.
Nieudolność czy świadomy plan?
Wszytko to oznacza, że w wyniku poczynań obecnej ekipy, PGG jest kolosem na glinianych nogach. Niesprawiedliwy system wynagradzania w połączeniu z wysokim stanem zatrudnienia, oznacza, że spółka nie będzie mogła dostosować swoich kosztów do nieuchronnych spadków cen węgla i przychodów w okresie dekoniunktury.
Tym samym, jak konkluduje NIK, wystąpiło ryzyko utraty przez PGG zdolności do obsługi zadłużenia – a spółka wyemitowała obligacje o wartości prawie 2,4 mld zł. Ich termin wykupu kończy się jednak w 2028 r., więc obecną ekipę mało obchodzi, co się wtedy zdarzy.
Restrukturyzacja Polskiej Grupy Węglowej nie była procesem zbytnio skomplikowanym. PiS-owska ekipa przeprowadziła ją jednak tak źle, jak to tylko było możliwe.
Efektem tej pożal się Boże, restrukturyzacji jest systematyczny wzrost importu rosyjskiego węgla. Można powiedzieć, że to po prostu tylko typowa PiS-owska nieudolność.
Można też jednak zapytać, czy nie chodzi tu o świadome, zaplanowane działanie, sprzyjające – ze szkodą dla Polski – interesom ekonomicznym państwa rosyjskiego?

Nie uciekniemy od transformacji energetyki

Liderzy Związku Zawodowego Górników obudzili się z letargu, w który popadli na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Nie reagowali, gdy kilka dni temu Andrzej Duda mobilizował ich do działań przeciwko sędziom. Nie organizowali akcji protestacyjnych i milczeli, gdy partia rządząca zamykała kopalnie i likwidowała miejsca pracy w branży. Przez wiele miesięcy nie przeszkadzało im, gdy import węgla z Rosji bił historyczne rekordy. Zmobilizowali się dopiero wtedy, gdy do Polski przyjechała nastoletnia szwedzka działaczka, Greta Thunberg.
Obelgi zamiast dyskusji
Związkowcy obudzili się z wielomiesięcznego snu, aby mocno uderzyć nie tylko w Thunberg, ale też górników, którzy ośmielili się z nią spotkać, w tym szczególnie organizującego spotkanie, Jerzego Hubkę. W ten sposób liderzy Związku Zawodowego Górników i Sierpnia 80 wpisali się w najgorsze stereotypy antyzwiązkowe. Rzecznik Sierpnia 80, Patryk Kosela zwyzywał Hubkę, używając prymitywnych, nienawistnych sformułowań. Brakowało tylko gróźb pobicia. Podejście władz ZZG o tyle zdumiewa, że przez wiele lat mówiły one tym samym językiem, co Hubka dziś. Najwyraźniej Prawo i Sprawiedliwość zepsuło nie tylko standardy działań w polityce sejmowej, ale też część środowisk związkowych.
W stanowisku, które przyjęła w tej sprawie Związkowa Alternatywa, czytamy, że „świat, w tym Polska, wymaga podjęcia całościowych działań na rzecz zapobiegania zmianom klimatycznym. Ślepota na te procesy jest przejawem nieodpowiedzialności i niewiedzy”.
Przypomnieliśmy też jako związek, że Hubka nie mówił o likwidowaniu żadnych kopalni – tym zajmuje się rząd za cichym przyzwoleniem dużych związków górniczych. Hubka jedynie „apelował o wdrożenie w górnictwie nowoczesnych technologii, które pozwoliłyby na zachowanie miejsc pracy, a zarazem realizację ambitnych celów klimatycznych”.
Ambitne cele nie dla Polski?
Niestety Polska jest krajem, w którym tak oczywiste tezy budzą kontrowersje. Związkowcy, podobnie jak i przedstawiciele władz publicznych, powinni usiąść i pilnie opracować zasady polityki energetycznej na najbliższe lata, uwzględniając cele klimatyczne. Tymczasem wolą bronić status quo, które jest niekorzystne dla nikogo: kopalnie są likwidowane, miejsc pracy w górnictwie ubywa, importujemy coraz więcej węgla z Rosji, nie mogąc sprzedać swojego, a zmiany klimaty dokonują się w coraz szybszym tempie, zagrażając przyszłości całej ludzkości. Ponadto polskie władze zamiast negocjować z Unią Europejską pozyskanie dodatkowych środków na inwestycje ekologiczne, wolą bronić status quo jak niepodległości. W konsekwencji polska energetyka ani nie jest bardziej ekologiczna, ani bardziej opłacalna, ani bezpieczniejsza. Jest tylko w 100 proc. narodowa, czyli zgodna z wolą partii rządzącej.
Od OZE… odchodzimy
Nagonka na Gretę Thunberg ukrywa brak jakiejkolwiek polityki energetycznej polskich władz i dokonujący się regres odnośnie ekologicznej transformacji. Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny opublikował raport dotyczący udziału energii odnawialnej w ogólnym zużyciu energii. Zgodnie z ostatnimi danymi w 2018 r. w krajach należących do Unii Europejskiej energia odnawialna stanowiła 18 proc. całej energii, czyli o 0,5 pkt proc. więcej niż rok wcześniej o i 1,3 pkt proc. więcej niż w 2015 r. Blisko połowa państw osiągnęła już zaplanowane cele klimatyczne, większość się zbliża do ich realizacji.
Jak wygląda Polska? Nasz kraj wynegocjował jeden z najmniej ambitnych celów i zadeklarował, że w 2020 r. poziom energii odnawialnej sięgnie 15 proc. Ale nawet do tej granicy się nie zbliżamy. W 2018 r. energia odnawialna stanowiła 11,3 proc. wykorzystywanej energii, czyli o 0,4 pkt proc. mniej niż w 2015 r. Za rządów PiS odchodzimy zatem od energii odnawialnej. O energii atomowej wciąż nic nie wiadomo i wydawane są kolejne dziesiątki milionów na ekspertyzy.
Pod koniec ubiegłego roku rząd ogłosił, że w 2020 r. trzeba przyjąć plan budowy elektrowni i otworzyć pierwszy reaktor do 2033 r. Jakichkolwiek konkretów brak. Również oficjalnie adorowane przez rząd kopalnie są zamykane w coraz szybszym tempie. Cóż więc nam zostaje? Wygląda na to, że rząd celowo skazuje nas na rosyjski węgiel. Walka z Gretą Thunberg nic tutaj nie zmieni.

