Bonne continuation!

O filmie Smarzowskiego „Kler” piszą i mówią dzisiaj niemal wszyscy.  Ale pedofilia wśród niektórych księży to główny, ale nie jedyny wątek filmu.

 

Z drugiej strony emisja tego filmy jest niewątpliwie wydarzeniem ważnym, może nawet historycznym.
Trudno więc go pominąć na stronach mojego subiektywnego kalendarium politycznego. Wybrałem się więc na film Smarzowskiego „Kler”.
Do wrocławskiej Korony. Seans o 18:30. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. Widownia poruszona. Po zakończeniu projekcji oklaski, powaga.
Stworzenie i pokazanie filmu „kler” jest niewątpliwie bardzo ważnym wydarzeniem społecznym i politycznym w Polsce.
Skoro na mnie, agnostyku, zrobiło to filmowe dzieło tak ogromne wrażenie, to mogę tylko próbować sobie wyobrazić jakie wrażenie robi ono na ludziach głęboko wierzących, zanoszących do konfesjonału wszystkie swoje bóle i troski, powierzających kapłanom wychowanie swoich dzieci. Jak ważnym jest to wydarzenie – tego dzisiaj nie sposób ocenić. Ale parę rzeczy jest pewnych.
Po pierwsze więc jest to film bardzo potrzebny. Szkoda, że tak późno, ale lepiej późno niż wcale.
Po drugie, film nie jest oczywiście wierną fotografią polskiego kleru, ale wierną fotografią niektórych, bardzo ważnych problemów tej zbiorowości.
Po trzecie film jest niewątpliwie rodzajem hołdu i współczucia ofiarom księży – pedofilów.
Jest aktem społecznego ubolewania nad ich tragicznym losem. Ale też jest – mam taką nadzieję – skuteczną próbą przełamania zmowy milczenia najbliższych wokół dziecięcych dramatów. Zmowy, która skutecznie skrywała tą obrzydliwą patologię części duchowieństwa przez stulecia.
Po czwarte wreszcie film spełnił rolę szpilki, która publicznie przekłuła olbrzymi, nadmuchany do granic balon. Czar prysł, tabu zostało złamane. Mam więc nadzieję, że film „Kler” otworzył nowy rozdział nie tylko polskiego kina, ale polskiej sztuki, w którym o patologiach stanu kapłańskiego nie tylko będzie można, ale będzie trzeba mówić do bólu otwarcie i szczerze.
Pedofilia wśród niektórych księży to główny, ale nie jedyny wątek filmu. Jest ich dużo, dużo więcej. Na drugi plan niewątpliwie wysuwa się kwestia duchowieństwo a dobra doczesne: pieniądze, nieruchomości, władza. Mam nadzieję, że te wątki będą kontynuowane. Tym bardziej, że przeczytałem gdzieś, że Smarzowski nosi się już ze scenariuszem filmu „Kler 2”. Bonne continuation!

 

Tekst ukazał się ba blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Dobrzy ludzie w złej korporacji

Szczerze? Gdyby nazwisko reżysera „Kleru” nie było znane i chodliwe, to dałabym głowę, że ten film nakręcił autentyczny praktykujący katolik, który „ma marzenie”: o kościele ubogim, miłosiernym, w służbie ludziom. Wytworzona wokół produkcji atmosfera „ataku na księży” od początku do końca jest nadpisana. Na wszelki wypadek lojalnie uprzedzam, że na potrzeby niniejszego tekstu zamierzam zdradzać fragmenty fabuły.

 

Film Smarzowskiego ogląda się dobrze, wartko, bez wrażenia dłużyzn. Ma wszystkie komponenty, które kinowy hit obliczony na przyciągnięcie tłumów mieć powinien: jest Temat przez duże „t”, jest wątek miłości, jest kryminalna intryga z szantażem w tle, jest picie na umór i „kurwy” sypiące się z ust szacownych duszpasterzy, jest wreszcie efekt filmu zakazanego, który wyprzedza jego własna legenda.

Ale w przeciwieństwie do „Róży”, „Wołynia”, czy choćby nawet „Drogówki” zostaje z niego w głowie niewiele. Jeżeli chcieliście zobaczyć film o dojmującej samotności sługi bożego czującego fałsz we wszystkim, czemu poświęcił swoje życie; o tym, jak w dzisiejszych czasach duchowni radzą sobie z kryzysem wiary i galopującą świeckością (wypierają wątpliwości? Cynicznie rozgrywają swoją pozycję? Gdzie szukają odpowiedzi, kiedy bóstwo, do którego wznoszą modły, milczy?); o tym, jak dochodzi do tego, że nagle pociąg seksualny w czterdziestoletnim mężczyźnie zaczyna wzbudzać uczeń VI B – to chciejcie sobie dalej. Smarzowski na te pytania nie udzieli wam satysfakcjonującej odpowiedzi.

 

Ziew

Owszem, zobaczycie kościół zepsuty, uwikłany w sieć śmierdzących szwindlami powiązań z politykami, mafią i biznesem. Na górze ociekający złotem i ośmiorniczkami na śniadanie, na dole wydzierający z wiernych ostatni grosz „na nowy dach” i „na nowe rynny”. To nic nowego, te drzwi dawno już wyważono. Takie oblicze kościoła znamy z „Faktów i Mitów”, znamy z Urbanowego „Nie”, z doniesień o kolejnych pedofilskich aferach, pławieniu się w luksusie czy mieszaniu się w świeckie ustawodawstwo.

Pewnym zaskoczeniem, co widać niemal we wszystkich recenzjach, jest fakt, że okrzyknięty klerożercą i przeklęty już na wejściu Smarzowski, tak naprawdę robi wszystko, by przekonać nas, że jego bohaterowie powinni jednak zostać zbawieni. Że są skrzywdzonymi, skrzywionymi ludźmi, którzy wpadli w koleiny zła, wysokie na metr. Zła, które się instytucjonalnie reprodukuje w kościele z pokolenia na pokolenie. Problem w tym, że samo odkrycie, iż każde hermetyczne środowisko ma swoje twarde reguły, swoją cenę płaconą za przynależność i złamane kręgosłupy na koncie – nie jest żadnym odkryciem.

Last but not least, nikt nie zadał sobie trudu, aby rozłożyć sam mechanizm działania „złej korporacji” na czynniki pierwsze i pokazać, jak zmieniała się świadomość bohaterów, jak wsiąkali głębiej w odczłowieczenie, co ich po kolei łamało, jak w męczarniach umierały skrupuły i co z nich w efekcie zostało. Dostajemy bowiem obrazek pt. „stan obecny” (alkoholizm, utracjuszostwo, molestowanie dziecka) i za wyjaśnienie ma wystarczyć retrospektywny przebłysk sprzed lat 20 z zakonnicą znęcającą się w bidulu. To trochę za mało, trochę zbyt prosto.

 

Normalnie z babą

Dydaktyzm niektórych scen, by nie powiedzieć scenek, przyprawia o ból zębów. Rozgrzeszenie od dobrego Pana Boga i reżysera spośród trzech wiodących bohaterów dostanie na koniec oczywiście poczciwy pijanica (Robert Więckiewicz), który związał się z „normalną babą”. Te „grzechy” są oswojone, Polacy są w stanie je księdzu wybaczyć. I dobrze, nic co przaśnie ludzkie nie jest nam obce. Tylko czemu to wszystko takie psychologicznie niewiarygodne, jakby kręcił to Walt Disney?

Proboszcz wiejskiego kościółka od lat drze z kochanką koty, od lat rozbija się autem po pijaku, od lat nie rusza go, że zgarnia ostatni grosz od wielodzietnych ubogich rodzin. Aż nagle – pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi na policję sam się aresztować, bo uświadamia sobie, że chyba potrącił ojca szóstce smutnych dzieci. Pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi szukać ciężarnej kochanki w klinice aborcyjnej u południowych sąsiadów, żeby tylko przypadkiem nie usunęła. Jasne. Nagłe cuda, przemiany na gwizdek i olśnienia na 3, 2, 1 pewnie czasem się w życiu zdarzają, a „miłość wszystko zwycięża”, jednak widz, który wyrósł już z oglądania dobranocek może poczuć się nieco zawiedziony.

 

Raz w tyłek – zawsze w tyłek

Zbawienie zapuka też do księdza (Arkadiusz Jakubik), który sam wymierzył sobie karę (najcięższą), wcześniej dokonawszy wyznania win przed wiernymi zgromadzonymi na nabożeństwie. To ten, który molestował chłopca, bo sam był molestowanym przez księdza – przyjaciela domu, chłopcem. Znany motyw: sprawca, który został skrzywdzony w dzieciństwie. No, w porządku, ALE…
Przy tej historii rodzi się całe mnóstwo pytań: czy grzech reprodukuje się w zakrystiach wyłącznie poprzez ten prosty schemat? Czy sprawstwo pedofilii staje się udziałem wyłącznie byłych ofiar (już „Lolita” Nabokova dowodzi, że nie)? Kto lgnie do księży? Do kogo lgną księża? Na Boga, panie Wojtku, czemu ograniczył się pan do najprostszej możliwej kombinacji? Demony śpiące w nas mają miliony uwarunkowań, co doskonale pokazano w „Wołyniu”, tutaj jednak dostajemy wyjaśnienie na poziomie „raz w tyłek – zawsze w tyłek”.

