Nie prawo ani lewo myślny

Rada Warszawy w zeszłym tygodniu przyjęła uchwałę, zakazującą poruszania się po mieście furgonetek „pro-life” oraz anty-LGBT. Tzn. w uchwale mowa jest o pojazdach prezentujących na oklejonych pakach „drastyczne treści”, ale wszyscy wiedzą o co chodzi. I dobrze, powie Lewica. Ale czy na pewno do końca?

Stołeczna uchwała wzbudziła wiele kontrowersji i pytań o wolność przekonań i poglądów. Część komentatorów zarzuciło warszawskim radnym chęć ograniczania wolności debaty oraz cenzurę i dyskryminację organizacji pro-life. I, co tu kryć, ta część ma rację.

Ongiś, czkawką po Polsce odbijała się sprawa miesięcznika „Zły”. Kierowany przez żonę Jerzego Urbana, Małgorzatę Daniszewską, magazyn, szokował treścią jak i formą. Opisywano weń straszliwe zbrodnie, wynaturzenia i historie, opatrzone zdjęciami rozczłonkowanych ciał, genitaliów, dekapitacji itp. jako ilustracji do artykułów. Miesięcznik od początku wzbudzał kontrowersje, choć formalnie prawa nie naruszał. Medioznawcy i etycy mieli jednak gazecie za, nomen omen, złe, że tak drastyczne materiały leżą na półkach w kioskach czy salonach prasowych, więc każdy, nawet najmłodszy, może swobodnie do nich zajrzeć. Presja na magazyn ze strony opinii publicznej była tak duża, że w 2000 r. „Ruch” (dziś to byłoby zupełnie naturalne), odmówił kolportowania miesięcznika „Zły”. Wydawca zarzucił kierownictwu firmy chęć zniszczenia „Złego” i stosowanie praktyk cenzorskich, czego dowodem miało być wycofanie pisma z kiosków, mimo że, jeśli wierzyć zapewnieniom Daniszewskiej, kolporter miał przez dwa lata dystrybucji „Złego”, zarobić na nim 850 tys. zł. Rok później „Zły” zapłacił 20 tysięcy złotych odszkodowania matce chłopca, którego pośmiertne zdjęcie zostało opublikowano w czasopiśmie, mimo że czasopismo już się nie ukazywało, gdyż wypowiedzenie umowy przez „Ruch” zaskutkowało…śmiercią tytułu. Przyznacie Państwo, ci którzy znali „Złego”, że nie było to coś, co należałoby podsyłać nastolatkom jako lekturę do poduszki. Mimo wszystko, było ogólnodostępne, w czasie gdy magazyny pornograficzne, wyłożone na stojakach w dziale z prasą, były pod folią, czy to się komuś podobało, czy nie.

To, że ciężarówki antyaborcyjne mają „na sobie” zdjęcia martwych płodów i porozrywanych, zabortowanych istotek, może co najwyżej zniesmaczyć. Nie chce mi się tłumaczyć dziecku, co to jest i o co w tym chodzi, więc bardzo dobrze, że zakazano takich akcji, gdyż godzi to w moje poczucie estetyki. Kogoś zniesmacza penis na krzyżu i ma do tego prawo, ale żeby go ujrzeć, pierwej musi iść do galerii, kupić bilet i napawać się widokiem, żeby wydać osąd. Mnie zdjęcia martwych płodów atakują bez biletu i to nawet na przystanku, więc dobrze, że ich nie będzie. Gorzej jednak, że za jednym zamachem ruguje się z przestrzeni publicznej nie tylko obraz ale i treść. A do własnej treści, nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, każdy ma prawo. Kiedyś, dawno temu, jeździła po warszawie platforma, która zachwalała restaurację „śpiewających kelnerów”. Z głośników jął dobiegać jakiś szlagwort, a człowiek w gablocie krzyczał do szczekaczki, że codziennie nowe menu i nowy repertuar. Idąc tym tropem fałszywie pojętej politycznej poprawności rajców warszawskich, kelnerzy nieśpiewający mogliby się poczuć urażeni nachalnością przekazu i mieliby wówczas prawo żądać zaprzestania podobnych praktyk przez tych śpiewających. Albo: nie palę, ale codziennie wchodzę do sklepu, a tam, zza lady, dzień w dzień, gdy stoją z bułkami do kasy, atakują mnie zdjęcia zgubnych skutków nałogu, nadrukowane na paczkach papierosów; zgniłe dziąsła, przeżarte rakiem płuca, etc. Te jednak mogą być w przestrzeni publicznej żeby szokować, a abortowane płody już nie. To gdzie tu różnica? Czemu nikt nie zawalczy z koncernami tytoniowymi o moją wolność?