Sojusz PiS-u z rosyjskim węglem

Tak się jakoś składa, że polityka energetyczna rządu Prawa i Sprawiedliwości, choć szkodliwa dla Polski, jest bardzo korzystna dla rosyjskiego eksportu węgla kamiennego do naszego kraju. I przynosi efekty.

Polskie elektrownie są wyeksploatowane i wykorzystują głównie tzw. surowce wysokoemisyjne, czyli zatruwające powietrze. W 2015 r. udział węgla kamiennego i brunatnego w produkcji energii elektrycznej w Polsce wynosił 81 proc. Dziś jest nieco mniejszy – 75 proc.
Nieuchronne jest wyłączenie z eksploatacji najbardziej przestarzałych i zanieczyszczających środowisko bloków energetycznych, oraz zastąpienie ich nowymi urządzeniami wytwórczymi.
To duże wyzwanie dla całego sektora, ale jednocześnie stwarza szansę na zróżnicowanie stosowanego paliwa, unowocześnienie energetyki oraz zmniejszenie jej uciążliwości dla zdrowia ludzi i dla środowiska. Problemem jest jednak wielka skala modernizacji, zapewnienie pieniędzy na tak duży zakres przedsięwzięć inwestycyjnych oraz długi czas ich realizacji.
Czas na modernizację
Z powodu kiepskiego stanu technicznego, w latach 2020-2035 powinna nastąpić likwidacja bloków energetycznych wybudowanych w latach siedemdziesiątych. Wytwórcy energii deklarowali, że w latach 2014-2028 podejmą się budowy nowych bloków o mocy 10,5 GW, za około 54 mld zł oraz modernizacji elektrowni, co wymaga nakładów na poziomie około 12 mld zł. Jednakże w latach 2010-2014 przedsiębiorcy zrezygnowali z budowy 10 nowych bloków energetycznych, tłumacząc to zbyt dużym ryzykiem cenowym i regulacyjnym. Nie wiedzą bowiem, jakie będzie otoczenie prawne rynku energii i jego uczestników za kilka czy kilkanaście lat – co można zrozumieć, bo w kraju o tak często zmieniających się przepisach jak w Polsce, trudno porywać się na długofalowe inwestycje.
Polska nie ma wyjścia i musi stopniowo odchodzić od węgla. Prawo i Sprawiedliwość pragnie maksymalnie opóźnić proces eliminowania węgla z naszej gospodarki, co jest na rękę Rosji, z której importujemy coraz więcej węgla. Wydaje się jednak, że mimo starań obecnych rządów Polski i Rosji, nieuniknione jest stopniowe odchodzenie od węgla w naszym kraju.
Polityka Unii Europejskiej zmierza do zasadniczej transformacji systemu energetycznego w Europie, dążąc do zmniejszenia negatywnego wpływu energetyki na środowisko. Wiąże się to z koniecznością odejścia od gospodarki opartej na paliwach kopalnych, w szczególności właśnie na węglu..
Zużycie energii elektrycznej w UE wzrosło w 2018 r. tylko nieznacznie – o 0,2 proc. – w porównaniu z 2017 r. i wyniosło 3 276 TWh (terawatogodzin). Do najistotniejszych zmian w tzw. europejskim miksie energetycznym należy zaliczyć wzrost produkcji energii z wiatru (o 22 TWh), przy czym aż 90 proc. tego wzrostu to wiatry w trzech krajach (Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji).
W ciągu ostatnich ośmiu lat produkcja energii elektrycznej opartej o węgiel kamienny spadła w skali UE o 9 proc., tj. o 34 TWh (do poziomu 324 TWh), natomiast wykorzystującej węgiel brunatny aż o 40 proc. Przełożyło się to na spadek emisji dwutlenku węgla w sektorze energetycznym zaledwie o 5 proc. Jak widać, gra wydaje się niewarta świeczki, bo wydawanie ogromnych pieniędzy na osiągniecie tak nikłego efektu jet mało racjonalne. W dodatku, dwutlenek węgla nie jest gazem trującym, zaś ograniczanie jego emisji jest wynikiem wiary w teorię, że na świecie rośnie temperatura, za co odpowiedzialny jest człowiek, emitując do atmosfery coraz więcej gazu cieplarnianego jakim jest CO2.