Cytując Monikę Płatek: „Pedofilia to przypadłość, której przyczyn nie znamy, a która prawdopodobnie rozwija się w okresie prenatalnym i polega na pociągu seksualnym w okresie przed tzw. pokwitaniem”. Prof. Płatek ubolewa nad tym, że osoby dotknięte pedofilią preferencyjną nie mają w Polsce możliwości, by uzyskać stosowną pomoc i uniknąć krzywdzenia dzieci. Jednocześnie wysnuwa bardzo kategoryczny wniosek, że większość duchownych molestujących dzieci nie jest pedofilami w rozumieniu medycznym, lecz grupą wykorzystującą swoje przywileje do zaspokajania potrzeb w najłatwiej dostępny sposób. To tę analizę powinien wziąć na bary reżyser: pochylić się nad pytaniem, czy do seminariów i zakonów trafiają ludzie, którzy już mają erotyczne bądź miłosne marzenia na temat dzieci, czy dopiero ich „dostępność” te pragnienia budzi, jak ten proces budzenia się pragnień przebiega i czy jest odwracalny.

W historii księdza Kukuły jaskrawo widać też odklejenie Smarzowskiego w kwestii „ludowej” religijności, którą reżyser potraktował bardzo życzeniowo, albo zapamiętał z wczesnych lat 90. Dziś dzieci na religii nie muszą pytać samego zainteresowanego, co to znaczy „pedofil”, bo sprawdziły to już dawno w smartfonach (owszem, elektronika dotarła też na wieś). Mało prawdopodobne, że wzięłyby księdza-sprawcę w krzyżowy ogień pytań, bo mają na niego po prostu wywalone. Podobnie dorośli, którzy chodzą do spowiedzi dwa razy w roku przed świętami zaraz po umyciu okien. To nie „Chłopi” Reymonta, gdzie ludność łka przy konfesjonale, albo drży po skarceniu z ambony. Dziś ludzie mają wiele alternatyw dla zaspokajania metafizycznych potrzeb, jest nią choćby internet.

To oczywiście pociąga za sobą różne skutki między innymi na poziomie wartości. Dlatego niezłomny kompas moralny rozwścieczonych mieszkańców wsi, którzy biegną z widłami za „zboczeńcem” przez zarośla to oczywiście obrazek urzekający, choć kompletnie odrealniony. Dziś prawa wspólnoty się zmieniły, rozluźniły. Sąsiedzi „nie słyszeli płaczu”, „nie widzieli siniaków”, „nie chcą mieszać się w awantury”, a już na pewno nie stają na rzęsach, żeby wyrywać cudze dzieci z patologii. Bynajmniej nie są też zaskoczeni faktem, że ksiądz to żadna istota nadprzyrodzona. Tak dobry obserwator jak Smarzowski musi być przecież tej inercji świadomy. Serio, nawet religijność spod znaku Radia Maryja nie jest tak naiwna, ona zaspokaja przede wszystkim potrzebę bycia żołnierzem jakiejś sprawy: walki z aborcjonistami, Żydami, feministkami.

 

W siedzibie zła i zepsucia

Ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) to inne zło: demoniczne, psychopatyczne, prące po trupach do celu. Jego celem jest posada w Watykanie, to człowiek zafiksowany na punkcie władzy, kontroli, pociągania za sznurki. W środku skrajnie niepewny siebie, nauczony jednak osiągać swoje cele podstępem i cierpliwością. I w sumie ta postać wyszła Smarzowskiemu całkiem nieźle, choć również znajdziemy tu całą masę schematów banalnych do bólu: w toku fabuły też wyda się, że nad małym Lisowskim znęcał się filmowy odpowiednik osławionej „siostry Bernardetty”. Zgodnie z tą logiką bohater musi więc przekazywać krzywdę dalej. O ileż ciekawiej – i po prostu bardziej życiowo – wyszłoby, gdyby zrezygnować z tej prostej zależności i pokazać choćby społecznie nieprzystosowanego odludka, który owszem, jest w stanie załatwić umierającym na raka dzieciom konsole z lipnego przetargu, ale w skrytości ducha nienawidzi bliskości, gardzi innymi ludźmi i sam się z tym swoim nieprzystosowaniem męczy?

Lisowski na koniec nie dostaje od reżysera aprobaty. Czujemy, że nie odkupił swoich win jak jego dwaj koledzy. Ale dostaje doczesną nagrodę: jego diaboliczny plan się udaje, wysiłek nie idzie na marne. Wyraźnie czujemy jednak, że bohater dochrapał się do swojej wymarzonej Stolicy Apostolskiej wyłącznie dlatego, że jego przełożeni (m.in. Janusz Gajos) okazali się – przy tym samym poziomie zepsucia – mniej sprytni. Dali się ograć. Tu rzeczywiście wyczuwalna jest gra światłocieniami: przysługi, które faktycznie wyrządza ludzkości Lisowski, dzieją się „przypadkiem” albo są pochodną jego bezkompromisowego dążenia do celu. Ciężko chory syn dziennikarki nigdy nie trafiłby na operację, gdyby bohater nie chciał wykorzystać jej pozycji zawodowej do ośmieszenia niewygodnego przedsiębiorcy. Fioletowy biskup też nigdy nie dostałby po nosie, gdyby nie trafił na bardziej wytrawnego od siebie gracza.

 

Natura ludzka

Teza Smarzowskiego, że kościół roi się od ludzi dobrych, ale pokiereszowanych, jest pewnie w dużej mierze słuszna (jest też dość uniwersalna), sęk w tym, że byłaby ona odkrywcza w okolicach 1989 roku (ten wątek przewinął się przez sekundę: na wspomnieniowych migawkach z udziałem wielkiego autorytetu zbuntowanych „Solidaruchów”). Hipokryzja duchowieństwa nikogo dziś nie zaskakuje, dlatego od tego filmu oczekiwałabym pogłębionej analizy motywacji życiowych wyborów bohaterów, wiwisekcji odczłowieczania przez system, czy choćby zastanowienia się nad uwarunkowaniami: zauważmy, że młodzi mężczyźni idą dziś do seminariów z powodów innych niż w np. XIX wieku (bieda) czy po wojnie (poczucie misji, fantasmagoryczna wizja ekumenicznego kościoła, który łączy, a który dziś przeżywa kryzys). Bardziej wymagający widz nie dostanie odpowiedzi, na których mu zależy. Nie dowie się też wiele więcej o naturze ludzkiej, czy korzeniach zła, niż miał nadzieję się dowiedzieć.

Budująca jest jednak nadzieja, którą dał Smarzowski, twardo opowiadając się za chrześcijańskim porządkiem świata przeciwko Nietzscheańskiemu chaosowi. Nie jest to jednak – mówię to z żalem – film, który przeora społeczną świadomość. Zostawia głównie poczucie olbrzymiego niedosytu.

Smutna monachomachia naszych czasów

Krytycy, a raczej kręgi potępiające film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego odmawiają mu wiarygodności, określając go jako antyklerykalną czy nawet antykatolicką i antyreligijną agitkę propagandową, „atak na Kościół”.

 

Używają przy tym argumentu, według którego spiętrzenie w tym filmie katalogu najgorszych zjawisk z życia polskiego kleru, jednostronna kumulacja wyłącznie niemal jego przywar, ohydy i okropności, odbiera temu utworowi prawdę. Gdyby stosowanie tego rodzaju argumentu było uzasadnione, to większość dzieł literackich czy filmowych, zaliczanych do nurtu realizmu musiałaby zostać wykreślona z tego nurtu w sztuce.

 

Czym jest realizm?