Widzicie Państwo, nie jest z tą uchwałą wcale tak prosto. Osobiście się cieszę, że nie będę musiał „tego” już oglądać, ale wcale nie jestem taki cały w skowronkach na myśl o tym, że zamiast walczyć z formą, walczy się prawem także z treścią. Ta ma mieć prawo wylać się na ulice jak chce. I mam nadzieję, że jednak każda myśl, nawet najbardziej krytyczna, znajdzie u nas obrońcę, bo nie staję dziś po stronie prawicowej hałastry ale wolności. Wolności do bycia niepoprawnym i nie prawo ani lewo myślnym.

Media dla PiS czy obywateli

Zakup mediów lokalnych i przejęcie jednego z głównych dystrybutorów prasy „Ruch” przez kontrolowany przez państwo koncern przemysłowy Orlen ma na celu rozszerzenie wpływu rządzących na politykę informacyjną. Wszelkie tłumaczenia Pana Obajtka o biznesowym charakterze transakcji nie wytrzymują krytyki. Pisałem już o tym w Trybunie.(Nr 1962).

Władza usiłuje obecnie posunąć się krok dalej w dążeniu do uzyskania dominującej pozycji na rynku mediów wprowadzając opłatę medialną. Ma to na celu osłabienie pozycji mediów komercyjnych, które w większości prezentują, odmienny od zdominowanych przez opcję rządzącą, światopogląd i znacznie bliższą obiektywnej prawdy politykę informacyjną. W swoich dążeniach PiS powiela drogę jaką wytyczył na Węgrzech Orban, gdzie niezależne media praktycznie już nie istnieją.

Obywatele maja prawo do pluralizmu mediów, do wyboru przekazu informacyjnego i światopoglądowego spośród różnych źródeł.
Twierdzenie rządzących jakoby istniała symetria w opodatkowaniu i finansowaniu mediów „publicznych” i niezależnych to fikcja. To TVP otrzymała dofinansowanie 2 mld złotych z naszych podatków. To komercyjne imperium medialne dyrektora Rydzyka jest szczodrze dotowane przez instytucje państwowe. Pozostałe media finansowane są z wpływów uzyskiwanych poprzez świadczone przez nich usługi np. reklamy. W rzeczywistości to obywatele finansują media zarówno publiczne jak i komercyjne. Media publiczne finansowane są z naszych podatków i obowiązkowego abonamentu. Media komercyjne finansujemy bezpośrednio poprzez zakup, opłatę dla dystrybutorów tych mediów (np. telewizje kablowe) ale tez pośrednio poprzez zakup towarów i usług firm zlecających reklamy. Społeczeństwo finansując media oczekuje, że jego głos będzie wysłuchany.

Pan Premier twierdzi, że z tego podatku mają być między innymi wspierane media niepubliczne. Czy te, opanowane przez ideologów „dobrej zmiany”, a z braku czytelników i widzów, nie mogące utrzymać się na rynku bez pomocy instytucji państwowych. Można by tu wymienić kilka tytułów.
Pan Premier twierdzi też, że chodzi o opodatkowanie wielkich koncernów medialnych takich jak GAFA. Rezultat jest mało prawdopodobny. Firmy takie jak Google czy FB mogą nawet tego nie zauważyć, nie mają siedzib w Polsce robią ze swoimi gigantycznymi dochodami co chcą, do czego mają prawo. Jeśli zauważą to, jak wskazuje przykład Węgier wygrają w sądzie ponieważ tworzone przez PiS prawo jest zwykle nieudolne i nie spełnia międzynarodowych standardów. Jedynym ym organem, który w tej sprawie może coś zrobić jest UE, które zresztą pracuje nad rozwiązaniami w tym zakresie. Ściganie się z EU w tej sprawie jest śmieszne.