Teoria jest naciągana, po przy rocznej emisji CO2 na Ziemi wynoszącej 0,55 biliona ton, działania ludzkie są odpowiedzialne jedynie za 0,04 biliona ton. Zyskała jednak rangę obowiązującej polityki więc nie warto z nią dyskutować.
Polska nie zmieni więc kierunku energetycznego Unii Europejskiej, a najbardziej rozwinięte państwa unijne są zainteresowane rosnącymi możliwościami sprzedaży swych nowoczesnych instalacji energetycznych. Niestraszne im też są wielkie pieniądze, jakich wyłożenia wymagać będzie odchodzenie od węgla – zwłaszcza, że to nie one, a głównie Polska będzie musiała je wydać.
Może zabraknąć
Dotychczasowa skala inwestycji w budowę i modernizację źródeł wytwarzania energii elektrycznej odpowiadała potrzebom polskiej gospodarki. Jednak w ocenie Najwyższej Izby Kontroli, zapewnienie bezpieczeństwa dostaw uzależnione jest przede wszystkim od terminowej budowy nowych bloków energetycznych.
Tymczasem brak stosownej strategii działań administracji rządowej, zaostrzające się kryteria ekologiczne Unii Europejskiej, zmienność regulacji prawnych wpływających na decyzje inwestycyjne oraz trudności i znaczne opóźnienia przy realizacji niektórych inwestycji rodzą ryzyko braku energii elektrycznej w przyszłości.
Według najnowszego Raportu o Stanie Unii Energetycznej opracowanego w kwietniu 2019 r. przez Komisję Europejską, gospodarka UE jest na dobrej drodze do zrealizowania założeń Porozumienia Paryskiego, polegających na zmniejszeniu o 20 proc. emisji gazów cieplarnianych w stosunku do poziomu z 1990 r.
W 2017 r. jedenaście krajów członkowskich UE osiągnęło już udział energii odnawialnej powyżej celu na 2020 r.
Według raportu Polska jest w grupie jedenastu innych krajów, mających problemy z rozwojem produkcji energii ze źródeł odnawialnych.
W 2016 r. Komisja Europejska przedstawiła projekt tzw. pakietu zimowego – dokumentów wytyczających kierunki polityki energetycznej Unii Europejskiej na lata 2020-2030.
Pakiet wprowadza m. in. normę ograniczającą w praktyce możliwość udzielenia wsparcia po 2025 r. dla produkcji energii z paliwa o emisyjności powyżej 550 gramów CO2 na kilowatogodzinę. Normy takiej nie spełnia obecnie żadna polska elektrownia na węgiel kamienny lub brunatny.
Stawiamy na rosyjski węgiel
W 2018 r. Polska była szóstym największym konsumentem energii elektrycznej w UE. Była też po Niemczech drugim krajem w Unii co do ilości wyprodukowanej energii elektrycznej opartej na węglu kamiennym (80 TWh) i brunatnym (49 TWh).
Przy czym Polska była jedynym w UE krajem, w którym odnotowano wzrost produkcji w oparciu o węgiel kamienny (o 2 TWh). Niemcy w tym samym czasie wyprodukowały o 11 TWh mniej energii z tego paliwa.
Jednocześnie w Polsce odnotowano spadek produkcji energii z węgla brunatnego o 3 TWh, z elektrowni wodnych o 1 TWh. zaś wiatrowych o 2 TWh. Taki jest efekt polityki rządu PiS, bardzo korzystnej dla rosyjskiego węgla.
Polska gospodarka plasuje się na drugim miejscu (za estońską) pod względem emisyjności. W 2018 r. emisyjność była na poziomie 682 gramów CO2/kWh i wzrosła o 1 proc. w porównaniu z 2017 r. Średnia dla UE wynosiła wówczas 296 gCO2/kWh i była niższa o 5 proc. w porównaniu z 2017 r.
W całej Unii produkcja energetyki jest więc coraz czystsza, a w Polsce coraz brudniejsza. To szkodzi zdrowiu Polaków, ale pomaga sprzedaży rosyjskiego węgla.