Rolą dzieła sztuki nie jest jednak literalne dokumentowanie całego spektrum zjawisk w danym społeczeństwie i w poszczególnych jego warstwach, w jakiejś epoce. Nie byłaby bowiem powieścią realistyczną „Lalka” Bolesława Prusa, skoro jej bohaterem jest zdeklasowany szlachcic bogacący się jako kupiec, jego perypetie uczuciowe stanowią istotny składnik powieści, a spektrum zjawisk i postaci daleki jest od pełnej panoramy społecznej ówczesnego, bytującego pod zaborem rosyjskim społeczeństwa polskiego, a nawet tylko Warszawy schyłku XIX wieku. Już sam tylko całkowity niemal brak w fabule powieści jakichkolwiek znaków przemożnej przecież obecności rosyjskiej, mógłby podważyć realistyczną kwalifikację tej powieści. Nie można by też uznać za wielkie dzieło rosyjskiego realizmu krytycznego „Martwych duch” Mikołaja Gogola, bo zawarta w nim syntetaza ducha XIX-wiecznej Rosji wyłania się z dziwnej groteskowej opowieści z życia dziwadeł ludzkich na tamtejszej głuchej prowincji, a kupiecki koncept skupowania „martwych dusz” nijak się ma do rzeczywistych problemów narodu rosyjskiego tamtych czasów. Na podobnej zasadzie można by podważyć realizm „Ojca Goriot” Honoriusza Balzaca, gdyż z powieściowego pensjonatu pani Vauquer położonego w zaułku na ówczesnych peryferiach Paryża i z historii córek okrutnie traktujących swojego ojca, bynajmniej nie da się wywieść literalnej, spełniającej kryterium realizmu, panoramy duchowej i społecznej ówczesnej Francji, a jednak takie miejsce ma to dzieło w historii literatury powszechnej. Podobnie jest z „Klubem Pickwicka” Charlesa Dickensa, który w ramie silnie nasyconej groteską opowieści o wędrówce dziwacznych panów po wiktoriańskiej, prowincjonalnej Anglii pomieścił wiele charakterystycznych rysów społecznych, ekonomicznych i moralnych epoki. Podobnie jest z filmem. „M-morderca” Fritza Langa z 1930 roku, realistycznym kryminałem dotykającym wąskiej kwestii ścigania seryjnego – mordercy psychopaty, a mimo to uznanym za przeczucie zbliżającego się hitleryzmu. Dzieła włoskiego neorealizmu z „Ziemia drży” Luchino Viscontiego, „Rzymem, miastem otwartym” Roberto Rosseliniego czy „Złodziejami rowerów” Vittorio de Sica też dalekie były od reprezentatywności w ukazywania powojennego społeczeństwa włoskiego, a mimo to nie tylko nikt im nie odmawiał przynależności do realizmu, ale metoda według której zostały zrealizowane stała się na długie lata ważnym punktem odniesienia a nawet wzorem dla europejskiego kina. Podobnie było z amerykańskim „kinem drogi” przełomu lat 60-tych i 70-tych („Swobodny jeździec” Dennisa Hoppera, „Nocny kowboj” Johna Schlesingera czy „Strach na wróble” Jerry Schatzberga), których twórcy w formułę opowieści o wędrówkach włóczęgów i wyrzutków społeczeństwa wpisali niepokoje całej ówczesnej Ameryki. A – by odwołać się na koniec do przykładów rodzimych – czyż dramatyczna historia prowincjonalnego przodownika pracy w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, daleka przecież od pełnej panoramy polski bierutowskiej, nie stała się, pars pro toto, odniesieniem do kluczowych problemów PRL na przestrzeni całego ówczesnego ćwierćwiecza? I czy odmawiano atrybutów realizmu, iście gogolowskiego, koronnemu dziełu nurtu „moralnego niepokoju”, „Wodzirejowi” Feliksa Falka, który smutną panoramę schorzeń Polski „przedsierpniowej” zawarł w historii prowincjonalnego pracownika frontu rozrywki estradowej i jego otoczenia? Realizm w sztuce to nie realizm reportażu, newsa dziennikarskiego, książkowej monografii naukowej czy opowieści dokumentalnej. Skrót jest w nim uprawniony, poza tym że zwyczajnie konieczny. Smarzowski jest wybitnie wrażliwym sejsmografem nastrojów, niepokojów czy przeczuć społecznych. Przeczuł zatem, że w katolickim polskim społeczeństwie dojrzał już imperatyw, by bez złudzeń spojrzeć na instytucję, z którą jego ciągle znacząca część jest mniej czy bardziej związana. Krytycy filmu pytają, dlaczego Smarzowski zajął się zepsuciem występującym akurat w konkretnej społeczności, w grupie zawodowej jaką jest kler, a nie w innej, skoro wybór – rzekomo – jest tak duży. A otóż zajął się już inną grupą: w „Drogówce” i niewykluczone, że zajmie się też kiedyś inną grupą, n.p. światem polskiego biznesu, dziennikarzami, prawnikami czy nauczycielami. Jest natomiast bardzo silny argument za tym, że celowe i uzasadnione było zajęcie się w pierwszym rzędzie klerem. Otóż ani biznesmeni, ani dziennikarze, ani nauczyciele, ani przedstawiciele żadnej innej profesji nie kreują się, głównie samozwańczo, przy biernej na ogół akceptacji społecznej, na „pierwszych w narodzie”, jako kapłani najważniejszego i masowego wyznania religijnego, na nauczycieli, wychowawców i przewodników milionów „owieczek”. Z tego to przecież tytułu kler uzyskał w Polsce po 1989 roku wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję w systemie prawnym, wymiarze ekonomicznym oraz w wymiarze prestiżu społecznego. A – zgodnie ze znaną formułą – „komu wiele dane, od tego wiele się wymaga”. Moralność osobista właścicieli sklepów spożywczych, kolejarzy czy artystów nie rozstrzyga w końcu o kształcie społecznej budowli, a weryfikacji podlegają te grupy wtedy, jeśli ich przedstawiciele łamią prawo. Kler natomiast uważa się i przez wielu jest uważany za „sól ziemi” polskiej, drogowskaz moralny, a na dodatek przypisywana mu jest – w dużym stopniu przesadzona i zniekształcona – rola historycznego wspornika narodowej egzystencji.

 

Nie dajcie się zwieść  zwiastunowi tego filmu

To, co uderza już po kilkunastu minutach oglądania „Kleru”, to powód do kompletnego zaskoczenia, jakie może być udziałem kogoś, kto przed pójściem do kina oglądał w telewizji czy w sieci trailera (zwiastuna) tego filmu. Sklepany z nielicznych skrawków sprawia wrażenie, jakby „Kler” był zrealizowany (scena prześmiewczej piosenki odgrywanej przez bohaterów filmu, ostro balujących bawiących na parafii czy strzelanie z procy przy akompaniamencie nucenia: „Oto wielka tajemnica wiary, złoto i dolary”) w hipersatyrycznej stylistyce totalnej „szydery”, w stylistyce charakterystycznej dla takich pism jak tygodniki „Nie”, „Fakty i mity” czy francuski „Le Canard Enchainé”. Jednak ci, którzy spodziewali się po „Klerze” szampańskiej zabawy typu „głupi i głupszy” albo zjadliwej komedii środowiskowej, jakich dziesiątki powstają choćby w USA, mogą być zaskoczeni.

 

Wybitne kino społeczne

Film Smarzowskiego został zrealizowany w stylistyce i estetyce ascetycznej, dyskretnej, surowej, maksymalnie oszczędnej, w szarobrudnej, nieefektownej kolorystyce obrazu i w rytmie bynajmniej nie stymulującym emocji. Tempo filmu jest, jak na obecnie obowiązujące standardy, powolne (w niczym nie przypomina dynamicznego, pędzącego trailera), zastosowane zostały długie ujęcia, a montaż sprawia wrażenie jakby rozmyślnie nieco siermiężnego, wolnego od efektownych sztuczek. Dialogi dalekie są od stylistyki antyklerykalnych skeczów kabaretowych. Przez przeważającą część trwania filmu, jego akcji nie towarzyszy muzyka, co wzmaga odczucie realizmu i uwalnia od dodatkowej presji emocjonalnej na widza. Zrealizowany został w tonacji spokojnej, bez jakichkolwiek efekciarskich grepsów. Do tej poważnej tonacji dostroili się aktorzy (m.in. kapitalni Arkadiusz Jakubik i Jacek Braciak, czy nie mniej wyborni Robert Więckiewicz, Stanisław Brejdygant, Joanna Kulig, Iwona Bielska). Grają swoje postacie serio, jak w dramacie społeczno-psychologicznym z prawdziwego zdarzenia, nie jak w satyrze. Jedynie biskupowi Mordowiczowi nadał grający go Janusz Gajos rys satyryczny, zastosowany jednak przez aktora w sposób bardzo delikatny, bez cienia szarży. Poświadczają to zresztą widzowie: podczas dwugodzinnego seansu nie było ani chichotu, ani jednego wybuchu śmiechu, o rechocie nawet nie wspominając. Stylistyka „Kleru” przypominała fragmentami skromne, wyciszone kino obyczajowe czechosłowackiego czy węgierskiego nurtu małego realizmu, jakie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych robili choćby Milos Forman czy Marta Meszaros, polskie „kino moralnego niepokoju”, angielskie kino nurtu „młodych gniewnych”, Lindsaya Andersona, Karela Reisza czy Tony Richardsona czy społeczno-polityczne kino włoskie po neorealizmie Francesco Rosiego (n.p. „Ręce nad miastem” i „Szacowni nieboszczycy”) czy Damiano Damianiego (n.p.„Zeznanie komisarza policji przed prokuratorem Republiki”). „Kler” może też fragmentami budzić skojarzenia ze quasi-dokumentalną stylistyką „cinema verité” („kina prawdy”), jednego z nurtów kina europejskiego przełomu lat 60-tych i 70-tych. Smarzowski wykorzystał zresztą fragmenty dokumentalnych nagrań ze stanu wojennego czy pojawiający się w ciągu całego filmu motyw ukrytej kamery. Te asocjacje nie zmieniają zresztą faktu, że Smarzowski ma własną, indywidualną kaligrafię. „Kler” to film o ludziach nieszczęśliwych, samotnych, żałosnych, pogubionych na różne sposoby, ludziach w całej swej małości i złu nie pozbawionych rysów, odruchów dobroci i uczciwości. Ale i tak brzydkich i żałosnych, także z estetycznego punktu widzenia, jak otaczająca ich rzeczywistość. Dramatycznej tonacji filmu dopełnia finałowa, dramatyczna scena publicznego, na oczach tłumu wiernych i biskupa, samospalenia się księdza, jak się można domyśleć, w proteście przeciw złu panoszącemu się w jego instytucji. Wśród ateistów czy nawet tylko antyklerykałów ten film może nawet wywołać uczucie niedosytu czy nawet sprzeciwu: ani na jotę nie jest ani antyreligijny, ani nawet antyklerykalny. To dramat humanistyczny, którego bije prawda.