Prawdziwym celem jest ograniczenie, a w przyszłości pozbawienie obywateli dostępu do niezależnych mediów i różnorodności informacji? Czy chcą ludziom o odmiennych poglądach odmówić prawa głosu? Czy dążą do społeczeństwa bezrozumnego, karmionego wyłącznie papką medialną emitowaną przez media posłuszne rządowi? Osobiście odpowiadam tak na oba pytania i wzywam wszystkich myślących, a szczególnie ludzi lewicy do zrozumienia prawdziwych intencji PiS i przeciwstawienia się wszelkim działaniom dla ich realizacji.

Patrząc z pozycji lewicowych nasz sprzeciw nie może jednak oznaczać pełnej akceptacji dla ukształtowanego przed dojściem do władzy PiS ładu medialnego.

Media odgrywają szczególną rolę w kształtowaniu pluralizmu i tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego.

Władza jest oparta o wybory ale media mącą świadomość i społeczeństwo wybiera często ponownie już skompromitowanych polityków.

Poziom informacyjny mediów drastycznie się obniżył. Media pełnią często rolę propagandową, sprzyjają kulturze pozbawionej ambicji i gonią za sensacją kosztem informacji o istotnych wydarzeniach , w kraju i na świecie.

Wolność słowa jest często fikcyjna, bo o kształcie przekazu decyduje partia będąca u władzy lub prywatny właściciel. Postulowana przez PO likwidacja telewizji publicznej to krok w złym kierunku, ponieważ rynek zdominują media komercyjne, kierujące się różnymi interesami, niekoniecznie zbieżnymi z interesem obywatela. Konieczna jest zmiana obecnej sytuacji w kierunku przywrócenia roli mediów publicznych nadzorowanych przez Rady Nadzorcze powoływane w sposób demokratyczny z przedstawicieli stowarzyszeń twórczych i zwykłych obywateli, a nie polityków. Konieczne jest też ustawowe zobowiązanie mediów publicznych do zapewnienia dostępu do mediów wszystkim partiom i grupom społecznym.
Podstawowym zabezpieczeniem musi się stać szeroka samorządność i szeroka kontrola społeczna.

Media lokalne, wspierane finansowo przez państwo i samorządy muszą służyć prezentowaniu poglądów i problemów społeczności lokalnej i powinny być nadzorowane przez rady społeczne.

Media powinny odgrywać znaczącą rolę w edukacji społeczeństwa w zakresie zwiększenia świadomości społecznej, w zakresie przepisów prawnych i zrozumienia zjawisk gospodarczych oraz przysługujących obywatelowi praw i obowiązków.

„Czas chwycić za broń!”

« Revolution has come ! Time to pick up the gun !” – czy za te słowa („Nadeszła rewolucja! Czas chwycić za broń!”) można we Francji znaleźć się w więzieniu? Tego przynajmniej domaga się francuska prawica, kiedy Francuzi zapoznali się z tym, co na zakazanej, antyrasistowskiej manifestacji w Paryżu zaśpiewała aktorka i piosenkarka pochodzenia algierskiego Camélia Jordana. Jej śpiew zrobił niezwykłą karierę w internecie, ale prokuratura zastanawia się teraz nad wszczęciem śledztwa…

„To wzywanie do mordu!” – deputowani Republikanów (tradycyjna prawica) i Zjednoczenia Narodowego (narodowcy) byli bardzo zgodni, jeśli chodzi o interpretację pieśni, która odbiła się tak szerokim echem. Zaczęło się wczoraj, gdy jej wykonanie znalazło się na Twitterze, by potem zostać napiętnowane w wiadomościach jednej z oligarchicznych telewizji.
28-letnia Camélia Jordana zaśpiewała właściwie śpiewny slogan amerykańskiej Black Panther Party z 1968 r., gdy to słynne marksistowskie ugrupowanie wzywało Afroamerykanów do samoobrony przed policyjnymi mordami. Na wielkiej manifestacji poświęconej zabitym Adamie Traoré i George’owi Floydowi piosenkarka pominęła charakterystyczne słowa tego hymnu „off the pigs!”, które można przełożyć na „śmierć gliniarzom”, ale i tak prawicowi deputowani zwrócili się do ministra policji Christophe’a Castanera o „szybką interwencję”.
Jordana zaśpiewała ten hymn być może również dlatego, że stanowi część jednej z piosenek (Freddie Gray) z jej ostatniej płyty Lost. Piosenkarka dała się poznać we Francji nie tylko ze swego głosu, ale i publicznego zaangażowania przeciw policyjnej przemocy. Narobiła hałasu już 23 maja, gdy zadeklarowała w telewizji – „Mówię o tych mężczyznach i kobietach z przedmieść, którzy codziennie rano idą do pracy i są masakrowani z jedynej racji swego koloru skóry. To fakt! Ja też boję się policji.”
Już wtedy prawicowi deputowani stygmatyzowali jej „kłamstwa”, a minister Castaner oskarżył ją na Twitterze o „szerzenie nienawiści”. Skrajna prawica zarzuciła jej z kolei „rasizm przeciw białym”. Ujęła się jednak za nią lewica – Nieuległa Francja i Nowa Partia Antykapitalistyczna. Camélia Jordana jest laureatką wielu nagród artystycznych, w tym aktorskich („Cezar”). Jej skazanie mogłoby wywołać znaczne oburzenie.

Cenzura nie umiera

Urzędów cenzorskich u nas nie ma. Zastąpiły je interesy nadzorców i właścicieli mediów.