 

„Monachomachia” biskupa Krasickiego była weselsza

Tematyka „Kleru” może prowokować do skojarzeń z tradycjami artystycznymi związanymi z krytyką religii, Kościoła, kleru. W polskiej tradycji, w odróżnieniu od francuskiej, takich utworów jest niewiele. Poza „Matką Joanna od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza, „Drewnianym różańcem” Ewy i Czesława Petelskich i „Urzędem” Janusza Majewskiego czy drugorzędnymi epizodami w kilku filmach, polskie kino nie tylko nie podejmowało, ale nawet nie dotykało tej problematyki. Może też się zdarzyć, że komuś przypomni się „Monachomachia” biskupa Ignacego Krasickiego, wydany przeszło dwa wieki temu, heroikomiczny epos, w którym w parodię „Iliady” Homera wpisana została wielopiętrowa drwina z przywar polskiego kleru zakonnego epoki saskiej. Ten archaiczny już dziś utwór, spetryfikowany przez stulecia jako lektura poczciwa, narodowa i prawie patriotyczna, przez dziesięciolecia także szkolna, nigdy tak naprawdę nie spełnił przewidzianej dla niego roli wyrzutu sumienia, choć dotykał spraw w Polsce akurat bardzo żywotnych i kluczowych. Jednak nawet krytyczna, satyryczna wymowa „Monachomachii” została złagodzona u samych początków i prześwietlona przez pogodną, słoneczną osobowość biskupa warmińskiego. Dlatego nawet jeśli komuś „Kler” skojarzy się z tamtym dziełem, to jako „monachomachia” naszych czasów, smutna, ponura, podła i nie pozostawiająca żadnych złudzeń. Odwracając oczy od „Kleru” i potępiając film, kler i wszyscy jego adherenci tracą okazję do spojrzenia w szczere zwierciadło, które mogłoby im pomóc. A widownia i tak masowo głosuje za „Klerem” swoją obecnością w kinach całej Polski. Niedługo być może już ponad milion Polaków zafunduje sobie długo w cichości serca wyczekiwaną odtrutkę od toksyn Kościoła katolickiego. W tym filmie jest wszystko, co miliony Polaków od dawna chciało pomyśleć i powiedzieć o Kościele, ale nie miało na to śmiałości i odwagi.

 

„Kler”, dramat społeczno-psychologiczny, film produkcji polskiej, Profil Film 2018, scenariusz (wspólnie z Wojciechem Rzehakiem) i reżyseria Wojciech Smarzowski, 133 min.

Głos lewicy

„Kler” Smarzowskiego okiem lewaczki i lewaka

 

Justyna Samolińska, dawniej działaczka Razem, dziś w komitecie Wygra Warszawa – zrecenzowała film „Kler”:
– najbardziej nierealistyczna w filmie, tak samo zresztą jak w „Drogówce”, jest postać głównego, pozytywnego bohatera i jego perypetii. Scena ucieczki księdza przez krzaki przed rozwścieczonym tłumem, który zakłóca pogrzeb starszej pani, jest kompletnie odrealniona. Z filmu można wynieść wrażenie, że władza KK i bezkarność księży-pedofilów w Polsce wynika li i wyłącznie z powiązań biznesowo-politycznych, a lud jest wściekły i odruchowo staje po stronie gwałconego dziecka. Otóż nie – przykra rzeczywistość jest taka, że po stronie gwałconego dziecka z alkoholowej rodziny żyjącej w slumsie nie staje w tym kraju nikt, na pewno nie masowo i na pewno nie ignorując powagę sutanny, kropidła i otwartej trumny.
– bardzo ładnie pokazana zależność państwo-koscioł, układy i układziki, lekcja religii super (chociaż znowu – za bardzo bezczelne te dzieci w swoich pytaniach, powinny mieć wyjebane i grać na telefonach), doskonały Gajos (chociaż jakby mu zabrać co drugą kurwę i bdsm byłoby trochę lepiej).
– za dużo wątków, przez to film, zachowania bohaterów przestają być czytelne. Zabrałabym księdza alkoholika, ten wątek był męczący, przegadany, nierealistyczny.
– widać jak mało i rzadko Smarzowski chodzi do kościoła i jak mało rozumie parafian, religijność. Ludzie już nie płaczą przy konfesjonałach, do spowiedzi chodzą przed świętami, i odbębniają co mają odbębnić. Ta żywa wiara, ludzie serio szukający u proboszcza rozwiązań, odpowiedzi – to jest jakoś odrealnione. Na lekcji religii jest za cicho, w kościele ludzie mówią za głośno modlitwy.
Podsumowując: wiadomo, jest to film o Klerze, a nie o wspólnocie wiernych, ale trudno jest robić film o kościele pomijając znaczna większość jego członków, a tych, mam wrażenie, Smarzowski nie kuma – traktuje ich tak jakby byli w stanie odrzucić autorytet, nie odrzucając wiary, a dzieje się raczej odwrotnie.

 

***

Garść luźnych refleksji na ten temat podrzucił też publicysta Łukasz Moll:
Teraz spójrzmy na to z drugiej strony. „Kler” pobił rekord kinowej frekwencji w pierwszy weekend wyświetlania. Film Smarzowskiego zobaczyło 935 tysięcy widzów. Poprzedni rekord należał do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” (834 tys.), a z polskich filmów najlepszy był „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” (767 tys.).
Przez cały okres emisji kinowej „Kler” być może przekroczy granicę 3 milionów, którą osiągnęły w zeszłym roku „Listy do M. 3”. Tu rekord należy do „Ogniem i mieczem” (łącznie 7,1 mln. widzów, napompowane przez szkoły).
A teraz pomyślcie sobie, że za tej niedobrej, zacofanej pustyni kulturalnej o nazwie PRL w kinach „Krzyżaków” obejrzały 32 miliony widzów, „W pustyni i w puszczy” 30 mln., „Potop” 27 mln. Powiecie, że to wynik na sterydach – zadziałał przymus szkolny, zakładowy, propagandowy (teraz to się nazywa marketing). Lećmy dalej: na „Zakazanych piosenkach” w 1946 roku (rok po zakończeniu II wojny światowej, w biedzie i zgliszczach) mamy 15 milionów widzów. Na „Seksmisji”, w schyłkowym PRL, za Jaruzela – to na pewno nie szkoły – 11 milionów. A jak z filmami zagranicznymi? 23 miliony na jugosławiańsko-zachodniej produkcji „Winnetou” to częściowo na pewno efekt szkół, ale 17 milionów na „Wejściu smoka” z Bruce’m Lee i blisko 9 milionów na „Poszukiwaczach zaginionej arki” Spielberga robi wrażenie.
Tym się kończy przerabianie kin lokalnych na „Biedronki”, zdanie się na multipleksy i ciągnięcie dla przyzwoitości kin studyjnych dla elitarnego widza. Zapaścią kulturalną. Tak, wiem, macie internet, Netflixa i kina domowe. Co z tego, i tak nie oglądacie filmów.

„Skarb” państwa PiS

„Twoja pojebana religia to najgorsza choroba Polski. Jesteście ideologicznymi spadkobiercami najgorszych morderców w historii, w imię swojego wymyślonego bożka pomordowaliście setki tysięcy niewinnych ludzi. I wy śmiecie mówić o moralności? Wszystkich was należy pozabijać i spalić wasze świątynie. Przeklęci faszyści co nawet swojej „świętej książeczki” nie czytali. Księża na Księżyc. Obyś zdechł”.

 

Takiego adresowanego do siebie wpisu internetowego doczekał się ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Tak się składa, że akurat ten ksiądz, czego by o nim nie sądzić, należy do grona rozsądniejszych i mniej antypatycznych przedstawicieli swojego stanu.
Na mój gust byłoby bardziej zrozumiałe, gdyby adresatami tych słów stali się raczej osobnicy typu Rydzyka czy księży Oko czy Henryka Zielińskiego z „Salonu dziennikarskiego” Karnowskich w TVP Info. I właśnie dlatego „joby”, jakie zebrał nawet „bogu ducha winny” ksiądz Isakowicz-Zaleski świadczą o tym, że kumulowana i tłumiona przez dziesięciolecia energia resentymentu i nienawiści do kleru wybuchła w końcu ze zwielokrotnioną siłą. Lata demonstrowanej pychy, chciwości, przecherstwa, rozpychania się w życiu publicznym, tolerowania wołających o pomstę do nieba praktyk instytucji, którą Joanna Senyszyn określiła jako „trzy razy be”: „Bogaty, bezideowy i bezczelny” zrobiły swoje.
Ten wybuch niechęci do Kościoła kat., a ściślej biorąc do jego sług, która przez dziesięciolecia przefiltrowywała się przez lekturę tygodników „Nie” czy „Fakty i Mity”, która zaznaczała się w formach relatywnie umiarkowanych i miarkowanych, teraz, pod wpływem jawnie proklerykalnych rządów PiS, wychodzenia na jaw afer pedofilskich i prawdy o moralności kleru, czerpania przezeń całymi garściami z kasy państwowej i wielu innych „grzechów Kościoła”, jak bywa to eufemistycznie określane, objawiła się z całą mocą. I już raczej nie ucichnie.
Na dobre rozpoczął ją „Czarny Protest” sprzed dwóch lat. Później nastąpił potężny marsz z marca 2018 roku przeciw ponownej próbie zaostrzenia zakazu aborcji oraz emocje objawione tak silnie, że siedziby Prymasa Polski przez kilka dni bronił kordon policji. Teraz kolejną falę niechęci do Kościoła kat. wywołał „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Film, który jest jednocześnie rezultatem i membraną tych nastrojów. Film, który przy całym swoim satyrycznym przerysowaniu, oddaje ducha czasu.