To Kościół katolicki w Polsce po raz pierwszy zastosował cenzurę na przełomie 1491 i 1492, zabraniając drukarzowi krakowskiemu Fiolowi wydawania ksiąg liturgicznych w języku cerkiewnosłowiańskim. Żeby było śmieszniej, zrobiono to grubo przed wydaniem w 1515 roku bulli papieskiej nakazującej palić wszystkie książki nie mające imprimatur władz kościelnych.
Państwo błyskawicznie przejęło cenzorskie zapędy czarnych i już w 1519 zastosowano po raz pierwszy cenzurę państwową, konfiskując z rozkazu królewskiego nakład Chronica Polonorum Macieja Miechowity. Rok później edykt królewski wprowadził zakaz przywożenia do Polski ksiąg Lutra.
Kościół nie dawał się dystansować. W okolicach powstania Chmielnickiego zakres cenzury poszerzył się o kwestie międzynarodowe. W 1650 r. legacja rosyjska, przybyła do Warszawy, domagała się surowego ukarania autorów opisujących zwycięstwa Władysława IV Wazy nad Moskwą w sposób dla niej obelżywy. Aby ułagodzić rosyjskich posłów, kat spalił na warszawskim rynku wydarte z inkryminowanych ksiąg strony, na których dopatrzyli się oni obrazy swego władcy, państwa i narodu. Od tej pory Rosjanie już na bieżąco monitorowali, co się w Polsce o nich pisze, od czasu do czasu każąc stronie polskiej to i owo spalić.
Po rozbiorach ziemie polskie przejęły w kwestii cenzury ustawodawstwo zaborców. W Królestwie Polskim na mocy konstytucji nie było początkowo cenzury prewencyjnej, wprowadził ją 1826 – niezgodnie zresztą z ustawą zasadniczą – namiestnik gen. J. Zajączek. Po powstaniu listopadowym wprowadzono cenzurę prewencyjną, a 1869 rozciągnięto na ziemie polskie ustawodawstwo obowiązujące w całej Rosji, w którym obok systemu prewencyjnego zastosowano również cenzurę represyjną. W dwu pozostałych zaborach, dominowała cały czas ta ostatnia.
W Galicji co prawda wydawano wieszczów, bo cenzura na kwestie polityczne przymykała oko, ale kwestie obyczajowe kontrolował Kościół. Choć z drugiej strony wcale źle nie było, skoro prawicowcy jeszcze w roku 1913 ubolewali, że młodzież czyta tak przewrotne książki jak przygody Sherlocka Holmesa i dzieła “wielkiego polskiego pornografa” Stefana Żeromskiego. Podpadła też książka dla dzieci “Myszy Króla Popiela” . Tym, że ubliżyła godności królewskiej faktem zjedzenia pomazańca bożego przez te gryzonie.
W II Rzeczypospolitej obowiązywała jedynie cenzura represyjna: wydawca zobligowany był do dostarczania prokuraturze i odpowiedniemu organowi administracji wskazanej liczby egzemplarzy danej pozycji. Istniały jednak indeksy książek zakazanych. Najsłynniejszym z nich było dzieło pod tytułem “Co czytać?” pióra ojca Mariana Pirożyńskiego. Skądinąd redemptorysty. Zakonnik dokładał przede wszystkim powieściopisarzom. Komu nie mógł przyczepić łatki, kwalifikował jego dzieła jako tylko “moralnie obojętne”. Wielkich pisarzy, których nie lubił, klasyfikował jako ludzi przegranych, bo swoje talenty obrócili na propagandę ateizmu. Dostało się Kornelowi Makuszyńskiemu, bo miał rzekomo “objawiać abominację do cnoty czystości”. Na punkcie seksu o. Pirożyński miał hopla. Oberwało się Parandowskiemu, bo to jego sztandarowa praca, to zdaniem zakonnika “rzekomo mitologia, a w istocie pornografia”. Typowym chłopcem do bicia był Żeromski, a szczególnie jego dzieło “Dzieje grzechu”. Nie darował i Reymontowi, głównie za schadzki Antka i Jagny wewnątrz stogu na polu.
Broniewskiemu wiersz „Do towarzyszy broni“, cenzura nakazała wyrywać z każdego egzemplarza. Reszta pozostawała bez zmian, a wiersz dalej widniał w spisie treści. Cenzorzy wkurzyli się na poetę, bo przewiózł się po zamachu majowym. Komuch Broniewski miał przerąbane i w PRL. Do 1989 był zapis na jego wiersz „Homo sapiens“. Przyczyną był Katyń, a szczególnie następujące wersy za które Broniewski dziś mógłby być wieszczem Rzeczpospolitej Smoleńskiej: „A druga bomba – w grób Smoleński!/Niechaj rycerze zmartwychwstaną i/świecąc każdy piersi raną,/świadectwo dadzą krwi męczeńskiej“.
Jednak największe przejścia z międzywojenną cenzurą miał rodak Karola Wojtyły – Emil Zegadłowicz. Większa część nakładu jego „Motorów“ została skonfiskowana zanim zdążyła na dobre opuścić drukarnię. Przetrwać miało tylko około dwustu egzemplarzy, zakopanych przez autora i rozesłanych do przyjaciół.
Po II wojnie światowej, na mocy dekretu z 1946 wprowadzono cenzurę prewencyjną, sprawowaną poprzez Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Choć trzeba przyznać, że początek prawdziwej cenzury datować należy na rok 1951. Wtedy władza wydała „Wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu Nr1”. Na przemiał poszły 563 książki dla dzieci i 1681 dla dorosłych.
PRL-owscy cenzorzy dawali szlaban każdemu. Od Andrzejewskiego, przez Broniewskiego, po Orwella czy wyszkowską plebanię Żeromskiego. Nie zdziwi zatem nikogo fakt, że na zakaz druku załapała się też książka piszącej dla dzieci Janiny Porazińskiej. Autorka popełniła bowiem opowiastkę pod tytułem „Wesoła gromada” o przygodach dzieci z czasu wojny polsko-bolszewickiej.
Zapis o uczuciach religijnych wbrew szerzonym dziś bzdurom o ówczesnej ateizacji chronił Kościół. Pornografia i erotyka były zakazane. Ale mimo to były w kraju miejsca, gdzie można było nielegalne książki poczytać. Po pierwsze w Komitecie Centralnym PZPR, a po drugie w zbiorach ksiąg zakazanych na polskich uczelniach. Świat zakazów pokręcił się zatem i wrócił do standardów z XVI wieku.
I w końcu nastała III RP. Cenzurę sprywatyzowano. Każdy, kto ma kasę, może pobiec do sądu i zażyczyć sobie nałożenia aresztu na książkę, film, czy nawet artykuł.
Jest zatem i współczesna lista „półkowników”. Beata Tyszkiewicz zablokowała sprzedaż swojej biografii z powodu niepochlebnego opisu jej rozwodu z Andrzejem Wajdą.
Z”Kapuścińskiego non-fiction” Artura Domosławskiego wyleciały rozdziały, które według wdowy przedstawiały go w niezbyt chlubnym świetle.
W 2005 r., sąd zakazał dystrybucji książki „Edyta Górniak: bez cenzury”. Wokalistkę wkurzył opisem jej romansu z Robertem Kozyrą i Piotrem Kraśką.
W 2010 r. wybuchł „Nocnik” Andrzeja Żuławskiego, a sąd stanął zdecydowanie po stronie racji Weroniki Rosati i książkę zaaresztowano.
„Mein Kampf” i „Manifest komunistyczny” też załapały się na współczesny indeks. Za rozpowszechnianie materiałów o treści komunistycznej i faszystowskiej.
A w większości mediów i tak nie liczą się poglądy autorów, tylko to, co akurat planuje ich właściciel.

PiS bierze media

Z wypowiedzi wicepremiera i mocnego człowieka w partii rządzącej Jacka Sasina, udzielonej TVP Info, jednego z najbardziej propisowskich mediów, wynika, że tuż po ukonstytuowaniu się rządu, PiS planuje wziąć media za twarz.

Jednak tytuł wywiadu jest nieco mylący „Musimy jeszcze bardziej zagwarantować pluralizm”. Jakby do tej pory pluralizm był na rynku mediów publicznych czymś oczywistym.
Zdaniem wicepremiera na rynku medialnym w Polsce panuje nierównowaga medialna, nie wyjaśnia jednak, jak by chciał ja obliczać – arytmetycznie, czy liczbą nazwisk dziennikarzy wyznających poglądy prorządowe. Sasin jest zdania, że jego partia w ostatnim okresie zbudowała „pewien pluralizm medialny”, którego nie było za rządów ich poprzedników. „W tej chwili mamy rzeczywiście telewizję publiczną” dodaje z rozbrajającą szczerością i martwi się, że znaczna część mediów komercyjnych wspiera bardzo mocno opozycję, co, jak można mniemać Jackowi Sasinowi się nie podoba.
Niebezpiecznym jest watek, w którym Sasin mówi, o tym, że pluralizm mediów PiS musi „zagwarantować” by „też z naszymi przekazami, prawdziwą informacją o polityce, którą prowadzimy, trafiać też do mieszkańców dużych miast”, obiecuje wicepremier. Tutaj oczekiwania propagandowe są zrozumiałe – właśnie wielkich miastach PiS dostał lanie i teraz trzeba wyprać mózgi wyborcom, by następnym razem wiedzieli jak mają głosować.
Sasin obiecał też rozmowy o tym, co zrobić, by media były obiektywne i rzetelne. W jaki sposób chciałby to zagwarantować i z kim chciałby rozmawiać, nie wyjaśnił. Uważa, że bolączką polskich mediów jest nierzetelna informacja. Obiecał też regulacje prawne dotyczące stosunku kapitału krajowego do obcego w mediach, co jest zapowiedzią doprowadzenia do sytuacji, w której media będące własnością obcego kapitału musza liczyć się z utrudnieniami w swojej działalności.
Wicepremier Jacek Sasin udowodnił, że nie rozumie istoty mediów. Odgórne wpływanie na media prywatne będzie krępowaniem wolności wypowiedzi. Wartości, o których z utęsknieniem wspomina jak obiektywizm i rzetelność, dotyczyć musza przede wszystkim mediów publicznych, które nie mogą być własnością żadnej partii.

PiS definiuje dziennikarstwo

Kolejny pomysł PiS na podporządkowanie sobie grupy zawodowej, która potencjalnie może zagrozić władzy tej partii już wywołuje protesty.