 

Front obrony deprawacji

Tymczasem w mediach prawicowo-klerykalnych istny front obrony kleru.
W tygodniku Karnowskich „Sieci” taka oto tajemnicza uwaga w anonimowym tygodniowym przeglądzie wydarzeń politycznych: „W mediach antykościelnie. Ludzie, którzy bardzo często nie umieją pokierować swoim życiem, którzy kończą, kupując samotnie wieczorem w sklepie „flaszkę i parówki”, niszczą jedną z niewielu instytucji, które prowadzą ludzi do dobra. Teraz klaszczą uszytemu na urbanoidalną miarę filmowi „Kler” Wojciecha Smarzowskiego”. Dalibóg, kogo miał na myśli autor tej uwagi? Bo chyba nie chodziło o samego reżysera, który ma dzieci i stwierdził, że to one m.in. zainspirowały go do nakręcenia tego filmu?
Smarzol, wieczorem, po flaszę i parówki? Na swoim portalu „w polityce” Karnowski w patetycznej inwokacji wzywa do obrony „naszych kochanych księży, którzy wyświadczyli nam i naszym dzieciom tyle dobra, przed atakami lewactwa”. „Nie możemy zostawić ich samych” – woła. Także w tygodniku „Gazeta Polska” Tomasza Sakiewicza dumna odpowiedź na „Kler”, a raczej na plakat do niego. Na okładce najnowszego „Gapola” deklaracja z napisem „Kler. Nasz skarb w walce z nazizmem, komunizmem, LGBT i islamistami”, na tle wizerunków Wyszyńskiego, Wojtyły, Popiełuszki i Kolbego wykadrowanych i ustawionych w konfiguracji nawiązującej do sposobu zaprezentowania postaci na afiszu filmowym. Także prezes TVPiS Kurski, który jeszcze rok temu chciał nagradzać Smarzowskiego za „Wołyń”, teraz określił jego kolejny film jako „prymitywny kicz propagandowy”.

 

Młodzieżowe „Non possumus”

Wydaje się jednak, że ta obrona jest na dłuższą metę daremna, bo jeszcze trochę i nie będzie miał kto przejąć owego „skarbu”. Najnowsze badania Kantar Millward Brown pokazały, że w najmłodszej grupie respondentów (15-19 lat) aż 61 procent uczniów jest przeciw lekcjom religii w szkole (23 procent jest „za”), podczas gdy w grupie wiekowej obejmującej badanych do 75 roku życia te proporcje procentowe układają się w wynik 46 procent (za utrzymaniem religii w szkołach) do 39 procent (przeciw). Ten wynik potwierdza ogłoszone kilka miesięcy temu wyniki badań Pew Research Center wskazały na radykalnie i rekordowo w skali światowej malejącą religijność młodzieży w Polsce. Koreluje to z wynikiem przeprowadzonych przez ośrodek IPSOS badań dotyczących stosunku Polaków do prawa do aborcji.
Wskazują one, że 46 procent respondentów jest za prawem do legalnej aborcji na żądanie, a przeciw niemu 43 procent. Jeszcze dwa lata temu, przed „Czarnym Protestem” , za prawem do legalnej aborcji na żądanie było zaledwie 18 procent pytanych. Co prawda na początku lat dziewięćdziesiątych było ich przeszło 50 procent, ale zmasowana propaganda religijna Kościoła kat. i organizacji „prolajf” zazwyczaj wspierana przez państwo, doprowadziła do zmiany społecznego nastawienia.
Jednak wydarzenia ostatnich dwóch lat i wejście na agorę debaty publicznej młodego pokolenia odwróciło ten trend. Pod wpływem perspektywy radykalnego zakazu aborcji w Polsce młodzi ludzie powiedzieli „non possumus”.

 

Będzie „Skarb2”?

A co do wspomnianego frontu obrony kościelnych deprawatorów ze strony klerykalno-pisowskich mediów. Tuż po wojnie (1948) powstała popularna komedia „Skarb” w reżyserii Leonarda Buczkowskiego. Jeśli potentaci medialni Karnowscy (spółka „Fratria”), a nawet lekko ostatnio podupadły Sakiewicz połączą swoje siły finansowe i moralne z poddanym „dobrej zmianie” Polskim Instytutem Sztuki Filmowej oraz ministrem-wicepremierem Glińskim, to są w stanie doprowadzić do realizacji filmu, który będzie odpowiedzią na „Kler” Smarzowskiego. Tytuł mogliby zapożyczyć od Leonarda Buczkowskiego. Udało się ze „Smoleńskiem”, uda się i tym razem. Będzie beczka śmiechu. Jak przystało na „Skarb”.

Flaczki tygodnia

Zwykle „Flaczki” nie piszą o filmach, spektaklach, książkach, których nie oglądały. Tym razem będzie o filmie, który też niewielu w naszym kraju widziało. Ale mają już o nim swoją, gorącą opinię.

***

To „Piąta kolumna szatana, grzesząc i współpracując z wrogimi nam siłami, robi bardzo złą robotę”. Tak ocenił samo powstanie filmu pan ksiądz Henryk Zieliński, stały komentator narodowo – katolickiej TVP Info.

***

Skoro tak pan ksiądz ocenił, to nie dziwmy się, że narodowo-katolicki kanał TVP Kultura w tym roku transmitowała galę wręczenia nagród Festiwalu Filmowego w Gdyni z około trzydziestominutowym opóźnieniem. Wykorzystał je na wycięcie krytycznych wypowiedzi twórcy „Kleru”.

***

Wojciech Smarzowski dwa razy mówił podczas gali wręczenia nagród. Za pierwszym razem zanim doszedł do głosu, publiczność długo go oklaskiwała. Pokazując w ten sposób, że nie akceptuje decyzji prezesa państwowego, czyli obecnie narodowo-katolickiego, Radia Gdańsk o odwołaniu przyznawania nagrody „Złoty Klakier” dla najdłużej oklaskiwanego filmu festiwalu.
Wojciech Smarzowski tak to skomentował; „Proszę państwa, nie ma co tyle klaskać, bo jeszcze ktoś policzy”. Ta wypowiedź została w transmisji. Druga, bardziej krytyczna wobec narodowo-katolickiej cenzury PiS – już nie.

***

Nagroda „Złoty Klakier” jest od lat przyznawana przez kiedyś publiczne, teraz państwowe i narodowo-katolickie „Radio Gdańsk”. Kryterium jest jasne. Po premierowych pokazach radiowcy nagrywają oklaski publiczności i mierzą je. Najdłuższe, najbardziej gromkie przyznają nagrodę „Złotego Klakiera”.
W tym roku „Kler” odnotował ponad minutowe owacje na stojąco. Nie miał sobie równych. Było oczywistym, że dostanie „Złotego Klakiera”.

***

Ale Dariusz Wasielewski, prezes zarządu Radia Gdańsk, podjął niespodziewaną decyzję. W piątek, w godzinach popołudniowych pojawił się krótki komunikat:

„W związku z zaistniałą sytuacją, uniemożliwiającą obiektywną ocenę prawidłowości przeprowadzonych pomiarów długości oklasków publiczności po poszczególnych pokazach filmów, prezentowanych podczas trwającego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, po konsultacji z Kolegium redakcyjnym Radia Gdańsk, podjąłem decyzję o nieprzyznawaniu w tym roku nagrody Złotego Klakiera” – napisał prezes Wasilewski.

***

Zapamiętajcie to nazwisko. Pan prezes dołączył do haniebnego grona cenzorów polskiej kultury. Działając na rzecz interesów zagranicznej korporacji wyznaniowej.

***

„Dziennikowi Bałtyckiemu” udało się nieoficjalnie porozmawiać z pracownikami rozgłośni. Powiedzieli, że kierownictwo stacji naciskało, aby nie wspominać na antenie zbyt często o sukcesie filmu. Pojawił się też pomysł, by ponownie przeanalizować pomiary. Ostatecznie pan prezes-cenzor zadecydował o nieprzyznawaniu nagrody.

***

W Ostrołęce, mieście, którego patronem jest były pan papież i aktualny święty kościoła katolickiego Jan Paweł II, film „Kler” nie będzie pokazywany. Tak informuje portal „Moja Ostrołęka”. Bo jedyne w Ostrołęce kino prowadzone jest przez miejski ośrodek kultury, którego repertuar ma dyktować aktualny prezydent z PiS, były katecheta.

***

Już w 2017 roku doszło tam do ocenzurowania repertuaru kina. Nie pokazano skandalizującego filmu „50 twarzy Greya”. Wówczas kierownik kina Jantar tłumaczył, że wyświetlania filmu zaniechał z powodu wymagań dystrybutora filmu. Kłamstwo wyszło na jaw, kiedy dziennikarze skontaktowali się dystrybutorem.
Ostatecznie kierownik kina osobiście przeprosił widzów i dystrybutora za podawanie nieprawdziwych informacji.
Zniewolonym kościelną cenzura mieszkańcom Ostrołęki pozostają wycieczki do wolnej Łomży.

***

Podobnego zniewolenia przez narodowo-katolicka cenzurę mogą doświadczyć mieszkańcy innych miast rządzonych przez samorządową władzę PiS. Wezwała do tego pani posłanka Anna Sobecka, pierwsza dama Radia „Maryja”. Uważana za usta Ojca Dyrektora Rydzyka. Zapewne ryzyka zadzierania z Rydzykiem PiS-owscy samorządowcy i kandydaci w wyborach samorządowych nie podejmą.

***

Na 28 września zapowiedziano premierę „Kleru”. W Internecie ogłoszono już społeczną akcję „Masowe oglądanie filmu „Kler” w celu jego popularyzacji”. Zapewne pytanie o zakazywanie przez podległe samorządom instytucje kultury projekcji filmu „Kler” pojawi się w czasie kampanii wyborczej.
Warto wiedzieć jak odnoszą się do bezprawnej cenzury narodowo-katolickiej poszczególni kandydaci na prezydentów miast, radnych sejmików wojewódzkich i rad miejskich.

***

Warto zapytać kandydata na prezydenta Warszawy, aktualnego ministra sprawiedliwości pana Patryka Jakiego, dlaczego ministerstwo sprawiedliwości pozwala na stosowanie bezprawnej cenzury w naszym kraju? Warto zapytać pana kandydata Jakiego czy pozwoliłby swojemu ewentualnemu wiceprezydentowi ds. kultury Piotrowi Guziałowi obejrzeć film „Kler”.

***

„Flaczki Tygodnia”, jak przystało na praworządnych obywateli, regularnie płacą abonament radiowo-telewizyjny. I mają teraz problem, bo nie chcą płacić na prezesów Polskie Radio SA i TVP SA, którzy łamią obowiązujące w Polsce prawo, wprowadzając cenzurę dzieł artystycznych.

***

„Flaczki” informują też, że kandydujący do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa redaktor Piotr Gadzinowski zawsze był, jest i będzie przeciwko takim cenzorskim praktykom. Film „Kler” po premierze zobaczy. Już zachęca do jego oglądania.

„Kler” drugą „Klątwą”

Ptaszki ćwierkają, że posłanka Anna Sobecka domaga się wycofania z kin filmu „Kler”, który jeszcze do kin wejść nie zdążył.
I wywiązała się afera, bo Sobecka uderzyła prosto do Glińskiego z pytaniem „Kto to dofinansował?”.
Nasz premier techniczny, a obecnie techniczny pan od kultury zaczął wić się jak letni pyton w Wiśle: to nie ja – zapewniał solennie za pośrednictwem Twittera. Ja nie wiedziałem, ja mam rączki tutaj!
I przy okazji wyszło, kogo jeszcze PiS nie wymieniło (albo wymieniło za późno) w instytucjach zajmujących się kulturą. Za dofinansowanie filmu Smarzowskiego odpowiadają bowiem personalnie dyrektorki PISF oraz dyrektor NInA.
– Pan Premier Gliński już mi odpowiedział, że to nie on decydował o przyznaniu wsparcia. Czekam jeszcze na pisemne uzasadnienie. Poczekam na odpowiedź i wtedy podejmę decyzję, czy wystąpić o wycofanie produkcji z kin – zapowiedziała Sobecka. Będą jaja.
I to dosłownie: będą w robocie jaja i pomidory, jeśli rozsierdzona Rodzina Radia Maryja ruszy bojkotować seanse, tak jak miało to miejsce w przypadku spektaklu „Klątwa” oprotestowana przez wierzących.
Prawica aż pali się do wszelkiego rodzaju demaskacji (najczęściej dowodzących tylko tego, że świat jest złożony). Demaskują panoszenie się cyklistów na ulicach, demaskują ukryty fanatyzm niektórych wegetarian, demaskują swobodę obyczajową opozycji. W tonie ogromnego potępienia zmieszanego z pobłażliwością rozwodzono się nad sylwestrowym wyjazdem Ryszarda Petru na Maderę, ale ekscesy posła Pięty otoczył kordon dyskrecji. Roztrząsano nagrane u Sowy ośmiorniczki, ale bynajmniej nie obnoszono się z tym, co podano na stół podczas majowej wizyty Viktora Orbána w Polsce, a nie był to chleb z solą.
Kościół jest jednym z tematów, które w prawicowej świadomości prawom demaskacji nie podlegają. Podobnie jak zbrodnie Żołnierzy Wykletych, skatalogowane na półkach IPN, nie będące tylko frazesami żyjącymi w głowach tych, którym marzy się powrót komuny.
„Kler” już odniósł sukces. Dowodzi tego komunikat Sobeckiej. Możecie jeszcze milion razy powtarzać farmazony o zdeprawowanych dzieciach, co ściągają Boże sługi na złą drogę. Wygramy.

Lizanie i inne obyczaje polskie

Po fazie okrążania wymiaru sprawiedliwości pan Zbyszek przystąpił do bezpośredniego uderzenia. Przeciwko sędziom Igorowi Tulei, Bartłomiejowi Przymusińskiemu i Monice Frąckowiak, a także przeciwko kilku innym oraz niektórym prokuratorom podjęte zostały działania zmierzające do postawienia im zarzutów przez Rzecznika Dyscyplinarnego, którym jest niejaki sędzia Schab.

 

Dlaczego władza znów się sroży?

W tym samym czasie, w Katowicach, policja szykanuje osoby które na tamtejszym Marszu Równości pojawiły się w koszulkach z wizerunkiem orła z kolorami tęczy w tle. Niby nic nowego, ale ta represyjna mobilizacja, to srożenie się władzy robi jednak wrażenie zagadkowego w obliczu wyborów samorządowych, do których zostało zaledwie 40 dni. Zazwyczaj każda władza przed wyborami próbuje łagodzić swój wizerunek celem poszerzenia elektoratu, a tu mamy, na odwyrtkę, do czynienia z zaostrzeniem. Jeśli do tego dodać wyjście PiS już teraz z obietnicami dodatkowych pieniędzy dla emerytów i rencistów, co wydało się być amunicją szykowaną na przyszłoroczne wybory, to może to oznaczać, że PiS nie wierzy do końca optymistycznym wynikom sondaży przedwyborczych. Chce więc przede wszystkim utwardzić swój najwierniejszy elektorat. Podobny był cel wypuszczenia informacji o planach powierzenia prezesury Najwyższej Izby Kontroli Antoniemu Macierewiczowi. Jego marginalizacja bardzo nie podoba się najbardziej radykalnemu elektoratowi PiS z Klubami Gazety Polskiej i rydzykowemu ośrodkowi w Toruniu. Szef tygodnika „Gazeta Polska” Tomasz Sakiewicz już kilka razy wygoryczał się w swoich wstępniakach, że dymisja Antka Macierewicza go „upokorzyła”. Co prawda bunt tego środowiska PiS-owi nie zagraża, ale dobrze jest rzucić mu coś na pocieszenie i uspokoić nastroje.