Jako jeden z pierwszych zareagował Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza. Związkowa komisja dziennikarzy i dziennikarzem wydała Oświadczenie, w którym wyraża swój jednoznaczny protest przeciwko pomysłowi Prawa i Sprawiedliwości. W Oświadczeniu czytamy:
„Przez ostatnie cztery lata rządzący wielokrotnie dawali dowody wrogiego nastawienia wobec niezależnych mediów. Zjednoczona Prawica dokonała błyskawicznej i sprzecznej ze standardami zachodnioeuropejskimi nowelizacji ustawy medialnej, przeprowadziła czystkę w mediach publicznych i zamieniła je w narzędzie ordynarnej propagandy. Politycy PiS, na czele z odpowiedzialnym za media ministrem kultury, publicznie piętnowali krytycznych wobec ich działań dziennikarzy, odmawiali im wywiadów i nie odpowiadali na pytania. Z kolei spółki skarbu państwa hojnie sponsorowały prywatne media ściśle powiązane z rządem. (…)
Nauczeni doświadczeniem, stanowczo sprzeciwiamy się propozycjom zmian dotyczących zawodu dziennikarza, traktując je jako zapowiedź radykalnego ograniczenia wolności słowa”.
Stanowisko wyrażone przez związek zawodowy należy odczytywać jako pierwsza próbę zorganizowanego sprzeciwu ze strony środowisk lewicowych, skoro do tej pory nie zareagowały ani opozycja, ani organizacje dziennikarskie, co świadczy o uwiądzie woli walki z ich strony.

Wolne media Ważny tunajt

Przeczytałem wczoraj, że Polska w rankingu wolności mediów tworzonym przez organizację międzynarodową Reporterzy bez Granic, spadła z miejsca 19. w 2014 roku i 18. w 2015 roku na 58. miejsce w 2018 roku. Wcześniej Polska tak złe notowania miała w latach 2005–2007, zajmując kolejno 53., 60. i 56. miejsce. W związku z tym, coś Państwu opowiem…

Półtora roku temu prowadziłem na antenie telewizji Superstacja program pt. „Radiokomitet”. Współprowadziłem. Od 2014 roku. Wraz z zakupem przez Solorza Zygmunta pełnego pakietu akcji telewizji Superstacja, program przestał być nadawany. Poinformowano nas o tym za pomocą mejla z nową ramówką, w którym Radiokomitetu już nie było. I tyle. To akurat mnie szczególnie nie zdziwiło. Taki sposób komunikacji wertykalnej kierownictwa z pracownikami praktykowany był w tej firmie chyba od zawsze.
Przez cztery lata naszej, radiokomitetowej, bytności na antenie, wyczynialiśmy tam przeróżne hece. Naśmiewaliśmy się z rządzących jak się patrzy; na biurku trzymaliśmy portret pana prezydenta Andrzeja w okularach zdartych za pomocą painta z generała. Tekturową figurę Beaty Szydło ubieraliśmy w koszulkę z napisem Refugees welcome. Zapraszaliśmy do audycji m.in. rabina, muftiego i satanistę. Nikt, ani żadna Rada Przyzwoitości ani poseł PiS-u, ani ksiądz tego czy innego obrządku, nie złożył na nas nigdzie skargi, bo przy dystansie i autoironii, nikogo nie lżyliśmy ani nie obrażaliśmy, co poniektórym na tej samej antenie już się udawało. My jednak mieliśmy ambicję, aby robić program, który będzie patrzył na ręce każdej władzy-szarej, burej, pstrokatej; każdy kto ma władzę, niech zawsze budzi w Tobie odrazę, powtarzaliśmy za wieszczem. Aż tu nagle, po czterech latach niesforności i wolności słowa, przyszła kryska i wyrzucili. Chwilę po nas, wyrzucili, z własnej albo i przymuszonej woli, Kubę Wątłego. A na sam koniec, kiedy reformy nowego zarządu zatoczyły coraz ciaśniejszy krąg, stacja zrezygnowała całkiem z polityki. Na bruk poszedł Żakowski, Czyż, Zimnik, Łaguna, wcześniej zrezygnowała Eliza Michalik. Parę dni temu większość pracujących jeszcze w Superstacji dziennikarzy i pracowników technicznych skończyły się umowy na czas określony. Część znalazła zatrudnienie w Polsacie, część jeszcze gdzie indziej, część-nigdzie.
Przez te kilka lat pracy w Superstacji, już pod rządami PiS-u, dostawaliśmy od czasu do czasu sygnały, że rządzący mogą towarzystwo niebawem wziąć za pysk i przepędzić. Ale jakoś to nie następowało. Dalej robiliśmy swoje. Nikt nas nie cenzurował ani nie napominał. Płacili marnie, za to nie było w firmie atmosfery znanej z korpo; podkopywania, podkładania świń. Było naprawdę fajnie. Jak mawiano na korytarzach: ch…owo, ale stabilnie. Aż po swoje przyszedł kolega S. i na raz sprawy nabrały przyspieszenia. Dyrektorem programowym został Grzegorz Jankowski, były naczelny „Faktu”, który na wizji w rozmowach z politykami nie krył ani na jotę tego, że aborcja, to dla niego zabijanie nienarodzonych dzieci, i w ten sposób właśnie kazał o niej mówić zaproszonemu do programu Zandbergowi. To, że Radiokomitet nie był jego ulubieńcem specjalnie mnie nie dziwiło. Ale żeby w trymiga rozpieprzyć i rozpędzić jedyną realnie opozycyjną stację, w której inna niż prawicowa myśl miała szansę dojść do głosu? Nie spodziewałem się, że tak szybko im pójdzie.
W Polsce nie ma cenzury. Jest wolność słowa. Można mówić co się chce i jak się chce, w granicach prawa. W mediach publicznych i prywatnych jest pluralizm poglądów i opinii. Nikt nikogo nie wsadza się do więzienia za krytykę poczynań rządu. Media są wolne i niezależne. To wszystko można usłyszeć od polityków partii i rządzącej i ich apologetów. Prywatnych i publicznych. Dużych i małych.
Polska w rankingu wolności mediów spadła z miejsca 19. w 2014 roku i 18. w 2015 roku na 58. miejsce w 2018 roku. Wcześniej Polska tak złe notowania miała w latach 2005–2007…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Chodźmy sobie łapać „szpiega”