 

Nowy lizak

Tymczasem po odejściu z Pałacu Prezydenckiego kancelisty Krzysztofa Łapińskiego, jego stołek objął kancelista nowy, Błażej Spychalski. Ten młody człowiek ma przed sobą wielką przyszłość w PiS, bo jeszcze nie zdążył zapełnić dokumentami szuflad w swoim biurku, jeszcze być może nie zna drogi do toalety, a już oświadczył, że dudowa prezydentura jest „wybitna”. Druga taka wybitna to – jakżeby inaczej – prezydentura smoleńskiego Nieboszczyka Lecha. Każdy rzecz jasna ma prawo oceniać jak chce i uważać nawet, że najwybitniejszym kandydatem na prezydenta RP był niezapomniany Kononowicz („żeby niczego nie było”), bo gusta nie podlegają dyskusji. Jednak ten pośpiech z jakim kancelista Spychalski zabrał się za lizanie nie powiem czego, ma jednak w sobie coś żałośnie nieestetycznego. Niechby poczekał choć dwa tygodnie i rozpatrzył się w rozkładzie biur, położeniu toalet, pomieszczeń socjalnych i nawdychał się charyzmatu pryncypała, a dopiero potem wystąpił ze swoją apostrofą. To już by zrobiło inne wrażenie, można by rzec: przybyłem, zobaczyłem , oceniłem. A tak, na samym wejściu… Źle to wygląda. Nie chodzi przecież o to, by na wejściu potraktować nowego szefa z liścia (co obecnie modne), ale tylko o to, by skorzystał z okazji, by po objęciu nowej pracy najpierw posłuchać co do niego mówią, zanim sam coś powie. Od czasów baśni „Nowe szaty cesarza” Hansa Christiana Andersena utarło się przekonanie, że im kto młodszy, tym bardziej szczery. Przypadek kancelisty Spychalskiego pokazuje, że taka prawidłowość nie jest bynajmniej regułą. Spychalski ma podobno 33 lata, czyli jest w tzw. wieku chrystusowym. Jezus Chrystus w jego wieku nie schlebiał…

 

„Klechą” w „Kler”

W Radomiu zamknęli niedawno całe kwartały ulic z powodu zdjęć do filmu „Klecha”. Wbrew tytułowi, ten film nie jest antyklerykalny. Wręcz przeciwnie. Ma to być hagiograficzna opowieść o radomskim księdzu opozycjoniście Romanie Kotlarzu, którą reżyseruje Jacek Gwizdała. Co ciekawe, u Gwizdały w „Klesze” zagrało co najmniej trzech aktorów, którym nie po drodze z „dobrą zmianą”, Olgierd Łukaszewicz, Jan Peszek i Wojciech Pszoniak, ale może Gwizdała obsadził ich w rolach czarnych charakterów. Co do Pszoniaka i Peszka, to jestem tego niemal pewien, ale już Łukaszewicza w roli łobuza trudno sobie wyobrazić. No, zobaczymy. Premiera „Klechy” ma odbyć się 28 października, czyli dokładnie miesiąc po premierze „Kleru” Wojciecha Smarzowskiego. Jeśli jednak film Gwizdały będzie podobny do arcydzieła „Popiełuszko. Wolność jest w nas” nakręconego przez Rafała Wieczyńskiego (2009), to można być spokojnym o wynik rywalizacji. Soczystą stylistyką swojego filmu o „korku, worku i rozporku” Smarzol zmiażdży kolejnego gniota z kategorii „żywoty świętych”.

 

Ksiądz Isakowicz-Zaleski już „Kler” widział…

Tymczasem księdzu Isakowiczowi-Zaleskiemu, który czasem objawia przebłyski zdrowego rozsądku, nie podoba się, że Ministerstwo Kultury współfinansowało taką antyklerykalną produkcję jak „Kler”, który już obejrzał i skierował pretensje do wicepremiera Glińskiego. Nie rozumie biedny, że Gliński, jakim by nie był pisiorem, to ma jednak brata-reżysera Roberta, nie należącego do sympatyków „dobrej zmiany”? I co ksiądz chce: poróżnić braci, by stali się jak Kain i Abel? To nie po chrześcijańsku. Poza tym przecież nie może Gliński minister wyjść przed starszym bratem z dobrego towarzystwa na rzecznika najgorszej pisiorskiej zacofanej wiochy. Przecież ten już raz określił go słowami: „mój brat idiota”.

 

W swoje ręce

Rzeczywistość empiryczna dostarcza dowodów na prawdziwość wyników badań, które pokazują ucieczkę młodego pokolenia od Kościoła katolickiego. W Krośnie na Podkarpaciu, od lat uważanym za bastion prawicy, PiS i klerykalizmu, mieszkańcy jednego z nowych osiedli mieszkaniowych zamieszkałego przeważnie przez młodych, odmówili przyjęcia daru, jakim chciał ich ubogacić Kościół katolicki, czyli budowy nowej świątyni. Co więcej zebrali podpisy, wystąpili do Rady Miejskiej, a ta postąpiła (mimo oporu radnych PiS) zgodnie z ich życzeniem, a nie planami kościelnymi. Także w Warszawie, licealna młodzież wzięła na swoje barki walkę z wojującym klerykalizmem. Uczniowie liceum ogólnokształcącego im. Witkacego, nie mogąc doczekać się interwencji policji i straży miejskiej w sprawie antyaborcyjnych banerów z pokawałkowanymi płodami, sami wzięli się do dzieła i zakleili folią owe obrazki umieszczone na postawionym pod szkołą pojeździe. A mówią, że patroni szkolni młodzież nudzą lub że są jej najmniej obojętni….

 

Niczego się nie nauczyli?

W weekendowej „GW” ukazał się interesujący tekst profesora Andrzeja Romanowskiego, wybitnego historyka i literaturoznawcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego, przed laty aktywnego krytyka pomysłów „lustracji” i „dekomunizacji”. Jego esej „Jak zepsuliśmy polski zegarek”, w którym analizuje on, na szerokim tle historyczno-kulturowym przyczyny tego, co stało się w Polsce, zwłaszcza w 2015 roku, jest naprawdę godny poznania. I zakończyłbym lekturę tego uczonego i wyrafinowanego eseju z pełną satysfakcją, gdyby nie jedno „ale”. W nagłówku tekstu wybita została bowiem taka oto myśl autora: „Polska po 1989 roku była zbyt dobra, zbyt wyrozumiała, zbyt bezpieczna, ofiarowała narodowi spokojne, rozległe państwo i przyjaciół dookoła”. Skoro więc było tak dobrze, to dlaczego było tak źle? Dlaczego kilka milionów się zbiesiło i zagłosowało na PiS? Szkoda, że światły profesor Andrzej Romanowski nie wspomina w swoim artykule ani jednym słowem o tym choćby, że z tej wspaniałej Polski po 1989 roku wyjechało w poszukiwaniu pracy i lepszego losu dwa miliony młodych ludzi. Szkoda, że nie wspomina o upokorzeniu klasy ludowej i wpędzeniu jej dużej części w upokarzającą biedę przez rządy neoliberałów i że naprzeciw jej potrzebom wyszło dopiero – niestety – PiS. Jeśli się tego nie zrozumie, to wszelkie wykwintne dywagacje z wysokości krakowskiej uniwersyteckiej katedry uniwersyteckiej będą miały ograniczony sens. Bo mając problemy z elementarnym bytem, z tzw. zapełnieniem garnka, klasa ludowa zupełnie nie miała głowy do tego, by cieszyć się „spokojnym, rozległym państwem i przyjaciółmi dookoła”. Zapewne obaj z profesorem z podobną intensywnością nie lubimy rządów PiS, ale to nie zmienia faktu, że jak napisał nie tak dawno pokrewny ideowo profesorowi Romanowskiemu inny profesor-liberał Marcin Król: „Byliśmy głupi”, nawiązując tym samym do faktu pozostawienia samym sobie milionów Polaków poszkodowanych przez balcerowiczowską transformację. Nie wierzę, że profesor Romanowski nie zna tej wypowiedzi. Zbyt go cenię, by pośpiesznie zaliczyć go do owych „Burbonów”, o których napisano, że „niczego się nie nauczyli i niczego nie zrozumieli”.

Uwagi reżysera plus własna wyobraźnia

Z MARCINEM DOROCIŃSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Marcin Dorociński – ur. 22 czerwca 1973 w Milanówku, jeden z najpopularniejszych i najbardziej wziętych aktorów średniego już pokolenia. Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie (1997). Rola podkomisarza Sławomira „Despero’ Desperskiego w kryminalnym filmie sensacyjnym Patryka Vegi PitBull (2005) przyniosła mu nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego i nagrodę Jantar’2005 za najlepszą rolę męską na Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” w Koszalinie. Za rolę gangstera Fabiana ‚Fabio’ Sawickiego w filmie Macieja Wojtyszki Ogród Luizy (2007) został uhonorowany nagrodą na 32. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zagrał też m.in. Lulka w „Przedwiośniu” w reż. F. Bajona (2001), komisarza Wilka w „Vinci” w reż. J. Machulskiego (2004), Anioła Zła we „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” w reż. M. Koterskiego, „Wydrę w „Obławie” (2012), policjanta w „Drogówce” w reż. W. Smarzowskiego (2012), a także m.in. tytułową rolę w filmie „Jack Strong” Władysława Pasikowskiego (2014 ).

 

 

W 2005 roku był Pan laureatem najbardziej prestiżowej nagrody dla młodych aktorów – Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Czy to dla Pana już odległa przeszłość, czy nadal bieżące zobowiązanie?

Jest to już trochę odległe, bo minęło już osiem lat, a poza tym staram się nie oglądać za siebie. Lubię na te figurkę popatrzeć dla przywołania przyjemnych wspomnień chociaż uważam, że filmów nie robi się dla nagród.

 

Co jest najważniejsze?

Każdy film to spotkanie z fascynującymi ludźmi. Gdy myślę o tej nagrodzie, to myślę głównie o „Pitbullu”, bo za niego dostałem tę nagrodę. To był moment przełomowy w moim życiu. Spotkałem kilka bardzo dla mnie ważnych osób, którym wiele zawdzięczam.

 

Nie pochodzi Pan z rodziny ani zamożnej ani o tradycjach artystycznych. Imał się Pan różnych zajęć, był Pan sprzedawcą, ochroniarzem, kelnerem Co Pana popchnęło w stronę aktorstwa?

W technikum w Grodzisku Mazowieckim zostałem wciągnięty do udziału w szkolnych akademiach. Zainspirowała mnie nauczycielka historii pani Izabela Kust i pani Ewa Różbicka, która przygotowywała grupkę młodzieży do egzaminu do szkoły aktorskiej, a także jeden z moich przyjaciół.

 

Zagrał Pan w bardzo wielu serialach, w wielu filmach. Należy Pan do najpopularniejszych i najbardziej wziętych aktorów polskich, niedługo widzowie zobaczą Pana w roli pułkownika Kuklińskiego. Wspomina Pan czasem okres po studiach, kiedy grał „po bożemu” klasykę w teatrach?

Czasem wspominam. Na początku to była prawie sama klasyka. Moją rolą dyplomową w warszawskiej Akademii Teatralnej był Kreon w „Antygonie” Sofoklesa.

 

Za którą nagrodzono Pana na festiwalu szkół teatralnych. Debiutował Pan w 1997 roku w Teatrze Dramatycznym, jeszcze wtedy bardzo renomowanym, jako Lucencjo w „Poskromieniu złośnicy” Szekspira…

Tak, w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Miłe wspomnienie. Potem był jeszcze Antinous w „Powrocie Odysa” Wyspiańskiego w reżyserii Krystiana Lupy i kapitan Macheath w „Operze żebraczej” Vaclava Havla. Jak widać, bardzo wysoka literacka półka.

 

Potem były już same teksty współczesne. Naliczyłem, że od tamtego czasu, czyli dokładnie od 10 lat, zagrał Pan zaledwie osiem ról, z tym, że ostatnią w ubiegłym roku, w „Marylin Mongoł” Nikołaja Kolady w Teatrze Ateneum w reżyserii Bogusława Lindy. Czas pochłonął Panu film i seriale?

Tak. Pochłonęły mnie maksymalnie. Sam się sobie dziwię, że znalazłem czas na kilka ról teatralnych. Także w Teatrze Telewizji…

 

…w którym zadebiutował Pan w 1996 roku w wielkiej klasyce i to bardzo starej daty, bo jako Rodrygo w „Cydzie” Wyspiańskiego w reżyserii Krystyny Jandy.

Pięć lat później pani Krystyna zaprosiła mnie do roli Topolnickiego w „Klubie kawalerów” Michała Bałuckiego, też w Teatrze Telewizji. Potem kilka ról w realizacjach tekstów współczesnych, ostatnio w zeszłym roku jako Selznick w „Księżycu i magnoliach” w reżyserii Macieja Wojtyszki.

 

Zadebiutował Pan w filmie w 1996 roku, jeszcze bez obecności w czołówce, w głośnej, skandalizującej „Szamance” Andrzeja Żuławskiego…

To maleńka rólka studenta, drobna wprawka zawodowa. Widocznie wyglądałem na studenta, bo w tym samym roku wystąpiłem jako student w moim debiutanckim serialu „Dom”.

 

W chwilę potem była „Ekstradycja 3”, gdzie Pana jeszcze mało znane nazwisko pojawiło się jako „Dorosiński”, przez „s” a potem „Rodzina zastępcza”, w „Sforze”, „Fala zbrodni”, „Na dobre i na złe” i mniejsze czy większe zadania w innych serialach. Ostatnio zagrał Pan w „Głębokiej wodzie”. To nietypowy serial, mało celebrycki, nie o gangsterach, policjantach ani o klasie średniej, ale o ludziach pokrzywdzonych przez los i ich opiekunach, także nie należących do warstwy uprzywilejowanej.

Magda Łazarkiewicz zaprosiła mnie do współpracy w serialu o sprawach trudnych i wartych pokazania. Myślę, że taki serial jest potrzebny, bo opowiada o zwykłych ludziach, o ich życiu nie zawsze ładnym, kolorowy, wesołym i dostatnim, częściej trudnym, nieraz dramatycznym.

 

Takie role postaci mało efektownych, bez poloru, rzadko przysparzają popularności aktorom, którzy są pokazywani przez media jako ludzie celebryckiego sukcesu…

Ja nie mam o aktorach w Polsce, czy o sobie przekonania, że wszyscy są pełni poloru, barwni na co dzień. Zawsze jest tak, że na próbach omawia się charakter danej postaci. Zawsze jest korzystniej dla aktora, gdy zna prawdziwe problemy życiowe. Wtedy łatwiej o osiągnięcie autentyzmu roli. To akurat nie jest dla mnie trudne. Moje życie na przykład, zwłaszcza kiedyś, dalekie było od jakiegokolwiek poloru.

 

W serialu pojawiło się kilka aktorek średniego i starszego pokolenia, m.in. Teresa Budzisz-Krzyżanowska czy dawno nie widziana Marta Klubowicz

Pani Teresa Budzisz-Krzyżanowską była moją profesorką w szkole. Spotkać świetnego aktora i wspaniałego człowieka w pracy, to wielkie szczęście. Ja miewam to szczęście, żeby spotykać takich ludzi. Zawsze można się czegoś nauczyć. Kilku takich ludzi bardzo mi pomogło.

 

Jest Pan laureatem kilku nagród indywidualnych. „Głęboka woda” zdobyła natomiast kilka nagród, w tym Nagrodę Prix Italia dla najlepszego serialu telewizyjnego. Jak Pan to odebrał?

Skoro praca została doceniona, to oznacza, że warto było to robić. To wielki sukces wszystkich, którzy pracowali przy tym serialu i pracują teraz przy drugiej części. Największe podziękowania i słowa pochwały powinny iść do Magdy Łazarkiewicz, która od samego początku wierzyła w ten projekt i choć jej nie było łatwo to wierzyła, że warto taki serial robić. Serial, który nie jest mega błyszczący, tylko mówi o sprawach trudnych. Pochylamy się tu nad prostymi ludźmi i jest to nie do przecenienia.

 

Zagrał Pan jedną z głównych ról w serialu sensacyjnym, polsko-brytyjskiej koprodukcji „Szpiedzy w Warszawie”. Jak do tego doszło?

Zaproszono mnie na zdjęcia próbne. Przeczytałem scenariusz i stwierdziłem, że to rzeczywiście bardzo ciekawa propozycja. Po zdjęcia próbnych zatelefonowali do mnie z informacją, że to ja będę grał pułkownika Pakulskiego.

 

Pomogła Panu pamięć lektur książek czy obejrzanych filmów o tematyce szpiegowskiej?

Nie, ponieważ, przyznam się, że nie jestem ani miłośnikiem tematyki, ani czytelnikiem czy widzem takiej produkcji. Na dobra sprawę zetknąłem się z nią bliżej po raz pierwszy właśnie czytając ten scenariusz.

 

Czym się różni praca w filmie realizowanym polskimi siłami, od takiej produkcji z udziałem BBC?

Nie różni się jakiś specjalny sposób. Poza tym spora część ekipy składała się z Polaków. Na przykład szefem pionu kamerowego był Polak. Znałem mnóstwo ludzi z poprzednich realizacji, więc nie czułem się obco, nieswojo. Jedyna bariera, to była właściwie bariera językowa, która jest jednak do pokonania. W swoim życiu pracowałem już za granicą, więc i tutaj nie czułem się jakoś obco.

 

Pana bohater chodzi w szykownym mundurze przedwojennym, ma gustowny wąsik. Uzyskanie aktorskiego efektu takiej staromodności przedwojennej było trudne?

Wiele rzeczy było napisanych w scenariuszu i dużo czasu spędziliśmy z panią reżyser na opowiedzeniu sobie, jaki to jest człowiek. Natomiast samo noszenie munduru wymusza odpowiednie zachowania – na przykład nie można się garbić za bardzo, ale to ciekawe doświadczenie nosić taki stary mundur.

 

Nieco wcześniej doceniono Pana role w dwóch filmach kinowym, w „Rewersie” Borysa Lankosza i w „Róży” Wojciecha Smarzowskiego. Czy może Pan powiedzieć coś o atmosferze pracy na planie, która wytworzyła tę niezwykłą siłę gry wszystkich aktorów?

Myślę, że to zasługa Wojtka Smarzowskiego, który jest świetnym reżyserem i ciekawą osobowością. Jest bardzo szczery w stosunku do widza i nie myśli za niego. Wojtek tak bardzo szanuje wszystkich, z którymi pracuje, że tworzy się niebywała więź ludzi, którzy pracują nad filmem. „Różę” kręciliśmy w siedlisku pod Olsztynem i było trochę tak, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Niezwykłe przeżycie. Być może i to się przyczyniło do tego, że ta historia nie pozostała widzom obojętna.

 

Jest Pan chwalony za umiejętność osiągania dyskretnymi środkami na ekranie autentyczności w tworzeniu bardzo odległych społecznie i psychologicznie postaci. Wspominaliśmy o pułkowniku w „Szpiegach”, a w „Rewersie” był Pan bardzo wiarygodny, w najdrobniejszych odruchach, jako funkcjonariusz UB. Jak Pan to robi?

Nie umiem tego wytłumaczyć. Uwagi reżysera plus własna wyobraźnia, tyle potrafię powiedzieć.

 

Dziękuję za rozmowę.