Drodzy Koleżanki i Koledzy!

Zapraszam wszystkich do NSA w Warszawie na rozprawę w piątek 27.07.2018 r. o godz. 10:20, sala B.
Proces jest otwarty, sprawa ma charakter administracyjny, a nie karny.
Sorry, ale Sąd nie pozwolił mi przyjechać do Warszawy (patrz dokumenty w załączniku).

Leonid Swiridow
Moskwa

 

Dziennikarz wydalony nie tylko z Polski, ale też strefy Schengen, zaprasza na kolejną swoją rozprawę, w której nie będzie mógł uczestniczyć i w której nie było mu dane poznać, co się mu zarzuca.

 

Korespondent MIA (Międzynarodowej Agencji Informacyjnej) „Rossija Siegodnia” najpierw stracił akredytację resortu spraw zagranicznych. Później zostało wszczęte postępowanie o jego wydalenie. Z Polski i całej europejskiej strefy bez granic.
Z mediów niestety nie dowiemy się więcej niż mówi sam Swiridow. W mediach wiemy tylko, że „w kręgu zainteresowań rosyjskiego dziennikarza były osoby ze świata polityki, ale także ludzie mediów” i że „sytuacja jest poważna”.
ABW utrzymuje, że miał zajmować się białym wywiadem: „lobbing, sponsorowanie wycieczek polskich dziennikarzy od Rosji, promowanie rosyjskiego biznesu”. Czyli rzeczy, które dziś w zasadzie robią wszyscy przedstawiciele zagranicznych firm w Polsce.
A co mówi sam zainteresowany? „Nie wiem nawet jakie mam zarzuty, nie wiem czy one w ogóle są, więc nie wiem jak się mam bronić. Kilkakrotnie pisałem o tym w różnych oświadczeniach do Urzędu ds. Cudzoziemców czy do sądu” – powiedział w rozmowie z „Myślą Polską”. – „Jeśli jest zagrożenie terrorystyczne, czy jakieś inne, trzeba coś z tym szybko zrobić, bo to jest zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju. Tymczasem w ciągu piętnastu kolejnych miesięcy nadal mieszkałem w Polsce i pracowałem jako dziennikarz. Nie za bardzo rozumiem na czym polegało to niebezpieczeństwo?”.
Leonid Swiridow opuścił Polskę pod koniec 2015.
Jego sprawą zajmowała się między innymi Dunja Mijatović. przedstawicielka OBWE ds. wolności mediów.
— Oddałem temu krajowi w sumie 18 lat mojego życia i uważam, że taka decyzja wobec mnie jest absolutnie niesprawiedliwa zarówno z prawnego, jak i ludzkiego punktu widzenia — mówił Swiridow dziennikarzom na lotnisku w Warszawie w dniu swojego wyjazdu z Polski.